Wielka podróż małego Mila

Wielka podróż małego Mila

Książka nominowana w Plebiscycie Blogerów LOKOMOTYWA 2021 w kategorii: przekład !!!

Był raz chłopiec imieniem Milo, który nie wiedział, co ma ze sobą począć. Nie wiedział tego nigdy, a nie tylko chwilami. Kiedy był w szkole, chciał się z niej wyrwać, a gdy tylko mu się to udawało, natychmiast pragnął do niej wrócić. W drodze do szkoły myślał o powrocie do domu, a kiedy do niego wracał, robiło mu się w nim za ciasno. Zawsze i wszędzie marzył o tym, żeby się znaleźć gdzie indziej, a gdy udawało mu się tam dotrzeć nie rozumiał, po co w ogóle ruszał się z miejsca – tak zaczyna się ta książka, o której jej Autor w posłowi napisał: podobnie jak większość dobrych rzeczy w moim życiu, wzięła się stąd, że próbowałem się wymigać od pewnych powinności. Niektórzy ludzie tak mają, że się migają. Jestem jednym z nich.

Niektórzy tak mają, ale nie wszystkim z tego migania wychodzą takie piękne rzeczy. Do tego jednak trzeba mieć talent !

Cieszę się, że Wydawnictwo Kropka umożliwiło polskim czytelnikom poznanie tej powieści, która ma już 60 lat, ale wcale się nie zestarzała. Nie rozumiem tylko, dlaczego w stopce redakcyjnej nie znalazł się oryginalny tytuł tej książki czyli „The Phantom Tollbooth” ? Można go znaleźć tylko w biogramie autora na końcu. Wydawało mi się, że jest to przyjętą zasadą wydawniczą. Tutaj szczególnie jest to ważne, bo książka ukazała się już wcześniej po polsku w przekładzie Anny Wojtaszczyk i wtedy jej tytuł był dość bliski oryginałowi – „Niezwykła rogatka”. Obecny może być mylący – niestety nie ma w naszym języku dobrego synonimu dla słowa Tollbooth, który oznacza punkt poboru opłat na autostradzie. O taką właśnie bramkę, którą niespodziewanie dostał bohater i od której cała historia się zaczyna, tutaj chodzi, ale rozumiem decyzję tłumacza, żeby tę kwestię w tytule pominąć.

Powinienem jeszcze wspomnieć w paru słowach o ilustracjach – napisał w posłowiu Autor. – Otóż podczas pisania tej książki zajmowałem górne piętro dużego, zapuszczonego dwupoziomowego mieszkania w Nowym Jorku. Na dolnym piętrze mieszkał Jules Feiffer. Był wtedy dopiero u progu kariery. Zaintrygowało go, kto mu tak chodzi w tę i z powrotem nad głową, a potem czytał czasem fragmenty tego, co napisałem, i robił szkice z myślą o ilustracjach. Były znakomite i doskonale oddawały ducha książki. Postanowiliśmy, że to właśnie on ją zilustruje. Wyłoniły się jednak różne drobne problemy. Jules nie lubił rysować pewnych rzeczy. Na przykład map. A ja uwielbiam mapy i w ogóle napisałem tę książkę chyba między innymi po to, żeby umieścić w niej mapę, taką jak w moich ukochanych książkach Arthura Ransome’a. Narysowaliśmy ją więc wspólnymi siłami.

Jules nie lubił też rysować koni. Gdy pod koniec książki Milo i księżniczki uciekają przed demonami, wojsko Królestwa Mądrości nadjeżdża konno. W pierwszych szkicach Jules’a wojacy dosiadali kotów.

(próbowałam policzyć jeźdźców oraz głowy i nogi koni na tej ilustracji, ale jakoś mi się nie sumują 😉 )

Po pewnym czasie stało się to między nami czymś na kształt gry: on szukał sposobów, żeby rysować po swojemu, a ja wymyślałem rzeczy, których narysowanie sprawiłoby mu najwięcej trudności. Na przykład na Górze Niewiedzy Milowi zagraża tłum Demonów. Są wśród nich Trzy Demony Kompromisu: jeden jest niski i gruby, drugi wysoki i chudy, a trzeci dokładnie taki, jak tamte dwa. Nie wiedzieć czemu, nigdy nie doczekały się ilustracji.

Cieszę się bardzo, że Wydawnictwo Kropka zdecydowało się na te oryginalne, można powiedzieć – kanoniczne ilustracje. Uważam, że w sytuacji, kiedy Autor współpracował z Ilustratorem, miał wpływ na efekt końcowy i zaakceptował go, ilustracje stanowią całość z tekstem.

„Wielka podróż małego Mila” to piękna, oniryczna opowieść o wędrówce przez czarodziejskie krainy, którą tytułowy bohater, początkowo znudzony swoim życiem, odbywa po to, żeby przekonać się w końcu, że jest ono ciekawsze od snów. Jej tłumacz Michał Kłobukowski, jak zawsze mistrzowsko wykorzystał przewrotny i absurdalny humor oraz gry słowne, które składają się na niezwykły klimat tej historii. Nikt inny nie potrafi z taką lekkością tworzyć niezliczonych neologizmów i wynajdywać dowolnej ilości synonimów i antonimów. Przekonałam się o tym już wtedy, kiedy czytałyśmy „Wielkomiluda” czyli spolszczoną przez niego powieść Roalda Dahla o BFG. Nazwisko tego tłumacza to zawsze gwarancja lektury na najwyższym poziomie – tak jest również tym razem.

Norton Juster „Wielka podróż małego Mila”, przekł.: Michał Kłobukowski, ilustr.: Jules Feiffer, wyd.: Kropka, Warszawa 2021

Norton Juster „Niezwykła rogatka”, przekł.: Anna Wojtaszczyk, ilustr.; Grzegorz Kierzkowski, wyd.: Bertelsmann Media, Warszawa 2001

Kraina smoków czyli Smoczy jeździec

Kraina smoków czyli Smoczy jeździec

Edit grudzień 2020: „Smoczy jeżdziec” Cornelii Funke został zekranizowany i książka ukazała się pod nowym, filmowym tytułem i z nową, filmową okładką. Przekład na szczęście pozostał ten sam 🙂

Wpis z 4 grudnia 2007 roku:

„Smoczy jeździec” był trzecią po  ”Atramentowym sercu” i „Królu złodziei” książką Cornelii Funke, która ukazała się w Polsce. Tamte dwie bardzo się spodobały się Najstarszej z córek, więc czekała na nią niecierpliwie. Żeby ją dostać na Mikołajki dwa lata temu, musiałam urządzić niemal polowanie z nagonką, ale udało się ! I tu niestety nastąpiło rozczarowanie 😦 Okazało się, że jest ona adresowana do czytelnika zdecydowanie młodszego, więc nie bardzo przypadła Najstarszej (wówczas trzynastoletniej) do gustu. Za to dwaj znajomi, niespełna dziesięcioletni chłopcy byli nią zachwyceni.

Nauczona tym doświadczeniem zabrałam „Smoczego jeźdźca” na zeszłoroczne wakacje i zaczęłam czytać Najmłodszej – podówczas sześcioipółletniej. Tym razem książka odniosła zasłużony sukces 🙂 Wystarczyło nam czytania na całe dwutygodniowe wczasy – w końcu to ponad 400 stron. Po jakimś czasie wróciłyśmy do niej, a dziś skończyłyśmy czytanie trzecie 🙂

„Smoczy jeździec” to powieść drogi. Razem ze srebrnym smokiem Lungiem, koboldką Siarczynką i chłopcem Benem odbywamy podróż ze Szkocji w Himalaje w poszukiwaniu Skraju Nieba – mitycznej ojczyzny smoków i miejsca, gdzie będą mogły ukryć się przed wszechobecnymi ludźmi. Jest to podróż przez świat, jakiego istnienia nawet się nie domyślamy. Wędrowcy musieli unikać ludzi (gdyby było inaczej pewnie nie dotarliby do celu), za to spotkali wiele baśniowych stworzeń – mniej i bardziej sympatycznych. Bazyliszek, Dżin o Tysiącu Oczu, Wąż morski – to tylko nieliczne z nich (że o gadającym szczurze – kartografie i jego kuzynce pilotce nie wspomnę 😉 ).

„Smoczy jeździec” to opowieść o przyjaźni, lojalności i współpracy. Tylko dzięki nim wędrowcom udało się nie tylko odnaleźć Skraj Nieba, ale również pokonać Parzymorta Złotego – odwiecznego wroga smoków.

Złoto będzie mniej warte niż srebro, gdy powróci Smoczy Jeździec– tak głosiła przepowiednia powtarzana w legendach i tak się stało. – Ale to nie opowieści go pokonały – powiedział Ben.   – Prawda, my to zrobiliśmy – krzyknęła Siarczynka, rozkładając szeroko ramiona. – My wszyscy razem. Koboldy, smoki, człowiek, homunkulus, krasnal i szczur. Niezła z nas mieszanka rozpuszczająca !

Smoczy jeździec” to także opowieść o przeznaczeniu – to co nam jest pisane, wydarzy się, jeśli tylko odważymy się podążyć za jego głosem, nawet gdyby wydawało się to nierozsądne. Jeśli Ben zachowywałby się rozsądnie, to uciekłby ze starego spichrza w którym spotkał Lunga i Siarczynkę, a juz na pewno nie wsiadłby na smoka i nie wyruszył w podróż w nieznane. Gdyby zachował się rozsądnie… nie dowiedziałby się, że jest Smoczym Jeźdźcem, nie zyskałby dozgonnej przyjaźni homunkulusa i nie znalazłby rodziny.

Czasem w życiu warto zaryzykować – ale czy naprawdę było warto, wiedzieć będziemy dopiero wtedy, kiedy to zrobimy 😉

Cornelia Funke „Smoczy jeździec” (ilustrowała Autorka), przekł.: Anna i Miłosz Urban, wyd.: Media Rodzina, Poznań 2005

Cornelia Funke „Kraina smoków” , przekł.: Anna i Miłosz Urban, wyd.: Poradnia K, Warszawa 2020

Pasztety, do boju !

Pasztety, do boju !

Myślę, że to już najwyższa pora, żeby wstawić na półkę w Małym Pokoju „Pasztety, do boju !”, bo to książka znakomita – świetnie napisana dowcipna, pełna energii oraz ucząca dystansu i pozytywnego myślenia 🙂

Wpis z 13 października 2017 roku:

Obraz widziany w tym lustrze może być zniekształcony przez powszechnie uznane kanony piękna – taki napis zobaczyłam w łazience jednego z campingów, który odwiedziliśmy w czasie wakacji. Czytałam wtedy akurat „Pasztety, do boju !” i ta naklejka bardzo dobrze korespondowała z treścią tej książki.

Trochę żałuję, że nie udało mi się napisać o niej latem, bo to książka bardzo wakacyjna – taka lipcowa powieść drogi. Jednak z drugiej strony – problem, którego dotyczy nie jest tylko problemem letnim.

Kanony piękna zmieniają się od wieków i to, co w jednym stuleciu budziło zachwyt, w innym już niekoniecznie… Jednak czasy, w których żyjemy są pod tym względem wyjątkowe, bo jeszcze nigdy wcześniej dyktatura jednego wzorca nie była tak dominująca. Nie ma ucieczki od obrazu idealnie pięknych i idealnie szczupłych kobiet, a żadna z nich nie wygląda w realu tak, jak na billboardach, w prasie czy na reklamach, która atakują nas kiedy tylko włączymy telewizor czy komputer.

Czasy, w których żyjemy są wyjątkowe także dlatego, że nigdy wcześniej nie było internetu – medium hiperdemokratycznego, które daje KAŻDEMU prawo do wyrażenia KAŻDEJ opinii na KAŻDY temat. Jest to w dodatku medium, rzec można, eksterytorialne, funkcjonujące obok czy też poza tak zwanym realem, ale wywierające na niego ogromny wpływ.

Dlatego nigdy wcześniej nie było możliwe, aby w jakiejś szkole odbyły się (już po raz trzeci) wybory Złotego, Srebrnego i Brązowego Paszteta czyli najbrzydszych dziewczyn, w których KAŻDY chłopak może napisać KAŻDEJ dziewczynie w sposób dowolnie obraźliwy, a szkoła mogła umyć od tego ręce, bo rzecz dzieje się w internecie czyli nigdzie. Słowa napisane w internecie ranią tak samo, jak te wypowiedziane prosto w twarz, tylko łatwiej je napisać niż powiedzieć wprost, bo w internecie wydaje się one jakoś tak jakby oderwane od rzeczywistości. A przecież przemoc jest przemocą niezależnie od medium…

No i wyniki są na fejsie: jestem Brązowym Pasztetem.

Trochę słabo. Przez dwa lata miałam tytuł Złotego Paszteta i myślałam, że nikt mi go nie odbierze, a tu co ? Figa.

Tytułowe Pasztety są trzy – Astrid, Hakima i Mireille, ale najlepiej poznajemy tę ostatnią. To ona, jako najbardziej doświadczony Pasztet wspiera debiutantki na podium, ona jest narratorką tej książki i spiritus movens wszystkiego, co się w niej wydarza. Mireille to dziewczyna fantastycznie inteligentna, bystra i złośliwa, także pod swoim adresem. Brak urody zgodnej z aktualnymi kanonami nie jest jej jedynym życiowym problemem, ale ze wszystkimi radzi sobie podobnie – uczyniła sobie pancerz ze swojej inteligencji, bezpośredniości i zjadliwego poczucia humoru.

Okazuje się, że w powiedzeniu: nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło, jest jakieś ziarno prawdy, bo dzięki rzeczy tak paskudnej jak te wybory rodzi się fajna przyjaźń między dziewczynami i przydarza im się fantastyczna przygoda, której początkiem są trzy rowery w garażu u Mireille i pomysł, żeby razem pojechać do Paryża. Każda z dziewczyn ma inny powód, żeby tam się udać, a towarzyszy im na swoim wózku Kader – brat Hakimy, inwalida wojenny.

„Pasztety, do boju !” to książka, która wpisuje się w nurt tzw. body positivity. Dziewczyny nie wyruszają ani po to, żeby schudnąć, ani po to, żeby tym, którzy je wybrali, udowodnić cokolwiek, ani w żadnym innym celu, który by z wynikał z tego nieszczęsnego konkursu, który je połączył. Jadą z sobie tylko znanych powodów, a ta wyprawa, jak to w powieściach drogi bywa, pomaga im znaleźć w sobie te skrzydła, o których mówi Hakima w ostatnim zdaniu książki.

Clementine Beauvais „Pasztety, do boju !”, przekł.: Bożena Sęk, wyd.: Dwie Siostry, Warszawa 2017