Dom

Dom

Wpis z 3 grudnia 2013 roku:

Z ilustracjami Roberto Innocentiego zerknęłam się pierwszy raz, kiedy wydawnictwo Media Rodzina wydało „Pinokia” w nowym przekładzie Jarosława Mikołajewskiego. Na Targach Książki w Krakowie musiałam stoczyć ze sobą ciężką walkę, żeby nie kupić tej książki – tak mnie zachwyciła. Tłumaczyłam sobie racjonalnie, że mamy już w domu „Pinokia” z ilustracjami Szancera, a Najmłodsza z moich córek kilka dni wcześniej skończyła omawiać tę lekturę w szkole. Więc szansa na to, że ktoś w naszym domu sięgnie jeszcze po przygody drewnianego pajacyka, była bliska zeru. Za to cena… można powiedzieć, ze wręcz przeciwnie 😉

”Dom” to druga książka ilustrowana przez Innocentiego, która ukazała się w Polsce. Sięgnęłam po nią z wielkim zainteresowaniem… by skonstatować, że jest to książka tyleż piękna co zaskakująca.

Na piętnastu dwustonicowych ilustracjach, pełnych szczegółów i bohaterów drugiego planu, opowiada on stuletnią historię pewnego domu – od początku do końca dwudziestego stulecia. Widzimy, jak został podniesiony z ruiny i jak toczy się w nim życie – narodziny, śmierć, wesele, pogrzeb, żniwa, winobranie, wyjazdy, powroty… Trochę jak w „Czterech stronach czasu” Iwony Chmielewskiej.

Tym, co mnie zaskoczyło, był tekst J. Patricka Lewisa. Najpierw pomyślałam, że jest on tam w ogóle niepotrzebny, a same ilustracje opowiedziały by tę historię dużo lepiej. One są są pełne treści, natomiast towarzyszące im wiersze… jakoś tak… nie porwały mnie 😦

Potem przyszło mi do głowy, że może to tłumaczka (przepraszam za kolokwializm) dała ciała ? Doszłam do wniosku, że panią Małgorzatę Pasicką po prostu przerosło przełożenie wiersza wierszem, że rymowanie nie jest jej domeną. Tymczasem, po zapoznaniu się z tekstem oryginału (i skonsultowaniu tego z osobami znającymi angielski zdecydowanie lepiej ode mnie), muszę ją za te moje podejrzenia serdecznie przeprosić.

Mówi się, że tłumaczenia są albo wierne, albo piękne. To jest wierne, a co do piękności… Cóż – też można powiedzieć, że również została oddana wiernie 😉 Co prawda Najmłodsza stwierdziła, że się czepiam, bo wiersz się rymuje, więc wszystko jest OK, ale mnie najbardziej podobał się wstęp, który jest napisany prozą.

Zastanawiam się nad adresatem tej książki – wygląda, jakby była dla dzieci, ale jej tekst raczej do nich nie przemówi. Mogą ją sobie po prostu pooglądać, bo jest co. Dorośli ? Może, choć ja też z większą przyjemnością ją przeglądałam niż czytałam 😉

Roberto Innocenti (ilustr.) & J. Patrick Lewis (tekst) „Dom”, przekł.: Małgorzata Pasicka, wyd.: Bona, Kraków 2012

Wojtek z Armii Andersa

Wojtek z Armii Andersa

17 września 1939 roku to data, której długo nie można było w Polsce wspominać i która do dziś nie znalazła odbicia w naszej literaturze adresowanej do młodych czytelników. Losy Polaków pod okupacją sowiecką pomału się do niej przedostają, ale jest to bardzo pomału. Poniekąd opisują to dwie książki Doroty Combrzyńskiej – Nogali: „Wysiedleni” i „Syberyjskie przygody Chmurki” , jednak w obu z nich nad pierwszymi dwoma latami wojny autorka się prześlizguje. Nadal jedynym literackim opisem 17 września 1939 roku na wschodnich terenach Rzeczpospolitej pozostaje to, co napisała w swojej, wydanej w 1957 roku książce „Dziewczęta szukają drogi” Elżbieta Jackiewiczowa.

Jest także wydana staraniem IPN seria komiksów „Wojenna odyseja Antka Srebrnego”, której pierwszy tom dotyczy obrony Grodna przed Armią Czerwoną, ale nie miałam go jeszcze w ręku, więc trudno mi coś na jego temat powiedzieć.

Z braku innych okolicznościowych lektur przypomnę dziś adresowaną do starszych nastolatków (oraz dorosłych czytelników) książkę, które przy okazji historii misia Wojtka stara się opowiedzieć szerzej o polskich losach na nieludzkiej ziemi i po jej opuszczeniu. Pisałam o niej 27 marca 2009 roku. To była notabene pierwsza (oprócz wydanej w PRL książki Janusza Przymanowskiego 😉 ) publikacja o misiu Wojtku, potem dopiero nastąpiły kolejne.

W naszym rodzinnym archiwum jest zdjęcie sprzed wielu, wielu lat. Mała dziewczynka siedzi w wózeczku, a dookoła niej reszta rodziny – Mama, Tata i kilkuletni braciszek. Wszyscy z uśmiechem patrzą w obiektyw, chłopiec przytula do siebie misia. Ot – zwykła szczęśliwa rodzina. To zdjęcie nabiera szczególnego znaczenia, kiedy uświadomimy sobie, że zostało zrobione wiosną 1939 roku. Kilka miesięcy później wybuchła wojna.

Trzy lata później z trapu statku, który przepłynął Morze Kaspijskie, schodzili już tylko we dwoje – Mama z synkiem. Za sobą, na nieludzkiej ziemi zostawili grób siostrzyczki, która umarła w Kazachstanie. Niewidzianego od września 39 roku Tatę spotkali, kiedy dotarli do polskiego wojska, ale w ostatniej chwili przed ewakuacją aresztowało go NKWD. Przed nimi była Persja, potem Indie i Londyn. Do Polski nie wrócili nigdy.

Właśnie w Persji rozpoczyna się akcja książki Maryny Miklaszewskiej. Tytułowy Wojtek to niedźwiedź – maskotka 22 Kompanii Transportowej. Małego niedźwiadka – sierotę żołnierze kupili od perskiego chłopca i towarzyszył im w ich dalszej wojennej wędrówce. Pod Monte Cassino nosił pociski, a po wojnie dożył dni swoich w edynburskim ZOO.

Jest w tej książce jeszcze jeden Wojtek – mały chłopiec, jedno z wielu osieroconych, zagubionych polskich dzieci, które trafiały do powstających przy Armii sierocińców. Ich opiekunowie dokonywali cudów poświęcenia, aby jak najwięcej z tych błąkających się dzieci odnaleźć i uratować.

Wątek Wojtka, Jadzi i innych dzieci jest tym, który zrobił na mnie największe wrażenie – szczególnie moment, kiedy NKWD usiłuje powstrzymać ewakuację dzieci z wojskiem. Mają zostać w rosyjskim dietdomie. Opiekunowie decydują się na desperacki krok i organizują ucieczkę dzieci, które schowane w okolicach dworca, czekają na gwizdek – sygnał, że mają biec do pociągu. Prawie je widzę – dzieci biegnące do pociągu, słyszę rozpaczliwy krzyk ich opiekunki, która woła do żołnierzy: To dzieci, pomóżcie wejść naszym dzieciom ! Zostaną tu na zawsze, pomóżcie !

Scena bardzo filmowa, bo też zaczątkiem tej książki był projekt scenariusza, który nie wzbudził zainteresowania producentów filmowych. Szkoda, że taki film nie powstał, bo pokolenie moich córek jest kolejnym, które wychowuje się na „Czterech pancernych” i „Kapitanie Klossie”.

„Wojtek z Armii Andersa” to książka, która jest próbą nakreślenia panoramy polskich losów – od 1941 roku, kiedy w Związku Radzieckim generał Anders (sam prosto z celi na Łubiance) zaczyna tworzyć Armię Polską, przez Persję, Palestynę i Monte Cassino. Obok wielkiej polityki i postaci historycznych pojawiają się tam zwykli ludzie. Mężczyźni, kobiety i dzieci, bo taka była ta armia więźniów dowodzona przez więźnia, jak ją określił Gustaw Herling – Grudziński.

Autorka towarzyszy swoim bohaterom aż do zakończenia wojny i londyńskiej defilady zwycięstwa, w której zabrakło miejsca do Polaków. Czytając tę część miałam wrażenie, że trudno jej było znaleźć właściwy ton na opisanie ich losów, prób odnalezienia się w powojennym świecie oraz (a może przede wszystkim) ich uczuć. Uczuć, w których dominowała gorycz – gorycz Murzyna, który zrobił swoje i któremu można powiedzieć „Go home !” – nie zastanawiając się nad tym, czy gdzieś w ogóle jest ten dom, do którego może wrócić.

A gdy miną już dni walki, szturmów i krwi, Bratni Legion gdy wreszcie powróci, pójdzie wiara gromadą Alejami z paradą i piosenkę szturmową zanuci. Panien rój, kwiatów rój i sztandary, równy krok, śmiały wzrok, bruk aż drży. Alejami z paradą będziem szli defiladą w wolną Polskę, co wstała z naszej krwi. – śpiewali harcerze z batalionu „Parasol” w swojej „Piosence szturmowej”. Taka defilada nie była dana ani im, ani żołnierzom Polskich Sił Zbrojnych. W powojennym świecie, którego porządek ukształtowany został w Jałcie i Poczdamie, nie było dla nich miejsca. O żołnierzach Andersa i o nim samym przez wiele lat nie można było w Polsce pisać. Teraz – kiedy już można, prawie nikogo to nie interesuje…

Maryna Miklaszewska „Wojtek z Armii Andersa” , wyd.: Fronda, Warszawa 2007

Wanda Chotomska. Nie mam nic do ukrycia

Wanda Chotomska. Nie mam nic do ukrycia

Wydawnictwo Marginesy zapowiedziało na 16 października premierę nowej książki Barbary Gawryluk „Ilustratorki, ilustratorzy”. Na jego stronie możemy przeczytać: O swoich fascynacjach opowiadają m.in. Elżbieta Gaudasińska, Zdzisław Witwicki, Bożena Truchanowska, Teresa Wilbik, Józef Wilkoń. Tych, których już nie ma – Olgę Siemaszko, Janinę Krzemińską, Zbigniewa Rychlickiego Janusza Stannego czy Adama Kiliana – wspominają najbliżsi. Co znaczyły sukcesy dla ich artystycznych wyborów? Co działo się z nimi, kiedy polską literaturę dla dzieci dotknął kryzys? Jak poradzili sobie z kolorową szmirą lat 80. i 90.? Gdzie są oryginały ich prac?

Już nie mogę się jej doczekać (i nie tylko ja 😉 ), ale zanim to nastąpi, przypominam poprzednią biograficzną książkę tej autorki – wpis z 30 września 2016 roku :

To zdecydowanie nie jest książka dla dzieci. Dla kogo więc ? Dla tych dorosłych, którzy jako dzieci czytali utwory Wandy Chotomskiej – czyli dla… wszystkich, bo nie ma w Polsce osoby, która by się z jej twórczością nie zetknęła.

Pierwszą ważną książką w moim życiu było „Abecadło krakowskie” – sympatyczna rymowana historia wędrówki Słoneczka po Krakowie, w której każdej literze alfabetu przypisane było jakieś ważne miejsce lub rzecz w tym mieście. Uwielbiałam ją, znałam ją na pamięć i na niej właśnie nauczyłam się czytać. Jak opowiada moja Mama, jeszcze zanim posiadłam tę umiejętność, po mistrzowsku ją udawałam – czytałam na głos recytując z pamięci, ale palcem cały czas wodziłam po tekście utrzymując tempo 😉 Dzięki „Abecadłu” nie tylko nauczyłam się alfabetu, ale także poznałam Kraków na długo przedtem, zanim tam pojechałam. Do dziś pamiętam, co było pod każdą literą: od Akademii Sztuk Pięknych po dzwon Zygmunta przez Elementarz, Fafika i Igrce. (edit: a kiedy w zeszłym roku zwiedzałam z córkami wystawę #dziedzictwo w krakowskim Muzeum Narodowym, z radością odnalazłam tam oryginały ilustracji Szancera do tej książki)

Myślę, że nie będzie przesadą, jeśli powiem, że od „Abecadła” zaczęło się wszystko, co w moim życiu ważne, czyli maniackie czytanie i zainteresowanie historią. Nie mam już tamtej książki z mojego dzieciństwa, zapewne padła ofiarą naszej przeprowadzki do Warszawy, kiedy rodzice stojący wobec konieczności spakowania i przewiezienia własnego, niemałego księgozbioru, drastycznie ograniczyli mój, oddając wszystkie książki, z których ich zdaniem już wyrosłam. Pamiętałam ją doskonale – jej tytuł, ilustratora (bo kreska Szancera jest nie do pomylenia), ale nie wiedziałam, kto był autorem. Dopiero po wielu latach odkryłam, że napisała ją Wanda Chotomska. Nie był to, jak się okazuje, mój pierwszy kontakt z jej twórczością, bo przecież (jak wszystkie dzieci wówczas) oglądałam w telewizji Jacka i Agatkę !

W ogromnym dorobku Wandy Chotomskiej nie da się wskazać jednego utworu, który znają wszyscy, jak „Lokomotywę”, „Akademię Pana Kleksa” czy „Dzieci z Bullerbyn”. Nie ma jednak osoby (nawet wśród tych, które kontakt z książką miały i mają niewielki), która by się żadnym z jej utworów nie zetknęła – jeśli nie z podręcznika do języka polskiego to chociażby jako piosenki „Gawędy”. Czy był w Polsce ktoś, kto w latach siedemdziesiątych nie słyszał choć raz „Gry w kolory” ? Nie należałam do Gawędy, ale miałam tam koleżanki, chodziłam na ich koncerty, słuchałam płyt i wszystkie piosenki, które na nich były, umiałam na pamięć.

ogląda się kiepsko, ale posłuchać można 😉

Moje córki najlepiej znają chyba „Tadka niejadka”. Czarna płyta z tym słuchowiskiem (z cudowną Ireną Kwiatkowską w roli Babci !) pochodziła z czasów dzieciństwa mojego Męża, a ja przegrałam ją dla dziewczyn na kasetę magnetofonową. Kiedyś usłyszałam, jak któraś z nich śpiewa piosenkę o balonikach uwzględniając w niej to miejsce, w którym podczas nagrywania płyta się zacięła 😉

Barbara Gawryluk przez dwa lata odwiedzała Wandę Chotomską w jej mieszkaniu na rogu Tamki i Warszawy i… rozmawiały. Te rozmowy (jak mogliśmy dowiedzieć się na bardzo miłym spotkaniu w Muzeum Książki Dziecięcej) zaczynały się w chwili, gdy gospodyni otwierała drzwi mieszkania, a kończyły dopiero, kiedy za gościem zamykały się drzwi windy. Rozmawiały o wszystkim począwszy od najwcześniejszego dzieciństwa Poetki, przez wojnę i lata tużpowojenne, ale najwięcej oczywiście jest opowieści o literaturze i literatach, o książkach, spotkaniach autorskich i podróżach. Rozmowom towarzyszyło przeglądanie zawartości przepastnych szuflad pełnych zdjęć, listów, ręko- i maszynopisów, nierzadko budzących zaskoczenie ich właścicielki. Wiele z tych znalezisk znalazło się w książce, a dwa być może będą miały ciąg dalszy… 😉

Są tam też opowieści licznych znajomych z branży (i nie tylko). Wszystkich nie wymienię, ograniczę się tylko do Joanny Papuzińskiej, Bohdana Butenki i Grzegorza Kasdepke, który powiedział tam: Szwedzi mają Astrid Lingdren, Finowie Tove Janson, a Polacy – Wandę Chotomską. Naprawdę nie wyszliśmy na tym źle ! Też tak uważam – szczególnie, że Polacy znają świetnie książki obu tych autorek, a czy Skandynawowie mieli okazję poznać twórczość Wandy Chotomskiej ???

P.S. Cieszę się, że ja również w maciuciupuleńkim stopniu przyczyniłam się do tej publikacji, bo cytowana tam dedykacja: Będzie miała Ania dużo do czytania pochodzi z książki „Tańce polskie”, którą moja córka przyniosła ze spotkania w swojej szkole 🙂

Barbara Gawryluk „Wanda Chotomska. Nie mam nic do ukrycia”, wyd.: Marginesy, Warszawa 2016

Oblicze Pana

Oblicze Pana

Wpis z 30 listopada 2009 roku:

Trochę jak Pan Samochodzik, tylko bardziej dla dorosłych – powiedziała Najstarsza (edit: wówczas szesnastoletnia), która w naszym domu wygrała wyścig do tej lektury. Podobną opinię wygłosił później mój Mąż (dorzucając jeszcze coś o skojarzeniach z „Poszukiwaczami Zaginionej Arki”).

I coś w tym rzeczywiście jest…

Znów (jak w „Kacprze Ryxie i Królu Przeklętym” ) wracamy do ponurego dnia 13 marca 1314 roku, kiedy to w Paryżu na wyspie Cite na wprost katedry Notre Dame zapłonął stos, na którym zginęli: Jakub de Molay, ostatni wielki mistrz zakonu templariuszy oraz Geoffroy de Charnay, prowincjał Normandii. Był to koniec tego, do niedawna potężnego zakonu, ale nie spełnił on nadziei króla Francji Filipa Pięknego i papieża Klemensa. Ogromne skarby templariuszy rozpłynęły się jakby w powietrzu, podobnie jak relikwie, które podobno były w posiadaniu Zakonu Rycerzy Świątyni. Na tych relikwiach szczególnie zależało wrogom zakonu. Zwłaszcza na jednej – o niezwykłej mocy, tak silnej, że sprowadziła iście starotestamentowy słup ognia, który pochłonął cały oddział wojsk królewskich…

Sto lat później owe relikwie bardzo przydałyby się Krzyżakom w wojnie z Jagiełłą…

Kolejne pięćset lat później, u schyłku Trzeciej Rzeszy, na ich trop trafia Hauptsturmfuhrer Helmut von Baysen i widzi w nich szansę na odwrócenie losów wojny…

Jeszcze kilkadziesiąt lat później (a z naszej perspektywy czasowej – za pół roku, bo w czerwcu 2010 r.), na Plantach w Krakowie zamordowany zostanie jego syn Ernest von Baysen. Zupełnie przypadkowo w sprawę wplącze się jego daleki krewny, z polskiej linii tej pruskiej rodziny – Tomasz Bażyński

Tomasz Bażyński, podobnie jak jego imiennik zwany Panem Samochodzikiem, jest historykiem sztuki i jeździ mocno specyficznym samochodem. Na tym jednak podobieństwa między oboma panami się kończą. Pan Samochodzik był (teraz tak to widzę) dość niesympatycznym, zadufanym w sobie przemądrzalcem. W tzw. realu chyba mocno denerwującym i w dodatku kompletnie aseksualnym (jak na bohatera grzecznych książek dla młodzieży przystało 😉 )

Tomasz Bażyński wcale nie jest przemądrzały. Ani aseksualny 😉 Na pozór trochę życiowy nieudacznik, w sytuacjach trudnych potrafi zachować zimą krew. Inteligentny, wykształcony i kulturalny spadkobierca pięknej tradycji rodu Bażyńskich i rodzinnej willi na krakowskim Salwatorze. Poza tym obu bohaterów różnią wyraźnie poglądy polityczne. Nie wiem, czy ktoś to jeszcze pamięta, ale Pan Samochodzik był dumnym posiadaczem legitymacji ORMO i czynił z niej użytek na łamach którejś z książek.

Wszyscy troje (czyli Najstarsza, Mąż i ja) przeczytaliśmy „Oblicze Pana”z wielką przyjemnością, wręcz jednym tchem. Prawie jak kiedyś Pana Samochodzika. To tak miła odmiana po rozczarowaniu, jakim był dla nas serial „Czas honoru” (edit: a konkretnie pierwsza seria, potem już było trochę lepiej). Oglądałam go (do niedawna, potem przestałam w ogóle 😉 ) z narastającą irytacją. Bardzo złościła mnie nonszalancja z jaką jego twórcy podchodzą do realiów czasów, w którym umieścili akcję. Zdarzyło mi się jednak słyszeć, że się czepiam, bo to w końcu fikcja i najważniejsze, żeby było ciekawie dla widza. A widowni się podoba i serial ma tzw. oglądalność.

No cóż – fikcja fikcją, a realia historyczne – realiami. Mariusz Wollny po raz kolejny udowadnia, że można stworzyć fikcyjną historię, która z jednej strony będzie pasjonująca dla czytelnika, a z drugiej – nie będzie się kłócić z faktami.

Trzeba tylko chcieć. I umieć.

A Mariusz Wollny umie. I chce 🙂

Mariusz Wollny „Oblicze Pana”, wyd.: Otwarte, Kraków 2009

Kacper Ryx

Kacper Ryx

Pora przypomnieć jeden z naszych ulubionych cykli książkowych. Trochę zazdroszczę tym, którzy go nie znają, że mają tyle fantastycznej lektury przed sobą 🙂

Wpis z 2 stycznia 2008 roku:

Książką roku 2007 w naszym domu jest niewątpliwie „Kacper Ryx”. Nieoficjalny plebiscyt wygrał w cuglach, aż trzema głosami – Najstarszej z córek, mojego Męża i moim. Córki Środkowa i Najmłodsza miały w nim swoje własne typy, ale one po prostu są jeszcze za małe na tę lekturę 😉 To książka dla młodzieży interesującej się historią i dla dorosłych o podobnych zainteresowaniach.

W dniu Trzech Króli Roku Pańskiego 1550 pod bramą krakowskiego kościoła św. Ducha znaleziono niemowlę płci męskiej. Na pamiątkę owego dnia postanowiono nazwać go Kacper Rex, ale (skutkiem omyłki pisarza parafialnego) ostatecznie nosi nazwisko Ryx…

W roku 1569 ów Kacper Ryx jest już studentem Akademii Krakowskiej, a ponadto wykazuje się niezwykłą inteligencją i talentem do rozwikływania rozmaitych zagadkowych spraw. Owemu talentowi zawdzięcza swe miano Inwestygatora Jego Królewskiej Mości

Król Zygmunt August, Jan Kochanowski, Mikołaj Rej, Mikołaj Sęp – Sarzyński, Łukasz Górnicki, Jan Zamojski (że o Panu Twardowskim nie wspomnę) to tylko najbardziej znane w plejady postaci historycznych przewijających się przez karty tej książki. Poza tym całe tłumy mniej lub bardziej bezimiennych mieszkańców ówczesnego Krakowa. „Kacper Ryx” to książka, która mogłaby mieć podtytuł „Życie codzienne w Krakowie za czasów Zygmunta Augusta”. Znaleźć tam można dosłownie wszystko – od wyglądu lochów w Ratuszu przez opis operacji okulistycznej, aż po zawody strzeleckie Bractwa Kurkowego. A także: kulisy zawarcia unii lubelskiej, przejmujący opis egzekucji na Rynku, trochę wiedzy o zależnościach miedzy radą miejską, rektorem Akademii a dworem królewskim, początki poczty, próbę wyjaśnienia, co stało się z panem Twardowskim… Rzec można – dla każdego coś miłego 😉 Mój mąż z wielką przyjemnością czytał sobie o ówczesnej broni – zarówno białej, jak i palnej, a na mnie duże wrażenie zrobił opis szalonej podróży Kacpra rozstawnymi końmi do Lublina. Najstarsza, zapytana o to, co jej się w tej książce podobało najbardziej, odpowiedziała: to, że to wszystko mogło się wydarzyć naprawdę.

Wiedza jej autora, Mariusza Wollnego o Krakowie jest wręcz onieśmielająca. Chętnie pospacerowałabym po tym mieście z takim cicerone 😉 Wydaje się, że nie ma tam domu, którego historii by nie znał i legendy, której by nie wykorzystał. Wszystko to opisane tak realistycznie, że niemal czujemy smród unoszący się nad ulicami, po których wędrujemy z Kacprem 😉

Na okładce napisano: takiej historii nie znajdziecie w podręcznikach. Przypomniało mi to pewne ćwiczenia w czasie studiów, podczas których prawie cała nasza grupa wykazała się dużą wiedzą pozapodręcznikową (ku sporemu zaskoczeniu prowadzącego zajęcia) – bodaj na temat masonerii. Wyjątek stanowiła pewna stypendystka z USA, która nie brała udziału w naszych popisach elokwencji, a po zajęciach zapytała z podziwem graniczącym z przerażeniem : Skąd Wy to wszystko wiedzieliście ? Odpowiedzieliśmy zgodnie: Z Pana Samochodzika oczywiście !” 😉

„Kacper Ryx” to książka zanurzona w realiach renesansowych, ale równocześnie bardzo współczesna w tempie narracji. Jej bohater wpada z jednych perypetii w drugie, z trudem znajdując czas na sen, a wszystko to w czasie, który powinien spędzać na wykładach. Okazuje się, że choć właściwie wszystko się od tamtych czasów zmieniło, to jedno zdaje się być ponadczasowe – ilość czasu, który studenci poświęcają na naukę 😉

Mariusz Wollny „Kacper Ryx”, wyd.: Wydawnictwo Otwarte, Kraków 2007

Wpis z 6 maja 2009 roku:

To nie jest książka dla dzieci !!! (piszę o tym, bo ostatnio na jednym z forów pojawiły się wątpliwości)

O pierwszym tomie tego cyklu czyli  ”Kacprze Ryxie” napisałam, że jest to książka dla młodzieży zainteresowanej historią i dla dorosłych o podobnych zainteresowaniach. Uściślając: od gimnazjum wzwyż. Dla osób oczytanych i z wiedzą historyczną wykraczającą poza program szkolny..

Opinię tę podtrzymuję również jeśli chodzi o „Kacpra Ryxa i króla przeklętego”, bo jest to książka zaglądająca w jeszcze mroczniejsze zakątki szesnastowiecznego Krakowa. W tym tomie w ogóle wszystkiego jest jakby więcej – postaci historycznych, z którymi styka się Kacper, tajemnic, spisków, dziwnych spraw, okrucieństwa, strachu, śmierci. Trudno się zresztą temu dziwić.

Kacper Ryx jest Investygatorem Królewskim, a tytuł ten pochodzi od łacińskiego słowa investigo, co znaczy: śledzić, tropić, badać, poszukiwać. Jest więc kimś w rodzaju detektywa, śledczego. Przestępstw raczej nie popełniają (i tu się nic specjalnie nie zmieniło od XVI wieku) ludzie mili, grzeczni i dobrze wychowani.

Akcja tej części rozgrywa się w latach 1572 – 1574 i obejmuje okres bezkrólewia po śmierci Zygmunta Augusta, elekcję Henryka Walezego i krótki czas jego panowania w Polsce. Interegnum to czas zawieszenia, rozprężenia, bezhołowia, bo śmierć króla powodowała wygaśnięcie wszystkich dotychczasowych urzędów i przywilejów.

Kraków w tej książce to miejsce mało sympatyczne. Zupełnie nie przypomina tego miasta, które znamy teraz. Pełen ludzi – miejscowych i przyjezdnych, Polaków, Litwinów, Francuzów przybyłych z królem, Szkotów, Holendrów (i innych nacji, które w Rzeczpospolitej znajdowały schronienie przed prześladowaniami religijnymi we własnych krajach)… Zatłoczony, brudny i niebezpieczny.

No i jeszcze ten dwór królewski, francuskie otoczenie króla… Co tam się działo ! Nie – to zdecydowanie nie jest książka dla dzieci 😉

Ale za to jaka ciekawa ! A zostało jeszcze kilka niezakończonych spraw, co bardzo dobrze rokuje trzeciemu tomowi cyklu :-)))

Mariusz Wollny „Kacper Ryx i król przeklęty”, wyd.: Otwarte, Kraków 2008

Wpis z 5 marca 2012 roku:

Spieszę donieść, że ukazał się czwarty tom cyklu o Kacprze Ryxie, Inwestygatorze czterech kolejnych władców Rzeczpospolitej. Po „Kacprze Ryxie” i „Kacprze Ryxie i królu przeklętym” w zeszły roku moglismy przeczytać „Kacpra Ryxa i tyrana nienawistnego”, a kilka tygodni temu do księgarni dotarł „Kacper Ryx i król alchemików”

W posłowiu autor sumituje się nieco przed czytelnikami za tom trzeci – rzekomo niedopracowany i pisany na kolanie. Jeśli tak wygląda książka niedopracowana, to wolę się nie zastanawiać, na czym pisze większość publikujących obecnie autorów ! Mój Mąż, po przeczytaniu tego tomu, powiedział, że robi on wrażenie jakby pan Wollny pozazdrościł Sienkiewiczowi. Rzeczywiście – po pierwszych dwóch, w których Kacper z rzadka opuszczał Kraków, nie wypuszczając się poza granice Korony, tym razem autor zafundował mu przyspieszony, praktyczny kurs geografii Kresów Rzeczpospolitej Obojga Narodów i nie tylko, rzucając nim od Pskowa po Krym.

„Kacper Ryx i król alchemików” jest czwartym i zarazem (zgodnie z pierwotnym założeniem) ostatnim tomem cyklu. Jego bohater urodził się w roku 1550 i przyszło mu żyć pod panowaniem czterech kolejnych królów w burzliwych dla Rzeczpospolitej czasach. Każdy z tomów cyklu obejmuje panowanie innego z władców – od Zygmunta Augusta przez Henryka Walezego, Stefana Batorego do Zygmunta III Wazy. W chwili wstępowanie na tron jego następcy – Władysława IV – Kacper miałby 82 lata. To wiek jak na owe czasy matuzalemowy i na pewno nieodpowiedni do pełnienia funkcji Inwestygatora. Mariusz Wollny konsekwentnie podomykał wszystkie wątki i nieodwołalnie zakończył tetralogię o Kacprze Ryxie, ale równocześnie…

… pozostawił sobie furtkę do rozpoczęcia kolejnego cyklu. I nie mogę się już doczekać, kiedy z niej skorzysta 😉

Mariusz Wollny „Kacper Ryx i tyran nienawistny”, wyd.: Otwarte, Kraków 2011

Mariusz Wollny „Kacper Ryx i król alchemików”, wyd.: Otwarte, Kraków 2012

Rzeczywiście – doczekałam się 🙂 W następnych latach okazał się trzytomowy cykl „Krwawa Jutrznia” nazywany też „Kronikami Dymitriad”. Jest to historia syna Kacpra Ryxa – po uszlachceniu ojca nosi on miano Kacpra Turopońskiego. Ten cykl stanowi całość, tomy trzeba czytać po kolei i warto jest mieć od razu wszystkie, żeby nie robić sobie przerw w lekturze 😉 Podobnie jak w cyklu pierwotnym, są to książki fascynujące, trzymające w napięciu, świetnie napisane i znakomicie osadzone w realiach. To osadzenie sprawia, że są równocześnie dość brutalne i ociekające krwią, ale trudno się dziwić, bo takie były wydarzenia w nich opisywane .

Ukazało się także pięć opowiadań o Kacprze Ryxie seniorze. Wydarzenia w nich opisywane mieszczą się gdzieś pomiędzy tomami zasadniczego cyklu, ale to już jest lektura dla szczególnych maniaków tematyki, którzy po przeczytaniu pozostałych nie mogą się rozstać z bohaterem, epoką i Krakowem 😉

Wszystkie książki Mariusza Wollnego, a także wiele innych gadżetów z epoki można nabyć w Składzie Towarów u Kacpra Ryxa – w Krakowie tuż obok Kościoła Mariackiego albo przez internet 🙂

ArchiTekturki

ArchiTekturki

Wpis z 23 września 2015 roku:

ArchiTekturki” to książka która niewątpliwie robi wrażenie. Nie wiem tylko czym bardziej: formą czy ceną ? 😉

Cena rzeczywiście daje po oczach, ale jest uzasadniona – po pierwsze: formą wymagającą zegarmistrzowskiej precyzji przy konstruowaniu oraz ręcznego klejenia, a po drugie: mikroskopijnym wręcz nakładem, który wyniósł 1000 (słownie: jeden tysiąc) egzemplarzy (edit: potem na szczęście były jeszcze dodruki). W dodatku książka została wyprodukowana w Polsce, a nie w krajach Trzeciego Świata, gdzie często wykorzystywane są do tego dzieci, co też miało wpływ na cenę.

Mimo tego homeopatycznego wręcz nakładu i zaporowej ceny, które mocno ograniczyły zasięg czytelniczy tej publikacji, warto odnotować jej pojawienie się, ponieważ  „ArchiTekturki” to pierwsza od bardzo dawna polska książka typu pop-up i pierwsza wykorzystująca taką formę do popularyzacji wiedzy o architekturze współczesnej.

Ta książka to opowieść o kilkudziesięciu warszawskich miejscach i budynkach. Pokazujemy budowle małe i duże, piękne i brzydkie, pasujące do otoczenia i te, które odwracają się plecami do sąsiadów. Opisane zostały budynki – przyjaciele, które pozdrawiamy, przechodząc obok, i takie, które wolimy obchodzić z daleka. Bohaterów tej książki łączy jedno: wszystkie pokazane obiekty to zrealizowane marzenia ich autorów o lepszym mieście.

Wydało ją Muzeum Powstania Warszawskiego, co może budzić zdziwienie, bo powstanie kojarzy się raczej z unicestwieniem warszawskiej architektury. Warto jednak pamiętać, że większość wojennych zniszczeń Warszawy nie była związana z walkami powstańczymi, a samo powstanie to tylko etap w historii miasta – etap graniczny, między Warszawą dawną, tą tworzoną przez wieki, a Warszawą obecną, w której sąsiadują ze sobą ostańce tamtej dawnej i budynki powstałe w ostatnich siedemdziesięciu latach. Ważną częścią Muzeum jest Instytut Stefana Starzyńskiego i to z jego inicjatywy ( a personalnie – Agnieszki Szulejewskiej) powstała  ta książka.

Warszawa to miasto inne niż wszystkie. Są w Polsce i na świecie miasta większe, miasta starsze, miasta piękniejsze. Ale urok Warszawy kryje się w jej charakterze, na który składają się tysiące pozornie zupełnie niepasujących elementów – budynków, miejsc, historii, a przede wszystkim ludzi. Tych, którzy tu mieszkają i tych, którzy użyli swego talentu, aby uczynić to miasto wspanialszym i lepszym. Chociaż często ich wizje bardzo się od siebie różniły. 

Marlena Happach wybrała i opisała, a Robert Czajka narysował ponad 40 miejsc w Warszawie, które powstały w ciągu ostatnich 70 lat – od tunelu trasy W-Z po Dom Kereta. Są to rzeczy małe (jak Dom Kereta właśnie) i rozległe (jak Osiedle „Za Żelazną Bramą” czy Ursynów), takie, które budzą powszechny zachwyt i te ciut kontrowersyjne. 8 z nich ma swoją wersje trójwymiarowe, które rozkładają się, kiedy otwieramy książkę. Na końcu znajduje się spis ich wszystkich, wraz z nazwiskami projektantów (a dzięki strzałkom można bez trudu zobaczyć, które z nich łączą się poprzez osoby ich twórców). Bohdan Pniewski, Romuald Gutt, Zofia i Oskar Hansenowie, Józef Sigalin, Stanisław Jankowski, Halina Skibniewska, Marek Leykam, Marek Budzyński, Stefan Kuryłowicz czy grupa JEMS (i wiele, wiele innych nazwisk, w tym także mój Tata) – na tej liście jest cała historia polskiej architektury XX wieku (że o Normanie Fosterze i Danielu Liebenskindzie nie wspomnę).

W jednym z radiowych wywiadów towarzyszących premierze  ArchiTekturek” Marlena Happach opowiadała, że sporą trudność stanowiło dla niej pisanie o architekturze tak, aby uniknąć fachowych określeń, które mogłyby być zbyt trudne dla dzieci, do których adresowana jest ta książka. Sprawdzała ją więc na swoim, wówczas siedmioletnim synu i jeśli on czegoś nie rozumiał, zmieniała. Oczywiście nie dało się napisać takiej książki kompletnie bez użycia fachowego słownictwa, więc na końcu znajdziemy też podręczny słowniczek architektoniczny

Choć czasem trudno polubić Warszawę, ukrytą pod warstwą bannerów, brudu, rusztowań i tysięcy pozornie niepasujących do siebie elementów, warto zrozumieć, co powoduje te emocje. Kto i w jakich czasach tworzył przestrzeń stolicy, jak wyglądało zderzenie marzeń z rzeczywistością.

Tak jak budynki tu opisane są ucieleśnieniem marzeń ludzi o lepszym mieście, tak ta książka jest spełnieniem marzenia jaj twórców, aby architektura rozbudzała wyobraźnię grą przestrzeni, materiałów, technik i kolorów – inspirowała dzieci, aby w przyszłości potrafiły budować swoje marzenia. 

„ArchiTekturki” to książka, która co prawda powstała z myślą o młodych czytelnikach, ale zdecydowanie nie jest lekturą tylko dla dzieci. Myślę, że każdy, kto jest choć trochę zainteresowany Warszawą czy architekturą, sięgnie po nią z przyjemnością. A jeśli potem chciałby poczytać coś jeszcze, to bardzo zachęcam do sięgnięcia po książki Filipa Springera – przede wszystkim „Źle urodzone. Reportaże o architekturze PRL”, ale także „Zaczyn. O Zofii i Oskarze Hansenach’ i najnowsze „13 pięter”.

Marlena Happach (tekst), Robert Czajka (projekt graf. i ilustracje)  „ArchiTekturki. Powojenne budynki warszawskie”, wyd.: Muzeum Powstania Warszawskiego, Warszawa 2015

Jestem miasto. Warszawa

Jestem miasto. Warszawa

Wpis z 1 grudnia 2012 roku:

Mam, tak samo jak Ty

Miasto moje, a w nim:

Najpiękniejszy mój świat,

Najpiękniejsze dni…

Lubię miejsca z tradycją, lubię wiedzieć, co było kiedyś w miejscu, które znam teraz. Co prawda tu, gdzie stoi teraz nasz dom, jeszcze pięćdziesiąt lat temu szumiał las, ale w całkiem bliskim pobliżu mamy miejsca z bardzo ciekawą tradycją.

Jestem warszawianką nietypową. Urodziłam się gdzie indziej (choć to akurat teraz jest wśród mieszkańców stolicy dość częste 😉 ), ale przez cztery co najmniej pokolenia wstecz moi antenaci związani byli z Warszawą. Prezentowali przy tym sporą ruchliwość i dlatego zarówno moja Mama, jak i ja urodziłyśmy się i pierwszą dekadę życia spędziłyśmy w Bydgoszczy. Każda z nas w swoim czasie oczywiście.

Po przeprowadzce do Warszawy trudno było mi wrosnąć w to miasto. Szczególnie, że zamieszkaliśmy na niezbyt sympatycznym blokowisku na jego peryferiach, a w centrum bywałam niezbyt często. Przełomem było rozpoczęcie nauki w liceum, już w Śródmieściu – zaczęłam wtedy sama poruszać się po całej Warszawie, oswajać ją i wydeptywać w niej swoje własne ścieżki.

Moje córki już są definitywnie tutejsze, choć z racji mieszkania na peryferiach też nie do końca identyfikowały się z Warszawą jako całością. Już dla dwóch z nich przełomem było także pójście do liceum w Śródmieściu. Teraz mają w Warszawie własne szlaki i miejsca mnie nie znane. Jednym z takich miejsc dla Najstarszej z nich jest Czuły Barbarzyńca – księgarnia, kawiarnia, a czasem także wydawnictwo (edit: wtedy jeszcze na Powiślu). To właśnie Czuły Barbarzyńca wydał niedawno autorską, obrazową książkę Marianny Oklejak, a Najstarsza nabyła ją tam dla mnie.

Książka, którą trzymasz w ręku opowiada o Warszawie. Na jej kartach ukryte są tajemnice, które poznasz, patrząc uważnie. Rozejrzyj się wśród zakamarków, tajnych ścieżek. Podążaj szlakami ulic, budynków i placów, a twoje spostrzegawcze oko wnet odnajdzie fascynujące historie, niezwykłych bohaterów , zapomniane czasy Warszawy. Odkryj tysiące tysięcy jej dni. Odgadnij jej przyszłość !

Sześć tablic, a na nich kłębi się życie. Od drewnianego grodu otoczonego lasem na pierwszej z nich (Praczasy czyli bardzo dawno temu) po metropolię początków XXI wieku (Wawa dzisiaj). I na każdej nieodmiennie Syrenka – towarzyszy miastu i dzieli jego los, zmieniając się razem z nim.

Czy to jest książka dla dzieci, jak sugeruje jej rozmiar, sztywne strony i obrazkowość ? Nie – to książka dla każdego, kto chce zagłębić się w historie, które opowiada. A opowiada bez słów – poza tytułami stron oraz nazwami ulic, budynków czy nazwiskami osób na nich występujących.

Ale dobrze byłoby, gdyby dzieciom w tej wędrówce przez dzieje miasta towarzyszył ktoś, kto potrafi im wyjaśnić, co dzieje się na poszczególnych obrazkach i pomoże skojarzyć to, co widzą w książce, z rzeczywistymi miejscami w dzisiejszej Warszawie.

I jeszcze dobrze byłoby, żeby ten ktoś nie był purystą kartograficznym 😉 Bo jeśli by był, to mogłaby mu trochę przeszkadzać swoboda, z jaką autorka wpasowuje rozwijające się miasto w format strony, oraz to że w zależności od potrzeb Wilanów raz zbliża się i mieści na niej, a innym razem wyjeżdża poza stronę 😉 Ale przecież nie ścisłe trzymanie się odległości jest tu najważniejsze ! Sednem tej książki jest genius loci, a ten został oddany po mistrzowsku.

Marianna Oklejak „Jestem miasto. Warszawa”, wyd.: Czuły Barbarzyńca, Warszawa 2012

Marianna Oklejak „Jestem miasto. Warszawa”, wyd.: Wilga, Warszawa 2014