Dzieci, których nie ma

Dzieci, których nie ma

Polen-Jugendverwahrlager der Sicherheitspolizei in Litzmanstadt – prewencyjny obóz policji bezpieczeństwa dla młodzieży polskiej w Łodzi. Nazwa to powstała na użytek zewnętrzny, miała stwarzać pozory, że obóz ma charakter zaradczy i będzie pomocny w należytym wychowaniu polskich dzieci… Zachowaniu pozorów służyło też funkcjonujące w obozie stanowisko „wychowawcy”. Ten prewencyjny z nazwy obóz nosił wszelkie znamiona obozu koncentracyjnego. Nie był tak rozbudowany, jak obóz w Oświęcimiu, nie miał komór gazowych i pieców krematoryjnych, ale nie bez powodu jest nazywany Małym Oświęcimiem… – napisała we wstępie do tej książki jej autorka.

„Dzieci, których nie ma” to próba zmierzenia się z tematem niezwykle trudnym – w sposób odpowiedni dla czytelnika niedorosłego. Próba nie do końca udana, ale ważna, bo pokazująca, że jednak są tematy, których nie da się w taki sposób opisać.

„Dzieci, których nie ma” to książka, której lektura boli. Doczytanie jej do końca sprawiło mi problem, a przecież mam już za sobą wiele trudnych lektur i wiedziałam wcześniej, czym był obóz przy ulicy Przemysłowej. Bardzo długo zbierałam się też do napisania o niej, bo nie byłam w stanie sięgnąć po nią kolejny raz.

Ten obóz, który kojarzyć się może z ostatnim kręgiem piekła, Niemcy umieścili w samym środku innego piekła – łódzkiego getta. Dlatego jego historia słabo zapisała się w pamięci zbiorowej o tych czasach. I właśnie o pamięć chodzi twórcom tej książki. Na jej okładce możemy przeczytać słowa: Nie wolno nam dopuścić, by to, co się wydarzyło w obozie dla polskich dzieci w Łodzi, poszło w zapomnienie.

By Ignacy Płażewski – Muzeum Miasta Łodzi, CC BY-SA 3.0 pl, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=64013274

„Dzieci, których nie ma” to książka przejmująco smutna, ale w taki szczególnie mocny sposób. Jest tam tłum bezimiennych dzieci i nie ma żadnego, które miałoby imię, twarz, któremu moglibyśmy towarzyszyć, współczuć i mieć nadzieję, że uda mu się przeżyć. Twarzy nie ma również na ilustracjach Macieja Szymanowicza, które towarzyszą tekstowi Renaty Piątkowskiej.

Bohaterami tej książki są CIERPIENIE i OKRUCIEŃSTWO.

Jej wygląd zewnętrzny sugeruje zupełnie co innego, niż możemy znaleźć w środku – dlatego mam z nią problem i chyba miało go też wydawnictwo. Seria „Wojny dorosłych – historie dzieci”, w ramach której się ukazała, zawiera książki adresowane do niedorosłych czytelników w różnym wieku – od najmłodszych (jak w przypadku „Asiuni”) po nastolatków. W przypadku „Dzieci, których nie ma” granicę wieku określono jako 15+. Wydaje mi się jednak, że młodzież w tym wieku raczej po nią nie sięgnie, bo jej rozmiar i wygląd sugerują, że jednak jest dla młodszych. Poza tym – młodzi ludzie w wieku licealnym, jeśli tylko są tą tematyką zainteresowani, mogą już czytać książki historyczne z półki dla dorosłych, które ten temat opisują bardziej wyczerpująco.

Renata Piątkowska „Dzieci, których nie ma”, ilustr.: Maciej Szymanowicz, wyd.: Literatura, Łódź 2020

7 dni

7 dni

Wpis z 14 października 2015 roku:

Tydzień to tylko 7 dni, jednak w ciągu nich może wydarzyć się bardzo wiele dobrych i złych rzeczy.

Jest to 168 godzin, podczas których każdy z bohaterów – a także każdy z czytelników – może znaleźć czas, by podjąć tę jedną, być może najważniejszą decyzję, która zmieni całe jego życie.

Jessica i Keren mają po 14 lat, mieszkają niedaleko od siebie i chodzą do tej samej szkoły. Obie mają też (mówiąc eufemistycznie) pokręconą sytuację rodzinną. Pozornie wiele je łączy, pozornie również wiele je dzieli. Dzieli je (i łączy) przede wszystkim to, że jedna z nich jest ofiarą przemocy szkolnej, a druga – jej prześladowczynią.

Jess i Kez są równoległymi narratorkami tej książki, której akcja zamyka się w tytułowych siedmiu dniach, a każdy z tych dni poznajemy z dwóch perspektyw.

„7 dni” to kolejna po „Grze Bailey’a” i „Dziewiętnastu minutach” książka o przemocy szkolnej, które mną wstrząsnęła. Stawia pytania – przede wszystkim o to, co powoduje, że ktoś staje się prześladowcą, a ktoś ofiarą ? Co o tym decyduje ? Przeznaczenie czy wybór ? Czy to kwestia charakteru ? A może przypadek i w innej sytuacji byłoby odwrotnie ?

Przykład Jess i Kez pokazuje zresztą, że paradoksalnie to rola ofiary wymaga większej odwagi, siły charakteru i nonkonformizmu. Im więcej o nich wiemy, tym wyraźniej widzimy, że w tym układzie nikt nie jest górą i trudno powiedzieć, kto płaci wyższą cenę.

„7 dni” to także książka o rodzinie, bo chociaż jedna jej bohaterek żyje w teoretycznie pełnym domu, to obie nie mają w swoich najbliższych oparcia. Są rozpaczliwie samotne, a świat, w którym żyją, jest smutny, nie tylko dlatego, że ciągle pada deszcz (jak to w Anglii jesienią). Dorośli, którzy powinni być ich oparciem, sami nie radzą sobie ze swoją dorosłością, z odpowiedzialnością, którą ona ze sobą niesie. Szkoła również nie potrafi im pomóc, mogą to zrobić tylko one same…

Eve Ainsworth „7 dni”, przekł.: Marcin Mortka, wyd.: Zielona Sowa, Warszawa 2015

Rok, w którym nauczyłam się kłamać

Rok, w którym nauczyłam się kłamać

Książka nominowana w Plebiscycie Blogerów LOKOMOTYWA 2019 w dwóch kategoriach: Fabuła i Przekład

Tamtego roku, kiedy skończyłam dwanaście lat, nauczyłam się kłamać.

Nie mówię tu o niewinnych kłamstewkach, które zdarzają się dzieciom. Mówię o prawdziwych kłamstwach wyrosłych z prawdziwego strachu – o słowach i czynach, które wyrwały mnie z dotychczasowego życia i bez pardonu rzuciły w zupełnie nową rzeczywistość.

Zawirowania w moim spokojnym życiu zaczęły się jesienią 1943 roku, nie tylko z powodu wojny, która wciągnęła cały świat w straszliwą burdę, lecz również z powodu dziewczynki o mrocznym sercu, której pojawienie się w naszej pagórkowatej okolicy zmieniło wszystko na zawsze…

W świecie Annabelle, bohaterki tej książki, wojna, która objęła już prawie całym świat, jest czymś odległym. Życie jej rodziny na farmie w Pensylwanii toczy się zupełnie normalnie, a jedynym jej śladem są gwiazdki naszywane na flagę – niebieskie, kiedy ktoś z okolicy zostanie powołany do armii i złote, kiedy zginie na froncie. „Rok w którym nauczyłam się kłamać” nie jest opowieścią ani o II wojnie światowej, ani o wojnie w ogóle, choć jednym z jej bardzo ważnych bohaterów jest człowiek, który ćwierć wieku po zakończeniu poprzedniej nadal boryka się z jej skutkami. W naszej współczesnej świadomości pamięć II wojnie przykryła wspomnienie tej pierwszej, początkowo nazywanej Wielką i nie zdajemy już sobie sprawy, jak wielkim szokiem była ona wówczas.

Lauren Wolk opowiada tu uniwersalną historię o konfrontacji dobra ze złem, ale nietypowe w niej jest to, że zło uosabia w niej pozornie niewinna dziewczynka, natomiast dobro – człowiek, który także wcale na to nie wygląda.

Tak bywa w normalnym życiu, że pozory mogą zwieść i trzeba spojrzeć na człowieka uważniej, żeby zobaczyć to, co w nim jest naprawę. Tylko w westernach dobry bohater zawsze nosi biały kapelusz, a jak ktoś ma czarny, to wiadomo, że jest zły. W normalnym życiu bywa też tak, że zło nie zostaje ukarane, a dobro nagrodzone. Zdarza się również, że trzeba skłamać po to, żeby prawda wyszła na jaw. Tego wszystkiego Annabelle dowiedziała się jesienią 1943 roku.

„Rok w którym nauczyłam się kłamać” można nazwać powieścią inicjacyjną, mimo że jej bohaterka ma dopiero 12 lat. Wydarzenia, których początkiem był przyjazd na farmę Glenngarrych ich wnuczki Betty, zmieniły nie tylko Annabelle. Odcisnęły piętno na wszystkich, którzy brali w nich udział i nic już potem nie było takie samo…

Tamtego roku, kiedy skończyłam dwanaście lat, nauczyłam się, że moje słowa i czyny mają wagę.

I bywały tak ciężkie, że wcale nie miałam pewności, czy chcę ten ciężar dalej dźwigać.

A jednak dźwigałam go i niosłam dalej – najlepiej, jak umiałam.

Lauren Wolk „Rok w którym nauczyłam się kłamać”, przekł.: Sebastian Musielak, wyd.: Dwie Siostry Warszawa 2019

Dziewiętnaście minut

Dziewiętnaście minut

Wpis z 12 lutego 2009 roku. To był czas największej popularności twórczości Jodi Picoult w Polsce. Zaczynała od bardzo ciekawych powieści sądowo – szpitalnych, potem niestety jej wyobraźnia twórcza powędrowała w jakieś dziwne rejony świadomości 😉 Jej książki adresowane są do czytelników dorosłych, ale po „Dziewiętnaście minut” oprócz rodziców mogą sięgnąć także starsze nastolatki. Po kilkunastu latach nadal jest aktualna.

Wszystkie powieści Jodi Picoult są poruszające, ale ta zrobiła na mnie największe wrażenie. Problemy opisywane w poprzednich były w tym samym stopniu intrygujące, co odległe od moich własnych. W tej jest inaczej… Każdy z jej czytelników był lub jest uczniem, a większość ma lub będzie miało dzieci. Każdy też zapewne choć raz spotkał się z jakimś przejawem przemocy ze strony rówieśników i nieważne czy był prześladowany, czy w przemocy uczestniczył, czy też był jej świadkiem.

Kiedy słyszymy w telewizji, ze gdzieś tam jakiś uczeń zaczął strzelać do swoich szkolnych kolegów i nauczycieli, myślimy… No właśnie – co myślimy ??? Że to się może zdarzyć tylko w Ameryce ? Że to efekt amerykańskiego bezstresowego wychowywania dzieci i tamtejszego kryzysu rodziny ? Że tak skutkuje nadmiar telewizji i gier komputerowych ? Na pewno myślimy wtedy jedno – że nasze dziecko nigdy by czegoś takiego nie zrobiło.

Kiedy ma się urodzić dziecko, rodzice wyobrażają je sobie jako kompilację najlepszych cech i talentów wszystkich członków rodziny (plus parę takich, jakich im w materiale genetycznym może brakuje, ale bardzo chcieliby mieć 😉 ). Wad nie uwzględniają w tych planach w ogóle. Tymczasem na świecie pojawia się byt całkowicie odrębny i odmienny od ich wyobrażeń.

Peter Houghton wychował się w pełnej rodzinie – pozornie normalnej i kochającej się. Miał rodziców, brata, psa, komputer i żadnych trosk materialnych. Był miłym, myślącym i wrażliwym dzieckiem. Jego beztroskie dzieciństwo skończyło się w chwili, kiedy pierwszy raz wsiadł do szkolnego autobusu…

Wszystko co działo się od tego momentu od chwili, kiedy otworzył ogień w szkole to z jednej strony spirala przemocy, która zaczęła się od pozornie niewinnych żartów a z drugiej – ciąg zaniechań, przeoczeń, niedopatrzeń, obojętności. Rodzice Petera, jego nauczyciele, kierowca szkolnego autobusu, trener, Josie, inni uczniowie, rodzice jego prześladowców – wszyscy (w większym czy mniejszym stopniu) mają na sumieniu to, że nic nie zrobili.

Dlaczego właśnie Peter ? Z tej samej przyczyny, dla której w innym miejscu podobnych szykan doznawał  Michael Bayley – był inny.

Sterling to niewielkie miasto w stanie New Hampshire – spokojne, zamożne, zamieszkałe w większości przez przedstawicieli middle class. Żadnych slumsów i gangów. Niektórzy z mieszkańców przenieśli się tam z Nowego Jorku w poszukiwaniu bezpiecznego miejsca do życia i wychowywania dzieci.

Wszyscy rodzice, w miarę swoich możliwości, szukają takiego miejsca i wszyscy pragną wychować swoje dzieci jak najlepiej. Ja oczywiście też. Tylko jak ? Lacy i Lewisowi Houghtonom to się nie udało, mimo że (przynajmniej w swoim przekonaniu) starali się. Gdzie popełnili błąd ? Gdzie jest granica między nadopiekuńczością a zaniedbaniem ? Gdzie – miedzy brakiem zainteresowania a szacunkiem dla prywatności ?

Patrząc z innej strony – jakie błędy popełniali rodzice szkolnej elity, tych agresywnych mięśniaków, którzy wyzywali go od świrów ? Co w życiu swojej córki przeoczyła sędzia Alex Cormier?

Dziewiętnaście minut” to książka, która zachwiała podstawami mojej rodzicielskiej pewności siebie…

dziewiętnaście minut można skosić frontowy trawnik, ufarbować włosy, obejrzeć tercję meczu hokejowego. Dziewiętnaście minut wystarczy, żeby zaplombować ząb, upiec ciasto, poskładać pranie pięcioosobowej rodziny. (…)

dziewiętnaście minut można wstrzymać świat lub ewakuować się z niego na zawsze.

Dziewiętnaście minut – tyle wystarczy, żeby dopełnić zemsty.

Jodi Picoult „Dziewiętnaście minut”, przekł.: Katarzyna Kasterka, wyd.: Prószyński i S-ka, Warszawa 2009

Siedmiu wspaniałych i sześć innych nie całkiem nieznanych historii

Siedmiu wspaniałych i sześć innych nie całkiem nieznanych historii

Wpis z 18 stycznia 2015 roku, ale okładka powyżej pochodzi z wydania najnowszego. Pierwsza była taka:

Jakiś czas temu pewna moje znajoma wyznała, że wzruszyło ja ogromnie tytułowe opowiadanie z „Siedmiu wspaniałych” Roksany Jędrzejewskiej – Wróbel. Ponieważ znałam ją dotychczas jako osobę raczej nieskorą do wzruszeń, a już na pewno nie do publicznego przyznawania się do nich, natychmiast sięgnęłam po tę książkę, aby sprawdzić, co też takiego ona w sobie ma 🙂 Opowiadanie tytułowe nie zrobiło na mnie aż takiego wrażenia, ale całość spodobała mi się bardzo.

Moje córki były już wtedy zdecydowanie zbyt posunięte w latach na tę lekturę. Na szczęście, kiedy jak na zamówienie ukazało się nowe wydanie z ilustracjami Marianny Oklejak, w naszej rodzinie pojawiły się kolejne dzieci, które mogłam nią obdarować.

Księgarnie pełne są teraz baśni w najrozmaitszych wersjach – od kanonicznych (czyli z grubsza takich jak je Grimmowie czy Andersen napisali) począwszy, przez rozmaite skróty po mniej lub bardziej udane przeróbki, bawiące się ich postaciami i schematami. Roksana Jędrzejewska – Wróbel dokonała zabiegu oryginalnego. Sięgnęła po znanych skądinąd bohaterów, ale umieściła ich w sytuacjach na wskroś współczesnych, takich, jakie na pewno nie mogły im się przydarzyć dawno dawno temu za górami za lasami….

Tamten świat nie miał przecież celebrytów znanych z tego, że są znani. Nie było w nim nachalnych akwizytorów, którzy potrafią wmówić niemal każdemu, że absolutnie i natychmiast potrzebuje czegoś, o istnieniu czego jeszcze wczoraj nie miał pojęcia. O przemocy szkolnej też chyba nikt nie słyszał, a i z rozwodami było trochę inaczej niż teraz.

Mnie najbardziej urzekło pierwsze opowiadanie. W roli Kopciuszka obsadzona w nim została pewna mama, która wcześniej poświęciła całe swoje życie, plany i ambicje wychowaniu córek, natomiast jako złe siostry wystąpiły jej własne dzieci. Historia, która raczej nie mogła się wydarzyć w poprzednich wiekach, poruszyła czułą strunę – może dlatego, że skojarzyła mi się z moim własnym życiem ? Tym bardziej ucieszyło mnie jej szczęśliwe zakończenie 🙂

Roksana Jędrzejewska – Wróbel „Siedmiu wspaniałych i sześć innych, nie całkiem nieznanych historii”, ilustr.: Joanna Olechnowicz – Czernichowska, wyd.: Bajka, Warszawa 2010

Roksana Jędrzejewska – Wróbel „Siedmiu wspaniałych i sześć innych, nie całkiem nieznanych historii”, ilustr.: Marianna Oklejak, wyd.: Bajka, Warszawa 2014

Roksana Jędrzejewska – Wróbel „Siedmiu wspaniałych i sześć innych, nie całkiem nieznanych historii”, ilustr.: Marianna Oklejak, wyd.: Bajka, Warszawa 2018

Dziecko czarownicy; Spadkobierczyni

Dziecko czarownicy; Spadkobierczyni

Wpis z 5 września 2006 roku:

Jestem Mary. Jestem czarownicą.

Tak zaczynają się zapiski Mary Newbury, odnalezione przypadkowo po ponad 300 latach. Kiedy zaczęła obawiać się, że będzie musiała uciekać z osady Beula (gdzieś w obecnym stanie Massachusetts), ukryła je w szytej właśnie kołdrze. Nie była to ani pierwsza, ani ostatnia ucieczka w jej życiu. Niewiele było w nim okresów spokoju i beztroski. Dzieciństwo Mary przypadło na burzliwy czas wojny domowej w Anglii. Nie znała swoich rodziców, a kobieta, którą nazywała Babcią, została stracona jako czarownica. Aby nie podzielić jej losu, przyłączyła się do grupy purytan udających się do Nowego Świata. Razem z nimi wyruszyła w podróż przez ocean, a potem w trudną drogę do miejsca, w którym zamierzali się osiedlić.

Opuściwszy osadę, całe życie zmuszona już była uciekać. Wiadomość o tym, co wydarzyło się w Beula rozeszła się po całej kolonii i pamięć o tym (zwielokrotniona plotką) zawsze mogła ją dogonić.

W świadomości historycznej przeciętnego Polaka miedzy odkryciem Ameryki przez Kolumba a Dzikim Zachodem znanym z westernów zieje ogromna czarna dziura. Giną w niej ponad trzy wieki i kilkanaście pokoleń ludzi, którzy tworzyli zręby tego, co dziś nazywamy Stanami Zjednoczonymi. Przyczyn, dla których porzucali swoje dotychczasowe życie w Starym Świecie i rozpoczynali podróż w nieznane, bez gwarancji dotarcia do celu i najczęściej bez możliwości powrotu, było wiele. Często była to ucieczka – przed wojną, prześladowaniami religijnymi, biedą i głodem. Przybywali na obcy kontynent, gdzie żyli ludzie odmienni od nich, gdzie w lasach rosły nieznane im rośliny i biegały nieznane zwierzęta. Ten świat przerażał ich, nie rozumieli go i próbowali uporządkować według przywiezionych z Europy kryteriów.

Wdowa Hesketh z Salem, gdzie dobił statek, którym płynęła Mary ostrzegała ją: W podróż przez ocean ludzie zabierają ze sobą wszystkie swoje przesądy. Gdy się już tu znajdą, dookoła siebie widzą tylko las, który nie wiadomo gdzie się kończy i w którym są tubylcy i nie wiadomo jeszcze co innego. Ich wiara jest jak nikły płomyk w przepastnych ciemnościach. Ich lęki rozrastają się jak chwasty, które duszą wszystko inne. Te lęki są jednym z powodów tego, że na historię kolonizacji Ameryki składa się spirala strachu, chciwości, przemocy i zemsty. Odpowiedzią na okrucieństwo było jeszcze większe okrucieństwo. Wygrali silniejsi.

„Dziecko czarownicy” i „Spadkobierczyni” to książki, które mogłabym nazwać… mistrzowskimi falsyfikatami. Czytając je prawie uwierzyłam, że są to autentyczne zapiski Mary (choć język i sposób myślenia były momentami zbyt współczesne) i że naprawdę w bostońskim muzeum pracuje Alison Ellman, która je odnalazła i prowadziła dalsze badania nad losami dziewczyny. W posłowiu do „Spadkobierczyni” autorka pisze jednak: Fabuła obu książek jest wytworem mojej fantazji i biorę na siebie pełną odpowiedzialność za wszystko, co się w nich znajduje. Jeśli chodzi o tło historyczne, obyczajowe, nazewnictwo oraz zagadnienia językowe, to starałam się o jak największą dokładność.  Nawet jeśli Mary, Marta, Rebeka, Tobiasz, wielebny Johnson, Sójka, Biały Orzeł i inni żyli tylko wyobraźni autorki, a osada Beula nigdy nie istniała, to wydarzenia opisywane przez nią mogły się wydarzyć wszędzie.

W obu tych książkach ani razu nie padają słowa tolerancja i ksenofobia, ale tak naprawdę właśnie o to w nich chodzi…

Celia Rees „Dziecko czarownicy”, przekł.: Hanna de Broekere, wyd.: Zysk i S-ka, Poznań 2004

Celia Rees „Spadkobierczyni”, przekł.: Hanna de Broekere, wyd.: Zysk i S-ka, Poznań 2005

Madika z Czerwcowego Wzgórza

Madika z Czerwcowego Wzgórza

Wpis z 18 lutego 2008 roku:

Mała Madika – chluba panien z Czerwcowego Wzgórza o złotym sercu, jak ją nazywał wujek Nilsson. Taka sympatyczna, choć uparta dziewczynka – trochę jak  Lotta (tylko starsza) albo jak  Emil, bo podobnie jak on ma masę pomysłów i łatwo przechodzi od słów do czynów. Dlaczego tak trudno było nam się z nią zaprzyjaźnić ???

Chyba dlatego, że w porównaniu ze znanymi nam wcześniej książkami Astrid Lindgren z jej nurtu realistycznego (do których zaliczam „Dzieci z Bullerbyn”, cykl o  dzieciach z ulicy Awanturników,  ”Emila ze Smalandii” czy ”My na wyspie Saltkrakan”) – te madikowe są zdecydowanie mniej sielankowe. Tamte rozgrywają się w beztroskim, dziecięcym świecie swoich bohaterów, a dorośli, którzy się w nich pojawiają są (z małymi wyjątkami) dobrzy i życzliwi.

Madika i jej siostra Lisabet też mają spokojny i dostatni dom (nawet bardziej dostatni niż w innych książkach), ale świat wokół nich nie jest już tak pastelowy. Tuż za płotem, po sąsiedzku mieszka Abbe – najserdeczniejszy przyjaciel Madiki, który w swoim domu jest jedyną osobą dorosłą, mimo że ma kilkanaście lat. Ojciec alkoholik i bezradna wobec jego nałogu Mama nie poradziliby sobie w życiu, gdyby ich syn się nimi nie opiekował. Poza tym są jeszcze: psychicznie chory Lindkvist, który porywa małą Lisabet; pijak Andersson, który zostawia ją w lesie, kiedy wskoczyła na jego sanie; Mia, koleżanka z klasy Madiki, która jest biedna, ma wszy i tak rozpaczliwie walczy o akceptację rówieśników, ze posuwa się aż do kradzieży; samotna i uboga Lindus Ida… W takim otoczeniu trudno o beztroskę.

Dzięki zakamarkowym  ”Przygodom Astrid – zanim została Astrid Lindgren”  wiemy, że pisarka zawarła w tym cyklu wiele swoich wspomnień z dzieciństwa – tych zdecydowanie smutniejszych. Pierwowzorem tytułowej bohaterki była jej serdeczna i dozgonna przyjaciółka Anne-Marie Ingerstom, którą w domu nazywano Madiką. Jej dom rodzinny czyli willa dyrektora miejscowego banku został tam opisany jako Czerwcowe Wzgórze. Za to w postaci Lisabet Astrid sportretowała własną młodszą siostrę – Stinę.

Te książki nie są jednak tylko smutne i zaangażowane społecznie 😉 Jest w nich wiele zdarzeń wesołych i jest też pięknie opisana więź między siostrami. Choć czasem się kłócą i robią sobie na złość, to wieczorem Lisabet przychodzi do łóżka starszej siostry, żeby się do niej przytulić. Scena kończąca „Patrz Madika pada śnieg”, kiedy rodzice wracają do domu po bezowocnych poszukiwaniach swojej zaginionej córeczki i odnajdują ją w łóżku starszej siostry, wzrusza mnie za każdym razem, gdy ją czytam.

Z tych książek pochodzi też określenie fąflu jeden, które z radością przyjęłam do naszego domowego języka – lubię obdarzać tym epitetem moje córki, kiedy mi podpadną (w zastępstwie zdecydowanie mniej cenzuralnych określeń, które mi się wtedy cisną na usta 😉 )

P.S. Nasza Księgarnia wydała niedawno obie zasadnicze części „Madiki” w jednym tomie w ramach tzw. Serii luksusowej. Edit: a jeszcze potem razem jako „Przygody Madiki z Czerwcowego Wzgórza”

Astrid Lindgen „Madika z Czerwcowego Wzgórza”, przekł: Anna Węgleńska, ilustr.: Ilon Wikland, wyd.: Nasza Księgarnia, Warszawa 1994

Astrid Lindgen „Madika i berbeć z Czerwcowego Wzgórza”, przekł: Anna Węgleńska, ilustr.: Ilon Wikland, wyd.: Nasza Księgarnia, Warszawa 1994

Astrid Lindgen „Madika z Czerwcowego Wzgórza” (Seria Luksusowa), przekł: Anna Węgleńska, ilustr.: Ilon Wikland, wyd.: Nasza Księgarnia, Warszawa 2007

Astrid Lindgen „Przygody Madiki z Czerwcowego Wzgórza” , przekł: Anna Węgleńska, ilustr.: Ilon Wikland, wyd.: Nasza Księgarnia, Warszawa 2015

Astrid Lindgen „Patrz Madika, pada śnieg !”, przekł: Anna Węgleńska, ilustr.: Ilon Wikland, wyd.: Zakamarki, Poznań 2007

Gra Bailey’a

Gra Bailey’a

Wpis z 18 czerwca 2006 roku – wtedy ta książka zrobiła na mnie duże wrażenie. Ciekawa jestem, co by było, gdyby ją teraz wznowiono ?

Co takiego w nim było, że go tak nienawidzono ? Czy naprawdę aż tak bardzo różnił się od reszty dzieciaków ? Wtedy tak się wydawało. (…) Może to jego imię albo pulchna budowa, może rude włosy, może wysokie czoło lub jego ubrania, albo sposób w jaki nosił torbę – przewieszoną przez pierś na skos – może chodziło o drobiazgi. Nie było nic szczególnego, co dałoby się uchwycić, ale w jakiś sposób wszystkie te cechy razem wyróżniały go i czyniły celem żartów. A to, co zaczęło się jako kpiny i podśmiewania, skończyło się zaciekłą nienawiścią.

Zaczęło się niewinnie i nikt z tych, którzy zaczynali, nie przypuszczał, że zajdą w tej grze tak daleko. Taka zabawa wciąga, daje poczucie wyższości – jesteśmy MY, ci lepsi i ON, ten gorszy, właściwie sam sobie winien, że spotyka go to wszystko, skoro jest taki niefajny. Gra Baileya zaszła tak daleko również dlatego, ze pozwoliła na to szkoła – nie zauważając w trakcie i bagatelizując, kiedy było już po wszystkim.

Od tamtej pory minęło sporo czasu i dla większości uczniów Michael Bailey jest tylko legendą z przeszłości, a tamte wydarzenia obrosły w wiele mitów. Nikt już nie zastanawia się, jak było naprawdę – najłatwiej jest zapomnieć. Zapomnieć jednak nie można, bo gra powraca, ale tym razem jest to Gra Lauren. Wszystko jest tak samo, tylko Alex już nie potrafi przyglądać się obojętnie…

Gra Baileya zostawia ślad w psychice wszystkich jej uczestników – zarówno ofiary jak i prześladowców, dotyka także tych obojętnych, którzy pozornie nie stają po żadnej ze stron. Ta książka uzmysławia, jak niewiele trzeba, by stać się ofiarą grupy. Pokazuje również, jak trudno jest nie stać się prześladowcą i jak silny charakter potrzebny jest, żeby przeciwstawić się grupie.

To nie jest lektura lekka, łatwa i przyjemna. Klimat horroru, narastające napięcie – jest w niej coś, co nie pozwala o niej zapomnieć. Kiedy obejrzałam pierwszy raz „Ptaki” Hitchcocka, przez pewien czas czułam się nieswojo, gdy w pobliżu siadał ptak większy od wróbla. Po lekturze „Gry Baileya”, widząc dzieci wracające ze szkoły, nie mogłam się powstrzymać od rozważań – czy wśród nich też toczy się taka gra ? Czy koledzy i koleżanki moich córek byliby zdolni do takich zachowań ? Jak zachowałyby się w takiej sytuacji one same, czy raczej stałyby się ofiarami czy prześladowcami ? Czy ich szkoła, ich nauczyciele potrafiliby w porę zapobiec ? Nie wiem. Mogę tylko mieć nadzieję, że nigdy nie będę musiała poznać odpowiedzi na te pytania.

P.S. „Gra Baileya” to także jedna z największych napotkanych przeze mnie pomyłek wydawniczych. Przedziwnym zrządzeniem losu ukazała się w serii „Książki super” razem z perełkami typu: „Duch na luzie” czy „Mój nauczyciel jest wampirem”. Cała seria reklamowana jest jako: Najciekawsze, najśmieszniejsze i „najstraszniejsze” powieści dla fanów czarów i tajemnic, kosmicznych przygód i duchów, szkolnych kawałów i kryminalnych zagadek, zakręconych pomysłów i odlotowej zabawy ! Osoba, która podjęła taką decyzję, chyba nie czytała tej książki zbyt uważnie 😦

Ja sama nie trafiłabym na nią, gdybym wcześniej nie przeczytała niezwykłego  „Dziecka czarownicy” tej samej autorki. Ale o tym napiszę innym razem… (edit: napisałam –> tędy proszę )

Celia Rees „Gra Baileya”, przekł.: Małgorzata Strzelec, wyd.: Amber, Warszawa 2002

Urodziny Daisy

Urodziny Daisy

Wpis z 6 lipca 2006 roku:

Festiwal książek Jacqueline Wilson w naszym domu trwa 🙂

Po  ”Dziewczynce z walizkami  i ”Na krawędzi” (opisanymi juz tutaj) oraz „Podwójnej roli” (o której innym razem) przyszła kolej na „Urodziny Daisy”, a jeszcze sporo przed nami. Środkowa z córek dostała tę książkę na dziesiąte urodziny i błyskawicznie ją połknęła, natomiast ja, czytając, miałam wrażenie, jakby to było o niej i jej koleżankach.

Okazuje się, że dziewczynki w tym wieku są do siebie podobne, niezależnie od tego, czy żyją w Anglii, w Polsce, czy jeszcze gdzieś indziej. Na zebraniach w początkowych klasach szkoły podstawowej dużo uwagi poświęca się zazwyczaj problemom z zachowaniem chłopców, bo to oni robią więcej zamieszania. Przypominają małe niedźwiadki, które bez przerwy się ze sobą mocują i poszturchują. Dziewczynki w tym wieku przywodzą mi raczej na myśl kłębowisko żmij 😉 Tu nie ma otwartych walk – są szepty za plecami, zmowy milczenia i szantaże: jak się będziesz z NIĄ przyjaźnić, to JA CIEBIE nie będę lubić.

Amy, Bella, Chloe, Daisy i Emily – koleżanki z klasy tworzą tajny Klub Alfabetek, bo ich imiona zaczynają się na kolejne litery alfabetu. Wszystkie po kolei zapraszają resztę na urodzinowe przyjęcie z nocowaniem. Daisy obawia się swoich urodzin – nie wie, jak przyjaciółki zareagują na jej starszą, niepełnosprawną siostrę Lily, która jeździ na wózku i nie mówi…

W każdym domu może zdarzyć się ktoś lub coś, z jakiegoś powodu zaskakujący postronnych – jakieś rodzinne zwyczaje, wystrój mieszkania, fryzura Mamy czy specyficznej urody pies 😉 Czy stanie się to tematem do kpin, czy nie, zależy w dużym stopniu od stosunku samego dziecka do własnego domu i od jego poczucia własnej wartości. Jeśli sami uważamy, że coś jest powodem do wstydu, to również nasze otoczenie będzie tak traktować ten problem. Daisy kocha siostrę, mimo że nie jest podobna do innych starszych sióstr i dlatego wbrew jej obawom koleżanki (w większości) reagują na Lily normalnie.

Wszystko to znamy z własnego podwórka – zarówno rywalizację na przyjęcia urodzinowe (a to w ZOO, a to w kręgielni czy na basenie), jak i ciągły stres, że najlepsza (jeszcze wczoraj) przyjaciółka dziś już może przyjaźni się z kimś innym. Jest wśród koleżanek Środkowej taka dziewczynka, która (zupełnie jak Chloe) zawsze i w każdych okolicznościach rządzi pozostałymi, a one się jej poddają. Trwa to już kilka lat. Ani ja, ani inni rodzice nie rozumiemy  – co w niej jest takiego i skąd się bierze ta jej Moc, bo nie jest to nic, co mogliby zrozumieć dorośli: ani nadzwyczajna uroda, ani mądrość, ani możliwość imponowania gadżetami. Może jest trochę tak, jak w książce powiedziała Emily: lepiej być z nią w przyjaźni, niż mieć w niej śmiertelnego wroga.  Brzmi to niemal jak rozważania kardynała Richelieu… Z wcześniejszego doświadczenia z Najstarszą wiem jednak, że z tego wieku się po prostu wyrasta i to pomaga mi przetrwać 😉

Jacqueline Wilson „Urodziny Daisy” , przekł.: Renata Kopczewska., ilustr.: Nick Sharratt, wyd.: Media Rodzina, Poznań 2006

M jak dżeM

M jak dżeM

i kolejne części cyklu o Neli – „Kawa dla kota” i „Miłość bez konserwantów”.

Wpis z 28 listopada 2007 roku:

Być może przegapiłabym tę książkę, gdyby nie  mała burza, jaka się wokół niej rozpętała na jednym z forów.  Zaintrygowała mnie, więc znalazłam ją i przeczytałam. Spodobała mi się. Potem pomyślałam sobie, że może wrodzona przekora wykrzywia mi optykę, więc dałam ją do przeczytania Najstarszej z córek. Też jej się spodobała 🙂

Nela ma trzynaście lat i właśnie rozpoczęła naukę w gimnazjum. W nowej szkole nie czuje się dobrze, nie potrafi znaleźć wspólnego języka z koleżankami z klasy. Sytuacja rodzinna również jej się komplikuje – w jej życiu pojawia się nagle rodzina Taty, który od lat nie utrzymuje z córką kontaktu, oraz dziecko, które ma się urodzić Mamie i Artyście. Co prawda Nela znakomicie dogaduje się z ze swoim ojczymem, ale nie wiadomo, co się stanie, kiedy pojawi się nowy członek rodziny. Poznaje też pewną starszą panią, która przypomina mi trochę Vianne Rocher, bohaterkę „Czekolady” – z tą różnicą, że pani Lila czaruje dżemami….

„M jak dżeM” to taka jesienna książka. Pełna barw i smaków, ale podszyta smutkiem i melancholią. Można ją też zaliczyć do książek świątecznych, bo przecież kończy się przygotowaniami do Wigilii.

Pierwszym zarzutem, jaki pojawił się we wspomnianym wątku, był pewna stygmatyzacja, jakiej dokonała Autorka, nazywając negatywne postaci – Wanessa Gwóźdź, Isaura Kowalska i Sandra Wątroba, w przeciwieństwie do bohaterki pozytywnej o imieniu Aniela. No fakt – coś w tym jest, ale z drugiej strony…. Nela odziedziczyła swoje imię po prababci i jest to szczegół istotny dla całości akcji – trudno wobec tego, żeby była Nikolą czy Sabriną. Natomiast jej szkolne prześladowczynie przez większą część książki znamy jako Goły Pępek, Miss Perfumerii i Rudą – ich imiona pojawiają dopiero na setnej stronie. Do tego czasu zdążyliśmy już poznać je od najgorszej strony. Najstarsza stwierdziła, że te imiona świadczą bardziej o ich rodzinach niż o nich samych. Poza tym – są kompatybilne z zamiłowaniem owych dziewczyn do głupich seriali 😉

Imiona owych dziewczyn mieszczą się ponadto w nieco groteskowej  (żeby nie powiedzieć – tragikomicznej) konwencji, w jakiej Agnieszka Tyszka opisuje szkołę Neli – trochę podobnej do tego, jak widzi te instytucję Małgorzata Musierowicz w nowszych tomach „Jeżycjady”. Książka momentami jedzie po stereotypach (że się wyrażę kolokwialnie 😉 ), ale te stereotypy nie biorą się znikąd. To że istnieją środowiskowe mody na imiona wiadomo nie od dziś – tak było od wieków. Nie jest tajemnicą również to, że nauczyciele bywają różni i obok mądrych trafiają się tacy, którzy wybrali ten zawód jedynie z braku innych pomysłów na życie.

Czy jednak można powiedzieć, że ta książka pokazuje złe wzorce radzenia sobie (a raczej nieradzenia) z problemem agresji w szkole ? Czy przeniesienie Neli do innej szkoły było ucieczką ? O to samo zapytała ją pani Lila:

– Nie wiem, jakie powinno być zakończenie tej historii. W bajce wszystko byłoby proste – złe dziewczyny ukarane, a pokrzywdzona zyskuje zasłużoną nagrodę. Ale to nie bajka… Może więc warto zastanowić się chociaż, co dla ciebie stanowiłoby zasłużoną nagrodę ?

Nela pomyślała przez chwilę, przywołując w pamięci zakończenia znanych jej bajek.

– Żaden przystojny książę, żaden piękny pałac, klejnoty i inne bogactwa, ani to słynne „żyli długo i szczęśliwie…”. Po prostu święty spokój – powiedziała w końcu. – Normalna klasa. Nic nadzwyczajnego.

Dla mnie było to naturalne działanie rodziców poszukujących odpowiedniego miejsca dla swojej córki. Nie ma szkoły idealnej dla wszystkich, ale chodzi się tam po to, żeby się uczyć, a nie po to żeby uprawiać walkę z wiatrakami, w pojedynkę przeciw wszystkim (z dyrekcją włącznie). Nie każdy ma w sobie taki hart ducha, a już na pewno nie delikatna i wrażliwa Nela.

Jedno wiem na pewno – to nie jest książka do osób na diecie. Kiedy się ją czyta, przychodzi ochota na herbatę i jakąś konfiturę, albo dżem. Może aksamitne morele na jesienną zadumę ? Albo rozgrzewające malinki na pierwsze mrozy ? Albo szarlotkę – z jesiennych jabłek oczywiście ? Zaczynam rozumieć, czemu ostatnio chodzi za mną ta szarlotka… 😉

Agnieszka Tyszka „M jak dżeM”, wyd.: Nasza Księgarnia, Warszawa 2007

Wpis z 30 marca 2008 roku:

Weszłam do Empiku właściwie tylko po to, żeby kupić  ”Cukiernię pod Pierożkiem z Wiśniami” dla kolejnej solenizantki z klasy Najmłodszej z córek. Nie znalazłam jej od razu, musiałam trochę poszperać po półkach i wtedy stało się…

Najpierw moją uwagę zwróciła okładka w kolorze kawy latte – ma w sobie coś ciepłego, a równocześnie romantycznego. Potem wpadł mi w oko kawowy tytuł. Wreszcie – nazwisko autorki wywołało jakże słuszne skojarzenie. Tak – to właśnie jest ciąg dalszy kontrowersyjnej książki  ”M jak dżeM”.

Od Świąt zamykających tamtą część minęło pół roku, a życie Neli dalekie jest o happy endu, które sugerowało jej zakończenie. Malutka siostrzyczka zupełnie nie przypomina słodkich bobasów z reklam pampersów. Mama i Artysta umęczeni jej kolkami i ciągłym płaczem nie mają ani czasu, ani siły, żeby interesować się starszą córką. Ojciec, obdarowany przez nią „Tatownikiem”, nie potrafił odnaleźć się w tej sytuacji. W dodatku jeszcze – najlepsza przyjaciółka wróciła z wakacji zakochana. Ogólnie jest niewesoło i wtedy z pomocą przychodzi nieoceniona pani Lila…

O czym jest ta książka ? Przede wszystkim o miłości – we wszystkich jej aspektach: męsko – damskim (czy lepiej chłopięco – dziewczęcym 😉 ), rodzinnym, a także o miłości człowieka do zwierzęcia. O odpowiedzialności. I wreszcie – o zapomnianej już zupełnie (a jakże urokliwej) mowie kwiatów.

Czytając „Kawę dla kota” miałam nieodparte wrażenie, że autorka niejako dyskutuje w niej z krytycznymi głosami dotyczącymi poprzedniej części. Świadczy o tym choćby poprowadzenie postaci pani Purchawki, która okazuje się być kimś zupełnie innym niż by to sugerowało jej zimowe nakrycie głowy. Pojawia się w tam także niejaka Sandra Wątroba (zwana również Gołym Pępkiem) w nieoczekiwanym wcieleniu. Speech o przemocy znajdujący się na stronie 58 brzmi zupełnie tak, jakby był postem w podlinkowanym przeze mnie wątku.

Otwarte zakończenie „Kawy dla kota” sugeruje, że może będzie miała ona ciąg dalszy… Czekamy z ciekawością 🙂

Agnieszka Tyszka „Kawa dla kota”, wyd.: Nasza Księgarnia, Warszawa 2008

Ciąg dalszy i zamknięcie cyklu ukazało się pod tytułem „Miłość bez konserwantów”. Jeśli spodobają Wam się pierwsze dwa tomy, na pewno sięgniecie i po ten 🙂