Mama zawsze wraca

Mama zawsze wraca

Zosię poznałam dawno. Podczas pierwszego, a może drugiego przyjazdu do Izraela, chyba w połowie lat dziewięćdziesiątych – napisała w posłowiu do tej książki Agata Tuszyńska. (…) Dotykałam losu okupacyjnych dzieci – wychowanków sierocińców, klasztorów, ulicy. Mierzyłam się z ich lękiem.

Wysłuchałam wielu dramatycznych historii. Z pokorą i rozpaczą. (…) Na ich tle historia Zosi była szczególna. Nie tylko dlatego, że jej bohaterka urodziła się w maju 1939 roku i tak wyraziście zapamiętała swoje przeżycia, ale także z uwagi na sposób, w jaki o nich opowiadała

Połączenie języka i wrażliwości dziecka z okrucieństwem tej relacji sprawiło, że wówczas przerosła mnie ta opowieść. Zamknęłam ją na długo na dnie pamięci. Otworzyłam po latach, silniejsza…

„Mama zawsze wraca” to historia, która kojarzy mi się z przejmującym filmem „Życie jest piękne” Roberto Benigniego. Podobnie jak ten film, ta książka nie jest przeznaczona dla dzieci, mimo że może budzić skojarzenia z serią Wojny dorosłych – historie dzieci Wydawnictwa Literatura. Podobnie jak ojciec w tym filmie, mama Zosi stworzyła dla niej w piwnicy świat zupełnie odrębny od koszmarnej rzeczywistości poza kryjówką, świat utkany z wyobraźni. Podobnie jak ojciec w tym filmie, mama Zosi zrobiła wszystko, co w jej mocy, aby jej dziecko nie tylko przeżyło, ale także aby jak najdłużej nie musiało się zetknąć z koszmarem tamtych czasów.

Ta historia wydarzyła się naprawdę, mimo że nam, współczesnym rodzicom może nie mieścić się w głowie pozostawienie dwu czy trzyletniego dziecka samego w takich warunkach nawet na parę godzin. Zosia spędziła tam całe miesiące sama, bo Mama, jak opowiada: Czasem zostawała ze mną na noc, ale zwykle tylko na godzinę lub dwie. Schowała mnie i wychodziła. Opowiadała o świecie na zewnątrz, którego jej córeczka nie znała, czasem coś przynosiła – jesienne liście czy wełnę, którą Zosia potem bawiła się w haftowanie – czasem coś jej rysowała w kurzu na podłodze, ale zostać nie mogła, jeśli chciała, żeby przeżyły. Niebezpieczeństwo czyhało i na zewnątrz, bo, wbrew zapewnieniom, mogła któregoś razu jednak nie wrócić, albo ktoś mógł odkryć kryjówkę, i wewnątrz, bo mała dziewczynka sama w piwnicy mogła sobie przecież zrobić jakąś krzywdę. Nam, współczesnym rodzicom może nie mieścić się w głowie pozostawianie dziecka bez opieki tak długo, podobnie, jak trudno nam wyobrazić sobie noszenie go w worku pod węglem, a jednak takie to był czasy…

Opowieści Zosi Zajczyk, która w Izraelu nazywa się Yael Rosner, spisanej przez Agatę Tuszyńską towarzyszą ilustracje Iwony Chmielewskiej. Tak o nich napisała na stronie Wydawnictwa:

Moim zadaniem było dopełnić ten wstrząsający i zachwycający tekst obrazami, które (to jedyne, czego byłam pewna) nie będą ilustrowały go w tradycyjnie pojmowany sposób. Jak to zrobić, żeby książka symbolicznie otwierała się i zamykała przed odbiorcą, jak tamta ciemna piwnica ? Jak zachować i pokazać sakralny wymiar tego miejsca ? Jak je oświetlić, wydobyć z tamtych czasów i przenieść jak najdelikatniej do dzisiejszego świata ? I pamiętać, żeby swoją zbyt narzucającą się wizją nie przeszkadzać odbiorcy w osobistym, intymnym przeżyciu ? Przecież każdy ma na swój sposób obcować z tą tajemnicą. Obraz ma tu milczeć, ma być w pewnym sensie niewidzialny, a jednak ważny i dotkliwy.

Te ilustracje właśnie takie są, ale zanim je zobaczymy, książka trafia w ręce czytelnika zamknięta opaską. Mimo że nie ma na niej Gwiazdy Dawida, oczywiste jest tu skojarzenie z opaskami noszonymi przez Żydów w czasie okupacji. Są na niej wyhaftowane kwiaty, bo właśnie haftowania Zosia nauczyła się siedząc w kryjówce, a największym jej skarbem były przyniesione przez Mamę kłębuszki kolorowej wełny. Haftowanie pozostało jej ulubionym zajęciem także po wojnie.

Odwrotnie niż opaski noszone wtedy przez Żydów, które miały ich wyróżniać i piętnować, ta stworzona przez Iwonę Chmielewską chroni tę historię przed przypadkowym wzrokiem, zamyka ją, ukrywa. Żeby ją poznać, trzeba opaskę zdjąć, co nie jest takie proste. Raz zdjętej nie da się już założyć z powrotem, podobnie jak nie da się tej historii już poznanej zapomnieć, odsunąć od siebie.

Przeglądam się w lustrze tej historii – napisała Agata Tuszyńska. Historii miłości i nadziei. Historii, która pozwala wierzyć w moc słowa.

Agata Tuszyńska (tekst), Iwona Chmielewska (ilustr.) „Mama zawsze wraca”, wyd.: Dwie Siostry, Warszawa 2020

Flawia de Luce

Flawia de Luce

Wpis z 30 października 2010 roku, w którym opisałam pierwsze dwa tomy cyklu o Flawii de Luce. Do dziś ukazało się ich osiem, ale przyznam, że swoją przygodę z tą bohaterką zakończyłam chyba na tomie czwartym, bo z każdym kolejnym robiło się niestety coraz mniej ciekawie 😦 Autor zahibernował swoją bohaterkę jako podlotka i z tomu na tom nie pozwalał jej dorosnąć, mimo że czas dookoła niej ewidentnie sobie normalnie płynął. Ale pierwsze dwa tomy zdecydowanie warto !!!

Gdzieś na angielskiej prowincji leży sobie cicho miejscowość Bishop’s Lacey. Malowniczo położona- nad rzeczką, wśród lasów, niezbyt daleko od kolei. Na pozór zupełnie zwyczajna, a jednak właśnie tam latem roku 1950 ginie śmiercią nagłą dwóch przyjezdnych, pozornie nikomu nieznanych ludzi. Świadkiem obu tych zdarzeń (za drugim razem – w licznym towarzystwie) jest jedenastoletnia Flawia de Luce i to jej właśnie udaje się rozwikłać tajemnice tych śmierci, które, jak się okazuje, powiązane są z wydarzeniami sprzed lat. Roztajemnicza przy tej okazji również tajemnice tamtych zbrodni i radzi sobie z tym dużo sprawniej od miejscowej policji.

Flawia de Luce jest dziewczynką… zdecydowanie nietuzinkową. Niewiele znam jedenastolatek, które potknąwszy się o świcie o wystającą z grządki ogórków rękę nieznajomego mężczyzny, który następnie w tychże ogórkach wydał ostatnie tchnienie, zareagowałyby w następujący sposób:

Chciałabym powiedzieć, że pękło mi serce, ale nie pękło. Chciałabym powiedzieć, że instynkt podpowiadał mi, abym dała drapaka, ale nie podpowiadał. Zamiast biec z krzykiem, dokąd oczy poniosą, wpatrywałam się z trwogą w umierającego, chłonąc każdy szczegół: drgające palce, ledwo widoczne brązowo – metaliczne tchnienie, jakie powlekło jego skórę, niczym oddech śmierci.

I wreszcie całkowity bezruch.

Chciałabym powiedzieć, że się bałam, ale nie. Przeciwnie. Była to ze wszech miar najciekawsza rzecz, jaka mi się przydarzyła w całym dotychczasowym życiu.

Prawdę mówiąc – nie znam żadnej dziewczynki zdolnej do takiej reakcji. Podobnie jak nie znam żadnej, której pasją byłyby trucizny. I chyba nie żałuję 😉

Flawia jest najmłodszą z trzechm córek właściciela Buckshaw – ogromnej, choć w ostatnim czasie podupadłej rezydencji rodziny de Luce, położonej na skraju Bishop’s Lacey. Jej matka, Harriet zginęła w górach rok po jej narodzinach i można powiedzieć, że Buckshaw nadal jest pogrążone w cieniu jej śmierci. Ojciec dziewcząt większość czasu spędza w zaciszu swojego gabinetu pogrążony w klaserach ze znaczkami, a ulubionym zajęciem starszych sióstr jest pastwienie się nad najmłodszą. Ona też, w miarę swoich możliwości, nie pozostaje im dłużna.

Flawia jest dziewczynką odrębną. Jej azylem i królestwem jest znakomicie wyposażone laboratorium, odziedziczone (podobnie jak wybitny talent chemiczny) po przodku Tankredzie de Luce. Tam zupełnie sama zgłębia tajniki chemii. Tam obmyśla i realizuje plany zemsty na Ofelii i Dafne.

Jest bardzo samotna – samotnością geniusza i samotnością dziecka niekochanego. Z nikim nie łączy jej głębsza więź. No, może z wyjątkiem Doggera, który jest w Buckshaw kierowcą, ogrodnikiem i człowiekiem do wszystkiego, ale Dogger też jest… specyficzny.

Nie ma żadnych koleżanek (że o przyjaciółkach nie wspomnę). Można wręcz odnieść wrażenie, że Flawia jest jedynym dzieckiem w okolicy. Co prawda są wakacje, ale przecież jedenastolatka musi chodzić do jakiejś szkoły (o nauce w domu też nie ma wzmianek). Tymczasem jedynym jej rówieśnikiem, który pojawia się na kartach tych książek jest Robin Ingelby, który jednakowoż nie żyje już od pięciu lat.

Jej zdolność kojarzenia, przenikliwość i nieustępliwość w dążeniu do rozwiązania tajemnicy powodują, że może być uznana za (sporo młodszą) emanację Miss Marple, choć z wyglądu przypomina raczej Wednesday Adams 😉

Z książkami dla młodzieży jest na ogół tak, że nastolatki chętnie czytają o bohaterach trochę starszych od siebie. Flawia ma jedenaście lat, ale jej przygody raczej nie są dla jej rówieśników. Stopień skomplikowania intrygi, wiedza ogólna konieczna do jej zrozumienia i wreszcie ciemna strona ludzkiej duszy, która się w tych powieściach odsłania, umieszcza je w kategorii: dla dorosłych i starszych nastolatków. Pierwszy tom ukazał się z resztą w dwoch okładkach – bardziej młodzieżowej i bardziej dorosłej, do wyboru.

Alan Bradley, autor tych książek, całe życie przemieszkał w Kanadzie – a jednak udało mu się stworzyć klimat zbliżony do książek Agathy Christie. Poza tym (i to dochodzi do głosu moje skrzywienie historyczne 😉 ) znakomicie oddał realia Anglii powojennej – ciągle liżącej wojenne rany i będącej już tylko cieniem dawnego Imperium.

P.S. Nie byłabym jednak sobą, gdybym nie wytknęła wydawnictwu małej obsuwy redaktorskiej 😉 Tytuł pierwszej z tych książek „The Sweetness at the Bottom of the Pie” nawiązuje do jej motta Jeśli ciasteczko nie słodkie u dna, cóz po tym, że kryzy ma ? i bardziej pasuje tu wersja tytułu „Ciasteczko słodkie u dna”, która nota bene (przez, jak mniemam, przeoczenie redaktorskie) znalazła się w posłowi autora.

Pomińmy już kwestię tego, że pie to nie jest ciasteczko (podobny problem ze spolszczeniem pojawił się w przypadku książki „Harriet and a Cherry Pie” ) – ważniejsze jest to, że ciasto w tej książce wcale nie było zatrute, a sugerowanie tego nie było zamysłem autora !

Na koniec chciałabym zachęcić Was do obejrzenia programu„Połykacze książek” poświęconego książkom o Flawii de Luce – z udziałem ich autora, tłumacza oraz Padmy, autorki bloga Miasto książek i znawczyni literatury angielskiej. Oto część pierwsza

i część druga. Warto !!!

Alan Bradley „Flawia de Luce. Zatrute ciasteczko”, przekł.: Jędrzej Polak, wyd.: Vesper, Poznań 2010

Alan Bradley „Flawia de Luce. Badyl na katowski wór”, przekł.: Jędrzej Polak, wyd.: Vesper, Poznań 2010

Dopóki niebo nie płacze

Dopóki niebo nie płacze

Można powiedzieć, że jest to aneks do „Dwojga drzwi i dziewięciorga dzieci”, a równocześnie trzecia na półkach Małego Pokoju z Książkami publikacja, w której wydaniu uczestniczył lubelski Ośrodek „Brama Grodzka – Teatr NN”. W przeciwieństwie do „Czarodziejów wyobraźni”, którzy byli niestety wypadkiem przy pracy, „Dopóki niebo nie płacze” jest dopracowane w najdrobniejszych szczegółach – jak to zwykle bywa z książkami Iwony Chmielewskiej.

Najpierw zobaczyłam setki portretów – cudem odnaleziony w Lublinie skarb.

Mieszkańcy żydowskiej dzielnicy, przez tyle lat ukryci, darowali nam współczesnym swoje spojrzenia z czasów, gdy nie przeczuwali jeszcze losu, który ich czekał.

Te spojrzenia czegoś się domagały, nie dawały mi spokoju. Jeszcze bezpieczni, otoczeni bliskimi, pełni szlachetnego skupienia ludzie, prosili, by ich ożywić i dodać im barw. Domagali się szczególnej czułości i opowieści, która niosłaby pamięć dalej.

Ale nie chcieli słów pełnych grozy, woleli opowieść o życiu.

Znalazłam więc dla nich wiersze, proste i pełne ciepła. Napisał je ich sąsiad, poeta i nauczyciel Józef Czechowicz, zanim zginął w 1939 roku – w jednym z pierwszych bombardowań Lublina.

Na moich ilustracjach bohaterowie fotografii ożywają w uroczystym teatrze, w przyjaznym otoczeniu, wśród zwierząt i roślin. Na tej scenie pamięci od zimy do późnej jesieni każdy z nich odgrywa ważną, pełną godności rolę. – napisała Iwona Chmielewska na stronie wydawnictwa i powiedziała o tej książce wszystko, co najważniejsze.

Na okładce widzimy nazwiska trojki autorów, ale jedno z nich opatrzone jest gwiazdką, która prowadzi do takiej informacji: Archiwalne zdjęcia zamieszczone w tej książce pochodzą z kolekcji szklanych negatywów odnalezionej w 2010 roku w Lublinie, w kamienicy przy Rynku 4. W 2012 roku zostały przekazane Ośrodkowi „Brama Grodzka – Teatr NN”. Według aktualnych ustaleń prawdopodobnym autorem zdjęć jest Abram Zylberberg. (więcej informacji na ten temat można znaleźć >>> tutaj )

Cała kolekcja składała się z 2700 negatywów. Udało się na nich rozpoznać 15 osób. Być może wśród tych pozostałych jest ktoś z bohaterów „Dwojga drzwi i dziewięciorga dzieci”, ale tego już się nie dowiemy. Na ilustracjach Iwony Chmielewskiej ludzie sfotografowani przed wojną w Lublinie pojawiają się w anturażu związanym z wierszami innego lublinianina – Józefa Czechowicza, który zginął we wrześniu 1939 roku. Ani w jego wierszach, ani w ilustracjach nie ma cienia Zagłady rzucanego wstecz, mimo że możemy przypuszczać, jaki był los większości z tych ludzi. Jest świat, w którym żyli, a którego już nie ma…

Dokoła listki, dokoła, dopóki jesień wesoła.

Dopóki niebo nie płacze, niech każdy w słonku poskacze.

Iwona Chmielewska, Józef Czechowicz, Abram Zylberberg „Dopóki niebo nie płacze”, wyd.: Ośrodek „Brama Grodzka – Teatr NN’, Lublin 2016

Eileen Grey. Dom pod słońcem

Eileen Grey. Dom pod słońcem

Książka nominowana w Plebiscycie Blogerów LOKOMOTYWA 2019 w kategorii KOMIKS

Nie znam się na komiksach, nie jest i nie był to nigdy mój ulubiony rodzaj literatury. Moje córki tez jakoś w nich nie gustowały. Od czasów szkoły podstawowej, kiedy czytywałam „Świat Młodych”, prawie nie miałam z komiksami kontaktu, ale teraz uświadamiam sobie, jak wiele w tej kwestii zawdzięczam właśnie temu pismu. Dla tych, co są za młodzi, żeby pamiętać – była to gazeta dla młodszej młodzieży, która ukazywała się trzy razy w tygodniu (!!!). Z dzisiejszej perspektywy patrząc – siermiężna, jak wszystko wówczas, ale wtedy nie mieliśmy za bardzo z czym jej porównywać. Na ostatniej stronie był komiks w odcinkach i właśnie tam miałam okazję zetknąć się z twórczością niemal wszystkich najważniejszych ówczesnych rysowników. Oprócz znanych mi z wydań książkowych Tytusa, Romka i Atomka Papcia Chmiela, pamiętam też Kajka i Kokosza Janusza Christy, Jonka, Jonkę i Kleksa Szarloty Pawel (przyznam, że długie lata byłam przekonana, że jest to podpisujący się najpierw nazwiskiem, a potem imieniem facet – Paweł Szarlota 😉 ) oraz, już pod koniec mojej przygody z tym pismem, absurdalne komiksy Tadeusza Baranowskiego. Miałam poza tym w ręku oczywiście zeszytowe wydania przygód Kapitanów Klossa i Żbika, ale zawsze towarzyszyło temu poczucie, że to taka mniej poważna gałąź literatury, która dojrzałym czytelnikom nie przystoi 😉

Po książkę „Eileen Grey. Dom pod słońcem” sięgnęłam ze względu na architektoniczny temat i (rzecz można) POMIMO tego, że jest komiksem, ale trochę też z ciekawości – jak można taką historię opowiedzieć obrazkami i dialogami w dymkach ???

Eileen Grey nazywana bywa obecnie pierwszą damą designu, mimo że przez długie lata, jeszcze za jej życia, jej twórczość pozostawała w zapomnieniu. Tworzyła meble, które dziś zachwycają swoją funkcjonalnością i nowoczesna linią. Mimo braku wykształcenia architektonicznego zaprojektowała także dom, który wpisał się do historii architektury i który jest drugim bohaterem tej książki.

W jego nazwie – E 1027 zaszyfrowane są inicjały Eileen Grey oraz Jeana Badoviciego, bo ten dom był jej podarunkiem miłości dla niego. W tej historii jest jednak także trzeci bohater – papież modernizmu Le Corbusier. Jego zachwyt nad tym domem, potem zazdrość o niego, a nawet jego śmierć do dziś kładzie się cieniem na historii E 1027.

„Eileen Grey. Dom pod słońcem” to książka, w której znajdziemy historię życia niezwyklej kobiety, której udało się odnieść sukces w dziedzinie zdominowanej przez mężczyzn, historię miłości, której owocem był niezwykły dom oraz kawałek historii architektury i designu, a wszystko to w starannie wyważonych proporcjach. Jak w dziełach samej Eileen 😉

A ja dzięki niej przekonałam się, że komiks może być całkiem poważną lekturą 🙂

P.S. Ta historia stała się także kanwą filmu „The Price of Desire” („Cena pragnień”) z 2015 roku.

Charlotte Malterre – Barthes (tekst), Zosia Dzierżawska (ilustr.) „Eileen Grey. Dom pod słońcem”, przekł.: Jacek Żuławnik, wyd.: Marginesy, Warszawa 2019

Mama zniosła jajko

Mama zniosła jajko

Wpis z 15 marca 2007 roku:

Nie tak dawno pisałam tutaj o książeczce, której bohaterem był pewien kret z kupą na głowie. Radziłam wtedy, aby przed zakupem uważnie przeglądać książki, które wybieramy dla naszych dzieci, bo mogą się w nich kryć nieoczekiwane kwiatki 😉 „Mama zniosła jajko” była chyba ostatnią, którą kupiłam na niewidzianego, kierując się tylko jej opisem na stronie wydawnictwa. Leży już jakiś czas w moim tajnym schowku, a ja, zupełnie jak Kubuś Puchatek, im bardziej do niej zaglądam, tym więcej mam wątpliwości z nią związanych 😉

Dorosłym na ogół trudno jest o tym rozmawiać z dziećmi o tym, skąd się wzięły na świecie. Trochę dlatego, że ich rodzice nie potrafili rozmawiać o tym z nimi, trochę też z powodów językowych – w języku polskim brakuje neutralnego słownictwa dotyczącego tych spraw. Mamy do wyboru język medyczny albo określenia wulgarne – jedne i drugie nie bardzo pasują do rozmów z dziećmi. Problemem jest też wyczucie odpowiedniego momentu na taką rozmowę. Najlepiej jeśli dziecko samo o to zapyta, a dorosły odpowie w sposób zrozumiały dla niego, ale przekazując tylko taką część tej wiedzy, jak jest dziecku potrzebna.

W książce Babette Cole wszystko jest na odwrót. Tu rodzice przychodzą do dzieci z własnej inicjatywy, żeby im opowiedzieć, skąd się biorą dzieci. Właściwie nie wiadomo, dlaczego wybrali właśnie ten moment. Następnie zaczynają wciskać im głodne kawałki o lepieniu dzieci z gliny, znajdywaniu w kapuście czy wykluwaniu się z jajka zniesionego przez mamę. Zdegustowane dzieci przejmują pałeczkę w tej rozmowie i uświadamiają rodziców. Tu mam pierwszy problem – skoro rodzice SAMI przychodzą do dzieci, to czemu nie mówią prawdy ? Może sytuacja wyglądałaby bardziej prawdopodobnie, gdyby tę rozmowę zaczęły dzieci… Ale po co, skoro wszystko już wiedzą ?

Ani ta nieprawdopodobna sytuacja wyjściowa, robiąca z rodziców kłamców albo debili, ani bałaganiarska kreska Babette Cole (uzasadniona, bo udająca przecież rysunki dzieci), ani nawet słynna kontrowersyjna strona z kamasutrą dla przedszkolaków 😉 nie są powodem, dla którego ta książka nadal spoczywa w naszej pralni. Od strony „technicznej” nie można nic jej zarzucić, a największym problemem nie jest to, co w niej jest, ale to, czego w niej nie ma. A nie ma w niej ani słowa o MIŁOŚCI – jest wyłącznie świetna zabawa seksem.

Rozmawiając o tym z moimi córkami zawsze mówiłam przede wszystkim o tym, jak poznaliśmy się, zakochaliśmy w sobie i z tej naszej miłości wynikła potrzeba bliskości, czułości i pieszczot, a w końcu seks. Jestem przekonana, że dla każdego dziecka (niezależnie od tego, czy jego rodzice nadal są razem) bardzo ważna jest świadomość, że powstało z miłości.

O seksie dla przyjemności mogę rozmawiać z nastolatkami, choć (mimo że to może staroświeckie) nadal nie potrafię oddzielić go od miłości. Dlatego dużo lepsza do tego celu, choć mniej wyposażona w szczegóły techniczne wydaje mi się książka Marcina Brykczyńskiego z sympatycznymi ilustracjami Pawła Pawlaka „Skąd się biorą dzieci”. Tam się wszystko zaczyna tak, jak być powinno czyli od miłości.

„Mama zniosła jajko” to książka, która na pierwszy rzut oka wygląda na przeznaczoną dla małych dzieci – sugeruje to choćby stosunek ilościowy tekstu i obrazków. Równocześnie jej zawartość zupełnie mi do maluchów nie pasuje. Spotkałam się ostatnio ze zdaniem, że jest to znakomity żartobliwy prezent na osiemnastkę… Wtedy to już chyba dla odmiany trochę za późno, ale może byłby to niezły wstęp do rozmowy z nastolatkiem ? Rozmowy, która odwrotnie niż w przypadku malucha, nie ma służyć uświadomieniu, że prokreacja wiąże się z seksem, ale przypomnieć, że seks może być brzemienny w skutki 😉

Babette Cole „Mama zniosła jajko !”, przekł.: Hanna Baltyn, wyd.: Nasza Księgarnia, Warszawa 2004

Marcin Brykczyński „Skąd się biorą dzieci ?”, ilustr.: Paweł Pawlak, wyd.: Nasza Księgarnia, Warszawa 2004

Ilustratorki, ilustratorzy. Motylki z okładki i smoki bez wąsów

Ilustratorki, ilustratorzy. Motylki z okładki i smoki bez wąsów

… czyli portrety 11 ilustratorek i 13 ilustratorów, których twórczość składała się na Polską Szkołę Ilustracji.

Barbara Gawryluk rozmawiała z tymi z nich, którzy jeszcze żyją, oraz z najbliższymi tych, których już nie ma. Ich opowieściom towarzyszą okładki i ilustracje – i takie, które wszyscy pamiętamy i te czasem już zapomniane, wydobyte z zakamarków pracowni, czeluści szuflad, skrzyń, czasem tapczanów, a także z przepastnych magazynów Muzeum Książki Dziecięcej, BWA w Zamościu oraz paru innych niespodziewanych miejsc 🙂

W przedmowie autorka napisała: O pamięć chodzi w tej książce przede wszystkim. Chciałabym, żeby moja opowieść, czasem dziurawa, często niekompletna, bywa, że amatorska, miejscami bardzo osobista, wywołała u Czytelników dobre powroty do dzieciństwa spędzanego z książką. Kiedy byliśmy dziećmi, my, dzisiejsi czterdziesto-, pięćdziesięcio-, sześćdziesięciolatkowie, nie zauważaliśmy przecież nazwisk wypisanych na okładkach czy stronach tytułowych. Ale obrazy tych okładek mamy wdrukowane w pamięć, zatrzymujemy się, widząc je za szybą w witrynie antykwariatu, odnajdując na jakimś blogu poświęconym literaturze dla dzieci, uśmiechamy się, odkrywając wznowienia wierne dawnym wydaniom.

Bardzo trudno jest powiedzieć o „Ilustratorkach, ilustratorach” coś więcej niż to, że jest to książka wspaniała i wciągająca, bo od razu chce się napisać tyle, że znacznie przekroczyłoby to ramy zwykłej blogowej recenzji. Pierwszy raz przeczytałam ją od razu po premierze, niemal całą w jeden wieczór. Potem już na spokojnie przeglądałam ilustracje, odnajdując w nich całą masę rzeczy, o których dawno zapomniałam. Do kolejnej lektury przystąpiłam niedawno i wtedy zaznaczałam sobie w tekście wszystkie przypomnienia, zaskoczenia i odkrycia. Oto moja lista, ale zapewne każdy z czytelników tej książki ma własną 😉

Pierwsze przypomnienie – zaskoczenie dotyczyło tego, co znajdowało się na tylnej okładce (obwolucie) „Cukierni pod Pierożkiem z Wiśniami”. Ta ukochana książka mojego dzieciństwa obwolutę straciła dość szybko i o ile domek z tytułową cukiernią, który był z przodu, pamiętałam bardzo dobrze, to kompletnie zapomniałam londyńskie widoczki z tyłu. Zapewne dlatego, że wtedy jeszcze te miejsca z niczym mi się nie kojarzyły.

Drugie, tym razem odkrycie związane było z „Emilem ze Smalandii”, bo tak mi się jakoś wydawało, że w książce, którą czytałam dawno temu, były ilustracje podobne do tych, które pamiętałam z „Dzieci z Bullerbyn”. Okazało się, że miałam rację i pierwsze polskie wydanie „Emila” było ilustrowane przez Hannę Czajkowską.

Kolejne odkrycie to Leonia Janecka – jedyne nazwisko w tej książce, które początkowo z niczym mi się nie kojarzyło, aż odkryłam, że to właśnie ona ilustrowała jedną z moich ukochanych książek – „Jadwigę i Jagienkę” Czesławy Niemyskiej – Rączaszkowej.

Następne dotyczyło „Fizi Pończoszanki”, bo pod takim imieniem poznałam Pippi mniej więcej w tym samym czasie co Emila. Książkę pod tym tytułem pożyczałam z biblioteki, a potem już nigdy nie miałam jej w ręku. Ilustracje pamiętałam jak przez mgłę, ale zdecydowanie nie były one podobne do tych kanonicznych Ingrid Van Nyman, z którymi teraz Pippi jest wydawana. Z rozdziału poświęconego Janinie Krzemińskiej dowiedziałam się wreszcie, że ich autorem był jej długoletni partner Zbigniew Piotrowski.

W tym samym rozdziale przypomniałam sobie okładkę i ilustracje Janiny Krzemińskiej do „Naszej mamy czarodziejki” Joanny Papuzińskiej – tę mamę płynącą nad miasteczkiem na poduszce jak księżniczka na latającym dywanie, naprawdę czarodziejską.

Potem zobaczyłam zdjęcie Jerzego Srokowskiego i zrozumiałam, skąd jego postaci brały te charakterystyczne migdałowe, rozmarzone oczy…

Jeszcze potem odkryłam z zaskoczeniem, że autorem pamiętnej drzeworytowej okładki (oraz ilustracji) do „Klechd domowych” był Zbigniew Rychlicki, którego kojarzyłam przede wszystkim z Misiem Uszatkiem .

Ostatni rozdział poświęcony Bohdanowi Butence, który niestety (podobnie jak Zdzisław Witwicki) nie dożył premiery tej książki, czytałam kilka dni po wiadomości o jego śmierci. Co prawda jako dziecko nie lubiłam jego ilustracji, ale były one częścią mojego dzieciństwa, a z czasem doceniłam ich oryginalność i absolutną niepodrabialność. Kiedy byłam już dorosła, razem z moimi córkami odkryłam „Donga, co ma świecący nos” i zachwyciłam się tą książką, tak odmienną, której wygląd doskonale korespondował z absurdalnością treści – przede wszystkim dzięki czarnym kartkom z białymi literami.

Lektura „Ilustratorek, ilustratorów” uświadomiła mi, jak wiele zawdzięczam WSZYSTKIM bohaterom tej książki (a także tym, dla których w niej miejsca nie starczyło, a których twórczość także współtworzyła Polską Szkołę Ilustracji), bo dzięki różnorodności ich kresek szara rzeczywistość PRLu nabierała barw, a ja nauczyłam się, jak różnie można widzieć świat.

Wiedzieliśmy, że dla dziecka wszystko musi być najlepsze. To jest jego pierwsza galeria sztuki – powiedziała pani Krystyna Michałowska. W tej galerii sztuki i ja się wychowałam – dziękuję za nią bardzo !!!

Barbara Gawryluk „Ilustratorki, ilustratorzy. Motylki z okładki i smoki bez wąsów”, projekt książki: Anna Pol, wyd.: Marginesy, Warszawa 2019

Ilustratorki: Maria Orłowska – Gabryś, Hanna Czajkowska, Ewa Salamon, Olga Siemaszko, Leonia Janecka, Elżbieta Gaudasińska, Danuta Konwicka, Janina Krzemińska, Krystyna Michałowska, Bożena Truchanowska, Teresa Wilbik

Ilustratorzy: Jan Marcin Szancer, Jerzy Srokowski, Kazimierz Mikulski, Adam Kilian, Janusz Grabiański, Zdzisław Witwicki, Zbigniew Rychlicki, Mirosław Pokora, Janusz Stanny, Antoni Boratyński, Józef Wilkoń, Mieczysław Piotrowski, Bohdan Butenko

A ja czekam

A ja czekam

Na pierwszy dzień adwentu (który w tym roku trwa 24 dni czyli akurat tyle, ile jest czekoladek w sklepowym kalendarzu adwentowym 😉 ) wpis z 19 grudnia 2007 roku.

Adwent. Czas oczekiwania.

Wszyscy na coś czekamy. Na Święta, na prezenty, na spotkanie z kimś rzadko widywanym, na potrawy jedzone tylko raz w roku. Na śnieg. Potem będziemy czekać na Nowy rok, na ferie zimowe, na wakacje… Dzieci czekają na kolejne etapy dorastania, dorośli – na kolejne etapy doroślenia dzieci. Na tym czekaniu upływa nam życie.

Czy w tej pogoni za tym, co przed nami, nie gubimy tego, co dzieje się teraz ? Czy potrafimy dostrzec i uszanować tę jedną chwilę, która lśni (jak śpiewa w mojej ulubionej piosence zespół „Pod Budą”) ? Czy nie przegapiamy gdzieś tych momentów, w których chciałoby się zawołać jak Faust: Trwaj chwilo ! Chwilo, jesteś piękna !

„A ja czekam…” to książka (książeczka raczej 😉 ) podobna do opisywanej już przeze mnie wcześniej  ”Kiedyś”. Ascetyczne ilustracje plus aptekarska ilość tekstu dają razem materiał do myślenia na długo. Przemawia i do siedmiolatki (Najmłodsza nawet przeczytała ją sama ! 😉 ), i do jedenastolatki, która ten prezent na Mikołajki zrecenzowała jako bardzo dobrą książkę. Osoby dorosłe może też zadumają się chwilę nad życiem i tym, co z niego zostaje.

Carpe diem ! – drogi czytelniku. Szkoda czasu na czekanie – nie wiemy przecież, ile go nam dano.

Davide Cali, Serge Bloch „A ja czekam…”, przekł.: Julian Kutyła, wyd.: Hokus – Pokus, Warszawa 2007 (wznowienie – 2013)

Kiedyś

Kiedyś

Wpis z 20 października 2007 roku, ale książkę niedawno wznowiło wydawnictwo Mamania i znowu jest dostępna 🙂

Wygląda jak książka dla dzieci. W księgarniach jest umieszczana wśród książek dla dzieci. Jednak, żeby ją zrozumieć i docenić, trzeba mieć już trochę życia za sobą

Mniej – znaczy więcej. Alison Mcghee i Peter H. Reynolds bardzo dobrze zrozumieli tę zasadę Miesa van der Rohe i, tworząc tę książkę, z powodzeniem ją zastosowali. Ani jednego słowa i ani jednej kreski za dużo. Czysta esencja.

Życie. Miłość. Dojrzewanie. Macierzyństwo. Przemijanie. To wszystko jest w tej niedużej książeczce. Czyta się ją kilka minut, ale zapada w serce na długo. Wypróbowałam ją na losowej próbie sześciu kobiet w różnym wieku (od nastolatki do babci) i wszystkie były nią poruszone i wzruszone.

Warto na moment zatrzymać się w pędzie codzienności i odwrócić się plecami do całego zgiełku, który nas otacza. Do powszedniego krzątactwa, na którym niezauważalnie upływa nam większość życia. Do ciągłej pogoni za tym wszystkim, co chcielibyśmy mieć i za tym, co, jak nam się wydaje, powinniśmy mieć. Do demagogii, nienawiści i kłamstw nazywanych eufemistycznie polityką.

To, co w życiu najważniejsze – jest zupełnie gdzie indziej. Ta książka pomaga sobie o tym przypomnieć.

Alison Mcghee (tekst) & Peter H. Reynolds (ilustracje) „Kiedyś”, przekł.: Zuzanna Naczyńska, wyd.: Egmont, Warszawa 2007

Alison Mcghee (tekst) & Peter H. Reynolds (ilustracje) „Kiedyś”, przekł.: Iwona Mączka, wyd.: Mamania, Warszawa 2018

Dom

Dom

Wpis z 3 grudnia 2013 roku:

Z ilustracjami Roberto Innocentiego zerknęłam się pierwszy raz, kiedy wydawnictwo Media Rodzina wydało „Pinokia” w nowym przekładzie Jarosława Mikołajewskiego. Na Targach Książki w Krakowie musiałam stoczyć ze sobą ciężką walkę, żeby nie kupić tej książki – tak mnie zachwyciła. Tłumaczyłam sobie racjonalnie, że mamy już w domu „Pinokia” z ilustracjami Szancera, a Najmłodsza z moich córek kilka dni wcześniej skończyła omawiać tę lekturę w szkole. Więc szansa na to, że ktoś w naszym domu sięgnie jeszcze po przygody drewnianego pajacyka, była bliska zeru. Za to cena… można powiedzieć, ze wręcz przeciwnie 😉

”Dom” to druga książka ilustrowana przez Innocentiego, która ukazała się w Polsce. Sięgnęłam po nią z wielkim zainteresowaniem… by skonstatować, że jest to książka tyleż piękna co zaskakująca.

Na piętnastu dwustonicowych ilustracjach, pełnych szczegółów i bohaterów drugiego planu, opowiada on stuletnią historię pewnego domu – od początku do końca dwudziestego stulecia. Widzimy, jak został podniesiony z ruiny i jak toczy się w nim życie – narodziny, śmierć, wesele, pogrzeb, żniwa, winobranie, wyjazdy, powroty… Trochę jak w „Czterech stronach czasu” Iwony Chmielewskiej.

Tym, co mnie zaskoczyło, był tekst J. Patricka Lewisa. Najpierw pomyślałam, że jest on tam w ogóle niepotrzebny, a same ilustracje opowiedziały by tę historię dużo lepiej. One są są pełne treści, natomiast towarzyszące im wiersze… jakoś tak… nie porwały mnie 😦

Potem przyszło mi do głowy, że może to tłumaczka (przepraszam za kolokwializm) dała ciała ? Doszłam do wniosku, że panią Małgorzatę Pasicką po prostu przerosło przełożenie wiersza wierszem, że rymowanie nie jest jej domeną. Tymczasem, po zapoznaniu się z tekstem oryginału (i skonsultowaniu tego z osobami znającymi angielski zdecydowanie lepiej ode mnie), muszę ją za te moje podejrzenia serdecznie przeprosić.

Mówi się, że tłumaczenia są albo wierne, albo piękne. To jest wierne, a co do piękności… Cóż – też można powiedzieć, że również została oddana wiernie 😉 Co prawda Najmłodsza stwierdziła, że się czepiam, bo wiersz się rymuje, więc wszystko jest OK, ale mnie najbardziej podobał się wstęp, który jest napisany prozą.

Zastanawiam się nad adresatem tej książki – wygląda, jakby była dla dzieci, ale jej tekst raczej do nich nie przemówi. Mogą ją sobie po prostu pooglądać, bo jest co. Dorośli ? Może, choć ja też z większą przyjemnością ją przeglądałam niż czytałam 😉

Roberto Innocenti (ilustr.) & J. Patrick Lewis (tekst) „Dom”, przekł.: Małgorzata Pasicka, wyd.: Bona, Kraków 2012

Wojtek z Armii Andersa

Wojtek z Armii Andersa

17 września 1939 roku to data, której długo nie można było w Polsce wspominać i która do dziś nie znalazła odbicia w naszej literaturze adresowanej do młodych czytelników. Losy Polaków pod okupacją sowiecką pomału się do niej przedostają, ale jest to bardzo pomału. Poniekąd opisują to dwie książki Doroty Combrzyńskiej – Nogali: „Wysiedleni” i „Syberyjskie przygody Chmurki” , jednak w obu z nich nad pierwszymi dwoma latami wojny autorka się prześlizguje. Nadal jedynym literackim opisem 17 września 1939 roku na wschodnich terenach Rzeczpospolitej pozostaje to, co napisała w swojej, wydanej w 1957 roku książce „Dziewczęta szukają drogi” Elżbieta Jackiewiczowa.

Jest także wydana staraniem IPN seria komiksów „Wojenna odyseja Antka Srebrnego”, której pierwszy tom dotyczy obrony Grodna przed Armią Czerwoną, ale nie miałam go jeszcze w ręku, więc trudno mi coś na jego temat powiedzieć.

Z braku innych okolicznościowych lektur przypomnę dziś adresowaną do starszych nastolatków (oraz dorosłych czytelników) książkę, która przy okazji historii misia Wojtka stara się opowiedzieć szerzej o polskich losach na nieludzkiej ziemi i po jej opuszczeniu. Pisałam o niej 27 marca 2009 roku. To była notabene pierwsza (oprócz wydanej w PRL książki Janusza Przymanowskiego 😉 ) publikacja o misiu Wojtku, potem dopiero nastąpiły kolejne.

W naszym rodzinnym archiwum jest zdjęcie sprzed wielu, wielu lat. Mała dziewczynka siedzi w wózeczku, a dookoła niej reszta rodziny – Mama, Tata i kilkuletni braciszek. Wszyscy z uśmiechem patrzą w obiektyw, chłopiec przytula do siebie misia. Ot – zwykła szczęśliwa rodzina. To zdjęcie nabiera szczególnego znaczenia, kiedy uświadomimy sobie, że zostało zrobione wiosną 1939 roku. Kilka miesięcy później wybuchła wojna.

Trzy lata później z trapu statku, który przepłynął Morze Kaspijskie, schodzili już tylko we dwoje – Mama z synkiem. Za sobą, na nieludzkiej ziemi zostawili grób siostrzyczki, która umarła w Kazachstanie. Niewidzianego od września 39 roku Tatę spotkali, kiedy dotarli do polskiego wojska, ale w ostatniej chwili przed ewakuacją aresztowało go NKWD. Przed nimi była Persja, potem Indie i Londyn. Do Polski nie wrócili nigdy.

Właśnie w Persji rozpoczyna się akcja książki Maryny Miklaszewskiej. Tytułowy Wojtek to niedźwiedź – maskotka 22 Kompanii Transportowej. Małego niedźwiadka – sierotę żołnierze kupili od perskiego chłopca i towarzyszył im w ich dalszej wojennej wędrówce. Pod Monte Cassino nosił pociski, a po wojnie dożył dni swoich w edynburskim ZOO.

Jest w tej książce jeszcze jeden Wojtek – mały chłopiec, jedno z wielu osieroconych, zagubionych polskich dzieci, które trafiały do powstających przy Armii sierocińców. Ich opiekunowie dokonywali cudów poświęcenia, aby jak najwięcej z tych błąkających się dzieci odnaleźć i uratować.

Wątek Wojtka, Jadzi i innych dzieci jest tym, który zrobił na mnie największe wrażenie – szczególnie moment, kiedy NKWD usiłuje powstrzymać ewakuację dzieci z wojskiem. Mają zostać w rosyjskim dietdomie. Opiekunowie decydują się na desperacki krok i organizują ucieczkę dzieci, które schowane w okolicach dworca, czekają na gwizdek – sygnał, że mają biec do pociągu. Prawie je widzę – dzieci biegnące do pociągu, słyszę rozpaczliwy krzyk ich opiekunki, która woła do żołnierzy: To dzieci, pomóżcie wejść naszym dzieciom ! Zostaną tu na zawsze, pomóżcie !

Scena bardzo filmowa, bo też zaczątkiem tej książki był projekt scenariusza, który nie wzbudził zainteresowania producentów filmowych. Szkoda, że taki film nie powstał i pokolenie moich córek jest kolejnym, które wychowuje się na „Czterech pancernych” i „Kapitanie Klossie”.

„Wojtek z Armii Andersa” to książka, która jest próbą nakreślenia panoramy polskich losów – od 1941 roku, kiedy w Związku Radzieckim generał Anders (sam prosto z celi na Łubiance) zaczyna tworzyć Armię Polską, przez Persję, Palestynę i Monte Cassino. Obok wielkiej polityki i postaci historycznych pojawiają się tam zwykli ludzie. Mężczyźni, kobiety i dzieci, bo taka była ta armia więźniów dowodzona przez więźnia, jak ją określił Gustaw Herling – Grudziński.

Autorka towarzyszy swoim bohaterom aż do zakończenia wojny i londyńskiej defilady zwycięstwa, w której zabrakło miejsca do Polaków. Czytając tę część miałam wrażenie, że trudno jej było znaleźć właściwy ton na opisanie ich losów, prób odnalezienia się w powojennym świecie oraz (a może przede wszystkim) ich uczuć. Uczuć, w których dominowała gorycz – gorycz Murzyna, który zrobił swoje i któremu można powiedzieć „Go home !” – nie zastanawiając się nad tym, czy gdzieś w ogóle jest ten dom, do którego może wrócić.

A gdy miną już dni walki, szturmów i krwi, Bratni Legion gdy wreszcie powróci, pójdzie wiara gromadą Alejami z paradą i piosenkę szturmową zanuci. Panien rój, kwiatów rój i sztandary, równy krok, śmiały wzrok, bruk aż drży. Alejami z paradą będziem szli defiladą w wolną Polskę, co wstała z naszej krwi. – śpiewali harcerze z batalionu „Parasol” w swojej „Piosence szturmowej”. Taka defilada nie była dana ani im, ani żołnierzom Polskich Sił Zbrojnych. W powojennym świecie, którego porządek ukształtowany został w Jałcie i Poczdamie, nie było dla nich miejsca. O żołnierzach Andersa i o nim samym przez wiele lat nie można było w Polsce pisać. Teraz – kiedy już można, prawie nikogo to nie interesuje…

Maryna Miklaszewska „Wojtek z Armii Andersa” , wyd.: Fronda, Warszawa 2007