Jędruś chłopak ze Lwowa

Jędruś chłopak ze Lwowa

„Jędruś chłopak ze Lwowa” to w serii Wojny dorosłych – historie dzieci trzecia po „Asiuni” Joanny Papuzińskiej i „Ostatnim piętrze” Ireny Landau książka autobiograficzna. Jej bohater Andrzej Perepeczko był marynarzem i wykładowcą Akademii Morskiej w Gdyni. Jest także autorem popularnego w czasach PRL (i wznowionego niedawno cyklu przygodowo – podróżniczych książek dla młodzieży o Dzikiej Mrówce.

Jak sobie z niejakim już trudem przypominam, urodziłem się dość dawno w jednym z najpiękniejszych, a na pewno najweselszych miast przedwojennej Polski, a mianowicie we Lwowie. Między innymi z tego powodu moje życie zapowiadało się wesoło i szczęśliwie…

Tytuł tej książki jest trochę mylący. Sięgając po nią spodziewałam się historii kogoś, kto we Lwowie spędził czas wojny i okupacji. Tymczasem jej bohater co prawda urodził się tam i mieszkał we wczesnym dzieciństwie, ale w kiedy miał 5 lat jego rodzina przeprowadziła się do Modlina. Tata Jędrusia był oficerem i otrzymał przydział do tamtejszego Centrum Wyszkolenia Broni Pancernej. Rodzina Perepeczków zamieszkała wtedy w twierdzy modlińskiej, a Jędrek i jego o rok starsza siostra Krysia rozpoczęli naukę w tamtejszej Szkole Rodzin Wojskowych.

Niestety gdy byłem jeszcze dzieckiem, wybuchła wojna, która jest najtragiczniejszym i… najgłupszym pomysłem, na jaki mogła wpaść ludzkość.

Potem była wrześniowa tułaczka zakończona we wsi Luszawa pod Kockiem, okupacja spędzona w Warszawie (choć Jędrek na jeden rok wyjechał do swojej matki chrzestnej, do leśniczówki na Huculszczyźnie) i wreszcie wakacje w Stobiecku Szlacheckim koło Radomska, gdzie spędził lipiec 1944 roku. Do Warszawy miał wrócić 1 sierpnia…

Tytuł tej książki jest może mylący, ale prawdziwy i trudno mieć do autora pretensje, że jego okupacyjne losy zaprowadziły go do Lwowa tylko na kilka dni, kiedy jechał z babcią na Huculszczyznę. Szkoda jednak, że temat wojny w tej części Polski, której dane było przeżyć dwie okupacje, nadal nie znalazł odbicia w literaturze dla młodych czytelników. Mogło być na to miejsce już w „Wysiedlonych”, ale autorka prześlizgnęła się tam nad okupacją sowiecką, kwitując ją jednym zdaniem.

Oprócz serii o Dzikiej Mrówce Andrzej Perepeczko napisał też „Wojtka Warszawiaka” – powieść z akcją umieszczoną w czasach wojny. Teraz, czytając jego autobiografię, zrozumiałam, że nieprzypadkowo na kartach tamtej książki pojawiają się Jędrek i Krysia, rodzeństwo z Modlina, których Wojtek poznaje, kiedy we wrześniu 1939 roku dociera z mamą do Luszawy koło Kocka. Okupacyjne losy Wojtka, syna kolejarza z Warszawy, były inne niż autora, ale widać, że zawarł w tej historii swoje niespełnione marzenia o przyłączeniu się do oddziału partyzanckiego i o udziale w Powstaniu Warszawskim, marzenia nastolatka, który był trochę za młody, żeby walczyć i bardzo tego zazdrościł starszym od siebie.

W rzeczywistości udało mu się (tylko ???) należeć do Szarych Szeregów i wziąć udział w działalności Małego Sabotażu w ostatnich miesiącach wojny w Radomsku. To wystarczyło, żeby za karę zamiast do normalnego wojska trafił po maturze do Batalionu Górniczego, gdzie takie jak on elementy niepewne wydobywały węgiel. Udało mu się jednak potem zostać marynarzem i zrealizować chłopięce marzenie o dalekich podróżach.

Było bardzo różnie i częścią moich wspomnień chcę się z Wami, Drogie Czytelniczki i Drodzy Czytelnicy, podzielić, życząc jednocześnie, aby w życiu nic złego Was nie spotkało i żebyście zawsze mieli się do kogo uśmiechać.

Andrzej Perepeczko „Jędruś chłopak ze Lwowa”, ilustr.: Magdalena Pilch, wyd.: Literatura, Łódź 2019

Andrzej Perepeczko „Wojtek Warszawiak”, ilustr.: Stanisław Rozwadowski, wyd.: Młodzieżowa Agencja Wydawnicza, Warszawa 1984

Klasa pani Czajki; LO-teria; Licencja na dorosłość

Klasa pani Czajki; LO-teria; Licencja na dorosłość

czyli cykl Małgorzaty Karoliny Piekarskiej, w którym przeprowadza ona swoich bohaterów od pierwszej klasy w saskokępskim gimnazjum, przez licea i studia do dorosłości 🙂

Co prawda między wydaniem części pierwszej i ostatniej minęło piętnaście lat, a w tak zwanym międzyczasie nastąpiła reforma likwidująca gimnazja, więc można się zastanawiać, czy te książki się nie zdezaktualizowały, ale problemy, jakie się ma w tym wieku są ponadczasowe i niezależne od tego, jak się nazywa szkoła, w której się je przeżywa. O „Klasie pani Czajki” pisałam 29 kwietnia 2006 roku, to była dwunasta książka, która stanęła na ówczesnych półkach Małego Pokoju z Książkami 🙂

Znowu piszesz o książkach ? Napisz o „Klasie pani Czajki” ! – mówiła często Najstarsza z moich córek, widząc mnie przy komputerze. Dlaczego akurat o niej ? – pytałam. Bo jest fajna – taka prawdziwa i życiowa. No, skoro tak, to proszę bardzo… 🙂

„Klasa pani Czajki” opowiada trzy lata życia uczniów pewnego gimnazjum na warszawskiej Saskiej Kępie – poznajemy ich w dniu rozpoczęcia roku w pierwszej klasie, a żegnamy, gdy kończą szkołę i rozchodzą się do różnych liceów. Małgosia, Kamila, Maciek, Kaśka, Kinga, dwóch Michałów, Aleks, Wojtek i inni – ich kłopoty szkolne i problemy domowe, radości i smutki, pierwsze miłości i rozczarowania, sympatie i antypatie… Zwyczajna klasa, przeciętne dzieciaki, normalne życie.

Czas gimnazjum to taki trudny i głupi wiek – z podstawówki przychodzą dzieci (z pretensjami do bycia młodzieżą), a po trzech latach szkołę opuszcza młodzież (z pretensjami do dorosłości). Na pierwszy rzut oka wyglądają już niemal jak dorośli, ale w głowach mają groch z kapustą, a głęboko w środku siedzą w nich jeszcze małe dzieciaki, które bardzo potrzebują czułości i oparcia w dorosłych.

Bohaterowie tej książki są w sumie dość grzeczni – nie mają większych konfliktów z rodzicami (którzy, z małymi wyjątkami, też wyglądają rozsądnie i sympatycznie), uczą się, nie rozrabiają, nawet wagary niespecjalnie im wychodzą 😉

W klasie pani Czajki chyba nikt nie pali i (poza jednym klasowym „wyrzutkiem”) nikogo nie ciągnie do alkoholu. Z narkotykami i ich dealerami uczniowie nie spotykają nawet przypadkiem i to jest moje podstawowe zastrzeżenie do rzetelności kronikarskiej tej książki. Trudno mi uwierzyć, że przez całe trzy lata nikt z klasy nie ma najmniejszego kontaktu z narkotykami w żadnej postaci, nikt nie jest namawiany na spróbowanie, nie widzi nikogo „zaćpanego”. Szkoda – bo byłaby to niezła okazja, żeby pokazać, jak odmawiać, nie tracąc przy tym twarzy.

Szkoła, do której chodzą bohaterowie – normalna, państwowa i rejonowa, w niczym nie przypomina piekła opisywanego przez panią Musierowicz w Jeżycjadzie, a nauczyciele (z tytułową wychowawczynią klasy na czele) też mają ludzkie oblicza. Pani Barbara Czajka jest zresztą postacią autentyczną – była ukochaną polonistką autorki, choć w rzeczywistości nie uczy w gimnazjum. W książce jest dość surową, ale sprawiedliwą wychowawczynią klasy i wymagającą, ale uczącą w sposób interesujący polonistką. Najstarsza zauważyła kiedyś, że w kilku czytanych przez nią współczesnych książkach młodzieżowych bohaterki (lub autorki) bardzo lubią swoje nauczycielki polskiego. Zapytała mnie, czy jest to warunek sine qua non zostania pisarką, bo jeśli tak, to ona na razie chyba nie ma szans. Teraz już ma, bo polubiła swoją polonistkę 😉

Ta książka nie jest powieścią – składają się na nią felietony, które przez trzy lata ukazywały się w piśmie „Victor. Gimnazjalista”. Z tego wynika brak jednolitej akcji i trochę denerwujące powtórzenia – przypomnienia, bo każdy rozdział zajmuje się inną sprawą, sygnalizuje inny problem.

„Klasa pani Czajki” była przebojem wśród koleżanek Najstarszej pod koniec piątej i na początku szóstej klasy mimo, że (a może właśnie dlatego, że… 😉 ) opowiada o gimnazjalistach. W tym wieku chętniej czyta się o perypetiach osób trochę starszych od siebie i problemach, do których się dopiero pretenduje. Sama wtedy zaczytywałam się Siesicką i wydawało mi się, że jej bohaterowie są okropnie dorośli i mają bardzo dorosłe problemy 😉

Małgorzata Karolina Piekarska „Klasa Pani Czajki”, ilustr. Paweł Włodarczyk, wyd.: Agencja Wydawnicza AGA-PRESS, Warszawa 2004

Małgorzata Karolina Piekarska „Klasa Pani Czajki”,  wyd.: Nasza Księgarnia, Warszawa 2016

Klasa pani Czajki skończyła gimnazjum i rozeszła się do szkół średnich. Część z nich trafiła do (również saskokępskiego) liceum imienia Bolesława Prusa i grono bohaterów kolejnej części cyklu powiększy się ich koleżanki i kolegów z klasy pani Janeckiej, ale nie tylko… Nowi coraz starsi bohaterowie, nowe problemy, które stawia przed nimi życie… Nieuchronne wchodzenie w dorosłość – dla jednych łagodniejsze, dla innych trudniejsze, bo nie zawsze mogą liczyć na wsparcie rodziców, a czasem sami muszą wejść w ich rolę.

Jakiś czas temu na jednym z książkowy forów w sieci zadano pytanie o książki opisujące życie młodzieży 18+ czyli takie rzeczywiste wchodzenie w dorosłość już pod skończeniu szkoły. Okazało się, że prawie nie ma takich 😦 Ja sama kojarzę tylko owocowy cykl Izabeli Sowy oraz „Przyjaciół” i „Ślimaki z ogródka” Marty Madery, ale są to pozycje sprzed kilkunastu lat. Z nowości – przez chwilę miałam nadzieję, że taką powieścią będzie „Hodowla” Katarzyny Ryrych, jednak tam bohater co prawda jest już po studiach, ale powraca do miasteczka, w którym chodził do liceum, żeby się wewnętrznie rozliczyć z tamtym czasem.

Wynika z tego, że „Licencja na dorosłość” jest w kategorii literatury Young Adult zdecydowanym wyjątkiem, bo jej bohaterowie rzeczywiście mierzą się z problemami dorosłości. Niektórzy z nich mogą jeszcze funkcjonować w rodzinnych domach na prawach dzieci, nie troszcząc się specjalnie o materialną stronę życia, ale są też tacy, którzy studiują w innych miastach i tam (na przykład w konfrontacji z osobami, od których wynajmują miejsce do mieszkania) są zdani głównie na siebie. Ich związki to już nie są pierwsze nastoletnie miłości, konflikty z prawem też już grożą dorosłymi konsekwencjami – robi się coraz poważniej, ale też coraz ciekawiej.

Żegnamy się z bohaterami tego cyklu, kiedy obie klasy – i ta pani Czajki, i ta pani Janeckiej spotykają się w parku Skaryszewskim. Być może to ich ostatnie spotkanie w takim gronie, choć już kilku osób zabrakło. Część z nich za chwilę będzie pisało licencjat, ale czy to znaczy, że mają już tytułową licencję na dorosłość ?

Co to jest ten licencjat ? Maciek wiedział, że nie dla wszystkich oznacza koniec studiów. Nie jest też żadnym patentem na to, jak żyć, ani co robić ze swoim życiem. Jest etapem w podróży. Jednym z wielu takich, które nie rozwiązują niczego. Jest jak stacja przesiadkowa. Tylko który pociąg teraz wybrać ? Dokąd ? I jaki ? Nie dla wszystkich jazda ekspresem jest korzystna. Można przegapić jakieś ważne stacje.

Małgorzata Karolina Piekarska „LO-teria”,  wyd.: Nasza Księgarnia, Warszawa 2017

Małgorzata Karolina Piekarska „Licencja na dorosłość”,  wyd.: Nasza Księgarnia, Warszawa 2019

Banany z cukru pudru

Banany z cukru pudru

Wpis z 16 marca 2016 roku. Potem ta sama spółka autorska wydała jeszcze dwie książki – podtarzańską „Na Giewont się patrzy” i morską „Marsz, marsz Batory” oraz serię zeszytów, które zachęcają dzieci do poznawania rodzinnej i lokalnej przeszłości.

Czy wyobrażaliście sobie kiedykolwiek swoją prababcię, jak robi fikołki na trzepaku, albo dziadka, który gra aniołka w jasełkach ? A babcię, jak łapie żaby ?

„Banany z cukru pudru” to bezpretensjonalna opowieść o dzieciństwie z historią w tle, o zwykłym życiu na podwarszawskiej (wówczas) Sadybie. Jej autorki – Barbara Caillot Dubus i Aleksandra Karkowska – nazywające siebie sadybiankami z wyboru, zaprosiły swoich wiekowych już sąsiadów do rozmowy o ich dzieciństwie i o tym, jak żyło się w Mieście Ogrodzie, którym wtedy była Sadyba przed wojną, podczas okupacji i w trudnych powojennych latach. Z ich wypowiedzi i zdjęć wydobytych z rodzinnych albumów powstała książka. W zamierzchłych czasach, kiedy studiowałam historię, nazywało się to wywoływaniem źródła, teraz w powszechnym użyciu jest określenie historia mówiona.

Wtedy było inaczej. Nikt nie grymasił. Jedzenie się dostawało i jadło. Mój talerz zawsze był z obwódką łusek z owsianki. Dziadek groźnym okiem patrzył. Trzeba było zjeść wszystko, siedzieć prosto z rękami na stole.

Dziewczyny lubiły się czesać, najbardziej w kotlety, to znaczy dwa warkocze zwinięte w ślimaki, albo na zająca czyli w kitkę. Było też uczesanie za karę, czyli w kupkę, to taki rozpłaszczony kok na czubku głowy.

Podobnie jak w książkach Joanny Papuzińskiej, w których wraca ona do czasów swojego dzieciństwa (od „Darowanych kresek” przez „Asiunię” po najnowsze spacerowniki warszawskie) oglądamy przeszłość z perspektywy jednostek – i to jednostek całkiem małych, przyjmujących to, co się wokół nich dzieje w sposób naturalny, bezrefleksyjny.

Tatuś zabrał mnie do domu towarowego Braci Jabłkowskich, a tam w holu zabawki od podłogi do sufitu. Ogrom zabawek. Osłupiałam. Ojciec mówi: „Wybieraj”. Długo stałam i myślałam, upatrzyłam sobie lalkę w niebieskiej jedwabnej sukience z białym kołnierzykiem i halką. Miała czarne włosy i niebieskie otwierane oczy. Mówiła „Mama”. Dwa tygodnie później wybuchła wojna.

Kiedy wróciłyśmy do domu po Powstaniu, dom był spalony, tylko piwnica została. A w niej materace i dwie świnki. Przecież trzeba był coś jeść.

Bawiliśmy się też w chowanego w pałacu w Wilanowie. Niektóre okna były zakryte deskami. Można było taką deskę odgiąć i wejść do środka. Sale były puste.

Dorosły czytelnik poświęci być może w tym miejscu chwilę refleksji losom przedwojennych mieszkańców Wilanowa, którzy wówczas byli na zesłaniu koło Krasnogorska, tudzież dziełom sztuki wywiezionym z pałacu przez Niemców, ale dla dzieci te puste sale były po prostu przestrzenią zabaw.

Znajdziemy w tej książce zarówno życie codzienne – odmienne od dzisiejszego…

Prawdziwy telefon, czarny z tarczą i słuchawką na widełkach, miał tylko jeden sąsiad na ulicy. Chodziliśmy do niego, jak trzeba było zadzwonić.

Przed wojną ubrania zamawiało się u krawcowej. Nosiliśmy pończochy na guziki. Chłopcy też. Strasznie tego nie lubiłam, więc jak tylko wychodziłam z domu, to szybko zwijałam je w skarpetki.

Przychodził ostrzyciel. Wołał: „Noże ostrzę, nożyczki !”. Cała ulica się zbierała. Sąsiadki plotkowały stojąc w kolejce.

… świat dziecięcych zabaw, na które współczesne dzieci już nie mają szansy…

Starszy kolega zabierał mnie do kazamat w forcie obok szkoły. Ciemno tam strasznie było, łaziliśmy tam godzinami. Trudno było się potem wydostać przez wąskie przejścia.

Bawiliśmy się w ślady wojny, podchody na gruzach domów. Tu było dużo miejsca, było gdzie ganiać. Jak się wyszło z rana, to się wracało wieczorem

Wchodziliśmy też na słup. Z nudów.

… szkołę zupełnie inną niż teraz…

Na początku roku szkolnego każdy uczeń musiał przynieść do szkoły trzy cegły i gazetę. Siedzieliśmy na nich. U nas w szkole, zaraz po wojnie, nie było nic, żadnych mebli.

… i Wielką Historię, która czasem wkraczała także na Sadybę.

W czasie Powstania w naszym domu był szpital. Jako 12-letnia dziewczynka pomagałam sanitariuszkom, zwijałam bandaże i cerowałam skarpetki. W piwnicach w pralni gotowano dla powstańców, ja obierałam ziemniaki. Miałam opaskę AK, byłam harcerką.

„Banany z cukru pudru” to książka z jednej strony lokalna, a z drugiej – uniwersalna, bo przecież podobne opowieści można usłyszeć z ust wielu osób, które żyją pośród nas. Trzeba tylko chcieć ich posłuchać.

Kiedy spotkasz starszą osobę na ulicy, pamiętaj, że ona też kiedyś była dzieckiem…

Barbara Caillot Dubus, Aleksandra Karkowska „Banany z cukru pudru”, wyd.: Oficyna Wydawnicza Oryginały, Warszawa 2015

Tropiciele

Tropiciele

Małgorzata Karolina Piekarska została nominowana do Nagrody ALMA czyli Astrid Lindgren Memorial Award gratulacje !!!

Przypominam wpis z 22 stycznia 2013 roku o „Tropicielach” i „Dzikiej”. Pisałam też wcześniej o „Klasie pani Czajki”, która była jedną z ulubionych książek Najstarszej z moich córek. Potem ukazały się jej kontynuacje – „LOteria” i „Licencja na dorosłość”. Napiszę o nich więcej niebawem 🙂

Kuba wcale nie chciał przeprowadzać się na Saską Kępę. Całe życie mieszkał na Żoliborzu, tu miał kolegów z podstawówki i razem mieli iść do gimnazjum. Tymczasem po śmierci dziadka, rodzice zdecydowali, że przeniosą się do domu, który po nim odziedziczyli, domu, w którym wychowała się mama. Niewielkim pocieszeniem było to, że w nowym mieszkaniu udało się wygospodarować dla niego oddzielny pokój i nie będzie musiał już mieszkać razem z młodszą siostrą.

Saska Kępa nie podobała mu się wcale. Wkurzały go ciasne uliczki, domki i brak podwórek. W domu dziadka nie mieszkał nikt w jego wieku. W ogóle w okolicy nie było żadnych rówieśników. Nie wiedział też, gdzie ich szukać. W sklepach przeważali starsi ludzie, w ogródku jordanowskim siedziały dzieciaki w wieku Oli, a najbliższe podwórka mieściły się parę przecznic dalej i wydawały się prawie tak odległe, jak pozostawieni na drugim końcu miasta koledzy z dzieciństwa. Zupełnie nie przekonywały go słowa mamy, że jest to ekskluzywna dzielnica artystów, malarzy, ludzi sztuki i kultury.

Warszawa jest metropolią, ale i zbiorem małych miasteczek, choć zgrupowanych w jednym wielkim mieścienapisała Małgorzata Karolina Piekarska przy okazji wystawy „Miejsce akcji: Warszawa”. Te małe miasteczka to między innymi: Sadyba, Żoliborz Oficerski czy Saska Kępa. Od trzynastu lat mieszkam na Saskiej Kępie w domu po prababci, do którego przeprowadziłam się po śmierci rodziców.

Tu jest wielkie miasto w tle, bo zaledwie cztery przystanki jazdy tramwajem do Centrum. Jest tu i małe miasteczko, bo Saska Kępa ma wszystko co jest charakterystyczne dla małego miasteczka. Ma główną ulicę – Francuską, różne przedszkola, szkoły, sklepy, urzędy pocztowe, ośrodki zdrowia, pomniki, place zabaw, galerie, knajpki i podobnie jak małe miasteczko nie ma kina, a jedynie Dom Kultury. Pobliski Park Skaryszewski i teren ogródków działkowych z powodzeniem może robić za charakterystyczne dla małych miasteczek okalające je obszary leśne czy wiejskie.

Do harcerstwa Kuba też trafił przypadkiem. Po prostu odprowadził młodszą siostrę na zbiórkę zuchową i okazało się, że nie ma sensu wracać do domu, bo zaraz będzie musiał znów po nią przychodzić.

Byłam harcerką długie lata. Wśród moich lektur z tego czasu nie przypominam sobie zbyt wielu książek, które opowiadałyby o tym, co się dzieje w harcerstwie, w sposób ciekawy i bliski prawdzie. Chyba tylko „Czarne Stopy” Seweryny Szmaglewskiej (i ich kontynuacja) dawały się czytać bez bólu zębów i nie raziły sztucznością i dydaktyzmem.

Małgorzacie Karolinie Piekarskiej udało się pokazać drużyną harcerska przede wszystkim jako grupę rówieśników spędzających ciekawie czas razem. Bez ideologicznego zadęcia 😉 Bo tak naprawdę o tym, że ktoś zostaje harcerzem nie decyduje jego chęć do przestrzegania Prawa Harcerskiego, ale to czy trafi na fajną drużynę, w której się odnajdzie. A o tym, jaka jest drużyna decyduje to, jaki jest jej drużynowy, a nie to np. do której z organizacji harcerskich należy.

Kuba nie chciał przeprowadzać się na Saską Kępę, do harcerstwa trafił przypadkiem, ale to dzięki harcerstwu przeżył na Saskiej Kępie fajne przygody, rozwiązał razem z poznanymi tu kolegami zagadkę z przeszłości i… zakochał się po raz pierwszy naprawdę 😉

Umieszczenie akcji moich powieści w Warszawie na Saskiej Kępie jest nieprzypadkowe – napisała także autorka tej książki. Zrobiłam to nie tylko dlatego, że tam mieszkam. Chciałam, by moi czytelnicy odnajdowali na kartach książki siebie. Odnajdą więc tam siebie nastolatkowi z dużych miast, a także ci, którzy zamieszkują większość obszaru Polski, czyli małe miasteczka. Osadzenie akcji książek w Warszawie daje pisarzowi wiele możliwości. Tu wszystko może się zdarzyć.

W Warszawie można zaszyć się jak w lesie i pozostać anonimowym, a można też wystawić się jak na świeczniku i dać się poznać wszystkim. Stąd jest krok do wielkiego świata pełnego kin, teatrów i klubów z gwiazdami filmowymi czy telewizyjnymi, a także krok do zupełnej głuszy, bo przecież znaczną część miasta stanowią parki i lasy, choć w Śródmieściu tego nie widać.
Warszawa kusi, by być niemą bohaterką kryminałów, a także powieści przygodowych. A ja lubię, gdy moje rodzinne miasto wodzi mnie na pokuszenie.

Bohaterów „Tropicieli” można spotkać ponownie w książce „Dzika”, choć tym razem głównym bohaterem jest Rafał, przyjaciel Kuby. Poza tym znów jest Saska Kępa i tajemnica do rozwikłania, i pierwsza miłość…

Przygotowałam w tym roku listę lektur dodatkowych dla klasy Najmłodszej z moich córek. Wybierałam według klucza: współczesne, interesujące dla szóstoklasistów i dobrze napisane czyli takie, za których wartość ręczę głową 😉 Znaleźli się na niej nie tylko „Tropiciele” i „Dzika”, ale też wcześniejsza saskokępska książka tej samej autorki: „Klasa Pani Czajki”.

Małgorzata Karolina Piekarska „Tropiciele”, ilustr.: Robert Trojanowski, wyd.: Nowy Świat, Warszawa 2006

Małgorzata Karolina Piekarska „Tropiciele”, ilustr.: Agnieszka Świątek, wyd.: Nasza Księgarnia, Warszawa 2016

Małgorzata Karolina Piekarska „Dzika”, ilustr.: Robert Trojanowski, wyd.: Nowy Świat, Warszawa 2007

Małgorzata Karolina Piekarska „Dzika”, ilustr.: Agnieszka Świątek, wyd.: Nasza Księgarnia, Warszawa 2017

Wszystko, tylko nie mięta; Diupa

Wszystko, tylko nie mięta; Diupa

czyli pierwsze dwa tomy cyklu książek Ewy Nowak, o których pisałam 16 maja 2007 roku. Od tego czasu cykl rozrósł się do 17 części (nie jestem pewna czy dobrze liczę ?), a obecnie wydawany jest przez wydawnictwo „Prószyński i spółka”. Zyskał też wspólną nazwę „serii miętowej” 🙂 Jedna z jego części – „Bardzo biała wrona” została Książką Roku IBBY w 2009 roku.

Po lekturze tych dwóch książek (a czytałam je, kiedy ukazały się po raz pierwszy nakładem wydawnictwa o uroczej nazwie „Pracownia Słów”) wpadłam w zachwyt. Miałam ogromną nadzieję, że staną się one niejako następcami „Jeżycjady” Małgorzaty Musierowicz (która zresztą pojawia się tam często jako ulubiona lektura bohaterek) w kategorii: współczesne, dobrze obsadzone w realiach i dowcipne książki dla nastolatków. Niestety następne tomy już takiego jednoznacznego zachwytu nie wzbudzały 😦 ale zdania o nich są wśród osób, które o to pytałam , podzielone i każda znajduje u kogoś uznanie. Książki należące do tego cyklu łączy to, że ich bohaterami są warszawscy licealiści (najczęściej zamieszkali po prawej stronie Wisły), a kolejne tomy opisują problemy osób, które w poprzednich pojawiały się gdzieś w tle (natomiast bohaterowie poprzednich przemykają się mniej lub bardziej dyskretnie gdzieś w następnych częściach;-)

Swoją drogą – przydałaby się jakaś wspólna dla tych książek nazwa. Coś jak „Jeżycjada”. Coś – co w świadomości społecznej łączyłoby je w całość (oprócz szaty graficznej). Przydałoby się to tym bardziej, że Ewa Nowak pisuje również książki adresowane do nieco młodszych czytelników, nie związane z tym cyklem.

Zbiorowym bohaterem „Wszystko, tylko nie mięta” i „Diupy” są rodziny Gwidoszów (w pierwszej) i Rybackich (w drugiej z tych książek). Rodziny fantastyczne, z gatunku takich, jakie każdy chciałby mieć na własność, albo przynajmniej przyjaźnić się z nimi. Rodziców z obu tych domów łączy przyjaźń jeszcze z lat studenckich, poza tym mieszkają po sąsiedzku na Bródnie. Obie rodziny mają po dwoje dzieci w liceum, po jednej arcysympatycznej Babci i po jednym fantastycznym kilkulatku (choć u Rybackich jest to siostrzeniec). Jest w tych domach mnóstwo miłości – zarówno między rodzicami (mimo blisko dwudziestoletniego stażu małżeńskiego), jak i rodziców do dzieci (i wzajemnie), a także (o co najtrudniej) między dziećmi.

W tych domach rozmowy nie ograniczają się do zdawkowych pytań o szkołę i oceny. Tematów nie brakuje, rodzice na ogół wyczuwają, kiedy dzieci mają jakieś problemy i potrafią znaleźć sposób, żeby o nich pogadać. Gwidoszowie lubują się w humorze absurdalnym, ale nie przeszkadza im to w przekazywaniu rzeczy naprawdę ważnych. Jest tam mój ukochany dialog ojca z synem o miłości: – Wal synu, co ci leży na wątrobie, zanim nam zamkną sklepy.  Czy ty kochasz mamę ? – Jezu przenajświętszy, a jakże inaczej bym z nią wytrzymał ? – wzniósł ręce do nieba ojciec. Czy można prościej wytłumaczyć, na czym polega miłość ?

Niedawno zdarzyło mi się obejrzeć w telewizji wywiad z Małgorzatą Niezabitowską. Na pytanie, czy kocha się za coś, czy pomimo czegoś, odpowiedziała, że ona kocha po prostu – ani za, ani pomimo. Rodziny w tych książkach też kochają się po prostu. W następnych tomach już takich fajnych rodzin nie spotykamy, a w ostatnim (edit: który wówczas czytałam) – „Kiedyś na pewno” mamy do czynienia z sytuacją odwrotną czyli rodziną w rozsypce, w której rodzice, zajęci międzynarodową karierą, w ogóle nie interesują się swoimi córkami. Czyżby autorka uznała, że tamte domy były zbyt idealne, a przez to nierealne ?

Jest jeszcze coś, co łączy wszystkie książki tego cyklu – we wszystkich znajdujemy nawiązania do poezji Jacka Kaczmarskiego, z którym (jak mogę przypuszczać) łączyła autorkę bliska znajomość, może przyjaźń.„Wszystko, tylko nie mięta” jest mu nawet dedykowana – z podziękowaniami. Ja osobistą znajomością pochwalić się nie mogę, ale piosenki Jacka Kaczmarskiego towarzyszyły mi i moim przyjaciołom od czasów licealnych, kształtowały nasze widzenie świata, uczyły historii.

Kaczmarski wielkim poetą był 😉 Coraz częściej przekonuję się, że nie ma takiej sytuacji, zjawiska czy wydarzenia, których nie dałoby się skomentować Kaczmarskim. Największą krzywdą, jaką można by wyrządzić jego poezji, byłoby wstawienie go do kanonu lektur i przerabianie w szkole. Ewa Nowak przemyca fragmenty jego piosenek do swoich książek, co sympatyczniejsi z ich bohaterów (zarówno z pokolenia rodziców, jak i obecnych nastolatków) okazują się być jego wielbicielami, a Jacek Kaczmarski pojawia się osobiście w „Krzywym 10” – bohaterowie tej książki udają się na jego koncert.

„A ty siej, a nuż coś wyrośnie”  – śpiewał. Ewa Nowak sieje i mam nadzieję, że na jej książkach wyrośnie kolejne pokolenie wsłuchane w jego piosenki i odnajdujące w nich coraz aktualniejsze treści.

Ewa Nowak „Wszystko, tylko nie mięta”, wyd. Egmont, Warszawa 2005 (I wyd.: Pracownia Słów, Warszawa 2002)

Ewa Nowak „Diupa”, wyd. Egmont, Warszawa 2005 (I wyd.: Pracownia Słów, Warszawa 2002)

Ewa Nowak „Kiedyś na pewno”, wyd. Egmont, Warszawa 2007

110 ulic i 220 linii

110 ulic i 220 linii

czyli dwie pierwsze książki Małgorzaty Gutowskiej – Adamczyk, które stanęły na półkach Małego Pokoju 23 maja 2008 roku:

Jolanta i Krzysztof Wierzbiccy mogli czuć się ludźmi sukcesu – prestiżowe stanowiska, wysokie zarobki, mieszkanie w ekskluzywnym apartamentowcu, nowiutkie Volwo, pani do pomocy w domu…

Ich synowie – licealista Michał i piątoklasista Mikołaj przyzwyczajeni byli do życia na wysokim poziomie – markowe stroje i sprzęt sportowy, płyty, wakacje w Portugalii, obóz językowy w Londynie…

Wszystko to kończy się z dnia na dzień, kiedy okazuje się, że Ojciec od kilku miesięcy ukrywa przed rodziną, że stracił pracę w międzynarodowej korporacji i nie może znaleźć innej. Jedynym wyjściem jest wyjazd z Warszawy i wzięcie w ajencję stacji benzynowej koło Grajewa. Dla Michała to niemal koniec świata. Zresztą przyznajcie się bez bicia – kto wie gdzie leży Grajewo ? No własnie 🙂 Chłopak nie wyobraża sobie życia tam i wstydzi się przyznać kolegom do takiej degradacji rodziny. Mówi więc, że wyjeżdżają do Finlandii…

„110 ulic” (podobnie jak „220 linii”, które dzieje się już po powrocie całej rodziny do Warszawy i dawnego życia) to trochę powieść inicjacyjna. Michał (w pierwszej z nich) i Mikołaj (w drugiej) dojrzewają gwałtownie w zetknięciu z prawdziwym życiem, z którym wcześniej mieli niewielki kontakt. Wyjazd do Grajewa stawia całą rodzinę wobec zupełnie nowych warunków i wyzwań oraz powoduje, ze zaczynają siebie nawzajem postrzegać zupełnie inaczej niż przedtem.

„220 linii” można też określić jako powieść drogi, bo dojrzewanie Mikolaja odbywa się m.in. przez pozornie bezcelowe jeżdżenie autobusami i zaliczanie kolejnych pętli. Chłopak eksploruje miasto, które oglądał dotychczas zza szyb samochodów rodziców. Ta książka osadzona jest mocno w realich warszawskich (nie znam Grajewa, więc trudno mi to ocenić w przypadku „110 ulic”) – do niedawna mogła wręcz służyć z przewodnik po liniach autobusowych, teraz juz się nieco zdezaktualizowała.

Podoba mi się sposób, w jaki Małgorzata Gutowska – Adamczyk opisuje rodzinę Wierzbickich. Podoba mi się nie tylko dlatego, że pokazuje męski świat, którego nie mam na co dzień. Wierzbickim daleko do ideałów – szczególnie Michał może być przez osoby postronne postrzegany jako klęska wychowawcza rodziców. Bracia kłócą się ze sobą, mają bałagan w pokojach (to akurat znam dobrze z autopsji 😉 ), a ich mama też niespecjalnie przepada za zajęciami domowymi. Nie jest to dom w którym wszyscy mówią „Kocham Cię”. Sytuacja musi otrzeć się niemal o ostateczność, żeby ojciec usłyszał takie wyznanie z ust syna. Jednak dom Wierzbickich to dom, w którym się ze sobą rozmawia naprawdę, a nie tylko wydaje dzieciom polecenia i odbiera komunikaty o ich realizacji. Rodzice od czasu do czasu wznoszą okrzyki typu: Nie, ja biorę od was urlop !, czasem być może dają swoim synom zbyt wiele swobody, ale wtedy, kiedy trzeba, potrafią stanąć za nimi murem.

Michał i Mikołaj nie mają młodszego rodzeństwa, więc zastanawiam się, czy czytelnicy mogą liczyć na ciąg dalszy tego cyklu. A jeśli tak, to jaki tytuł będzie mieć ewentualna trzecia część ? 330… czego ? Ot, ciekawostka… 😉

Małgorzata Gutowska – Adamczyk „110 ulic”, wyd.: Nasza Księgarnia, Warszawa 2007 (I wyd.: Akapit Press, Łódź 2002, kolejne: Nasza Księgarnia, Warszawa 2016)

Małgorzata Gutowska – Adamczyk „220 linii”, wyd.: Egmont, Warszawa 2006 (kolejne wydanie: Nasza Księgarnia, Warszawa 2016)

Wojna na Pięknym Brzegu

Wojna na Pięknym Brzegu

Wpis sprzed dokładnie 5 lat – z 31 sierpnia 2014 roku:

Za nami kolejny 1 sierpnia i kolejna niezwykła chwila, kiedy Warszawa stanęła w ciszy i zadumie wspominając wydarzenia sprzed 70 lat. Znów też, jak co roku odżywają dyskusje o sensie tamtej walki…

Z jednej strony powinny one cieszyć, bo świadczą o tym, że temat jest ciągle żywy, a wiec PAMIĘTAMY. Z drugiej jednak – zdarza mi się słyszeć przy tej okazji słowa o nieodpowiedzialności powstańców, którym zachciało się bawić w wojnę w mieście pełnym ludności cywilnej i o tym, że to właśnie oni winni są zagładzie miasta i śmierci tysięcy cywili. Osobom głoszącym te opinie wydaje się chyba, że gdyby generał Bór – Komorowski nie wydał decyzji o wybuchu Powstania, to mielibyśmy teraz Warszawę taką jak przed wojną, z jej przedwojennymi mieszkańcami w komplecie. Nie pamiętają o tym, że większość wojennych zniszczeń miasta pochodziło z planowych podpaleń i wyburzeń po likwidacji getta i po upadku Powstania Warszawskiego, a ludności cywilnej też nie mordowali powstańcy…

Można dyskutować o Powstaniu, ale nie można przy tym zachowywać się tak, jakby wojna rozpoczęła się w lipcu 1944 roku. Wtedy nie tylko w Warszawie, ale w całej Polsce nikt się w wojnę nie bawił. Od pięciu lat była ona koszmarną rzeczywistością, przed która nie było ucieczki. Wojna była na serio, codziennie i nikt – niezależnie od wieku, miejsca zamieszkania, zawodu czy stanu majątkowego nie mógł mieć pewności, że potrafi się przed nią uchronić.

Można dyskutować o Powstaniu, ale trzeba przy tym rozumieć, że jego uczestnicy zachowywali się i myśleli inaczej niż my teraz, bo na nasze myślenie ogromny wpływ wywarło właśnie doświadczenie II wojny światowej, klęski Powstania Warszawskiego oraz kilku dekad PRL-u.

Oni byli pierwszym pokoleniem wychowanym w wolnej Polsce, a ich rodzice i wychowawcy – sami urodzeni w niewoli, okuci w powiciu nauczyli ich dumy z tej wolności. Ich ojcowie walczyli o nią na różnych frontach I wojny światowej i potem na przedpolach Warszawy w 1920 roku. Synkowie moi, poszedłem w bój, jako wasz dziadek, a ojciec mój, jak ojca ojciec i ojca dziad, co z Legionami przemierzył świat szukając drogi przez krew i blizny do naszej wolnej Ojczyzny! – pisał w 1914 roku Jerzy Żuławski. On sam nie dożył niepodległości, a jego syn Wawrzyniec walczył potem w Powstaniu Warszawskim. Walka o wolność była dla nich czymś oczywistym, niemal odruchowym.

Wychowano ich na trylogii Sienkiewicza i nieprzypadkowo najczęstszymi wojennymi pseudonimami były te, pochodzące od jej bohaterów. Żeby ich zrozumieć, trzeba chcieć ich wysłuchać…

Mam na imię Krysia. Po wakacjach idę już do czwartej klasy. Jutro jest pierwszy września 1939 roku – piątek, więc lekcje zaczynają się dopiero czwartego – w poniedziałek. *

Dziś mija dokładnie 75 lat od chwili, w której rozpoczyna się opowieść Krysi. Jutro wybuchła wojna…

Książka, którą trzymasz w ręku, opowiada właśnie o wojnie, o Warszawie, o ludziach, którzy w tamtych czasach żyli i walczyli.

Historia, którą przeczytasz, wydarzyła się naprawdę. Opowiadała mi ją moja mama, która uczestniczyła w tych zdarzeniach razem ze swoją rodziną, przyjaciółmi, koleżankami i sąsiadami.

Wojna, poza wieloma tragicznymi zdarzeniami, składa się także ze zwykłych, codziennych spraw. Dni były wypełnione zajęciami, jakie znacie ze swojego codziennego życia. Dzieci chodziły do szkoły, bawiły się, żartowały. W tamtych czasach – tak jak dzisiaj – byli ludzie poważni i smutni, byli także weseli i patrzący na świat z nadzieją i optymizmem. A dzieci, jak to dzieci – wiele z nich lubiło się śmiać, a niektórym czasami wpadały do głowy zwariowane pomysły…

„Wojna na Pięknym Brzegu” jest kolejną książką wydaną w serii „Wojny dorosłych – historie dzieci”, która ma niebagatelne znaczenie, bo pomaga dzieciom żyjącym w drugiej dekadzie XXI wieku zrozumieć ich rówieśników, którzy żyli w pierwszej połowie wieku XX.

Andrzej Marek Grabowski „Wojna na Pięknym Brzegu” (seria: Wojny dorosłych – historie dzieci), ilustr.: Joanna Rusinek, wyd.: Literatura, Łódź 2014

Edit: *** – nie odmówię sobie jednak okazji do pohistorykowania i wspomnę, że już 26 sierpnia Ministerstwo Wyznań Religijnych i Oświecenia Publicznego ogłosiło odroczenie rozpoczęcia roku szkolnego na czas ograniczony, zależny od rozwoju wypadków politycznych, więc i Krysia zapewne wiedziała, że w poniedziałek do szkoły nie pójdzie i nigdzie w Polsce, wbrew temu, co czasem można usłyszeć, 1 września dzieci się rozpoczęcia roku nie szykowały.