Cud Bożego Narodzenia

Cud Bożego Narodzenia

„Cud Bożego Narodzenia” to kolejna tegoroczna nowość w kategorii książek świątecznych, ale jest ona wśród nich nietypowa. Należy do tych najrzadszych, które nazywam bożonarodzeniowymi i które wpisują te święta w ich kontekst religijny. To paradoks, ale wśród dominujących na rynku książek świętomikołajowych (takich jak „Prezent gwiazdkowy dla Kornelusza Klopsa” czy „Milion miliardów świętych mikołajów”) i choinkowych (jak „Bombka z gwiazdką”) trudno jest znaleźć takie, które wyjaśniałyby dzieciom, skąd się w ogóle te święta wzięły i dlaczego je obchodzimy. Może dlatego, że coraz więcej osób stara się o tym nie pamiętać ? Jeśli już się jednak znajdą, to na ogół są… mówiąc najoględniej – takie sobie (perełki w rodzaju „Wigilijnej opowieści” zdarzają się bardzo rzadko), więc „Cud Bożego Narodzenia” jest tutaj wyjątkowy podwójnie 🙂

Tę książkę autorka wydała samodzielnie, rozpisując wcześniej zrzutkę w internecie, a przy tej okazji wyjaśniając, jak do tego doszło:

Trzy lata temu, obserwując dziecięcy zachwyt nad szopkami bożonarodzeniowymi, napisałam książkę. Początkowo było to opowiadanie przeznaczone dla mojej rodziny i znajomych. W ubiegłym roku udostępniłam tekst bezpłatnie w Internecie. Odnotowaliśmy blisko 900 pobrań. Otrzymałam wiele bardzo pozytywnych wiadomości z życzeniami wydania książki w tradycyjny sposób. Dzisiaj, z pewną obawą, ale i radością, uruchamiam przedsprzedaż!

Być może przeoczyłabym tę książkę (a szkoda by było !), ale do sięgnięcia po nią zachęciła mnie okładkowa rekomendacja Wojciecha Widłaka. Warto było zaufać takiemu autorytetowi 🙂

Pod granatowym niebem powoli pustoszały ulice. Okna domów, bloków i kamienic rozpalały się ciepłym światłem. Migotały w nich kolorowe lampki, gdzieniegdzie płonęły świece. Przypominały małe latarnie, przywołujące ostatnich zbłąkanych przechodniów. I rzeczywiście, raz po raz ktoś znikał w bramie, by po chwili pojawić się w ciepłym, jasnym mieszkaniu. Miasto trwało w uroczystym oczekiwaniu.

Jak można się tego było spodziewać po tytule, akcja „Cudu Bożego Narodzenia” rozpoczyna się wieczorem 24 grudnia, a kończy następnego dnia. Anielka i jej Babcia nakrywają stół do wieczerzy wigilijnej i czekają na przybycie rodziców dziewczynki, którzy na co dzień pracują za granicą. Niestety, okazuje się, że nie dotrą oni na czas. Rozżalona dziewczynka wybiega z domu. Najpierw błąka się po opustoszałym (bo wszyscy siedzą już przy stołach i choinkach) mieście, a następnie chowa się przed wiatrem i śnieżycą w pustym kościele. I tam właśnie przydarza jej się coś niezwykłego…

Czy to był sen czy tytułowy cud ? Czy Anielka naprawdę przeniosła się w czasie do Betlejem w noc Narodzenia Pańskiego czy tylko przyśniło jej się to, kiedy zmęczona, zmarznięta i rozżalona zasnęła koło ruchomej szopki ?

„Cud Bożego Narodzenia” to książka, która przypomina nam o tym, dlaczego w ogóle obchodzimy te Święta. Pokazuje ich sens widziany z perspektywy rzadko obecnej w tego rodzaju książkach – perspektywy osób, dla których kościół, to nie tylko zabytek i atrakcja turystyczna w zwiedzanym mieście, osób, dla których modlitwa jest potrzebą serca, a Pasterka najważniejszym przeżyciem tych świąt.

Dobrze, że ta książka, tak pięknie i niecukierkowo zilustrowana przez Sarę Tchorek, powstała. Dobrze, że możemy sięgnąć po nią w tym tak trudnym i nietypowym roku, w którym nadzieja jest na wagę złota.

Julianna Wołek „Cud Bożego Narodzenia”, ilustr.: Sara Tchorek, wyd.: Wołek i osiołek 2020

Prezent gwiazdkowy dla Korneliusza Klopsa

Prezent gwiazdkowy dla Korneliusza Klopsa

Koronawirus koronawirusem, ale kalendarz nie próżnuje i oto znowu przyszedł ten czas, kiedy na rynku pojawiają się nowe książki świąteczne. Dziś pierwsza z tegorocznych nowości – w mojej autorskiej systematyzacji tej kategorii zalicza się ona do rodzaju: świętomikołajowe czyli takie, w których sens Świąt sprowadza się głównie do prezentów.

Zbliżało się Boże Narodzenie. Święty Mikołaj i renifery właśnie wrócili do domu. Byli okropnie zmęczeni, bo objechali cały świat, rozwożąc prezenty dla dzieci.

Zaczyna się ona tak, jak większość książek tego rodzaju – Święty Mikołaj w wersji: pękaty przerośnięty krasnal w przyciasnym wdzianku, sanie, renifery… Dlatego podeszłam do tej publikacji z pewną ostrożnością, a ona mnie miło zaskoczyła. To nie jest typowa historia o tym, że (o rety rety !!!) Świąt nie będzie, bo coś się z prezentami lub ich dostawą wydarzyło, jest w niej coś więcej…

W nogach łóżka leżał jego worek. A w worku najwyraźniej została jedna paczka. Okazało się, że to prezent dla Korneliusza Klopsa.

Święty Mikołaj dobrze znał Korneliusza Klopsa. Wiedział, że jego rodzice nie mają pieniędzy, żeby kupić mu coś na Gwiazdkę. Wiedział, że zawsze dostaje tylko jeden prezent – ten od Świętego Mikołaja.

Zwróćcie, proszę, uwagę na ostatnie zdanie. Ta książka, podobnie jak zeszłoroczne „Milion miliardów świętych mikołajów” tego samego wydawnictwa, daje dorosłym szansę na wybrnięcie ze świętomikołajowej ściemy z twarzą i bez brutalnego rozwiewania dziecięcych złudzeń co do tego, skąd się biorą ich prezenty 😉

I wiedział, że Korneliusz Klops mieszka w małym domku, który stoi na szczycie Marmoladowej Góry, a Marmoladowa Góra jest bardzo daleko stąd.

Święty Mikołaj był naprawdę zmęczony. Renifery spały, a jeden z nich źle się czuł. Ale przecież Korneliusz Klops musi dostać swój prezent !

Tak rozpoczyna się samotna, ciut szalona wyprawa Mikołaja na Marmoladową Górę, która trochę skojarzyła mi się z tegoroczną reklamą Coca-Coli. Najpierw leciał samolotem spotkanego przypadkiem pilota, ale zrobiła się zamieć i samolot nie mógł dalej lecieć. Potem przesiadł się do dżipa, który niestety wpadł w poślizg i ten etap podróży zakończył się na drzewie. Następnie podwiózł do motocyklista i narciarka, a na ostatnim podejściu na Marmoladową Górę pomógł mu wspinacz. Wydawać by się mogło, że ta podróż trwała bardzo długo, a jednak Mikołajowi udało się zdążyć z prezentem zanim Korneliusz się obudził…

W domku na szczycie Marmoladowej Góry, bardzo daleko stąd, mały chłopiec, który nazywał się Korneliusz Klops, zajrzał do skarpety wiszącej w nogach łóżka i wyjął swój prezent.

Ciekawe, co dostał.

Kiedy już do dotarłam do ostatniej kropki w tej opowieści, zdziwiłam się trochę, że nie jest ona znakiem zapytania. Zrozumiałam jednak, że nie jest on potrzebny, bo nie o to, co było w tej paczce, tak naprawdę w niej chodzi.

Sensem tej historii jest staranie i wysiłek wielu ludzi, którzy podjęli go po to, żeby zrobić przyjemność innej osobie. I właśnie w tym staraniu, w tej trosce o czyjąś radość mieści się sens prezentów, które sobie przy okazji Świąt robimy. Ich ilość, wielkość i wartość materialna nie mają tutaj zupełnie znaczenia.

John Burnigham „Prezent gwiazdkowy dla Korneliusza Klopsa”, przekł.: Dominika Cieśla – Szymańska, wyd.: Dwie Siostry, Warszawa 2020

P.S. A dla tych, co nie widzieli, wspomniana tegoroczna reklama Coca-Coli 🙂

Na Jowisza ! Uzupełniam Jeżycjadę

Na Jowisza ! Uzupełniam Jeżycjadę

„Jeżycjada” pojawiła się w moim życiu ponad 40 lat temu, kiedy byłam jeszcze w szkole podstawowej. Do niedawna wydawało mi się, że zaczęłam od „Kwiatu kalafiora”, potem cofnęłam się do „Szóstej klepki” i „Kłamczuchy”, a poczynając od „Idy sierpniowej” już byłam na bieżąco z kolejnymi tomami, ale spojrzałam na daty i chyba to jednak nie było tak 😉 Od pewnego czasu po nowe części cyklu sięgam raczej z przyzwyczajenia i za każdym razem zastanawiam się, czy następnego już sobie nie odpuścić. Ale jakoś nie odpuszczam, choć za każdym razem lektura kończy się dla mnie rozczarowaniem, że to już nie to co kiedyś…

Jestem także uczestniczką (choć ostatnio tylko podczytującą) forum internetowego, które nazywało się kiedyś Fani Małgorzaty Musierowicz. Obecnie ma ono tytuł ESD, ale w podtytule powinno być: ROZCZAROWANI Fani MM. Ja nie jestem rozczarowana aż w takim stopniu i uważam, że jego uczestnicy w swojej krytyce bardzo często zapędzają się zbyt daleko. Niemniej doceniam ich stopień zaangażowania w literaturę, skoro chce im się tworzyć fanfiki oraz analizować business plan gospodarstwa Floriana i Partycji czy strukturę wydatków Gizeli w grudniu 1935 roku. Myślę, że (paradoksalnie !) autorka „Jeżycjady” powinna być dumna z jego istnienia, bo świadczy to o tym, że cykl doczekał się licznego grona nieobojętnych i uważnych czytelników 😉

Kiedy dowiedziałam się, że ma się ukazać książka będąca swoistym, autorskim uzupełnieniem cyklu, nie bardzo wiedziałam, czy będę chciała po nią sięgnąć. Znałam wcześniej autobiograficzne (i od dawna nie wznawiane) „Tym razem serio” oraz rodzinne wzmianki w książkach kulinarnych Małgorzaty Musierowicz, więc obawiałam się powtórzeń. Zaufałam jednak pozytywnym ocenom usłyszanym od dwóch kobiet, których wiedzy o literaturze ufam. I dobrze zrobiłam !!!

Nie ma tam zbyt wielu powtórzeń (a te, które są, musiały się tam znaleźć, żeby całość była zrozumiała także dla czytelników mniej w twórczości autorki oczytanych), jest za to sporo ciepłych rodzinnych historii. Są też autorskie uzupełnienia – wzmianki o postaciach, które pojawiły się w rozmaitych tomach na planach odleglejszych wraz z portretami obrazującymi, jak wyobrażała ich sobie autorka oraz (czasem) opowieściami o osobach, które były ich pierwowzorami. Pewnym rozczarowaniem było tutaj dla mnie jednak brak słynnej tabliczki na drzwiach z nazwiskami Żak-Hajduk-Kołodziej. Liczyłam, że będę mogła zobaczyć, jak ona wyglądała 😦

Wśród znajdujących się tam historii rodzinnych fantastyczne są przede wszystkim te, które dotyczą brata autorki – Stanisława Barańczaka. Szczególnie zachwyciła mnie opowieść o tym, jak trafili w antykwariacie na antologię dramatu amerykańskiego oraz wizytówki, które stworzył on dla mamy i siostry. Dzięki dwuwierszowi o działach zapamiętam też na zawsze, czym jest rym homonimiczny 🙂

Urzekająca jest także (choć nie zawiera w sobie Stanisława Barańczaka 😉 ), historia o słoikach z kapustą w prezencie gwiazdkowym dla syna autorki oraz przepis na sałatkę jarzynową jej mamy.

Reasumując: „Na Jowisza ! Uzupełniam Jeżycjadę” to urocza i ciepła lektura na długie jesienne i zimowe wieczory, ale wyłącznie dla czytelników (a raczej czytelniczek), które „Jeżycjadę” znają na wyrywki i uwielbiają (przynajmniej do pewnego jej momentu). A więc – dla osób, które się na niej wychowały i które z nią dorastały. Czyli: dla takich w moim wieku lub niewiele młodszych 🙂

Małgorzata Musierowicz (przy współpracy Emilii Kiereś) „Na Jowisza ! Uzupełniam Jeżycjadę”, wyd.: HarperCollins Polska, Warszawa 2020

Żadnej przemocy !

Żadnej przemocy !

Gdybym była Bogiem,

płakałabym,

nad ludźmi,

których stworzyłam

na swoje podobieństwo.

Jakżebym płakała

nad ich złem

i podłością,

i okrucieństwem,

i głupotą,

ich nieszczęsną dobrocią

i bezradną rozpaczą,

i smutkiem.

W 1978 roku Astrid Lindgren otrzymała Pokojową Nagrodę Księgarzy Niemieckich.

Nieduża książeczka pięknie wydana właśnie przez poznańskie Wydawnictwo Zakamarki zawiera w sobie oprócz przemowy, którą Astrid Lindgren wygłosiła na uroczystości wręczenia tej nagrody oraz jej wiersza Gdybym była Bogiem… także napisane w 2018 roku: przedmowę autorstwa Marty Santos Pais, Specjalnej Przedstawicieli Sekretarza Generalnego ONZ do Spraw Przemocy wobec Dzieci i posłowie Tomasa Hammarberga, Doradcy w Komitecie Praw Człowieka ONZ i członka pierwszego Komitetu Praw Dziecka. W tym posłowiu czytamy:

Tekst, który przygotowała i przekazała organizatorom, nie został dobrze odebrany i poproszono ją, by jednak nie wygłaszała przemówienia. Jego przesłanie uznano za zbyt kontrowersyjne. Lecz Lindgren tak łatwo się nie poddała. Oświadczyła, że jeśli nie będzie mogła przedstawić swojej wizji tego, jak stworzyć bardziej pokojowy świat wraz z dziećmi i dla dzieci, to nie zamierza w ogóle przyjeżdżać. Koniec końców organizatorzy ustąpili, autorka pojechała do Frankfurtu i wygłosiła swoją słynna mowę „Żadnej przemocy !”.

Powiedziała wtedy między innymi takie słowa:

Mówić o pokoju, to mówić o czymś, co nie istnieje. Prawdziwy pokój nie istnieje w naszym świecie i chyba nigdy nie istniał inaczej, niż jako cel, którego wyraźnie nie potrafimy osiągnąć. Odkąd człowiek żyje na tym globie, używa przemocy i rozpętuje wojny, a kruchy pokój, który czasem nastaje, jest nieustannie zagrożony. (…)

Może powinniśmy, po tylu tysiącleciach nieustannych wojen, zadać sobie pytanie, czy nie ma jakiegoś błędu konstrukcyjnego w ludzkiej naturze, skoro zawsze sięgamy po przemoc ?

Jej zdaniem przyczyną jest to, że od zarania dziejów przemoc jest częścią doświadczenia dzieciństwa, a dziecko wychowane w ten sposób, otrzymaną przemoc przekaże dalej – innym ludziom, w tym także swoim dzieciom. Powiedziała wtedy także:

A zatem – jeśli będziemy wychowywać nasze dzieci bez przemocy i surowego rygoru, czy rezultatem stanie się nowy rodzaj człowieka, który żyje w trwałym pokoju ? Tylko autorka książek dla dzieci może żywić tak naiwne nadzieje ! Wiem, ze to utopia. Bo oczywiście jest wiele innych rzeczy na tym nieszczęsnym chorym świecie, które muszą zostać zmienione, żeby zapanował pokój…

Od tamtego dnia minęło ponad 40 lat i w tym czasie na szczęście sporo się zmieniło – przynajmniej w kwestii stosunku do przemocy wobec dzieci. Ale przesłanie tej książki pozostaje nadal aktualne. To, jakie dzieciństwo każdy z nas stworzy swoim dzieciom jest naszym małym wkładem w pokój na świecie.

P.S. Co prawda wydaje mi się to oczywiste, ale na wszelki wypadek zaznaczę wyraźnie – to nie jest książka adresowana do dzieci !!!

Astrid Lindgren „Żadnej przemocy !”, ilustr.: Stena Wirsen, przekł.: Anna Węgleńska, wyd.: Zakamarki, Poznań 2020