Przygody Emila ze Smalandii

Przygody Emila ze Smalandii

Kolejna pozycja na półce z książkami Astrid Lindgren – wpis z 4 stycznia 2007 roku:

Znacie Emila ??? Sądzę, że tak, bo przecież pierwsze wydanie pierwszej części jego przygód ukazało się w Polsce ponad 30 lat temu i miało wiele wznowień. W latach osiemdziesiątych mogliśmy obejrzeć w telewizji uroczy serial o tym sympatycznym chłopaczku. Pamiętam z niego przede wszystkim Tatę Emila i jego niosący się nad sielskim krajobrazem krzyk „EEEEEEEEEEmil !!!!!!!”, podczas gdy Emil pędem udawał się do stolarni, aby odbyć tam zasłużoną karę za swoje psoty.

Jeśli jednak nie udało wam się dotychczas zawrzeć z nim znajomości, teraz macie wspaniałą okazję. Nakładem „Naszej Księgarni” ukazało się pierwsze pełne (no, prawie pełne 😉 wydanie jego przygód. Najmłodsza z moich córek znalazła je pod choinką, a słuchają z przyjemnością również starsze siostry. Dorosłym też się podoba.

W latach sześćdziesiątych, kiedy powstała, była to książka niemal rewolucyjna – prawie jak Pippi. Pokazywała rodzinę, w której wychowuje się dzieci miłością i nie stosuje kar fizycznych. Było to jeszcze przed sukcesem wielkiej ogólnoszwedzkiej akcji przeciwko biciu dzieci. Jedyna karą, jaką stosowano w Katthult na psoty Emila, było zamknięcie delikwenta w stolarni, gdzie zresztą nigdy się nie nudził, gdyż strugał kolejne drewniane ludziki. Emil wiedział, że wkrótce zostanie wypuszczony. Nigdy nie siedział zbyt długo w stolarni. -Tylko tyle, żebyś porządnie przemyślał swój wybryk i żebyś go nie powtórzy – zwykł mawiać jego tatuś. Pod tym względem Emil był wzorowy i nigdy nie powtarzał tego samego wybryku po raz drugi, stale wymyślał cos nowego. Można więc powiedzieć, że Tacie udawało się osiągnąć pełen sukces wychowawczy 😉

Czytając tę książkę byłam pod ogromnym wrażeniem atmosfery panującej w rodzinie Svenssonów z Katthult w Loeneberdze w prowincji Smalandia. Alma i Anton to prości, ciężko pracujący ludzie, którzy dawali swoim dzieciom mnóstwo miłości i akceptacji. Wychowanie takiego małego urwisa jak Emil nie jest rzeczą prostą, a jednak żadne z nich nigdy nie podniosło ręki na niesfornego syna. Dzieciństwo małych Svenssonów w porównaniu z życiem współczesnych dzieci wydawać się może ubogie w dobra materialne i atrakcje. Oni jednak nie odczuwali żadnych braków, mieli wszystko, co było im potrzebne do szczęścia. Jest w tej książce echo dzieciństwa samej autorki.

Według standardów wychowawczych obowiązujących w tamtych czasach Emil był dzieckiem niegrzecznym i nieposłusznym, a więc godnym największego potępienia. Patrząc na niego z perspektywy współczesnej widzimy energicznego i ciekawego świata chłopca, którego wszystko interesuje, ma masę pomysłów i nie zastanawia się zbyt długo zanim uderzy w czynów stal. Przecież, jak sam mówił, jak inaczej można by się czegokolwiek na tym świecie dowiedzieć ? Rodzice, zajęci domem i gospodarstwem, nie mieli możliwości, aby nad nim stale czuwać. Emil nie był złym dzieckiem, które świadomie chce zrobić komuś przykrość czy wyrządzić szkodę. Motorem jego działania była na ogół chęć pomocy czy uszczęśliwienia kogoś. Niestety czasem wychodziło to trochę na opak. Najczęściej wtedy, kiedy bardzo chciał zrobić przyjemność Tatusiowi 😉

Cieszę się, że po latach mogłam dowiedzieć się, jakie były dalsze losy Emila. Wbrew najczarniejszym przewidywaniom sąsiadów, którzy tak współczuli jego rodzicom, że aż złożyli się dla niego na bilet do Ameryki, nie było z nim wcale tak źle. Świetnie radził sobie w szkole, uratował życie Alfredowi, a kiedy dorósł został przewodniczącym Rady Gminnej. Patrzcie, wygląda na to, ze z najbardziej nieznośnych dzieci mogą wyrosnąć z czasem naprawdę porządni ludzie, sądzę, że to wspaniałe, gdy się o tym pomyśli. Po prostu – to co u dziecka jest niegrzecznością i nieposłuszeństwem, u dorosłego nazywa się przedsiębiorczością i siłą charakteru 😉

Szkoda tylko, że w tym pięknie wydanym tomie przygód Emila zabrakło miejsca dla uroczej historyjki o jego siostrzyczce czyli „Jak mała Ida chciała psocić”. Ida pozazdrościła Emilowi czasu, który spędzał w stolarni i zapragnęła sama tam trafić. Niestety, mimo że tym razem napsociła ona, Tata znów wykrzyknął „EEEEEEEEEmil !!!”. Tak to już jest, gdy rodzice zbytnio przyzwyczają się do ról, które pełnią w rodzinie ich dzieci 😉

Edit: kiedy pisałam tę recenzję, nie było jeszcze Wydawnictwa Zakamarki, które wkrótce potem wydało też historyjkę pod tytułem „Mała Ida też chce psocić” oraz trzy inne historie o Emilu, których nie ma w zbiorze Naszej Księgarni 🙂

Astrid Lindgren „Przygody Emila ze Smalandii” , przekł.: Irena Szuch – Wyszomirska, Anna Węgleńska, ilustr.: Bjoern Berg , wyd.: Nasza Księgarnia, Warszawa 2005

Astrid Lindgren „Jak mała Ida chciała psocić” , przekł.: Danuta Rechowicz – Głowacka, ilustr.: Bjoern Berg wyd.: Bajka, Sztokholm 1985

Astrid Lindgren „Mała Ida też chce psocić” , przekł.: Anna Węgleńska, ilustr.: Bjoern Berg wyd.: Zakamarki, Poznań 2009

Krakowski Rynek dla chłopców i dziewczynek

Krakowski Rynek dla chłopców i dziewczynek

Wpis z 11 stycznia 2015 roku:

Co można robić w słoneczny ranek ?

Gonić gołębie ? Jeść obwarzanek ?

Oglądać różne śmieszne pomniki

czy u kwiaciarki kupić goździki ?

Mam nieuleczalny sentyment do Krakowa i krakowskich książek. Wziął się on po części z tego, że jako dziecko uwielbiałam „Abecadło krakowskie” Wandy Chotomskiej. Nie była to moja pierwsza książka, ale jest pierwszą, którą pamiętam. Znałam ją na pamięć i na niej właśnie nauczyłam się czytać. Dzięki niej nie tylko nauczyłam się alfabetu, ale także poznałam Kraków na długo przedtem, zanim tam pojechałam. Każdej literze przypisane było jakieś ważne miejsce w Krakowie, a wyznaczały one trasę wędrówki słoneczka po tym mieście. Do dziś pamiętam, co było tam po kolei – od Akademii Sztuk Pięknych do Dzwonu Zygmunta. I pamiętam też kończące go słowa (można w nich poczuć ducha lat, w których powstał 😉 ) : Zachwycony Krakowem i uroczą wycieczką, wszystkim padam do nóżek – Obywatel Słoneczko.

Kiedy już tam pojechałam i zobaczyłam to wszystko na własne oczy… w pierwszej chwili rozczarowałam się srodze 😦 Kraków wczesnych lat siedemdziesiątych w realu nie dorastał do tego z ilustracji Jana Marcina Szancera, szczególnie w mroźną, ale bezśnieżną zimę. Ale czar Krakowa, mimo że wtedy głęboko ukryty, jednak zwyciężył. I sentyment pozostał – staram się wracać do Krakowa, choćby tylko po to, żeby trochę posiedzieć na Rynku albo pogapić się na witraże w kościele franciszkanów. A że mimo wszystko jestem niepoprawną warszawianką, do naszych rodzinnych rytuałów należy śniadanie w kawiarni Wedla. Wiem, wiem – teraz moi krakowscy czytelnicy wznoszą oczy do nieba, ale to stało się przypadkiem – po prostu to był kawiarniany ogródek położony najbliżej stoiska z ziarnem dla ptaków (bo wtedy jeszcze takie na rynku było) i mogłam jeść nie spuszczając z oczu moich córek karmiących gołębie.

Czy „Krakowski Rynek dla chłopców i dziewczynek” ma szansę stać się dla swoich czytelników podobnie mocnym doświadczeniem jak dla mnie „Abecadło” ? Nie wiem, ale na pewno znalazło się tam miejsce dla wszystkich tych rzeczy, które czynią krakowski rynek jednym i niepowtarzalnym. Jest Kościół Mariacki i pomnik Adama Mickiewicza, wieża ratuszowa i kościółek św. Wojciecha, są kwiaciarki i malarze, dorożki i gołębie, obwarzanki i Lajkonik… A wszyscy tam są rumiani jak jabłuszka – jak to zwykle na ilustracjach Iwony Całej 🙂

„Krakowski Rynek dla chłopców i dziewczynek” to książka, która znakomicie nadaje się nie tylko na pamiątkę z wycieczki do Krakowa. Może być również świetnym przygotowaniem do takiej wycieczki (nawet jeśli na razie pozostaje ona w mglistych planach). A dla małych krakowiaków to po prostu lektura obowiązkowa !!!

I oto księżyc wzeszedł nad rynkiem

jak obwarzanek z makiem lub kminkiem.

Śpią już gołębie i śpią pomniki,

i śpią dorożki, chrapią koniki…

Michał Rusinek „Krakowski Rynek dla chłopców i dziewczynek”, ilustr.: Iwona Cała, wyd.: Literatura, Łódź 2014

oraz Wanda Chotomska „Abecadło krakowskie”, ilustr.: Jan Marcin Szancer, wyd.: RUCH 1964

Latający detektyw

Latający detektyw

i kolejne części cyklu o Ture Sventonie i jego latającym dywanie 🙂

Wpis z 3 listopada 2012 roku:

Jakieś dziesięć lat temu, na campingu w Dueodde na Bornholmie, zaczęłam przeglądać książki stojące na półce w jadalni. Taki nie dający się powstrzymać odruch – mimo że wszystkie były w języku, którego nie rozumiem 😉 W pierwszej, do której zajrzałam, zauważyłam znajome nazwisko – Ture Sventon. Spojrzałam na kartę tytułową – zgadza się: autor Ake Holmberg, ale, zabijcie mnie, nie wiem, którą z książek o tym detektywie tam znalazłam. Jednak poczułam się tak, jakbym gdzieś w tłumie na plaży zobaczyła znajomego z bardzo dawnych lat…

Detektyw Ture Sventon należy do grona ulubionych bohaterów literackich mojego dzieciństwa. Pierwszą książką z jego przygodami, jaka wpadła mi w ręce, była druga część cyklu czyli „Detektyw na pustyni”. Pamiętam, że dokładnie wyobraziłam sobie zapach wielbłąda, którym pachniał jego latający dywan, Doskonale wiedziałam też, jak wyglądało metalowe pudełko, w którym zabierał w podróż swoje ulubione ptysie, bo przecież było takie samo jak to, w które moja Mama pakowała jedzenie, kiedy wyjeżdżaliśmy pod namiot. I te ptysie… na jakiś czas stały się moimi ulubionymi ciastkami. Po wielu latach dowiedziałam się, że w oryginale wcale nie chodziło o ptysie, tylko o bułeczki cynamonowe, bardzo popularne w Szwecji, za to w Polsce w chwili ukazywania się przekładu właściwie nieznane, a dodatku ich polska nazwa nie pozwalała na zademonstrowanie jednej z charakterystycznych cech bohatera. Przecież naprawdę nazywał się on Sture Svensson, ale wada wymowy nie pozwalała mu przedstawiać się należycie. A ptysie w jego ustach stawały się psysiami i ja też czasem je tak nazywam.

„Latającego detektywa” przeczytałam później. W szwedzkich okolicznościach przyrody znany mi już detektyw nie miał niestety takiego uroku – zabrakło pustynnej egzotyki. Dlatego zdecydowanie zachęcam do czytania tego w odpowiedniej kolejności. Wtedy w pierwszym tomie poznamy Turego, dowiemy się, kim jest i skąd ma ten niezwykły dywan, aby w drugim towarzyszyć mu jak dobremu znajomemu w egzotycznej podróży. Ponieważ we wszystkich tomach w rozwiązywaniu zagadki pomagają mu dzieci, młodym czytelnikom łatwiej jest odnaleźć na kartach książki swoje alter ego.

Kiedy moje córki dorosły do znajomości z Latającym Detektywem kupiłam im nowe wydanie, bo moje stare książki powędrowały gdzieś w świat. Niestety – bez ilustracji Anny Kołakowskiej, które pamiętałam, ten dywan nie pachniał mi już tak, jak wcześniej 😉 Dlatego z radością przyjęłam fakt wznowienia tych książek przez wydawnictwo „Dwie Siostry” w ich kanonicznej wersji.

A teraz w zapowiedziach pojawił się również „Ture Sventon w Sztokholmie” czyli trzeci tom, który ominął nas wszystkie. Szkoda, że dopiero teraz, bo moje córki już z tych książek wyrosły, a miałabym znakomity prezent mikołajkowy…

Ake Holmberg „Latający detektyw” , przekł.: Teresa Chłapowska, ilustr.: Anna Kołakowska, wyd.: Dwie Siostry, Warszawa 2011

Ake Holmberg „Detektyw na pustyni” , przekł.: Teresa Chłapowska, ilustr.: Anna Kołakowska, wyd.: Dwie Siostry, Warszawa 2012

Ake Holmberg „Ture Sventon w Sztokholmie” , przekł.: Teresa Chłapowska, ilustr.: Anna Kołakowska, wyd.: Dwie Siostry, Warszawa 2012

P.S. Kolejne tomy cyklu czyli „Ture Sventon w Londynie” i „Ture Sventon w Paryżu” niepublikowane wcześniej w Polsce ukazały się w serii „Mistrzowie Światowej Ilustracji” z oryginalnymi ilustracjami Svena Hemmela.

Ucieczka Pippi

Ucieczka Pippi

Wpis z 30 marca 2010 roku:

Książka zadedykowana Inger Nillsson, Marii Persson i Perowi Sundbergowi oraz tym wszystkim dzieciom, dla których wspomniana trójka na zawsze pozostanie Pippi, Anniką i Tommym.

To dla mnie ta dedykacja !!! To ja jestem tym dzieckiem, dla którego Pippi od zawsze miała buzię Inger Nillsson (i mówiła głosem Ewy Złotowskiej), bo naszym pierwszym spotkaniem był serial telewizyjny. Pozostała dwójka też zrosła się w mojej wyobraźni z postaciami Anniki i Tommy’ego. Dopiero potem odnalazłam w bibliotece książkę z ilustracjami Ingrid Vang Nyman, w której z resztą Pippi była Fizią. Pożyczałam ją z tej biblioteki w kółko na okrągło 😉

Ach co to był za serial !!! Leciał chyba w niedziele rano, po Teleranku, bo jakoś kojarzę go z piękną słoneczną pogodą za oknem i pamiętam, ze oglądaliśmy go całą rodziną. Może wcale tak nie było i czasem jednak padał deszcz, ale Pippi sprawiała, że wszystko dookoła wydawało się piękniejsze i radośniejsze. Miasteczko Visby na Gotlandii, gdzie (jak się potem dowiedziałam) znajdowała się filmowa Willa Śmiesznotka, na długo pozostało dla mnie miejscem marzeń – takie przytulne, sympatyczne, zatopione w zieleni i skrojone na ludzką miarę.

A wspomnienie odcinka, w którym Pippi robi zakupy i wykupuje cały sklep ze słodyczami, jeszcze przez wiele lat wywoływało u mnie ślinotok… Aż do momentu, w którym udało mi się wreszcie spełnić marzenie o tym, żeby spróbować takich czarnych cukierków, co to wyglądały jak sznurowadła. Spróbowałam i mi przeszło 😉

Zaczęło się od tego, że Annika posprzeczała się ze swoją mamą. Tak się czasem zdarza. I nagle Annice przyszło do głowy, że ucieknie. Tommy’emu od razu przyszło do głowy to samo.

Kochana Pippi, nie mogłabyś uciec z nami ? – poprosił Tommy.

Bo bez Pippi ucieczka wcale nie byłaby udaną ucieczką, tego był pewien.

– Jasne, że mogę ! – odparła Pippi.

Przyrzekła zresztą mamie Tommy’ego i Anniki, że będzie towarzyszyć jej dzieciom i że się nimi zaopiekuje.

I uciekli.

I wędrowali sobie, wędrowali… Mieli po drodze różne przygody, nie zawsze bezpieczne, ale z Pippi żadna przygoda nie jest straszna.

A potem wrócili – Tommy i Annika do rodziców, a Pippi do Willi Śmiesznotki. Bo przecież (jak powiedziała Pippi): ucieka się po to, żeby mieć potem radość z powrotu do domu.

Tej historii nie znajdziecie w żadnej z zasadniczych książek o Pippi. Astrid Lindgren napisała ją na podstawie własnego scenariusza do pełnometrażowego filmu pod tym samym tytułem nakręconego w 1970 roku. Literacko – nie jest to jej szczególne osiągnięcie. Owszem, czyta się nieźle, ale miałam poczucie, że była pisana trochę na siłę, bez zaangażowania, które niewątpliwie towarzyszyło tworzeniu scenariusza do tego filmu.

Po przeczytaniu „Ucieczki Pippi” zapragnęłam gorąco obejrzeć znów tamten serial. Znalazłam go nawet, ale okazało się, że wydanie DVD nie zawiera tamtego (równie kultowego jak sam serial) dubbingu. Po doświadczeniu z kreskówką, którą oglądały kiedyś moje córki, wiem, ze nie zniosłabym Pippi mówiącej innym głosem, niż ten, który pamiętam – czyli Ewy Złotowskiej. Zdecydowanie nie !!!

Astrid Lindgren „Ucieczka Pippi”, przekł.: Anna Węgleńska, zdjęcia: Bo-Erik Gyberg, wyd.: Zakamarki, Poznań 2010

Tajemniczy ogród

Tajemniczy ogród

W odpowiedzi na głosy, które odezwały się przy okazji „Małej księżniczki” , mówiące o tym, że jak „Tajemniczy ogród” to tylko w starym wydaniu – wpis z 31 grudnia 2012 roku o nowej wersji tej książki, a także o lekturach i tzw. wydaniach lekturowych.

Panno Mary, kapryśnico,

rozchmurz zagniewane lico !

W twym ogródku rosną kwiatki,

róże, dzwonki i bławatki.

„Tajemniczy ogród” czytałam oczywiście w przekładzie Jadwigi Włodarkiewicz i z ilustracjami Bogdana Zieleńca – jak wszyscy do niedawna. I jak wszyscy znałam ten wierszyk właśnie w tej wersji. Również Najstarsza i Środkowa z moich córek, kiedy przyszła na nie pora, czytały moją starą i kompletnie zaczytaną książkę, którą nota bene ja sam chyba też po kimś odziedziczyłam. Niestety – do Najmłodszej, która ma niebawem omawiać ją w szkole, już nie dożyła 😦

Zastanawiałam się nad skorzystaniem z usług introligatora, żeby nie kupować nowej, bo mam jak najgorsze doświadczenia z wydaniami tych lektur, które znajdują się już w domenie publicznej. Byle jaki przekład wydany byle jak, byleby tylko kosztował niewiele. Ilustracje oszczędnościowe, albo wcale ich nie ma. Za to często w tekście – komentarze dla idiotów w ramkach: opis przyrody, opis Iksińskiego, rozmowa Ygrekowskiego z Zetem. I w charakterze wisienki na torcie – opracowanie, żeby zwolnić czytelnika z jakiejkolwiek próby samodzielnego zrozumienia, o co w tym wszystkim chodzi. W efekcie książka, której nie tylko nie chce się czytać, ale nawet wziąć jej do ręki. Brrrr… 😦

Na szczęście, nie tak dawno, przypadkiem dowiedziałam się, że Paweł Beręsewicz, którego dotychczas znałyśmy jako autora, jest z wykształcenia anglistą i para się także tłumaczeniem literatury. Właśnie ukazał się jego przekład „Ani z Zielonego Wzgórza”, Jeszcze nie miałam go w ręku i nie wiem, czy się odważę, bo w ogóle nie odczuwam potrzeby sięgania po nowe wersje tego cyklu. Za bardzo zżyta jestem z Małgorzatą Linde i Ewą Moore, żeby przyjąć je do wiadomości jako Rachel i Leslie…

Za to wcześniejszy przekład „Tajemniczego ogrodu”, o którym dowiedziałam się przy tej okazji i bez większego problemu nabyłam tuż przed Świętami, jest dla nas po prostu darem od losu 😉 Ta książka to zaprzeczenie wydań lekturowych, o których wspominałam powyżej. Czyta się świetnie. Zaczęłam podczytywać ją w kolejce do kasy, a kiedy po powrocie do domu dowiedziałam się, że Najmłodsza ma jeszcze do skończenia poprzednią książkę, z wielką przyjemnością doczytałam do końca. Paweł Beręsewicz nie tylko uwspółcześnił język tej powieści, ale wzbogacił ją też o elementy gwary. W poprzednim przekładzie wszyscy bohaterowie, niezależnie od pochodzenia i pozycji, mówili podobnie, teraz – Marta, Dickon i inni rodowici mieszkańcy Yorkshire mówią po tutejszemu. Dzieciom może to początkowo trochę utrudniać lekturę, ale zdecydowanie ją wzbogaca.

O ilustracjach Alicji Rybickiej można powiedzieć różne rzeczy, ale na pewno nie to, że są oszczędnościowe. Te znajdujące się w tekście i przedstawiające sceny z książki są dość ascetyczne w doborze barw, ciut staroświeckie, ale bardzo stylowe. Oprócz nich na wyklejce oraz początku każdego rozdziału znajdujemy kolorowe obrazki jak z zielnika wraz z opisami. Dwie odmiany hibiskusa dla rozdziałów, których akcja rozgrywa się w Indiach, wrzos, kiedy Mary przybywa na wrzosowiska, a potem zawilec, przebiśnieg, konwalia, krokus i inne rośliny, które spotyka w ogrodzie. Dzięki temu nie są one dla czytelnika tylko suchymi nazwami, a tajemniczy ogród w naszej wyobraźni nabiera barw i kształtów.

Dodajmy do tego sztywną oprawę, piękny papier i czerwoną jak brzuszek rudzika wstążkę do zakładania kartek – dzięki temu wszystkiemu to wydanie „Tajemniczego ogrodu” nie jest typowym wydaniem lekturowym, które czyta się z przymusu, tylko książką, której lektura może być przygodą i przyjemnością.

Wydawnictwo „Skrzat” wydało ją w ramach serii „Klasyka z feniksem”, dodając: Feniks – symbol siły i nieśmiertelności, od zawsze patronował temu, co ważne i ponadczasowe, co wciąż się odradza. W serii „Klasyka z feniksem” pragniemy zaprezentować kolekcję książek, które mimo zmieniających się mód nieustannie bawią i zachwycają rzesze czytelników. „Klasyka z feniksem” to po prostu dobra literatura. (Edit: kolejnych książek wydanych w tej serii nie miałam w ręku, więc nie wiem, czy są w równym stopniu godne polecenia)

Osobom, które jak ja wychowały się na starym przekładzie, oprócz tego, że Dick jest tutaj Dickonem, może zgrzytać także ten wierszyk:

Mary, oj dana, panno zbuntowana

Co siejesz na swoich grządkach ?

Muszle szumiące, dzwoneczki grające

I aksamitki w rządkach.

ale to wyłącznie dlatego, że zbyt dobrze pamiętamy go w wersji z kapryśnicą 😉

Frances Hodgson Burnett „Tajemniczy ogród” (seria: „Klasyka z feniksem”), przekł.: Paweł Beręsewicz, ilustr.: Alicja Rybicka, wyd.: Skrzat, Kraków 2011

Mała księżniczka

Mała księżniczka

Wpis z 1 stycznia 2016 roku:

Pewnego pochmurnego dnia zimowego, kiedy gęsta, żółta mgła zalegała ulice Londynu tak szczelnie, że zapalono latarnie, a szyby wystawowe sklepów jarzyły się oświetleniem gazowym, jakby to już był wieczór; mała, osobliwie wyglądająca dziewczynka jechała wolno ulicami miasta, siedząc w powozie przy boku swego ojca.

„Mała księżniczka” zalicza się do elitarnego grona ulubionych książek mojego dzieciństwa. Była tak bardzo ukochana, że zaczytałam ją kompletnie i nie dotrwała już do moich córek. W stosownym momencie nabyłam więc kolejne wydanie z myślą o Najstarszej z córek i… przeżyłam ogromne rozczarowanie. Od pierwszych słów nie spodobał mi się nowy przekład, jakiś taki toporny i bez wdzięku, w którym ten pierwszy akapit składał się z trzech zdań. W dodatku Rózia miała tam na imię Becky, co może jest zgodne z oryginałem, ale kompletnie nie pasuje do niej 😉

Na okładce sportretowana była dziewczynka – blada, wymoczkowata i z rudawymi włosami, o której na pewno nie można było powiedzieć, że miała swoisty, oryginalny urok. Tymczasem Sara Crewe została opisana przez autorkę jako dziewczynka smukła i wiotka, wysoka jak na swój wiek, o wyrazistej, pociągłej twarzyczce. Włosy miała gęste, kruczoczarne i lekko podwinięta na końcach, oczy szarozielone, to prawda, były to jednak ogromne, cudowne oczy o długich, czarnych rzęsach i chociaż jej samej nie podobał się ich kolor, wiele osób uważało, że są piękne. Ilustracje w środku też nie zachwycały, a ich podstawową wadą było to, że nie wyszły spod ręki Antoniego Uniechowskiego.

Później okazało się, że i tak nie była to najgorsza wersja tej książki, na jaką mogłyśmy trafić. Na szczęście udało mi się zdobyć to stare wydanie i jest to obecnie ukochana książka Najmłodszej, zaczytana podobnie jak ta moja sprzed lat. Ze zdziwieniem policzyłam, że oprócz okładki jest tam tylko sześć ilustracji. Tylko sześć, ale wystarczyło to, aby wspaniale zbudować cały świat tej książki !

„Mała księżniczka” nie była chyba moim pierwszym kontaktem z kreską Antoniego Uniechowskiego. Miałam też inne ulubione i ilustrowane przez niego książki – na przykład „Przyjaciel na zawsze” Miry Jaworczakowej czy zapomniana „Dorota i jej towarzysze”. Potem, buszując na półkach rodziców znalazłam wspomnienia „Antoni Uniechowski o sobie i innych” i zatonęłam w opisywanym przez niego przedwojennym świecie. Bodaj pierwsze wspomnienia, jakie czytałam, a upodobanie do tego rodzaju literatury pozostało mi do dziś.

Pod tegoroczną choinką znalazłam książkę Joanny Olczak – Ronikier „Wtedy. O powojennym Krakowie” – fantastyczne uzupełnienie jej wcześniejszej historii rodzinnej „W ogrodzie pamięci”. Kilka pierwszych powojennych lat w Krakowie widzianych oczami dziecka, dom na Krupniczej zamieszkały przez ludzi książki i rozmaici odwiedzający je tam znajomi mamy Hanny Mortkowicz – Olczakowej i babci Janiny Mortkowiczowej. A wśród nich także, ku mojej radości: Antoni Uniechowski – słynny rysownik, który ilustrował dwie książki mojej mamy: „Jesień niezapomniana” – wiersze o oblężonej Warszawie i wierszowaną opowieść „Jak się wszystko zmieniło”. Przyprowadzał ze sobą swoją córką Krysię, ale zamiast się bawić, wolałyśmy patrzeć, jak otwiera buteleczkę z tuszem, wyjmuje z kieszeni piórko, które zawsze nosił przy sobie, i wyczarowuje na świstku papieru koronkowe, zwiewne rysunki na zadany temat.

Koronkowe i zwiewne – takie właśnie są te ilustracje i bardzo się cieszę, że nieocenione Dwie Siostry wznowiły „Małą księżniczkę” właśnie w tej najpiękniejszej dla mnie wersji 🙂

Frances Hodgson Burnett „Mała księżniczka” (seria: Mistrzowie Ilustracji), przekł.: Wacława Komarnicka, ilustr.: Antoni Uniechowski, wyd.: Dwie Siostry, Warszawa 2015

Cukiernia pod Pierożkiem z Wiśniami

Cukiernia pod Pierożkiem z Wiśniami

Wpis z 1 listopada 2007 roku:

To była ukochana książka mojego dzieciństwa. No, może niezupełnie dzieciństwa, bo miałam już wtedy jedenaście lat, ale pozostała ze mną na długo i była niezawodną lekturą na wszystkie smutki.

Najpierw utraciła uroczą kolorową obwolutę, a z czasem zaczęła się coraz bardziej rozsypywać. Kiedy zorientowałam się, że raczej nie można spodziewać się jej wznowienia, udałam się do introligatora, zabierając także, równie zaczytane  ”Dlaczego kąpiesz się w spodniach wujku ?”. Książki zostały ładnie oprawione  („Cukiernia” oczywiście w okładkę wiśniową) i służą nam nadal znakomicie. Obie należą teraz do ulubionych lektur moich córek.

„Cukiernia pod Pierożkiem z Wiśniami” to historia jedenastoletniej Ani, która wraz z młodszą siostrzyczką Kicią przyjeżdża do Londynu, aby tam zamieszkać na czas półrocznej nieobecności Taty. Ich Mama nie żyje i dziewczynki zostają pod opieką swojej ciotecznej babki Zofii, której nigdy wcześniej nie widziały. Ania bardzo boi się tego, co je czeka, ale okazuje się to wspaniałą przygodą. Zofia (mimo groźnie brzmiącego tytułu Ciotecznej Babki) jest bardzo miła, a w dodatku prowadzi tytułową cukiernię, w której tak miło pachnie świeżo upieczonym ciastem.

Czy to ten zapach, który wręcz unosi się z jej kartek, sprawił, że tak ją polubiłyśmy ? Po zamknięciu książki ma sie ochotę pobiec do kuchni i samodzielnie coś upiec – można skorzystać z zamieszczonych tam przepisów na słodycze, które robiła sama Ania. W końcu (jak mówiła Zofia): Nic tak łatwo nie pozwala zapomnieć o troskach, jak spokojna godzina spędzona w kuchni.

W porównaniu z moimi córkami, standardy zachowania których wyznaczane są raczej przez bohaterów Astrid Lindgren, książkowa Ania jest wręcz obrzydliwie grzeczna. Jeśli nawet (choć bardzo rzadko) zdarzy jej się dać upust negatywnym emocjom, to zaraz mityguje się i przeprasza. W tej książce od początku do końca pojawiają się wyłącznie ludzie życzliwi i dobrzy. Od Zofii i Kloci, pod których opieką pozostają dziewczynki, przez kelnerki w cukierni, poznanego na ulicy chłopca – Larry’ego aż po wielkich aktorów, u boku których Ania wystąpi w teatrze. W tym niedzisiejszym świecie opisanym w „Cukierni” – w którym dorośli zawsze mają rację, a dzieci są posłuszne – jest ład, który daje poczucie bezpieczeństwa.

Dodajcie do tego jeszcze ilustracje  Marii Orłowskiej – Gabryś – również sympatyczne, spokojne i trochę staroświeckie – i już wiecie, jaka jest „Cukiernia pod Pierożkiem z Wiśniami” 🙂

Piszę o niej teraz nie tylko dlatego, że właśnie wykurowałam się z wyjątkowo zjadliwej grypy, a pierwszą książką, po którą sięgnęłam, gdy już mogłam czytać była właśnie „Cukiernia”. Piszę o niej teraz – ponieważ już całkiem niedługo ukaże się jej wznowienie !!! Ukaże się w serii „Mistrzowie ilustracji”, do której należy już między innymi „Babcia na jabłoni” Miry Lobe z ilustracjami Mirosława Pokory i „Gałka z łóżka” Mary Norton z ilustracjami Jana Marcina Szancera.

P.S. Zajrzałam ostatnio na stronę wydawnictwa i ze zdziwieniem zauważyłam tam swoją własną wypowiedź o „Cukierni” z jakiegoś forum. Chyba, że jest jeszcze ktoś, kto ma te książkę w wiśniowej okładce ?

Clare Compton „Cukiernia pod Pierożkiem z Wiśniami”, przekł.: Krystyna Tarnowska, ilustr.: Maria Orłowska – Gabryś, wyd.: Nasza Księgarnia, Warszawa 1976

Wznowienie ukazało się wkrótce po tym, jak napisałam tę recenzję, ale moje córki jednak nadal wolały tę książkę w naszej wiśniowej oprawie. Nowa natomiast znakomicie nadawała się (i nadaje nadal) na prezenty. Nie znam dziewczynki, której by się ona nie spodobała 🙂

I zupełnie nie przeszkadza mi to, że tytułowy Cherry Pie zdecydowanie nie jest pierożkiem 🙂

Clare Compton „Cukiernia pod Pierożkiem z Wiśniami”, przekł.: Krystyna Tarnowska, ilustr.: Maria Orłowska – Gabryś, wyd.: Dwie Siostry, Warszawa 2007