Historyczka, literaturoznawczyni, zaczytana mama trzech dorosłych już córek.
Wolontariuszka Muzeum Powstania Warszawskiego.
Członkini Polskiej Sekcji IBBY.
Czyli kolejne moje zaskoczenie z serii: A myślałam, że dla Najmłodszej to już będzie za dziecinne… 😉 (edit: Miała wtedy 7 lat) Sama sobie wynalazła te książeczki na półce w bibliotece, więc nie protestowałam.
Wieczorne rytuały maluchów… Przedsenne porządkowanie świata – określone czynności w określonej kolejności (książeczka, kocyk, przytulanka, mleczko 😉 ), ukochane przytulanki siedzące obok poduszki i oczywiście całus na dobranoc. Czy można zasnąć bez całusa ?
Na ulicy Mirabelkowej zapada noc, a wiatr huczy i szarpie gałęziami drzew. W domku małego misia Sama jest ciepło i zacisznie. W piecyku wesoło trzaska ogień. Czerwony kocyk w łóżeczku Sama i jego niebieski szlafroczek też oczywiście grzeją, ale głównym źródłem ciepła emanującego z kart tych książeczek jest jego Mama – misiowy archetyp wszystkich Mam świata. Duża, miękka, przytulna i spokojna – nawet wtedy, kiedy jej kaszlący synek nie chce wypić syropu. Ilekroć czytam drugą z tych książeczek, zachwyca mnie ta jej czuła konsekwencja w kwestii syropu. Najmłodsza najczęściej odmawia przyjmowania jakichkolwiek lekarstw doustnie (na szczęście choruje rzadko), a ja w takich sytuacjach tracę niestety całą swoją przytulność. Znacie może jakiś syrop w czopkach ? 😉
Pisząc teraz o tych książeczkach muszę się bardzo pilnować, żeby nie nadużywać słowa ciepły w różnych formach i przypadkach. Uporczywie pcha mi się pod palce – również gdy chcę napisać o ilustracjach Anity Jeram. Spod jej ręki wyszli też Duży Brązowy Zając razem z Małym Brązowym Zajączkiem i, choć na pierwszy rzut oka wydają się zupełnie odmienni od Sama i jego Mamy, jest coś, co ich łączy.
Miłość.
Po prostu – miłość. Pokazana
bez egzaltacji – nadmiaru ozdóbek, różowych serduszek i świergotu.
Wystarczy popatrzeć na obrazek z okładki „Całusa” albo na ten
kończący drugą z książeczek, gdzie Sam i Mama śpią przytuleni,
a za oknem pada śnieg, a ogarnie nas błogie poczucie
bezpieczeństwa.
Te książeczki są jak łyk ciepłego mleka przed snem, są jak… całus na dobranoc 😉
Amy Hearst „Całus na dobranoc”, ilustr.: Anita Jeram, przekł.: Liliana Bardijewska, wyd.: Egmont, Warszawa 2004
Amy Hearst „Czy źle się czujesz Sam ?”, ilustr.: Anita Jeram, przekł.: Liliana Bardijewska, wyd.: Egmont, Warszawa 2004
Edit: książka wyróżniona w konkursie Książka Roku 2019 Polskiej Sekcji IBBY – w kategorii ilustracji 🙂
Książka wyróżniona w kategorii Opera Prima BolognaRagazzi Award oraz nagrodzone Nagrodą Specjalną Jury Premio Andersen 2022 !!!
A lato było piękne tego roku…
Lato roku 1939 było niezwykle piękne, a przynajmniej takie pozostało we wspomnieniach. Trudno powiedzieć, czy rzeczywiście takie było, czy sprawił to kontrast z koszmarem, który potem nastąpił i który przyniósł koniec całego dotychczasowego świata. Myślę też, że jednak nie było ono takie beztroskie, jak mogłoby się dziś wydawać, natomiast przeczucie tego, co nadchodziło, powodowało, że ludzie wówczas żyjący potrafili bardziej docenić jego urok. A później hołubili w pamięci wspomnienie tych wakacji, bo były ostatnie. Chociaż nikt wtedy nie mógł jeszcze przypuszczać, jak zupełnie skończy się ich świat…
Lato 1939 roku stało się obecnie tematem bardzo modnym – już ukazały się o nim trzy książki: „Pokój z widokiem. Lato 1939” Marcina Wilka, „Lato ’39. Jeszcze żyjemy” Marcina Zaborskiego i „Wakacje 1939” Anny Lisieckiej (ta ostatnia, moim zdaniem najciekawsza i ujmująca temat najszerzej), a zapowiadane są kolejne. Nadal jednak najpiękniejszym literackim opisem tego lata pozostaje dla mnie drugi tom gdyńskiej trylogii „Tak trzymać” Stanisławy Fleszarowej – Muskat, w której niemal czuje się zapachy wiatru od morza, rozgrzanego piasku na plaży i niedzielnej, porannej kawy. Z lektur mojego dzieciństwa zapamiętałam to lato (i wrzesień, który po nim nastąpił) z dwóch – „Na niby i naprawdę” Zofii Lorentz i „Marszu ołowianych żołnierzy” Macieja Słomczyńskiego.
„Widziałem pięknego dzięcioła” to książka – dokument. Ośmioletni w 1939 roku Michał Skibiński dostał w szkole zadanie prowadzenia w czasie wakacji dziennika i codziennie zapisywał w nim jedno zdanie o tym, co się tego dnia wydarzyło. Lipiec i sierpień spędzał wraz z bratem na podwarszawskim letnisku i rzeczy, które wtedy opisywał były typowo wakacyjne – spacery, liszka znaleziona w lesie, tytułowy dzięcioł, balon i szybowiec latające nad Aninem, odwiedziny rodziców i odprowadzanie gości na stację. Pod koniec sierpnia chłopcy wrócili do Warszawy.
29.8.1939 Odwiedził mnie tatuś
Ten przedwojenny jeszcze wpis chwyta za serce, jeśli się wie, że to było ostatnie spotkanie chłopca z tatą – lotnikiem, który 9 września zginął.
1.9.1939 Rozpoczęła się wojna
Jednozdaniowym zapisom Michała towarzyszą ilustracje Ali Bankroft. Są one trochę takie, jak niezbyt wprawne malunki dziecka farbami plakatowymi i dość grubym pędzlem, ale kiedy przyjrzymy im się bliżej, zobaczymy, że nic w nich nie jest przypadkowe, a znakomicie oddają nastrój opisywanych chwil. W książce można zobaczyć także wygląda autentycznego zeszytu autora.
Ostatni zapis, jaki poczynił Michał, informuje o bombach zrzuconych przez samoloty angielskie i jest odbiciem plotki, która musiała wówczas krążyć po Milanówku, obrazującej nadzieje Polaków na spełnienie przez naszych sojuszników ich zobowiązań. Potem są tylko daty – 16 i 17 września i trudno powiedzieć, czy autor nie miał już głowy do pisania, czy uznał, że wakacje się skończyły i zadanie wykonał ? Muszę jednak przyznać, że nie do końca rozumiem wybór wpisów dokonany przez wydawnictwo – szczególnie w części wrześniowej. Podobne odczucia miała też autorka bloga „Mała czcionka”.
„Widziałem pięknego dzięcioła” to książka, którą czyta się szybko, ale myśli o niej długo. Zastanawiam się jednak, co z niej zrozumie dziecięcy czytelnik, który nie dysponuje wiedzą niezbędną do wypełnienia niedopowiedzeń, z których ona się składa ? Dlatego uważam, że nie jest to lektura, z którą można zostawić dziecko same, bo po prostu niewiele z niej wyniesie.
„Widziałem pięknego dzięcioła” to książka, która powinna stać się wstępem do rozmowy – może z odwołaniem do rodzinnych wspomnień, do tego, co w tym samym czasie robili dziadkowie (czy też częściej już pradziadkowie) dziecka ? To książka, która może być znakomitym materiałem na lekcję czy zajęcia biblioteczne.
To wreszcie książka, która powinna stać się wstępem do kolejnych lektur. Mam nadzieję, że tak będzie 🙂
Michał Skibiński „Widziałem pięknego dzięcioła”, ilustr.: Ala Bankroft (właśc.: Helena Stiasny), wyd.: Dwie Siostry, Warszawa 2019
Wydawnictwo Zakamarki obchodzi dziś w Poznaniu hucznie swoje 12 urodziny, a ja przypominam jedno z moich książkowych marzeń, które zrealizowało 🙂
Wpis z 22 listopada 2009 roku:
„Linnea w ogrodzie Moneta” to druga obok „Przygód Astrid – zanim została Astrid Lindgren” książka Christiny Bjork, która ukazała się w Polsce. I znów, tak jak o tamtej, chciałoby się zawołać: Jakaż to urocza książka ! Od pierwszej chwili, od momentu, kiedy bierze się ją do ręki, wciąga czytelnika w swój świat. Tekst, ilustracje, okładka (a nawet jej wyklejka !) stanowią spójna całość.
Historia jest prosta: mała Linnea i jej sąsiad – przyjaciel pan Blomkvist wyruszają na wakacyjną wyprawę ze Szwecji do Paryża i podparyskiego Giverny. Dlaczego właśnie tam ? Dlaczego nie interesuje ich wieża Eiffla, Luwr i inne typowe, paryskie atrakcje turystyczne ?
Odpowiedź
też jest prosta – oboje uwielbiają obrazy
Moneta i
chcą zobaczyć na własne oczy (a nie na reprodukcji w albumach) nie
tylko ich oryginały, ale również miejsca, gdzie powstawały,
miejsca na nich uwiecznione. Odwiedzają
więc muzeumMormottan i Oranżerię
w ogrodach Tulliers oraz dom
w Giverny,
gdzie Monet ze
swoją (mówiąc współcześnie) patchworkową rodziną
spędził ponad 30 lat, uprawiając ogród i malując w nim obrazy.
Przy okazji, mimochodem, czytelnicy dowiadują się wielu interesujących rzeczy – o tym, czym był impresjonizm i dlaczego tak się nazywał, o tym, jak Monet malował swoje nenufary i o tym, dlaczego tak często malował ten sam mostek nad stawem, i o wielu innych rzeczach. Lubię (i lubiłam jako dziecko) książki, które tak właśnie przekazują wiedzę– bez silenia się na akademicki wykład i encyklopedycznego zadęcia.
W
tej książce reprodukcjom obrazów Moneta i
zdjęciom towarzyszą ilustracje Leny
Anderson.
Ilustracje, które bardzo mnie zdziwiły, kiedy pierwszy raz miałam
ją w ręku (jeszcze w poprzednim wydaniu, z innym tłumaczeniem).
Spodziewałam się czegoś… nie wiem, może.. bardziej w
stylu Moneta.
Później jednak doszłam do wniosku, że połączenie w jednej
książce Mistrza i czegoś, co go naśladuje, wypadłoby
zdecydowanie ze szkodą dla naśladowcy. A tak – Monet to jedno, a
pozostałe ilustracje są w stylu… Linnei 😉 Polubiłam tę pyzatą
dziewczynkę w słomkowym kapeluszu i sympatycznego staruszka w
okularach – pana Blomkvista.
Mam nadzieję, że „Zakamarki” nie każą nam długo czekać na pozostałe książki Christiny Bjork 😉 (edit: potem ukazała się jeszcze „Linnea w ogrodzie” oraz „Księżniczki i smoki” i „Rycerze i smoki”)
Christina
Bjork (tekst), Lena Anderson (ilustr.) „Linnea
w ogrodzie Moneta”, przekł.:
Agnieszka Stróżyk, wyd.: Zakamarki 2009
Wydawnictwo Zakamarki świętuje jutro w swoim rodzinnym Poznaniu 12 urodziny 🙂 a ja do najlepszych urodzinowych życzeń dołączam przypomnienie pierwszego wpisu na ich temat, jaki znalazł się w Małym Pokoju z Książkami 5 września 2007 roku (plus parę aktualizacji z roku 2019 🙂 ):
Poznańskie wydawnictwo „Zakamarki” pojawiło się na naszym rynku wydawniczym jakby w odpowiedzi na moje narzekania (edit: dotyczące polityki wydawniczej Naszej Księgarni w stosunku do książek Astrid Lindgren – vide: cykl o Katie) i od razu zabrało się za realizację moich życzeń. Wygląda na to, że jeszcze w tym roku możemy się spodziewać książeczek Astrid Lindgren: o tym, jak Lotta uczyła się jeździć na rowerze, o Madice i śniegu oraz o Bożym Narodzeniu w Bullerbyn. Książki innych skandynawskich autorów zapowiadane w najbliższym czasie również wyglądają bardzo smakowicie 😉 A potem… cóż szkodzi pomarzyć… może będziemy mogli poznać Kajsę… może doczekam się się też wreszcie baśni o grającej lipce (nie mylić ze „Śpiewającą lipką”, z którą Astrid nie miała nic wspólnego)…. a może książki o Peterze i Lenie ???
Na początek wydano „Przygody Astrid – zanim została Astrid Lindgren” i jest to zdecydowanie dobry początek 🙂
Jakaż to urocza książka !!! Począwszy od okładki z dziewczynką beztrosko bujającą się na gałęzi, przez wyklejkę, która wygląda wypisz wymaluj tak, jak owe prześliczne tapety z małych, malutkich bukiecików kwiatów, jakie miała Lisa w swoim pokoiku w Bullerbyn, a skończywszy na treści. Jej tematem, zgodnie z tytułem, jest dzieciństwo Astrid i jej rodzeństwa, uzupełnione swoistymi przypisami – czyli wskazówkami, w której z jej książek możemy znaleźć odniesienia opisywanych tam zdarzeń.
Zastanawiam się, dla kogo bardziej jest ta książka – dla mnie czy dla moich córek ? Książki Astrid były moimi ukochanymi lekturami od zawsze. Mam do nich ogromny sentyment i dlatego towarzyszą również dzieciństwu moich córek. Wieczorne czytanie „Przygód Astrid” Najmłodszej z córek (w towarzystwie córki Środkowej) przerodziło się w rodzinną zgaduj zgadulę – kto szybciej powie, z jakiej to książki ? Stało też się dla nas zachętą, by sięgnąć do tych z książek Astrid, które dotychczas mniej lubiłyśmy. Na pierwszy ogień poszła Madika z Czerwcowego Wzgórza.
Ta książka to prosty przepis na szczęśliwe dzieciństwo – kontakt z naturą, dużo swobody i jeszcze więcej miłości. Proste prawda ? Astrid i jej rodzeństwo prawie nie mieli zabawek, nie znali też telewizji i komputerów, a jednak nie brakowało im pomysłów na wspaniałe zabawy. Dziwne, ze nie zabawiliśmy się na śmierć ! – mówiła potem. Książki dostawali tylko na Boże Narodzenie, nikt im nie czytał od niemowlęctwa 20 minut dziennie, a mimo to wyrośli na ludzi obdarzonych wspaniałą wyobraźnią (nie znaczy to oczywiście, ze mam coś przeciwko czytaniu dzieciom książek !!! 😉 ). W ich domu rodzinnym żyło się skromnie i pracowicie, ale jednego nigdy im nie brakowało – miłości i akceptacji rodziców.
Oprócz opowieści o Astrid i jej rodzeństwie, znajdziemy tam również przewodnik po miejscach, w których żyli – Vimmerby, Nas i Sevedstorp, które było pierwowzorem Bullerbyn. W Vimmerby można również odwiedzić „Świat Astrid Lindgren” – bajkowe miasteczko poświęcone jej książkom. Nasza wakacyjna podróż marzeń czyli tour de Bałtyk zyskała w ten sposób kolejny punkt programu.(edit: i rzeczywiście byliśmy tam w następnym roku 🙂 )
Autorka „Przygód Astrid” – Christina Bjork popełniła jeszcze kilka innych książek opowiadających dzieciom o świecie sztuki. „Linneę w ogrodzie Moneta” pożyczałyśmy z biblioteki, ale chętnie miałybyśmy ją na własność. „Vendela w Wenecji” i „Alicja w rzeczywistości” budzą moje żywe zainteresowanie – pierwsza ze względu na Wenecję, a druga… ze względu na Alicję 😉 A może… cóż szkodzi pomarzyć…wydawnictwo „Zakamarki” uwzględni w swoich planach… kiedyś tam, w przyszłości… może „Linneę”… i jeszcze może „Vendelę”… i jeszcze „Alicję” ;-))) Ech, rozmarzyłam się…
(edit: Linneę rzeczywiście Zakamarki wydały niebawem, na pozostałe wciąż czekamy 😉 )
Christina Bjork „Przygody Astrid – zanim została Astrid Lindgren”,przekł.: Hanna Dymel – Trzebiatowska, ilustr.: Eva Eriksson, wyd.: Zakamarki, Poznań 2007
Kolejny po „Tajemniczym ogrodzie” nowy, znakomity przekład klasyki literatury. Wpis z 27 marca 2010 roku:
Niewiele jest chyba obecnie dzieci, które nie znałyby „Księgi dżungli”. Jeśli jednak doprecyzujemy pytanie, okaże się, że ta znajomość wcale nie dotyczy książki Kiplinga, a jedynie ekranizacji – najczęściej w wersji Disney’a. Niestety – do książkowego oryginału pozostaje on w stosunku… takim, jak to zwykle bywa z filmami tej wytwórni… czyli dość swobodnym 😉 Największym zaskoczeniem, jakie czeka tych, którzy sięgną po książkę, jest to, że nie opowiada ona wyłącznie o Mouglim – chłopcu wychowanym przez wilki.
Dzięki
filmowi Mougli miał
zagwarantowane miejsce w
świadomości społecznej ,
natomiast mały dzielny Riki
Tiki Tavi –
moja ulubiona postać- odchodził pomału w zapomnienie. Podobnie
jak Tumaj
Słoniomistrz (którego
ja znałam jako Toomai – druha słoni) i Kotik –
biała foka, której obecność w książce z dżunglą w tytule
nieodmiennie mnie zaskakuje.
Jeszcze do niedawna „Księga dżungli”w wersji: książka należała do kategorii: raczej niechętnie czytywana klasyka. Znajome dzieci, które musiały się z nią zmierzyć jako z lekturą szkolną, delikatnie mówiąc, nie były nią zachwycone. Trudno im się dziwić, bo przekład Józefa Brinkenmajera, na którym się wychowałam, napisany był polszczyzną dziś już mocno archaiczną. Także realia kolonialne – szczególnie w dwóch ostatnich opowiadaniach, mogą być trudne do zrozumienia dla współczesnych europejczyków. Trudno sobie teraz wyobrazić armię, w której służyło tyle rozmaitych zwierząt. Nowy przekład Andrzeja Polkowskiego zdecydowanie ułatwia lekturę – przynajmniej w warstwie językowej, choć jego polszczyzna daleka jest od potocznej. Dzięki niemu Najmłodsza z moich córek jest już trzecim pokoleniem w naszej rodzinie, które pokochało dzielnego Riki Tiki Tavi.
W tej „Księdze dżungli” nowy jest nie tylko przekład. Nowe są także ilustracje Mistrza Józefa Wilkonia – jakże odległe od disneyowskiej, cukierkowej poetyki filmu. Ilustracje trudne, często mroczne i tajemnicze jak sama dżungla. Niech Was nie zwiedzie ich pozorna niedbałość ! Robią wrażenie maźniętych ot tak, od niechcenia, a w rzeczywistości każda kreska ma sens i wyraz.
Za każdym razem, kiedy oglądam kolejnewilkoniowe ilustracje, zadaję sobie pytanie: jak to się robi ? Jak narysować groźne spojrzenie tygrysa, trzepot skrzydeł krawczyka Darzi czy ryk słonia ? Odpowiedź znalazłam w tych słowach Mistrza:
Bardzo prosto, jeśli się wie i umie parę rzeczy. Najpierw trzeba wiedzieć, jak wygląda to wszystko, co chce się namalować: człowiek, ryba, ptak, liść czy zwierzę. Później wiedzieć, jak się porusza, wszystko co biega, pełza i lata. Dla wielu to już koniec edukacji. Niektórzy idą jednak dalej, potrafią namalować porę dnia, księżyc, żeby świecił, ptaka, żeby śpiewał, potrafią nawet namalować smutek i radość, strach i odwagę. Tylko nielicznym udaje się namalować sen, ciszę, a nawet zapach i smak owoców. Jeżeli się to wszystko umie, trzeba na koniec wiedzieć, co robić, żeby w książce rosło napięcie jak w teatrze, by wszystko było w swoim czasie i w dobrych proporcjach.
Proste – prawda ? 😉
Tę edycję wydawnictwa Media Rodzina śmiało można określić mianem wydania luksusowego. Twarda oprawa w dwóch wersjach, piękny, kredowy papier, słuszny rozmiar – jedyne co może rozczarowywać, to fakt, że tomisko tych rozmiarów zawiera jedynie pierwszą część „Księgi dżungli”. Mam nadzieję, że wydawnictwo nie każe nam zbyt długo czekać na tom drugi.
To jest druga wersja okładki pierwszego tomu, „Drugiej księgi dżungli” nie ma do dziś 😦
Rudyard Kipling „Księga dżungli”, przekł. Andrzej Polkowski, ilustr.: Józef Wilkoń, wyd.: Media Rodzina, Poznań 2009
Książki Jacqueline Wilson należały kiedyś do ulubionych lektur Środkowej z moich z córek. „Dziewczynka z walizkami” była pierwszą, którą opisałam, a teraz jest drugą (po „Na krawędzi”), którą tu przypominam.
Wpis z 16 maja 2006 roku, Środkowa z córek była wtedy rówieśniczką bohaterki tej książki:
Andrea ma 10 lat. Jeszcze do niedawna jej życie było proste – mieszkała razem z rodzicami i Rzodkiewką (ukochanym pluszowym króliczkiem) w Morwowej Chatce. Teraz z tamtego życia pozostała jej tylko Rzodkiewka. W tamtym domu mieszka już ktoś inny, a rodzice rozwiedli się i zamieszkali razem z nowymi partnerami i ich dziećmi. Andy spędza tydzień u Mamy i tydzień u Taty, ale nigdzie nie jest tak naprawdę u siebie. W obu tych domach mieszkają dzieci, które są tam domownikami, a Andy jest wiecznym gościem. U Mamy i Petera mieszka w pokoju Kathy, u Taty i Carrie – razem z jej bliźniętami i nie ma tam nawet swojego łóżka, tylko śpi na podłodze w śpiworze. Całe życie była jedynaczką, a teraz musi ułożyć sobie stosunki z pięciorgiem przybranego rodzeństwa. Niedługo urodzi jej się jeszcze przyrodnia siostra. Krąży między tymi dwoma domami, z obu ma daleko do szkoły, a nade wszystko nie lubi piątków. Piątek to DZIEŃ WYMIANY.
Każde
z rodziców chciałoby, żeby mieszkała tylko u niego (kłócą się
o to także w jej obecności), a największym marzeniem Andy jest,
żeby znów było jak dawniej i żeby mogła wrócić do Morwowej
Chatki razem z rodzicami.
W „Dziewczynce z walizkami” nie ma happy endu – marzenie Andy o powrocie dawnych czasów nie może się spełnić. Nie kończy się jednak źle – pomału wszystko się układa, dziewczynka odnajduje swoje miejsce w obu domach i godzi się z całą sytuacją. Ta książka pokazuje jednak dobitnie, jak wielką tragedią dla dziecka jest rozwód rodziców, bo to właśnie oni RAZEM stanowią podstawowy filar jego świata. Rozstanie rodziców Andy i ich nowe związki to układ, w który uwikłana jest czwórka dorosłych i sześcioro dzieci. Na razie chyba nikt z nich nie jest szczęśliwy
Mieszkanie
z Mamą i Tatą na zmianę to rozwiązanie niemal salomonowe –
sprawiedliwe, ale dla kogo ? Andy sama tak zdecydowała, bo tylko w
taki sposób mogła uciec od konieczności wyboru jednego z nich.
Dwa domy tak naprawdę oznaczają jego brak, szczególnie w takiej
wersji, jaką zafundowali jej rodzice. Każdy człowiek potrzebuje
kawałka podłogi, o którym może powiedzieć MÓJ i gdzie stoi JEGO
łóżko, miejsca gdzie może trzymać SWOJE rzeczy (okazuje się, że
wystarczy nawet pół parapetu). To jest minimum, bez którego trudno
jest mieć poczucie bezpieczeństwa.
Można w tej książce dostrzec także przesłanie ciut optymistyczne – mianowicie takie, że nawet najbardziej wywrócony do góry nogami świat po jakimś czasie znów się uładza. Mimo, że wszystko jest zupełnie inaczej, niż chcieliśmy, to i tak da się żyć i znaleźć w tym życiu dobre strony. Taką naukę mogą wynieść z lektury tej książki także te dzieci, których rodzice nie zamierzają się rozwodzić. W ich życiu też zdarzają się momenty, po których nic już nie jest tak, jak było.
Jacqueline Wilson „Dziewczynka z walizkami”, przekł.: Ewa Rajewska, ilustr.: Nick Sharratt, wyd. Media Rodzina, Poznań 2003
W odpowiedzi na głosy, które odezwały się przy okazji „Małej księżniczki” , mówiące o tym, że jak „Tajemniczy ogród” to tylko w starym wydaniu – wpis z 31 grudnia 2012 roku o nowej wersji tej książki, a także o lekturach i tzw. wydaniach lekturowych.
Panno Mary, kapryśnico, // rozchmurz zagniewane lico ! // W twym ogródku rosną kwiatki, // róże, dzwonki i bławatki.
„Tajemniczy ogród” czytałam oczywiście w przekładzie Jadwigi Włodarkiewicz i z ilustracjami Bogdana Zieleńca – jak wszyscy do niedawna. I jak wszyscy znałam ten wierszyk właśnie w tej wersji. Również Najstarsza i Środkowa z moich córek, kiedy przyszła na nie pora, czytały moją starą i kompletnie zaczytaną książkę, którą nota bene ja sam chyba też po kimś odziedziczyłam. Niestety – do Najmłodszej, która ma niebawem omawiać ją w szkole, już nie dożyła 😦
Zastanawiałam się nad skorzystaniem z usług introligatora, żeby nie kupować nowej, bo mam jak najgorsze doświadczenia z wydaniami tych lektur, które znajdują się już w domenie publicznej. Byle jakiprzekład wydany byle jak, byleby tylko kosztował niewiele. Ilustracje oszczędnościowe, albo wcale ich nie ma. Za to często w tekście – komentarze dla idiotów w ramkach: opis przyrody, opis Iksińskiego, rozmowa Ygrekowskiego z Zetem. I w charakterze wisienki na torcie – opracowanie, żeby zwolnić czytelnika z jakiejkolwiek próby samodzielnego zrozumienia, o co w tym wszystkim chodzi. W efekcie książka, której nie tylko nie chce się czytać, ale nawet wziąć jej do ręki. Brrrr… 😦
Na szczęście, nie tak dawno, przypadkiem dowiedziałam się, że Paweł Beręsewicz, którego dotychczas znałyśmy jako autora, jest z wykształcenia anglistą i para się także tłumaczeniem literatury. Właśnie ukazał się jego przekład „Ani z Zielonego Wzgórza”, Jeszcze nie miałam go w ręku i nie wiem, czy się odważę, bo w ogóle nie odczuwam potrzeby sięgania po nowe wersje tego cyklu. Za bardzo zżyta jestem z Małgorzatą Linde i Ewą Moore, żeby przyjąć je do wiadomości jako Rachel i Leslie… (edit. 2023: nadal nie czytałam tej wersji, przekonałam się dopiero do przekładu Anny Bańkowskiej)
Za to wcześniejszy przekład „Tajemniczego ogrodu”, o którym dowiedziałam się przy tej okazji i bez większego problemu nabyłam tuż przed Świętami, jest dla nas po prostu darem od losu 😉 Ta książka to zaprzeczenie wydań lekturowych, o których wspominałam powyżej. Czyta się świetnie. Zaczęłam podczytywać ją w kolejce do kasy, a kiedy po powrocie do domu dowiedziałam się, że Najmłodsza ma jeszcze do skończenia poprzednią książkę, z wielką przyjemnością doczytałam do końca. Paweł Beręsewicz nie tylko uwspółcześnił język tej powieści, ale wzbogacił ją też o elementy gwary. W poprzednim przekładzie wszyscy bohaterowie, niezależnie od pochodzenia i pozycji, mówili podobnie, w tym – Marta, Dickon i inni rodowici mieszkańcy Yorkshire mówią po tutejszemu. Dzieciom może to początkowo trochę utrudniać lekturę, ale zdecydowanie ją wzbogaca.
O ilustracjach Alicji Rybickiej można powiedzieć różne rzeczy, ale na pewno nie to, że są oszczędnościowe. Te znajdujące się w tekście i przedstawiające sceny z książki są dość ascetyczne w doborze barw, ciut staroświeckie, ale bardzo stylowe. Oprócz nich na wyklejce oraz początku każdego rozdziału znajdujemy kolorowe obrazki jak z zielnika wraz z opisami. Dwie odmiany hibiskusa dla rozdziałów, których akcja rozgrywa się w Indiach, wrzos, kiedy Mary przybywa na wrzosowiska, a potem zawilec, przebiśnieg, konwalia, krokus i inne rośliny, które spotyka w ogrodzie. Dzięki temu nie są one dla czytelnika tylko suchymi nazwami, a tajemniczy ogród w naszej wyobraźni nabiera barw i kształtów.
Dodajmy do tego sztywną oprawę, piękny papier i czerwoną jak brzuszek rudzika wstążkę do zakładania kartek – dzięki temu wszystkiemu to wydanie „Tajemniczego ogrodu” nie jest typowym wydaniem lekturowym, które czyta się z przymusu, tylko książką, której lektura może być przygodą i przyjemnością.
Wydawnictwo „Skrzat” wydało ją w ramach serii „Klasyka z feniksem”, dodając: Feniks – symbol siły i nieśmiertelności, od zawsze patronował temu, co ważne i ponadczasowe, co wciąż się odradza. W serii „Klasyka z feniksem” pragniemy zaprezentować kolekcję książek, które mimo zmieniających się mód nieustannie bawią i zachwycają rzesze czytelników. „Klasyka z feniksem” to po prostu dobra literatura. (Edit: kolejnych książek wydanych w tej serii nie miałam w ręku, więc nie wiem, czy są w równym stopniu godne polecenia)
Osobom, które jak ja wychowały się na starym przekładzie, oprócz tego, że Dick jest tutaj Dickonem, może zgrzytać także ten wierszyk:
Mary, oj dana, panno zbuntowana // Co siejesz na swoich grządkach ? // Muszle szumiące, dzwoneczki grające // I aksamitki w rządkach.
ale
to wyłącznie dlatego, że zbyt dobrze pamiętamy go w wersji z
kapryśnicą 😉
Frances Hodgson Burnett „Tajemniczy ogród” (seria: „Klasyka z feniksem”), przekł.: Paweł Beręsewicz, ilustr.: Alicja Rybicka, wyd.: Skrzat, Kraków 2011
Nazywam się Kazia Łobodziec. Urodziłam się na przedmieściu Gródka Jagiellońskiego w województwie lwowskim. Moja mama zajmuje się rolą i domem, a tata jest kolejarzem. Obok nas mieszkają nie tylko Polacy, ale również Ukraińcy, Żydzi, a niedaleko Niemcy. Wspólnie obchodzimy święta z prawosławnymi i grekokatolikami. Mamy szczęście, świętując podwójnie, ponieważ święta z powodu odmiennego kalendarza wypadają w różnym czasie.
„Wysiedleni” to trzecia książka Doroty Combrzyńskiej – Nogali, która ukazała się w ramach serii „Wojny dorosłych – historie dzieci”. W każdej z nich autorka sięgnęła do wydarzeń, które pozostają na uboczu pamięci zbiorowej o tych czasach. „Bezsenność Jutki” była pierwszą książką dla młodych czytelników, która opowiadała o getcie łódzkim, a „Syberyjskie przygody Chmurki” – o losach dzieci – zesłańców syberyjskich. „Wysiedleni” to opowieść dziewczynki, która przed wojną i w czasie okupacji mieszkała niedaleko Lwowa (teraz powiedzielibyśmy, że na Kresach, ale wtedy to był niemal środek Polski), a potem razem z całą rodziną została wysiedlona na tak zwane Ziemie Odzyskane.
W pierwszej części Kazia opowiada o życiu przed wojną, wypełnionym zabawami z rówieśnikami na polach, łąkach i nad rzeką oraz świętami – raz własnymi, a kiedy indziej sąsiadów innego wyznania. To bezproblemowe, choć proste i niezbyt zamożne życie w otoczeniu przyjaznych ludzi przypomina trochę Bullerbyn – szczególnie, że podobnie jak najnowszemu wydaniu książki Astrid Lindgren, także tej towarzyszą ilustracje Magdaleny Kozieł – Nowak.
A potem przyszła wojna. Na Polskę napadli Niemcy i Rosjanie. Rzeka, łąki, rechot żab były tak samo piękne jak wcześniej, ale coś się w ludziach zmieniło. Całe wspólne życie, może nie do końca doskonałe, jak to między sąsiadami, ale wspólne, bo wszyscy byliśmy obywatelami państwa polskiego, rozsypało się…
Druga
część „Wysiedlonych” to czas wojny i okupacji. Kazia dużo
miejsca w swojej opowieści poświęca eksterminacji Żydów oraz
problemom polsko – ukraińskim (na szczęście to nie był Wołyń
i w jej miejscowości nie działy się rzeczy tak straszne, jak tam,
choć sytuacja była napięta), natomiast ani jednym słowem nie
odnosi się do dwóch lat okupacji sowieckiej. Aż zwątpiłam we
własną wiedzę historyczną i sprawdziłam, czy na pewno Gródek
Jagieloński znalazł się w strefie sowieckiej i zdecydowanie tak
było. Szkoda, że nie ma o tym wzmianki w książce, bo nadal tak
jest, że w pamięci zbiorowej okupantem byli przede wszystkim
Niemcy. W opowieści Kazi żołnierze sowieccy pojawiają się
dopiero pod koniec wojny, kiedy przez te tereny przechodzi front. A
potem, mimo że wojna w zasadzie skończyła się, nadal nie było
bezpiecznie – na polach leżały niewybuchy i jeden z kolegów
dziewczynki zginął, bawiąc się nimi.
Czekała nas jeszcze kolejna straszna zmiana. Zmiana nie do wyobrażenia. Mieliśmy opuścić swoje domy, pola, pastwiska i łąki. Zostawić pielęgnowane od pokoleń ogrody, sady, spakować się do kilku skrzyń, zabrać zwierzęta i wynieść się na ziemie zachodnie, do Niemiec, gdzie jeszcze mieszkali Niemcy. Granice państw przesunęły się, a wraz z nimi musieli przesunąć się ludzie. Tacy przesunięci ludzie nazywali się repatriantami, przesiedleńcami, wysiedlonymi. Ale kiedy patrzyłam na swoich zrozpaczonych rodziców, którzy musieli zostawić nowy dom, babcię, która zostawiała na cmentarzu dziadka Michała i swoich przodków, i siostry, które były Ukrainkami, to wydawało mi się, że wcale nie przesunięci, tylko wyrwani z korzeniami, wypędzeni.
W dodatku jechali gdzieś, gdzie nie wiadomo, co zastaną. Czuli się jak pył, co nic nie znaczy, bez wpływu na swoje życie. Wyrwani byli i Polacy, i Niemcy ze Śląska, którzy podobno też się pakowali, tylko w mniejsze walizki, i Ukraińcy z okolic Przemyśla, co mieli zamieszkać w zostawianych przez nas domach.
Rodzina Kazi, która ze względu na narodziny jej najmłodszej siostrzyczki Czesi wyjechała ostatnim transportem, znalazła się wraz z dotychczasowymi sąsiadami z Czerlańskiego przedmieścia Gródka we wsi Bremberg, która teraz nazywała się Żarek. Dom, w którym zamieszkali, był opuszczony, ale w wielu gospodarstwach nadal mieszkały niewysiedlone jeszcze rodziny niemieckie, najczęściej same kobiety z dziećmi. Przez jakiś czas dotychczasowi i nowi właściciele musieli mieszkać razem w tych samych domach i stopniowo nawiązały się między nimi więzi. Poznawali nawzajem swoje języki, Niemcy uczyli Polaków posługiwania się maszynami rolniczymi, których ci nie znali, opieki nad ulami, których zabrać nie mogli czy korzystania z nieznanych roślin, rosnących w ogródkach (na przykład rabarbaru).
Trudno mi dyskutować z tym sielskim obrazem początków życia w nowym miejscu ludzi boleśnie doświadczonych wojną i wyrwanych ze swojego dotychczasowego świata oraz ich przyjacielskiego współżycia z przedstawicielami narodu, który był za tę wojnę odpowiedzialny – mogło i tak być, choć wydaje mi się, że dalece nie zawsze. Niewątpliwą zaletą „Wysiedlonych” jest to, że w ogóle porusza temat powojennego przesuwania całych rzesz Bogu ducha winnych ludzi tylko dlatego, że gdzieś tam ustalono inny przebieg granic ich państw.
Smutną
puentą tej całej historii była kończąca ją wzmianka, że po
trzydziestu latach życia w Żarku, jego mieszkańcy znów zostali
wysiedleni, bo ich wieś znalazła się na terenach zalanych podczas
tworzenia zalewu na Nysie Szalonej. I znów musieli wszystko zaczynać
od nowa, choć tym razem bliżej…
Dorota Combrzyńska – Nogala „Wysiedleni” (seria: Wojny dorosłych – historie dzieci), ilustr.: Magdalena Kozieł – Nowak, wyd.: Literatura, Łódź 2018
Pewnego pochmurnego dnia zimowego, kiedy gęsta, żółta mgła zalegała ulice Londynu tak szczelnie, że zapalono latarnie, a szyby wystawowe sklepów jarzyły się oświetleniem gazowym, jakby to już był wieczór; mała, osobliwie wyglądająca dziewczynka jechała wolno ulicami miasta, siedząc w powozie przy boku swego ojca.
„Mała księżniczka” zalicza się do elitarnego grona ulubionych książek mojego dzieciństwa. Była tak bardzo ukochana, że zaczytałam ją kompletnie i nie dotrwała już do moich córek. W stosownym momencie nabyłam więc kolejne wydanie z myślą o Najstarszej z córek i… przeżyłam ogromne rozczarowanie. Od pierwszych słów nie spodobał mi się nowy przekład, jakiś taki toporny i bez wdzięku, w którym ten pierwszy akapit składał się z trzech zdań. W dodatku Rózia miała tam na imię Becky, co może jest zgodne z oryginałem, ale kompletnie nie pasuje do niej 😉
Na okładce sportretowana była dziewczynka – blada, wymoczkowata i z rudawymi włosami, o której na pewno nie można było powiedzieć, że miała swoisty, oryginalny urok. Tymczasem Sara Crewe została opisana przez autorkę jako dziewczynka smukła i wiotka, wysoka jak na swój wiek, o wyrazistej, pociągłej twarzyczce. Włosy miała gęste, kruczoczarne i lekko podwinięta na końcach, oczy szarozielone, to prawda, były to jednak ogromne, cudowne oczy o długich, czarnych rzęsach i chociaż jej samej nie podobał się ich kolor, wiele osób uważało, że są piękne. Ilustracje w środku też nie zachwycały, a ich podstawową wadą było to, że nie wyszły spod ręki Antoniego Uniechowskiego.
Później okazało się, że i tak nie była to najgorsza wersja tej książki, na jaką mogłyśmy trafić. Na szczęście udało mi się zdobyć to stare wydanie i jest to obecnie ukochana książka Najmłodszej, zaczytana podobnie jak ta moja sprzed lat. Ze zdziwieniem policzyłam, że oprócz okładki jest tam tylko sześć ilustracji. Tylko sześć, ale wystarczyło to, aby wspaniale zbudować cały świat tej książki !
„Mała księżniczka” nie była chyba moim pierwszym kontaktem z kreską Antoniego Uniechowskiego. Miałam też inne ulubione i ilustrowane przez niego książki – na przykład „Przyjaciel na zawsze” Miry Jaworczakowej czy zapomniana „Dorota i jej towarzysze”. Potem, buszując na półkach rodziców znalazłam wspomnienia „Antoni Uniechowski o sobie i innych” i zatonęłam w opisywanym przez niego przedwojennym świecie. Bodaj pierwsze wspomnienia, jakie czytałam, a upodobanie do tego rodzaju literatury pozostało mi do dziś.
Pod tegoroczną choinką znalazłam książkę Joanny Olczak – Ronikier „Wtedy. O powojennym Krakowie” – fantastyczne uzupełnienie jej wcześniejszej historii rodzinnej „W ogrodzie pamięci”. Kilka pierwszych powojennych lat w Krakowie widzianych oczami dziecka, dom na Krupniczej zamieszkały przez ludzi książki i rozmaici odwiedzający je tam znajomi mamy Hanny Mortkowicz – Olczakowej i babci Janiny Mortkowiczowej. A wśród nich także, ku mojej radości: Antoni Uniechowski – słynny rysownik, który ilustrował dwie książki mojej mamy: „Jesień niezapomniana” – wiersze o oblężonej Warszawie i wierszowaną opowieść „Jak się wszystko zmieniło”. Przyprowadzał ze sobą swoją córką Krysię, ale zamiast się bawić, wolałyśmy patrzeć, jak otwiera buteleczkę z tuszem, wyjmuje z kieszeni piórko, które zawsze nosił przy sobie, i wyczarowuje na świstku papieru koronkowe, zwiewne rysunki na zadany temat.
Koronkowe i zwiewne – takie właśnie są te ilustracje i bardzo się cieszę, że nieocenione Dwie Siostry wznowiły „Małą księżniczkę” właśnie w tej najpiękniejszej dla mnie wersji 🙂
Frances Hodgson Burnett „Mała księżniczka” (seria: Mistrzowie Ilustracji), przekł.: Wacława Komarnicka, ilustr.: Antoni Uniechowski, wyd.: Dwie Siostry, Warszawa 2015
To była ukochana książka mojego dzieciństwa. No, może niezupełnie dzieciństwa, bo miałam już wtedy jedenaście lat, ale pozostała ze mną na długo i była niezawodną lekturą na wszystkie smutki.
Najpierw utraciła uroczą kolorową obwolutę, a z czasem zaczęła się coraz bardziej rozsypywać. Kiedy zorientowałam się, że raczej nie można spodziewać się jej wznowienia, udałam się do introligatora, zabierając także, równie zaczytane ”Dlaczego kąpiesz się w spodniach wujku ?”. Książki zostały ładnie oprawione („Cukiernia” oczywiście w okładkę wiśniową) i służą nam nadal znakomicie. Obie należą teraz do ulubionych lektur moich córek.
„Cukiernia pod Pierożkiem z Wiśniami” to historia jedenastoletniej Ani, która wraz z młodszą siostrzyczką Kicią przyjeżdża do Londynu, aby tam zamieszkać na czas półrocznej nieobecności Taty. Ich Mama nie żyje i dziewczynki zostają pod opieką swojej ciotecznej babki Zofii, której nigdy wcześniej nie widziały. Ania bardzo boi się tego, co je czeka, ale okazuje się to wspaniałą przygodą. Zofia (mimo groźnie brzmiącego tytułu Ciotecznej Babki) jest bardzo miła, a w dodatku prowadzi tytułową cukiernię, w której tak miło pachnie świeżo upieczonym ciastem.
Czy to ten zapach, który wręcz unosi się z jej kartek, sprawił, że tak ją polubiłyśmy ? Po zamknięciu książki ma sie ochotę pobiec do kuchni i samodzielnie coś upiec – można skorzystać z zamieszczonych tam przepisów na słodycze, które robiła sama Ania. W końcu (jak mówiła Zofia): Nic tak łatwo nie pozwala zapomnieć o troskach, jak spokojna godzina spędzona w kuchni.
W porównaniu z moimi córkami, standardy zachowania których wyznaczane są raczej przez bohaterów Astrid Lindgren, książkowa Ania jest wręcz obrzydliwie grzeczna. Jeśli nawet (choć bardzo rzadko) zdarzy jej się dać upust negatywnym emocjom, to zaraz mityguje się i przeprasza. W tej książce od początku do końca pojawiają się wyłącznie ludzie życzliwi i dobrzy. Od Zofii i Kloci, pod których opieką pozostają dziewczynki, przez kelnerki w cukierni, poznanego na ulicy chłopca – Larry’ego aż po wielkich aktorów, u boku których Ania wystąpi w teatrze. W tym niedzisiejszym świecie opisanym w „Cukierni” – w którym dorośli zawsze mają rację, a dzieci są posłuszne – jest ład, który daje poczucie bezpieczeństwa.
Dodajcie do tego jeszcze ilustracje Marii Orłowskiej – Gabryś – również sympatyczne, spokojne i trochę staroświeckie – i już wiecie, jaka jest „Cukiernia pod Pierożkiem z Wiśniami” 🙂
Piszę
o niej teraz nie tylko dlatego, że właśnie wykurowałam się z
wyjątkowo zjadliwej grypy, a pierwszą książką, po którą
sięgnęłam, gdy już mogłam czytać była właśnie
„Cukiernia”. Piszę
o niej teraz – ponieważ już całkiem niedługo ukaże się jej
wznowienie !!! Ukaże
się w serii „Mistrzowie ilustracji”, do której należy już
między innymi „Babcia na jabłoni” Miry Lobe z ilustracjami
Mirosława Pokory i „Gałka z łóżka” Mary Norton z
ilustracjami Jana Marcina Szancera.
P.S.
Zajrzałam ostatnio na stronę wydawnictwa i ze zdziwieniem
zauważyłam tam swoją własną wypowiedź o „Cukierni” z
jakiegoś forum. Chyba, że jest jeszcze ktoś, kto ma te książkę
w wiśniowej okładce ?
Clare Compton „Cukiernia pod Pierożkiem z Wiśniami”, przekł.: Krystyna Tarnowska, ilustr.: Maria Orłowska – Gabryś, wyd.: Nasza Księgarnia, Warszawa 1976
Wznowienie ukazało się wkrótce po tym, jak napisałam tę recenzję, ale moje córki jednak nadal wolały tę książkę w naszej wiśniowej oprawie. Nowa natomiast znakomicie nadawała się (i nadaje nadal) na prezenty. Nie znam dziewczynki, której by się ona nie spodobała 🙂
I zupełnie nie przeszkadza mi to, że tytułowy Cherry Pie zdecydowanie nie jest pierożkiem 🙂
Clare Compton „Cukiernia pod Pierożkiem z Wiśniami”, przekł.: Krystyna Tarnowska, ilustr.: Maria Orłowska – Gabryś, wyd.: Dwie Siostry, Warszawa 2007