Opowieść wigilijna

Opowieść wigilijna

Wpis z 18 grudnia 2006 roku i najwyższa pora go przypomnieć, bo „Opowieść wigilijna” jest lekturą obowiązkową w klasach VII – VIII i pewnie zaraz będzie po nią sięgać kolejny rocznik uczniów.

Więc pamiętajcie – jak „Opowieść wigilijna” to tylko w tym wydaniu !!!

Jako, że Święta już naprawdę niedługo – Najstarsza z córek zaczęła omawiać w szkole „Opowieść wigilijną”. Czekałyśmy w napięciu, czy wydawnictwo „Media Rodzina” zdąży na czas z wydaniem jej w nowym przekładzie Andrzeja Polkowskiego. Udało się !!!

Nie będę się tutaj zajmować treścią tej książki, bo wszyscy ją znają – przynajmniej z grubsza 😉 Jeśli nawet ktoś jej nie czytał, to prawie na pewno widział którąś z licznych ekranizacji wyświetlanych co roku w telewizji.

Jest kilka nader znaczących szczegółów odróżniających tę „Opowieść wigilijną” od innych wydań, które można obecnie kupić. Po pierwsze – zawiera ona tylko oryginalny tekst, bez opracowania i omówienia. Po drugie – czyta się ją z przyjemnością. Przeglądałam wcześniej jedno z takich wydań z opracowaniem i było przetłumaczone językiem tak topornym, że jego lektura wymagała samozaparcia, jakiego trudno się spodziewać po gimnazjalistach. Po trzecie wreszcie – jest wydana niezwykle starannie i pięknie zilustrowana przez Aleksandrę Kucharską – Cybuch, której kreskę znamy już z  ”Bajki o szczęściu”.

Przyzwyczajeni jesteśmy do tego, że książki z obrazkami przeznaczone są dla najmłodszych czytelników, ale to nie jest książka dla dzieci !!! Zresztą Dickens nie pisał jej dla nich. Nie ma w niej nic z tego, czego oczekujemy od lektur, mających nas wprowadzić w świąteczną atmosferę – mało jest w niej ciepła i tzw. klimatów rodzinnych, za to sporo horroru, szczególnie na początku. Ilustracje Aleksandry Kucharskiej – Cybuch też nie są ciepłe i przytulne. Jest w nich wiktoriańska surowość, doskonale korespondująca z niewesołą przecież treścią, ale w miarę zbliżania do happy endu nabierają nieco łagodności.

Mimo urody języka i ilustracji nie jest to lektura łatwa dla współczesnych nastolatków. Nie zaczyna się jak film Hitchcocka od trzęsienia ziemi, po którym napięcie powinno rosnąć. Wręcz przeciwnie – po pierwszym podejściu do czytania Najstarsza stwierdziła, z lekka zdegustowana: Dwie pierwsze strony poświęcone wyłącznie temu, że Marley NAPRAWDĘ umarł. Pamiętam, że w czasach szkolnych, kiedy sama miałam problem z lekturą jakiejś lektury 😉 , szłam do Mamy z prośbą, żeby mi ją poczytała na głos. Mama zaczynała, a potem już jakoś szło. W tym przypadku pomoc „osób trzecich” nie będzie potrzebna – do książki dołączona jest płyta, na której pierwszą jej część czyta Zbigniew Zapasiewicz. Potem już jakoś pójdzie 😉

Osobnikom szczególnie opornym można zaproponować pełne wydanie audio. Zdecydowanie lepiej jest wysłuchać tej jakże budującej historii nawróconego grzesznika w interpretacji znakomitego aktora, niż ograniczyć się do lektury streszczenia lub obejrzenia filmu.

Charles Dickens „Opowieść wigilijna”, przekł.: Andrzej Polkowski, ilustr.: Aleksandra Kucharska – Cybuch, wyd.: Media Rodzina, Poznań 2006

Charles Dickens „Opowieść wigilijna”, przekł.: Andrzej Polkowski, wydanie audio – mp3, czyta: Zbigniew Zapasiewicz, wyd.: Media Rodzina, Poznań 2017

Księga dżungli

Księga dżungli

Kolejny po „Tajemniczym ogrodzie” nowy, znakomity przekład klasyki literatury. Wpis z 27 marca 2010 roku:

Niewiele jest chyba obecnie dzieci, które nie znałyby „Księgi dżungli”. Jeśli jednak doprecyzujemy pytanie, okaże się, że ta znajomość wcale nie dotyczy książki Kiplinga, a jedynie ekranizacji – najczęściej w wersji Disney’a. Niestety – do książkowego oryginału pozostaje on w stosunku… takim, jak to zwykle bywa z filmami tej wytwórni… czyli dość swobodnym 😉 Największym zaskoczeniem, jakie czeka tych, którzy sięgną po książkę, jest to, że nie opowiada ona wyłącznie o Mouglim – chłopcu wychowanym przez wilki.

Dzięki filmowi Mougli miał zagwarantowane miejsce w świadomości społecznej , natomiast mały dzielny Riki Tiki Tavi – moja ulubiona postać- odchodził pomału w zapomnienie. Podobnie jak Tumaj Słoniomistrz (którego ja znałam jako Toomai – druha słoni) i Kotik – biała foka, której obecność w książce z dżunglą w tytule nieodmiennie mnie zaskakuje.

Jeszcze do niedawna „Księga dżungli” w wersji: książka należała do kategorii: raczej niechętnie czytywana klasyka. Znajome dzieci, które musiały się z nią zmierzyć jako z lekturą szkolną, delikatnie mówiąc, nie były nią zachwycone. Trudno im się dziwić, bo przekład Józefa Brinkenmajera, na którym się wychowałam, napisany był polszczyzną dziś już mocno archaiczną. Także realia kolonialne – szczególnie w dwóch ostatnich opowiadaniach, mogą być trudne do zrozumienia dla współczesnych europejczyków. Trudno sobie teraz wyobrazić armię, w której służyło tyle rozmaitych zwierząt. Nowy przekład Andrzeja Polkowskiego zdecydowanie ułatwia lekturę – przynajmniej w warstwie językowej, choć jego polszczyzna daleka jest od potocznej. Dzięki niemu Najmłodsza z moich córek jest już trzecim pokoleniem w naszej rodzinie, które pokochało dzielnego Riki Tiki Tavi.

W tej „Księdze dżungli” nowy jest nie tylko przekład. Nowe są także ilustracje Mistrza Józefa Wilkonia – jakże odległe od disneyowskiej, cukierkowej poetyki filmu. Ilustracje trudne, często mroczne i tajemnicze jak sama dżungla. Niech Was nie zwiedzie ich pozorna niedbałość ! Robią wrażenie maźniętych ot tak, od niechcenia, a w rzeczywistości każda kreska ma sens i wyraz.

Za każdym razem, kiedy oglądam kolejne wilkoniowe ilustracje, zadaję sobie pytanie: jak to się robi ? Jak narysować groźne spojrzenie tygrysa, trzepot skrzydeł krawczyka Darzi czy ryk słonia ? Odpowiedź znalazłam  w tych słowach Mistrza:

Bardzo prosto, jeśli się wie i umie parę rzeczy. Najpierw trzeba wiedzieć, jak wygląda to wszystko, co chce się namalować: człowiek, ryba, ptak, liść czy zwierzę. Później wiedzieć, jak się porusza, wszystko co biega, pełza i lata. Dla wielu to już koniec edukacji. Niektórzy idą jednak dalej, potrafią namalować porę dnia, księżyc, żeby świecił, ptaka, żeby śpiewał, potrafią nawet namalować smutek i radość, strach i odwagę. Tylko nielicznym udaje się namalować sen, ciszę, a nawet zapach i smak owoców. Jeżeli się to wszystko umie, trzeba na koniec wiedzieć, co robić, żeby w książce rosło napięcie jak w teatrze, by wszystko było w swoim czasie i w dobrych proporcjach.

Proste – prawda ? 😉

Tę edycję wydawnictwa Media Rodzina śmiało można określić mianem wydania luksusowego. Twarda oprawa w dwóch wersjach, piękny, kredowy papier, słuszny rozmiar – jedyne co może rozczarowywać, to fakt, że tomisko tych rozmiarów zawiera jedynie pierwszą część „Księgi dżungli”. Mam nadzieję, że wydawnictwo nie każe nam zbyt długo czekać na tom drugi.

To jest druga wersja okładki pierwszego tomu, „Drugiej księgi dżungli” nie ma do dziś 😦

Rudyard Kipling Księga dżungli”, przekł. Andrzej Polkowski, ilustr.: Józef Wilkoń, wyd.: Media Rodzina, Poznań 2009

Tajemniczy ogród

Tajemniczy ogród

W odpowiedzi na głosy, które odezwały się przy okazji „Małej księżniczki” , mówiące o tym, że jak „Tajemniczy ogród” to tylko w starym wydaniu – wpis z 31 grudnia 2012 roku o nowej wersji tej książki, a także o lekturach i tzw. wydaniach lekturowych.

Panno Mary, kapryśnico,

rozchmurz zagniewane lico !

W twym ogródku rosną kwiatki,

róże, dzwonki i bławatki.

„Tajemniczy ogród” czytałam oczywiście w przekładzie Jadwigi Włodarkiewicz i z ilustracjami Bogdana Zieleńca – jak wszyscy do niedawna. I jak wszyscy znałam ten wierszyk właśnie w tej wersji. Również Najstarsza i Środkowa z moich córek, kiedy przyszła na nie pora, czytały moją starą i kompletnie zaczytaną książkę, którą nota bene ja sam chyba też po kimś odziedziczyłam. Niestety – do Najmłodszej, która ma niebawem omawiać ją w szkole, już nie dożyła 😦

Zastanawiałam się nad skorzystaniem z usług introligatora, żeby nie kupować nowej, bo mam jak najgorsze doświadczenia z wydaniami tych lektur, które znajdują się już w domenie publicznej. Byle jaki przekład wydany byle jak, byleby tylko kosztował niewiele. Ilustracje oszczędnościowe, albo wcale ich nie ma. Za to często w tekście – komentarze dla idiotów w ramkach: opis przyrody, opis Iksińskiego, rozmowa Ygrekowskiego z Zetem. I w charakterze wisienki na torcie – opracowanie, żeby zwolnić czytelnika z jakiejkolwiek próby samodzielnego zrozumienia, o co w tym wszystkim chodzi. W efekcie książka, której nie tylko nie chce się czytać, ale nawet wziąć jej do ręki. Brrrr… 😦

Na szczęście, nie tak dawno, przypadkiem dowiedziałam się, że Paweł Beręsewicz, którego dotychczas znałyśmy jako autora, jest z wykształcenia anglistą i para się także tłumaczeniem literatury. Właśnie ukazał się jego przekład „Ani z Zielonego Wzgórza”, Jeszcze nie miałam go w ręku i nie wiem, czy się odważę, bo w ogóle nie odczuwam potrzeby sięgania po nowe wersje tego cyklu. Za bardzo zżyta jestem z Małgorzatą Linde i Ewą Moore, żeby przyjąć je do wiadomości jako Rachel i Leslie…

Za to wcześniejszy przekład „Tajemniczego ogrodu”, o którym dowiedziałam się przy tej okazji i bez większego problemu nabyłam tuż przed Świętami, jest dla nas po prostu darem od losu 😉 Ta książka to zaprzeczenie wydań lekturowych, o których wspominałam powyżej. Czyta się świetnie. Zaczęłam podczytywać ją w kolejce do kasy, a kiedy po powrocie do domu dowiedziałam się, że Najmłodsza ma jeszcze do skończenia poprzednią książkę, z wielką przyjemnością doczytałam do końca. Paweł Beręsewicz nie tylko uwspółcześnił język tej powieści, ale wzbogacił ją też o elementy gwary. W poprzednim przekładzie wszyscy bohaterowie, niezależnie od pochodzenia i pozycji, mówili podobnie, teraz – Marta, Dickon i inni rodowici mieszkańcy Yorkshire mówią po tutejszemu. Dzieciom może to początkowo trochę utrudniać lekturę, ale zdecydowanie ją wzbogaca.

O ilustracjach Alicji Rybickiej można powiedzieć różne rzeczy, ale na pewno nie to, że są oszczędnościowe. Te znajdujące się w tekście i przedstawiające sceny z książki są dość ascetyczne w doborze barw, ciut staroświeckie, ale bardzo stylowe. Oprócz nich na wyklejce oraz początku każdego rozdziału znajdujemy kolorowe obrazki jak z zielnika wraz z opisami. Dwie odmiany hibiskusa dla rozdziałów, których akcja rozgrywa się w Indiach, wrzos, kiedy Mary przybywa na wrzosowiska, a potem zawilec, przebiśnieg, konwalia, krokus i inne rośliny, które spotyka w ogrodzie. Dzięki temu nie są one dla czytelnika tylko suchymi nazwami, a tajemniczy ogród w naszej wyobraźni nabiera barw i kształtów.

Dodajmy do tego sztywną oprawę, piękny papier i czerwoną jak brzuszek rudzika wstążkę do zakładania kartek – dzięki temu wszystkiemu to wydanie „Tajemniczego ogrodu” nie jest typowym wydaniem lekturowym, które czyta się z przymusu, tylko książką, której lektura może być przygodą i przyjemnością.

Wydawnictwo „Skrzat” wydało ją w ramach serii „Klasyka z feniksem”, dodając: Feniks – symbol siły i nieśmiertelności, od zawsze patronował temu, co ważne i ponadczasowe, co wciąż się odradza. W serii „Klasyka z feniksem” pragniemy zaprezentować kolekcję książek, które mimo zmieniających się mód nieustannie bawią i zachwycają rzesze czytelników. „Klasyka z feniksem” to po prostu dobra literatura. (Edit: kolejnych książek wydanych w tej serii nie miałam w ręku, więc nie wiem, czy są w równym stopniu godne polecenia)

Osobom, które jak ja wychowały się na starym przekładzie, oprócz tego, że Dick jest tutaj Dickonem, może zgrzytać także ten wierszyk:

Mary, oj dana, panno zbuntowana

Co siejesz na swoich grządkach ?

Muszle szumiące, dzwoneczki grające

I aksamitki w rządkach.

ale to wyłącznie dlatego, że zbyt dobrze pamiętamy go w wersji z kapryśnicą 😉

Frances Hodgson Burnett „Tajemniczy ogród” (seria: „Klasyka z feniksem”), przekł.: Paweł Beręsewicz, ilustr.: Alicja Rybicka, wyd.: Skrzat, Kraków 2011

Kamienie na szaniec

Kamienie na szaniec

Dziś na Cmentarzu Komunalnym na Powązkach odbędzie się pogrzeb kapitana harcmistrza Ryszarda Białousa „Jerzego”. 27 lat po śmierci dowódca batalionu harcerskiego „Zośka” spocznie wreszcie wśród swoich żołnierzy. Jego krzyż harcerski na urnie z prochami zrobił na mnie duże wrażenie.

Od książek Aleksandra Kamińskiego „Kamienie na szaniec” i „Zośka i Parasol” zaczęło się moje zainteresowanie historią, Szarymi Szeregami, Powstaniem Warszawskim. Były dla mnie ogromnie ważne, mam do nich bardzo osobisty stosunek i dlatego 2 kwietnia 2014 roku, po obejrzeniu ekranizacji pierwszej z nich, napisałam taki nietypowy jak na tematykę tego bloga wpis:

Tym razem nie będzie o książce tylko o filmie – tak przy okazji, bo „Kamienie na szaniec” ukazały się właśnie z filmową okładką i zdjęciami z filmu w środku.

Podobno statystycznym widzem amerykańskiego kina klasy B jest nastoletni afroamerykański analfabeta z wielkomiejskiego slamsu. Natomiast odbiorcą, do którego adresowane są polskie filmy historyczne i adaptacje dzieł naszej literatury jest zapewne przeciętny gimnazjalista doprowadzony do kina przez szkołę. Zdaję więc sobie doskonale sprawę, że, jako córka harcerza Szarych Szeregów i środkowe ogniowo w trzypokoleniowym łańcuchu harcerek w naszej rodzinie, a w dodatku absolwentka studiów historycznych, nie jestem targetem „Kamieni na szaniec”. Nie dla mnie kręcono ten film. Ponieważ jednak w grupie docelowej mieści się przynajmniej jedna z moich córek – pozwolę sobie spojrzeć na ten film oczyma Matki Targetu 🙂

Z różnych stron dobiegają mnie głosy, że film może nie jest wybitny, ale jest wystarczająco dobry, bo robi wrażenie na młodzieży i jest ilustracją słów Stanisława Jankowskiego Delegata Rządu na Kraj, które stały się mottem Muzeum Powstania Warszawskiego: Chcieliśmy być wolni i wolność sobie zawdzięczać. Czyli program minimum został zrealizowany – ale ja się zastanawiam, dlaczego tylko tyle ?

A poza tym – dlaczego film noszący tytuł książki Aleksandra Kamińskiego, która wywarła wpływ na kilka pokoleń Polaków i opowiadający o wydarzeniach i postaciach autentycznych, co sugerują choćby użyte tam ich imiona i nazwiska, pokazuje nam kogoś zupełnie innego ??? O takim drobiazgu jak to, że Kamiński pisał o trzech przyjaciołach nie wspominając…

Dlaczego jego twórcy uznali, że statystyczny gimnazjalista (w skrócie: SG) nie jest w stanie zrozumieć przekazu głębszego niż komiksowy, a żeby go poruszyć wystarczy zaserwować mu sceny tortur, które dorównają najbardziej krwawym grom komputerowym ? Dlaczego uznali, że aby zrozumiał i polubił bohaterów, trzeba ich sprowadzić do poziomu współczesnych nastolatków ? Gimnazjaliści, z którymi mam do czynienia, potrafią myśleć – trzeba im tylko dać szansę.

Posłuchajcie opowiadania o Alku, Rudym, Zośce i kilku innych cudownych ludziach. o niezapomnianych czasach 1939-1943 roku, o czasach bohaterstwa i grozy.

Posłuchajcie opowiadania o ludziach, którzy w tych niesamowitych latach potrafili żyć pełnią życia, których czyny i rozmach wycisnęły piętno na stolicy oraz rozeszły się echem po kraju, którzy w życie wcielić potrafili dwa wspaniałe ideały: BRATERSTWO i SŁUŻBĘ.

Bohaterowie Kamińskiego – Alek, Rudy i Zośka należeli do elity intelektualnej swojego pokolenia. Skończyli jedną z najlepszych szkół średnich w Polsce i przed samą wojną zdali tzw. dużą maturę czyli osiągnęli wykształcenie jakie zdobywała wtedy mniejsza ilość osób niż obecnie szczyci się dyplomem wyższej uczelni. Wszyscy trzej czasie okupacji studiowali na tajnych kompletach, a poza tym czytali, myśleli, dyskutowali. Nie tylko o strzelaniu.

Marcel Sabat i Tomasz Ziętek mają po 25 lat – czyli że są od swoich bohaterów ciut starsi. Mirosław Konarowski i Cezary Morawski byli w tym samym wieku, gdy grali Zośkę i Rudego w filmie „Akcja pod Arsenałem”. Dlaczego więc patrząc na tych ostatnich widzę młodych mężczyzn, a w „Kamieniach na szaniec” trudno mi uwierzyć, że mają więcej niż 17 lat ? Notabene – kiedy tamten film wszedł na ekrany, ja sama byłam w wieku obecnych gimnazjalistów. Jego bohaterowie imponowali mi i czułam, że dorosnąć do nich nie będzie mi łatwo.

Myślę, że jest to problem, który dotyczy obecnych filmów historycznych, nie tylko polskich. Bierze się wnętrza i kostiumy z epoki, wymyśla się wydarzenia quasi-historyczne i wstawia w to bohaterów, którzy zachowują się i myślą całkiem współcześnie. Nieważne, czy mamy do czynienia z rzymskim gladiatorem, rycerzem krzyżowym, angielskim lordem z czasów wiktoriańskich czy harcerzem Szarych Szeregów. Jaki płynie z tego przekaz dla statystycznego widza (czy to amerykańskiego, czy polskiego) ? Otóż taki, że jedyny postęp jakiego dokonała ludzkość na przestrzeni wieków to postęp techniczny, a w sferze etyki, moralności i stosunków międzyludzkich (a także podejścia do kwestii inicjacji seksualnej 😉 ) nic się nie zmieniło od czasu, gdy wyszliśmy z jaskiń.

Alek, Rudy i Zośka byli harcerzami. Wychowankami przedwojennej „Pomarańczarni” i członkami konspiracyjnych Szarych Szeregów – jedynej w państwach okupowanych konspiracyjnej organizacji wychowawczej, co zostało umieszczone w napisach kończących film. Szkoda tylko, że to w żaden sposób nie wynika z zachowania jego bohaterów wcześniej – pomijając przedziwną scenę przysięgi AK, na której potrzeby ubierają się wszyscy w mundurki jak spod igły. Po trzech latach okupacji !!! Ta scena jest absurdalna z wielu powodów – tak absurdalna, że trudno z nią nawet dyskutować. Rozumiem jednak, że te mundurki były po to, aby wbić naszemu SG do głowy, to że film opowiada o harcerzach. Szkoda tylko, że w tym celu nie stworzono jakichś scen odwołujących się np. do przedwojennych obozów. Byłoby prościej i zgodnie z realiami.

W materiałach promocyjnych filmu jest napisane: Film nie jest tradycyjną adaptacją, ale autorskim, współczesnym komentarzem do literackiej opowieści, czym jak rozumiem jego twórcy bronią się przed podobnymi zarzutami. Uważam jednak, że o autorskim komentarzu i dyskusji z literacką wizją Kamińskiego można by mówić w sytuacji, gdy bohaterowie nazywaliby się np. Maryśka i Blondyn, a film nosiłby inny tytuł. Tylko że wtedy nie miał by on zagwarantowanej widowni tak długo, jak długo „Kamienie na szaniec” będą lekturą szkolną. Choć przyznam, że odczuwam pewną złośliwą satysfakcję na myśl o tym, że za czas jakiś, kiedy umilkną już echa burzy, którą film wywołał, jacyś leniwi gimnazjaliści, którym nie będzie się chciało czytać książki i ograniczą się do obejrzenia filmu, polegną na teście ze znajomości lektury 😉

I wyszedłeś jasny synku z czarną bronią w noc,

i poczułeś, jak się jeży w dźwięku minut – zło.

Zanim padłeś, jeszcze ziemię przeżegnałeś ręką.

Czy to była kula, synku, czy to serce pękło ?

Gdyby film nie udawał, że jest ekranizacją, to być może zachwyciłaby mnie scena końcowa, w której na odległość strzału stają przed sobą dwaj młodzi, zakochani chłopcy, których dzieli tylko to, że jeden jest Polakiem, a drugi Niemcem. Piękna scena o antywojennej wymowie – szkoda tylko, że dla jej konceptu odebrano Zośce jego bohaterską śmierć w walce.

Zastanawiam się, którego z bohaterów autorzy filmu skrzywdzili najbardziej ? Lista jest długa, a wybór trudny. Czy Alka, który z równorzędnego bohatera stał się częścią tła ? Czy Zośkę, w którym nijak nie można zobaczyć tego charyzmatycznego, ujmującego i odpowiedzialnego przywódcy, o którym mówią ci, którzy go znali ? Czy Orszę ukazanego jako człowiek niepewny, wręcz strachliwy ? Czy może wreszcie majora Kiwerskiego, dowódcę Kierownictwa Dywersji Armii Krajowej, o którym pada sugestia, że przez trzy dni chował się przed Orszą i Zośką udając, ze jest w Krakowie, aby uniknąć podjęcia decyzji o akcji ? A może Heńka, którego konsultant historyczny filmu profesor Grzegorz Nowik nazwał skrzywdzonym bohaterem „Kamieni na szaniec” i między innymi z tego powodu wycofał swoje nazwisko z napisów ?

W moim poczuciu najbardziej skrzywdzone zostały tam domy Rudego i Zośki – domy, które ich ukształtowały i wspierały, domy przesiąknięte patriotyzmem i poczuciem służby, ich głęboko zaangażowani w konspirację rodzice i siostry harcerki. A szczególnie profesor Józef Zawadzki, wspierający Szare Szeregi w ich działaniach wychowawczych także po śmierci Zośki jako przewodniczący Rady Wychowawczej – tu pokazany jako człowiek wręcz tchórzliwy i uwikłany w jakiś konflikt z synem. Rozumiem, że SG łatwiej jest zrozumieć bohatera skłóconego z rodzicami niż gotowego umrzeć za ojczyznę, ale chyba jednak nie o tym jest ten film ?

Smutno mi, gdy pomyślę, że kiedy nasz SG zobaczy ten film ponownie za lat kilkanaście, kiedy nie będzie już gimnazjalistą i (mam nadzieję !) będzie mądrzejszy niż teraz, to nie znajdzie w nim nic więcej niż za pierwszym razem. Bo niestety nic więcej tam nie ma…

Aleksander Kamiński „Kamienie na szaniec”, wyd.: Nasza Księgarnia, Warszawa 2014

Asiunia

Asiunia

Kontynuując autobiograficzne książki Joanny Papuzińskiej – wpis z 31 maja 2011 roku:

Na skraju miasta stal sobie taki nieduży blok, w tym bloku było mieszkanie, a w tym mieszkaniu mieszkała moja rodzina. Było w niej bardzo dużo dzieci, dużo książek, bajek i piosenek, a wszystkim tym zarządzała moja mama. Na podwórku rosła wierzba płacząca, pod którą bardzo dobrze było bawić się w chowanego. Nie byłam wtedy jeszcze panią Joanną, tylko Asiunią, małą dziewczynką w szpiczastym kapturku.

Na tegoroczne Targi Książki poszłam właściwie tylko po „Asiunię”, która miała tam swoją premierę. No i oczywiście po to, żeby przy okazji spotkać parę miłych osób 🙂

Kibicuję gorąco serii „Muzeum Powstania Warszawskiego dla dzieci”. Po dwóch książkach wydanych wspólnie z Wydawnictwem Muchomor, po długiej przerwie ukazuje się już druga, będąca owocem współpracy z Literaturą. Mam nadzieję, że na tym się nie skończy. (Edit: seria przekształciła się potem w serię „Wojny dorosłych – historie dzieci” i ma się świetnie, co mnie nadal bardzo cieszy)

W dodatku – byłam bardzo ciekawa, jak można napisać drugą książkę o tym samym. Historię dzieciństwa Joanny Papuzińskiej znałam już z „Darowanych kresek”. Moja Najstarsza czytała je chyba z 10 razy.

„Darowane kreski” to książka o nietypowym domu i nietypowej rodzinie, w której wychowywała się autorka. „Asiunia” natomiast – to adresowana do nieco młodszych czytelników – opowieść o wojnie widzianej z perspektywy małej dziewczynki.

Właściwie trudno powiedzieć, że wojna zmieniła życie Asiuni. Urodzona w styczniu 1939 roku nie pamiętała życia przed wojną i to rzeczywistość okupacyjna była dla niej normalna.

– O, przed wojną… – mówiła babcia – to było inne życie.

Ale ja nie znałam żadnej przedwojny, ani tego innego życia, bo jeszcze mnie wtedy nie było na świecie. Ale tak naprawdę nie znałam też wojny, była sobie gdzieś daleko, „na froncie” – jak się mówiło, była też na ulicach, w postaci żołnierzy, którzy chodzili, tupali nogami i mogli do ludzi strzelać i łapać ich do samochodów. Ale do domu dotychczas nie wchodziła.

Ta książka opisuje właściwie tylko ostatni rok wojny, bo właśnie wtedy, tuz po piątych urodzinach Asiuni, rozpadł się jej dotychczasowy świat. Mama została aresztowana, dom przestał istnieć, a dzieci rozdzielili między siebie dobrzy ludzie.

Teraz okazało się, ze wojna może nie tylko przyjść do domu, ale nawet go zabrać. Nie ma domu, nie ma twojego łóżka, poduszki ani kołderki. Musisz iść spać do innego, cudzego domu, gdzie zamiast mamy jest jakaś obca pani, obce meble, i musisz pić mleko z cudzego kubeczka, zamiast z tego, co zawsze. I jeszcze zamiast własnej piżamy dają ci do spania jakieś okropne, porozciągane koszulisko do ziemi.

Można powiedzieć, że Asiunia miała szczęście. Nie znalazla się z mamą w więzieniu i obozie, łańcuszek dobrych ludzi, którzy robili wszystko, aby było jej jak najlepiej, przekazywał ją sobie z rąk do rąk, aż w końcu znalazła się znów z Babcią i rodzeństwem. To jeszcze nie było koniec przygód, bo w Warszawie wybuchło Powstanie i cała ich gromadka została odcięta od Taty w drewnianym domku na podwarszawskim letnisku. Potem nadciągnął front, a kiedy przeszedł zaczęła się bodaj najtrudniejsza dla nich zima…

Asiunia miała szczęście, bo to nie ona musiała się troszczyć o to, jak przeżyć i co zjeść, to o nią się troszczono, a odpowiedzialność za to spadała na jej babcię i braci.

Tak, najtrudniejsze było życie chłopców, moich starszych braci. To oni wystawali na zimnie, sprzedawali bułki i papierosy na stacji, mieli poodmrażane ręce, dziurawe buty, które uszczelniali papierem i szmatami, podarte i wyrośnięte kurtki z za krótkimi rękawami. Pracowali jak dorośli, a przecież byli zwykłymi nastolatkami, jakich dziś uważa się za dzieci, a co najwyżej za młodzież. Żeby rosnąć, potrzebowali więcej jedzenia i nowych ubrań, a nie mieli ani jednego, ani drugiego.

Na szczęście wkrótce skończyła się wojna, odnalazł się Tata i….

… jeśli chcecie wiedzieć, co było dalej, sięgnijcie koniecznie po „Darowane kreski”.

Ta właśnie książka, z pięknymi malarskimi ilustracjami, pozwoli rodzicom poważnie porozmawiać z dziećmi o wojnie, nie wykraczając poza bezpieczne obrazy i emocje, i tym samym nie narazi dzieci na traumatyczne doświadczenia. Jeśli jednak po przeczytaniu książki dzieci zapytają, dlaczego nie wróciła mama Asiuni, spokojnie powiedzmy im prawdę. Bo przecież taka była ta wojna… (dr Anna Piekarska, psycholog, Wydział Psychologii UW – o „Asiuni” na okładce tej książki)

Joanna Papuzińska „Asiunia” (seria: Muzeum Powstania Warszawskiego dla dzieci, t.2), ilustr.:Maciej Szymanowicz, wyd.: Muzeum Powstania Warszawskiego, Warszawa 2011, Literatura, Łódź 2011

Edit: w późniejszych wydaniach ta książka ukazywała się w ramach serii „Wojny dorosłych – historie dzieci”.

Mały Książę

Mały Książę

Zbliża się Dzień Dziecka i jest to jedyny czas w roku, kiedy kultura dla dzieci staje się tematem nieco mniej niszowym. Wczorajszy „Pegaz” był w całości jej poświęcony – jeśli ktoś chciałby go obejrzeć, zapraszam tutaj 😉
Jednym z zaproszonych gości był dr Michał Zając, który polecał tam nowe wydanie „Małego księcia” w przekładzie Henryka Woźniakowskiego z ilustracjami Pawła Pawlaka. Mogę się pod tą rekomendacją podpisać oburęcznie 😉 

Wpis z 21 września 2018 roku:

W księgarniach kameralnych od jakiegoś czasu, a we wszystkich pozostałych od 3 października – „Mały Książę” w przekładzie Henryka Woźniakowskiego i (co najważniejsze !!!) z nowymi ilustracjami Pawła Pawlaka.

Nie widziałam nigdy tej książki z innymi ilustracjami niż autorskie, nie wiem, czy w ogóle były, bo do niedawna w ogóle nie było to możliwe. Twórczość Antoine’a de Saint-Exupery’ego od 2015 roku jest w domenie publicznej na całym świecie z wyjątkiem Francji, gdzie ma on status poległego za Francję, co wydłużyło ich ochronę do 2044 roku.

„Mały Książę” nie był nigdy moją ukochaną książką i zapewne dlatego nie mam problemów z zaakceptowaniem go w tej wersji, ale wiem, że nie wszystkim przychodzi to łatwo. Z drugiej strony: przyzwyczaiłam się uważać wersję Saint-Exupery’ego za dzieło autorskie – kompletne i skończone, a pewną nieporadność ilustracji za uzasadnioną i wynikającą z tekstu. Chyba nigdy wcześniej nie przyszło mi w ogóle do głowy, że można widzieć Małego Księcia inaczej niż w niebieskim płaszczu do ziemi, mimo że w książce jego wygląd nie został wcale opisany.

Odwagę Pawła Pawlaka, żeby się zmierzyć z tym kanonicznym wizerunkiem przyjęłam z zaskoczeniem, które potem zmieniło się w podziw. On sam tak mówił o tym w wywiadzie dla „Książek dla dzieci i młodszych dorosłych”, dodatku do dwumiesięcznika „Książki. Magazyn do czytania” :

– Bałeś się ?

Przeilustrować kanon ? Nie podjąłbym się zilustrowania „Muminków”. Podobnie jak „Kubusia Puchatka” – ilustracje Ernesta Sheparda czy Tove Jansson są nie tylko kanoniczne, ale też perfekcyjne.

– A w „Małym Księciu” nie ?

Muszę to powiedzieć, niezależnie od tego, jak to zabrzmi: to są złe ilustracje. Widzę w nich nieporadność, ale przede wszystkim brak emocji. Spójrz, oczy Małego Księcia są na nich puste. A przecież to emocje budują związek między oglądającym a książką.

– A jednak reprodukowane są przez pół świata – znajdziesz je nie tylko w książkach, ale także na notesach, koszulkach, a nawet butach.

Ale zwróć uwagę, że większość tych ilustracji jest uśliczniona. Kolory są mocniejsze, formy wyrazistsze, oczka bardziej niebieskie. Na stronie nowojorskiego Morgan Library & Museum, w którym jest przechowywany rękopis „Małego Księcia”, można obejrzeć oryginały Saint-Exupery’ego. One mają jeszcze słabsze, bledsze, bardziej bure kolory niż te, które znamy choćby z polskich wydań. (…)

Musiałem odpowiedzieć sobie na pytanie: kim mam być wobec tekstu ? Uznałem, że siłą rzeczy muszę zostać barbarzyńcą, który wyszturchnie Saint-Exupery’ego z jego własnej książki i nada jej całkiem inny charakter…

To się udało – ilustracje Pawła Pawlaka w żadnym miejscu nie kojarzą się z oryginalnymi, są zupełnie inne. Nawet wąż zamknięty, który u Saint-Exupery’ego wygląda jak kapelusz typu fedora, tutaj jest bardziej melonikiem 😉 Dominującymi kształtami są w nich trójkąty i koła. Te pierwsze, nieprzytulnie kanciaste są wszędzie tam, gdzie jest nieprzyjaźnie i groźnie. Drugie wiążą się z miłością i bezpieczeństwem. Okrągła jest piękna ukochana Księcia – róża, okrągłe są planety, przez które wędruje, w okrąg także wpisane jest uczucie, które połączyło pilota z chłopcem.

Dzięki temu, że są tak inne od tych, do których jesteśmy przyzwyczajeni, te ilustracje pozwalają spojrzeć inaczej na całą tę historię. Warto dać sobie na to szansę…

Antoine de Saint-Exupery „Mały Książę”, przekł.: Henryk Woźniakowski, ilustr.: Paweł Pawlak, wyd.: Znak, Kraków 2018

Edit: Paweł Pawlak został nominowany do Nagrody ALMAAstrid Lindgren Memorial Award gratulacje !!!

Bracia Lwie Serce

Bracia Lwie Serce

Wpis z 16 listopada 2012 roku:

Rzadko zdarza mi się popełniać wpisy okolicznościowe i ten też nim nie jest, ale przeczytana na Facebooku informacja o przypadających przedwczoraj 105 urodzinach Astrid Lindgren była bodźcem do skończenia tego, nad czym siedziałam już od jakiegoś czasu.

Pytanie o książki oswajające dziecko z tematem śmierci jest, można powiedzieć, listopadowym pytaniem kalendarzowym. Przez długi czas odpowiedź na nie sprowadzała się w zasadzie do jednego tytułu, jednak ostatnio bardzo modne zrobiło się opisywanie w książkach dla dzieci rozmaitych tematów stanowiących dotychczas tabu, więc i książek o śmierci pojawiło się trochę. Żadna nie dorównuje jednak „Braciom Lwie Serce” mimo, że od napisania jej minęło niemal 40 lat.

Dlaczego ?

Po pierwsze – oczywiście dlatego, że Astrid Lingren była Wielką Czarodziejką. Po drugie – dlatego. że (w przeciwieństwie do nowości) nie jest to książka tylko o śmierci. W tej opowieści o życiu po życiu jest wszystko – i miłość, i nienawiść, i strach, i zdrada, i odwaga, i poświęcenie… To książka o byciu Człowiekiem.

Chciałbym Wam opowiedzieć o moim bracie. Nazywa się Jonatan Lwie Serce i o nim właśnie będzie ta historia. Mnie się ona wydaje prawie baśnią i nawet trochę, troszeczkę, opowieścią o duchach, ale przecież wszystko w niej jest prawdą. Tyle tylko, że nikt i tym nie wie poza mną i Jonatanem.

Na początku tej historii wszystko wskazywało na to, że tym który umrze będzie młodszy z braci, ciężko chory Sucharek. Jonatan, jego ukochany starszy brat opowiedział mu więc bajkę o krainie zwanej Nangijalą, gdzie wciąż są jeszcze czasy ognisk i bajek. (…) Mówił że z Nangijali pochodzą wszystkie bajki, bo właśnie tam takie rzeczy się dzieją i ten kto tam się znajdzie ma przygody od rana do wieczora, a nawet w nocy. Jonatan obiecał braciszkowi, że on tam również przybędzie, że wkrótce będą tam razem.

A także że w Nangijali nie ma c z a s u w takim sensie, jak tu na ziemi. Gdyby nawet zył dziewięćdziesiąt lat, to mnie by się wydawało, że minęły najwyżej dwa dni. Bo tak jest, jak nie ma prawdziwego czasu.

Tymczasem wydarzyło się tak, że to Jonatan pierwszy tam dotarł, a potem przysłał do brata biała gołębicę, która jego głosem opowiedziała Sucharkowi o tym, jak pięknie jest tam, w Nangilali. I o Zagrodzie Jeźdźców w Dolinie Wiśni, w której będą mieszkali razem.

No i potem stało się to. Nigdy jeszcze nie zdarzyło mi się nic tak dziwnego. Nagle znalazłem się po prostu przed furtką i zobaczyłem napis na zielonej tabliczce: „Bracia Lwie Serce”.

Jak tam przyszedłem ? Kiedy pofrunąłem ? Jak znalazłem drogę, nikogo nie pytając ? Nie wiem. Wiem tylko, ze nagle stałem tam i czytałem napis na furtce.

Dla mnie Nangijala nie jest ani Niebem, ani Piekłem, ani Czyśćcem w takim rozumieniu jak to przedstawia Biblia. Nangijala to Czas Próby – czas, w którym każdy staje przed wyzwaniem. Zostaje skonfrontowany ze Złem w czystej postaci i musi się opowiedzieć po jednej albo po drugiej stronie. Są w tej książce wyraźne echa wojny i Holokaustu – rycerze Tengila – groźni i okrutni, Dolina Dzikich Róż otoczona murem i pilnowana przez nich oraz mały chłopiec przemykający się pod murem… Ta historia niesie prawdę o tym, że najbardziej boimy się nie o siebie, ale o tych, których kochamy, a równocześnie ta miłość i ten strach mogą dawać siłę do czynów nadzwyczajnych.

Ktoś, kto kojarzy Astrid Lindgren wyłącznie jako autorkę beztroskich obrazów dzieciństwa takich jak „Dzieci z Bullerbyn”, może być bardzo zdziwiony tę książką. Razem z ”Ronją, corką zbojnika” i „Mio, mój Mio” tworzą one w jej twórczości nurt baśniowy i są to książki, o których mogę napisać: piękne, choć momentami bardzo smutne. Ale ten smutek jest w życiu dziecka też potrzebny i potrzebne mu są rozmowy o rzeczach ostatecznych.

„Bracia Lwie Serce” to jedna z tych książek, do opisania których przymierzam się od początku mojej blogowej działalności. Próbowałam już kilka razy i dochodziłam do wniosku, że wielkość tej książki mnie przerasta. I że lepiej nie napisać nic, niż nie sprostać zadaniu. Mam nadzieję, że w końcu mi się to udało…

P.S. Tak, wiem oczywiście że „Bracia Lwie Serce” są lekturą szkolną, ale uważam, że nie warto czekać z nią, aż dziecko będzie musiało ją przeczytać. Szkoda tak pięknej książki na czytanie jej z obowiązku, A poza tym – uważam, że piątoklasiści są już na nią trochę za duzi.

Astrid Lindgren „Bracia Lwie Serce”, przekł.: Teresa Chłapowska, ilustr.: Ilon Wikland, wyd.: Nasza Księgarnia, Warszawa 2000