Jestem życie. Jestem śmierć

Jestem życie. Jestem śmierć

Dwie, można powiedzieć – bliźniacze, książki, które sprzedawane są oddzielnie, a powinny razem. Dopiero razem mogą wybrzmieć, bo uświadamiają ścisły, nierozerwalny związek między ich tytułowymi bohaterami.

Jestem Życie. Tak jak śmierć to śmierć, ja jestem życiem.

To ja wprawiam wszystko w ruch.

Jestem Śmierć. Tak jak życie to życie, ja jestem śmiercią.

Życie to coś normalnego i oczywistego. Wszyscy żyjemy i na ogół jest nam z tym dobrze. Gorzej jest ze śmiercią, a jest to temat, którego nie da się uniknąć w rozmowach z dziećmi. Dorośli mają z tym często ogromny problem, bo sami sobie ze śmiercią nie radzą. Boją się, więc od tematu uciekają, także z obawy, że przeniosą swój strach na dzieci. Uciekają również dlatego, że na ogół mamy podświadomy opór przed konfrontowaniem dzieci ze smutkiem, tragediami i wszystkim tym, czego mogły by się przestraszyć. Wydaje nam się, że dzieciństwo to powinien być czas wyłącznie beztroski i szczęśliwy, ale w rzeczywistości rzadko taki bywa.

Uciekamy od tematu, bo nie potrafimy o nim mówić, bo obawiamy się własnych emocji z nim związanych. Myślę, że te książki mogą pomóc w takiej rozmowie, a sposób, w jaki o tych sprawach opowiadają, daje się pogodzić i z religijnym, i z ateistycznym oglądem świata.

Uważam, że powinny być nie tylko sprzedawane razem, jako zestaw, ale także w taki sam sposób wypożyczane w bibliotekach. Obawiam się sytuacji, w której z powodów opisanych powyżej dorośli mogą ograniczyć się do przeczytania z dzieckiem tylko pierwszej z nich. Jestem też w stanie wyobrazić sobie sytuację odwrotną a żadna z nich nie byłaby korzystna dla czytelników. Spodziewam się teraz pytania, dla dzieci w jakim wieku jest to lektura, ale nie ma na to jednoznacznej odpowiedzi. Wszystko zależy od dziecka, a także od jego sytuacji życiowej. Dobrze byłoby mieć ją na podorędziu, gdy ten temat, jak to niestety bywa, sam się w jego życiu pojawi.

We wszystkich książkach dla dzieci, które dotyczą tych spraw i które znam, śmierć poznajemy poprzez to, że dotyka jakiegoś bohatera. Te są inne, bo ich jedynymi bohaterami są właśnie życie i śmierć.

Elisabeth Helland Larsen prostymi zdaniami snuje opowieść, w której są one cały czas obok siebie. Kiedy zaczyna się życie, pojawia się także śmierć – kiedyś, w przyszłości, nie wiadomo kiedy, ale na pewno…

Pewna moja książkowa znajoma, której zdanie bardzo cenię, odpowiedziała na moje zachwyty po pierwszej lekturze, że ma z tym książkami problem, bo niektóre strony są dla niej znaczeniowo, estetycznie i emocjonalnie puste. Dało mi to trochę do myślenia, ale kiedy wróciłam do nich po jakimś czasie doszłam do wniosku, że jest to częsty problem, jaki mają dorośli czytając książki dla dzieci. Niedorośli czytelnicy potrzebują często, żeby im powiedzieć coś, co dla dorosłych jest oczywiste i wręcz oklepane, ale nie było takie, kiedy to usłyszeliśmy (czy przeczytaliśmy) po raz pierwszy. Myślę, że autorce udało się tak to wyważyć, że także dorośli znajdą w nich coś, co będzie dla nich odkrywcze.

Przyzwyczailiśmy się, że śmierć przedstawiana jest na ogół jako tak zwany kościotrup (często jeszcze z kosą), więc nie sposób się jej nie bać. Marine Schneider znalazła inny sposób na jej sportretowanie. I życie, i śmierć są w jej opowieści bytami bliżej nieokreślonymi, mającymi trochę z człowieka, trochę ze zwierząt, trochę z ptaków, a równocześnie stanowiącymi własne przeciwieństwa.

„Jestem życie” i „Jestem śmierć” to książki, o których bardzo trudno się pisze. Mają w sobie tyle poezji, znaczeń ukrytych w ilustracjach, że wszelkie próby opowiedzenia o nich, mogą tylko odebrać przyjemność z późniejszej lektury. Trzeba je po prostu przeczytać i przeżyć.

Elisabeth Helland Larsen (tekst) & Marine Schneider (ilustracje) „Jestem życie”, przekł.: Katarzyna Tunkiel, wyd.: Kultura Gniewu, Warszawa 2021

Elisabeth Helland Larsen (tekst) & Marine Schneider (ilustracje) „Jestem śmierć”, przekł.: Katarzyna Tunkiel, wyd.: Kultura Gniewu, Warszawa 2021

Przyjaciele

Przyjaciele

Książka nominowana w Plebiscycie Blogerów LOKOMOTYWA – książka dla niedorosłych w kategorii – komis !!!

„Przyjaciele” to komiks Janka Kozy i ukrywającego się za pseudonimem Mykupyku Adama Gawędy. Wydała go Kultura Gniewu w przeznaczonej dla młodych czytelników linii wydawniczej Krótkie Gatki.

„Przyjaciele” to opowieść o przygodach trójki bohaterów – Świnki, Żyrafy i Słonika w… komiksie. Wieczorem po wspaniałym dniu wszyscy troje położyli się do łóżek, a rano okazało się, że zniknął nie tylko cały ich świat, ale także przepadł gdzieś Słonik. Wkrótce okazało się, że nie przepadł, tylko jest po drugiej stronie kartki, a powrót stamtąd nie jest taki prosty. Od czego jednak ma się przyjaciół ?

„Przyjaciele” to przewrotna, piętrowa, inteligentna zabawa konwencją i formą. W pewnym momencie do komiksu zostają wprowadzeni także jego scenarzysta i rysownik, którzy w ten sposób stają się jego bohaterami pozostając jednak nadal jego twórcami. Znawcy komiksu powiedzą zapewne, że nie jest to zabieg szczególnie oryginalny 😉 Wykorzystał go już dawno temu nieodżałowany, zmarły przed kilkoma dniami Papcio Chmiel, pamiętam też podobna historię w którymś z komisów Tadeusza Baranowskiego. To prawda, ale pamiętajmy, że to już klasyka, której młodzi czytelnicy „Przyjaciół” zapewne nie znają. Może jednak po nią sięgną zachęceni tą lekturą do komiksów w ogóle ?

Ja wychowałam się na tej (wtedy jeszcze nie) klasyce dzięki pismu „Świat Młodych”. Pamiętacie ? Aż trudno uwierzyć, że wychodziło trzy (!!!) razy w tygodniu. O ile sobie dobrze przypominam – we wtorki, czwartki i soboty. Gazetowy format i papier, raptem 16 (często nierozciętych) stron, w których na początku oddawano cesarzowi co cesarskie (czyli władzy to, co akurat w jej propagandzie było grane), a dalej już było ciekawie 😉 Na ostatniej stronie – komiks i powieść w odcinkach. Dzięki temu poznałam kreskę nie tylko Papcia Chmiela (który w „Świecie Młodych” pracował od samego początku), ale także Janusza Christy, Szarloty Pawel (o której długo myślałam, że jest facetem – Pawłem Szarlotą, ale to chyba nie tylko ja 😉 ) i w końcu Tadeusza Baranowskiego.

Przyzwyczaiłam się dzięki nim do klasycznej komiksowej formy czyli strony podzielonej na wiele małych okienek i napisów starannie wykaligrafowanych w dymkach. Dlatego poczułam się trochę zaskoczona tym, jak wyglądają „Przyjaciele” – ale tylko trochę 😉 Swobodna, zamaszysta i ciut karykaturalna kreska Janka Kozy znakomicie współbrzmi z absurdalną historią wymyśloną przez Mykupyku, tworząc całość, po którą, jak sądzę, sięgną z przyjemnością nie tylko początkujący czytelnicy komiksów.

A na końcu jest miejsce, gdzie można spróbować własnych sił w roli scenarzysty i rysownika…

Janek Koza (rysunki), Mykupyku (scenariusz) „Przyjaciele”, wyd.: Kultura Gniewu, Warszawa 2020

Przybysz

Przybysz

Update 20.05.2021 – jest już kolejne wznowienie „Przybysza” !!!

Wczoraj był Światowy Dzień Uchodźcy i z tej okazji przerwę na chwilę cykl o historii najnowszej, aby przypomnieć wpis z 4 lipca 2015 roku. „Przybysz” to nie jest książka o uchodźcach, pokazuje szerzej problem wszystkich, którzy z rozmaitych przyczyn opuścili swoje domy i ojczyzny, aby zacząć życie zupełnie gdzie indziej.

Okładka, która przypomina starą, oprawiona w skórę książkę, na niej zdjęcie w sepii. Na wyklejce sześćdziesiąt twarzy – jak ze zdjęć paszportowych. Ludzie wszystkich ras patrzą smutno, bez uśmiechu, niepewni swojej przyszłości. Dalej rozpoczyna się rozpisana na wiele obrazków opowieść o imigracji, o przyczynach dla których ludzie opuszczają miejsca swojego urodzenia i o problemach, jakie mają z odnalezieniem się w nowej rzeczywistości.

„Przybysz” to książka uniwersalna, zrozumiała dla czytelnika w niemal każdym wieku, niezależnie od tego w jakim kraju, na jakim kontynencie żyje, jakim językiem i jakim alfabetem posługuje się na co dzień. To książka bez kolorów i słów, bo jedyne, jakie się w niej znajdują, to tytuł oraz końcowe podziękowania autora i tzw. blurby na ostatniej okładce.

Nie wiemy, kim jest jej bohater, jak się nazywa i jakiej jest narodowości, ale to nie jest ważne. Poznajemy go w dniu, w którym rozstaje się z żoną i córeczką, wsiada na statek i udaje się do świata całkiem obcego i odmiennego od tego, który zna. Żyją tam ludzie mówiący innym językiem i wszystko jest inne – domy, ulice, jedzenie, zwierzęta… Jego wiedza i doświadczenie życiowe przywiezione ze starego świata są tu kompletnie nieprzydatne. Nawet tak prosta wydawałoby się praca jak rozklejanie ogłoszeń, okazuje się trudna, kiedy nie zna się tamtejszego alfabetu i nie wie, gdzie jest góra, a gdzie dół tekstu. A jednak dzięki życzliwości innych ludzi udaje mu się stworzyć sobie nowe lepsze życie i sprowadzić do siebie rodzinę.

Special thanks go to Diego the parrot for inspiring most of the creatures in this book – napisał autor w moim, angielskim wydaniu tej książki, ale patrząc na zwierzęta na jej kartach zrozumiemy, że papuga była ich dość odległą inspiracją i można je określić jako nie tylko z twarzy podobne zupełnie do nikogo 😉

Tanowi udało się stworzyć świat, w którym każdy z czytelników niezależnie od tego, skąd pochodzi i gdzie mieszka, poczuje się obco i zrozumie, jak czuł się tam bohater tej opowieści. My, czytając (oglądając) pomyślimy zapewne przede wszystkim o naszych licznych rodakach emigrujących do Ameryki Północnej, ale Shaun Tan urodził się w Australii. Jego ojciec był pochodzenia malezyjsko – chińskiego, a matka – angielsko – irlandzkiego.

Język obrazów jest uniwersalny, nie wymaga umiejętności czytania, choć oczywiście im człowiek starszy i bardziej oczytany, tym więcej kontekstów kulturowych może w tej książce wyłapać. Skojarzy np. opowieści ludzi, napotkanych przez bohatera i domyśli się, skąd mogą pochodzić, ale nie jest to do zrozumienia całej historii niezbędne.

W Polsce „Przybysza” wydało dwukrotnie (edit: a nawet trzykrotnie !) wydawnictwo „Kultura gniewu”, niestety nakład jest już wyczerpany. Dostępne są jednak inne edycje, a bariera językowa w tym wypadku nie występuje . Mój „The Arrival” przybył do mnie niedawno z USA (Dziękuję, Ewa !!! :-), bo poprzedniego oddałam w prezencie, a potem przekonałam się, że już za późno na odkupienie go. Widziałam też egzemplarz przywieziony z Czech i tam ma on tytuł „Nowy świat”

„Przybysz” bywa uznawany za najważniejszą książkę dla młodzieży, jaka ukazała się w XXI wieku, ale nie jest ona adresowana jedynie do młodego czytelnika. Jej niezwykła na poły baśniowa atmosfera wciąga na długo i nie pozwala o niej zapomnieć.

Shaun Tan (scenariusz i rysunki) „Przybysz”, wyd.: Kultura Gniewu, Warszawa 2013