Wojna, która ocaliła mi życie; Wojna, którą w końcu wygrałam

Wojna, która ocaliła mi życie; Wojna, którą w końcu wygrałam

Pierwszą z tych książek czytałam w zeszłym roku, a pisałam o niej 1 lipca 2018 roku. Druga ukazała się niedawno i sięgnęłam po nią z dużym zainteresowaniem i nadziejami 🙂

Historia, która opowiadam, rozpoczyna się przed czterema laty, w pierwszych dniach lata 1939 roku. Anglia stała wtedy u progu kolejnej Wielkiej Wojny, tej, która nadal się toczy. Większość ludzi się bała. Ja miałam dziesięć lat (chociaż wtedy o tym nie wiedziałam) i mimo że słyszałam o Hitlerze – fragmenty rozmów i przekleństwa, które dolatywały z uliczki do mojego okna na trzecim piętrze – wcale nie przejmowałam się ani nim, ani żadną wojną między narodami.

1 września, jeszcze przed przystąpieniem Wielkiej Brytanii do wojny, w obawie przed niemieckim nalotami rozpoczęto ewakuację dzieci z Londynu na wieś. O tym, że mógł to być początek niezwykłych przygód, wiemy już z „Opowieści z Narnii”, ale ta historia jest inna…

Jedyni ludzie, których Ada dotychczas znała to matka i młodszy braciszek, jedyny świat – jednopokojowe mieszkanie i widok z okna, a jedyny dotyk – bicie. Gdyby nie podjęła ryzyka ucieczki od brutalnej matki, która w taki sposób odreagowywała wstyd związany z posiadaniem kalekiego dziecka, byłoby tak nadal.

„Wojna, która ocaliła mi życie” – tytuł paradoksalny ale prawdziwy. Wojna kojarzy się ze śmiercią i tragediami, ale dla Ady i Jamiego stała się szansą.

Ich droga do innego świata nie prowadziła przez szafę, ale przez czerwone drzwi domu panny Susan, a to co ich potem spotkało nie miało nic wspólnego z magią. Choć może to właśnie była magia ? Gdzieś w tle działa się wojna, która początkowo zupełnie ich nie dotyczyła, a między rodzeństwem z Londynu i samotną, pogrążoną w żałobie kobietą, która przecież wcale nie chciała ich przyjąć do siebie, rodziła się więź silniejsza niż ta, która wynika z pokrewieństwa.

„Wojna, która ocaliła mi życie” to zaskakująco piękna, prosta opowieść o odkrywaniu własnej wartości, o miłości, która rodzi się z zaufania i o rodzinie, którą buduje miłość.

Kimberley Brubaker Bradley „Wojna, która ocaliła mi życie”, przekł.: Marta Bręgiel – Pant, wyd.: Wydawnictwo Entliczek, Warszawa 2017

Wkrótce po wydarzeniach, które kończyły pierwszy tom, w życiu Ady zmienia się wszystko. Dziewczynka trafia do szpitala na operację szpotawej stopy, a wkrótce potem przychodzi wiadomość o tym, że ich matka zginęła w wyniku bombardowania. W krótkim czasie kończą się dwa największe koszmary jej życia – kalectwo i obawa przed tym, że razem z bratem będą musieli opuścić Susan i wrócić do domu, do Londynu.

W tej książce są dwie wojny – pierwszą jest ta, która toczy się dookoła nich, ale jej obraz, jaki poznają czytelnicy jest mocno ograniczony. Z perspektywy dzieci przebywających na angielskiej prowincji widzimy w miarę normalne (jak na naszą polską wiedzę o tych czasach) codzienne życie, w którym wojna oznacza jedynie: zaciemnienie, zagrożenie nalotami, ograniczenia w dostępności jedzenia, a najtrudniejszym doświadczeniem, które przynosi, jest strach o tych spośród najbliższych, którzy służą w wojsku. O tym ostatnim tak opowiadała Adzie Maggie:

Od drogi prowadzącej do szkoły ciągnie się taki długi podjazd, który widać z okien każdej klasy. Za każdym razem, gdy chłopak rozwożący telegramy skręca w ten podjazd, aż do chwili, gdy dociera do drzwi, wszystkie go obserwujemy. Stoimy w oknach, wstrzymując oddech w nadziei, że wiadomość, którą wiezie, nie jest dla nas.(…) Przyglądamy się, jak chłopak pedałuje wzdłuż podjazdu, a potem dyrektorka wywołuje kogoś z klasy i wszyscy wiemy, co się stało. I cieszymy się, że to nie nas zawołano. Czujemy nie tyle smutek, co ulgę. To straszne.

Ada niewiele wie o tym, co dzieje się na kontynencie. Nowe spojrzenie na wojnę pojawia się w życiu bohaterów wraz z Ruth – żydowską uciekinierką z Niemiec, którą Susan przygotowuje do egzaminów na studia. Ten wątek poszerza jej nieco obraz sytuacji, ale pozostawia wrażenie, jakby jedynymi ofiarami Hitlera na kontynencie byli Żydzi w Niemczech i nie tylko tam. Nawet kiedy Jonatan wspomina swojego kolegę – lotnika z Polski, robi to dlatego, że jest on Żydem i także niepokoi się o pozostawioną w Łodzi rodzinę. W tym wątku zadziwiająca dla mnie jest reakcja lady Thorton na obecność w jej domu i posiadłości pochodzącej z Niemiec dziewczyny, którą przecież umieścił tam jej mąż. Trudno mi uwierzyć w to, że tak długo nie mogła zrozumieć tego, że Ruth jest uciekinierką i ofiarą wojny – przecież jej wiedza o świecie była zdecydowanie szersza niż ta, którą dysponowała Ada. Zaczęłam raczej podejrzewać, że był w tym podskórny, niezwerbalizowany antysemityzm i że to o żydowskie pochodzenie dziewczyny chodziło, a nie o to, skąd przyjechała.

Wojna (od pewnego momentu) światowa pozostaje jednak w tle całej opowiadanej przez autorkę historii. Dużo ważniejsza jest w niej prywatna wojna Ady z całym światem o to, żeby żyć i funkcjonować normalnie i nadrobić to wszystko, co straciła przez nieudolną i przemocową matkę. Dziewczynka powoli uczy się normalności, zaufania i miłości, a także odwagi w życiowych wyborach.

„Wojna, którą w końcu wygrałam” to książka, która, mimo dekoracji i kostiumów z czasu wojny, prezentuje bardzo współczesne spojrzenie na świat. Widać to szczególnie w postaci Susan, której związek z nieżyjącą już Becky oraz to, dlaczego żyje ona w odrzuceniu przez rodzinę, pozostaje do końca w sferze niedomówień. Warto pamiętać o tym, że wszystko to dzieje się w czasie, kiedy związki homoseksualne mężczyzn były w Wielkiej Brytanii karane więzieniem. O kobiecych prawo nie wspominało, co jednak nie oznacza, że były powszechnie akceptowane. Jej stosunek do przybranych dzieci i metody wychowawcze są także zdecydowanie odległe od tego, jak wówczas traktowano i wychowywano dzieci w Wielkiej Brytanii. Jednak to właśnie dzięki jej miłości i zrozumieniu Ada wygrała swoją wojnę o normalne życie.

P.S. Trochę szkoda, że w polskim wydaniu tej książki nie znalazł się choć krótki przypis dopowiadający czytelnikom informacje o roli polskich lotników w bitwie o Anglię oraz roli naszych kryptologów w złamaniu kodów Enigmy.

Kimberley Brubaker Bradley „Wojna, którą w końcu wygrałam”, przekł.: Marta Bręgiel – Pant, wyd.: Wydawnictwo Entliczek, Warszawa 2019

Wojtek z Armii Andersa

Wojtek z Armii Andersa

17 września 1939 roku to data, której długo nie można było w Polsce wspominać i która do dziś nie znalazła odbicia w naszej literaturze adresowanej do młodych czytelników. Losy Polaków pod okupacją sowiecką pomału się do niej przedostają, ale jest to bardzo pomału. Poniekąd opisują to dwie książki Doroty Combrzyńskiej – Nogali: „Wysiedleni” i „Syberyjskie przygody Chmurki” , jednak w obu z nich nad pierwszymi dwoma latami wojny autorka się prześlizguje. Nadal jedynym literackim opisem 17 września 1939 roku na wschodnich terenach Rzeczpospolitej pozostaje to, co napisała w swojej, wydanej w 1957 roku książce „Dziewczęta szukają drogi” Elżbieta Jackiewiczowa.

Jest także wydana staraniem IPN seria komiksów „Wojenna odyseja Antka Srebrnego”, której pierwszy tom dotyczy obrony Grodna przed Armią Czerwoną, ale nie miałam go jeszcze w ręku, więc trudno mi coś na jego temat powiedzieć.

Z braku innych okolicznościowych lektur przypomnę dziś adresowaną do starszych nastolatków (oraz dorosłych czytelników) książkę, które przy okazji historii misia Wojtka stara się opowiedzieć szerzej o polskich losach na nieludzkiej ziemi i po jej opuszczeniu. Pisałam o niej 27 marca 2009 roku. To była notabene pierwsza (oprócz wydanej w PRL książki Janusza Przymanowskiego 😉 ) publikacja o misiu Wojtku, potem dopiero nastąpiły kolejne.

W naszym rodzinnym archiwum jest zdjęcie sprzed wielu, wielu lat. Mała dziewczynka siedzi w wózeczku, a dookoła niej reszta rodziny – Mama, Tata i kilkuletni braciszek. Wszyscy z uśmiechem patrzą w obiektyw, chłopiec przytula do siebie misia. Ot – zwykła szczęśliwa rodzina. To zdjęcie nabiera szczególnego znaczenia, kiedy uświadomimy sobie, że zostało zrobione wiosną 1939 roku. Kilka miesięcy później wybuchła wojna.

Trzy lata później z trapu statku, który przepłynął Morze Kaspijskie, schodzili już tylko we dwoje – Mama z synkiem. Za sobą, na nieludzkiej ziemi zostawili grób siostrzyczki, która umarła w Kazachstanie. Niewidzianego od września 39 roku Tatę spotkali, kiedy dotarli do polskiego wojska, ale w ostatniej chwili przed ewakuacją aresztowało go NKWD. Przed nimi była Persja, potem Indie i Londyn. Do Polski nie wrócili nigdy.

Właśnie w Persji rozpoczyna się akcja książki Maryny Miklaszewskiej. Tytułowy Wojtek to niedźwiedź – maskotka 22 Kompanii Transportowej. Małego niedźwiadka – sierotę żołnierze kupili od perskiego chłopca i towarzyszył im w ich dalszej wojennej wędrówce. Pod Monte Cassino nosił pociski, a po wojnie dożył dni swoich w edynburskim ZOO.

Jest w tej książce jeszcze jeden Wojtek – mały chłopiec, jedno z wielu osieroconych, zagubionych polskich dzieci, które trafiały do powstających przy Armii sierocińców. Ich opiekunowie dokonywali cudów poświęcenia, aby jak najwięcej z tych błąkających się dzieci odnaleźć i uratować.

Wątek Wojtka, Jadzi i innych dzieci jest tym, który zrobił na mnie największe wrażenie – szczególnie moment, kiedy NKWD usiłuje powstrzymać ewakuację dzieci z wojskiem. Mają zostać w rosyjskim dietdomie. Opiekunowie decydują się na desperacki krok i organizują ucieczkę dzieci, które schowane w okolicach dworca, czekają na gwizdek – sygnał, że mają biec do pociągu. Prawie je widzę – dzieci biegnące do pociągu, słyszę rozpaczliwy krzyk ich opiekunki, która woła do żołnierzy: To dzieci, pomóżcie wejść naszym dzieciom ! Zostaną tu na zawsze, pomóżcie !

Scena bardzo filmowa, bo też zaczątkiem tej książki był projekt scenariusza, który nie wzbudził zainteresowania producentów filmowych. Szkoda, że taki film nie powstał, bo pokolenie moich córek jest kolejnym, które wychowuje się na „Czterech pancernych” i „Kapitanie Klossie”.

„Wojtek z Armii Andersa” to książka, która jest próbą nakreślenia panoramy polskich losów – od 1941 roku, kiedy w Związku Radzieckim generał Anders (sam prosto z celi na Łubiance) zaczyna tworzyć Armię Polską, przez Persję, Palestynę i Monte Cassino. Obok wielkiej polityki i postaci historycznych pojawiają się tam zwykli ludzie. Mężczyźni, kobiety i dzieci, bo taka była ta armia więźniów dowodzona przez więźnia, jak ją określił Gustaw Herling – Grudziński.

Autorka towarzyszy swoim bohaterom aż do zakończenia wojny i londyńskiej defilady zwycięstwa, w której zabrakło miejsca do Polaków. Czytając tę część miałam wrażenie, że trudno jej było znaleźć właściwy ton na opisanie ich losów, prób odnalezienia się w powojennym świecie oraz (a może przede wszystkim) ich uczuć. Uczuć, w których dominowała gorycz – gorycz Murzyna, który zrobił swoje i któremu można powiedzieć „Go home !” – nie zastanawiając się nad tym, czy gdzieś w ogóle jest ten dom, do którego może wrócić.

A gdy miną już dni walki, szturmów i krwi, Bratni Legion gdy wreszcie powróci, pójdzie wiara gromadą Alejami z paradą i piosenkę szturmową zanuci. Panien rój, kwiatów rój i sztandary, równy krok, śmiały wzrok, bruk aż drży. Alejami z paradą będziem szli defiladą w wolną Polskę, co wstała z naszej krwi. – śpiewali harcerze z batalionu „Parasol” w swojej „Piosence szturmowej”. Taka defilada nie była dana ani im, ani żołnierzom Polskich Sił Zbrojnych. W powojennym świecie, którego porządek ukształtowany został w Jałcie i Poczdamie, nie było dla nich miejsca. O żołnierzach Andersa i o nim samym przez wiele lat nie można było w Polsce pisać. Teraz – kiedy już można, prawie nikogo to nie interesuje…

Maryna Miklaszewska „Wojtek z Armii Andersa” , wyd.: Fronda, Warszawa 2007

Upadki

Upadki

Wpis z 4 lutego 2007 roku. Szkoda, że ta książka wtedy jakoś tak bez echa przeszła, przez lata nic nie straciła na aktualności, wręcz przeciwnie…

Anne Provoost napisała w posłowiu: Ludzie uważają, że chciałam napisać tę książkę w proteście przeciwko przemocy, rasizmowi i ekstremizmowi. Nie chciałam. Chciałam napisać o strachu, który pojawia się, gdy stajemy przed wyborem.

Mówi się, że każdy jest kowalem swojego losu. Czy naprawdę ? Jak wiele w naszym życiu zależy od nas samych ? Jak często o tym, co będzie, decyduje przypadkowy zbieg okoliczności ? Jak często okazuje się post factum, że tak naprawdę nie wiedzieliśmy, dokąd prowadzi droga, którą podążamy, a kiedy już się zorientowaliśmy, było za późno na zmiany ? Jak często zdarza się, że decyduje za nas strach ? Strach, który nie pozwala racjonalnie ocenić sytuacji, albo każe nam biernie poddawać się wydarzeniom.

To nie były pierwsze wakacje, które Lukas spędzał w domu swojego dziadka, jednak wszystko było inaczej niż zawsze. Dziadek umarł zimą, w miasteczku pojawiło się wielu imigrantów, a do klasztoru na wakacje przyjechała Caitlin, z którą bawił się jako dziecko. Tego lata Lukas przestał być dzieckiem i stanął wobec całkiem dorosłych problemów.

Może byłoby inaczej, gdyby Mama nie ukrywała przed nim prawdy o przeszłości jego dziadka… Gdyby jej ojciec nie ukrywał tego wcześniej przed nią… Gdyby Lukas nie ostrzygł włosów tak krótko… Gdyby Mama w porę zainteresowała się, jak i z kim spędza czas… Gdyby Siostra Beatrycze przyjęła od niego drewno… Gdyby Benoit… Gdyby Caitlin… Gdyby… Stało się jednak tak, jak się stało i nie da się cofnąć czasu. Człowiek jest odpowiedzialny za swoje czyny, a ich następstwa nie zawsze można przewidzieć. Ta odpowiedzialność nazywa się dorosłość.

Dorosłość nie przychodzi ot tak w dniu osiemnastych urodzin. Stajemy się dorośli wtedy, kiedy życie postawi przed nami dorosłe wyzwania, a my je podejmiemy i poniesiemy konsekwencje. Konsekwencje, które być może rzutować będą na całe życie – jak w przypadku Caitlin i Lukasa.

Ta książka pozostawia osad na duszy. Jest w niej coś, co nie pozwala o niej zapomnieć i zmusza do powracania myślami do opisanych tam wydarzeń. Zmusza także do zadawania sobie pytań o to, co by było gdyby… Warto się nad tym zastanowić, zanim naprawdę stanie się przed takimi wyborami.

Anne Provoost „Upadki”, przekł.: Jadwiga Jędryas, wyd.: Agencja Edytorska „Ezop”, Warszawa 2006

Wojna na Pięknym Brzegu

Wojna na Pięknym Brzegu

Wpis sprzed dokładnie 5 lat – z 31 sierpnia 2014 roku:

Za nami kolejny 1 sierpnia i kolejna niezwykła chwila, kiedy Warszawa stanęła w ciszy i zadumie wspominając wydarzenia sprzed 70 lat. Znów też, jak co roku odżywają dyskusje o sensie tamtej walki…

Z jednej strony powinny one cieszyć, bo świadczą o tym, że temat jest ciągle żywy, a wiec PAMIĘTAMY. Z drugiej jednak – zdarza mi się słyszeć przy tej okazji słowa o nieodpowiedzialności powstańców, którym zachciało się bawić w wojnę w mieście pełnym ludności cywilnej i o tym, że to właśnie oni winni są zagładzie miasta i śmierci tysięcy cywili. Osobom głoszącym te opinie wydaje się chyba, że gdyby generał Bór – Komorowski nie wydał decyzji o wybuchu Powstania, to mielibyśmy teraz Warszawę taką jak przed wojną, z jej przedwojennymi mieszkańcami w komplecie. Nie pamiętają o tym, że większość wojennych zniszczeń miasta pochodziło z planowych podpaleń i wyburzeń po likwidacji getta i po upadku Powstania Warszawskiego, a ludności cywilnej też nie mordowali powstańcy…

Można dyskutować o Powstaniu, ale nie można przy tym zachowywać się tak, jakby wojna rozpoczęła się w lipcu 1944 roku. Wtedy nie tylko w Warszawie, ale w całej Polsce nikt się w wojnę nie bawił. Od pięciu lat była ona koszmarną rzeczywistością, przed która nie było ucieczki. Wojna była na serio, codziennie i nikt – niezależnie od wieku, miejsca zamieszkania, zawodu czy stanu majątkowego nie mógł mieć pewności, że potrafi się przed nią uchronić.

Można dyskutować o Powstaniu, ale trzeba przy tym rozumieć, że jego uczestnicy zachowywali się i myśleli inaczej niż my teraz, bo na nasze myślenie ogromny wpływ wywarło właśnie doświadczenie II wojny światowej, klęski Powstania Warszawskiego oraz kilku dekad PRL-u.

Oni byli pierwszym pokoleniem wychowanym w wolnej Polsce, a ich rodzice i wychowawcy – sami urodzeni w niewoli, okuci w powiciu nauczyli ich dumy z tej wolności. Ich ojcowie walczyli o nią na różnych frontach I wojny światowej i potem na przedpolach Warszawy w 1920 roku. Synkowie moi, poszedłem w bój, jako wasz dziadek, a ojciec mój, jak ojca ojciec i ojca dziad, co z Legionami przemierzył świat szukając drogi przez krew i blizny do naszej wolnej Ojczyzny! – pisał w 1914 roku Jerzy Żuławski. On sam nie dożył niepodległości, a jego syn Wawrzyniec walczył potem w Powstaniu Warszawskim. Walka o wolność była dla nich czymś oczywistym, niemal odruchowym.

Wychowano ich na trylogii Sienkiewicza i nieprzypadkowo najczęstszymi wojennymi pseudonimami były te, pochodzące od jej bohaterów. Żeby ich zrozumieć, trzeba chcieć ich wysłuchać…

Mam na imię Krysia. Po wakacjach idę już do czwartej klasy. Jutro jest pierwszy września 1939 roku – piątek, więc lekcje zaczynają się dopiero czwartego – w poniedziałek. *

Dziś mija dokładnie 75 lat od chwili, w której rozpoczyna się opowieść Krysi. Jutro wybuchła wojna…

Książka, którą trzymasz w ręku, opowiada właśnie o wojnie, o Warszawie, o ludziach, którzy w tamtych czasach żyli i walczyli.

Historia, którą przeczytasz, wydarzyła się naprawdę. Opowiadała mi ją moja mama, która uczestniczyła w tych zdarzeniach razem ze swoją rodziną, przyjaciółmi, koleżankami i sąsiadami.

Wojna, poza wieloma tragicznymi zdarzeniami, składa się także ze zwykłych, codziennych spraw. Dni były wypełnione zajęciami, jakie znacie ze swojego codziennego życia. Dzieci chodziły do szkoły, bawiły się, żartowały. W tamtych czasach – tak jak dzisiaj – byli ludzie poważni i smutni, byli także weseli i patrzący na świat z nadzieją i optymizmem. A dzieci, jak to dzieci – wiele z nich lubiło się śmiać, a niektórym czasami wpadały do głowy zwariowane pomysły…

„Wojna na Pięknym Brzegu” jest kolejną książką wydaną w serii „Wojny dorosłych – historie dzieci”, która ma niebagatelne znaczenie, bo pomaga dzieciom żyjącym w drugiej dekadzie XXI wieku zrozumieć ich rówieśników, którzy żyli w pierwszej połowie wieku XX.

Andrzej Marek Grabowski „Wojna na Pięknym Brzegu” (seria: Wojny dorosłych – historie dzieci), ilustr.: Joanna Rusinek, wyd.: Literatura, Łódź 2014

Edit: *** – nie odmówię sobie jednak okazji do pohistorykowania i wspomnę, że już 26 sierpnia Ministerstwo Wyznań Religijnych i Oświecenia Publicznego ogłosiło odroczenie rozpoczęcia roku szkolnego na czas ograniczony, zależny od rozwoju wypadków politycznych, więc i Krysia zapewne wiedziała, że w poniedziałek do szkoły nie pójdzie i nigdzie w Polsce, wbrew temu, co czasem można usłyszeć, 1 września dzieci się rozpoczęcia roku nie szykowały.

Projekt Breslau

Projekt Breslau

Kiedy zaczynałam pisać o książkach w Małym Pokoju z Książkami, ten blog miał podtytuł: książki, które lubią moje córki. Minęło kilkanaście lat i nawet Najmłodsza z nich wyrosła już z tego rodzaju literatury, więc ten podtytuł się zdezaktualizował. Jednak cały czas starałam się pisać o książkach, które mi się podobały. Na inne szkoda mi było czasu. Bywa jednak tak, że jakaś książka rozczaruje mnie, mimo że jej temat wydawał mi się bardzo obiecujący i wtedy po prostu szkoda mi go. Tak jest właśnie w tym przypadku 😦

A ! I uprzedzam, że recenzja zawiera spoiler, bo poprzednio Autorka miała do mnie żal, że ujawniłam zakończenie i nie uprzedziłam o tym wcześniej. Więc uprzedzam, choć moim zdaniem jest ono tak przewidywalne, że raczej nikogo nie zaskoczy.

Wpis z 16 lutego 2017 roku:

Szóstka gimnazjalistów z Wrocławia odkrywa w swojej szkole nieużywany przedsionek. Znajdują tam stary kufer oraz zeszyt zapisany po niemiecku – pamiętnik ich rówieśnika sprzed lat Hugona Harnischa. Okazuje się, że Hugo chodził kiedyś do szkoły, która mieściła się w tym samym budynku, co ich gimnazjum, a kufer… Kufer jest mocno tajemniczy, nie daje się otworzyć, a od czasu do czasu… przenosi kogoś w przeszłość.

To mogła być bardzo dobra książka…

„Projekt Breslau” przełamuje swoistą nie-pamięć, którą przez ostatnie 70 lat otoczona była przeszłość Wrocławia. Pamiętam książki z akcją w tym mieście (np. Stanisławy Platówny) ale zawsze to było „tu i teraz”. Nawet w „Zawsze jakieś jutro” Wieczerskiej, gdzie mamy koniec lat czterdziestych i ruiny, brakuje odwołań do całkiem wtedy niedalekiej przeszłości. W literaturze dla dorosłych tę nie-pamięć przełamał jako pierwszy chyba Marek Krajewski cyklem o komisarzu Mocku.

Wrocław jest fascynujący właśnie ze względu na swoją historię. To miasto stanowi niezwykłą mieszankę tradycji – tego co pozostało z czasów niemieckich z tym, co przynieśli ze sobą jego nowi powojenni mieszkańcy oraz tego, co sami stworzyli, bo przecież wyrosło już kilka pokoleń, dla których to Wrocław a nie Breslau jest małą ojczyzną, innej nie znają. Przykładem tego przenikania jest na przykład pomnik Aleksandra Fredry, przywieziony ze Lwowa i stojący na rynku w miejscu, gdzie kiedyś był pomnik króla Prus Fryderyka Wilhelma III. Albo obecna prawosławna katedra Narodzenia Przenajświętszej Bogurodzicy, zbudowana jako katolicki kościół św. Barbary, która potem przez kilka wieków była ewangelickim kościołem garnizonowym

To mogła być bardzo dobra książka…

Niestety jest jednowymiarowa, bo sięgając do przeszłości pokazuje jedynie jej część niemiecką. Opowieść Hugona dotyczy czasów, kiedy do Wrocławia przybywali już pierwsi nowi mieszkańcy, ale w jego pamiętniku mamy niemal wyłącznie wyprawy w przeszłość. Odniesień do ówczesnej codzienności jest niewiele – gruzy, głód, konieczność wyprzedawania rzeczy i niepewność co do dalszego losu.

Współcześni gimnazjaliści, tak przejęci odkrywaniem przeszłości, ani przez chwilę nie zadają sobie pytania, skąd we Wrocławiu wzięły się ich rodziny i gdzie wcześniej były domy ich przodków ? Kiedy zjawili się we Wrocławiu i co wtedy tam zastali ? Aż prosi się o wplecenie w akcję opowieści rówieśnika Hugona o tym, jak po tygodniach podróży wagonem towarowym wysiedli w obcym, zrujnowanym mieście, a tam, gdzie nie było ruin, wszystko wyglądało inaczej niż w Lwowie, Stanisławowie czy Buczaczu.

To mogła być bardzo dobra książka…

I byłaby, gdyby autorce udało się tchnąć w opisywaną historię trochę życia i emocji, gdyby wszystko, co opisane, nie było takie jakieś… papierowe 😦

Mamy szóstkę bohaterów, ale wcale ich nie poznajemy. Maks gra na gitarze, Olga interesuje się ciuchami i nie lubi czytać książek, a Ada i Adam to bliźnięta – ona jest lepiej zorganizowana i trochę pilnuje roztrzepanego brata. Leon kocha się w Natalii, która jest narratorką tej książki, ale nawet o niej nie dowiadujemy się zbyt wiele, poza tym, że czyta książki (a czasem streszcza Oldze lektury) i że po jakimś czasie zaczęła odwzajemniać uczucie Leona. To wszystko.

Bohaterowie przeżywają rzeczy naprawdę niesamowite, a przyjmują je tak, jakby chodziło o obejrzenie filmu na youtubie. Naturalną reakcją młodzieży na opowieść kolegi o tym, że właśnie odbył wycieczkę do przeszłości, będzie raczej niedowierzanie, i propozycja, żeby zmienił dilera 😉 tymczasem oni uwierzyli Leonowi niemal od razu, bez zastrzeżeń. O samym kufrze też w zasadzie nic nie wiemy – na przykład skąd się wziął tam, gdzie go znaleźli po wielu latach funkcjonowania w tym budynku szkoły i dlaczego dopiero im się taka przygoda przytrafiła ?

Potem wszyscy kolejno przenoszą się w czasie, a po powrocie (poza tym że mają coś w rodzaju jet lag) zachowują się tak, jakby nie zdarzyło się nic szczególnego. Jedynie Natalia, której kufer zafundował przeżycie nalotu i doświadczenie pobytu w zasypanej piwnicy, z większym trudem powraca do rzeczywistości XXI wieku. Nawet (i to jest właśnie ten spoiler) niespodziewane pojawienie się w przedsionku szkoły Hugona Harmischa we własnej osobie nie robi na nich większego wrażenia. Mimo że musi być to człowiek wiekowy (na pewno po osiemdziesiątce) rozmawiają z nim tak, jak z widywanym codziennie sąsiadem. Spotykają się, dowiadują o jego losach, razem odbywają jeszcze jedną wycieczkę w przeszłość, żegnają się i już. Żadnych emocji, żadnych głębszych refleksji, ot tak, po prostu.

To mogła być bardzo dobra książka, a nie jest. Szkoda…

Magdalena Zarębska „Projekt Breslau”, wyd.: BIS, Warszawa 2016

Widziałem pięknego dzięcioła

Widziałem pięknego dzięcioła

A lato było piękne tego roku…

Lato roku 1939 było niezwykle piękne, a przynajmniej takie pozostało we wspomnieniach. Trudno powiedzieć, czy rzeczywiście takie było, czy sprawił to kontrast z koszmarem, który potem nastąpił i który przyniósł koniec całego dotychczasowego świata. Myślę też, że jednak nie było ono takie beztroskie, jak mogłoby się dziś wydawać, natomiast przeczucie tego, co nadchodziło, powodowało, że ludzie wówczas żyjący potrafili bardziej docenić jego urok. A później hołubili w pamięci wspomnienie tych wakacji, bo były ostatnie. Chociaż nikt wtedy nie mógł jeszcze przypuszczać, jak zupełnie skończy się ich świat…

Lato 1939 roku stało się obecnie tematem bardzo modnym – już ukazały się o nim trzy książki: „Pokój z widokiem. Lato 1939” Marcina Wilka, „Lato ’39. Jeszcze żyjemy” Marcina Zaborskiego i „Wakacje 1939” Anny Lisieckiej (ta ostatnia, moim zdaniem najciekawsza i ujmująca temat najszerzej), a zapowiadane są kolejne. Nadal jednak najpiękniejszym literackim opisem tego lata pozostaje dla mnie drugi tom gdyńskiej trylogii „Tak trzymać” Stanisławy Fleszarowej – Muskat, w której niemal czuje się zapachy wiatru od morza, rozgrzanego piasku na plaży i niedzielnej, porannej kawy. Z lektur mojego dzieciństwa zapamiętałam to lato (i wrzesień, który po nim nastąpił) z dwóch – „Na niby i naprawdę” Zofii Lorentz i „Marszu ołowianych żołnierzy” Macieja Słomczyńskiego.

„Widziałem pięknego dzięcioła” to książka – dokument. Ośmioletni w 1939 roku Michał Skibiński dostał w szkole zadanie prowadzenia w czasie wakacji dziennika i codziennie zapisywał w nim jedno zdanie o tym, co się tego dnia wydarzyło. Lipiec i sierpień spędzał wraz z bratem na podwarszawskim letnisku i rzeczy, które wtedy opisywał były typowo wakacyjne – spacery, liszka znaleziona w lesie, tytułowy dzięcioł, balon i szybowiec latające nad Aninem, odwiedziny rodziców i odprowadzanie gości na stację. Pod koniec sierpnia chłopcy wrócili do Warszawy.

29.8.1939 Odwiedził mnie tatuś

Ten ostatni wpis chwyta za serce, jeśli się wie, że to było ostatnie spotkanie chłopca z tatą – lotnikiem, który 9 września zginął.

1.9.1939 Rozpoczęła się wojna

Jednozdaniowym zapisom Michała towarzyszą ilustracje Ali Bankroft. Są one trochę takie, jak niezbyt wprawne malunki dziecka farbami plakatowymi i dość grubym pędzlem, ale kiedy przyjrzymy im się bliżej, zobaczymy, że nic w nich nie jest przypadkowe, a znakomicie oddają nastrój opisywanych chwil. W książce można zobaczyć także wygląda autentycznego zeszytu autora.

Ostatni zapis, jaki poczynił Michał, informuje o bombach zrzuconych przez samoloty angielskie i jest odbiciem plotki, która musiała wówczas krążyć po Milanówku, obrazującej nadzieje Polaków na spełnienie przez naszych sojuszników ich zobowiązań. Potem są tylko daty – 16 i 17 września i trudno powiedzieć, czy autor nie miał już głowy do pisania, czy uznał, że wakacje się skończyły i zadanie wykonał ? Muszę jednak przyznać, że nie do końca rozumiem wybór wpisów dokonany przez wydawnictwo – szczególnie w części wrześniowej. Podobne odczucia miała też autorka bloga „Mała czcionka”.

„Widziałem pięknego dzięcioła” to książka, którą czyta się szybko, ale myśli o niej długo. Zastanawiam się jednak, co z niej zrozumie dziecięcy czytelnik, który nie dysponuje wiedzą niezbędną do wypełnienia niedopowiedzeń, z których ona się składa ? Dlatego uważam, że nie jest to lektura, z którą można zostawić dziecko same, bo po prostu niewiele z niej wyniesie.

„Widziałem pięknego dzięcioła” to książka, która powinna stać się wstępem do rozmowy – może z odwołaniem do rodzinnych wspomnień, do tego, co w tym samym czasie robili dziadkowie (czy też częściej już pradziadkowie) dziecka ? To książka, która może być znakomitym materiałem na lekcję czy zajęcia biblioteczne.

To wreszcie książka, która powinna stać się wstępem do kolejnych lektur. Mam nadzieję, że tak będzie 🙂

Michał Skibiński „Widziałem pięknego dzięcioła”, ilustr.: Ala Bankroft, wyd.: Dwie Siostry, Warszawa 2019

Wysiedleni

Wysiedleni

Nazywam się Kazia Łobodziec. Urodziłam się na przedmieściu Gródka Jagiellońskiego w województwie lwowskim. Moja mama zajmuje się rolą i domem, a tata jest kolejarzem. Obok nas mieszkają nie tylko Polacy, ale również Ukraińcy, Żydzi, a niedaleko Niemcy. Wspólnie obchodzimy święta z prawosławnymi i grekokatolikami. Mamy szczęście, świętując podwójnie, ponieważ święta z powodu odmiennego kalendarza wypadają w różnym czasie.

„Wysiedleni” to trzecia książka Doroty Combrzyńskiej – Nogali, która ukazała się w ramach serii „Wojny dorosłych – historie dzieci”. W każdej z nich autorka sięgnęła do wydarzeń, które pozostają na uboczu pamięci zbiorowej o tych czasach. „Bezsenność Jutki” była pierwszą książką dla młodych czytelników, która opowiadała o getcie łódzkim, a „Syberyjskie przygody Chmurki” – o losach dzieci – zesłańców syberyjskich. „Wysiedleni” to opowieść dziewczynki, która przed wojną i w czasie okupacji mieszkała niedaleko Lwowa (teraz powiedzielibyśmy, że na Kresach, ale wtedy to był środek Polski), a potem razem z całą rodziną została wysiedlona na tak zwane Ziemie Odzyskane.

W pierwszej części Kazia opowiada o życiu przed wojną, wypełnionym zabawami z rówieśnikami na polach, łąkach i nad rzeką oraz świętami – raz własnymi, a kiedy indziej sąsiadów innego wyznania. To bezproblemowe, choć proste i niezbyt zamożne życie w otoczeniu przyjaznych ludzi przypomina trochę Bullerbyn – szczególnie, że podobnie jak najnowszemu wydaniu książki Astrid Lindgren, także tej towarzyszą ilustracje Magdaleny Kozieł – Nowak.

A potem przyszła wojna. Na Polskę napadli Niemcy i Rosjanie. Rzeka, łąki, rechot żab były tak samo piękne jak wcześniej, ale coś się w ludziach zmieniło. Całe wspólne życie, może nie do końca doskonałe, jak to między sąsiadami, ale wspólne, bo wszyscy byliśmy obywatelami państwa polskiego, rozsypało się…

Druga część „Wysiedlonych” to czas wojny i okupacji. Kazia dużo miejsca w swojej opowieści poświęca eksterminacji Żydów oraz problemom polsko – ukraińskim (na szczęście to nie był Wołyń i w jej miejscowości nie działy się rzeczy tak straszne, jak tam, choć sytuacja była napięta), natomiast ani jednym słowem nie odnosi się do dwóch lat okupacji sowieckiej. Aż zwątpiłam we własną wiedzę historyczną i sprawdziłam, czy na pewno Gródek Jagieloński znalazł się w strefie sowieckiej i zdecydowanie tak było. Szkoda, że nie ma o tym wzmianki w książce, bo nadal tak jest, że w pamięci zbiorowej okupantem byli przede wszystkim Niemcy. W opowieści Kazi żołnierze sowieccy pojawiają się dopiero pod koniec wojny, kiedy przez te tereny przechodzi front. A potem, mimo że wojna w zasadzie skończyła się, nadal nie było bezpiecznie – na polach leżały niewybuchy i jeden z kolegów dziewczynki zginął, bawiąc się nimi.

Czekała nas jeszcze kolejna straszna zmiana. Zmiana nie do wyobrażenia. Mieliśmy opuścić swoje domy, pola, pastwiska i łąki. Zostawić pielęgnowane od pokoleń ogrody, sady, spakować się do kilku skrzyń, zabrać zwierzęta i wynieść się na ziemie zachodnie, do Niemiec, gdzie jeszcze mieszkali Niemcy. Granice państw przesunęły się, a wraz z nimi musieli przesunąć się ludzie. Tacy przesunięci ludzie nazywali się repatriantami, przesiedleńcami, wysiedlonymi. Ale kiedy patrzyłam na swoich zrozpaczonych rodziców, którzy musieli zostawić nowy dom, babcię, która zostawiała na cmentarzu dziadka Michała i swoich przodków, i siostry, które były Ukrainkami, to wydawało mi się, że wcale nie przesunięci, tylko wyrwani z korzeniami, wypędzeni.

W dodatku jechali gdzieś, gdzie nie wiadomo, co zastaną. Czuli się jak pył, co nic nie znaczy, bez wpływu na swoje życie. Wyrwani byli i Polacy, i Niemcy ze Śląska, którzy podobno też się pakowali, tylko w mniejsze walizki, i Ukraińcy z okolic Przemyśla, co mieli zamieszkać w zostawianych przez nas domach.

Rodzina Kazi, która ze względu na narodziny jej najmłodszej siostrzyczki Czesi wyjechała ostatnim transportem, znalazła się wraz z dotychczasowymi sąsiadami z Czerlańskiego przedmieścia Gródka we wsi Bremberg, która teraz nazywała się Żarek. Dom, w którym zamieszkali, był opuszczony, ale w wielu gospodarstwach nadal mieszkały niewysiedlone jeszcze rodziny niemieckie, najczęściej same kobiety z dziećmi. Przez jakiś czas dotychczasowi i nowi właściciele musieli mieszkać razem w tych samych domach i stopniowo nawiązały się między nimi więzi. Poznawali nawzajem swoje języki, Niemcy uczyli Polaków posługiwania się maszynami rolniczymi, których ci nie znali, opieki nad ulami, których zabrać nie mogli czy korzystania z nieznanych roślin, rosnących w ogródkach (na przykład rabarbaru).

Trudno mi dyskutować z tym sielskim obrazem początków życia w nowym miejscu ludzi boleśnie doświadczonych wojną i wyrwanych ze swojego dotychczasowego świata oraz ich przyjacielskiego współżycia z przedstawicielami narodu, który był za tę wojnę odpowiedzialny – mogło i tak być, choć wydaje mi się, że dalece nie zawsze. Niewątpliwą zaletą „Wysiedlonych” jest to, że w ogóle porusza temat powojennego przesuwania całych rzesz Bogu ducha winnych ludzi tylko dlatego, że gdzieś tam ustalono inny przebieg granic ich państw.

Smutną puentą tej całej historii była kończąca ją wzmianka, że po trzydziestu latach życia w Żarku, jego mieszkańcy znów zostali wysiedleni, bo ich wieś znalazła się na terenach zalanych podczas tworzenia zalewu na Nysie Szalonej. I znów musieli wszystko zaczynać od nowa, choć tym razem bliżej…

Dorota Combrzyńska – Nogala „Wysiedleni” (seria: Wojny dorosłych – historie dzieci), ilustr.: Magdalena Kozieł – Nowak, wyd.: Literatura, Łódź 2018