Kiedy zegar wybije dziesiątą

Kiedy zegar wybije dziesiątą

oraz „Czarna operacja”

… czyli przypominam wpis z 1 lipca 2011 roku o dwóch wakacyjnych kryminałach dla nastolatków. Odkryłam przy tej okazji, że ich autorka – Agnieszka Błotnicka jest obecnie scenarzystką serialu „Ojciec Mateusz” 🙂

Zaczęły się wakacje, więc przyszedł czas na wakacyjne lektury…

Schemat tej książki jest w sumie mało oryginalny: Wszystko wskazywało na to, że w te wakacje Janka nie czeka nic ciekawego, tymczasem… Zamiast na obóz piłkarski, na który czekał cały rok, pojechał z Tatą do małego pensjonatu na skraju niewielkiego miasteczka, a jedynym rówieśnikiem był tam Kuba – chudy, zaczytany okularnik pasjonujący się matematyką. Trudno wyobrazić sobie miejsce i towarzystwo bardziej do Janka nie pasujące, a jednak…

Chudy okularnik, który też nie był zadowolony z towarzystwa wysportowanego mięśniaka, dość szybko okazał się całkiem fajny. Miasteczkiem natomiast był Kazimierz Dolny.

Janek musiał przyznać, że Kazimierz nie przypominał zwykłego, przeciętnego miasteczka. Kocie łby, kamieniczki z rzeźbionymi fasadami, stara studnia pośrodku rynku – wszystko odbiegało od jego ponurych wyobrażeń o tym miejscu. Spodziewał się zobaczyć szare, brzydkie miejsce z kulawymi psami i zakurzonymi oknami budynków.

A kiedy jeszcze trafili na trop tajemniczej afery okazało się, że znakomicie się z Kubą uzupełniają i stanowią świetny team…

Zwróciłam uwagę na tę książkę przede wszystkim ze względu na miejsce, w którym autorka umieściła jej akcję. Bardzo lubię Kazimierz, a kiedy byłam w wieku Kuby i Janka, jedną z moich ulubionych lektur było „Pawie pióro” Zofii Bogusławskiej i Celiny Tatarkiewicz – też wakacyjna historia grupki nastolatków tropiących tajemnice w Kazimierzu. Ciekawa jestem, czy ktoś oprócz mnie ją jeszcze pamięta ?

„Kiedy zegar wybije dziesiątą” może służyć za quasi przewodnik po tym miasteczku. Z książką w ręku, wędrując tropami Kuby i Janka można zobaczyć wszystkie najważniejsze miejsca, łącznie z Janowcem po drugiej stronie Wisły. Dzięki Kazimierzowi nie jest to tylko kolejna historia o dzieciach na tropie złoczyńców – rynek, wąwozy, Wisła, prom do Janowca… W takim otoczeniu i bez przestępców trudno się nudzić.

Minął rok i tym razem to Kuba odwiedza Janka w jego rodzinnym mieście. Znów sytuacja jest podobna – dorośli są zajęci, tym razem przeprowadzką i chłopcy mają zupełną swobodę w wędrowaniu po mieście. Podobnie jak Kazimierz, Warszawa opisana jest bardzo realistycznie, wszystkie miejsca można bez problemu zlokalizować, tylko adres Instytutu Technologii Elektronicznej pozostaje tajemnicą autorki…

Po tym, jak w zeszłym roku rozpracowali szajkę fałszerzy dzieł sztuki, w tym chłopcy nie liczą specjalnie na to, ze uda im się wpaść na trop kolejnej afery. W końcu kto jak kto, ale Kuba wie doskonale, co o tym mówi rachunek prawdopodobieństwa 😉 Wie jednak też, że życie czasami wywija matematyce paskudne numery. Afera sama przychodzi do nich i tym razem dotyczy czegoś na wskoś nowoczesnego…

Obie te książki są bardzo dobrze napisane, pomysł osadzenia akcji w miejscach rzeczywistych sprawdził się doskonale, a jednak w czasie lektury kilkakrotnie coś mi w nich zgrzytało 😦

Po pierwsze – w kilku sytuacja bohaterowie posuwają się do okłamania dorosłych. Sprawia im to co prawda pewien dyskomfort psychiczny i obiecują sobie, że opowiedzą o wszystkim rodzicom, ale w następnym tomie okazuje się, że rodzice nadal nic o ich kazimierskich wyczynach nie wiedzą, a oni znów muszą trochę oszukiwać dorosłych…

Po drugie – w pewnym momencie chłopcy decydują się na małą mistyfikację i udają harcerzy. Kupują w tym celu mundurki oraz krzyże harcerskie – i to właśnie, jako stara harcerka, uważam za przegięcie (żeby nie powiedzieć – profanację 😉 ). Pomijając już fakt, że wg mojej wiedzy krzyża harcerskiego nie można kupić ot, tak sobie…

Trzecim, już całkiem cichutkim zgrzycikiem było to, że ojciec Janka – architekt zatrzymał się w Kazimierzu w przypadkowym pensjonacie, zamiast skorzystać z Domu Architekta SARP, jak zrobili by wszyscy znani mi architekci, ale rozumiem, że było to niezbędne do zawiązania akcji. Inaczej chłopcy raczej by się nie spotkali.

A jeśli by się nie spotkali, nie byłoby tych książek, które (pomimo zgrzytów) naprawdę warto przeczytać. Szczególnie w wakacje 🙂

Agnieszka Błotnicka „Kiedy zegar wybije dziesiątą”, wyd.: Nasza Księgarnia, Warszawa 2010

Agnieszka Błotnicka „Czarna operacja”, wyd.: Nasza Księgarnia, Warszawa 2010

ArchiTekturki

ArchiTekturki

Wpis z 23 września 2015 roku:

ArchiTekturki” to książka która niewątpliwie robi wrażenie. Nie wiem tylko czym bardziej: formą czy ceną ? 😉

Cena rzeczywiście daje po oczach, ale jest uzasadniona – po pierwsze: formą wymagającą zegarmistrzowskiej precyzji przy konstruowaniu oraz ręcznego klejenia, a po drugie: mikroskopijnym wręcz nakładem, który wyniósł 1000 (słownie: jeden tysiąc) egzemplarzy (edit: potem na szczęście były jeszcze dodruki). W dodatku książka została wyprodukowana w Polsce, a nie w krajach Trzeciego Świata, gdzie często wykorzystywane są do tego dzieci, co też miało wpływ na cenę.

Mimo tego homeopatycznego wręcz nakładu i zaporowej ceny, które mocno ograniczyły zasięg czytelniczy tej publikacji, warto odnotować jej pojawienie się, ponieważ  „ArchiTekturki” to pierwsza od bardzo dawna polska książka typu pop-up i pierwsza wykorzystująca taką formę do popularyzacji wiedzy o architekturze współczesnej.

Ta książka to opowieść o kilkudziesięciu warszawskich miejscach i budynkach. Pokazujemy budowle małe i duże, piękne i brzydkie, pasujące do otoczenia i te, które odwracają się plecami do sąsiadów. Opisane zostały budynki – przyjaciele, które pozdrawiamy, przechodząc obok, i takie, które wolimy obchodzić z daleka. Bohaterów tej książki łączy jedno: wszystkie pokazane obiekty to zrealizowane marzenia ich autorów o lepszym mieście.

Wydało ją Muzeum Powstania Warszawskiego, co może budzić zdziwienie, bo powstanie kojarzy się raczej z unicestwieniem warszawskiej architektury. Warto jednak pamiętać, że większość wojennych zniszczeń Warszawy nie była związana z walkami powstańczymi, a samo powstanie to tylko etap w historii miasta – etap graniczny, między Warszawą dawną, tą tworzoną przez wieki, a Warszawą obecną, w której sąsiadują ze sobą ostańce tamtej dawnej i budynki powstałe w ostatnich siedemdziesięciu latach. Ważną częścią Muzeum jest Instytut Stefana Starzyńskiego i to z jego inicjatywy ( a personalnie – Agnieszki Szulejewskiej) powstała  ta książka.

Warszawa to miasto inne niż wszystkie. Są w Polsce i na świecie miasta większe, miasta starsze, miasta piękniejsze. Ale urok Warszawy kryje się w jej charakterze, na który składają się tysiące pozornie zupełnie niepasujących elementów – budynków, miejsc, historii, a przede wszystkim ludzi. Tych, którzy tu mieszkają i tych, którzy użyli swego talentu, aby uczynić to miasto wspanialszym i lepszym. Chociaż często ich wizje bardzo się od siebie różniły. 

Marlena Happach wybrała i opisała, a Robert Czajka narysował ponad 40 miejsc w Warszawie, które powstały w ciągu ostatnich 70 lat – od tunelu trasy W-Z po Dom Kereta. Są to rzeczy małe (jak Dom Kereta właśnie) i rozległe (jak Osiedle „Za Żelazną Bramą” czy Ursynów), takie, które budzą powszechny zachwyt i te ciut kontrowersyjne. 8 z nich ma swoją wersje trójwymiarowe, które rozkładają się, kiedy otwieramy książkę. Na końcu znajduje się spis ich wszystkich, wraz z nazwiskami projektantów (a dzięki strzałkom można bez trudu zobaczyć, które z nich łączą się poprzez osoby ich twórców). Bohdan Pniewski, Romuald Gutt, Zofia i Oskar Hansenowie, Józef Sigalin, Stanisław Jankowski, Halina Skibniewska, Marek Leykam, Marek Budzyński, Stefan Kuryłowicz czy grupa JEMS (i wiele, wiele innych nazwisk, w tym także mój Tata) – na tej liście jest cała historia polskiej architektury XX wieku (że o Normanie Fosterze i Danielu Liebenskindzie nie wspomnę).

W jednym z radiowych wywiadów towarzyszących premierze  ArchiTekturek” Marlena Happach opowiadała, że sporą trudność stanowiło dla niej pisanie o architekturze tak, aby uniknąć fachowych określeń, które mogłyby być zbyt trudne dla dzieci, do których adresowana jest ta książka. Sprawdzała ją więc na swoim, wówczas siedmioletnim synu i jeśli on czegoś nie rozumiał, zmieniała. Oczywiście nie dało się napisać takiej książki kompletnie bez użycia fachowego słownictwa, więc na końcu znajdziemy też podręczny słowniczek architektoniczny

Choć czasem trudno polubić Warszawę, ukrytą pod warstwą bannerów, brudu, rusztowań i tysięcy pozornie niepasujących do siebie elementów, warto zrozumieć, co powoduje te emocje. Kto i w jakich czasach tworzył przestrzeń stolicy, jak wyglądało zderzenie marzeń z rzeczywistością.

Tak jak budynki tu opisane są ucieleśnieniem marzeń ludzi o lepszym mieście, tak ta książka jest spełnieniem marzenia jaj twórców, aby architektura rozbudzała wyobraźnię grą przestrzeni, materiałów, technik i kolorów – inspirowała dzieci, aby w przyszłości potrafiły budować swoje marzenia. 

„ArchiTekturki” to książka, która co prawda powstała z myślą o młodych czytelnikach, ale zdecydowanie nie jest lekturą tylko dla dzieci. Myślę, że każdy, kto jest choć trochę zainteresowany Warszawą czy architekturą, sięgnie po nią z przyjemnością. A jeśli potem chciałby poczytać coś jeszcze, to bardzo zachęcam do sięgnięcia po książki Filipa Springera – przede wszystkim „Źle urodzone. Reportaże o architekturze PRL”, ale także „Zaczyn. O Zofii i Oskarze Hansenach’ i najnowsze „13 pięter”.

Marlena Happach (tekst), Robert Czajka (projekt graf. i ilustracje)  „ArchiTekturki. Powojenne budynki warszawskie”, wyd.: Muzeum Powstania Warszawskiego, Warszawa 2015

Jestem miasto. Warszawa

Jestem miasto. Warszawa

Wpis z 1 grudnia 2012 roku:

Mam, tak samo jak Ty

Miasto moje, a w nim:

Najpiękniejszy mój świat,

Najpiękniejsze dni…

Lubię miejsca z tradycją, lubię wiedzieć, co było kiedyś w miejscu, które znam teraz. Co prawda tu, gdzie stoi teraz nasz dom, jeszcze pięćdziesiąt lat temu szumiał las, ale w całkiem bliskim pobliżu mamy miejsca z bardzo ciekawą tradycją.

Jestem warszawianką nietypową. Urodziłam się gdzie indziej (choć to akurat teraz jest wśród mieszkańców stolicy dość częste 😉 ), ale przez cztery co najmniej pokolenia wstecz moi antenaci związani byli z Warszawą. Prezentowali przy tym sporą ruchliwość i dlatego zarówno moja Mama, jak i ja urodziłyśmy się i pierwszą dekadę życia spędziłyśmy w Bydgoszczy. Każda z nas w swoim czasie oczywiście.

Po przeprowadzce do Warszawy trudno było mi wrosnąć w to miasto. Szczególnie, że zamieszkaliśmy na niezbyt sympatycznym blokowisku na jego peryferiach, a w centrum bywałam niezbyt często. Przełomem było rozpoczęcie nauki w liceum, już w Śródmieściu – zaczęłam wtedy sama poruszać się po całej Warszawie, oswajać ją i wydeptywać w niej swoje własne ścieżki.

Moje córki już są definitywnie tutejsze, choć z racji mieszkania na peryferiach też nie do końca identyfikowały się z Warszawą jako całością. Już dla dwóch z nich przełomem było także pójście do liceum w Śródmieściu. Teraz mają w Warszawie własne szlaki i miejsca mnie nie znane. Jednym z takich miejsc dla Najstarszej z nich jest Czuły Barbarzyńca – księgarnia, kawiarnia, a czasem także wydawnictwo (edit: wtedy jeszcze na Powiślu). To właśnie Czuły Barbarzyńca wydał niedawno autorską, obrazową książkę Marianny Oklejak, a Najstarsza nabyła ją tam dla mnie.

Książka, którą trzymasz w ręku opowiada o Warszawie. Na jej kartach ukryte są tajemnice, które poznasz, patrząc uważnie. Rozejrzyj się wśród zakamarków, tajnych ścieżek. Podążaj szlakami ulic, budynków i placów, a twoje spostrzegawcze oko wnet odnajdzie fascynujące historie, niezwykłych bohaterów , zapomniane czasy Warszawy. Odkryj tysiące tysięcy jej dni. Odgadnij jej przyszłość !

Sześć tablic, a na nich kłębi się życie. Od drewnianego grodu otoczonego lasem na pierwszej z nich (Praczasy czyli bardzo dawno temu) po metropolię początków XXI wieku (Wawa dzisiaj). I na każdej nieodmiennie Syrenka – towarzyszy miastu i dzieli jego los, zmieniając się razem z nim.

Czy to jest książka dla dzieci, jak sugeruje jej rozmiar, sztywne strony i obrazkowość ? Nie – to książka dla każdego, kto chce zagłębić się w historie, które opowiada. A opowiada bez słów – poza tytułami stron oraz nazwami ulic, budynków czy nazwiskami osób na nich występujących.

Ale dobrze byłoby, gdyby dzieciom w tej wędrówce przez dzieje miasta towarzyszył ktoś, kto potrafi im wyjaśnić, co dzieje się na poszczególnych obrazkach i pomoże skojarzyć to, co widzą w książce, z rzeczywistymi miejscami w dzisiejszej Warszawie.

I jeszcze dobrze byłoby, żeby ten ktoś nie był purystą kartograficznym 😉 Bo jeśli by był, to mogłaby mu trochę przeszkadzać swoboda, z jaką autorka wpasowuje rozwijające się miasto w format strony, oraz to że w zależności od potrzeb Wilanów raz zbliża się i mieści na niej, a innym razem wyjeżdża poza stronę 😉 Ale przecież nie ścisłe trzymanie się odległości jest tu najważniejsze ! Sednem tej książki jest genius loci, a ten został oddany po mistrzowsku.

Marianna Oklejak „Jestem miasto. Warszawa”, wyd.: Czuły Barbarzyńca, Warszawa 2012

Marianna Oklejak „Jestem miasto. Warszawa”, wyd.: Wilga, Warszawa 2014

Moje miasto Warszawa

Moje miasto Warszawa

1 sierpnia czuję się warszawianką w szczególny sposób. Przede wszystkim z powodu tej niezwykłej chwili, kiedy miasto staje na minutę…

Nie wiem, gdzie będę dziś w chwili, gdy zawyją syreny, ale wiem, jak spędzę wieczór – jak co roku na Placu Piłsudskiego, śpiewając (nie)zakazane piosenki. Tego dnia warszawiakami są wszyscy, którzy pamiętają, bo to Powstanie (jak powiedział niedawno dyrektor Jan Ołdakowski) było warszawskie tylko z nazwy. To była walka nie tylko o to miasto…Walczyli o wolność, o honor, o kraj…

Przypominam dziś wpis z 23 listopada 2018 roku – książka stała się wtedy pretekstem do refleksji na temat pomnika Małego Powstańca i mitów, którymi obrósł:

Zdjęcie książki pożyczyłam ze strony „Mosty z książek”, dzięki której dowiedziałam się o jej istnieniu. Dziękuję i za jedno, i za drugie 🙂

Pierwszy raz zdarza mi się, że piszę o książce, której nie miałam w ręku. Nie znaczy to jednak, że jej nie czytałam – jest dostępna tutaj, można ją dokładnie obejrzeć, przeczytać a nawet posłuchać, jak czyta te wiersze Krzysztof Tyniec. „Moje miasto Warszawa” to publikacja wydana przez Miasto Stołeczne Warszawę – nie można jej kupić, ale od zeszłego roku dostają ją wszystkie stołeczne przedszkolaki rozpoczynające ten etap edukacji.

Ta książka to spacer po Warszawie, przez którą prowadzą czytelnika wiersze Pawła Beręsewicza. Odwiedzamy w niej wszystko, co jest atrakcyjne dla małych spacerowiczów – od Pałacu Kultury przez Trakt Królewski po Centrum nauki Kopernik, a kończymy tę wycieczkę… oczywiście w domu 🙂 Bardzo podoba mi się ten pomysł. Przedszkolaki to dzieci, które większość czasu spędzają na swoim osiedlu czy w dzielnicy, między przedszkolem a domem, a zapracowani rodzice niewiele mają czasu na to, żeby z nimi zwiedzać miasto, w którym mieszkają.

Ze wszystkich zawartych w niej wierszy największe wrażenie zrobił na mnie ten poświęcony Pomnikowi Małego Powstańca. Pozwolę go sobie zacytować w całości, bo jest powodem, dla którego w ogóle piszę o tej książce:

Czemu tak, dziadku, na nim ubrania wisiały ?

Bo mały.

A czemu hełm na głowie i twarz niespokojna ?

Bo wojna.

I tak mu mama na wojnę iść dała ?

Nie chciała.

A co myślała, jak już poszedł bez zgody ?

Za młody.

Ale wrócił do mamy, na ciastka i dżemy ?

Nie wiemy.

Ech, szkoda, że mnie taka omija przygoda !

Nie szkoda.

Pomnik Małego Powstańca jest bodaj najbardziej kontrowersyjnym warszawskim pomnikiem. Kontrowersyjnym dlatego, że najczęściej bywa on rozumiany kompletnie opacznie – jako gloryfikacja walczących dzieci czy wręcz pochwała wysyłania ich na pierwszą linię. Tymczasem zamysł autora tej rzeźby Jerzego Jarnuszkiewicza był zupełnie inny. Przede wszystkim – ta rzeźba nie powstała z myślą o pomniku. Jarnuszkiewicz wyrzeźbił niewielką figurkę chłopca z karabinem, w za dużych butach i opadającym na oczy hełmie tuż po wojnie, jak sam mówił jako hołd oddany dzieciom poległym w walce. Nazwał ją wtedy „Dziecko – bohater” i przez ponad 30 lat funkcjonowała w obiegu nieoficjalnym, w którym przez większość tego czasu pozostawała także pamięć o Powstaniu Warszawskim.

Dopiero w latach osiemdziesiątych władze PRL zaczęły odwoływać się do niej w swojej narracji historycznej. W 1982 roku, w budynkach fabryki Norblina odbyła się wystawa, którą pamiętam bardzo dobrze. Byłam wtedy w klasie maturalnej, przygotowywałam się do egzaminów na historię, a tam miałam do czynienia, można powiedzieć, z żywą historią. Powstańcy, których dziś pozostało już niewielu i z każdym dniem ich ubywa, byli wtedy krzepkimi sześćdziesięciolatkami i chętnie rozmawiali z nami, a nasze zainteresowanie sprawiało im ogromną przyjemność.

Wtedy także rozpisano konkurs na pomnik Powstania (a nawet trzy kolejne konkursy), na czele komitetu jego budowy stanął legendarny pułkownik „Radosław” i po wielu problemach został od w końcu odsłonięty 1 sierpnia 1989 roku (czyli w 45 rocznicę wybuchu Powstania). Gdzieś obok całego związanego z nim zamieszania, nagle w 1983 roku na murach Starego Miasta pojawił się Pomnik Małego Powstańca. Podobno inicjatywa wyszła od warszawskich harcerzy, ale byłam wtedy harcerką Chorągwi Stołecznej i nie przypominam sobie niczego, co byłoby z takim pomysłem związane. Dlaczego zdecydowano się właśnie na powiększoną wersję rzeźby Jerzego Jarnuszkiewicza ? Kto podjął tę decyzję ? Nie wiem, nie udało mi się nigdzie znaleźć takiej informacji.

Pomnik stoi na Starym Mieście już 35 lat, wrósł w krajobraz Warszawy i coraz trudniej dyskutować z mitami, które wokół niego narosły. To co miało być obrazem dzieciństwa skażonego wojną, coraz częściej traktowane jest jako pochwała wysyłania dzieci do walki. Zdarza mi się też słyszeć, że jest on dowodem na to, że dowódcy Powstania wysyłali do walki dzieci, bo przecież ten pomnik nie wziął się znikąd, więc zapewne tak było. Trzeba powiedzieć wyraźnie – dzieci takie jak przedstawione na tym pomniku nie brały udziału w walkach i nikt im do ręki nie dawał takich pistoletów maszynowych (ani żadnych innych). Broni w Powstaniu brakowało dramatycznie, nie wystarczało jej dla dorosłych powstańców, więc tym bardziej nie miały jej dzieci. Owszem, najmłodsi jeńcy, którzy trafili do obozów jenieckich mieli 11 lat (było ich dwóch i sześciu dwunastolatków), ale nie znaczy to, że brali udział w walkach. Byli to harcerze – listonosze z Poczty Powstańczej, która powstała m.in. po to, żeby tych rwących się wszędzie tam, gdzie coś się działo, chłopców utrzymać jak najdalej od pola walki. Najmłodszy poległy żołnierz Powstania, Wojciech Zalewski „Orzeł Biały”, którego ciało niesione przez powstańca zostało uwiecznione przez kronikę filmową, też miał 11 lat i pełnił w swoim oddziale funkcję łącznika. Wśród nieletnich jeńców dominowali piętnasto- i szesnastolatkowie, ale pamiętajmy, że mieli oni za sobą dorastanie w czasach okupacji, więc trudno ich porównywać z rówieśnikami żyjącymi obecnie.

Warto też przy tej okazji przypomnieć, że piosenka „Warszawskie dzieci” także bywa rozumiana opacznie, bo przecież wcale nie mówi o dzieciach w sensie wieku (o czym dobitnie świadczy np. ten fragment: Od piły, dłuta, młota, kielni – stolico synów swoich sław…). Podobnie jak przedwojenny 21 Pułk Piechoty „Dzieci Warszawy” czy 6 Pułk Pancerny „Dzieci Lwowa” w II Korpusie, które przecież nie składały się z nieletnich żołnierzy.

Pomnik Małego Powstańca wrósł w warszawski krajobraz i obrósł całą masą „przetworzeń” w formie pamiątek – magnesów, breloczków, śnieżnych kul (że o torcie – koszmarze, który prezentowano na jakimś konkursie cukierniczym nie wspomnę). Na pierwszosierpniowych śpiewankach na placu Piłsudskiego zdarza mi się widzieć dzieci w wieku przedszkolnym i wczesnoszkolnym dumnie paradujące w hełmach z biało-czerwonymi opaskami. Myślę, że to przede wszystkim do nich i do ich rodziców adresowane są ostatnie wersy tego wiersza.

Nie ważne, czy w czasie wojny dzieci siedzą schowane w piwnicach (co było losem większości warszawskich dzieci podczas Powstania) czy biorą jakikolwiek udział w walce. Wojna to nigdy nie jest fajna przygoda.

Powtórzę więc za dziadkiem z tego wiersza: Nie szkoda !!!

Paweł Beręsewicz „Moje miasto Warszawa”, ilustr.: Monika Pollak, wyd.: Miasto Stołeczne Warszawa, Warszawa 2017

Kotka Brygidy

Kotka Brygidy

„Kotka Brygidy” po raz pierwszy ukazała się w 2007 roku, a niedawno wydało ją po raz drugi Wydawnictwo Muchomor. Lubiłam jej starą okładkę, ale nowa podoba mi się także, bo jest na niej uchwycone to, co było sednem świata bohaterki tej książki. W tym wydaniu wydawnictwo określiło wiek czytelników na „13+” – moim zdaniem słusznie.

Przypominam to, co napisałam o „Kotce Brygidy” 19 kwietnia 2007 roku:

Dziś mija kolejna rocznica wybuchu powstania w Getcie warszawskim.

Na forum fanów Małgorzaty Musierowicz (edit: obecnie jest to forum ESD) toczyła się niedawno burzliwa dyskusja na temat opisanego w „Kalamburce” gestu Ignacego Borejki, który słuchając w 1968 roku telewizyjnego przemówienia Gomułki, rzucił w telewizor półmiskiem z pierogami bezpowrotnie niszcząc i jedno, i drugie. Spór dotyczył kwestii: czy miało to głębszy sens jako wyraz niezgody na wylewający się z ekranu antysemityzm, czy też był to li i jedynie akt bezmyślnego wandalizmu, wręcz wyczyn chuligański – jakże zaskakujący w wykonaniu człowieka kulturalnego i wykazującego się dotychczas stoickim charakterem ?

W tym samym czasie natknęłam się na interesujący artykuł o Zofii Kossak w „Wysokich Obcasach”, a następnego dnia miałam okazję obejrzeć „Dworzec Gdański” – poruszający dokument o marcowych emigrantach. Czytam też systematycznie blog osoby używającej nicka Żydóweczka (edit: niestety ten blog już od dłuższego czasu nie istnieje). Wszystko to razem dostarczyło mi sporo materiału do przemyśleń nad złożonością i poplątaniem spraw polsko – żydowskich, a „Kotka Brygidy” wpasowała się w tę tematykę znakomicie.

 Jeden jest Bóg – mówiła Mama.

Ale Helena wiedziała swoje. Tam na Pradze, gdzie mieszkała, Bogów było trzech. I do wszystkich trzech modliła się co wieczór, zmieniając trochę modlitwę, której nauczyła jej Stańcia: „Panie Boże z kościoła, panie Boże z cerkwi, panie Boże z synagogi, Ojcze Nasz, który jesteś w niebie, święć się imię Twoje…”

Dzieciństwo Heleny upłynęło między kościołem św. Floriana a praską cerkwią i synagogą. Jej świat przykryty był kloszem troskliwości dorosłych, ograniczony do domu i podwórka. Nawet wojna toczyła się gdzieś na jego obrzeżach i pozornie nie dotykała jej bezpośrednio. Pozornie – bo w rzeczywistości pomału wszystko się zmieniało. Pierwszą nowością była wizyta wujka Eryka, zawsze przysyłającego jej z Berlina czekoladki, teraz w mundurze SS. Potem pojawiły się opaski, które nie wiadomo dlaczego musieli nosić wszyscy znajomi Żydzi – także ci, którzy stali się Żydami przez wojnę. Wkrótce wszyscy oni odeszli przez most Kierbedzia do getta, aby następnie powracać już pojedynczo i po jakimś czasie znikać. Helena przyjmowała to wszystko jak coś zwykłego, co po prostu się dzieje. Patrzyła i zapamiętywała – tak jak nakazał jej ojciec, kiedy pokazywał jej getto przez okno tramwaju.

„Kotka Brygidy” nie opowiada o Holokauście, próbuje natomiast opowiedzieć o postawach Polaków wobec niego. W książkach na których się wychowałam (np. w „Sprawie Honoru” Marii Kann) podział był prosty – szlachetni, odważni i wielcy duchem „Sprawiedliwi wśród Narodów Świata” oraz ludzie mali, tchórze i szmalcownicy. W „Kotce Brygidy” właściwie nie ma postaci jednoznacznych i prostych motywacji. Najłatwiej jest zrozumieć prostą Stańcię – uosobienie tzw. antysemityzmu ludowego. Ona nie zastanawia się nad tym, co się dzieje – dla niej Żydzi to Żydzi i już. Pozornie ich los jest jej obojętny (A tam,wrócą. Nie po to robią im getto, żeby mieli wrócić.), ale dla swoich Żydów gotowa jest narazić siebie i swoich bliskich, bo przecież nasza Róża to Róża, a nie żadna Żydówka. Motywacje rodziców Heleny są dużo bardziej skomplikowane, a im więcej o nich wiemy, tym mniej rozumiemy. Coraz więcej pytań i żadnych odpowiedzi.

Wbrew temu, co sugeruje okładka i dziecięca bohaterka, „Kotka Brygidy” nie jest książką dla dzieci i na pewno nie powinna być pierwszą książką o Holokauście przeczytaną w życiu. Jej zrozumienie wymaga już pewnej wiedzy o historii i naturze ludzkiej.

Na tym świecie nie ma zbyt wielu aniołów. Chodzą po nim ludzie z krwi i kości, z ludzkimi słabościami i ograniczeniami. O tym, jak zachowają się wobec wyzwań ostatecznych, wiadomo dopiero wtedy, kiedy Historia już ich postawi przed taką próbą. My możemy być jedynie wdzięczni losowi, ze oszczędził nam podobnych doświadczeń i mieć nadzieję, że tak już zostanie.

Wyróżnienie literackie w konkursie Książka Roku IBBY 2007

Joanna Rudniańska „Kotka Brygidy”, wyd.: Pierwsze, Lasek 2007

Joanna Rudniańska „Kotka Brygidy”, ilustr.: Ewa Mędrek,  wyd.: Muchomor, Warszawa 2018

Ostatnie przedstawienie panny Esterki

Ostatnie przedstawienie panny Esterki

22 lipca do data, która na osobom wychowanym w PRL kojarzy się z PKWN, świętem, które wtedy obchodzono i czekoladami dawniej E. Wedel. Ale dwa lata wcześniej – 22 lipca 1942 roku w getcie warszawskim rozpoczęła się tzw. Wielka Akcja. W ciągu dwóch miesięcy do komór gazowych w Treblince wywieziono ponad 250 tysięcy osób.

Dziś o 18 z Umschlagplatz rusza Marsz Pamięci.

Wpis z 17 lutego 2015 roku:

Udało mi się niedawno odwiedzić wreszcie warszawskie Muzeum Historii Żydów Polskich POLIN. Pierwsza wizyta pozwala jedynie na ogólną orientację w tym, co można tam zobaczyć, bo tysiąca lat obecności Żydów na ziemiach polskich nie da się ogarnąć w kilka godzin.

Wyszłam stamtąd z zamętem w głowie i postanowieniem, że wrócę niebawem i to nie raz, aby spokojnie pooglądać poszczególne galerie. Tym, co zostało mi w pamięci najmocniej, było oczywiście bajeczne, starannie zrekonstruowane sklepienie synagogi w Gwóźdźcu. Zwróciłam też uwagę, na znajdujący się w gablocie obok yad, który przypomniał mi „Pamiętnik Blumki” Iwony Chmielewskiej oraz na pocztówki, które doktor Korczak ofiarowywał swoim wychowankom jako pamiątki i nagrody. W Domu Sierot jeszcze na Krochmalnej, w spokojnym przedwojennym czasie, …

Wyszłam z tego muzeum z jeszcze jednym postanowieniem – że opiszę tutaj „Ostatnie przedstawienie panny Esterki”

GETTO WARSZAWSKIE. Przy południowym murze, tam, gdzie dziś mieści się teatr Lalka, stał niegdyś stary, czteropiętrowy gmach. Podczas II wojny światowej służył on jako siedziba Domu Sierot, który w tych mrocznych czasach dawał schronienie aż dwustu podopiecznym dr. Korczaka.

O tym, co działo się na ulicach i w domu, co dzieci tam widziały, słyszały i o czym myślały, zanim wczesnym rankiem piątego sierpnia 1942 roku do ich drzwi zapukał Anioł Śmierci, opowie Wam dwoje jego mieszkańców: Pan Doktor i jedna z jego wychowanek, dwunastoletnia Genia…

„Ostatnie przedstawienie panny Esterki” to książka, na którą składają się fragmenty pamiętników Janusza Korczaka przeplatające się z napisaną przez Adama Jaromira opowieścią Geni. Dziewczynka opowiada o życiu w Domu Sierot, o innych dzieciach, o ich zajęciach, skarbach, radościach i smutkach. Nie mówi o tym, co działo się poza murami Domu, w getcie – Korczak i jego współpracownicy wkładali wiele wysiłku w to, aby odizolować dzieci od wszystkich koszmarów tam się rozgrywających.

Ilustracje Gabrieli Cichowskiej, niezwykłe kolaże zdjęć, rysunków, gazet, kartek z kalendarza utrzymane są w tonacji szaroburej, bo w takim pozbawionym barw świecie żyli wówczas bohaterowie tej książki. Jedynym żywszym akcentem były przysłane zza muru i troskliwie przez nich podlewane pelargonie.

A tytułowa panna Esterka ?

Estera Winogronówna była wychowawczynią w Domu Sierot, a przed wojną studiowała na wydziale przyrodniczym Uniwersytetu Warszawskiego. Uzdolniona tanecznie, marzyła o balecie, a w Domu opiekowała się zespołem tanecznym i organizowała rozmaite wydarzenia teatralne. Niepokaźna, szczupła, małego wzrostu, bardzo mizernej twarzy , w ogromnych okularach w rogowej oprawie, miała bardzo bujne włosy spadające na ramiona, była zawsze zamyślona i smutna – tak ją zapamiętali przyjaciele, których cytuje Joanna Olczak – Ronikier w swojej książce „Korczak. Próba biografii”

Ona właśnie zaproponowała, aby dzieci wystawiły „Pocztę” Rabindranatha Tagore i była duszą tego przedstawienia. Korczak zgodził się na ten wybór: Może to właśnie ta bajka zdoła nadać temu życiu jakiś sens i przygotować dzieci, do tej długiej, dalekiej i niebezpiecznej podróży…

Przedstawienie, na które zaproszono wielu gości z zewnątrz, odbyło się 18 lipca 1942 roku, a główną rolę, umierającego hinduskiego chłopca Amala zagrał Abramek. Na zaproszeniu znalazły się słowa poety Władysława Szlengela:

Coś więcej niż tekst – bo nastrój;

Coś więcej niż emocja – bo przeżycie;

Coś więcej niż aktorzy – bo dzieci...

22 lipca rozpoczęła się w getcie wielka akcja likwidacyjna.

5 sierpnia Aniol Śmierci zapukał do drzwi Domu Sierot.

Panny Esterki nie było wtedy z dziećmi – kilka dni wcześniej aresztowano ją w ulicznej łapance i zabrano na Umschlagplatz. Doktorowi Korczakowi nie udało się wywalczyć jej zwolnienia. W swoim pamiętniku zapisał: Dała nam „Pocztę” na to chwilowe pożegnanie. Jeśli nie wróciła tu i teraz, to spotkamy się później gdzie indziej. Mam pewność, że innym przez ten czas służyć będzie tak, jak dobro dawała i przynosiła pożytek.

Adam Jaromir (tekst), Gabriela Cichowska (ilustr.) „Ostatnie przedstawienie panny Esterki. Opowieść z getta warszawskiego”, wyd.: Media Rodzina, Poznań 2014

Powstanie Warszawskie. Pierwsze dni

Powstanie Warszawskie. Pierwsze dni

Wpis z 8 października 2017 roku:

Jak czytać te książkę ?

Życie człowieka składa się z decyzji. Czasem są one błahe, niekiedy zaś poważne, niosące nieodwracalne konsekwencje. Z tej książki możesz się dowiedzieć, przed jakimi wyborami stawali młodzi ludzie podczas Powstania Warszawskiego i jak wpływały one na dalsze losy tych osób, doprowadzając czasem nawet do śmierci. Każda z twoich decyzji będzie zmieniać bieg tej historii i prowadzić do innego zakończenia. Wydarzenia, w których będziesz brać udział, miały miejsce w rzeczywistości i przytrafiły się prawdziwym ludziom.

Nie jestem targetem tej książki, nie wychowałam się na grach komputerowych i zdecydowanie preferuję słowo pisane, a najlepiej jeśli jest ono na papierze. W dodatku jeśli chodzi o historię, a szczególnie o Powstanie Warszawskie jestem maksymalistką – oczekuję od książek wierności faktom i bardzo wyczulona jestem na wszelkie niedoróbki w tej kwestii. Dlatego do publikacji, która ma w tytule Interaktywne spotkanie z historią podeszłam z dużą dozą nieufności. Obawiałam się, że (podobnie jak na przykład w grze „Mali powstańcy”) fakty i realia historyczne mogły paść ofiarą tej interaktywności. Muszę przyznać, że się w tej kwestii bardzo miło zdziwiłam…

Merytorycznie nie mogę właściwie do niczego przyczepić. Książkę konsultowało Muzeum Powstania Warszawskiego i w warstwie faktograficznej wszystko się zgadza. Jedyna rzecz, która ciut mi zgrzytnęła, to zdjęcie, które ilustruje hasło ręczny karabin maszynowy. Przedstawia ono sowiecki RKM DP, który owszem – był w użyciu w czasie Powstania, ale spodziewałabym się go raczej w drugiej połowie września na Powiślu, a nie w pierwszych dniach sierpnia na Woli. Co nie znaczy, że było to absolutnie niemożliwe.

Widza o Powstaniu, którą czytelnik z niej wyniesie jest na podobnym poziomie do tej, którą ja mniej więcej w tym samym wieku wyniosłam z lektury „Zośki i Parasola” Kamińskiego. Te same wydarzenia, ci sami ludzie, ale tu być może forma będzie bardziej interesująca dla współczesnego nastolatka.

Być może – bo wydaje mi się, że jak na jego potrzeby tak książka jest trochę zbyt mało atrakcyjna wizualnie. Nieliczne kolorowe ilustracje i czarno – białe, niewyraźne zdjęcia nie pomagają wczuć się w opisywane wydarzenia. Poza tym aż prosi się, żeby jakoś osadzić to wszystko w realiach współczesnej Warszawy – przydałyby się tu o mapy i zdjęcia, także współczesne. Wtedy być może okazałoby się, że wszystko to działo się w miejscach doskonale czytelnikowi znanych i z pozoru zupełnie nieciekawych.

Masz na imię Janek. Jesteś silnym osiemnastoletnim chłopakiem. Mieszkasz razem z wujem i ciotką w małym mieszkanku na warszawskiej Woli…

Przy pomocy tej książki możemy towarzyszyć naszemu bohaterowi we wszystkich wariantach powstańczego losu – od natychmiastowego przyłączenia się do walki do decyzji o tym, żeby się w nic nie włączać. Niektóre kończą się jego śmiercią, ale są też takie w których przeżywa. Kilka zakończeń doprowadza go na Starówkę i tam zostawia – nie wiemy więc, co wydarzyło się później.

Czasem podejmujemy w jego imieniu decyzje trudne (przyłączyć się do walki czy nie), a czasem wszystko zależy od tego, czy każemy mu pobiec w prawo czy w lewo. Jednak żadna z tych decyzji nie gwarantuje mu przeżycia.

Pomysł fabularny, szkielet tej książki jest interesujący i dopracowany, przydałoby się jednak obudować go bardziej literacko. To bardziej scenariusz gry – nie poznajemy szerszego tła, niewiele wiemy o uczuciach bohatera, więc trudno czasem zrozumieć, dlaczego miałby podjąć taką czy inną decyzję. Marzy mi się kolejne wydanie tej książki – poszerzone i ulepszone. Z ciekawszymi ilustracjami, pokolorowanymi zdjęciami i rozbudowaną fabułą, która pozwoliłaby współczesnemu nastolatkowi zrozumieć, dlaczego jego ówcześni rówieśnicy chcieli być wolni i wolność sobie zawdzięczać.

A gdyby jeszcze w tym wydaniu zrezygnowano ze słowa „przygoda”, którym określane są kolejne wersje losów bohatera, byłoby idealnie.

Krzysztof Mital „Powstanie Warszawskie. Pierwsze dni. Interaktywne spotkanie z historią”, ilustr.: Filip Wojciechowski, wyd.: Meandry, Gdańsk 2017