Wilczek

Wilczek

Skulony w jakiejś ciemnej jamie smaczniem sobie spał
I spały małe wilczki dwa – zupełnie ślepe jeszcze,
Wtem stary wilk przewodnik co życie dobrze znał
Łeb podniósł warknął groźnie aż mną szarpnęły dreszcze..
.

13 grudnia 1981 roku była piękna pogoda – przynajmniej w Warszawie. Rano świeciło słońce, z okna naszego mieszkania na dziesiątym piętrze widziałam dymiące kominy Siekierek, a na dole puste, pokryte śniegiem osiedle. W radiu leciał Szopen, co nas trochę zdziwiło, bo czekaliśmy, jak zwykle przy niedzielnym śniadaniu, na „Sześćdziesiąt minut na godzinę”. Do drzwi zadzwoniła sąsiadka z prośbą, czy może skorzystać z naszego telefonu, bo u niej nie działa…

W tym samym czasie, w akademiku w Krakowie mały Wiktor, mieszkający tam z rodzicami, siedział w sali telewizyjnej i czekał na „Teleranek”.

Rozległa się bardzo poważna muzyka, a moim oczom ukazał się nieznajomy pan w okularach.

– Obywatele i obywatelki Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej. (…) Zwracam się do was jako żołnierz i jako szef rządu polskiego…

„Wilczek” to trzecia, obok „Teatru niewidzialnych dzieci” i „Skutków ubocznych eliksiru miłości” adresowana do niedorosłych czytelników książka, w której widzimy ten dzień. Akcja „Teatru” kończyła się 13 grudnia, natomiast w „Skutkach ubocznych” (podobnie jak w „Wilczku”) – zaczynała się właśnie wtedy. Widzimy w niej pierwsze dni stanu wojennego oczami kilkulatka, żyjącego w dość specyficznym środowisku studentów i pracowników krakowskiej Akademii Górniczo – Hutniczej, dziecka, które już wcześniej miało okazję zobaczyć od środka strajk i dla którego paczki z bibułą były domową codziennością. To perspektywa podobna do tej, z jaką mamy do czynienia także we „Wrońcu” Dukaja, choć tamta książka IMO nie jest dla dzieci, mimo że może robić takie wrażenie.

Zasadą serii „Wojny dorosłych – historie dzieci”, złamaną dotychczas tylko raz przy „Bezsenności Jutki” jest to, że wiemy, kim są bohaterowi książki i poznajemy ich późniejsze, powojenne losy. W przypadku „Wilczka” jest trochę inaczej. Autorka napisała w posłowiu:

To ja byłam „gitarową ciocią” grającą popularną piosenkę Jacka Kaczmarskiego „Obława” i przemycającą „bibułę” (czyli ulotki). (…) Opowiedziałam Wam o Wilczku – Wiktorze. Spotkałam go w chwili, gdy kolumna pancernych samochodów jechała ulicą w stronę Huty imienia Lenina, największego zakładu produkcyjnego Krakowa. Wśród ludzi, którzy wybiegli z domów, znalazł się mały chłopiec, oddzielony przez tłum od mamy, podawany z rąk do rąk ponad głowami ludzi. Zaprzyjaźniłam się z Wilczkiem i jego mamą. Spędziliśmy razem niejeden wieczór nie tylko z gitarą, a na stole stał druciany Wron.

Być może Wilczek ma już własne dzieci i czasem opowiada im o czasie grozy, tajemniczym Wronie i zimie, która była wyjątkowo mroźna i długa. Zbyt długa…

Katarzyna Ryrych „Wilczek” (seria: Wojny dorosłych – historie dzieci) , ilustr.: Sylwia Szyrszeń, wyd.: Literatura, Łódź 2018

Skutki uboczne eliksiru miłości

Skutki uboczne eliksiru miłości

Wpis z 2 sierpnia 2017 roku, napisany dla portalu „Ryms”:

Tego niezwykłego dnia 13 grudnia 1981 roku, kiedy świat się zawalił…

„Skutki uboczne eliksiru miłości” to druga po „Teatrze niewidzialnych dzieci” Marcina Szczygielskiego książka, które dotyka tamtych czasów. Jej akcja zaczyna się w momencie, w którym akcja tamtej się kończy – czyli w dniu wprowadzenia stanu wojennego. To było 36 lat temu – dla dzieci żyjących teraz to taki dystans jaki nas wtedy dzielił od wojny.

To taki dzień, który chyba każdy, kto był na tyle duży, żeby choć trochę rozumieć to, co się działo, pamięta bardzo dobrze – nawet jeśli nie był świadkiem żadnych dramatycznych wydarzeń. Także wtedy, gdy przespał spokojnie noc, a o wprowadzeniu stanu wojennego poinformował go dziwny pan w okularach, który pojawił się w telewizorze zamiast Teleranka. Albo (tak jak to było w moim przypadku) jeśli włączył radio w oczekiwaniu na „60 minut na godzinę” i usłyszał najpierw Chopina (pierwsza myśl – ktoś umarł, ale kto ?), a potem hymn i słowa „Obywatelki i obywatele”. Ten dzień podzielił nam wszystkim czas czas na przed i po…

Trochę obawiałam się tego, w jakim tonie będzie o tym pisała Dorota Combrzyńska – Nogala. Znałam ją jednak wcześniej z „Bezsenności Jutki” i „Syberyjskich przygód Chmurki”, więc wiedziałam, że pisząc o niełatwych sprawach z przeszłości potrafi odpowiednie dać rzeczy słowo. I rzeczywiście – już pierwsza scena czyli poranek 13 grudnia jest i trochę tragiczna, i trochę komiczna, ale bez przesady w żadną ze stron. Opis tego poranka spowodował, że wybaczyłam autorce nawet pewne nieścisłości faktograficzne, które wyłapałam w książce. Na przykład to, że Jacek następnego dnia idzie do szkoły. Pamiętam przecież bardzo dokładnie, że przyspieszono nam ferie, co uratowało mnie przed niechybną dwójką z chemii następnego dnia.

Jak to w życiu – wielka historia miesza się z rzeczami małymi, codziennymi. Tak też jest i tutaj.

Wkrótce po ogłoszeniu stanu wojennego aresztowano tatę i dziadka Jacka. Jego mama obawiała się tego samego i nie chciała, żeby syn nawet na krótko trafił do Domu Dziecka. Dlatego wysłała go do swojej mamy, do niewielkiego miasteczka Warta.

Nagle zdał sobie sprawę ze swojej samotności. Znalazł się w nowym miejscu u obcej właściwie babci, a pojutrze pójdzie do obcej szkoły pełnej nieznanych ludzi. Czy będzie pasował do tego wszystkiego ? Czy miasteczko będzie pasowało do niego ?

Skutki uboczne eliksiru miłości” to do pewnego stopnia powieść inicjacyjna, bo tych kilka miesięcy spędzonych u babci zmieni Jacka i nauczy wiele o życiu. Jest w tej książce też wiele innych ciekawych postaci i ich własne, czasem tragiczne historie. Babcia Majerankowa, Romka, Marcela, Hirek, ale nie tylko ludzie – jest tam niezwykły pies Mer, zwariowana, gadająca papuga Zenek, a nawet udomowiona świnia o wdzięcznym imieniu Buba.

Szukałam puenty mojej recenzji i nie znalazłam jej – podobnie jak właściwie nie ma jej ta książka. Nie chcę oczywiście zdradzać zakończenia, powiem tylko, że nie wszystkie wątki doczekały się zamknięcia, pojawiały się też nowe. Ktoś umarł, ktoś się urodził. Jak w życiu…

Dorota Combrzyńska – Nogala „Skutki uboczne eliksiru miłości”, wyd.: Literatura, Łódź 2017

Denim blue

Denim blue

Najmłodsza z moich córek, tegoroczna maturzystka, ma obecnie fazę na ciuchy vintage. Kupuje, zdobywa, wymienia, a jedną z pereł jej kolekcji jest moja dżinsowa kurtka sprzed ponad trzydziestu lat, o którą notabene stoczyła bój z siostrą Środkową, która też miała na nią ochotę. To jedyny ciuch z czasów studenckich, który zachowałam. Kiedy dziewczyny kłóciły się o nią, opowiedziałam im historię o tym, jak w Pradze czeskiej chodziłam koło niej z zachwytem, aż wreszcie Tata kupił mi ją za całą rezerwę pieniędzy, jaką na ten wyjazd mieliśmy. Pamiętam swoją radość i potem zazdrosne spojrzenia na ulicy w Warszawie, bo naprawdę jest fajna 😉 Ta historia to opowieść nie tylko o moim Tacie i jego stosunku do pieniędzy (i do mnie 😉 ) ale także marzeniach, jakie mieliśmy żyjąc w PRL, a których moje córki już zrozumieć nie są w stanie.

Opowieścią o takim marzeniu jest też „Denim blue”, bo właśnie wokół gorącego pragnienia posiadania prawdziwych dżinsów Katarzyna Ryrych zbudowała swoją opowieść o życiu w tamtych czasach. Zygmunt, syn dozorczyni i hutnika z Nowej Huty nie mógł liczyć na to, że rodzice kupią mu takie spodnie, próbował więc sam zdobyć na nie pieniądze. „Denim blue” to w pewnym sensie powieść inicjacyjna. W pogoni za swoim marzeniem Zyga poznaje życie od rozmaitych stron, z którymi uczeń ostatnich klas podstawówki na ogól nie miewał do czynienia i dzięki temu dorasta.

Lubię w tej książce postać ciotki, bo takich kobiet już teraz nie ma, a pamiętam je z domów, w których wtedy bywałam. Samotne wiejskie kobiety, bezdzietne wdowy albo stare panny, które mieszkały kątem u dalszej rodziny w mieście i pomagały w domu i opiece nad dziećmi. Zyga bardzo kochał ciotkę, bo gdy chorował opowiadała mu o wojnie i o Niemcach, jak to wujek zawsze zdołał ich wyprowadzić w pole i tylko raz mu się nie udało, i biedak został w polu. Ta niepiśmienna kobieta, która nowohuckim ciasnym mieszkaniu siostrzeńca spała w przedpokoju, a na każdą wzmiankę o tym, że może wybuchnąć kolejna wojna szła do kolejki zrobić zapasy cukru, ma w sobie mądrość prostego, doświadczonego życiem człowieka. Z całej tej książki chyba najlepiej zapamiętałam historię z jej chustą, wzruszyła mnie ona bardzo.

Nie byłabym jednak sobą, gdybym nie znalazła w niej okazji do historykowania. Określenie to stworzyła moja Najmłodsza i oznacza ono wszystkie te sytuacje, kiedy albo ja albo Najstarsza, która też jest historyczką, albo obie razem i z udziałem ich Taty jeszcze 😉 , zaczynamy zbytnio analizować filmy czy książki, które dzieją się w przeszłości i czepiać się (jej zdaniem niepotrzebnie) niezgodności z faktami i realiami.

Pohistorykuję więc sobie trochę i poskarżę się, że sporym dyskomfortem podczas lektury „Denim blue” było dla mnie dość swobodne obchodzenie się autorki z realiami życia w PRL, które powodowało, że nie bardzo mogłam umieścić tę historię w konkretnym czasie. Rozumiem, że chodziło o przekazanie wiedzy o życiu w tamtych czasach i umieszczenie w tekście jak największej ilości ciekawostek i artefaktów (z wyjaśnieniami w przypisach), ale nie mogę się oprzeć poczuciu, że jest to ahistoryczne. W kilku recenzjach, które znalazłam w sieci, czas akcji określony jest na lata siedemdziesiąte i rzeczywiście sporo by na to wskazywało, gdyby nie to, że od czasu do czasu pojawia się tam coś, co już się wtedy zdarzyć nie mogło. Jeśli miałabym umieścić te kilka lat akcji książki konkretnie w czasie, powiedziałabym, że trwały one gdzieś od połowy lat pięćdziesiątych (bo w tekście pojawia się wzmianka o ZMP rozwiązanym w 1956 roku i bikiniarzach) do późnych siedemdziesiątych (raczej przed 1976, bo wtedy wprowadzono kartki na cukier). Można by uznać, że dla współczesnych nastolatków nie ma to większego znaczenia i potraktować tę książkę jako swoistą propedeutykę wiedzy o życiu w PRL, ale ja tak nie potrafię.

Pozostawia ona czytelnikowi wrażenie, że życie w PRL było stanem constans trwającym kilkadziesiąt lat, a przecież tak nie było – także w kwestii kluczowej dla akcji czyli dostępności dżinsów (i innych towarów z tzw. Zachodu), handlu walutą i sklepów, w których można było kupować za tzw. bony. Szkoda, że autorka nie zechciała opowiedzieć tej historii tak, żeby zachować jej sens i uszanować realia 😦

Katarzyna Ryrych „Denim blue” (seria: Plus minus 16), wyd.: Literatura, Łódź 2015

Zbuntowane słowa

Zbuntowane słowa

W ramach serii „ Wojny dorosłych – historie dzieci” początkowo ukazywały się książki opisujące losy polskich dzieci podczas II Wojny Światowej. Potem pojawiały się w niej wojenne historie bardziej współczesne i dziejące się (na szczęście !) z dala od naszego kraju. Najnowsza sięga znów do naszej (nieco mniej odległej) przeszłości – do czasu nazywanego przez niektórych wojną polsko – jaruzelską czyli do stanu wojennego.

Historia, którą opowiadają „Zbuntowane słowa”, nie ma w sobie nic z tragizmu wojennych losów Asiuni, Jutki czy Chmurki z wcześniejszych tomów serii. To opowieść o drugim obiegu literatury w czasach PRL, a poprzez to także po prostu o życiu w tamtych czasach.

Na drugi obieg książkowy w latach osiemdziesiątych składały się trzy rodzaje publikacji – drukowane w podziemiu oraz przywiezione z tzw. Zachodu – normalnej wielkości i miniaturowe, z założenia przeznaczone do przemytu w taki sposób, jak opisany przez Joannę Papuzińską. Ponieważ w tym czasie byłam już studentką, miałam do czynienia ze wszystkim z nich. I tak na przykład – Orwella czytałam w wydaniu podziemnym. O ile „Folwark zwierzęcy”, który do mnie dotarł, był wydrukowany nie najlepiej i lektura wymagała pewnej determinacji, to już kilka lat późniejszy „Rok 1984” był publikacją o całkiem niezłej jakości.

Nie pamiętam już, w jaki sposób zdobyłam miniaturowe „Rodowody niepokornych” Cywińskiego – wydaje mi się, że było to już w okolicach Okrągłego Stoły, kiedy na Uniwersytecie Warszawskim stoiska z prasą i książkami drugoobiegowymi funkcjonowały zupełnie jawnie. Była to lektura w tym samym stopniu fascynująca co trudna i zapewne między innymi jej zawdzięczam dzisiejszy stan mojego wzroku 😉 Kiedy tylko było to możliwe, nabyłam ją już w wydaniu normalnych rozmiarów, ale gdzie się podziała tamta maleńka ?

Mam też do dziś przywiezione z Londynu książki, które przybysze z PRL mogli sobie wybrać w Polskim Ośrodku Społeczno – Kulturalnym. Przywiozłam wtedy nielegalnie m.in. jedną niezbędną mi do pracy magisterskiej, która w bibliotece uniwersyteckiej była w dziele cimeliów dostępna za specjalnym pozwoleniem, natomiast w Bibliotece Narodowej dostęp do niej był nieograniczony, ale w żadnej z nich nie było możliwości zrobienia ksera, więc musiałabym jej spore fragmenty przepisywać ręcznie. Ot, takie codzienne absurdy życia w PRL – u 😉

„Zbuntowane słowa” to książka – matrioszka czyli książka w książce. Zawiera w sobie reprint wydanej w podziemiu, a przeznaczonej dla dzieci bajki Joanny Papuzińskiej o Smoku Niewawelskim, napisanej bez wiedzy i zgody K.M. Wzorowana na znanych wszystkim pierwszych polskich komiksach dla dzieci autorstwa duetu Kornel Makuszyński i Marian Walentynowicz, z czarno – białymi ilustracjami, które dziecko mogło sobie pokolorować, była próbą wyjaśnienia małym czytelnikom podzielonego żelazną kurtyną świata, w którym żyli.

Dla współczesnych jej czytelników jest także Posłowie czyli kolejna próba wyjaśnienie tamtych czasów – tym razem dzieciom, które ich już nie znają, bo żyją w świecie zupełnie innym, bardziej normalnym. Czy jednak będą w stanie dziś zrozumieć, że wtedy ktoś był gotów narazić może nie swoje życie, ale wolność dla książki ?

Joanna Papuzińska „Zbuntowane słowa” (seria: Wojny dorosłych – historie dzieci), ilustr.: Sylwia Szyrszeń, wyd.: Literatura, Łódź 2019

Krasnale i olbrzymy

Krasnale i olbrzymy

Wpis z 26 maja 2015 roku:

Chciałam was, czytelnicy, zaprosić dziś na przechadzkę po mojej malej ojczyźnie. Wszyscy mamy swoją dużą ojczyznę – Polskę, i jeszcze większą ojczyznę – Europę, wspólna dla wszystkich jej mieszkańców – to wiadomo. Ale każdy człowiek ma też swoją małą ojczyznę – miejsce, w którym przeżył dzieciństwo. To wcale nie musi być jakieś miejsce bardzo sławne i znane, ale dla niego jest ważne i zapisane w pamięci. Zna jego historię i wie o nim więcej niż kto inny.

„Krasnale i olbrzymy” to druga książka, jak ukazała się w serii „Rodzinnie o historii” wydawnictwa Literatura. Pierwszą był „Mój tato szczęściarz” – również Joanny Papuzińskiej i obie te książki są rodzajem spacerowników – przewodników po Warszawie. Aż prosi się, żeby wyruszyć na poszukiwanie miejsc opisanych na ich kartkach !

Moja mała ojczyzna to część warszawskiego Śródmieścia. Są tam różne małe uliczki, które zbiegają się przeważnie przy placu Politechniki. Albo można powiedzieć odwrotnie – wybiegają z niego, tak jak palce wybiegają z dłoni: Noakowskiego, Lwowska, Śniadeckich, Nowowiejska, Polna… Nad nimi zaś króluje wspaniała i wielka ulica Marszałkowska, która płynie jak bystra rzeka. Może nie ma tam jakichś prastarych budowli, zamków i pałaców, ale ma ona swoją historię, a cząstkę tej historii, dziwnej historii, z której czasami nie pozostały żadne ślady, przeżyłam razem z nią.

Tu zaszła zmiana w scenach mojego widzenia... – pisała (cytując Mickiewicza) o swoim widoku z okna na Polnej Maria Dąbrowska, a pisała to mniej więcej w tym samym czasie, kiedy Joasia, kilka lat starsza od małej Asiuni z wcześniejszej książki Joanny Papuzińskiej, wędrowała sąsiednimi ulicami do szkoły, kupowała w sklepiku czerwone lizaki i biegała z koleżankami popatrzeć na budujący się MDM.

Czytając tę książeczkę uświadomiłam sobie, że moje widzenie tej części Warszawy jest tak jakby… odwrotne. Najpierw zaistniał w mojej świadomości MDM ze swoimi kandelabrami na placu Konstytucji i olbrzymimi rzeźbami na fasadach. To była Warszawa, którą znałam, kiedy jeszcze mieszkałam gdzie indziej i tylko przyjeżdżałam od czasu do czasu.

Potem, kiedy już byłam stąd, właśnie ta część Śródmieścia (dla mnie zaczynająca się od Placu Unii) była tą pierwszą, którą poznałam bliżej i oswoiłam sobie. Tu było moje liceum, piekarnia na Polnej pachnąca świeżym pieczywem, biblioteka na Koszykowej, gdzie lubiłam się uczyć, lodziarnia „Palermo” zaraz obok i „Hortex” na Placu Konstytucji – jedyne miejsce, gdzie można było kupić lody w niedzielę 😉 Stopniowo zaczęłam zauważać to, co było schowane za fasadą MDM- u – domy stojące gdzieś z tyłu, pod dziwnym kątem do obecnych ulic – cienie dawnego ich przebiegu i innych nazw. Zaczęłam zwracać uwagę na detale starych kamienic, zaglądać na ich podwórka – jeszcze nie zamknięte domofonami.

Warszawa jest miastem szczególnym, ale w każdej małej ojczyźnie w Polsce można odnaleźć takie ślady historii, która przetoczyła się przez te ziemie i przeorała ślady po dawnych mieszkańcach i ich życiu przed laty. Trzeba się tylko uważnie rozejrzeć i chcieć je dostrzec…

Joanna Papuzińska „Krasnale i olbrzymy” (seria: Rodzinnie o historii), ilustr.: Maciej Szymanowicz, wyd.: Literatura, Łódź 2015

Darowane kreski

Darowane kreski

Dziś przypominam wpis z samego początku Małego Pokoju ( z 2 maja 2006 roku). To była jedna z ukochanych książek mojej Najstarszej i, jak sądzę, jedna z tych, które doprowadziły ją do studiów historycznych 🙂

Bardzo lubię słuchać opowiadań starszych o tym, co było dawniej – lubiłam to odkąd pamiętam i miałam tej przyjemności zawsze pod dostatkiem. Szczególnie miło wspominam te momenty, kiedy Tata wyjeżdżał i zostawałyśmy w domu w babskim gronie – we trzy z Mamą i Babcią. Bywało wtedy tak, że poobiednia herbatka przeciągała się aż do kolacji okraszana wspominkami ;-). Lubiłam słuchać o dzieciństwie Babci, które zahaczało jeszcze o końcówkę XIX wieku i o przedwojennym i okupacyjnym dzieciństwie moich rodziców. Z tego lubienia wzięło się zapewne moje późniejsze studiowanie historii, a ulubionymi źródłami historycznymi były dla mnie zawsze wspomnienia i prasa, bo były one najbliższe normalnemu życiu. Nie zajmuję się historią zawodowo, ale nadal z przyjemnością czytam taką literaturę, szczególnie gdy opowiada o zwykłym życiu zwykłych ludzi.

Darowane kreski” to książka, którą czyta się tak, jak opowieść babci lub cioci snutą wieczorem zamiast bajki na dobranoc.

Dzieciństwo Joanny Papuzińskiej przypadło na czas okupacji i trudne lata tużpowojenne. Autorka urodziła się w 1939 r. i nie pamięta, jak było przed wojną. Dla niej jej okupacyjny dom – dom z nieobecnym, bo ukrywającym się Tatą; dom z mnóstwem tajemnic, których musiały dochować także małe dzieci; dom, który dawał schronienie wszystkim, którzy tego potrzebowali – był domem normalnym. Jej powojenna rodzina – nietypowa nawet na tamte nietypowe czasy, bo bez Mamy, ale za to z Tatą, Babcią i Ciocią oraz licznym rodzeństwem o różnych stopniach pokrewieństwa – też była normalna, bo własna. Muszę jednak powiedzieć, że jeszcze gdy chodziłam do szkoły, postanowiłam sobie, że kiedy będę już duża i będę miała, tak jak ojciec, własną maszynę do pisania, wtedy opiszę dokładnie cały nasz dom. Żeby już nikt się nie dziwił: „Taak ? To tak jest u ciebie ?” lecz żeby każdy mógł sobie wziąć książkę i spokojnie przeczytać o tym. Teraz od dawna mam już maszynę, więc wypada dotrzymać postanowienia.

Oczywiście w jej dzieciństwie były też chwile trudne i tragiczne – aresztowanie Mamy i późniejsza samotna wędrówka po zaprzyjaźnionych domach, popowstaniowa niepewność co do losów Taty, powojenne niedostatki. Nie trzeba by się specjalnie starać, żeby to wszystko opowiedzieć w sposób smutny i martyrologiczny, a jednak „Darowane kreski” są książką wesołą. Czy sprawił to zawadiacki duch obowiązujący w jej rodzinie czy też to, że mimo wszystko cały czas otoczona była troskliwością starszych – trudno powiedzieć.

Udało się zachować w tych wspomnieniach perspektywę małej Joasi z tamtych czasów mimo, że duża Joanna teraz zapewne opowiedziałaby o tych sprawach inaczej. Nie znajdziemy tam żadnych niepotrzebnych dzieciom szczegółów, żadnych dat, ani nazwisk, które nie mają dla nich żadnego znaczenia. Nie dowiemy sie nawet, kto z licznej gromady rodzeństwa autorki był jej rodzonym bratem i siostrą – to również było bez znaczenia, byli po prostu rodziną. My, dorośli czytelnicy możemy się tylko domyślać, jaka to doniosła uroczystość odbywała się w odbudowanym gmachu Politechniki – tak doniosła, że uświęciły ją ognie sztuczne, pierwszy raz widziane przez małą Joasię.

Co było ważne ? Tramwaj widoczny nocą przez dziurkę w rolecie, jabłko zostawione przez św. Mikołaja w ostatnie wojenne Boże Narodzenie – całe dla niej (na co dzień jabłuszko było tylko dla najmłodszego braciszka, starszej Joasi przysługiwał wyłącznie duży ogryzek), a później po wojnie: zabawki na choinkę, klejone z mozołem przez cały grudzień, słodycze, kupowane na spółkę z przyjaciółkami w sklepiku koło szkoły i mur okalający Filtry, po którym chodziły wracając do domu po lekcjach  oraz wiele innych rzeczy, często niezauważanych przez dorosłych.

Nasz dom pełen był książek i piosenek. I z jednych i z drugich płynęły słowa, a ja słuchałam i z tego wszystkiego sama zaczynałam bawić się w słowa. Bo słowa, to były takie dobre zabawki, które zawsze miało się ze sobą i do ich noszenia niepotrzebne były ani kieszenie, ani żadne torebki. Słowa można było rozbierać i ubierać jak lalki, ustawiać i przestawiać jak klocki i tworzyć z nich różne budowle.

Czy można się dziwić, że w takim domu wyrosła znakomita pisarka ?

Joanna Papuzińska „Darowane kreski”, wyd.: „Literatura” Łódź 2002

Tajemnica człowieka z blizną

Tajemnica człowieka z blizną

Wpis z 25 listopada 2012 roku:

Dzisiaj pozdrowienia dla czytelników z Nowej Huty, a szczególnie dla Kuby, który ma poważny problem. Otóż ów Kuba z jednej strony chciałby wiedzieć, skąd wzięła się tytułowa blizna na twarzy taty bohatera mojej książki, a z drugiej strony nie cierpi czytać. Jest w tym dylemacie okrutnie zapętlony. Podejrzewam, że może próbować podstępem wydobyć z kogoś tę informację, bez konieczności czytania. Mam w związku z tym apel do wszystkich czytelników: bądźcie czujni i nie dajcie się podejść! Nieczytanie jest dobrowolnym wyborem każdego i każdy musi ponieść tego konsekwencje. – napisał Autor tej książki na swoim fanpage’u na Facebooku i ja się z nim w pełni zgadzam.

Spokojnie, panie Pawle, ja na pewno nie zdradzę tajemnicy ! Daję słowo !

Kiedy ma się lat dwanaście, to wszystko to, co wydarzyło się przed naszym narodzeniem – nieważne czy dziesięć, czy pięćdziesiąt, czy dwieście lat temu – było po prostu DAWNO TEMU. Czy to Powstanie Warszawskie, czy Powstanie Styczniowe, czy stan wojenny – to wszystko zlewa się w jedną, odległą przeszłość.

Pierwszy kontakt z historią mamy wtedy, kiedy słuchamy opowieści rodziców i dziadków o tym, jak było wtedy, kiedy oni sami byli mali. O ludziach, których już nie ma, a kiedyś byli bardzo ważni dla naszych najbliższych, o miejscach, których nie znamy, o domach, których też już nie ma, albo przeciwnie – są, tylko wyglądają inaczej i mieszka w nich ktoś inny… I o wydarzeniach, o których potem będziemy uczyć się w szkole, ale wtedy nie będą już dla nas tylko pustymi zdaniami z podręcznika.

Janek, bohater „Tajemnicy człowieka z blizną”, jest mniej więcej rówieśnikiem mojej Najmłodszej, jego rodzice są ciut młodsi od nas, a jego dziadkowie – od jej dziadków, ale wydarzenia, do których sięga ta książka często są wspominane również w naszym domu. W dodatku jej Tata też od zawsze nosi brodę ! Tylko, że jego broda nie kryje w sobie żadnej tajemnicy – w przeciwieństwie do brody Taty Janka.

Kiedy w wyniku przegranego zakładu Tata brodę zgolił, okazało się, że ukrywał po nią bliznę. Ale skąd ją miał ? Tego nie chciał powiedzieć, a nikt z rodziny tego nie wiedział (a może nie chciał powiedzieć ?). Pewne było tylko to, że zdarzyć sie to musiało DAWNO TEMU, po przecież dla Janka Tata ZAWSZE miał brodę. Rozpoczął więc śledztwo…

… i tu zaczyna się to, co dla mnie w tej książce jest najfajniejsze – zderzenie wyobrażeń o świecie dziecka wychowanego tu i teraz (z telewizją o wielu kanałach, internetem i grami komputerowymi) z realiami życia w czasach naszego dzieciństwa. Na podstawie jakichś zasłyszanych urywków Janek tworzy swoje historie – usłyszawszy, że Tatę goniło ZOMO, najpierw stworzył sobie historię o zombie rodem w horrorów oglądanych w telewizji. Potem, kiedy dowiedział się już, czym było ZOMO, uznał, że aby uciekać przed policją, jego Tata musiał popełnić najpierw jakieś przestępstwo. To w sumie świetnie, że nasze dzieci mogą nie dopuszczać do siebie myśli o tym, że policja mogłaby mieć powody, aby gonić uczciwego człowieka.

W jego pomysłach na rozwikłanie tajemnicy pojawiają sie też Uma Thurman i Steven Spielberg…

No dobrze – ale co z tą blizną w końcu ? – zapytacie.

O nie, nie, nie !!! Nie powiem. Dałam słowo ! 🙂

Paweł Beręsewicz „Tajemnica człowieka z blizną”, ilustr.: Olga Reszelska, wyd.: Literatura, Łódź 2010