Mała Nina

Mała Nina

… czyli książka wokół której kilka lat temu wybuchła mała burza, a teraz nikt już chyba o niej nie pamięta 😉 Wpis z 17 kwietnia 2016 roku:

„Mała Nina”, książka dla dzieci autorstwa niemieckiej pisarki Sophie Scherrer, w jednym z rozdziałów zawiera gorszący opis profanacji Najświętszego Sakramentu. (…) Opisane wydarzenia stanowią rażące naruszenie uczuć religijnych dzieci i dorosłych, uderzając jednak najbardziej w niewinność i wrażliwość najmłodszych, wychowując ich do postaw przeciwnych wartościom wyznawanym przez ich rodziców.” – z petycji stowarzyszenia „Ordo Iuris”

Gdyby nie ta petycja, żądająca wycofania „Małej Niny” z księgarń, a podpisana już przez niemal 70 tys. osób, pewnie nie sięgnęłabym po nią, bo nie sposób jest śledzić wszystkiego, co się w nurcie, który nazwałabym postmikołajkowym, ukazuje. Zastanawiam się, ilu sygnatariuszy petycji wykonało wysiłek zapoznania się z zawartością tej książki przed jej podpisaniem ?

Ja przeczytałam i zdecydowanie nie mogę zgodzić się ze sformułowaniem: gorszący opis profanacji, bo dla mnie kluczową kwestią są tu intencje, a te bohaterka miała zdecydowanie dobre. Skłamałabym jednak twierdząc, że nie mam z tą sceną żadnego problemu…

Nina jest dzieckiem rozwiedzionych rodziców, którzy w kwestiach religijnych pozostawiają ją samą sobie. Temat chrztu św pojawia się dopiero wtedy, kiedy dzieci z jej klasy mają przystąpić do Pierwszej Komunii Św. Okazuje się wtedy, że Nina nie jest ochrzczona, co jej mama tłumaczy następująco: Posłuchaj skarbie, kiedy byłaś mała, ja i tata żyliśmy w ciągłym stresie i często się kłóciliśmy. Nie mieliśmy niestety czasu, żeby się zająć twoimi chrzcinami i wciąż je przekładaliśmy.

Nina jednak nalega: Chcę mieć komunię. Cała moje klasa idzie do komunii. Przecież nie pochodzę z Maroka jak Murakh i Samira. (…) Chcę w końcu wiedzieć, kim jestem. Chodzi mi o to, czy jestem katoliczką, czy może ewangeliczką albo wegetarianką. Muszę to wiedzieć. Mamo, a może ja jestem poganką ? (…) czy ja będę mogła pójść do nieba ? Odbywa się w końcu i chrzest, i komunia, jednak jedyne przygotowania z tym związane dziewczynka przechodzi na szkolnych lekcjach religii.

Po komunii Nina i jej przyjaciółka Luisa chodzą w niedziele do kościoła tylko we dwie, bo ich rodzice mówią, że chcą się wyspać. I nadal ze wszystkimi wątpliwościami dziewczynki są same. Nie ma nikogo, kto mógłby powstrzymać ich pomysł, aby wynieść hostię z kościoła po to, aby mieć Boga zawsze przy sobie.

Odkąd poszłam do pierwszej komunii, zadaję sobie pytanie, gdzie jest Bóg. Żałuję, że nie mogę Go zobaczyć ani z nim porozmawiać. Mam na myśli prawdziwą rozmowę, a nie taką, że ja mówię, a on mi nie odpowiada.

Całą tę historię określiłabym raczej jako profanację w dobrej wierze, szczególnie, że Nina naprawdę żałuje – ale nie do końca tego, co zrobiła, raczej tego, jak to się skończyło.

Och, Baranku Boży – modliłam się w myślach – przykro mi. Nie chciałam, żebyś wylądował pod moim butem. Najpierw ludzi przybili cię do krzyża, a teraz ja cię jeszcze podeptałam. A przecież pragnęłam tylko, żebyś był w pobliżu, i zamierzałam włożyć cię do książki jako swój największy skarb. (..) Pomyślałam, ze prawdopodobnie Boga nie można mieć, taka jak się ma zakładkę do książki albo świnkę morską. Można Go mieć tylko tak, jak się ma słońce czy księżyc albo białą chmurę na niebie.

Gdybym czytała „Małą Ninę” dziecku, ta scena byłaby na pewno punktem wyjścia do rozmowy o tym, dlaczego pomysł Niny był niewłaściwy i co powinna była zrobić z hostią, która upadła na ziemię. Bo coś takiego może przyjść do głowy każdemu dziecku – dlatego ja, jako dorosła czytelniczka, nie dziwię, się temu. Problem jednak w tym, że przeznaczona jest ona dla dzieci, które już czytają samodzielnie i zapewne większość z nich przeczyta ten rozdział bezrefleksyjnie, a tylko nieliczne będą miały jakieś wątpliwości, którymi podzielą się z dorosłymi.

Bardzo ładnie podsumowała to na forum o książkach dla dzieci i młodzieży Pszczolamaja: Ośmiolatka, przeczytawszy taką książkę sama – a dzieci wtedy już czytają najczęściej samodzielnie – nie będzie miała okazji bezpiecznie uporządkować bardzo zagmatwanego świata Niny. Nie znajdzie żadnej liny, zabezpieczającej w tej wędrówce przez poważne, zafundowane nierzadko przez dorosłych rozterki dziewczynki. To jest pewne oszustwo; o ile o Pippi, z jej baśniowym rysem, jest dzieckiem szczęśliwym i można o niej pisać żartobliwie, z przymrużeniem oka, czasem z nutą melancholii – bo tu jednak dylematy dotyczą innych płaszczyzn, w jakimś sensie prostszych, czy może mniej obciążających; o tyle taki styl w pisaniu o dziewczynce, która często czuje się samotna, mało ma tak naprawdę bliskich, budujących relacji, jest zagubiona, zostawiona sama sobie – tworzy dla mnie jakąś iluzję, pozostawia niepokój.

I jeśli czytam to ja, dorosła, to wiem, że dziecko może mieć pomysł na eksperymenty z Hostią,, ale ja mam jako rodzic obowiązek mu wytłumaczyć, dlaczego tak się nie robi. A jeśli czyta to dziecko – o dziecku, w świecie którego takie zachowanie nie jest w żaden sposób skomentowane – to nie wiem, czemu to służy ?

Z tym pytaniem pozostaję także ja – i nie dotyczy ono tylko kwestii hostii, ale także na przykład chrzczenia świnki morskiej przez polewania jej szampanem. Że o nieskomentowanym w żaden odautorski sposób przekonaniu Niny, że w Maroku ludzie wierzą w Buddę, nie wspomnę…

Zdobycie tej książki nie było wcale łatwe. W mojej dzielnicy do obu egzemplarzy ustawiły się kolejki. Mam wrażenie, że petycja zrobiła „Małej Ninie” reklamę, na którą ona zupełnie nie zasługuje 😉

Sophie Scherrer „Mała Nina”, przekł.: Marta Krzemińska, ilustr.: Maximilian Meizold, wyd.: Wilga (Grupa Wydawnicza Foksal), Warszawa 2015

Jestem miasto. Warszawa

Jestem miasto. Warszawa

Wpis z 1 grudnia 2012 roku:

Mam, tak samo jak Ty

Miasto moje, a w nim:

Najpiękniejszy mój świat,

Najpiękniejsze dni…

Lubię miejsca z tradycją, lubię wiedzieć, co było kiedyś w miejscu, które znam teraz. Co prawda tu, gdzie stoi teraz nasz dom, jeszcze pięćdziesiąt lat temu szumiał las, ale w całkiem bliskim pobliżu mamy miejsca z bardzo ciekawą tradycją.

Jestem warszawianką nietypową. Urodziłam się gdzie indziej (choć to akurat teraz jest wśród mieszkańców stolicy dość częste 😉 ), ale przez cztery co najmniej pokolenia wstecz moi antenaci związani byli z Warszawą. Prezentowali przy tym sporą ruchliwość i dlatego zarówno moja Mama, jak i ja urodziłyśmy się i pierwszą dekadę życia spędziłyśmy w Bydgoszczy. Każda z nas w swoim czasie oczywiście.

Po przeprowadzce do Warszawy trudno było mi wrosnąć w to miasto. Szczególnie, że zamieszkaliśmy na niezbyt sympatycznym blokowisku na jego peryferiach, a w centrum bywałam niezbyt często. Przełomem było rozpoczęcie nauki w liceum, już w Śródmieściu – zaczęłam wtedy sama poruszać się po całej Warszawie, oswajać ją i wydeptywać w niej swoje własne ścieżki.

Moje córki już są definitywnie tutejsze, choć z racji mieszkania na peryferiach też nie do końca identyfikowały się z Warszawą jako całością. Już dla dwóch z nich przełomem było także pójście do liceum w Śródmieściu. Teraz mają w Warszawie własne szlaki i miejsca mnie nie znane. Jednym z takich miejsc dla Najstarszej z nich jest Czuły Barbarzyńca – księgarnia, kawiarnia, a czasem także wydawnictwo (edit: wtedy jeszcze na Powiślu). To właśnie Czuły Barbarzyńca wydał niedawno autorską, obrazową książkę Marianny Oklejak, a Najstarsza nabyła ją tam dla mnie.

Książka, którą trzymasz w ręku opowiada o Warszawie. Na jej kartach ukryte są tajemnice, które poznasz, patrząc uważnie. Rozejrzyj się wśród zakamarków, tajnych ścieżek. Podążaj szlakami ulic, budynków i placów, a twoje spostrzegawcze oko wnet odnajdzie fascynujące historie, niezwykłych bohaterów , zapomniane czasy Warszawy. Odkryj tysiące tysięcy jej dni. Odgadnij jej przyszłość !

Sześć tablic, a na nich kłębi się życie. Od drewnianego grodu otoczonego lasem na pierwszej z nich (Praczasy czyli bardzo dawno temu) po metropolię początków XXI wieku (Wawa dzisiaj). I na każdej nieodmiennie Syrenka – towarzyszy miastu i dzieli jego los, zmieniając się razem z nim.

Czy to jest książka dla dzieci, jak sugeruje jej rozmiar, sztywne strony i obrazkowość ? Nie – to książka dla każdego, kto chce zagłębić się w historie, które opowiada. A opowiada bez słów – poza tytułami stron oraz nazwami ulic, budynków czy nazwiskami osób na nich występujących.

Ale dobrze byłoby, gdyby dzieciom w tej wędrówce przez dzieje miasta towarzyszył ktoś, kto potrafi im wyjaśnić, co dzieje się na poszczególnych obrazkach i pomoże skojarzyć to, co widzą w książce, z rzeczywistymi miejscami w dzisiejszej Warszawie.

I jeszcze dobrze byłoby, żeby ten ktoś nie był purystą kartograficznym 😉 Bo jeśli by był, to mogłaby mu trochę przeszkadzać swoboda, z jaką autorka wpasowuje rozwijające się miasto w format strony, oraz to że w zależności od potrzeb Wilanów raz zbliża się i mieści na niej, a innym razem wyjeżdża poza stronę 😉 Ale przecież nie ścisłe trzymanie się odległości jest tu najważniejsze ! Sednem tej książki jest genius loci, a ten został oddany po mistrzowsku.

Marianna Oklejak „Jestem miasto. Warszawa”, wyd.: Czuły Barbarzyńca, Warszawa 2012

Marianna Oklejak „Jestem miasto. Warszawa”, wyd.: Wilga, Warszawa 2014