Gdybym nie pomyliła psów

Gdybym nie pomyliła psów

i kolejne części cyklu o Tildzie 🙂

Wpis z 23 września 2008 roku:

Jak można pomylić psy ? Nie zauważyć, że się odchodzi spod sklepu z zupełnie innym zwierzakiem niż ten, którego się tam zostawiło ?

I nie chodzi tu bynajmniej o dwa psy tej samej rasy, tylko o różniące się zdecydowanie rozmiarem (i całą resztą zresztą też 😉 ) chihuahuę i labradora. Wydaje się to niemożliwe, ale nie ma rzeczy niemożliwych, jeśli się ma dziewięć lat, bujną wyobraźnię i spotkało się chłopca, do którego się wzdycha od jakiegoś czasu. A Tilda właśnie ma dziewięć lat, bujną wyobraźnię i spotkała pod sklepem Axela (czy może Axla ? – jak to się odmienia ?)

Gdybym nie pomyliła psów, mama nie dostałaby ataku alergii. Gdyby mama nie dostała ataku alergii, nie ukradziono by mi roweru. Gdyby nie ukradziono mi roweru, tobym się nie zgubiła. Gdybym się nie zgubiła, nie spotkałabym Sary i jej babci. Gdybym nie spotkała Sary i jej babci… i tak dalej, i tak dalej. Wszystko co nas spotyka ma swoje przyczyny i skutki – czasem bywają przyjemne, a czasem opłakane. W przypadku Tildy jednak wszystko kończy się dobrze.

Babcia nazywa to przeznaczeniem. Mama – przypadkiem. Ja sama nie wiem, co o tym myśleć i jak to nazwać. Przeznaczenie brzmi, według mnie, troche podniośle i wydumanie, za to przypadek nie brzmi wcale. Jakby się nic nie wydarzyło… A przecież się wydarzyło !

„Gdybym nie pomyliła psów” to bardzo sympatyczna książka dla rówieśników TildyByła pierwszą lekturą Najmłodszej z moich córek po wakacjach – osadzona w realiach roku szkolnego, ale trochę jeszcze wakacyjnie zwariowana. Tak jak jej bohaterka, z którą spotkamy się niebawem w kolejnej części cyklu.

Dowiemy się wtedy, czy udało jej się dotrzymać obietnicy: I już nigdy nie będę kłamać. Promise !

Ingelin Angerborn „Gdybym nie pomyliła psów”, przekł.: Katarzyna Ottoson, ilustr.: Magda Chodorowska, wyd.: Zakamarki, Poznań 2008

Wpis z 13 marca 2012 roku:

Ponad trzy lata temu pisałam tu o książce „Gdybym nie pomyliła psów”, która rozpoczynała cykl o ciut zwariowanej dziewczynce imieniem Tilda. Potem ukazała się druga część – „Gdybym nie zrobiła z taty astronauty”, a niedawno trzecia – „Gdybym nie powiedziała prawdy”.

Gdybym nie zrobiła z taty astronauty, nic by się nie wydarzyło. Nie ukradłabym gazety, nie zdarzyłby się cud, nie zniszczyłoby się zdjęcie pani Doris, nie zginąłby kask pana od wuefu, a przede wszystkim nie musiałybyśmy się przeprowadzać.

Wiem, że to brzmi dziwnie. Ale ze mną już tak jest – dziwnie !

Wyplątawszy się z perypetii spowodowanych pomyleniem psów Tilda obiecała sobie (i czytelnikom tych książek), że już nigdy nie będzie kłamać. Niestety długo nie wytrwała w swoim postanowieniu, a wszystko przez tatę, a może raczej przez ojców innych dzieci…

Nagle wszyscy jeden przez drugiego zaczęli opowiadać o swoich ojcach. (…) Możliwe, że parę osób wcale sie nie odezwało. Sama już nie wiem. Ale akurat wtedy wydawało mi się, że wszyscy przechwalają się swoimi tatusiami. Jeden tatuś był lepszy od drugiego. I najwyraźniej wszyscy ci tatusiowie mieszkali razem ze swoimi dziećmi. A Tilda mieszkała tylko z mamą i nie bardzo mogła pochwalić się swoim tatą urwipołciem. Dlatego powiedziała, ze jej tata jest astronautą, co jak to zwykle u niej bywa, stało się początkiem serii zwariowanych zdarzeń. Bo z Tildą tak już jest – najpierw działa, a potem (ewentualnie) myśli o skutkach. 😉

Wplątawszy się z perypetii spowodowanych zrobieniem z taty astronauty, Tilda znów obiecała sobie (i nam), że będzie mówić tylko prawdę. I powiedziała – że jej tata jest na wyprawie na Kilimandżaro. Tylko jakoś nikt w tę prawdę nie chciał uwierzyć…

Gdybym nie powiedziała prawdy, nic by się nie wydarzyło. Nie utknęłabym na balkonie Axla, nie zapodziałabym Kilimandżaro, nie pomyliłabym łazienek i nie wsadziłabym łokcia w kupę słonia… ale przede wszystkim nie zdobyłabym głównej nagrody !

Wiem, że to brzmi dziwnie. Ale ze mną już tak jest – dziwnie ! Zupełne szaleństwo ! Jakbym się nie starała, zawsze coś namotam.

Przedostatni z pięciu tomów cyklu o Tildzie nosić będzie tytuł „Gdybym nie kupiła świnki morskiej” i bardzo ciekawa jestem co też ona tym razem (razem z tą świnką) nawyczynia 🙂

Edit: Najmłodsza z córek była już wtedy w wieku, w którym się sięga po inne lektury, więc się tą serią potem nie interesowałam. Widzę jednak, że kolejne części jednak się już po polsku nie ukazały. Szkoda 😦

Ingelin Angerborn „Gdybym nie zrobiła z taty astronauty”, przekł.:Katarzyna Ottosson, ilustr.: Magda Chodorowska, wyd.: Zakamarki, Poznań 2011

Ingelin Angerborn „Gdybym nie powiedziała prawdy”, przekł.:Katarzyna Ottosson, ilustr.: Magda Chodorowska, wyd.: Zakamarki, Poznań 2012

Lato Stiny

Lato Stiny

Wpis z 3 lipca 2013 roku:

„Lato Stiny” to książka, która pachnie wakacjami i to jakimi wakacjami !!!

Wystarczy spojrzeć na okładkę – mały domek nad samym morzem, przed nim stół nakryty staroświeckim obrusem w czerwoną kratkę, a na stole – świeżo złowiony okoń. Usmażony na maśle, z koperkiem i młodymi ziemniaczkami. Takie wakacje to ja rozumiem 🙂

Stina tak na oko ma jakieś pięć lat i spędza lato u swojego dziadka, który mieszka na niewielkiej, skalistej wysepce gdzieś u wybrzeży Szwecji – czyli szkierze. Zastanawiam się, czy to przypadek, czy świadome nawiązanie do „My na wyspie Saltkrakan” Astrid Lindgren ? Tam też była Stina, która przyjeżdżała do dziadka…

Czytałam „Lato Stiny” siedząc na plaży na przeciwległym brzegu Bałtyku. Wokół mnie bawili się jej rówieśnicy i mogłam obserwować, jak bardzo różnią się ich wakacje.

Stina nie jest przywalona stosem zabawek – wiaderek, łopatek, foremek, dmuchanych krokodyli, delfinów, materacyków, latawców, piłek etc. W tej książce jak w „Fali” Suzy Lee – jest tylko dziewczynka i morze, fascynujące niezależnie od pogody. Dziadek nazywa ją czasem poszukiwaczką skarbów. Bo Stina bez przerwy szuka rzeczy, które wyrzuciło morze, albo takich, które po prostu leżą gdzieś i czekają, żeby je znaleźć. Piórka, patyki, dziwne słoiczki… Na wyspie można znaleźć naprawdę wszystko.

Nie ma też obok siebie nikogo dorosłego, kto przeszkadzałby jej w zabawie przebieraniem, smarowaniem kremem i namawianiem, żeby koniecznie coś zjadła. Dziś z rozbawieniem obserwowałam takiego upartego tatę, który biegał z bananem od jednego dziecka do drugiego (a miał ich trójkę) – bez powodzenia i w końcu zjadł go sam 😉

Stina ma Dziadka, który zabiera ja łódką na ryby, smaży je potem na obiad, milcząco towarzyszy jej zabawom, a wszystkie szalone pomysły wnuczki kwituje słowami: Co ty powiesz…

Tak samo reaguje także na zwariowane opowieści swojego przyjaciela Axla (Axela ?), nie bez powodu nazywanego Bujdą, który nie potrzebuje rumu szumiącego w głowie, żeby snuć niebywałe morskie opowieści. Wystarczą zwykłe kanapki z miodem, aby przypomniał sobie Wielki Medal Plastra Miodu, którym został odznaczony, a który to medal zatonął podczas piekielnego sztormu przy przylądku Horn… Kto chce, ten niechaj wierzy, kto nie chce, niech nie wierzy… a na Stinie te historie robią większe wrażenie niż zapewne niejeden film, których z resztą nie ma gdzie ogląda, bo w domku Dziadka nie widać telewizora.

Oj, marzą mi się takie wakacje z dala od cywilizacji, choć to, że w tym roku campingowe Wi-fi dociera nawet do naszej przyczepy, ma też swoje dobre strony 😉

Lena Anderson (tekst & ilustr.) „Lato Stiny”, przekł.:Agnieszka Stróżyk, wyd.: Zakamarki, Poznań 2013

Mama Mu

Mama Mu

Przeczytałam niedawno gdzieś w sieci informację o krowie, która weszła na dach budynku i o akcji strażaków, żeby ją stamtąd sprowadzić. Od razu pomyślałam sobie, że to jest historia, która bardzo pasuje do Mamy Mu 🙂

Książki o niej to cykl, który można czytać w dowolnej kolejności. Nie trzeba znać pozostałych, żeby się przy nich świetnie bawić. Muszę jednak równocześnie przyznać, że powtarzalność schematu, na którym zbudowana jest akcja, staje się po jakimś czasie nużąca. A może po prostu Najmłodsza, z którą te książki czytałam, zbyt szybko (jak na tempo ich ukazywania się) wyrosła z nich ? Wydawnictwo Zakamarki wydało do dziś 11 części tego cyklu (plus kolorowanka). Te z nich, które zawierają pojedyncze historie, mają naszym zdaniem najlepszą proporcję tekstu i ilustracji.

Wpis z 24 listopada 2007 roku:

Zakochałam się….

… w krowie. 😉

I nie ma w tym nic dziwnego. Przeczytajcie te książki – wtedy zrozumiecie, że Mamy Mu nie można nie kochać.

Był ciepły letni dzień. Słońce świeciło, ptaki ćwierkały, muchy bzyczały. Wszystkie krowy pasły się na pastwisku. Wszystkie oprócz Mamy Mu… Mama Mu nie robi tego, co wszystkie krowy, bo ona nie jest taka, jak wszystkie krowy. Krowy chodzą tylko i się pasą. Jeszcze leżą, żują i gapia się przed siebie. I jeszcze są dojone. I to im wystarcza. Mamie Mu nie wystarcza – ona jest Zaprzeczającą Stereotypom Krową – Hedonistką 😉 Chce spróbować najrozmaitszych przyjemności i zupełnie nie trafia do niej argument: Jesteś krową, Mamo Mu. Owszem, dziwną, ale krową. Krowy. Się. Nie. Huśtają.

Bo niby dlaczego nie ?

Równocześnie Mama Mu nie udaje kogoś, kim nie jest. Wygląda jak zwykła Krasula. Nie naśladuje człowieka, nie nosi ludzkich ubrań jak bohaterowie Beatrix Potter. Chodzi na czterech nogach i ma pokaźne wymiona. Jest krową. W dodatku – krową pozbawioną kompleksów i w pełni akceptującą swój wygląd (Wcale nie jestem za gruba, Panie Wrono. To drzewo jest za chude. – za ten tekst kocham ją najbardziej 😉 )

Wbrew tytułowi te książki mają dwójkę bohaterów. Zgodnie ze sprawdzoną w show-businessie już od czasów Flipa i Flapa zasadą łączenia przeciwieństw – Dużej, Wyluzowanej Hedonistce towarzyszy Mały, Nadaktywny Nerwus. Czyli Pan Wrona. Gadatliwy, ruchliwy samochwała – w dodatku spętany konwenansami. Krowy się nie hustają… krowy nie jeżdża na sankach… ble, ble, ble… Jego opór przegrywa jednak z siłą spokoju Mamy Mu i w efekcie Pan Wrona bawi się nie gorzej niż ona, a w ferworze zabawy potrafi nawet zapomnieć, że umie latać 😉

Kiedy czytamy te książeczki z Najmłodszą, zaśmiewamy się obie, mimo że przecież dobrze je już znamy. Często powód naszej radości kryje się nie w tekście, ale znajduje się na obrazku i wtedy ona przerywa mi okrzykiem „Widzisz ?”. Kreskę Svena Nordqvista znałyśmy wcześniej z książek o Petsonie i jego kotku Findusie. Tamte ilustracje były (moim zdaniem) po prostu dobre, te – są fantastyczne. Tyle się na nich dzieje rzeczy, których w tekście nie znajdziemy, że można je długo oglądać. Mnogość szczegółów – od krowich placków na pastwisku, z którego Mama Mu daje nogę, żeby się pohuśtać, przez jedyną w swoim rodzaju pantomimę Pana Wrony, kiedy już się usiłuje huśtać, po opad szczęki sikorek przysłuchujących się jego samochwalstwu w temacie saneczkowania. Szczególnie zachwyca mnie strona, na której tekst składa się z czterech linijek: Pan Wrona skradał się za krzakami. Czaił się za kamieniami. Skakał z drzewa na drzewo i chował się w gałęziach. Przyjrzyjcie się uważnie Panu W. w tej akcji. James Bond wysiada 😉

Gdy się jest krową, nie można wciąż tylko żuć trawy i gapić się przed siebie. Gdy się jest człowiekiem – też. Mama Mu nie tylko uczy nas odwagi w przełamywaniu stereotypów, ale pokazuje też jaką radością mogą być najprostsze rzeczy. Ot, na przykład– deska i sznurek, a ile frajdy !!! 

Jujja Wieslander i Tomas Wieslander „Mama Mu na huśtawce”,przekł.: Michał Wronek – Piotrowski, ilustr.: Sven Nordqvist, wyd.: Zakamarki, Poznań 2007

Jujja Wieslander i Tomas Wieslander „Mama Mu na sankach”, przekł.: Michał Wronek – Piotrowski, ilustr.: Sven Nordqvist, wyd.: Zakamarki, Poznań 2007

Wpis z 30 maja 2008 roku:

Jutro są moje urodziny, więc sama zrobiłam sobie prezent – kolejną książkę  o mojej ukochanej Mamie Mu. Najmłodsza co prawda twierdzi, że to jest książka dla niej, ale tylko jej się tak wydaje.

Jest taka wiosenna ze swoją żółtą okładką z zawilcami i jest moja.

Moja.

I jeszcze raz moja 😉

W kwestii tytułowej bohaterki niewiele mogę dodać do tego, co napisałam o niej poprzednio – tym razem pozostaje ona zdecydowanie w cieniu swojego przyjaciela. Ta książka powinna właściwie nosić tytuł „Pan Wrona sprząta”. Dokładniej rzecz ujmując – twierdzi, że sprząta, ale robi to w sposób daleki od przyjętych zasad, a skutki są… Możecie się sami domyślić.

Ta maniaczka od porządków z programu „Perfekcyjna pani domu” (Anthea – dobrze pamiętam ???) chyba by na ten widok zrezygnowała ze swojej misji. Ja natomiast czuję, że łączy mnie z nim pokrewieństwo dusz. Na widok koszmarnego bałaganu też najchętniej zgasiłabym światło 😉

Jujja Wieslander i Tomas Wieslander „Mama Mu sprząta”, ilustr.: Sven Nordqvist, przekł.: Michał Wronek – Piątkowski, wyd.: Zakamarki, Poznań 2008

Wpis z 17 października 2008 roku:

Jesień, złota jesień… Taka, co to sypie nam na głowę liście złote i brązowe…

Jednych ten czas nastraja melancholijnie, innych – pobudza do działania. Mama Mu zdecydowanie należy do tych drugich i dlatego, zamiast wpadać w jesienna melancholię, poczuła wolę bożą, żeby zbudować ni mniej nie więcej tylko domek na drzewie.

Ktoś się dziwi ? Że niby krowy nie chodzą po drzewach ? Pan Wronateż jej to mówił, ale dlaczego Mama Mu miałaby się tym przejmować ?

To już czwarta książka o Mamie Mu i w ten sposób mamy po jednej na każdą porę roku.  „Mama Mu na huśtawce” była letnia,  „Mama Mu na sankach” – zimowa,  ”Mama Mu sprząta” – wiosenna, a ta jest jesienna.

To już czwarta książka o Mamie Mu i wszystko w niej przebiega według tego samego schematu co w poprzednich. Mama Mu swoje, a Pan Wrona swoje. Jak w tym dialogu:

– Nadstaw uszu i powtarzaj za mną. Krowy. Nie. Budują. Domków. Teraz powtórz.

– No to idę po młotek i gwoździe.

Mimo to za każdym razem bawimy się przy nich świetnie. Chociaż muszę zaznaczyć, że wbijanie gwoździ w drzewa jednak budzi mój zdecydowany opór…

… ale Mamie Mu nie takie rzeczy jestem w stanie wybaczyć 😉

Jujja Wieslander, Tomas Wieslander „Mama Mu buduje”,przekł.: Michał Wronek – Piotrowski, ilustr.: Sven Nordqvist, wyd.: Zakamarki, Poznań 2008

Wpis z 12 maja 2012 roku:

Mama Mu czyta ????

Pan Wrona osunął się na ziemię.

Czemu Ty nie możesz robić jakichś zwykłych rzeczy ? – spytał żałosnym tonem. – Pojeździłabyś sobie na rowerze czy nawet wdrapała się na drzewo, cokolwiek.

– Książki są takie fajne, Panie Wrono – odparła Mama Mu. – Jak się umie czytać, to można się dowiedzieć niemal wszystkiego.

„Mama Mu czyta” to już szósta wydana pojedynczo historia o mojej ukochanej krowie. Zeszłoroczny zbiór „Mama Mu na rowerze” najpierw rozbudził moje nadzieje (w końcu – im więcej, tym lepiej), a potem ciut rozczarował. Można powiedzieć, że ilość nie przeszła w jakość 😦

Okazało się przy tej okazji, że na urok i dowcip pierwszych pięciu książeczek, które już znałam, w jednakowym stopniu składał się tekst oraz ilustracje, a tajemnica zawierała się właśnie w ich odpowiednich proporcjach ilościowych. W zbiorku tekst dominował i wyraźnie odczuwało się brak ilustracji. To niestety odbiło się na dowcipie całości. Tutaj wszystko jest jak trzeba 🙂

Co czyta Mama Mu ? Znalazła sobie lekturę najbardziej odpowiednią – książkę o Pippi Pończoszance, a więc postaci równie jak ona niekonwencjonalnej i wymykającej się stereotypom. Aż zaczęłam sobie wyobrażać, jak by wyglądało spotkanie Mamy Mu z Pippi i zastanawiać, co by one razem mogły robić…

A Pan Wrona przekonał się przy tej okazji , że pisanie książek nie jest jego powołaniem… No cóż – ma za to wiele innych zalet 😉

Jujja Wieslander (tekst), Sven Nordqvist (ilustr.) „Mama Mu czyta”, przekł.: Michał Wronek – Piotrowski, wyd.: Zakamarki, Poznań 2012

Jak tata pokazał mi wszechświat

Jak tata pokazał mi wszechświat

Z okazji dzisiejszego Dnia Taty wszystkim ojcom – wszystkiego najlepszego !!! Niech pokazywanie (wszech)świata Waszym dzieciom będzie dla Was nieustającą przygodą 🙂

Wpis z 27 sierpnia 2008 roku:

Pewnego dnia tata powiedział, że pokaże mi wszechświat. Bo, jak twierdził, byłem już dostatecznie duży…

Wbrew temu, co mogłyby sugerować i tytuł, i pierwsze zdania tej książki, nie jest to Propedeutyka Astronomii dla Dzieci 😉

Książka Ulfa Starka to pełna uroku opowieść o Ojcu i Synu (który nieprzypadkowo ma na imię tak samo jak jej autor). Opowieść o tym, czym różnią się sposoby postrzegania świata przez dorosłych i przez dzieci.

Dorośli (a zwłaszcza osobliwie faceci ;-)) maja tendencję do skupiania się w życiu na rzeczach wielkich. W tej książce Tata chce pokazać synowi gwiazdy w nocy i tylko to dla niego się liczy. Patrzy w niebo i nie dostrzega tak wielu rzeczy, które są dookoła. Rzeczy zwyczajnych – dla nas. Z perspektywy dziecka ślimak, trawa czy oset są równie fascynujące jak gwiazdy.

Chciałem pokazać ci coś pięknego. Coś, co zapamiętasz na całe życie – mówi do syna rozżalony, kiedy juz wracają do domu. W tych słowach zawiera się sens tej książki. Mały Ulf zapamiętał, choć może niezupełnie to, co chciał Tata. Na całe życie został mu w pamięci czas spędzony z Ojcem

… oraz nauczka, że patrząc w gwiazdy nie należy tracić z pola widzenia tego, w co można wdepnąć na ziemi 😉

Ulf Stark (tekst) Eva Eriksson (ilustracje) „Jak tata pokazał mi wszechświat”, przekł.: Katarzyna Skalska, wyd.: Zakamarki, Poznań 2008

Binta tańczy, a Lalo gra na bębnie

Binta tańczy, a Lalo gra na bębnie

Dziś Dzień Dziecka, więc dookoła szaleństwo promocji na wszystko, co potencjalnie mogłoby być prezentem z tej okazji oraz festyny, okolicznościowe festyny gdzie tylko spojrzeć. Moje dzieci już są za duże i na jedno (z resztą – nigdy nie było u nas tradycji rozbuchanych prezentów tego dnie), i na drugie (też nie chadzaliśmy – z wrodzonej idiosynkrazji do tłoku i hałasu). Myślę jednak, że dla wszystkich dzieci największą wartość ma czas spędzany wspólnie z rodzicami – tak jak w tej rodzinie:

Wpis z 30 marca 2009 roku:

Oszczędna w słowach, za to pełna kolorów i dźwięków – napisano o tej książce na stronie wydawnictwa i to w zasadzie wyczerpuje jej temat 😉 Niewiele jest tu do czytania – pojedyncze słowa (Mama, Tata , Dom), krótkie zdania (Ajsza goni Babo, Mama czesze Lalo) i fascynujące onomatopeje np.

Bombelli – Bombelli – Bom 😉

Dorośli byc może wzruszą ramionami nad taką książką, w której jest tak niewiele tekstu, ale maluchy bardzo polubiły Bintę i jej rodzinę, na którą składają się: ciemnoskóry Tata, jasnowłosa i piegowata Mama, Ajsza i Binta podobne do Mamy, Lalo i malutki Babo – podobni do Taty. Bardzo podoba mi się Mama Binty – zdecydowanie wolna od kompleksów związanych z rozmiarem pupy. I słusznie – w tańcu spora pupa kręci się bardziej wyraziście 😉 A tańca w tej książce jest bardzo dużo.

Bembedi – Bembedi – Bem 😉

Ich domek wygląda tak, jak zawsze rysują dzieci – czerwony dach, drzwi, okno, komin. Archetyp domu, jego kwintesencja. Pies, kury… Żadnej pracy, do której trzeba się spieszyć, żadnych problemów, obowiązków. Muzyka. Taniec.

Ta książka leżała u nas w domu już od jakiegoś czasu, ale tak naprawdę zrozumiałam ją niedawno, kiedy zainteresowałam się Bintą na potrzeby czwartkowego „Czytania na dywanie” w  Fundacji „Sto Pociech”. Przeczytałam tę książeczkę kilka razy i wiecie co ? Zaczęłam im zazdrościć. Tego beztroskiego spokoju. Luzu. Umiejętności bycia razem. Radości z wspólnie przeżywanych chwil. Tego wszystkiego, co ginie nam w naszej codzienności.

Pimperi – Pimperi – Pim 😉

Czy tylko mi rodzina Binty kojarzy się z jeżycjadową rodziną Oracabessa ? Dzieci mają trochę więcej, ale atmosfera podobna 😉

Eva Susso (tekst), Benjamin Chaud (ilustr.) „Binta tańczy”, przekł.: Katarzyna Skalska , wyd.: Zakamarki, Poznań 2008

Wpis z 26 października 2009 roku:

Mama śpi, Tata śpi, Ajsza śpi, Binta spi, Babo puszcza bąki, ale gdzie jest Lalo ?

Lalo już wstał – gra na bębenku z deszczem, całuje kwiatki, cieszy się z wschodzącego słońca… Cieszy się tak bardzo, ze budzi całą rodzinę.

Jego rodzinę mieliśmy już okazję poznać w książeczce „Binta tańczy”. W tej jest bardzo podobnie – z jedną różnicą, że jest rano, a nie wieczór. Ten sam luz, to samo niespieszne cieszenie się swoim towarzystwem. Wspólne nakrywanie do stołu. Spokojne śniadanie, podczas którego mały Babo może paćkać do woli.

Znacie wiersz Danuty Wawiłow „Szybko” ? 

Szybko, zbudź się, szybko, wstawaj, szybko, szybko, stygnie kawa ! Szybko, zęby myj i ręce ! Szybko, światło gaś w łazience !

Nawet jeśli go nie znacie, to na pewno znacie takie poranki. Znacie, ale czy lubicie (że tak się retorycznie zapytam 😉 ? Jeśli nie, to zajrzyjcie do Lalo, Binty i ich rodziny…

A tam…

Tata gra na bębnie PAM PIDI PAMPAM POMPOM ! Jaki miły poranek !

Eva Susso (tekst), Benjamin Chaud (ilustr.) „Lalo gra na bębnie”,przekł.: Katarzyna Skalska, wyd.: Zakamarki, Poznań 2009

P.S. Jest jeszcze trzecia część – „Babo chce”, ale ta nie wzbudziła aż takiego mojego entuzjazmu. Te dzieci wędrujące samopas po lesie i spotykające dziki, to już, jak na mnie, zbyt dużo swobody…

Eva Susso (tekst), Benjamin Chaud (ilustr.) „Babo chce”,przekł.: Katarzyna Skalska, wyd.: Zakamarki, Poznań 2010

Ulica Awanturników

Ulica Awanturników

Pomyślałam, że lepiej będzie umieścić książki Astrid Lindgren z serii o Lotcie i jej rodzeństwie – Jonasie i Mii Marii razem w jednym wpisie. Teraz już można przeczytać je wszystkie, ale kiedy moje córki były małe, co jakiś czas ukazywała się kolejna, przyjmowana przez nas z radością część. Najmłodsza z córek była naszą rodzinną Lottą – to skojarzenie narzucało się nie tylko z powodu jej charakteru, ale też dlatego, że jej ukochaną przytulanką był misiowaty prosiaczek o imieniu Nisiek 🙂

W 2008 roku wybraliśmy się całą rodziną do Szwecji. Odwiedziliśmy wtedy Vimmerby, gdzie dzieciństwo spędziła Astrid Lindgren i gdzie mieści się „Świat Astrid Lindgren”. Stamtąd pochodzi to zdjęcie zrobione na ulicy Awanturników, na werandzie domu cioci Berg.

Od lewej córki: Środkowa, Najstarsza, Najmłodsza i oczywiście Nisiek 🙂

Wpis z 24 maja 2006 roku:

Rodzina Nymanów mieszka w żółtym domu przy ulicy Garncarzy. Kiedyś było to miejsce ciche i spokojne, ale, odkąd urodzili się Jonas, Mia Maria i Lotta, zmieniło się w ulicę Awanturników. Błogi spokój skończył się z chwilą, gdy Jonas stał się na tyle duży, by walić grzechotką w brzeg łóżka w niedzielne ranki, kiedy tatuś chciał jeszcze pospać. Mimo że cała trójka robi sporo zamieszania, wydaje się, że dorosłym to wcale nie przeszkadza. Bohaterowie tej książki rosną otoczeni miłością i życzliwą akceptacją wszystkich dookoła – rodziców, dziadków i sąsiadów. Jak sami opowiadają, ciocia Berg (sąsiadka, którą odwiedzają, przełażąc przez płot) cieszy się z ich wizyt nawet dwa razy – Najpierw, kiedy przyszliśmy, a potem, kiedy wychodziliśmy 😉 )

Mali Nymanowie to normalne rodzeństwo, które bawi się i kłóci na zmianę. Jak to często bywa przy trójce dzieci, role są podzielone: najstarszy Jonas (jedyny chłopiec, co też jest nie bez znaczenia) zawsze rządzi młodszymi siostrami (a przynajmniej usiłuje ;-), środkowa Mia Maria jest najmniej wyrazista, trochę wycofana i zdominowana przez skrajną dwójkę, zaś najmłodsza Lotta – z jednej strony wykorzystywana przez starszych i systematycznie robiona przez nich w bambuko (jak podczas zabawy w piratów), z drugiej jednak – wcale nie taka bezradna, w dodatku nadrabiająca sprytem, przedsiębiorczością i uporem (a jest uparta jak stary kozioł). Zupełnie jak moja Najmłodsza, która na ogół świetnie sobie radzi, a w najtrudniejszych momentach krzyczy: Mama, ONE MNIE TRAKTUJĄ !!! (dla niewtajemniczonych – traktowanie jest w naszym domu synonimem maltretowania przez starsze siostry 😉 )

Czytając dzieciom coraz dłuższe książki nieuchronnie dochodzimy do chwili, kiedy pozycje dające się przeczytać jednorazowo od deski do deski stają się zbyt krótkie i zbyt dziecinne. Przychodzi wtedy czas na książki na kilka wieczorów i tu „Dzieci” sprawdzają się znakomicie. Każdy rozdział opowiada oddzielną historię – bez problemu można przerwać lekturę i wrócić do niej następnego dnia. Spośród wszystkich książek Astrid Lindgren – ta skierowana jest do najmłodszych czytelników. Życie na ulicy Awanturników, takie spokojne i zwyczajne będzie zrozumiałe dla każdego malucha.

„Dzieci z ulicy Awanturników” to książka dużo mniej znana od swojej drugiej części czyli „Lotty z ulicy Awanturników”. Nie rozumiem, dlaczego tak jest, ale spotkałam sporo dzieci, które, znając i lubiąc „Lottę”, nigdy nie czytały pierwszego tomu. Zdarza się, że w bibliotekach też mają tylko drugą część tego cyklu.

„Lotta z ulicy Awanturników” opowiada historię trochę już starszej bo pięcioletniej Lotty, która narozrabiała (a może po prostu był to jeden z jej echowych dni ?) i w przypływie buntu wyprowadziła się z domu. Urządziła sobie mieszkanko na strychu u sąsiadki i świetnie się tam bawiła we własne gospodarstwo. Dopiero, kiedy zapadł zmrok, okazało się, że jednak zdecydowanie najbezpieczniejszym i najprzytulniejszym miejscem na świecie jest jej własne łóżeczko.

Kiedy czasem zdarzało mi się nazwać naszą Najmłodszą – Lottą (bo nie tylko ja widzę ogromne podobieństwo między nimi), ta nadymała się i mówiła: Nie jestem Lotta, bo ona ma Niśka. Ostatnio udało mi się znaleźć odpowiednią przytulankę – taką miśkową świnkę, która wyczerpuje wszelkie znamiona bycia Niśkiem.  Niedawno miała imieniny i od tego czasu mamy w domu stuprocentową Lottę. Możecie się do mnie zwracać – Pani Nymanowa 😉 )

Astrid Lindgren „Dzieci z ulicy Awanturników”, przekł: Anna Węgleńska, ilustr.: Ilon Wikland, wyd.: Nasza Księgarnia, Warszawa 1994 (wyd. pierwsze)

Astrid Lindgren „Lotta z ulicy Awanturników”, przekł.: Maria Olszańska, ilustr.: Ilon Wikland, wyd.: Nasza Księgarnia, Warszawa 1997 (wyd. pierwsze)

Wpis z 8 listopada 2007 roku:

Moja Najmłodsza – jak już pisałam wcześniej – jest kolejną emanacją Lotty z ulicy Awanturników . Nie mam co do tego najmniejszych wątpliwości. Po pierwsze – jest uparta jak stary kozioł i jeśli czegoś chce, to nie ma dla niej przeszkód nie do pokonania. Zupełnie jak Lotta. Po drugie – ma Niśka, który jest jej ukochaną zabawką. Zupełnie jak Lotta. Nisiek jeździ z nami wszędzie, ostatnio żeglował po Mazurach. Nawet w nocy się nie rozstają.

Nasz Nisiek jest nieco bardziej wyględny od oryginału, który był dziełem rąk Mamy Nymanowej, ale równie mocno kochany. Niedawno udał się z Julką do szkoły i ku naszemu ogromnemu zdziwieniu okazało się, że innym dzieciom hasło Nisiek nic nie mowi. Nie znają Niśka. Nie znają Lotty. Nic nie wiedzą o ulicy Awanturników. Jak to jest możliwe ???

Nasza pierwszoklasistka przyniosła właśnie pierwsze zaproszenie na urodziny do koleżanki z klasy. Nie mamy problemu z prezentem, bo ukazała się nowa książka o rodzinie Nymanów z ulicy Garncarzy (zwanej również ulicą Awanturników) – „Pewnie, że Lotta umie jeździć na rowerze”W sam raz na wieczorek zapoznawczy z Lottą 😉

Lotta kończy pięć lat i bardzo chce dostać na urodziny prawdziwy rower. Musi przecież udowodnić wszystkim, że umie na nim jeździć – szczególnie Jonasowi i Mii Marii, którzy uważają, że jest na to za mała. Bo przecież umie – po kryjomu. Ponieważ jednak roweru nie dostała, postanawia zwędzić na trochę stary rower, który widziała w szopie u cioci Berg…

Słucham ? Uważacie, że to się nie może dobrze skończyć ? A jednak może – w końcu napisała to Astrid Lindgren. U niej wszystko zawsze dobrze się kończyło.

Po obejrzeniu tej książki Najmłodsza stwierdziła, że Nymanowie z całą pewnością mieszkają po sąsiedzku  Peterem i Leną. Rzeczywiście – ilustracje w tych książkach są bardzo podobne, ukazujące wszystko ze specyficznej perspektywy, niemal z lotu ptaka. I te domki takie podobne… I ulica… I meble…

A uważny oglądacz może spotkać tam samą Astrid Lindgren sportretowana przez Ilon Wikland pod postacią…

figę z makiem – poszukajcie sami 😉

Astrid Lindgren „Pewnie, że Lotta umie jeździć na rowerze”, przekł.: Anna Węgleńska, ilustr.: Ilon Wikland, wyd.: Zakamarki, Poznań 2007

Wpis z 17 grudnia 2008 roku:

Ze mną to jest dziwnie. Ja tyle umiem. Skombinować choinkę i różne inne rzeczy. Tak, naprawdę umiem wszystko. (…) Chociaż oczywiście – dodała Lotta – nie umiem zjeżdżać slalomem !

Czy mogę powiedzieć o tej książce coś, czego nie powiedziałam o poprzednich ? Chyba niewiele. Może tylko to, że jest to książka bardzo zimowa, trochę świąteczna, a swoją atmosferą przypomina ostatni rozdział z „Dzieci z ulicy Awanturników”.

Są w niej wszyscy, którzy tam być powinni, a więc: rodzice Lotty, i Jonas, i Mia Maria, i ciocia Berg, i jej piesek Skotty, i Nisiek (który znajduje się w poważnych tarapatach). Jest też parę innych osób i oczywiście Lotta. Bez niej nie było by tej książki.

Bez niej i bez ilustracji Ilon Wikland – uroczych jak zawsze. Szwedzka zima, która nam podarowała, choć trochę wynagradza to, co mamy za oknem. Spójrzcie na te obrazki i porównajcie. Czy tak wygląda zima ???

Astrid Lindgren „Pewnie, że Lotta umie prawie wszystko”, przekł.: Anna Węgleńska, ilustr.: Ilon Wikland, wyd.: Zakamarki, Poznań 2008

Wpis z 19 kwietnia 2009 roku:

– Teraz jestem zła – powiedziała Lotta. – Żebyście wiedzieli ! (...)

Może nie snuła się całe przedpołudnie, czekając na nich ? I może nie obiecali, że Lotta i Mia Maria, i Jonas przebiorą się za czarownice wielkanocne i w trójkę odwiedzą wszystkich mieszkańców ulicy Awanturników, żeby im zaśpiewać i dostać cukierki, tak jak zawsze w Wielki Czwartek ?

Pewnie, że Lotta jest wesołym dzieckiem” to książka wielkanocnie przedświąteczna 😉 Pojawiają się tam szwedzkie zwyczaje wielkanocne -przebieranki w Wielki Czwartek, słodycze od wielkanocnego zajączka w Wielką Sobotę.

Właśnie z tymi słodyczami jest problem, bo sklep ze słodyczami na ulicy Awanturników właśnie przestał istnieć. Jak powiedział Lotcie jego właściciel – Grek Vasilis: Wy w tym kraju jecie za mało cukierków. Tylko w sobotę ! Z tego się nie da utrzymać. Nie ma sklepu i Tatuś (jak się okazuje – zastepujący wielkanocnego zajączka) nie ma gdzie kupić słodyczy. Lotta nie byłaby jednak Lottą, gdyby nie znalazła rozwiązanie tego problemu 😉

Moja Najmłodsza zgłosiła reklamację po jej przeczytaniu: dlaczego nie ma w niej w ogóle Niśka ? Gdyby Astrid Lingren jeszcze żyła, pewnie napisałaby do niej list z prośbą o uzupełnienie tego braku 😉

Czytałyśmy tę książkę z pewnym smutkiem, mimo że wcale smutna nie jest. Nie może nam być jednak wesoło ze świadomością, że to już ostatnia historia o Lotcie. Koniec. Finito. The end 😦

Mimo wszystko jednak cieszę się, że nieocenione „Zakamarki” pojawiły się na naszym rynku w samą porę i wydały wszystkie te książeczki zanim ostatnia z moich córek zdążyła z nich definitywnie wyrosnąć.Chwała im za to i cześć !!!

I jeszcze małe podsumowanie 🙂

Spotykam się dość często z pytaniem o kolejność, w jakiej należy czytać książki tego cyklu. Odpowiedź jest prosta – wystarczy uważnie przyjrzeć się ilustracjom Ilon Wikland.

W  „Dzieciach z ulicy Awanturników”  Lotta to jeszcze trzy czy czteroletni maluszek z pulchnymi nóżkami. W „Lotcie z ulicy Awanturników” i  „Pewnie, że Lotta umie jeździć na rowerze” wyraźnie podrosła i jest zbuntowaną pięciolatką. W  „Pewnie, ze Lotta umie prawie wszystko” – to już całkiem spora panna, która dzielnie pomaga Mamie i Cioci Berg. A w ostatniej – „Pewnie, że Lotta jest wesołym dzieckiem” jeszcze urosła i wyleciał jej pierwszy ząb !

Astrid Lindgren „Pewnie, że Lotta jest wesołym dzieckiem”, przekł.: Anna Węgleńska, ilustr.: Ilon Wikland, wyd.: Zakamarki, Poznań 2009

Na koniec, już w 2019 roku dodam, że pierwsze dwa tomy ukazały się razem jako „Przygody dzieci z ulicy Awanturników„, natomiast trzy ostatnie historie wyszły w jednym tomie pod tytułem „Lotta. Trzy opowiadania”

Astrid Lindgren „Przygody dzieci z ulicy Awanturników”, przekł: Maria Olszewska, Anna Węgleńska, ilustr.: Ilon Wikland, wyd.: Nasza Księgarnia, Warszawa 2017

Astrid Lindgren „Lotta. Trzy opowiadania”, przekł.: Anna Węgleńska, ilustr.: Ilon Wikland, wyd.: Zakamarki, Poznań 2013

Ja też chcę mieć rodzeństwo

Ja też chcę mieć rodzeństwo

Wpis z 23 marca 2006 roku:

Kiedy urodziłam córkę Środkową, pierwszą moja myślą na widok trzyletniej Najstarszej było: Ona chyba urosła. Nie było mnie w domu tylko jeden dzień – kontrast z noworodkiem sprawił, że wydała mi się dużo większa niż rano. Od tego dnia zawsze już miała być większa i starsza, choć nadal przecież miała tylko trzy lata.

Przepoczwarzenie się jedynaka w starszego brata (lub siostrę) to jedno z najtrudniejszych zadań jakie czekają pierworodnego w dzieciństwie. Narodziny drugiego dziecka, na które rodzice czekają z radością – dla niego oznaczają rewolucję i wywrócenie do góry nogami całego świata. Nawet jeśli początkowo cieszy go perspektywa posiadania rodzeństwa, nie jest w stanie wyobrazić sobie i bezboleśnie zaakceptować wszystkich zmian. Przychodzi mu to tym trudniej, im dłużej był jedynakiem.

Staraliśmy się przygotować do tego Najstarszą jak najlepiej – często rozmawialiśmy z nią o Maluszku, który na razie jest w brzuszku mamusi, ale niedługo wyjdzie stamtąd i będzie spał w łóżeczku i jeździł wózkiem. Oglądałyśmy zdjęcia z czasu, kiedy to ona była w brzuszku i późniejsze, kiedy już się urodziła i była malutka. Po wielu tygodniach takich rozmów, na parę dni przed narodzinami Środkowej Najstarsza zaskoczyła mnie pytaniem: Mamusiu, czy kiedy będą święta i przyjdzie do nas Święty Mikołaj, to Maluszek jeszcze z nami będzie ? Nie umiała mi powiedzieć, co miało by się z nim stać – chyba po prostu zbyt wiele mówiliśmy o tym, że się urodzi, a zbyt mało o tym, że będzie już zawsze.

Peterowi, bohaterowi książki “Ja też chcę mieć rodzeństwo”, również rodzi się siostrzyczka – Lena. Peter wprawdzie chciał mieć rodzeństwo, ale Lena, która nie umie ani mówić, ani chodzić, potrafi tylko krzyczeć, nie jest tym, o czym marzył. W dodatku wydaje się, że rodzice kochają ją bardziej niż Petera. W tej sytuacji lepiej chyba byłoby ją sprzedać i kupić rower. Tylko czy ktoś ją kupi ?

Ta książka bardzo nam pomogła w tym pierwszym okresie. Słuchając o złości i żalu Petera, Najstarsza zaczęła rozumieć własną złość i żal, a mnie łatwiej było z nią o tym rozmawiać. Nie spotkałam drugiej książki, która w tak prosty i zrozumiały dla kilkulatka sposób opowiadałaby o tych problemach. Autorka doskonale rozumie małego Petera i nie oczekuje od czytelników surowego potępienia dla jego niegrzecznych zachowań – nawet wtedy, gdy tłucze on dzbanuszek czy uderza malutką siostrzyczkę. Opowiada o tym, jak o czymś najzupełniej zrozumiałym, co przychodzi i z czego się wyrasta.

Nie jest to książka tylko dla jedynaków spodziewających się rodzeństwa. Bardzo lubiły ją również moje młodsze córki w wieku 3-5 lat, mimo, że problem ich bezpośrednio nie dotyczył.

Astrid Lindgren “Ja też chcę mieć rodzeństwo”, ilustr. Ilon Wikland, przekł.: Anna Węgleńska, wyd.: “Nasza Księgarnia”, Warszawa 1992

P.S. My czytałyśmy książkę wydaną przez Naszą Księgarnię, a po latach wznowiło ją wydawnictwo „Zakamarki”. Wydało ono także drugą książkę Astrid Lindgren o Peterze i Lenie – „Ja też chcę chodzić do szkoły”. Można też kupić obie te historie w jednym tomie

Astrid Lindgren “Peter i Lena. Dwa opowiadania”, ilustr. Ilon Wikland, przekł.: Anna Węgleńska, wyd.: Zakamarki, Poznań 2017