Szopięta

Szopięta

Wpis z 25 lipca 2016 roku:

Była sobie raz rodzina szopów praczy. Pani Szop, Pan Szop i ich dzieci. Szopięta Praczęta…

Na wirtualnych półkach mojego Małego Pokoju z Książkami stoją już książki o psach, kotach i misiach. Są także o koniach, o łosiu, o fokach, a nawet o świstaku (edit: o nim jeszcze nie, ale niedługo także jego przypomnę 😉 ) – natomiast o szopach jeszcze nie było 🙂

Pan i Pani Szop bez przerwy prali i sprzątali. Oczywiście bardzo dbali także o to, żeby ich dzieci były czyste i miały pełne brzuchy.

Ale ich dzieci bez przerwy marudziły:

– Pobawcie się z nami !

– Nie możemy ! Nie mamy czasu – odpowiadali zwykle rodzice. – Umyjcie natychmiast łapy i nosy, bo są czarne jak smoła.

Początkowo widziałam w tej książce tylko pretekst do zabawy materiałami, ich kolorami, wzorami i fakturami. Do pewnego stopnia tak jest – sznur z praniem daje do takiej zabawy możliwości nieograniczone, a Ewa Kozyra – Pawlak umie z nich fantastycznie* korzystać 😉

Potem zobaczyłam tam jednak historię o tym, co w życiu rodzinnym jest najważniejsze. I nie jest to zdecydowanie ani idealny porządek, ani kryształowo czyste prania. Państwo Szopowie tez do tego doszli, ale do sprawy musiała się wtrącić pewna (pozornie 😉 groźna Lisica…

„Szopięta” to bajecznie kolorowy hymn na cześć bycia RAZEM – bo tylko wtedy WSZYSTKO NAPRAWDĘ JEST W PORZĄDKU 🙂

Ewa Kozyra – Pawlak (tekst i ilustr.) „Szopięta”, wyd.: Nasza Księgarnia, Warszawa 2016

* w sprawie zachwytów nad ilustracjami Ewy Kozyry – Pawlak zapraszam >>>tu, i >>tu,, bo wyczerpałam już wszystkie dostępne mi środki wyrazu. Po prostu – słów mi brak 🙂

Literkowa książka

Literkowa książka

Rosną z nich wiersze, teksty w piosence,

baśnie, krzyżówki i list w butelce.

Kiedy je poznasz – podróż się zacznie,

więc poprzyglądaj im się dziś bacznie.

Książek o literach i alfabecie jest w księgarniach sporo, ale rzadko można znaleźć wśród nich takie, które miałyby jakiś oryginalny pomysł na ich przedstawienie. Tymczasem niespodzianka – rok 2020 oprócz pandemii przyniósł nam także aż dwie zachwycające, oryginalnie i pomysłowo ilustrowane. Pierwszą jest „Wrocławski abecadlik” adresowany do czytelników do tego stopnia młodych, że młodszych już nie ma 🙂 „Literkowa książka” przeznaczona jest dla dzieci nieco starszych – takich, które już naprawdę zaczynają świadomie poznawać litery i łączyć je w słowa.

animacja – Mikołaj Kamler

Jej premiera przypadła pechowo akurat na początek epidemii w Polsce. Ja trafiłam na nią przypadkiem (nie do końca, bo doskonale wiedziałam, że ma się ukazać i czekałam na to z zainteresowaniem !) przy okazji ostatniej wizyty w księgarni przed ich zamknięciem.

Jedyne w swoim rodzaju kolorowe litery wydziergała szydełkiem i na drutach Anna Salamon. Każda jest tak sprytnie zrobiona, że kojarzy się z jakąś rzeczą, której nazwa właśnie od niej się zaczyna. Po każdych kolejnych czterech literach mamy stronę z nieco zwariowanym wierszykiem dedykowanym właśnie im oraz z równie odjechaną ilustrującą go ilustracją 😉

Przeczytałam ostatnie zdanie, wiem jak ono brzmi, ale przepraszam – nie potrafię inaczej. Po prostu udzielił mi się nastrój tej książki 🙂 Ja najbardziej lubię osę moczącą nogi w misce oraz wiersz (i ilustrację) o śnie babci Feli.

Na sztywnych kartach tej książki każdy znajdzie coś dla siebie, a dzieci dzięki niej przekonają się, że czytanie to może być naprawdę fajna przygoda !!!

Niech cię wiedzie wyobraźnia,

niech uskrzydla i rozjaśnia.

Do jej wrót zaklęcie masz,

wszak litery wszystkie znasz !

Alicja Krzanik (tekst), Anna Salamon (ilustr.) „Literkowa książka”, wyd.: Nasza Księgarnia 2020

Z Bożej łaski Jadwiga, król

Z Bożej łaski Jadwiga, król

Jadwiga Andegaweńska była pierwszą postacią historyczną, którą poznałam bliżej, a stało się to za sprawą powieści „Jadwiga i Jagienka” Czesławy Niemyskiej – Rączaszkowej, jednej z ukochanych książek mojego dzieciństwa. Dzięki niej dowiedziałam się najpierw ja, a potem Najstarsza z moich córek o tym, co wiedzą teraz już wszyscy, którzy choćby zobaczyli okładkę książki Zuzanny Orlińskiej – że Jadwiga nie była królową, tylko królem Polski. Pamiętam rozpaczliwy telefon Najstarszej z wycieczki szkolnej do Krakowa i jej żądanie, żebym natychmiast wyjaśniła to pani przewodniczce, która nie uznała w jakimś konkursie jej odpowiedzi na pytanie o królów właśnie 😉

Sięgnęłam po „Z Bożej łaski Jadwiga, król” z pewnymi obawami, choć znając twórczość Zuzanny Orlińskiej mogłam przypuszczać (a nawet być pewna), że uda jej się sprostać tej konkurencji. Te obawy wzrosły nieco, kiedy stwierdziłam, że zaczęła swoją opowieść w tym samym momencie co Niemyska – Rączaszkowa czyli w czasie podróży Jadwigi do Polski. Poczułam się jednak trochę swojsko spotykając w jej orszaku dobrze znane osoby – jak Spytka z Melsztyna czy biskupa Radlicę. I też, podobnie jak w tamtej powieści, do orszaku Jadwigi ktoś w tej podróży dołączył. Tym razem jednak nie była to Jaga, córka Jamroża Króla z Lipnicy Małej, tylko Formoza – nieznająca swojego pochodzenia akrobatka z wędrownej trupy. Jak wspomina w przedmowie autorka, natknęła się w dokumentach na taką postać wymienioną jako: Formoza de Wanszwoja, niegdyś panna dworska przy boku naszym, teraz zaś narzeczona Stanisława Gamrata, której Jadwiga ufundowała posag. Na tej podstawie wymyśliła jej historię. Panna Formoza z fraucymeru królowej pojawiła się także w „Jadwidze i Jagience”, ale była tam tylko postacią w tle. Tytuł powieści Niemyskiej – Rączaszkowej pokazuje, jak ważny jest tam, opierający się na Jagience wątek ludowy. Czytając ją teraz, po latach i z moją obecną wiedzą, dostrzegłam wyraźnie, jak bardzo naznaczona jest przez czasy, w których powstała.

Jest w tych książkach więcej podobieństw, wynikających przede wszystkim z tego, że opisują te same wydarzenia. Zuzanna Orlińska poszerzyła akcję o wątek litewski, dzięki któremu czytelnicy wiedzą trochę więcej o kraju, z którego przybywa Jagiełło. Bardzo polubiłam jej Skirgiełłę, główną postać tego wątku, który trochę kojarzy mi się z panem Zagłobą 😉

Jest też tam wątek zupełnie nowy, drugi plan czasowy, w którym pojawia się postać prawie nieznana – Anna Cylejska, druga żona Jagiełły, którą ponoć sama Jadwiga do tej roli wskazała. Uważny czytelnik zauważy zresztą na kartach tej książki także jego trzecią żonę, ale ona pojawia się tylko na dalszym planie. Losy tych dwóch dziewczynek, kuzynek – Jadwigi i Anny, (wydawać by się mogło – księżniczek z bajki) uświadamiają nam, w jak niewielkim, mimo swego urodzenia, stopniu miały one wpływ na własne życie i jak bardzo było ono zależne od decyzji opiekujących się nimi mężczyzn.

Jadwiga jest także jedną z dam, dziewuch, dziewczyn w wydanej niedawno książce Anny Dziewit – Meller, do której miałam trochę zarzutów o ahistoryczność (oraz o opowiadanie o królu Polski per Jadźka 😉 ). Zuzanna Orlińska nie spoufala się ze swoją bohaterką, starannie odtwarza natomiast średniowieczny obyczaj, sposób myślenia i życie na dworze. Doceniła to także dr hab. Bożena Czwojdak – mediewistka i konsultantka historyczna tej książki pisząc: Autorka ukazała Jadwigę nie tylko jako poważną królową i świętą, ale jako zagubioną w zupełnie nowym świecie dziewczynkę, która dorasta do powierzonej jej roli. Zuzanna Orlińska odkryła przed nami ludzką twarz Jadwigi.

Z niecierpliwością czekam teraz na jej kolejną historyczną powieść, bo wiem, że powstaje, że także poprzedzona została solidną kwerendą i że zaprowadzi nas w czasy, w których jeszcze z tą autorką nie byliśmy 🙂

Zuzanna Orlińska „Z Bożej łaski Jadwiga, król” (seria: A to Historia), wyd.: Literatura, Łódź 2017

Czesława Niemyska – Rączaszkowa „Jadwiga i Jagienka”, ilustr.: Leonia Janecka, wyd.: Nasza Księgarnia, Warszawa 1967

Klasa pani Czajki; LO-teria; Licencja na dorosłość

Klasa pani Czajki; LO-teria; Licencja na dorosłość

czyli cykl Małgorzaty Karoliny Piekarskiej, w którym przeprowadza ona swoich bohaterów od pierwszej klasy w saskokępskim gimnazjum, przez licea i studia do dorosłości 🙂

Co prawda między wydaniem części pierwszej i ostatniej minęło piętnaście lat, a w tak zwanym międzyczasie nastąpiła reforma likwidująca gimnazja, więc można się zastanawiać, czy te książki się nie zdezaktualizowały, ale problemy, jakie się ma w tym wieku są ponadczasowe i niezależne od tego, jak się nazywa szkoła, w której się je przeżywa. O „Klasie pani Czajki” pisałam 29 kwietnia 2006 roku, to była dwunasta książka, która stanęła na ówczesnych półkach Małego Pokoju z Książkami 🙂

Znowu piszesz o książkach ? Napisz o „Klasie pani Czajki” ! – mówiła często Najstarsza z moich córek, widząc mnie przy komputerze. Dlaczego akurat o niej ? – pytałam. Bo jest fajna – taka prawdziwa i życiowa. No, skoro tak, to proszę bardzo… 🙂

„Klasa pani Czajki” opowiada trzy lata życia uczniów pewnego gimnazjum na warszawskiej Saskiej Kępie – poznajemy ich w dniu rozpoczęcia roku w pierwszej klasie, a żegnamy, gdy kończą szkołę i rozchodzą się do różnych liceów. Małgosia, Kamila, Maciek, Kaśka, Kinga, dwóch Michałów, Aleks, Wojtek i inni – ich kłopoty szkolne i problemy domowe, radości i smutki, pierwsze miłości i rozczarowania, sympatie i antypatie… Zwyczajna klasa, przeciętne dzieciaki, normalne życie.

Czas gimnazjum to taki trudny i głupi wiek – z podstawówki przychodzą dzieci (z pretensjami do bycia młodzieżą), a po trzech latach szkołę opuszcza młodzież (z pretensjami do dorosłości). Na pierwszy rzut oka wyglądają już niemal jak dorośli, ale w głowach mają groch z kapustą, a głęboko w środku siedzą w nich jeszcze małe dzieciaki, które bardzo potrzebują czułości i oparcia w dorosłych.

Bohaterowie tej książki są w sumie dość grzeczni – nie mają większych konfliktów z rodzicami (którzy, z małymi wyjątkami, też wyglądają rozsądnie i sympatycznie), uczą się, nie rozrabiają, nawet wagary niespecjalnie im wychodzą 😉

W klasie pani Czajki chyba nikt nie pali i (poza jednym klasowym „wyrzutkiem”) nikogo nie ciągnie do alkoholu. Z narkotykami i ich dealerami uczniowie nie spotykają nawet przypadkiem i to jest moje podstawowe zastrzeżenie do rzetelności kronikarskiej tej książki. Trudno mi uwierzyć, że przez całe trzy lata nikt z klasy nie ma najmniejszego kontaktu z narkotykami w żadnej postaci, nikt nie jest namawiany na spróbowanie, nie widzi nikogo „zaćpanego”. Szkoda – bo byłaby to niezła okazja, żeby pokazać, jak odmawiać, nie tracąc przy tym twarzy.

Szkoła, do której chodzą bohaterowie – normalna, państwowa i rejonowa, w niczym nie przypomina piekła opisywanego przez panią Musierowicz w Jeżycjadzie, a nauczyciele (z tytułową wychowawczynią klasy na czele) też mają ludzkie oblicza. Pani Barbara Czajka jest zresztą postacią autentyczną – była ukochaną polonistką autorki, choć w rzeczywistości nie uczy w gimnazjum. W książce jest dość surową, ale sprawiedliwą wychowawczynią klasy i wymagającą, ale uczącą w sposób interesujący polonistką. Najstarsza zauważyła kiedyś, że w kilku czytanych przez nią współczesnych książkach młodzieżowych bohaterki (lub autorki) bardzo lubią swoje nauczycielki polskiego. Zapytała mnie, czy jest to warunek sine qua non zostania pisarką, bo jeśli tak, to ona na razie chyba nie ma szans. Teraz już ma, bo polubiła swoją polonistkę 😉

Ta książka nie jest powieścią – składają się na nią felietony, które przez trzy lata ukazywały się w piśmie „Victor. Gimnazjalista”. Z tego wynika brak jednolitej akcji i trochę denerwujące powtórzenia – przypomnienia, bo każdy rozdział zajmuje się inną sprawą, sygnalizuje inny problem.

„Klasa pani Czajki” była przebojem wśród koleżanek Najstarszej pod koniec piątej i na początku szóstej klasy mimo, że (a może właśnie dlatego, że… 😉 ) opowiada o gimnazjalistach. W tym wieku chętniej czyta się o perypetiach osób trochę starszych od siebie i problemach, do których się dopiero pretenduje. Sama wtedy zaczytywałam się Siesicką i wydawało mi się, że jej bohaterowie są okropnie dorośli i mają bardzo dorosłe problemy 😉

Małgorzata Karolina Piekarska „Klasa Pani Czajki”, ilustr. Paweł Włodarczyk, wyd.: Agencja Wydawnicza AGA-PRESS, Warszawa 2004

Małgorzata Karolina Piekarska „Klasa Pani Czajki”,  wyd.: Nasza Księgarnia, Warszawa 2016

Klasa pani Czajki skończyła gimnazjum i rozeszła się do szkół średnich. Część z nich trafiła do (również saskokępskiego) liceum imienia Bolesława Prusa i grono bohaterów kolejnej części cyklu powiększy się ich koleżanki i kolegów z klasy pani Janeckiej, ale nie tylko… Nowi coraz starsi bohaterowie, nowe problemy, które stawia przed nimi życie… Nieuchronne wchodzenie w dorosłość – dla jednych łagodniejsze, dla innych trudniejsze, bo nie zawsze mogą liczyć na wsparcie rodziców, a czasem sami muszą wejść w ich rolę.

Jakiś czas temu na jednym z książkowy forów w sieci zadano pytanie o książki opisujące życie młodzieży 18+ czyli takie rzeczywiste wchodzenie w dorosłość już pod skończeniu szkoły. Okazało się, że prawie nie ma takich 😦 Ja sama kojarzę tylko owocowy cykl Izabeli Sowy oraz „Przyjaciół” i „Ślimaki z ogródka” Marty Madery, ale są to pozycje sprzed kilkunastu lat. Z nowości – przez chwilę miałam nadzieję, że taką powieścią będzie „Hodowla” Katarzyny Ryrych, jednak tam bohater co prawda jest już po studiach, ale powraca do miasteczka, w którym chodził do liceum, żeby się wewnętrznie rozliczyć z tamtym czasem.

Wynika z tego, że „Licencja na dorosłość” jest w kategorii literatury Young Adult zdecydowanym wyjątkiem, bo jej bohaterowie rzeczywiście mierzą się z problemami dorosłości. Niektórzy z nich mogą jeszcze funkcjonować w rodzinnych domach na prawach dzieci, nie troszcząc się specjalnie o materialną stronę życia, ale są też tacy, którzy studiują w innych miastach i tam (na przykład w konfrontacji z osobami, od których wynajmują miejsce do mieszkania) są zdani głównie na siebie. Ich związki to już nie są pierwsze nastoletnie miłości, konflikty z prawem też już grożą dorosłymi konsekwencjami – robi się coraz poważniej, ale też coraz ciekawiej.

Żegnamy się z bohaterami tego cyklu, kiedy obie klasy – i ta pani Czajki, i ta pani Janeckiej spotykają się w parku Skaryszewskim. Być może to ich ostatnie spotkanie w takim gronie, choć już kilku osób zabrakło. Część z nich za chwilę będzie pisało licencjat, ale czy to znaczy, że mają już tytułową licencję na dorosłość ?

Co to jest ten licencjat ? Maciek wiedział, że nie dla wszystkich oznacza koniec studiów. Nie jest też żadnym patentem na to, jak żyć, ani co robić ze swoim życiem. Jest etapem w podróży. Jednym z wielu takich, które nie rozwiązują niczego. Jest jak stacja przesiadkowa. Tylko który pociąg teraz wybrać ? Dokąd ? I jaki ? Nie dla wszystkich jazda ekspresem jest korzystna. Można przegapić jakieś ważne stacje.

Małgorzata Karolina Piekarska „LO-teria”,  wyd.: Nasza Księgarnia, Warszawa 2017

Małgorzata Karolina Piekarska „Licencja na dorosłość”,  wyd.: Nasza Księgarnia, Warszawa 2019

Gofrowe serce. Lena i ja w Zatoce Pękatej Matyldy

Gofrowe serce. Lena i ja w Zatoce Pękatej Matyldy

Dzięki przymusowym feriom czasu na czytanie zrobiło się więcej, więc przypominam kolejną książkę, która wciąga lepiej niż niejedna gra komputerowa 😉 Czytałam ją wiele lat temu w pierwszym wydaniu Naszej Księgarni, teraz została wznowiona przez Dwie Siostry.

Wpis z 18 lipca 2011 roku:

Lena i ja mieszkamy w zatoce zwanej Pękatą Matyldą. Dziadziuś mówi, ze Pękata Matylda to królestwo. Dziadziuś przeważnie buja, ale lubię myśleć, że ma rację i Pękata Matylda jest królestwem; naszym królestwem. Mamy tu rozległe pola między domami a fiordem, do którego brzegu wiedzie wąska droga żwirowa. Wzdłuż tej drogi rosną jarzębiny, na które można się wspinać. Każdego ranka, gdy wstanę, patrzę przez okno na fiord i jaka jest pogoda. Gdy porządnie wieje, fale walą w pomost, aż woda bryzga wysoko na pola. A gdy nie wieje, fiord wygląda jak ogromna kałuża. Jakby się uważnie przyjrzeć, to widać, że woda ma codziennie inny odcień. Patrząc na fiord, jednocześnie rozglądam się za łódką dziadziusia. On wstaje codziennie o piątej i wyrusza na połów. Powyżej naszych domów przebiega droga samochodowa. A powyżej drogi samochodowej są górki do zjeżdżania zima na sankach i nartach.

Czujecie to ? (że zapytam jak Serce z moich ulubionych reklam 😉 ) Takie miejsce do mieszkania, gdzie przez okno widać wodę, marzy mi się od zawsze. Ale to nie jedyny powód, dla którego podoba mi się ta książka.

Tym, którzy zadają sobie pytanie, gdzie się podziały ciepłe, mądre i błogie opowiadania w stylu „Dzieci z Bullerbyn”, gorąco polecamy „Gofrowe serce” – napisano na okładce. Mnie kojarzy się ono jednak bardziej z inną moją ukochaną książką Astrid Lindgren – „Dlaczego kąpiesz się w spodniach wujku ?” (czyli „My na wyspie Saltkrakan”) i to nie tylko z powodu nadmorskiego anturażu.

Jej głowni bohaterowie – Kręciołek i Lena bardzo przypominają mi Pellego i Tjorwen, tylko troszkę starszych. Co prawda – fizycznie trudno dopatrzyć się podobieństwa, bo Lena zupełnie nie wygląda jak mała dobrze wypchana kiełbaska, okrąglutka i apetyczna, wręcz przeciwnie – jak mówi o niej Dziadziuś Kręciołka – je jak koń, a wygląda jak rower, ale charakterek ma podobny i szalone pomysły również 😉

Podobnie jak na Saltkrakan, w Zatoce Pękatej Matyldy smutek i radość razem wędrują i obok rzeczy śmiesznych dzieją się tam również smutne. Jak w życiu. Gdzieś pomiędzy szalonymi zabawami dzieci i kolejnymi wstrząśnieniami mózgu Leny, umiera ciocia – babcia, siostra Dziadziusia i ukochana zastępcza Babcia Kręciołka, stary sąsiad musi iść do domu starców, a Lena na jakiś czas opuścić Zatokę. Kręciołek tęskni, ale, jak tłumaczy to Dziadziuś, jeśli komuś jest smutno, bo tęskni do jakiegoś człowieka, to znaczy, że tego człowieka kocha. A kochać kogoś to najpiękniejsze, co może być. Tych za którymi tęsknimy, mamy w sobie.

„Gofrowe serce” to książka, którą mogę zaliczyć do kategorii z Tatą w roli głównej, mimo że Lena nie ma taty, a Tata Kręciołka pozostaje gdzieś w tle. Okazuje się jednak, że choć nie do końca wiadomo do czego służy Tata, to jest on bardzo potrzebny.

Mam tylko jeden problem. Staram się opisywać tutaj książki, które lubią moje córki. Tymczasem Najmlodsza – jedyna z nich, która jest w wieku odpowiednim do „Gofrowego serca” – z przyczyn dla mnie kompletnie niezrozumiałych (być może po prostu dlatego, że jest uparta jak stary kozioł 😉 ) zdecydowanie odmówiła wszelkiego kontaktu z nią. Nie i już ! Za to wszystkim pozostałym znanym mi dzieciom, które ją czytały, bardzo się podobała. Więc tym razem jest to książka sprawdzona na dzieciach – tylko że nie moich 🙂

W dodatku znakomicie wpisująca się w moje skandynawskie skrzywienie, które jak widać nie ogranicza się tylko do literatury szwedzkiej. Ta książka przypomina mi, że Norwegia ciągle na nas czeka, a ja ciągle mam nadzieję, że kiedyś w końcu uda nam się tam dotrzeć.

Maria Paar „Gofrowe serce. Lena i ja w Zatoce Pękatej Matyldy”, przekł.: Aneta W. Haldorsen, wyd.: Nasza Księgarnia, Warszawa 2007

Maria Paar „Gofrowe serce. Lena i ja w Zatoce Pękatej Matyldy”, ilustr.: Heleen Brulot, przekł.: Aneta W. Haldorsen, wyd.: Dwie Siostry, Warszawa 2007

Nakładem Wydawnictwa Dwie Siostry ukazała się też kontynuacja przygód Leny i Kręciołka czyli „Bramkarka i morze”

oraz równie zwariowane przygody „Tonji z Glimmerdalen”.

Mama zniosła jajko

Mama zniosła jajko

Wpis z 15 marca 2007 roku:

Nie tak dawno pisałam tutaj o książeczce, której bohaterem był pewien kret z kupą na głowie. Radziłam wtedy, aby przed zakupem uważnie przeglądać książki, które wybieramy dla naszych dzieci, bo mogą się w nich kryć nieoczekiwane kwiatki 😉 „Mama zniosła jajko” była chyba ostatnią, którą kupiłam na niewidzianego, kierując się tylko jej opisem na stronie wydawnictwa. Leży już jakiś czas w moim tajnym schowku, a ja, zupełnie jak Kubuś Puchatek, im bardziej do niej zaglądam, tym więcej mam wątpliwości z nią związanych 😉

Dorosłym na ogół trudno jest o tym rozmawiać z dziećmi o tym, skąd się wzięły na świecie. Trochę dlatego, że ich rodzice nie potrafili rozmawiać o tym z nimi, trochę też z powodów językowych – w języku polskim brakuje neutralnego słownictwa dotyczącego tych spraw. Mamy do wyboru język medyczny albo określenia wulgarne – jedne i drugie nie bardzo pasują do rozmów z dziećmi. Problemem jest też wyczucie odpowiedniego momentu na taką rozmowę. Najlepiej jeśli dziecko samo o to zapyta, a dorosły odpowie w sposób zrozumiały dla niego, ale przekazując tylko taką część tej wiedzy, jak jest dziecku potrzebna.

W książce Babette Cole wszystko jest na odwrót. Tu rodzice przychodzą do dzieci z własnej inicjatywy, żeby im opowiedzieć, skąd się biorą dzieci. Właściwie nie wiadomo, dlaczego wybrali właśnie ten moment. Następnie zaczynają wciskać im głodne kawałki o lepieniu dzieci z gliny, znajdywaniu w kapuście czy wykluwaniu się z jajka zniesionego przez mamę. Zdegustowane dzieci przejmują pałeczkę w tej rozmowie i uświadamiają rodziców. Tu mam pierwszy problem – skoro rodzice SAMI przychodzą do dzieci, to czemu nie mówią prawdy ? Może sytuacja wyglądałaby bardziej prawdopodobnie, gdyby tę rozmowę zaczęły dzieci… Ale po co, skoro wszystko już wiedzą ?

Ani ta nieprawdopodobna sytuacja wyjściowa, robiąca z rodziców kłamców albo debili, ani bałaganiarska kreska Babette Cole (uzasadniona, bo udająca przecież rysunki dzieci), ani nawet słynna kontrowersyjna strona z kamasutrą dla przedszkolaków 😉 nie są powodem, dla którego ta książka nadal spoczywa w naszej pralni. Od strony „technicznej” nie można nic jej zarzucić, a największym problemem nie jest to, co w niej jest, ale to, czego w niej nie ma. A nie ma w niej ani słowa o MIŁOŚCI – jest wyłącznie świetna zabawa seksem.

Rozmawiając o tym z moimi córkami zawsze mówiłam przede wszystkim o tym, jak poznaliśmy się, zakochaliśmy w sobie i z tej naszej miłości wynikła potrzeba bliskości, czułości i pieszczot, a w końcu seks. Jestem przekonana, że dla każdego dziecka (niezależnie od tego, czy jego rodzice nadal są razem) bardzo ważna jest świadomość, że powstało z miłości.

O seksie dla przyjemności mogę rozmawiać z nastolatkami, choć (mimo że to może staroświeckie) nadal nie potrafię oddzielić go od miłości. Dlatego dużo lepsza do tego celu, choć mniej wyposażona w szczegóły techniczne wydaje mi się książka Marcina Brykczyńskiego z sympatycznymi ilustracjami Pawła Pawlaka „Skąd się biorą dzieci”. Tam się wszystko zaczyna tak, jak być powinno czyli od miłości.

„Mama zniosła jajko” to książka, która na pierwszy rzut oka wygląda na przeznaczoną dla małych dzieci – sugeruje to choćby stosunek ilościowy tekstu i obrazków. Równocześnie jej zawartość zupełnie mi do maluchów nie pasuje. Spotkałam się ostatnio ze zdaniem, że jest to znakomity żartobliwy prezent na osiemnastkę… Wtedy to już chyba dla odmiany trochę za późno, ale może byłby to niezły wstęp do rozmowy z nastolatkiem ? Rozmowy, która odwrotnie niż w przypadku malucha, nie ma służyć uświadomieniu, że prokreacja wiąże się z seksem, ale przypomnieć, że seks może być brzemienny w skutki 😉

Babette Cole „Mama zniosła jajko !”, przekł.: Hanna Baltyn, wyd.: Nasza Księgarnia, Warszawa 2004

Marcin Brykczyński „Skąd się biorą dzieci ?”, ilustr.: Paweł Pawlak, wyd.: Nasza Księgarnia, Warszawa 2004

Wystarczy, że jesteś

Wystarczy, że jesteś

Wpis z 30 stycznia 2010 roku, ale książka niedawno została wznowiona. Popularność „Zmierzchu”, na którą była odpowiedzią, już chyba pomału dogasa, jednak ona jest bardziej uniwersalna, bo nie ma w niej wampirów 🙂

O czym marzy dziewczyna, gdy dorastać zaczyna, kiedy z pączka przemienia się w kwiat ?…

Jakiś czas temu Jasmeen pytała, czy ukaże się tu recenzja„Zmierzchu” Stefanie Meyer. Napisała: bo osobiście mam mieszane uczucia, ale moja dziesięciolatka pieje z zachwytu i chętnie przeczytałabym opinię Autorytetu 🙂 Niniejszym informuję, że Autorytet przeczytał ów „Zmierzch”wyłącznie w imię zasady Jak wszyscy, to wszyscy… Następnych tomów czytać nie zamierzam, choć nie ukrywam, że ciekawi mnie, jak może się skończyć ta historia. Za stara jestem już na takie lektury – stwierdzam to z prawdziwym smutkiem. Gdzieś daleko za mną został czas, kiedy wierzyłam w Miłość Idealną, Porozumienie Dusz i takie tam… Kiedyś wierzyłam, kiedyś marzyłam, a teraz już wiem, że miłość to zadanie i wspólna praca dwojga ludzi na całe życie.

Dlatego o „Zmierzchu” pisać nie będę, za to napiszę o książce, która w bardzo interesujący sposób odnosi się do jego fenomenu.

Może wszystko potoczyłoby się inaczej, gdyby Weronika nie przeczytała „Zmierzchu” ?

Ale jak miała nie przeczytać, skoro wszystkie dziewczyny w klasie czytały, wszystkie się zachwycały, wszystkie wzdychały, a potem chodziły tygodniami jak zaczadziałe z głowami w chmurach i naiwnym poczuciem, że są kochane za nic, tak po prostu kochane tylko za to, że istnieją. A im która była brzydsza, tym intensywniej to sobie wyobrażała.

Weronika nie jest ani brzydka, ani piękna. Jest zwykłą dziewczyną – cichą, skromną, obowiązkową licealistką, której życie biegnie po utartych ścieżkach. Rano jazda metrem z Ursynowa do Śródmieścia, szkoła, powrót metrem na Ursynów, spacer z psem, lekcje… i tak codzinnie. Uczy się nieźle, nie sprawia tzw. kłopotów wychowawczych – jest, ale jakby jej nie było. I tylko my, czytelnicy tej książki, wiemy o niej to, czego nie widzi nikt z jej otoczenia.

„Wystarczy, że jesteś” to książka napisana ze specyficznej optyki. Cały czas właściwie siedzimy w głowie Weroniki – dopuszczeni jesteśmy do jej najskrytszych myśli, ale równocześnie patrzymy na świat, tak jak ona chce go widzieć. Nie wiemy, jak to wszystko wygląda z drugiej strony.

Większość tej historii rozgrywa się zresztą wyłącznie w głowie dziewczyny, która z nielicznych maili, rzadkich spotkań i swoich pragnień stworzyła sobie Romans Wszechczasów. W tym wirtualnym związku realny chłopak nie był właściwie potrzebny, a czasem wręcz przeszkadzał. Natomiast zauważenie kogoś całkiem realnego (choć może nie do końca idealnego), kto zawsze był w pobliżu, nie mieściło się w jej możliwościach.

Mózg nastolatki to fascynujący organ 😉 Ponad 90 % jej myślenia wypełnia chłopak – to, co zrobił i to, czego nie zrobił, to, co mógłby zrobić i to, jak ona by zareagowała… Pozostały skrawek świadomości wystarcza jej jednak, żeby zdać maturę i dostać się na studia.

Tak chciała być kochaną, tylko kochaną.

Na razie nie nauczyła się jeszcze kochać.

Wystarczy, że jesteś” to książka o drodze, jaką trzeba przejść, aby odróżnić potrzebę bycia kochaną, rodem z książek pani Mayer, od Miłości, o której tak pięknie pisał św. Paweł. To książka o dorastaniu – po prostu.

P.S.

Małgorzata Gutowska – Adamczyk jest bodaj jedyną polską pisarką, która otwartym tekstem pisze o seksie nastolatków.

„Wystarczy, że jesteś” nie jest Jej pierwszą książką, w której się ten temat pojawia. Nie spodziewajcie się jakichś pikantnych momentów, ale wreszcie jest tam powiedziane wprost to, co w innych książkach dla nastolatek pozostaje jedynie w sferze domysłów i niedopowiedzeń.

Małgorzata Gutowska – Adamczyk „Wystarczy, że jesteś”, wyd.: Nasza Księgarnia, Warszawa 2009

Małgorzata Gutowska – Adamczyk „Wystarczy, że jesteś” (Seria z kropką), wyd.: Nasza Księgarnia, Warszawa 2017