Free lunch. Darmowy obiad

Free lunch. Darmowy obiad

Ostrzeżenie – recenzja niestety zawiera spoilery, ale nie potrafiłam napisać o tym, co moim zdaniem jest w tej historii ważne, nie odnosząc się do jej zakończenia.

Właśnie skończyłem pisać historię, którą wy właśnie skończyliście czytać. Jestem wykończony, smutny i jest mi trochę niedobrze. (Nie bójcie się, nie puszczę na was pawia). Czuję się tak, bo wszystko, co opisałem w tej książce, zdarzyło się naprawdę. Tak wyglądało moje dzieciństwo. Każdy śmiech, każdy obiad w szkole, każde uderzenie, o których czytaliście, jest efektem głębokiego nurkowania w moją prywatną przeszłość.

Podobnie jak większość szóstoklasistów, interesowali mnie głównie kumple, oceny i kombinacje do szafek. Ale martwiłem się też o inne rzeczy – kiedy znowu coś zjem, w jakim nastroju będzie moja mama czy ojczym, kiedy wrócę ze szkoły, i kiedy inne dzieciaki odkryją mój najmroczniejszy sekret – że jestem biedny jak mysz kościelna – napisał Autor tej książki w posłowiu.

„Free lunch. Darmowy obiad” to nie jest lektura przyjemna. Towarzysząc bohaterowi w jego niełatwym i niesprawiedliwym życiu, odczuwałam przede wszystkim bezradność i bezsilną złość. Adresatami tej ostatniej byli dorośli – przede wszystkim matka i ojczym Rexa, ale także jego nieobecny, choć płacący alimenty ojciec oraz wszyscy ci, którzy go codziennie spotykali, na przykład nauczyciele ze szkoły. W najmniejszym stopniu obwiniałam Abuelę – babcię chłopca, bo ona jednak usiłowała coś dla niego zrobić.

Im dłużej myślę o tej książce, tym większe mam poczucie, że największym problemem Rexa wcale nie była bieda. Ta historia opowiedziana jest z punktu widzenia jej jedenastoletniego bohatera i mimo że pisał ją już jako człowiek dorosły, mam wrażenie, że nadal w głębi duszy jest tym skrzywdzonym przez życie chłopcem. Brakuje mi tam refleksji dorosłego, patrzącego na to wszystko z dystansu.

Dlatego w tej opowieści na pierwszym planie jest bieda – brak jedzenia w domu i tytułowy darmowy obiad w szkole, którego ceną jest wstyd przed kolegami, używane ciuchy, dziurawy plecak czy niemożność zapisania się na zajęcia dodatkowe – bo to są te kwestie, w których Rex porównywał się z rówieśnikami. Są tam też problemy dla polskiego czytelnika niezrozumiałe, na przykład to, jak jest postrzegany bohater z racji swojego meksykańskiego pochodzenia i jak go to sytuuje w strukturze społecznej.

W tle i właściwie bez żadnego odautorskiego komentarza pozostaje to, co działo się w jego domu, a co chłopiec uważał za normę.

Czyli przemoc.

Przemoc słowna i fizyczna, zarówno między dorosłymi, jak też w stosunku do niego, czego skutkiem był z jednej strony brak poczucia bezpieczeństwa, a z drugiej – typowe dla takich sytuacji wchodzenie przez dziecko w rolę osoby dorosłej i branie na siebie odpowiedzialności za brata i mamę.

Mam w związku z tym problem z zakończeniem tej książki, bo (tu następuje zapowiadany spoiler) kończy się ona happyendem. Mama znajduje pracę, rodzice wykupują z lombardu zastawione tam wcześniej rzeczy i wreszcie są normalne święta (czyli z prezentami). Od tego momentu zaczyna się nowe lepsze życie. Ok, być może naprawdę tak było w tej rodzinie, ale we mnie po tej lekturze pozostała obawa. Czy naprawdę tylko brak pieniędzy był w tej rodzinie problemem ? A co jeśli Mama Rexa straci pracę i znowu zaczną się problemy finansowe ? Tyle czasu była bezrobotna, może był jakiś tego inny powód ? A jeśli restauracja splajtuje ? Czy związek mamy z ojczymem przetrwa i co, jeśli nie ? Obawiam się, że ten strach pozostał z Rexem do dziś.

Dlatego napisał tę książkę – dla dzieci, które są w jego sytuacji, ale też dla tych, które takich problemów nie mają. Żeby zrozumiały, że ich biedniejsi koledzy nie są temu winni. A także, że oni sami wcale nie są lepsi dlatego, że ich rodzice (i rodziny) są życiowo zaradniejsi.

Żadne dziecko nie powinno czuć się osamotnione, zawstydzone czy bezwartościowe. Dzieci muszą wiedzieć, że to w jakich warunkach żyją, nie jest ich winą. (…) Napisałem „Darmowy obiad”, bo naprawdę wierzę, że mam coś wartościowego do przekazania. I nie chodzi tylko o wyjawienie prawdy na temat moich najbardziej intymnych doświadczeń, by dać innym do zrozumienia, że nie są sami. Chciałbym również wyrazić solidarność z tymi młodymi czytelnikami, którzy desperacko jej potrzebują.

Tak, życie potrafi być naprawdę, naprawdę ciężkie. Dla niektórych kończy się nawet tragicznie. Ale świat potrafi być też piękny, cudowny i pełny radości. Zazwyczaj jest tak gdzieś pośrodku.

Rex Ogle „Free lunch. Darmowy obiad”, przekł.: Alicja Laskowska, wyd.: Mamania, Warszawa 2020

Małe

Małe

Książka nominowana w Plebiscycie Blogerów LOKOMOTYWA – książka dla niedorosłych w kategorii Od A do Z !!!

Popatrz !

To jest małe, które nazywa się Małe.

I dwoje dużych, którzy nazywają się Jedno i Drugie.

Bywają takie książki – niewielkie, niepozorne, a jednak walą w czytelnika jak obuchem.

„Świat Mundka”, o którym pisałam niedawno, ma 278 stron gęstego tekstu. „Małe” to zaledwie 15 kartek, a cały tekst tej książki zmieściłby się zapewne na jednej. Czy to jednak znaczy, że pisze się o nim 278 razy łatwiej ???

Nie, zdecydowanie nie, a nawet – wręcz przeciwnie.

„Małe” to książka, która wygląda, jakby była dla małych dzieci, ale ostrożnie z nią !!! To nie jest lektura do poduszki, którą można przeczytać każdemu dziecku i zostawić je same z myślami, które wywołuje. Kontakt z nią boli, nawet bardzo i dlatego trzeba się z nią obchodzić ostrożnie. Ale są takie dzieci i takie sytuacje, kiedy może bardzo pomóc…

Dziś jest wesoły dzień. Dobry wesoły dzień w przedszkolu.

Lecz w domu nie będzie wesoło…

Drugie mówi, że Małe zrobiło coś nie tak.

W domu wybucha jeszcze większa awantura.

U Małego w domu kłótnie robią się zawsze takie duże. Za duże.

„Małe” to opowieść o tym, co czuje dziecko doznające przemocy ze strony dorosłych. Ta przemoc może być różna – zarówno fizyczna, na którą wskazuje choćby ciemniejsza plama wokół oka Małego, której w pierwszej chwili można nie zauważyć, jak i psychiczna. Są nią nie tylko kłótnie dorosłych, za które jest ono obwiniane, ale też ich późniejsza obojętność.

Stina Wirsen opowiada o tym nie tylko ascetycznym tekstem, ale także (czy może przede wszystkim ?) przejmującymi ilustracjami. Wszyscy mali i duzi na nich są trochę niezgrabnymi stworkami, a poza nimi jest tam tylko trochę (na pozór !) niedbałych bazgrołów. Mimo to widzimy na nich wyraźnie wszystkie emocje, które Autorka chce nam przekazać – również dzięki temu, że im bardziej emocje kipią, tym większy bałagan robi się dookoła nich, a kropki z tapety na ścianach przestają stać w równych rządkach.

Jest więcej małych, które przeżywają to, co Małe.

Jest więcej małych, którzy boją się w domu.

Jeśli się o tym opowie, znajdą się duzi, którzy pomogą.

Bo duzi powinni opiekować się tymi, którzy są mali.

Tak po prostu jest.

Stina Wirsen zilustrowała także „Żadnej przemocy !” Astrid Lindgren. Te książki stanowią, można powiedzieć, komplet, nie tylko ze względu na te ilustracje. Obie mają pomóc małym, aby nie byli krzywdzeni przez dużych.

Książka zawiera numery do telefonów zaufania zarówno dla dzieci i młodzieży (—>> 116 111), jak i dla dorosłych, którzy potrzebują wsparcia w zakresie pomocy psychologicznej dzieciom oraz reagowania na przemoc wobec dzieci (—>> 800 100 100) prowadzonych przez Fundację Dajemy Dzieciom Siłę.

Niestety, obawiam się, że czas pandemii i lockdownów spowodował, że problem nasilił się. Coraz więcej dużych zamkniętych z najbliższymi w domach ma problemy z własnymi emocjami. Coraz więcej małych zamkniętych w domach z takimi dużymi nie może o tym opowiedzieć Pani, która mogłaby im pomóc…

Stina Wirsen „Małe”, przekł.: Katarzyna Skalska, wyd.: Zakamarki, Poznań 2020

Świat Mundka

Świat Mundka

Książka nominowana w Plebiscycie Blogerów LOKOMOTYWA – książka dla niedorosłych w kategorii – tekst

oraz wyróżniona w konkursie Książka Roku Polskiej Sekcji IBBY

Z badań nad czytelnictwem dzieci i młodzieży, które od lat prowadzi dr Zofia Zasacka wynika wyraźnie, że spora część tych dzieci, które w początkach szkoły podstawowej czytały książki, przestaje to robić w wieku około 13 lat (czyli do niedawna na progu gimnazjum). Dlaczego tak się dzieje ? Przyczyn jest kilka: jedną z nich jest to, że w tym wieku dzieci osiągają większa samodzielność w wybieraniu sposobów spędzania czasu, większa rolę w ich życiu zaczynają tez odgrywać media społecznościowe, więc, można powiedzieć, że mają inne, bardziej atrakcyjne zajęcia 😉 Poza tym mają oni już za sobą parę lat szkoły, która skutecznie przekonuje ich przy pomocy lektur szkolnych, że czytanie jest czynnością nudną. Wreszcie – last but not least – wkraczają w wiek dojrzewania. To czas wielu rozterek, trudnych pytań stawianych samemu sobie i poszukiwania odpowiedzi na nie. Niestety, tych odpowiedzi współcześni nastolatkowie raczej nie znajdą w literaturze do nich adresowanej.

Próbowałam wśród książek wydanych w ostatnim czasie znaleźć takie, które opowiadałyby o problemach dorastania w sposób interesujący dla nastolatków i na ogół były to pozycje tłumaczone z języków obcych. Realia życia opisywane w nich nie zawsze odpowiadały polskim, choć te problemy są uniwersalne. Z wielką radością odkryłam „Świat Mundka” – książkę z historią dziejącą się współcześnie na polskiej prowincji, w której ani bohaterowie, ani tym bardziej dialogi między nimi nie szeleszczą papierem.

Masz trzynaście lat, a za sobą kilka potyczek przy domowym stole ? To może znasz Mundka, który chce rysować komiksy, ale jego ojciec nie widzi w tym przyszłości ? Może jest w twojej klasie jakaś Inga, która trzyma marzenia w tekturowym pudle na dnie szafy ? Albo łysi bliźniacy o imionach wielkich twórców, którzy chcą robić małe rzeczy ? Oddaję ci „Świat Mundka”, bo pewnie trochę przypomina twój – napisała Autorka na ostatniej okładce tej książki.

W „Świecie Mundka”, trochę wbrew tytułowi mamy dwoje głównych bohaterów. Jest to więc nie tylko świat Mundka, ale także Ingi, ich historie są oddzielne, choć czasami się krzyżują, bo chodzą oni do tej samej klasy. W takiej sytuacji można się spodziewać wątku miłosnego, ale mimo że obydwoje czują coś do siebie, cała opowieść nie jest o tym.

Nie jest to też, jak w przypadku młodzieżowych powieści obyczajowych bywa najczęściej, historia rozgrywająca się w grupie rówieśniczej z rodzicami gdzieś w odległym tle. W tym wieku dom rodzinny stanowi jeszcze centrum świata młodego człowieka, a rodzice mają na jego życie ogromny wpływ. Pokazanie tego jest wielkim plusem „Świata Mundka”, bo właściwie każdy z bohaterów, także drugoplanowych nie ma ze swoimi rodzicami łatwo.

Czytałam tę książkę dwa razy i za drugim razem zobaczyłam w niej przed wszystkim opowieść o dorosłych. Trudno się oczywiście spodziewać, że jej nastoletni czytelnicy będą potrafili spojrzeć z takiej perspektywy, ale może warto, żeby sięgnęli po nią także ich rodzice ? Choćby po to, żeby potem nie mówili swoim dzieciom takich rzeczy:

– Weź ty zrób coś pożytecznego, chłopie – zrzędził ojciec przekopując widelcem jajecznicę na talerzu. – Smarujesz i smarujesz… Jeszcze nie spotkałem takiego, który by wyżył ze smarowania głupot. Nic wam nie zadają ?

Ta wypowiedź to taka kwintesencja częstego stosunku rodziców do dzieci. Jest w niej zarówno pogardliwe deprecjonowanie tego, co jest pasją syna (czyli rysowanie komiksów, do czego chłopak ma wyraźny, choć konsekwentnie niedostrzegany przez ojca talent), jak też sprowadzanie jego aktywności życiowej tylko do szkoły (dodajmy, że rzecz dzieje się w czasie wakacji). Jest też przekonanie, że to ojciec wie najlepiej, jaka powinna być przyszłość jego dziecka. Oczywiście – taka, w której powtórzyłoby ono życiową drogę swoich rodziców, z tym że powinno zrobić to lepiej, bo słuchając ich rad, nie popełniłoby błędów, które oni zrobili.

Ta wypowiedź pokazuje też, jak bardzo ów ojciec zamknięty jest w wizji świata, w którym on sam żyje. Tymczasem (podobno) ponad połowa obecnych nastolatków będzie pracować w zawodach, których jeszcze nie ma. Ojciec Mundka nie wie też, że z tego smarowania głupot można obecnie całkiem dobrze żyć, a storyboardziści i motion designerzy, jeśli tylko są dobrzy w swoim fachu, zarabiają lepiej od niego 😉

To jest niestety problem, który pogłębia się w miarę tego, jak coraz szybciej zmienia się nasza rzeczywistość. Zawsze było tak, że dzieci wychowywało się do świata, w którym żyli ich rodzice, a nie do tego, w którym one same potem żyły. Obecni nastolatkowie, w tym także bohaterowie tej książki to roczniki z pierwszej dekady XXI wieku, nie pamiętający świata bez internetu. Ich rodzice urodzili się u schyłku PRL-u, dorastali w czasie transformacji ustrojowej, a wychowywani byli przez rodziców, którzy całe życie przeżyli w słusznie minionym systemie. Każde z tych pokoleń stawało wobec wyzwań nieznanych poprzednikom. Tak będzie także z następnymi, a świat będzie się zmieniał coraz szybciej

Katalog rodzicielskich win wobec dzieci jest w tej książce naprawdę szeroki – od zwykłej bezradności, przez przemoc fizyczną i psychiczną po obojętność, a przyczyn często należy szukać w ich dzieciństwie. Warto się przejrzeć w tym zwierciadle, choć byłabym niesprawiedliwa, gdybym pozostawiła Was z przekonaniem, że nie ma tam fajnych dorosłych. Są, ale raczej w wieku emerytalnym – przede wszystkim ciotka Mundka i jej przyjaciółka (oraz ich cudowne dialogi 😉 ), a także (ukazująca pod koniec zaskakujące oblicze) dyrektor jego szkoły. To z jej ust Mundek usłyszy słowa, które powinien usłyszeć każdy nastolatek: Nie przyjmuj do wiadomości, że twój cel jest niemożliwy do osiągnięcia. Nikt, Raj-mun-dzie, nikt nie ma pojęcia, co jest dla ciebie możliwe, a co nie.

Świat Mundka, świat Ingi, świat Kazika i innych zależy przede wszystkim od nich, a nas dorosłych rolą jest im tego nie popsuć…

Katarzyna Wasilkowska „Świat Mundka”, wyd.: Literatura, Łódź 2020

Żadnej przemocy !

Żadnej przemocy !

Gdybym była Bogiem,

płakałabym,

nad ludźmi,

których stworzyłam

na swoje podobieństwo.

Jakżebym płakała

nad ich złem

i podłością,

i okrucieństwem,

i głupotą,

ich nieszczęsną dobrocią

i bezradną rozpaczą,

i smutkiem.

W 1978 roku Astrid Lindgren otrzymała Pokojową Nagrodę Księgarzy Niemieckich.

Nieduża książeczka pięknie wydana właśnie przez poznańskie Wydawnictwo Zakamarki zawiera w sobie oprócz przemowy, którą Astrid Lindgren wygłosiła na uroczystości wręczenia tej nagrody oraz jej wiersza Gdybym była Bogiem… także napisane w 2018 roku: przedmowę autorstwa Marty Santos Pais, Specjalnej Przedstawicieli Sekretarza Generalnego ONZ do Spraw Przemocy wobec Dzieci i posłowie Tomasa Hammarberga, Doradcy w Komitecie Praw Człowieka ONZ i członka pierwszego Komitetu Praw Dziecka. W tym posłowiu czytamy:

Tekst, który przygotowała i przekazała organizatorom, nie został dobrze odebrany i poproszono ją, by jednak nie wygłaszała przemówienia. Jego przesłanie uznano za zbyt kontrowersyjne. Lecz Lindgren tak łatwo się nie poddała. Oświadczyła, że jeśli nie będzie mogła przedstawić swojej wizji tego, jak stworzyć bardziej pokojowy świat wraz z dziećmi i dla dzieci, to nie zamierza w ogóle przyjeżdżać. Koniec końców organizatorzy ustąpili, autorka pojechała do Frankfurtu i wygłosiła swoją słynna mowę „Żadnej przemocy !”.

Powiedziała wtedy między innymi takie słowa:

Mówić o pokoju, to mówić o czymś, co nie istnieje. Prawdziwy pokój nie istnieje w naszym świecie i chyba nigdy nie istniał inaczej, niż jako cel, którego wyraźnie nie potrafimy osiągnąć. Odkąd człowiek żyje na tym globie, używa przemocy i rozpętuje wojny, a kruchy pokój, który czasem nastaje, jest nieustannie zagrożony. (…)

Może powinniśmy, po tylu tysiącleciach nieustannych wojen, zadać sobie pytanie, czy nie ma jakiegoś błędu konstrukcyjnego w ludzkiej naturze, skoro zawsze sięgamy po przemoc ?

Jej zdaniem przyczyną jest to, że od zarania dziejów przemoc jest częścią doświadczenia dzieciństwa, a dziecko wychowane w ten sposób, otrzymaną przemoc przekaże dalej – innym ludziom, w tym także swoim dzieciom. Powiedziała wtedy także:

A zatem – jeśli będziemy wychowywać nasze dzieci bez przemocy i surowego rygoru, czy rezultatem stanie się nowy rodzaj człowieka, który żyje w trwałym pokoju ? Tylko autorka książek dla dzieci może żywić tak naiwne nadzieje ! Wiem, ze to utopia. Bo oczywiście jest wiele innych rzeczy na tym nieszczęsnym chorym świecie, które muszą zostać zmienione, żeby zapanował pokój…

Od tamtego dnia minęło ponad 40 lat i w tym czasie na szczęście sporo się zmieniło – przynajmniej w kwestii stosunku do przemocy wobec dzieci. Ale przesłanie tej książki pozostaje nadal aktualne. To, jakie dzieciństwo każdy z nas stworzy swoim dzieciom jest naszym małym wkładem w pokój na świecie.

P.S. Co prawda wydaje mi się to oczywiste, ale na wszelki wypadek zaznaczę wyraźnie – to nie jest książka adresowana do dzieci !!!

Astrid Lindgren „Żadnej przemocy !”, ilustr.: Stena Wirsen, przekł.: Anna Węgleńska, wyd.: Zakamarki, Poznań 2020

Dzieci, których nie ma

Dzieci, których nie ma

Polen-Jugendverwahrlager der Sicherheitspolizei in Litzmanstadt – prewencyjny obóz policji bezpieczeństwa dla młodzieży polskiej w Łodzi. Nazwa to powstała na użytek zewnętrzny, miała stwarzać pozory, że obóz ma charakter zaradczy i będzie pomocny w należytym wychowaniu polskich dzieci… Zachowaniu pozorów służyło też funkcjonujące w obozie stanowisko „wychowawcy”. Ten prewencyjny z nazwy obóz nosił wszelkie znamiona obozu koncentracyjnego. Nie był tak rozbudowany, jak obóz w Oświęcimiu, nie miał komór gazowych i pieców krematoryjnych, ale nie bez powodu jest nazywany Małym Oświęcimiem… – napisała we wstępie do tej książki jej autorka.

„Dzieci, których nie ma” to próba zmierzenia się z tematem niezwykle trudnym – w sposób odpowiedni dla czytelnika niedorosłego. Próba nie do końca udana, ale ważna, bo pokazująca, że jednak są tematy, których nie da się w taki sposób opisać.

„Dzieci, których nie ma” to książka, której lektura boli. Doczytanie jej do końca sprawiło mi problem, a przecież mam już za sobą wiele trudnych lektur i wiedziałam wcześniej, czym był obóz przy ulicy Przemysłowej. Bardzo długo zbierałam się też do napisania o niej, bo nie byłam w stanie sięgnąć po nią kolejny raz.

Ten obóz, który kojarzyć się może z ostatnim kręgiem piekła, Niemcy umieścili w samym środku innego piekła – łódzkiego getta. Dlatego jego historia słabo zapisała się w pamięci zbiorowej o tych czasach. I właśnie o pamięć chodzi twórcom tej książki. Na jej okładce możemy przeczytać słowa: Nie wolno nam dopuścić, by to, co się wydarzyło w obozie dla polskich dzieci w Łodzi, poszło w zapomnienie.

By Ignacy Płażewski – Muzeum Miasta Łodzi, CC BY-SA 3.0 pl, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=64013274

„Dzieci, których nie ma” to książka przejmująco smutna, ale w taki szczególnie mocny sposób. Jest tam tłum bezimiennych dzieci i nie ma żadnego, które miałoby imię, twarz, któremu moglibyśmy towarzyszyć, współczuć i mieć nadzieję, że uda mu się przeżyć. Twarzy nie ma również na ilustracjach Macieja Szymanowicza, które towarzyszą tekstowi Renaty Piątkowskiej.

Bohaterami tej książki są CIERPIENIE i OKRUCIEŃSTWO.

Jej wygląd zewnętrzny sugeruje zupełnie co innego, niż możemy znaleźć w środku – dlatego mam z nią problem i chyba miało go też wydawnictwo. Seria „Wojny dorosłych – historie dzieci”, w ramach której się ukazała, zawiera książki adresowane do niedorosłych czytelników w różnym wieku – od najmłodszych (jak w przypadku „Asiuni”) po nastolatków. W przypadku „Dzieci, których nie ma” granicę wieku określono jako 15+. Wydaje mi się jednak, że młodzież w tym wieku raczej po nią nie sięgnie, bo jej rozmiar i wygląd sugerują, że jednak jest dla młodszych. Poza tym – młodzi ludzie w wieku licealnym, jeśli tylko są tą tematyką zainteresowani, mogą już czytać książki historyczne z półki dla dorosłych, które ten temat opisują bardziej wyczerpująco.

Renata Piątkowska „Dzieci, których nie ma”, ilustr.: Maciej Szymanowicz, wyd.: Literatura, Łódź 2020

7 dni

7 dni

Wpis z 14 października 2015 roku:

Tydzień to tylko 7 dni, jednak w ciągu nich może wydarzyć się bardzo wiele dobrych i złych rzeczy.

Jest to 168 godzin, podczas których każdy z bohaterów – a także każdy z czytelników – może znaleźć czas, by podjąć tę jedną, być może najważniejszą decyzję, która zmieni całe jego życie.

Jessica i Keren mają po 14 lat, mieszkają niedaleko od siebie i chodzą do tej samej szkoły. Obie mają też (mówiąc eufemistycznie) pokręconą sytuację rodzinną. Pozornie wiele je łączy, pozornie również wiele je dzieli. Dzieli je (i łączy) przede wszystkim to, że jedna z nich jest ofiarą przemocy szkolnej, a druga – jej prześladowczynią.

Jess i Kez są równoległymi narratorkami tej książki, której akcja zamyka się w tytułowych siedmiu dniach, a każdy z tych dni poznajemy z dwóch perspektyw.

„7 dni” to kolejna po „Grze Bailey’a” i „Dziewiętnastu minutach” książka o przemocy szkolnej, które mną wstrząsnęła. Stawia pytania – przede wszystkim o to, co powoduje, że ktoś staje się prześladowcą, a ktoś ofiarą ? Co o tym decyduje ? Przeznaczenie czy wybór ? Czy to kwestia charakteru ? A może przypadek i w innej sytuacji byłoby odwrotnie ?

Przykład Jess i Kez pokazuje zresztą, że paradoksalnie to rola ofiary wymaga większej odwagi, siły charakteru i nonkonformizmu. Im więcej o nich wiemy, tym wyraźniej widzimy, że w tym układzie nikt nie jest górą i trudno powiedzieć, kto płaci wyższą cenę.

„7 dni” to także książka o rodzinie, bo chociaż jedna jej bohaterek żyje w teoretycznie pełnym domu, to obie nie mają w swoich najbliższych oparcia. Są rozpaczliwie samotne, a świat, w którym żyją, jest smutny, nie tylko dlatego, że ciągle pada deszcz (jak to w Anglii jesienią). Dorośli, którzy powinni być ich oparciem, sami nie radzą sobie ze swoją dorosłością, z odpowiedzialnością, którą ona ze sobą niesie. Szkoła również nie potrafi im pomóc, mogą to zrobić tylko one same…

Eve Ainsworth „7 dni”, przekł.: Marcin Mortka, wyd.: Zielona Sowa, Warszawa 2015

Rok, w którym nauczyłam się kłamać

Rok, w którym nauczyłam się kłamać

Książka nominowana w Plebiscycie Blogerów LOKOMOTYWA 2019 w dwóch kategoriach: Fabuła i Przekład

Tamtego roku, kiedy skończyłam dwanaście lat, nauczyłam się kłamać.

Nie mówię tu o niewinnych kłamstewkach, które zdarzają się dzieciom. Mówię o prawdziwych kłamstwach wyrosłych z prawdziwego strachu – o słowach i czynach, które wyrwały mnie z dotychczasowego życia i bez pardonu rzuciły w zupełnie nową rzeczywistość.

Zawirowania w moim spokojnym życiu zaczęły się jesienią 1943 roku, nie tylko z powodu wojny, która wciągnęła cały świat w straszliwą burdę, lecz również z powodu dziewczynki o mrocznym sercu, której pojawienie się w naszej pagórkowatej okolicy zmieniło wszystko na zawsze…

W świecie Annabelle, bohaterki tej książki, wojna, która objęła już prawie całym świat, jest czymś odległym. Życie jej rodziny na farmie w Pensylwanii toczy się zupełnie normalnie, a jedynym jej śladem są gwiazdki naszywane na flagę – niebieskie, kiedy ktoś z okolicy zostanie powołany do armii i złote, kiedy zginie na froncie. „Rok w którym nauczyłam się kłamać” nie jest opowieścią ani o II wojnie światowej, ani o wojnie w ogóle, choć jednym z jej bardzo ważnych bohaterów jest człowiek, który ćwierć wieku po zakończeniu poprzedniej nadal boryka się z jej skutkami. W naszej współczesnej świadomości pamięć II wojnie przykryła wspomnienie tej pierwszej, początkowo nazywanej Wielką i nie zdajemy już sobie sprawy, jak wielkim szokiem była ona wówczas.

Lauren Wolk opowiada tu uniwersalną historię o konfrontacji dobra ze złem, ale nietypowe w niej jest to, że zło uosabia w niej pozornie niewinna dziewczynka, natomiast dobro – człowiek, który także wcale na to nie wygląda.

Tak bywa w normalnym życiu, że pozory mogą zwieść i trzeba spojrzeć na człowieka uważniej, żeby zobaczyć to, co w nim jest naprawę. Tylko w westernach dobry bohater zawsze nosi biały kapelusz, a jak ktoś ma czarny, to wiadomo, że jest zły. W normalnym życiu bywa też tak, że zło nie zostaje ukarane, a dobro nagrodzone. Zdarza się również, że trzeba skłamać po to, żeby prawda wyszła na jaw. Tego wszystkiego Annabelle dowiedziała się jesienią 1943 roku.

„Rok w którym nauczyłam się kłamać” można nazwać powieścią inicjacyjną, mimo że jej bohaterka ma dopiero 12 lat. Wydarzenia, których początkiem był przyjazd na farmę Glenngarrych ich wnuczki Betty, zmieniły nie tylko Annabelle. Odcisnęły piętno na wszystkich, którzy brali w nich udział i nic już potem nie było takie samo…

Tamtego roku, kiedy skończyłam dwanaście lat, nauczyłam się, że moje słowa i czyny mają wagę.

I bywały tak ciężkie, że wcale nie miałam pewności, czy chcę ten ciężar dalej dźwigać.

A jednak dźwigałam go i niosłam dalej – najlepiej, jak umiałam.

Lauren Wolk „Rok w którym nauczyłam się kłamać”, przekł.: Sebastian Musielak, wyd.: Dwie Siostry Warszawa 2019

Dziewiętnaście minut

Dziewiętnaście minut

Wpis z 12 lutego 2009 roku. To był czas największej popularności twórczości Jodi Picoult w Polsce. Zaczynała od bardzo ciekawych powieści sądowo – szpitalnych, potem niestety jej wyobraźnia twórcza powędrowała w jakieś dziwne rejony świadomości 😉 Jej książki adresowane są do czytelników dorosłych, ale po „Dziewiętnaście minut” oprócz rodziców mogą sięgnąć także starsze nastolatki. Po kilkunastu latach nadal jest aktualna.

Wszystkie powieści Jodi Picoult są poruszające, ale ta zrobiła na mnie największe wrażenie. Problemy opisywane w poprzednich były w tym samym stopniu intrygujące, co odległe od moich własnych. W tej jest inaczej… Każdy z jej czytelników był lub jest uczniem, a większość ma lub będzie miało dzieci. Każdy też zapewne choć raz spotkał się z jakimś przejawem przemocy ze strony rówieśników i nieważne czy był prześladowany, czy w przemocy uczestniczył, czy też był jej świadkiem.

Kiedy słyszymy w telewizji, ze gdzieś tam jakiś uczeń zaczął strzelać do swoich szkolnych kolegów i nauczycieli, myślimy… No właśnie – co myślimy ??? Że to się może zdarzyć tylko w Ameryce ? Że to efekt amerykańskiego bezstresowego wychowywania dzieci i tamtejszego kryzysu rodziny ? Że tak skutkuje nadmiar telewizji i gier komputerowych ? Na pewno myślimy wtedy jedno – że nasze dziecko nigdy by czegoś takiego nie zrobiło.

Kiedy ma się urodzić dziecko, rodzice wyobrażają je sobie jako kompilację najlepszych cech i talentów wszystkich członków rodziny (plus parę takich, jakich im w materiale genetycznym może brakuje, ale bardzo chcieliby mieć 😉 ). Wad nie uwzględniają w tych planach w ogóle. Tymczasem na świecie pojawia się byt całkowicie odrębny i odmienny od ich wyobrażeń.

Peter Houghton wychował się w pełnej rodzinie – pozornie normalnej i kochającej się. Miał rodziców, brata, psa, komputer i żadnych trosk materialnych. Był miłym, myślącym i wrażliwym dzieckiem. Jego beztroskie dzieciństwo skończyło się w chwili, kiedy pierwszy raz wsiadł do szkolnego autobusu…

Wszystko co działo się od tego momentu od chwili, kiedy otworzył ogień w szkole to z jednej strony spirala przemocy, która zaczęła się od pozornie niewinnych żartów a z drugiej – ciąg zaniechań, przeoczeń, niedopatrzeń, obojętności. Rodzice Petera, jego nauczyciele, kierowca szkolnego autobusu, trener, Josie, inni uczniowie, rodzice jego prześladowców – wszyscy (w większym czy mniejszym stopniu) mają na sumieniu to, że nic nie zrobili.

Dlaczego właśnie Peter ? Z tej samej przyczyny, dla której w innym miejscu podobnych szykan doznawał  Michael Bayley – był inny.

Sterling to niewielkie miasto w stanie New Hampshire – spokojne, zamożne, zamieszkałe w większości przez przedstawicieli middle class. Żadnych slumsów i gangów. Niektórzy z mieszkańców przenieśli się tam z Nowego Jorku w poszukiwaniu bezpiecznego miejsca do życia i wychowywania dzieci.

Wszyscy rodzice, w miarę swoich możliwości, szukają takiego miejsca i wszyscy pragną wychować swoje dzieci jak najlepiej. Ja oczywiście też. Tylko jak ? Lacy i Lewisowi Houghtonom to się nie udało, mimo że (przynajmniej w swoim przekonaniu) starali się. Gdzie popełnili błąd ? Gdzie jest granica między nadopiekuńczością a zaniedbaniem ? Gdzie – miedzy brakiem zainteresowania a szacunkiem dla prywatności ?

Patrząc z innej strony – jakie błędy popełniali rodzice szkolnej elity, tych agresywnych mięśniaków, którzy wyzywali go od świrów ? Co w życiu swojej córki przeoczyła sędzia Alex Cormier?

Dziewiętnaście minut” to książka, która zachwiała podstawami mojej rodzicielskiej pewności siebie…

dziewiętnaście minut można skosić frontowy trawnik, ufarbować włosy, obejrzeć tercję meczu hokejowego. Dziewiętnaście minut wystarczy, żeby zaplombować ząb, upiec ciasto, poskładać pranie pięcioosobowej rodziny. (…)

dziewiętnaście minut można wstrzymać świat lub ewakuować się z niego na zawsze.

Dziewiętnaście minut – tyle wystarczy, żeby dopełnić zemsty.

Jodi Picoult „Dziewiętnaście minut”, przekł.: Katarzyna Kasterka, wyd.: Prószyński i S-ka, Warszawa 2009

Siedmiu wspaniałych i sześć innych nie całkiem nieznanych historii

Siedmiu wspaniałych i sześć innych nie całkiem nieznanych historii

Wpis z 18 stycznia 2015 roku, ale okładka powyżej pochodzi z wydania najnowszego. Pierwsza była taka:

Jakiś czas temu pewna moje znajoma wyznała, że wzruszyło ja ogromnie tytułowe opowiadanie z „Siedmiu wspaniałych” Roksany Jędrzejewskiej – Wróbel. Ponieważ znałam ją dotychczas jako osobę raczej nieskorą do wzruszeń, a już na pewno nie do publicznego przyznawania się do nich, natychmiast sięgnęłam po tę książkę, aby sprawdzić, co też takiego ona w sobie ma 🙂 Opowiadanie tytułowe nie zrobiło na mnie aż takiego wrażenia, ale całość spodobała mi się bardzo.

Moje córki były już wtedy zdecydowanie zbyt posunięte w latach na tę lekturę. Na szczęście, kiedy jak na zamówienie ukazało się nowe wydanie z ilustracjami Marianny Oklejak, w naszej rodzinie pojawiły się kolejne dzieci, które mogłam nią obdarować.

Księgarnie pełne są teraz baśni w najrozmaitszych wersjach – od kanonicznych (czyli z grubsza takich jak je Grimmowie czy Andersen napisali) począwszy, przez rozmaite skróty po mniej lub bardziej udane przeróbki, bawiące się ich postaciami i schematami. Roksana Jędrzejewska – Wróbel dokonała zabiegu oryginalnego. Sięgnęła po znanych skądinąd bohaterów, ale umieściła ich w sytuacjach na wskroś współczesnych, takich, jakie na pewno nie mogły im się przydarzyć dawno dawno temu za górami za lasami….

Tamten świat nie miał przecież celebrytów znanych z tego, że są znani. Nie było w nim nachalnych akwizytorów, którzy potrafią wmówić niemal każdemu, że absolutnie i natychmiast potrzebuje czegoś, o istnieniu czego jeszcze wczoraj nie miał pojęcia. O przemocy szkolnej też chyba nikt nie słyszał, a i z rozwodami było trochę inaczej niż teraz.

Mnie najbardziej urzekło pierwsze opowiadanie. W roli Kopciuszka obsadzona w nim została pewna mama, która wcześniej poświęciła całe swoje życie, plany i ambicje wychowaniu córek, natomiast jako złe siostry wystąpiły jej własne dzieci. Historia, która raczej nie mogła się wydarzyć w poprzednich wiekach, poruszyła czułą strunę – może dlatego, że skojarzyła mi się z moim własnym życiem ? Tym bardziej ucieszyło mnie jej szczęśliwe zakończenie 🙂

Roksana Jędrzejewska – Wróbel „Siedmiu wspaniałych i sześć innych, nie całkiem nieznanych historii”, ilustr.: Joanna Olechnowicz – Czernichowska, wyd.: Bajka, Warszawa 2010

Roksana Jędrzejewska – Wróbel „Siedmiu wspaniałych i sześć innych, nie całkiem nieznanych historii”, ilustr.: Marianna Oklejak, wyd.: Bajka, Warszawa 2014

Roksana Jędrzejewska – Wróbel „Siedmiu wspaniałych i sześć innych, nie całkiem nieznanych historii”, ilustr.: Marianna Oklejak, wyd.: Bajka, Warszawa 2018

Dziecko czarownicy; Spadkobierczyni

Dziecko czarownicy; Spadkobierczyni

Wpis z 5 września 2006 roku:

Jestem Mary. Jestem czarownicą.

Tak zaczynają się zapiski Mary Newbury, odnalezione przypadkowo po ponad 300 latach. Kiedy zaczęła obawiać się, że będzie musiała uciekać z osady Beula (gdzieś w obecnym stanie Massachusetts), ukryła je w szytej właśnie kołdrze. Nie była to ani pierwsza, ani ostatnia ucieczka w jej życiu. Niewiele było w nim okresów spokoju i beztroski. Dzieciństwo Mary przypadło na burzliwy czas wojny domowej w Anglii. Nie znała swoich rodziców, a kobieta, którą nazywała Babcią, została stracona jako czarownica. Aby nie podzielić jej losu, przyłączyła się do grupy purytan udających się do Nowego Świata. Razem z nimi wyruszyła w podróż przez ocean, a potem w trudną drogę do miejsca, w którym zamierzali się osiedlić.

Opuściwszy osadę, całe życie zmuszona już była uciekać. Wiadomość o tym, co wydarzyło się w Beula rozeszła się po całej kolonii i pamięć o tym (zwielokrotniona plotką) zawsze mogła ją dogonić.

W świadomości historycznej przeciętnego Polaka miedzy odkryciem Ameryki przez Kolumba a Dzikim Zachodem znanym z westernów zieje ogromna czarna dziura. Giną w niej ponad trzy wieki i kilkanaście pokoleń ludzi, którzy tworzyli zręby tego, co dziś nazywamy Stanami Zjednoczonymi. Przyczyn, dla których porzucali swoje dotychczasowe życie w Starym Świecie i rozpoczynali podróż w nieznane, bez gwarancji dotarcia do celu i najczęściej bez możliwości powrotu, było wiele. Często była to ucieczka – przed wojną, prześladowaniami religijnymi, biedą i głodem. Przybywali na obcy kontynent, gdzie żyli ludzie odmienni od nich, gdzie w lasach rosły nieznane im rośliny i biegały nieznane zwierzęta. Ten świat przerażał ich, nie rozumieli go i próbowali uporządkować według przywiezionych z Europy kryteriów.

Wdowa Hesketh z Salem, gdzie dobił statek, którym płynęła Mary ostrzegała ją: W podróż przez ocean ludzie zabierają ze sobą wszystkie swoje przesądy. Gdy się już tu znajdą, dookoła siebie widzą tylko las, który nie wiadomo gdzie się kończy i w którym są tubylcy i nie wiadomo jeszcze co innego. Ich wiara jest jak nikły płomyk w przepastnych ciemnościach. Ich lęki rozrastają się jak chwasty, które duszą wszystko inne. Te lęki są jednym z powodów tego, że na historię kolonizacji Ameryki składa się spirala strachu, chciwości, przemocy i zemsty. Odpowiedzią na okrucieństwo było jeszcze większe okrucieństwo. Wygrali silniejsi.

„Dziecko czarownicy” i „Spadkobierczyni” to książki, które mogłabym nazwać… mistrzowskimi falsyfikatami. Czytając je prawie uwierzyłam, że są to autentyczne zapiski Mary (choć język i sposób myślenia były momentami zbyt współczesne) i że naprawdę w bostońskim muzeum pracuje Alison Ellman, która je odnalazła i prowadziła dalsze badania nad losami dziewczyny. W posłowiu do „Spadkobierczyni” autorka pisze jednak: Fabuła obu książek jest wytworem mojej fantazji i biorę na siebie pełną odpowiedzialność za wszystko, co się w nich znajduje. Jeśli chodzi o tło historyczne, obyczajowe, nazewnictwo oraz zagadnienia językowe, to starałam się o jak największą dokładność.  Nawet jeśli Mary, Marta, Rebeka, Tobiasz, wielebny Johnson, Sójka, Biały Orzeł i inni żyli tylko wyobraźni autorki, a osada Beula nigdy nie istniała, to wydarzenia opisywane przez nią mogły się wydarzyć wszędzie.

W obu tych książkach ani razu nie padają słowa tolerancja i ksenofobia, ale tak naprawdę właśnie o to w nich chodzi…

Celia Rees „Dziecko czarownicy”, przekł.: Hanna de Broekere, wyd.: Zysk i S-ka, Poznań 2004

Celia Rees „Spadkobierczyni”, przekł.: Hanna de Broekere, wyd.: Zysk i S-ka, Poznań 2005