Na Jowisza ! Uzupełniam Jeżycjadę

Na Jowisza ! Uzupełniam Jeżycjadę

„Jeżycjada” pojawiła się w moim życiu ponad 40 lat temu, kiedy byłam jeszcze w szkole podstawowej. Do niedawna wydawało mi się, że zaczęłam od „Kwiatu kalafiora”, potem cofnęłam się do „Szóstej klepki” i „Kłamczuchy”, a poczynając od „Idy sierpniowej” już byłam na bieżąco z kolejnymi tomami, ale spojrzałam na daty i chyba to jednak nie było tak 😉 Od pewnego czasu po nowe części cyklu sięgam raczej z przyzwyczajenia i za każdym razem zastanawiam się, czy następnego już sobie nie odpuścić. Ale jakoś nie odpuszczam, choć potem lektura kończy się dla mnie rozczarowaniem, że to już nie to co kiedyś…

Jestem także uczestniczką (choć ostatnio tylko podczytującą) forum internetowego, które nazywało się kiedyś Fani Małgorzaty Musierowicz. Obecnie ma ono tytuł ESD, ale w podtytule powinno być: ROZCZAROWANI Fani MM. Ja nie jestem rozczarowana aż w takim stopniu i uważam, że jego uczestnicy w swojej krytyce bardzo często zapędzają się zbyt daleko. Niemniej doceniam ich stopień zaangażowania w literaturę, skoro chce im się tworzyć fanfiki oraz analizować business plan gospodarstwa Floriana i Partycji czy strukturę wydatków Gizeli w grudniu 1935 roku. Myślę, że (paradoksalnie !) autorka „Jeżycjady” powinna być dumna z jego istnienia, bo świadczy to o tym, że cykl doczekał się licznego grona nieobojętnych i uważnych czytelników 😉

Kiedy dowiedziałam się, że ma się ukazać książka będąca swoistym, autorskim uzupełnieniem cyklu, nie bardzo wiedziałam, czy będę chciała po nią sięgnąć. Znałam wcześniej autobiograficzne (i od dawna nie wznawiane) „Tym razem serio” oraz rodzinne wzmianki w książkach kulinarnych Małgorzaty Musierowicz, więc obawiałam się powtórzeń. Zaufałam jednak pozytywnym ocenom usłyszanym od dwóch kobiet, których wiedzy o literaturze ufam. I dobrze zrobiłam !!!

Nie ma tam zbyt wielu powtórzeń (a te, które są, musiały się tam znaleźć, żeby całość była zrozumiała także dla czytelników mniej w twórczości autorki oczytanych), jest za to sporo ciepłych rodzinnych historii. Są też autorskie uzupełnienia – wzmianki o postaciach, które pojawiły się w rozmaitych tomach na planach odleglejszych wraz z portretami obrazującymi, jak wyobrażała ich sobie autorka oraz (czasem) opowieściami o osobach, które były ich pierwowzorami. Pewnym rozczarowaniem było tutaj dla mnie jednak brak słynnej tabliczki na drzwiach z nazwiskami Żak-Hajduk-Kołodziej. Liczyłam, że będę mogła zobaczyć, jak ona wyglądała 😦

Wśród znajdujących się tam historii rodzinnych fantastyczne są przede wszystkim te, które dotyczą brata autorki – Stanisława Barańczaka. Szczególnie zachwyciła mnie opowieść o tym, jak trafili w antykwariacie na antologię dramatu amerykańskiego oraz wizytówki, które stworzył on dla mamy i siostry. Dzięki dwuwierszowi o działach zapamiętam też na zawsze, czym jest rym homonimiczny 🙂

Urzekająca jest także (choć nie zawiera w sobie Stanisława Barańczaka 😉 ), historia o słoikach z kapustą w prezencie gwiazdkowym dla syna autorki oraz przepis na sałatkę jarzynową jej mamy.

Reasumując: „Na Jowisza ! Uzupełniam Jeżycjadę” to urocza i ciepła lektura na długie jesienne i zimowe wieczory, ale wyłącznie dla czytelników (a raczej czytelniczek), które „Jeżycjadę” znają na wyrywki i uwielbiają (przynajmniej do pewnego jej momentu). A więc – dla osób, które się na niej wychowały i które z nią dorastały. Czyli: dla takich w moim wieku lub niewiele młodszych 🙂

Małgorzata Musierowicz (przy współpracy Emilii Kiereś) „Na Jowisza ! Uzupełniam Jeżycjadę”, wyd.: HarperCollins Polska, Warszawa 2020

Atramentowe serce

Atramentowe serce

czyli pierwsza część „Atramentowej Trylogii”, której kolejnymi tomami są „Atramentowa krew” i „Atramentowa śmierć”. Było dla mnie pewnym rozczarowaniem, kiedy okazało się, że dwie ostatnie to po prostu typowe fantasy, ale pierwsza z cyklu zdecydowanie jest wymykającą się gatunkom książką inną niż wszystkie 🙂

Wpis z 17 września 2007 roku:

Tamtej nocy padał deszcz – drobny, szemrzący deszcz. Jeszcze wiele lat później wystarczyło, że Meggie zamknęła oczy, a znów go słyszała, jakby ktoś stukał w szybę delikatnymi paluszkami. Dziewczynka nie mogła zasnąć, więc wyciągnęła książkę, którą miała pod poduszką. Podeszła do okna, żeby zapalić świecę i wtedy usłyszała kroki na zewnątrz. Ujrzała postać, kryjącą się w mroku…

Kim był ten człowiek ?

Po co przybył i dlaczego nazywał jej Ojca Czarodziejskim Językiem ???

Nic z tego. 🙂 Ode mnie się tego nie dowiecie – musicie przeczytać „Atramentowe serce”. Uchylając tu choć rąbka tajemnicy, odebrałabym Wam całą przyjemność lektury, a takiego świństwa nie potrafię zrobić nikomu. Nic na to nie poradzę 😦

Nie potrafię – i dlatego mam teraz spory problem. Jak, nie ujawniając nic z treści książki opisać jej niezwykły urok, który kryje się przede wszystkim w pomyśle fabuły ? Jednak spróbuję… Przede wszystkim jest to książka o książkach i o ludziach, którzy je tworzą. Książka o miłości do książek i o radościach, które się z nimi wiążą, ale także o niebezpieczeństwach, jakich mogą stać się przyczyną „Atramentowe serce” jest także próbą odpowiedzi na pytanie – czy pisarz, który opisuje na kartach swoich książek odrębny świat, tworzy go od nowa, czy jedynie ujawnia jego istnienie ? Czy świat ów istnieje tylko w tej części, którą znamy z książki, czy może autor opisał jedynie jego wycinek, a całość funkcjonuje gdzieś poza nią ? Kto ma decydujący wpływ na wydarzenia – pisarz czy postaci, które powołał do życia ?

Każdy rozdział zaczyna się cytatem z jakiejś klasycznej książki dziecięcej czy młodzieżowej, a cytat ów łączy się z tym, co wydarzy się w tym rozdziale. Dzięki temu zabiegowi uświadamiamy sobie, że w książkach właściwie wszystko już było. Mimo to autorce udało się stworzyć z tych znanych od dawna motywów opowieść zupełnie nową i zaskakującą.

Na drzwiach pracowni introligatorskiej Mo, ojca Meggie widniał  napis: Niektórych książek wystarczy skosztować, inne się połyka, a tylko nieliczne trzeba przeżuć i strawić do końca. „Atramentowe serce” należy do tych ostatnich. Obie z Najstarszą z córek czytałyśmy je niejeden raz, bo jest to jedna z tych książek dla młodzieży, po którą z przyjemnością sięgną również dorośli. Dla Środkowej z nich jest to jeszcze lektura zbyt trudna do samodzielnego przeczytania. Nie odważyłabym się jednak czytać jej tego na głos… 

Dlaczego ? Niestety – ode mnie się tego nie dowiecie…   😉

Cornelia Funke „Atramentowe serce” (z ilustracjami autorki), przekł.: Jan Koźbiał, wyd.: Egmont, Warszawa 2005

P.S. Książka została zekranizowana i ten film także był jednym z ulubionych przez moje córki 🙂

Zbuntowane słowa

Zbuntowane słowa

W ramach serii „ Wojny dorosłych – historie dzieci” początkowo ukazywały się książki opisujące losy polskich dzieci podczas II Wojny Światowej. Potem pojawiały się w niej wojenne historie bardziej współczesne i dziejące się (na szczęście !) z dala od naszego kraju. Najnowsza sięga znów do naszej (nieco mniej odległej) przeszłości – do czasu nazywanego przez niektórych wojną polsko – jaruzelską czyli do stanu wojennego.

Historia, którą opowiadają „Zbuntowane słowa”, nie ma w sobie nic z tragizmu wojennych losów Asiuni, Jutki czy Chmurki z wcześniejszych tomów serii. To opowieść o drugim obiegu literatury w czasach PRL, a poprzez to także po prostu o życiu w tamtych czasach.

Na drugi obieg książkowy w latach osiemdziesiątych składały się trzy rodzaje publikacji – drukowane w podziemiu oraz przywiezione z tzw. Zachodu – normalnej wielkości i miniaturowe, z założenia przeznaczone do przemytu w taki sposób, jak opisany przez Joannę Papuzińską. Ponieważ w tym czasie byłam już studentką, miałam do czynienia ze wszystkim z nich. I tak na przykład – Orwella czytałam w wydaniu podziemnym. O ile „Folwark zwierzęcy”, który do mnie dotarł, był wydrukowany nie najlepiej i lektura wymagała pewnej determinacji, to już kilka lat późniejszy „Rok 1984” był publikacją o całkiem niezłej jakości.

Nie pamiętam już, w jaki sposób zdobyłam miniaturowe „Rodowody niepokornych” Cywińskiego – wydaje mi się, że było to już w okolicach Okrągłego Stoły, kiedy na Uniwersytecie Warszawskim stoiska z prasą i książkami drugoobiegowymi funkcjonowały zupełnie jawnie. Była to lektura w tym samym stopniu fascynująca co trudna i zapewne między innymi jej zawdzięczam dzisiejszy stan mojego wzroku 😉 Kiedy tylko było to możliwe, nabyłam ją już w wydaniu normalnych rozmiarów, ale gdzie się podziała tamta maleńka ?

Mam też do dziś przywiezione z Londynu książki, które przybysze z PRL mogli sobie wybrać w Polskim Ośrodku Społeczno – Kulturalnym. Przywiozłam wtedy nielegalnie m.in. jedną niezbędną mi do pracy magisterskiej, która w bibliotece uniwersyteckiej była w dziele cimeliów dostępna za specjalnym pozwoleniem, natomiast w Bibliotece Narodowej dostęp do niej był nieograniczony, ale w żadnej z nich nie było możliwości zrobienia ksera, więc musiałabym jej spore fragmenty przepisywać ręcznie. Ot, takie codzienne absurdy życia w PRL 😉

„Zbuntowane słowa” to książka – matrioszka czyli książka w książce. Zawiera w sobie reprint wydanej w podziemiu, a przeznaczonej dla dzieci bajki Joanny Papuzińskiej o Smoku Niewawelskim, napisanej bez wiedzy i zgody K.M. Wzorowana na znanych wszystkim pierwszych polskich komiksach dla dzieci autorstwa duetu Kornel Makuszyński i Marian Walentynowicz, z czarno – białymi ilustracjami, które dziecko mogło sobie pokolorować, była próbą wyjaśnienia małym czytelnikom podzielonego żelazną kurtyną świata, w którym żyli.

Dla współczesnych jej czytelników jest także Posłowie czyli kolejna próba wyjaśnienie tamtych czasów – tym razem dzieciom, które ich już nie znają, bo żyją w świecie zupełnie innym, bardziej normalnym. Czy jednak będą w stanie dziś zrozumieć, że wtedy ktoś był gotów narazić może nie swoje życie, ale wolność dla książki ?

Joanna Papuzińska „Zbuntowane słowa” (seria: Wojny dorosłych – historie dzieci), ilustr.: Sylwia Szyrszeń, wyd.: Literatura, Łódź 2019