Antosia w bezkresie

Antosia w bezkresie

Książka nominowana w Plebiscycie Blogerów LOKOMOTYWA 2022 w kategorii: tekst !!!

Książka nagrodzona w konkursie Książka Roku Polskiej Sekcji IBBY !!!

Lubicie przygodowe książki podróżnicze? Och, ja kiedyś je uwielbiałam! Wiecie, takie powieści, których bohaterowie przeżywają mrożące krew w żyłach, niebezpieczne przygody i biorą udział w przeróżnych awanturach. Zwiedzają świat, walczą z dzikimi stworami i z podstępnymi wrogami, porywają ich tajfuny, trzęsienia ziemi zasypują w antycznych ruinach i atakują strumienie lawy wypluwane przez rozjuszone wulkany. Zazdrościłam tym bohaterom niezwykłych widoków – zorzy polarnej obserwowanej podczas wypraw na biegun północny czy Drogi Mlecznej podziwianej na nocnym niebie saharyjskiej pustyni. Poznawania egzotycznych indiańskich plemion przemierzających amerykańską prerię czy spotkań z tajemniczymi ludami amazońskiej puszczy…

Z książkami, które ostatnio pisał Marcin Szczygielski, nie było mi specjalnie po drodze. Nie odnajduję się dobrze w takich fantastycznych i magicznych klimatach. Kiedy jednak usłyszałam, że napisał powieść historyczną i to w dodatku osnutą wokół dziejów polskich zesłańców w głąb Związku Sowieckiego w czasie II wojny światowej, wiedziałam, że jest to coś, czym powinnam się zainteresować. O tym, że potrafi on zajmująco pisać o przeszłości, wiedziałam, znając „Arkę czasu” i „Teatr niewidzialnych dzieci”. W dodatku temat losów Polaków, którzy po 17 września 1939 roku znaleźli się pod sowiecką okupacją, jest w literaturze dla czytelników niedorosłych praktycznie nieobecny. Było to w oczywisty sposób zrozumiałe w czasach PRL-u, kiedy cenzura pilnowała, żeby wiedza o tym się do świadomości społecznej nie przedostała, ale te czasy skończyły się już ponad 30 lat temu ! Nielicznymi wyjątkami od tej nieobecności są książki z serii „Wojny dorosłych – historie dzieci”„Syberyjskie przygody Chmurki”, „Irenka dziewczynka z Wilna” oraz wydany dopiero co „Jurek Poleszuk”.

Kiedy okazało się, że dzięki życzliwości Autora i Wydawnictwa mogę przeczytać tę powieść, jeszcze zanim ukaże się jej wersja papierowa, nie wahałam się ani chwili, mimo że w kolejce czeka na mnie spory stosik książek. Choć niezbyt lubię czytać testy w PDF-ie na ekranie komputera, warto było !!!

„Antosia w bezkresie” to powieść, na jaką od dawna czekałam – wciągająca, zajmująca, dobrze skonstruowana i (co jest dla mnie bardzo ważne) pozostająca w zgodzie w faktami i realiami historycznymi*. Czytałam wcześniej wiele wspomnień zesłańców w tego okresu i w losach Antosi nic mnie nie zaskoczyło in minus, nic nie wydało mi się sztuczne czy wydumane. W dodatku książka kończy się tak, że Autor musi napisać ciąg dalszy, a wiem, że w jego zamierzeniach ma być to pierwsza część trylogii.

Antosia czyli Antonina Rossińska urodziła się 3 kwietnia 1931 roku w Brantówce nad Lwą, majątku jej rodziny na Kresach II RP. Był o trochę ponad miesiąc starsza od Hany Brady, bohaterki „Walizki Hany” oraz od mojej Mamy. Jej losy są więc mi szczególnie bliskie, choć naznaczone wojną w inny sposób niż ten, który tak dobrze znałam ze wspomnień Rodziców.

Przekonałam się już, że człowiek najbardziej ceni to, co utraci. Brantówka, moi rodzice, Lwów, Sarny, pikniki, kuligi, polowania – wszystko przepadło. I to – obawiam się – na zawsze. Bo nawet gdyby jakimś cudem udało mi się tam wrócić, nic nie byłoby takie samo, bo ja nie jestem już ta sama. Nie po tym, czego doświadczyłam, co przeżyłam przez te ostatnie dwadzieścia pięć miesięcy.

Tamten świat się roztrzaskał we wrześniu. Wcale nie pierwszego, gdy Niemcy zaatakowali Polskę. Oczywiście było to przerażające. Ojciec w pięknym mundurze wyruszył na front, czuliśmy przerażenie, ale to były mimo wszystko sprawy dość dalekie. Przynajmniej dla mnie. Katastrofa, tak, ale oglądana z bezpiecznej odległości. Nie docierały do nas odgłosy bombardowań i walk, a mama pilnowała, żebym nie słuchała radia. Dla nas w Brantówce końcem świata był 17 września 1939 roku, gdy na Polskę napadli Rosjanie…

Nie dowiemy się z tej książki, jakie były dalsze losy jej Taty w pięknym mundurze, bo nie dowiedziały o tym z Mamą, zanim wiosną 1940 zostały zapakowane do wagonu i długim pociągiem wywiezione w nieznane. Nie będę zdradzać, co było potem, żeby nie odbierać przyjemności z lektury, ale zanim ją zaczniecie, przyjrzyjcie się uważnie okładce. Jej autorem jest także Marcin Szczygielski. Na pierwszy rzut oka piękna i wręcz sielankowa, a jej groza ujawnia się dopiero po chwili. To także alegoria nieludzkiej ziemi, na której toczy się akcja powieści – nie raz, gdzieś pomiędzy tragicznymi wydarzeniami bohaterce wyrywa się zachwyt nad tym pięknem tego co ją otacza – bezkresnym krajobrazami, niebem pełnym gwiazd. Im piękniej jest dookoła, tym boleśniejszym dysonansem jest to, co dzieje się z ludźmi tam żyjącymi…

Krystaliczne powietrze pachniało krzemieniem i żywicą, nasze oddechy ulatywały obłokami pary, a stukot rozsuwanych drzwi wagonów się niósł daleko, daleko, by po chwili wrócić kaskadą metalicznych ech – tak opowiada Antosia o pierwszym postoju na Uralu. Krajobraz się wydawał przytłaczający i posępny. Lecz wtem zza chmury wyjrzało słońce, a wtedy cała ta bezkresna ołowianoszara przestrzeń zalśniła i eksplodowała kolorami. Było to niesamowite przeżycie! Ośnieżone szczyty gór się roziskrzyły jak obsypane tłuczonym szkłem. Nitki płynących ciemnymi zboczami potoków zalśniły srebrem. Rozświetliły się opalowo uwięzione między szczytami obłoki i pasma snujących się w dolinach mgieł. Smutne szarości i beże ziemi rozbłysły kalejdoskopem zieleni, błękitów, żółci i rdzy…

Niestety, na tej pięknej ziemi nikt nie jest szczęśliwy – nie tylko wyrwani ze swojego dotychczasowego życia zesłańcy, ale także ci, którzy tam żyją od pokoleń. Wszyscy oni uwięzieni się w kleszczach okrutnego i nieludzkiego systemu, który nie dba nawet o swoich szczerych wyznawców. Skonfrontowani z nim ludzie zachowują się różnie, ale nie ma tu żadnych reguł zależnych na przykład od pochodzenia. W każdej grupie, z którą spotyka się Antosia, są i ci dobrzy, odważni i uczciwi, i tacy, którzy myślą przede wszystkim o sobie i o siebie dbają. Niestety często przekonuje się ona także, że pozory mylą, a dobro (i zło) może przyjść z zupełnie niespodziewanej strony.

Myślałam sobie: „Ach, jakiż to pech urodzić się w Polsce! U nas nic a nic się nie dzieje! Ani zorzy polarnej, ani lekkiego choćby trzęsienia ziemi czy najmniejszej nawet trąby powietrznej! Wszystko takie nudne, takie zwyczajne, bezpieczne. Takie cywilizowane…”.

No, dobrze. To prawda, że niekiedy zdarzały się u nas straszne, emocjonujące rzeczy – choćby ataki wilków czy niedźwiedzi. Bywały też w naszej historii wstrząsające wydarzenia – na przykład ostatnia Wielka Wojna, dzięki której odzyskaliśmy niepodległość. Ale to było tak strasznie dawno temu! Ponad dwadzieścia lat!

Zwierzyłam się kiedyś mamie z tych moich zmartwień. Roześmiała się, a potem powiedziała: – Oj, lepiej ty się módl, kochanie, żeby nie przyszło ci żyć w ciekawych czasach.

Odparłam, że o niczym bardziej nie marzę! A los najwidoczniej postanowił ze mnie zakpić i spełnił to moje marzenie. Ciekawe czasy nadeszły. Wywróciły moje życie do góry nogami, a potem porwały mnie niczym listek na drugi koniec świata. I wiecie, co wam powiem? Bardzo szybko się przekonałam, że katastrofy tylko wtedy wydają się atrakcyjne, gdy się nie bierze w nich osobiście udziału. A o mrożących krew w żyłach przygodach przyjemnie tylko czyta się w książkach…

„Antosia w bezkresie” jest powieścią historyczną, ale czytając ją nie da się uciec od współczesnych skojarzeń. Ciekawe czasy znowu nadeszły – na szczęście dla nas (jeszcze ?) nie do Polski, ale wojna toczy się niepokojąco blisko i coraz bardziej nas dotyczy. Kiedy słucham doniesień z Ukrainy, dostrzegam z przerażeniem, że co prawda nastąpił ogromny postęp techniczny w rozwoju broni, którą można zabijać ludzi, ale w mentalność i logika władzy, która wysyła te wojska, nie zmieniła się ani o jotę. Kiedy słucham doniesień z Ukrainy, zbyt często mam wrażenie, że przeniosłam się w czasie 80 lat wstecz…

Jacek Kaczmarski śpiewał: I pamiętaj – że dana Ci pamięć / nie kłam sobie – a nikt Ci nie skłamie. Łatwiej jest uwierzyć w propagandę, jeśli się nie wie, że wszystko to już było. „Antosia w bezkresie” to książka, która pomoże wiedzieć i rozumieć – i przeszłość, i teraźniejszość.

* Jedyną (jak mi się wydaje) niezgodnością z realiami, którą zauważyłam (i to dopiero na stronie 272 😉 ) jest to, że Antosia dostaje paczkę od swojej niani Cesi z Brantówki, wraz z listem, z którego wynika, że została wysłana już spod okupacji niemieckiej. Mam tu wątpliwość – jak ta paczka przewędrowała nad linią frontu ?

Marcin Szczygielski „Antosia w bezkresie”, wyd.: Instytut Wydawniczy Latarnik 2022

Teatr niewidzialnych dzieci

Teatr niewidzialnych dzieci

W ostatnią sobotę, podczas Warszawskich Targów Książki ogłoszono wyniki V Konkursu Literackiego im. Astrid Lindgren organizowanego przez Fundację ABCXXI Cała Polska Czyta Dzieciom.

Wyniki tegorocznej edycji można znaleźć tutaj, a ja pomyślałam, że jest to dobra okazja, żeby przypomnieć książki nagrodzone w tym konkursie wcześniej.

Wpis z 29 czerwca 2016 roku:

Konkurs Literacki im. Astrid Lindgren organizowany przez fundację ABCXXI – Cała Polska czyta dzieciom jest jedyny w swoim rodzaju. Odbywa się co trzy lata i mogą w nim brać udział wyłącznie książki wcześniej niepublikowane, a jurorzy oceniając nie wiedzą, kto jest ich autorem. Na podobnych zasadach odbywa się też konkurs literacki „Biedronki”, ale w nim można wystartować tylko raz, bo warunkiem jest to, aby autor był debiutantem. Konkurs Astrid Lindgren jest otwarty dla wszystkich, niezależnie od dorobku, a moment otwarcia kopert z nazwiskami nagrodzonych autorów jest zawsze ekscytujący. Już trzy razy z rzędu okazywało się, że autorem książki nagrodzonej Grand Prix konkursu jest… Marcin Szczygielski. Najbardziej zaskoczeni tym faktem w tym roku byli podobno sami jurorzy 😉

Kiedy w 2010 roku Jury drugiego konkursu nagradzało „Czarny młyn” – powieść grozy rozgrywającą się w ponurych, postapokaliptycznych niemal realiach zapomnianej przez Boga i ludzi wsi położonej gdzieś w pobliżu drogi szybkiego ruchu – Szczygielski był już uznanym autorem książek zdecydowanie dla dorosłych. Miał też w swoim dorobku pierwszą książkę dla młodzieży – „Omegę” – fascynującą powieść inicjacyjną w konwencji gry komputerowej, która zdobyła tytuł „Książka Roku IBBY 2010”

Trzy lata później, po ukazaniu się kolejnej jego powieści fantastyczno – przygodowej „Za niebieskimi drzwiami”, Grand Prix trzeciego konkursu zdobyła „Arka czasu”. Ku zaskoczeniu wszystkich okazało się, że autorem tej niezwykłej, wymykającej się gatunkom historii małego uciekiniera z warszawskiego getta jest znowu Marcin Szczygielski.

W tegorocznym, czwartym konkursie wygrała książka o peerelowskim domu dziecka w stanie wojennym, realistyczna do bólu, bez grama magii. Jury było podobno niemal pewne, że udało się w końcu nagrodzić kogoś innego, bo to przecież niemożliwe, żeby taką książkę napisał Marcin Szczygielski. A tu niespodzianka 😉

Już nie mogę się doczekać kolejnej edycji tego konkursu w 2019 roku 😉

Mam na imię Michał, a na nazwisko Szymczyk. Urodziłem się 10 lutego 1971 r. w Katowicach. Moja mama miała na imię Zuzanna, a mój tata Michał – tak samo jak ja. Ale nigdy ich nie poznałem, bo oboje zginęli w wypadku autobusu,kiedy jechali do Bytomia, żeby obejrzeć nowe mieszkanie, które dostali. To znaczy, które dostaliśmy, bo ja też miałem tam mieszkać.(…)

Mieszkam tutaj, w „Młodym lesie” w Siemianowicach Śląskich, już od prawie czterech lat. Wcześniej mieszkałem w Domu Małego Dziecka w Rybniku, a jeszcze wcześniej u babci, ale nic z tamtego okresu nie pamiętam. Moja babcia zachorowała i umarła, kiedy miałem trzy lata, bo była bardzo, ale to bardzo stara. Miała osiemdziesiąt osiem lat, urodziła się jeszcze w XIX wieku ! Okazało się, że nie ma się mną kto zaopiekować, więc trafiłem do Domu Małego Dziecka, gdzie było mi bardzo źle, ale dało się wytrzymać.

„Teatr niewidzialnych dzieci” to pierwsza obyczajowa książka dla młodego czytelnika z akcją rozgrywającą się w karnawale Solidarności i w stanie wojennym. Zanurza czytelnika w realiach Polski tamtych czasów, ale jest to rzeczywistość widziana oczyma dziecka żyjącego niejako obok tego wszystkiego. Michał jest uważnym obserwatorem, ale nie ma przy sobie (tak jak dzieci żyjące w domach rodzinnych) dorosłego, który mógłby mu wytłumaczyć to, co się dookoła niego dzieje. Ta książka to także trudne historie jej bohaterów i zamknięty świat domu dziecka – najpierw tego w Siemianowicach, a potem kolejnego – specyficznego, kameralnego „Dębowego Lasu” pod Lublinem. Tam właśnie dzieci przygotowują przedstawienie, którego premiera zaplanowana została na niedzielę 13 grudnia…

Każdy z nas jest tylko małym nieistotnym kamieniem, który można bezkarnie kopnąć. Jesteśmy niewidzialnymi dziećmi, nie mamy rodziców ani pieniędzy i nikomu na nas nie zależy. Ale małe kamyki, nawet tak małe jak ziarnko piasku, mają moc, gdy jest ich dużo i zamienią się w lawinę, a wtedy nic ich nie powstrzyma !

P.S. Można powiedzieć, że wyniki Konkursu w 2019 roku znowu były niespodzianką, bo książka Marcina Szczygielskiego tym razem nie zdobyła nagrody – zapewne dlatego, że nie wziął on w nim udziału 😉

Marcin Szczygielski „Teatr niewidzialnych dzieci”, wyd.: Instytut Wydawniczy Latarnik, Warszawa 2016

Edit: Marcin Szczygielski został nominowany do Nagrody ALMAAstrid Lindgren Memorial Award gratulacje !!!