Grzeczna

Grzeczna

Wpis z 8 marca 2011 roku:

– Madzia była dziś tak grzeczna, jakby jej wcale nie było !

Taką pochwałę swojej córki usłyszała z ust przedszkolanki autorka felietonu w miesięczniku „Dziecko”, której nazwiska już nie pomnę. Czytałam go dawno temu, ale przypomniał mi się, kiedy zobaczyłam tę książkę:

Mam alergię na określenie grzeczne dziecko. Co to właściwie znaczy ?Grzeczne… czyli jakie ?

Grzeczne to słowo – wytrych, które zawiera w sobie to wszystko, co aktualnie jest wygodne dla dorosłego. Grzeczne dziecko jest ciche (jakby go wcale nie było), bez dyskusji wykonuje wszystkie polecenia (bo dzieci i ryby głosu nie mają), nie brudzi sięnie hałasuje (ponieważ dzieci powinno się widzieć, ale nie słyszeć),  nie przerywa dorosłym i nie odzywa się niepytane (siedź w kącie – znajdą Cię !) oraz ( last but not least 😉 ) ładnie je.

Przy czym ładne jedzenie w tym rozumieniu nie oznacza wcale, że owo grzeczne dziecko biegle posługuje się nożem i widelcem, tudzież nie garbi się przy stole. To oczywiście też, ale przede wszystkim – grzeczne i ładnie jedzące dziecko to takie, które (jak w przedszkolnej piosence) zjada wszystko z talerzyka.

Popatrz na Lusię ! No popatrz na Lusię ! Zobacz, jaka jest cichutka !

Cichutka jak biała kreda i cienki papier. Cichutka jak błyszczące szkło w szafie.

Bo Lusia robi wszystko, jak należy. Zobacz jak się uśmiecha. Ładnie pisze, czyta z książki, przytakuje, uśmiecha się i zgłasza, podnosząc ładną rączkę.

Lusia – dziecko idealne do tego stopnia, że można jej nie zauważyć. Można też nie zauważyć tego, że zniknęła. I tylko ona sama może się z tego stanu wyrwać, ale do tego musi odkryć, że potrafi przestać być cicha. Podobnie jak Ella zaklęta musi odnaleźć w sobie siłę, która pozwoli jej żyć tak, aby zadowolić siebie, a nie innych.

„Grzeczna” to książka niegrzeczna 😉 Książka, która podważa fundamenty tradycyjnego systemu wychowania grzecznych dzieci. Dlatego obawiam się, że zyska u nas status książki kontrowersyjnej – bo przecież pokazuje, że w życiu można (a nawet trzeba) być niegrzecznym, a bez niej oczywiście dzieci same by na to nie wpadły 😉

Ponieważ ten system zdecydowanie łatwiej akceptuje niegrzeczność u chłopców, można ją (szczególnie dziś 😉 ) odczytywać jako rodzaj manifestu feministycznego. Przecież wiadomo nie od dziś, że grzeczne dziewczynki idą do nieba, a niegrzeczne tam, gdzie chcą. 😉 I powinny się uczyć mądrej niegrzeczności.

„Grzeczna” to druga wydana w Polsce książką duetu małżeńskiego Gro Dahle i Sveina Nyhusa. Poprzednią były „Włosy mamy”poruszające trudny temat depresji. Ilustracje Svena Nyhusa znamy też z jego autorskiej książki „Tato !”.

Gro Dahle (tekst), Svein Nyhus (ilustracje) „Grzeczna”, przekł.: Helena Garczyńska, wyd.: EneDueRabe, Gdańsk 2011

Dziecko czarownicy; Spadkobierczyni

Dziecko czarownicy; Spadkobierczyni

Wpis z 5 września 2006 roku:

Jestem Mary. Jestem czarownicą.

Tak zaczynają się zapiski Mary Newbury, odnalezione przypadkowo po ponad 300 latach. Kiedy zaczęła obawiać się, że będzie musiała uciekać z osady Beula (gdzieś w obecnym stanie Massachusetts), ukryła je w szytej właśnie kołdrze. Nie była to ani pierwsza, ani ostatnia ucieczka w jej życiu. Niewiele było w nim okresów spokoju i beztroski. Dzieciństwo Mary przypadło na burzliwy czas wojny domowej w Anglii. Nie znała swoich rodziców, a kobieta, którą nazywała Babcią, została stracona jako czarownica. Aby nie podzielić jej losu, przyłączyła się do grupy purytan udających się do Nowego Świata. Razem z nimi wyruszyła w podróż przez ocean, a potem w trudną drogę do miejsca, w którym zamierzali się osiedlić.

Opuściwszy osadę, całe życie zmuszona już była uciekać. Wiadomość o tym, co wydarzyło się w Beula rozeszła się po całej kolonii i pamięć o tym (zwielokrotniona plotką) zawsze mogła ją dogonić.

W świadomości historycznej przeciętnego Polaka miedzy odkryciem Ameryki przez Kolumba a Dzikim Zachodem znanym z westernów zieje ogromna czarna dziura. Giną w niej ponad trzy wieki i kilkanaście pokoleń ludzi, którzy tworzyli zręby tego, co dziś nazywamy Stanami Zjednoczonymi. Przyczyn, dla których porzucali swoje dotychczasowe życie w Starym Świecie i rozpoczynali podróż w nieznane, bez gwarancji dotarcia do celu i najczęściej bez możliwości powrotu, było wiele. Często była to ucieczka – przed wojną, prześladowaniami religijnymi, biedą i głodem. Przybywali na obcy kontynent, gdzie żyli ludzie odmienni od nich, gdzie w lasach rosły nieznane im rośliny i biegały nieznane zwierzęta. Ten świat przerażał ich, nie rozumieli go i próbowali uporządkować według przywiezionych z Europy kryteriów.

Wdowa Hesketh z Salem, gdzie dobił statek, którym płynęła Mary ostrzegała ją: W podróż przez ocean ludzie zabierają ze sobą wszystkie swoje przesądy. Gdy się już tu znajdą, dookoła siebie widzą tylko las, który nie wiadomo gdzie się kończy i w którym są tubylcy i nie wiadomo jeszcze co innego. Ich wiara jest jak nikły płomyk w przepastnych ciemnościach. Ich lęki rozrastają się jak chwasty, które duszą wszystko inne. Te lęki są jednym z powodów tego, że na historię kolonizacji Ameryki składa się spirala strachu, chciwości, przemocy i zemsty. Odpowiedzią na okrucieństwo było jeszcze większe okrucieństwo. Wygrali silniejsi.

„Dziecko czarownicy” i „Spadkobierczyni” to książki, które mogłabym nazwać… mistrzowskimi falsyfikatami. Czytając je prawie uwierzyłam, że są to autentyczne zapiski Mary (choć język i sposób myślenia były momentami zbyt współczesne) i że naprawdę w bostońskim muzeum pracuje Alison Ellman, która je odnalazła i prowadziła dalsze badania nad losami dziewczyny. W posłowiu do „Spadkobierczyni” autorka pisze jednak: Fabuła obu książek jest wytworem mojej fantazji i biorę na siebie pełną odpowiedzialność za wszystko, co się w nich znajduje. Jeśli chodzi o tło historyczne, obyczajowe, nazewnictwo oraz zagadnienia językowe, to starałam się o jak największą dokładność.  Nawet jeśli Mary, Marta, Rebeka, Tobiasz, wielebny Johnson, Sójka, Biały Orzeł i inni żyli tylko wyobraźni autorki, a osada Beula nigdy nie istniała, to wydarzenia opisywane przez nią mogły się wydarzyć wszędzie.

W obu tych książkach ani razu nie padają słowa tolerancja i ksenofobia, ale tak naprawdę właśnie o to w nich chodzi…

Celia Rees „Dziecko czarownicy”, przekł.: Hanna de Broekere, wyd.: Zysk i S-ka, Poznań 2004

Celia Rees „Spadkobierczyni”, przekł.: Hanna de Broekere, wyd.: Zysk i S-ka, Poznań 2005

Kiedyś

Kiedyś

Wpis z 20 października 2007 roku, ale książkę niedawno wznowiło wydawnictwo Mamania i znowu jest dostępna 🙂

Wygląda jak książka dla dzieci. W księgarniach jest umieszczana wśród książek dla dzieci. Jednak, żeby ją zrozumieć i docenić, trzeba mieć już trochę życia za sobą

Mniej – znaczy więcej. Alison Mcghee i Peter H. Reynolds bardzo dobrze zrozumieli tę zasadę Miesa van der Rohe i, tworząc tę książkę, z powodzeniem ją zastosowali. Ani jednego słowa i ani jednej kreski za dużo. Czysta esencja.

Życie. Miłość. Dojrzewanie. Macierzyństwo. Przemijanie. To wszystko jest w tej niedużej książeczce. Czyta się ją kilka minut, ale zapada w serce na długo. Wypróbowałam ją na losowej próbie sześciu kobiet w różnym wieku (od nastolatki do babci) i wszystkie były nią poruszone i wzruszone.

Warto na moment zatrzymać się w pędzie codzienności i odwrócić się plecami do całego zgiełku, który nas otacza. Do powszedniego krzątactwa, na którym niezauważalnie upływa nam większość życia. Do ciągłej pogoni za tym wszystkim, co chcielibyśmy mieć i za tym, co, jak nam się wydaje, powinniśmy mieć. Do demagogii, nienawiści i kłamstw nazywanych eufemistycznie polityką.

To, co w życiu najważniejsze – jest zupełnie gdzie indziej. Ta książka pomaga sobie o tym przypomnieć.

Alison Mcghee (tekst) & Peter H. Reynolds (ilustracje) „Kiedyś”, przekł.: Zuzanna Naczyńska, wyd.: Egmont, Warszawa 2007

Alison Mcghee (tekst) & Peter H. Reynolds (ilustracje) „Kiedyś”, przekł.: Iwona Mączka, wyd.: Mamania, Warszawa 2018

Pracownia Aurory

Pracownia Aurory

Bo wszystko jest możliwe, jeśli się wierzy w to, co się robi…

Kiedy Katarzyna Szantyr – Królikowska, szefowa Wydawnictwa Bajka, dawała mi „Pracownię Aurory”, powiedziała: Wydaje mi się, że będzie Ci się podobać. Miała rację 🙂

Ta książka przypomniała mi krążący jakiś czas temu po sieci mem z parą staruszków, których zapytano, jak wytrzymali ze sobą ponad 50 lat. Odpowiedzieli, że urodzili się w czasach, kiedy jak coś się popsuło, to naprawiano to, a nie wyrzucano do śmieci.

Przypomniała mi się też parasolka mojej Mamy, którą miała, odkąd pamiętam. Kiedy była już zniszczona, Mama oddała ją do naprawy i parasolka została pokryta nowym materiałem. Jest do dziś i służy w razie potrzeby. Ja w ostatnich latach miałam kilka parasolek, które bardzo lubiłam, ale wszystkie w krótkim czasie niszczyły się, a naprawić się ich nie da, zresztą – nie warto, bo nowa będzie tańsza niż koszt naprawy. Przypomniał mi się zegarek mojego Dziadka, a potem Taty, który przeżył ich obu, ma prawie sto lat i nadal chodzi…

Aurora wybiera się na emeryturę. Całe życie poświęciła naprawianiu złamanych serc, ale czasy się zmieniły i teraz czuje się niepotrzebna. Ludzie przestali dbać o swoje serca, wciąż się śpieszą z nosami utkwionymi w smartfonach. A przecież o serce trzeba się troszczyć, bo musi wystarczyć na długo. Nowego nie kupi się w żadnym sklepie !

Aurora czuje się niepotrzebna i trochę niewidzialna w swoim małym zakładzie na ulicy Rzemieślników, do którego nikt już nie zagląda, ale wszystko zmieni się, gdy w jej drzwiach stanie dziewczynka o niezwykłym imieniu…

„Pracownia Aurory” to piękna (i pięknie zilustrowana przez Jonę Jung) historia o tym, co jest potrzebne naszym sercom do życia oraz o tym, że nawet patrząc w ciemne i szare niebo powinniśmy pamiętać, że gdzieś tam, za tymi chmurami świeci słońce. I że jest zawsze, tylko czasami po prostu go nie widać.

Roksana Jędrzejewska – Wróbel „Pracownia Aurory”, ilustr.: Jona Jung, wyd.: Bajka, Warszawa 2019

Oro

Oro

Wpis z 13 września 2015 roku:

Marcel A. Marcel to pseudonim, pod którym ukryły się dwie (!) autorki tej książki – Dana Łukasińska i Olga Sawicka. Zastanawiam się, jak się pisze książkę w dwie osoby ? Zawsze miałam wrażenie, że pisanie to czynność bardzo intymna – ujawnianie światu czegoś bardzo własnego. Pisząc razem trzeba to własne uczynić wspólnym tak, aby książka stanowiła całość, nie robiła wrażenie czegoś sklejonego. Czy to właśnie fakt, że napisały tę książkę dwie osoby sprawił, że jest ona tak wyjątkowa ?

„Oro” to książka z gatunku tych, o których bardzo trudno pisać, bo ma się wrażenie, że ujawniając choć trochę z jej treści, odbierze się innym przyjemność z czytania. Dlatego nie będę Wam pisać, kim jest bohaterka tej książki, co się wydarzyło w jej życiu przed tym, kiedy ją poznacie, ani tym bardziej, co się będzie działo potem.

Nie powiem również, kim (a może czym ?) jest tytułowy (tytułowa, a może tytułowe ?) Oro ? Na to pytanie będziecie sobie musieli odpowiedzieć sami. Powiem jedynie, że jest to książka niezwykła, niepodobna do żadnej czytanej wcześniej – wciągająca i zaskakująca. Książka która czasem wzrusza, a czasem wręcz fizycznie boli…

Jak dojrzewanie. Jak świat, w którym żyjemy.

Zarówno okładka, jak i komiksowe ilustracje Krzysztofa Ostrowskiego, mogą sugerować, że jej adresatem są rówieśnicy Leny czyli nastolatki. Nic bardziej mylnego ! To książka nie tylko dla nich. Mogą, a nawet powinni czytać ją dorośli – szczególnie ci, którzy z problemami młodych ludzi mierzą się na co dzień.

Powiedzieć, że „Oro” ma zakończenie otwarte to mało 😉 Jest ono chyba najbardziej otwarte ze wszystkich znanych mi z innych książek. Na ogół w takich sytuacjach zostajemy z dwiema możliwościami ciągu dalszego i brakiem odpowiedzi na pytanie, czy będzie tak czy tak ? Tutaj na pytanie co będzie dalej ? odpowiedzi jest tyle, ilu czytelników tej książki. Najmłodsza z moich córek opowiadała mi, że kiedy doczytała do ostatniej kropki, aż krzyknęła z żalu, że nie znalazła tam tego, na co czekała, choć (jak przyznała) nie jest to wykluczone…

Tytuł Książki Roku, który przyznała „Oro” Polska Sekcja IBBY w 2012 roku jest ze wszech miar zasłużony 🙂

Marcel A. Marcel „Oro”, ilustr.: Krzysztof Ostrowski, wyd.: Marginesy, Warszawa 2012

Myszka

Myszka

Wpis z 21 kwietnia 2016 roku:

Oj, nie płacz już ! Przecież wcale nie boli…

Nie przesadzaj, nie ma się czego bać.

To bardzo brzydko tak się złościć. Grzeczne dzieci tak się nie zachowują.

Dorośli często usiłują bagatelizować uczucia dzieci. Są przekonani, że lepiej od nich wiedzą, co dzieci czują, a w ogóle ich problemy tak naprawdę są równie małe jak one, a więc nieważne. Nasze dorosłe natomiast są prawdziwe czyli dużo poważniejsze, a emocje z nimi związane uzasadnione.

Kiedy myszka się złości, patrzcie – złości się cała !

A złość myszki jest wielka, chociaż myszka jest mała.

Dla malucha każdy ból czy niemożność dostania tego, na co ma ochotę, jest tragedią, natomiast każda radość jest wielka. Niewielkie doświadczenie życiowe powoduje, że jeszcze nie nabrał do tego dystansu.

Kiedy myszka się cieszy, cieszy się do sufitu !

A jej radość jest złota lub w odcieniach błękitu.

„Myszka” to książeczka przedstawiająca pełen wachlarz emocji, które mogą owładnąć każdym nawet najmniejszym stworzeniem. Pomaga swoim czytelnikom (równie małym jak jej bohaterka) zrozumieć je i daje przyzwolenie na ich odczuwanie.

Kiedy myszka się boi, zmyka gubiąc kapciuszki.

Strach ma w brzuszku, w serduszku, w uszkach strachu okruszki.

Wiersze Doroty Gellner towarzyszyły wczesnemu dzieciństwu wszystkich trzech moich córek, ale było to zanim jeszcze zaczęłam pisać ten blog. Potem przez dłuższy czas nie interesowałam się jej twórczością. W zeszłym roku nakładem Wydawnictwa Bajka ukazało się „Sanatorium”, które jakoś niespecjalnie przypadło mi do gustu. Nie rozumiem, do kogo właściwie jest adresowane – do dzieci czy do dorosłych. Ten problem mam ostatnio coraz częściej.

Tym bardziej cieszy mnie „Myszka”, bo to jest Dorota Gellner jaką pamiętam. Niedawno, szukając na półkach białych kruków z lat dziewięćdziesiątych, znalazłam „Bajeczki” – zbiór historyjek napisanych prozą rytmiczną czy też rymowaną, wydany w 1997 roku przez nieodżałowane wydawnictwo Plac Słoneczny 4 i w dodatku z autgrafem Autorki ! 🙂

Jednak pierwsze w naszym domu były małe kwadratowe, sztywnostronicowe książeczki z pojedynczymi wierszami. Szczególnie ciepło wspominam „Piłkę” i do dziś mogę ją wyrecytować z pamięci niemal w całości. Teraz marzy mi się jej wznowienie. Ciekawa jestem, jak ten świat przez który skacze piłka wyglądałby, gdyby wyszedł spod ręki Dobrosławy Rurańskiej, która tak interesująco zilustrowała „Myszkę” ? Jakby jeszcze Bajka wydała to równie pięknie, z solidnymi sztywnymi kartkami… 🙂

Dorota Gellner „Myszka”, ilustr.: Dobrosława Rurańska , wyd.: Wydawnictwo Bajka, Warszawa 2016

Ella zaklęta

Ella zaklęta

To kolejne wykopalisko z samych początków mojego blogowania, ale nieoczekiwanie nabrało aktualności, bo książka właśnie została wznowiona przez wydawnictwo Poradnia K. Od czasu jej pierwszego wydania nurt książek, które namawiają dziewczęta do niegrzeczności bardzo się rozwinął, ale IMO nadal warto po nią sięgnąć. Film z Anne Hathaway z 2004 rozczarował mnie, bo w rozbuchanej, fantastycznej rzeczywistości filmowej jakoś ginęło przesłanie książki.

Warto po nią sięgnąć także ze względu na znakomity przekład Andrzeja Polkowskiego. To się po prostu świetnie czyta !!!

A tak pisałam o „Elli zaklętej” 17 marca 2006 roku:

Gdy Ella przyszła na świat, otrzymała od szalonej wróżki Lucyndy dar bezwzględnego posłuszeństwa. Musi spełniać wszystkie polecenia – nawet głupie, śmieszne albo co gorsza groźne w skutkach. Staje się to szczególnie niebezpieczne, kiedy po śmierci Matki jej Ojciec żeni się ponownie. Macocha ma dwie córki, którym bardzo nie podoba się to, że Ella cieszy się sympatią Księcia.

Coś Wam to przypomina ??? Tak, tak – ta baśń w wyraźny sposób nawiązuje do “Kopciuszka” i “Śpiącej królewny”, ale nie jest tylko kolejną kompilacją znanych baśniowych motywów. “Ella zaklęta” to umieszczona w fantastycznych realiach całkiem współczesna opowieść o tym, jak odnaleźć w życiu własną drogę.

To jest książka o manowcach posłuszeństwa. Lucynda nie była złośliwa, nie chciała skrzywdzić Elli. Przeciwnie – sądziła, że w ten sposób ułatwia życie jej Matce. Posłuszne dziecko jest bardzo wygodne dla rodziców – bez szemrania robi to, co mu się każe, zjada wszystko, co ma na talerzu, ubiera się tak, jak lubią rodzice, można nim łatwo kierować. Takie dziecko ( a szczególnie córka) to chodzący ideał i powód do zazdrości wszystkich wokół.

Problem zaczyna sie wtedy, gdy staje się ono na tyle duże, że powinno wyjść spod opieki rodziców (albo wtedy, gdy oni nie mogą już sie nim opiekować). Od tej chwili powinno być samodzielne, zdecydowane i rozważne.

Elli zagrażali nie tylko ludzie, którzy (jak złośliwa przybrana Siostra) mogli wykorzystać jej posłuszeństwo do własnych niecnych celów, ale również przeróżne baśniowe stwory. W prawdziwym życiu nie ma ogrów – są za to dilerzy narkotyków i pedofile. W zetknięciu z nimi posłuszeństwo staje się niebezpieczne. Przydaje sie za to rozwaga i nonkonformizm – a te cechy wychowanie do posłuszeństwa skutecznie wytłumia.

To jest książka o tym, że nie istnieje nic takiego, co determinowałoby nasze życie i tylko od naszej woli zależy, jak się ono potoczy. Zaklęta dziewczynka próbuje w życiu codziennym “obchodzić” zaklęcie – jest posłuszna w stopniu niezbędnym, a niepokorna wszędzie tam, gdzie zaklęcie nie działa. Podejmuje niebezpieczne próby odnalezienia Lucyndy w nadziei, że ta zdejmie z niej czar. Niestety – ani Lucynda, ani Wróżka chrzestna dziewczyny nie są w stanie tego zrobić. Przełamać zaklęcie może tylko ona sama – siłą własnej woli. Ella musi znaleźć w sobie tę siłę – inaczej nie będzie mogła poślubić księcia.

To jest książka o sile, jaką daje miłość. Ella znalazła w sobie determinację niezbędną do przełamania mocy zaklęcia dopiero wtedy, gdy uświadomiła sobie, że jej posłuszeństwo zagraża ukochanemu. Będąc nadal posłuszną może stać się narzędziem w rękach wrogów Księcia, więc dla jego dobra musi zrezygnować ze swojej miłości. Zrezygnować albo… przełamać zaklęcie. Z miłości do ukochanego jest w stanie zdobyć się na to, czego wcześniej nie potrafiła zrobić tylko dla siebie.

Choć nie wykluczam, że są chłopcy, którym spodoba sie taka love story w świecie fantasy, wydaje mi się, ze jest to lektura raczej dla dziewczynek – dla takich, które już zaczynają odczuwać burzę hormonów, ale jeszcze lubią bajki.

„Ella zaklęta” to książka, która może pomóc dorastającej panience w znalezieniu złotego środka między posłuszeństwem autorytetom, jakie przystoi każdej grzecznej dziewczynce, a nonkonformizmem niezbędnym, aby doszła, tam, dokąd chce.

Gail Carson Levine “Ella zaklęta”, przekł.: Andrzej Polkowski, wyd. Media Rodzina, Poznań 2003

Gail Carson Levine “Ella zaklęta” (seria: Latawiec),  przekł.: Andrzej Polkowski, wyd. Poradnia K, Warszawa 2019