Ilustratorki, ilustratorzy. Motylki z okładki i smoki bez wąsów

Ilustratorki, ilustratorzy. Motylki z okładki i smoki bez wąsów

… czyli portrety 11 ilustratorek i 13 ilustratorów, których twórczość składała się na Polską Szkołę Ilustracji.

Barbara Gawryluk rozmawiała z tymi z nich, którzy jeszcze żyją, oraz z najbliższymi tych, których już nie ma. Ich opowieściom towarzyszą okładki i ilustracje – i takie, które wszyscy pamiętamy i te czasem już zapomniane, wydobyte z zakamarków pracowni, czeluści szuflad, skrzyń, czasem tapczanów, a także z przepastnych magazynów Muzeum Książki Dziecięcej, BWA w Zamościu oraz paru innych niespodziewanych miejsc 🙂

W przedmowie autorka napisała: O pamięć chodzi w tej książce przede wszystkim. Chciałabym, żeby moja opowieść, czasem dziurawa, często niekompletna, bywa, że amatorska, miejscami bardzo osobista, wywołała u Czytelników dobre powroty do dzieciństwa spędzanego z książką. Kiedy byliśmy dziećmi, my, dzisiejsi czterdziesto-, pięćdziesięcio-, sześćdziesięciolatkowie, nie zauważaliśmy przecież nazwisk wypisanych na okładkach czy stronach tytułowych. Ale obrazy tych okładek mamy wdrukowane w pamięć, zatrzymujemy się, widząc je za szybą w witrynie antykwariatu, odnajdując na jakimś blogu poświęconym literaturze dla dzieci, uśmiechamy się, odkrywając wznowienia wierne dawnym wydaniom.

Bardzo trudno jest powiedzieć o „Ilustratorkach, ilustratorach” coś więcej niż to, że jest to książka wspaniała i wciągająca, bo od razu chce się napisać tyle, że znacznie przekroczyłoby to ramy zwykłej blogowej recenzji. Pierwszy raz przeczytałam ją od razu po premierze, niemal całą w jeden wieczór. Potem już na spokojnie przeglądałam ilustracje, odnajdując w nich całą masę rzeczy, o których dawno zapomniałam. Do kolejnej lektury przystąpiłam niedawno i wtedy zaznaczałam sobie w tekście wszystkie przypomnienia, zaskoczenia i odkrycia. Oto moja lista, ale zapewne każdy z czytelników tej książki ma własną 😉

Pierwszym przypomnienie – zaskoczenie dotyczyło tego, co znajdowało się na tylnej okładce (obwolucie) „Cukierni pod Pierożkiem z Wiśniami”. Ta ukochana książka mojego dzieciństwa obwolutę straciła dość szybko i o ile domek z tytułową cukiernią, który był z przodu, pamiętałam bardzo dobrze, to kompletnie zapomniałam londyńskie widoczki z tyłu. Zapewne dlatego, że wtedy jeszcze te miejsca z niczym mi się nie kojarzyły.

Drugie, tym razem odkrycie związane było z „Emilem ze Smalandii”, bo tak mi się jakoś wydawało, że w książce, którą czytałam dawno temu, były ilustracje podobne do tych, które pamiętałam z „Dzieci z Bullerbyn”. Okazało się, że miałam rację i pierwsze polskie wydanie „Emila” było ilustrowane przez Hannę Czajkowską.

Kolejne odkrycie to Leonia Janecka – jedyne nazwisko w tej książce, które początkowo z niczym mi się nie kojarzyło, aż odkryłam, że to właśnie ona ilustrowała jedną z moich ukochanych książek – „Jadwigę i Jagienkę” Czesławy Niemyskiej – Rączaszkowej.

Następne dotyczyło „Fizi Pończoszanki”, bo pod takim imieniem poznałam Pippi mniej więcej w tym samym czasie co Emila. Książkę pod tym tytułem pożyczałam z biblioteki, a potem już nigdy nie miałam jej w ręku. Ilustracje pamiętałam jak przez mgłę, ale zdecydowanie nie były one podobne do tych kanonicznych Ingrid Van Nyman, z którymi teraz Pippi jest wydawana. Z rozdziału poświęconego Janinie Krzemińskiej dowiedziałam się wreszcie, że ich autorem był jej długoletni partner Zbigniew Piotrowski.

W tym samym rozdziale przypomniałam sobie okładkę i ilustracje Janiny Krzemińskiej do „Naszej mamy czarodziejki” Joanny Papuzińskiej – tę mamę płynącą nad miasteczkiem na poduszce jak księżniczka na latającym dywanie, naprawdę czarodziejską.

Potem zobaczyłam zdjęcie Jerzego Srokowskiego i zrozumiałam, skąd jego postaci brały te charakterystyczne migdałowe, rozmarzone oczy…

Jeszcze potem odkryłam z zaskoczeniem, że autorem pamiętnej drzeworytowej okładki (oraz ilustracji) do „Klechd domowych” był Zbigniew Rychlicki, którego kojarzyłam przede wszystkim z Misiem Uszatkiem .

Ostatni rozdział poświęcony Bohdanowi Butence, który niestety (podobnie jak Zdzisław Witwicki) nie dożył premiery tej książki, czytałam kilka dni po wiadomości o jego śmierci. Co prawda jako dziecko nie lubiłam jego ilustracji, ale były one częścią mojego dzieciństwa, a z czasem doceniłam ich oryginalność i absolutną niepodrabialność. Kiedy byłam już dorosła, razem z moimi córkami odkryłam „Donga, co ma świecący nos” i zachwyciłam się tą książką, tak odmienną, której wygląd doskonale korespondował z absurdalnością treści – przede wszystkim dzięki czarnym kartkom z białymi literami.

Lektura „Ilustratorek, ilustratorów” uświadomiła mi, jak wiele zawdzięczam WSZYSTKIM bohaterom tej książki (a także tym, dla których w niej miejsca nie starczyło, a których twórczość także współtworzyła Polską Szkołę Ilustracji), bo dzięki różnorodności ich kresek szara rzeczywistość PRLu nabierała barw, a ja nauczyłam się, jak różnie można widzieć świat.

Wiedzieliśmy, że dla dziecka wszystko musi być najlepsze. To jest jego pierwsza galeria sztuki – powiedziała pani Krystyna Michałowska. W tej galerii sztuki i ja się wychowałam – dziękuję za nią bardzo !!!

Barbara Gawryluk „Ilustratorki, ilustratorzy. Motylki z okładki i smoki bez wąsów”, projekt książki: Anna Pol, wyd.: Marginesy, Warszawa 2019

Ilustratorki: Maria Orłowska – Gabryś, Hanna Czajkowska, Ewa Salamon, Olga Siemaszko, Leonia Janecka, Elżbieta Gaudasińska, Danuta Konwicka, Janina Krzemińska, Krystyna Michałowska, Bożena Truchanowska, Teresa Wilbik

Ilustratorzy: Jan Marcin Szancer, Jerzy Srokowski, Kazimierz Mikulski, Adam Kilian, Janusz Grabiański, Zdzisław Witwicki, Zbigniew Rychlicki, Mirosław Pokora, Janusz Stanny, Antoni Boratyński, Józef Wilkoń, Mieczysław Piotrowski, Bohdan Butenko

Miś Uszatek

Miś Uszatek

Wpis z 19 stycznia 2007 roku:

Pora na dobranoc, bo już księżyc świeci.
Dzieci lubią misie – misie lubią dzieci.

To wcale nie było tak dawno, choć niektórym trudno w to uwierzyć. Telewizja miała wtedy tylko jeden program i wszystkie dzieci, jak Polska długa i szeroka, zasiadały przed telewizorami o tej samej porze. Dobranocki wówczas wyświetlane były naszym „przeżyciem pokoleniowym”, a miś Uszatek postacią kultową (cokolwiek by to słowo miało znaczyć 😉 ) dla wielu, dziś już dorosłych roczników.

Mimo, że książki o jego przygodach ukazywały się wówczas w setkach tysięcy egzemplarzy, większości z nas Uszatek kojarzy się przede wszystkim ze swoja wersją telewizyjną i miłym głosem Mieczysława Czechowicza. Dobranockowy świat Uszatka różni się od książkowego i jest trochę dziwny – nie ma w nim ludzi, a Miś i inne zwierzątka mieszkają sami, każdy w swoim domku, mimo że chodzą do przedszkola. Któraś z moich córek zapytała, oglądając ten film – To on jest mały czy dorosły, bo nie rozumiem ? 😉

Uszatek z książek jest misiem „przypisanym” do dzieci. Najpierw, po ucieczce ze sklepu z zabawkami spotkał Zosię i Jacka i zamieszkał z nimi. Kiedy oni poszli do szkoły, przeniósł sie do pokoju ich młodszej siostrzyczki Ani. Później razem z nią powędrował do przedszkola i już tam został.

Książki o jego przygodach pojawiły się w naszym domu jeszcze przed trzecimi urodzinami Najstarszej z córek. Uszatek zdetronizował Borysa i panował niepodzielnie, póki nie nastała era  Pafnucego. Potem było tak jeszcze dwa razy, bo córki Środkowa i Najmłodsza też polubiły te misie. Przygody Uszatka są zrozumiałe dla maluchów – dzieją się w domu i na podwórku, na łące i w lesie. Oprócz misia występują w nich piesek, kogucik, bocian, zajączek, zabawki i dzieci. Historyjki są niezbyt długie i opowiedziane nieskomplikowanym, ale pięknym językiem. Początkowo trochę drażniły mnie w tych książkach krótkie zdania i maniera autora, polegająca na zaczynaniu ich od orzeczenia (Wyszedł Miś na drogę. Patrzy. Drogą idzie Kogucik), ale szybko się przyzwyczaiłam.

Nasza Księgarnia wydała niedawno wszystkie części przygód Uszatka z kanonicznymi ilustracjami Zbigniewa Rychlickiego, na których wychowało się kilka pokoleń czytelników. Dla mnie tworzą one nierozdzielną całość z tekstem Czesława Janczarskiego, podobnie jak ilustracje Sheparda z historyjkami A.A. Millne’go. Pierwsza część Uszatka, którą kupiłam dla Najstarszej z córek była zilustrowana przez Małgorzatę Śliwińską – ładnie, nie powiem, ale to nie było TO. W następnych częściach z radością znalazłam obrazki, które pamiętałam z własnego dzieciństwa.

Przeglądałam ostatnio w księgarni ten starannie wydany tom i trochę mi się smutno zrobiło, że moje córki już są za duże na Uszatka. Może kupię dla wnuków ? Ani się obejrzę i będzie jak znalazł 😉

Czesław Janczarski „Miś Uszatek”, ilustr.: Zbigniew Rychlicki, wyd.: Nasza Księgarnia, Warszawa 2006

Moje książeczki. Księga pierwsza

Moje książeczki. Księga pierwsza

Wpis z 11 listopada 2015 roku. Potem ukazała się jeszcze jedna księga tej serii 🙂

Po wydaniu sześciu ksiąg serii „Poczytaj mi mamo” wydawnictwo Nasza księgarnia ponownie sięgnęło do swoich przepastnych archiwów. Wydobyło z nich, odkurzyło i przypomniało kolejną serię, na której się wychowałam. Moje dzieciństwo było uboższe w loga (tak się to odmienia ?) niż świat, w którym wychowują się dzisiejsi adresaci tej księgi i bardzo dobrze pamiętam tego kota z okładki 🙂

Czarny kot w czerwonych butach, namalowany przez Zbigniewa Rychlickiego, po raz pierwszy pojawił się na środku tylnej okładki w 1959 roku. W jego brzuszek została wpisana prosta, ale jakże chwytliwa i trafna nazwa serii – Moje książeczki. Do lat 90. ukazało się w niej kilkadziesiąt tekstów najwybitniejszych autorów polskich i zagranicznych, ilustrowanych przez uznanych artystów.(…) Książki skierowane do najmłodszych miały czytelną czcionkę i i duży, zbliżony do A4 format. Najczęściej wydawano je w oprawie twardej z charakterystyczną wyklejką w pionowe, dwukolorowe pasy z okienkami, z których wyglądali bohaterowie danej opowieści… – napisała w przedmowie do tej książki jej redaktor Katarzyna Piętka, ale dla mnie ta wyklejka to raczej ściana ze staroświecka pasiastą tapetą i wiszącymi na niej portretami 😉

Księga pierwsza tej serii, która ukazała się w tym roku, zawiera siedem historii, z których dwie pamiętam szczególnie – to „Zajączek z rozbitego lusterka” Heleny Bechlerowej i „Złoty koszyczek” Hanny Januszewskiej. Pierwsza to odległe wspomnienie książeczki, którą miałam dawno temu, jej atmosfery i zapomnianej już nieco, ale lubianej przeze mnie wówczas zabawy w puszczanie lusterkiem zajączków na ścianę. Dzięki tej księdze przypomniałam sobie też wesołą Ludwiczkę z książeczki Anny Świrszczyńskiej, choć wydaje mi się, że bardziej pamiętam ją z telewizyjnej dobranocki.

„Złoty koszyczek” Hanny Januszewskiej z cudownymi ilustracjami Bożeny Truchanowskiej był natomiast wśród książeczek, które pozostały z dzieciństwa mojego Męża i jego siostry, a następnie znalazły się w księgozbiorze naszych córek. Stał się naszą kalendarzową lekturą na przedwiośnie, pomagał nam przetrwać ten smutny, szary i chłodny czas w oczekiwaniu na pierwsze liście na drzewach. Dziewczyny dorosły, nie sięgałam więc po tę książkę już dobrych parę lat, ale pozostały ze mną słowa Olaboga, laboga, jaka wstrętna pogoda !, które same cisną mi się na usta, kiedy rano wyglądam przez okno w wyjątkowo paskudny dzień, niezależnie od pory roku.

Cieszę się, że dzięki tej księdze kolejne pokolenie małych czytelników zyskało możliwość obcowania z niepowtarzalną kreską Bożeny Truchanowskiej. Niedawno w nowo otwartej (po remoncie) warszawskiej Bibliotece na Koszykowej była wystawa jej ilustracji (niestety możliwa do oglądania bardzo krótko) i przy tej okazji zamarzyły mi się wznowienia kolejnych książek mojego dzieciństwa z „Małym pokojem z książkami” na czele (edit – został wznowiony, ale innymi ilustracjami). Jeszcze tyle pięknych i zapomnianych rzeczy kryją w sobie archiwa Naszej Księgarni… 🙂

„Moje książeczki. Księga pierwsza”, wyd.: Nasza księgarnia, Warszawa 2015

autorzy: Helena Bechlerowa, Adam Bahdaj, Anna Świrszczyńska, Ada Kopcińska, Hanna Januszewska

ilustratorzy: Krystyna Witkowska, Maria Mackiewicz, Janina Krzemińska, Mirosław Pokora, Hanna Czajkowska, Ignacy Witz, Bożena Truchanowska

Poczytaj mi, mamo. Księga pierwsza

Poczytaj mi, mamo. Księga pierwsza

Wpis z 17 maja 2011 roku. Od tego czasu ukazało się jeszcze siedem (a więc w sumie osiem) ksiąg tej serii 🙂

Poczytaj mi, Mamo ! A jak nie ma Mamy – poczytaj mi Tato ! – tak nazywałam podobno te książeczki, kiedy byłam mała. Patrząc z dzisiejszej perspektywy, ta seria była czymś niesamowitym. Jak twierdzi Wikipedia (a innego, bardziej wiarygodnego źródła nie udało mi się znaleźć) zaczęto ją wydawać w 1951 roku, a zaprzestano (o czym Wikipedia milczy) chyba z początkiem lat dziewięćdziesiątych. W każdym razie, kiedy kupowałam pierwsze książki dla Najstarszej z moich córek, zdarzało mi się jeszcze trafiać na jakieś końcówki nakładów.

Na książeczkach z tej serii wychowało się kilkadziesiąt roczników obecnych dorosłych, których dzieciństwo przypadło na czasy PRL. Były to czasy trudne, niewesołe, mające jednak swoje (nieliczne 😉 ) dobre strony. Jedną z nich było to, że książeczki dla dzieci znakomitych autorów z ilustracjami równie znakomitych ilustratorów ukazywały się (i rozchodziły !) w nakładzie 375 tysięcy egzemplarzy (i to często gęsto w kilku wydaniach). W porównaniu z dzisiejszymi te książeczki były szare i skromne, żeby nie powiedzieć – siermiężne, ale obecni wydawcy mogą tylko pomarzyć o takich ilościach, mimo że mają do dyspozycji twórców nie mniejszej rangi i dużo większe możliwości techniczne 😦

Z okazji jubileuszu 90 lat istnienia wydawnictwo „Nasza Księgarnia” sięgnęło do swojego przepastnego archiwum. Efektem tego jest ta księga, zawierająca 10 książeczek w niezmienionej szacie graficznej– od deski do deski, od pierwszej okładki do ostatniej.

Natychmiast znalazła się ona na szczycie wszystkich niemal zestawień bestsellerów. Nie dziwi mnie to wcale. Wyobraźmy sobie rodziców, dziadków, ciocie i wszelkich innych dorosłych, którzy wybierają się do księgarni po książeczkę dla dziecka (wnuka, siostrzeńca etc. etc.). Wchodzą i stają bezradni wobec masy książek w różnych kształtach i rozmiarach, cieńszych, grubszych, kolorowych, z zabawkami i bez… i nagle wpada im w oko znajomy widok – napis z pękatych literek, rybka, domek, koniczynki… i od razu czują się jakby znów sami byli dziećmi… 🙂 Ja również tak się poczułam i nie odmówiłam sobie tego zakupu, mimo że moje córki są już na nią za duże, a chrześnica – za mała 😉

Zastanawiam się jednak nad kryteriami, jakimi kierowano się wybierając historyjki do tej księgi. Zaczyna się od „Daktyli” czyli absurdalnego wierszyka Danuty Wawiłow (z ilustracjami Edwarda Lutczyna) i jest to jedyny wiersz w całym tym zbiorze, kończy „Zaczarowaną fontanną” – poetycką baśnią Heleny Bechlerowej (z ilustracjami Elzbiety Gałdasińskiej) a pomiędzy nimi… groch z kapustą 😉 Jeż Kolczatek szuka domu na zimę, pewna Julka – przyjaciółki na podwórku, a mały kotek – swojej mamy. Szymek z nogą w gipsie siedzi na balkonie i tęskni do rówieśników, kociak Filemon próbuje zrozumieć świat, kot Bonifacy szuka świętego spokoju…

Wydaje mi się, ze jedynym logicznym uzasadnieniem doboru są tu prawa autorskie, bo niestety spora część autorów z tamtych lat już nie żyje. Tłumaczyć to może także pewną nadreprezentację kocich opowieści duetu autorskiego: Sławomir Grabowski i Marek Nejman i ilustracji Julitty Karwowskiej – Wnuczak. W tej samej serii ukazały się niedawno „Przygody kota Filemona”.

Niezależnie od tego, według jakiego klucza wybrane, cieszę się, że te książeczki zostały przypomniane następnemu pokoleniu dzieci. I mam nadzieją, ze niebawem doczekamy się kolejnego , z zapowiadanych w przedmowie kilku tomów.

„Poczytaj mi, mamo. Księga pierwsza”, wyd.: Nasza Księgarnia, Warszawa 2010

autorzy: Danuta Wawiłow, Sławomir Grabowski i Marek Nejman, Janina Porazińska, Helena Bechlerowa, Joanna Papuzińska,

ilustratorzy: Edward Lutczyn, Julitta Karwowska – Wnuczak, Danuta Przymanowska – Rudzińska, Zbigniew Rychlicki, Maria Orłowska – Gabryś, Anna Stylo – Ginter, Elżbieta Gaudasińska

Przygody Emila ze Smalandii

Przygody Emila ze Smalandii

Kolejna pozycja na półce z książkami Astrid Lindgren – wpis z 4 stycznia 2007 roku:

Znacie Emila ??? Sądzę, że tak, bo przecież pierwsze wydanie pierwszej części jego przygód ukazało się w Polsce ponad 30 lat temu i miało wiele wznowień. W latach osiemdziesiątych mogliśmy obejrzeć w telewizji uroczy serial o tym sympatycznym chłopaczku. Pamiętam z niego przede wszystkim Tatę Emila i jego niosący się nad sielskim krajobrazem krzyk „EEEEEEEEEEmil !!!!!!!”, podczas gdy Emil pędem udawał się do stolarni, aby odbyć tam zasłużoną karę za swoje psoty.

Jeśli jednak nie udało wam się dotychczas zawrzeć z nim znajomości, teraz macie wspaniałą okazję. Nakładem „Naszej Księgarni” ukazało się pierwsze pełne (no, prawie pełne 😉 wydanie jego przygód. Najmłodsza z moich córek znalazła je pod choinką, a słuchają z przyjemnością również starsze siostry. Dorosłym też się podoba.

W latach sześćdziesiątych, kiedy powstała, była to książka niemal rewolucyjna – prawie jak Pippi. Pokazywała rodzinę, w której wychowuje się dzieci miłością i nie stosuje kar fizycznych. Było to jeszcze przed sukcesem wielkiej ogólnoszwedzkiej akcji przeciwko biciu dzieci. Jedyna karą, jaką stosowano w Katthult na psoty Emila, było zamknięcie delikwenta w stolarni, gdzie zresztą nigdy się nie nudził, gdyż strugał kolejne drewniane ludziki. Emil wiedział, że wkrótce zostanie wypuszczony. Nigdy nie siedział zbyt długo w stolarni. -Tylko tyle, żebyś porządnie przemyślał swój wybryk i żebyś go nie powtórzy – zwykł mawiać jego tatuś. Pod tym względem Emil był wzorowy i nigdy nie powtarzał tego samego wybryku po raz drugi, stale wymyślał cos nowego. Można więc powiedzieć, że Tacie udawało się osiągnąć pełen sukces wychowawczy 😉

Czytając tę książkę byłam pod ogromnym wrażeniem atmosfery panującej w rodzinie Svenssonów z Katthult w Loeneberdze w prowincji Smalandia. Alma i Anton to prości, ciężko pracujący ludzie, którzy dawali swoim dzieciom mnóstwo miłości i akceptacji. Wychowanie takiego małego urwisa jak Emil nie jest rzeczą prostą, a jednak żadne z nich nigdy nie podniosło ręki na niesfornego syna. Dzieciństwo małych Svenssonów w porównaniu z życiem współczesnych dzieci wydawać się może ubogie w dobra materialne i atrakcje. Oni jednak nie odczuwali żadnych braków, mieli wszystko, co było im potrzebne do szczęścia. Jest w tej książce echo dzieciństwa samej autorki.

Według standardów wychowawczych obowiązujących w tamtych czasach Emil był dzieckiem niegrzecznym i nieposłusznym, a więc godnym największego potępienia. Patrząc na niego z perspektywy współczesnej widzimy energicznego i ciekawego świata chłopca, którego wszystko interesuje, ma masę pomysłów i nie zastanawia się zbyt długo zanim uderzy w czynów stal. Przecież, jak sam mówił, jak inaczej można by się czegokolwiek na tym świecie dowiedzieć ? Rodzice, zajęci domem i gospodarstwem, nie mieli możliwości, aby nad nim stale czuwać. Emil nie był złym dzieckiem, które świadomie chce zrobić komuś przykrość czy wyrządzić szkodę. Motorem jego działania była na ogół chęć pomocy czy uszczęśliwienia kogoś. Niestety czasem wychodziło to trochę na opak. Najczęściej wtedy, kiedy bardzo chciał zrobić przyjemność Tatusiowi 😉

Cieszę się, że po latach mogłam dowiedzieć się, jakie były dalsze losy Emila. Wbrew najczarniejszym przewidywaniom sąsiadów, którzy tak współczuli jego rodzicom, że aż złożyli się dla niego na bilet do Ameryki, nie było z nim wcale tak źle. Świetnie radził sobie w szkole, uratował życie Alfredowi, a kiedy dorósł został przewodniczącym Rady Gminnej. Patrzcie, wygląda na to, ze z najbardziej nieznośnych dzieci mogą wyrosnąć z czasem naprawdę porządni ludzie, sądzę, że to wspaniałe, gdy się o tym pomyśli. Po prostu – to co u dziecka jest niegrzecznością i nieposłuszeństwem, u dorosłego nazywa się przedsiębiorczością i siłą charakteru 😉

Szkoda tylko, że w tym pięknie wydanym tomie przygód Emila zabrakło miejsca dla uroczej historyjki o jego siostrzyczce czyli „Jak mała Ida chciała psocić”. Ida pozazdrościła Emilowi czasu, który spędzał w stolarni i zapragnęła sama tam trafić. Niestety, mimo że tym razem napsociła ona, Tata znów wykrzyknął „EEEEEEEEEmil !!!”. Tak to już jest, gdy rodzice zbytnio przyzwyczają się do ról, które pełnią w rodzinie ich dzieci 😉

Edit: kiedy pisałam tę recenzję, nie było jeszcze Wydawnictwa Zakamarki, które wkrótce potem wydało też historyjkę pod tytułem „Mała Ida też chce psocić” oraz trzy inne historie o Emilu, których nie ma w zbiorze Naszej Księgarni 🙂

Astrid Lindgren „Przygody Emila ze Smalandii” , przekł.: Irena Szuch – Wyszomirska, Anna Węgleńska, ilustr.: Bjoern Berg , wyd.: Nasza Księgarnia, Warszawa 2005

Astrid Lindgren „Jak mała Ida chciała psocić” , przekł.: Danuta Rechowicz – Głowacka, ilustr.: Bjoern Berg wyd.: Bajka, Sztokholm 1985

Astrid Lindgren „Mała Ida też chce psocić” , przekł.: Anna Węgleńska, ilustr.: Bjoern Berg wyd.: Zakamarki, Poznań 2009

Krakowski Rynek dla chłopców i dziewczynek

Krakowski Rynek dla chłopców i dziewczynek

Wpis z 11 stycznia 2015 roku:

Co można robić w słoneczny ranek ?

Gonić gołębie ? Jeść obwarzanek ?

Oglądać różne śmieszne pomniki

czy u kwiaciarki kupić goździki ?

Mam nieuleczalny sentyment do Krakowa i krakowskich książek. Wziął się on po części z tego, że jako dziecko uwielbiałam „Abecadło krakowskie” Wandy Chotomskiej. Nie była to moja pierwsza książka, ale jest pierwszą, którą pamiętam. Znałam ją na pamięć i na niej właśnie nauczyłam się czytać. Dzięki niej nie tylko nauczyłam się alfabetu, ale także poznałam Kraków na długo przedtem, zanim tam pojechałam. Każdej literze przypisane było jakieś ważne miejsce w Krakowie, a wyznaczały one trasę wędrówki słoneczka po tym mieście. Do dziś pamiętam, co było tam po kolei – od Akademii Sztuk Pięknych do Dzwonu Zygmunta. I pamiętam też kończące go słowa (można w nich poczuć ducha lat, w których powstał 😉 ) : Zachwycony Krakowem i uroczą wycieczką, wszystkim padam do nóżek – Obywatel Słoneczko.

Kiedy już tam pojechałam i zobaczyłam to wszystko na własne oczy… w pierwszej chwili rozczarowałam się srodze 😦 Kraków wczesnych lat siedemdziesiątych w realu nie dorastał do tego z ilustracji Jana Marcina Szancera, szczególnie w mroźną, ale bezśnieżną zimę. Ale czar Krakowa, mimo że wtedy głęboko ukryty, jednak zwyciężył. I sentyment pozostał – staram się wracać do Krakowa, choćby tylko po to, żeby trochę posiedzieć na Rynku albo pogapić się na witraże w kościele franciszkanów. A że mimo wszystko jestem niepoprawną warszawianką, do naszych rodzinnych rytuałów należy śniadanie w kawiarni Wedla. Wiem, wiem – teraz moi krakowscy czytelnicy wznoszą oczy do nieba, ale to stało się przypadkiem – po prostu to był kawiarniany ogródek położony najbliżej stoiska z ziarnem dla ptaków (bo wtedy jeszcze takie na rynku było) i mogłam jeść nie spuszczając z oczu moich córek karmiących gołębie.

Czy „Krakowski Rynek dla chłopców i dziewczynek” ma szansę stać się dla swoich czytelników podobnie mocnym doświadczeniem jak dla mnie „Abecadło” ? Nie wiem, ale na pewno znalazło się tam miejsce dla wszystkich tych rzeczy, które czynią krakowski rynek jednym i niepowtarzalnym. Jest Kościół Mariacki i pomnik Adama Mickiewicza, wieża ratuszowa i kościółek św. Wojciecha, są kwiaciarki i malarze, dorożki i gołębie, obwarzanki i Lajkonik… A wszyscy tam są rumiani jak jabłuszka – jak to zwykle na ilustracjach Iwony Całej 🙂

„Krakowski Rynek dla chłopców i dziewczynek” to książka, która znakomicie nadaje się nie tylko na pamiątkę z wycieczki do Krakowa. Może być również świetnym przygotowaniem do takiej wycieczki (nawet jeśli na razie pozostaje ona w mglistych planach). A dla małych krakowiaków to po prostu lektura obowiązkowa !!!

I oto księżyc wzeszedł nad rynkiem

jak obwarzanek z makiem lub kminkiem.

Śpią już gołębie i śpią pomniki,

i śpią dorożki, chrapią koniki…

Michał Rusinek „Krakowski Rynek dla chłopców i dziewczynek”, ilustr.: Iwona Cała, wyd.: Literatura, Łódź 2014

oraz Wanda Chotomska „Abecadło krakowskie”, ilustr.: Jan Marcin Szancer, wyd.: RUCH 1964

Latający detektyw

Latający detektyw

i kolejne części cyklu o Ture Sventonie i jego latającym dywanie 🙂

Wpis z 3 listopada 2012 roku:

Jakieś dziesięć lat temu, na campingu w Dueodde na Bornholmie, zaczęłam przeglądać książki stojące na półce w jadalni. Taki nie dający się powstrzymać odruch – mimo że wszystkie były w języku, którego nie rozumiem 😉 W pierwszej, do której zajrzałam, zauważyłam znajome nazwisko – Ture Sventon. Spojrzałam na kartę tytułową – zgadza się: autor Ake Holmberg, ale, zabijcie mnie, nie wiem, którą z książek o tym detektywie tam znalazłam. Jednak poczułam się tak, jakbym gdzieś w tłumie na plaży zobaczyła znajomego z bardzo dawnych lat…

Detektyw Ture Sventon należy do grona ulubionych bohaterów literackich mojego dzieciństwa. Pierwszą książką z jego przygodami, jaka wpadła mi w ręce, była druga część cyklu czyli „Detektyw na pustyni”. Pamiętam, że dokładnie wyobraziłam sobie zapach wielbłąda, którym pachniał jego latający dywan, Doskonale wiedziałam też, jak wyglądało metalowe pudełko, w którym zabierał w podróż swoje ulubione ptysie, bo przecież było takie samo jak to, w które moja Mama pakowała jedzenie, kiedy wyjeżdżaliśmy pod namiot. I te ptysie… na jakiś czas stały się moimi ulubionymi ciastkami. Po wielu latach dowiedziałam się, że w oryginale wcale nie chodziło o ptysie, tylko o bułeczki cynamonowe, bardzo popularne w Szwecji, za to w Polsce w chwili ukazywania się przekładu właściwie nieznane, a dodatku ich polska nazwa nie pozwalała na zademonstrowanie jednej z charakterystycznych cech bohatera. Przecież naprawdę nazywał się on Sture Svensson, ale wada wymowy nie pozwalała mu przedstawiać się należycie. A ptysie w jego ustach stawały się psysiami i ja też czasem je tak nazywam.

„Latającego detektywa” przeczytałam później. W szwedzkich okolicznościach przyrody znany mi już detektyw nie miał niestety takiego uroku – zabrakło pustynnej egzotyki. Dlatego zdecydowanie zachęcam do czytania tego w odpowiedniej kolejności. Wtedy w pierwszym tomie poznamy Turego, dowiemy się, kim jest i skąd ma ten niezwykły dywan, aby w drugim towarzyszyć mu jak dobremu znajomemu w egzotycznej podróży. Ponieważ we wszystkich tomach w rozwiązywaniu zagadki pomagają mu dzieci, młodym czytelnikom łatwiej jest odnaleźć na kartach książki swoje alter ego.

Kiedy moje córki dorosły do znajomości z Latającym Detektywem kupiłam im nowe wydanie, bo moje stare książki powędrowały gdzieś w świat. Niestety – bez ilustracji Anny Kołakowskiej, które pamiętałam, ten dywan nie pachniał mi już tak, jak wcześniej 😉 Dlatego z radością przyjęłam fakt wznowienia tych książek przez wydawnictwo „Dwie Siostry” w ich kanonicznej wersji.

A teraz w zapowiedziach pojawił się również „Ture Sventon w Sztokholmie” czyli trzeci tom, który ominął nas wszystkie. Szkoda, że dopiero teraz, bo moje córki już z tych książek wyrosły, a miałabym znakomity prezent mikołajkowy…

Ake Holmberg „Latający detektyw” , przekł.: Teresa Chłapowska, ilustr.: Anna Kołakowska, wyd.: Dwie Siostry, Warszawa 2011

Ake Holmberg „Detektyw na pustyni” , przekł.: Teresa Chłapowska, ilustr.: Anna Kołakowska, wyd.: Dwie Siostry, Warszawa 2012

Ake Holmberg „Ture Sventon w Sztokholmie” , przekł.: Teresa Chłapowska, ilustr.: Anna Kołakowska, wyd.: Dwie Siostry, Warszawa 2012

P.S. Kolejne tomy cyklu czyli „Ture Sventon w Londynie” i „Ture Sventon w Paryżu” niepublikowane wcześniej w Polsce ukazały się w serii „Mistrzowie Światowej Ilustracji” z oryginalnymi ilustracjami Svena Hemmela.