Miziołki wracają czyli Kaszydło rządzi !

Miziołki wracają czyli Kaszydło rządzi !

„Dynastia Miziołków” Joanny Olech to książka, którą można już zaliczyć do klasyki polskiej literatury dla niedorosłych. Powstała w poprzednim wieku (a nawet tysiącleciu !) i najpierw ukazywała się w odcinkach w Świecie Młodych. Był to rok 1993 i pismo właśnie kończyło swój wieloletni żywot (absolutnie nie z winy Miziołków !!!). Tę wersję zilustrowała Magda Jasny (która stworzyła także Wiercipiętka z rodziną). Potem było wiele wydań książkowych w kilku wydawnictwach. Większość ilustrowała chyba sama Joanna Olech, ale ja mam do dziś wersję z ilustracjami Pawła Pawlaka , wydaną przez nieodżałowane Wydawnictwo Plac Słoneczny 4, zaczytaną przez moje córki.

O tym, że ta książka pomału staje się klasyką, świadczyć może choćby to, że jej fragmenty wielokrotnie były umieszczane w podręcznikach. Wydaje mi się też, że przez krótki czas cała „Dynastia Miziołków” była lekturą szkolną, ale nie jestem tego pewna. A teraz po prawie trzydziestu latach doczekaliśmy się kolejnej części…

Nie wiem, co było dla mnie większym zaskoczeniem – czy to, że się w ogóle ukazała, czy też fakt, że trzyma poziom poprzedniej ? Ma dobre tempo, ciekawie i prawdziwie skonstruowane postaci i sytuacje, a przede wszystkim – jest dowcipna. Pierwszy raz popłakałam się ze śmiechu, kiedy czytałam o wcześniejszym powrocie rodziny z ferii, drugi – podczas poloneza na studniówce Miziołka, potem przestałam już liczyć… szczególnie odkąd w rodzinie pojawiło się mocno nietypowe zwierzątko domowe imieniem Franio. Nie chciałabym spoilerować za bardzo, ale każdy, kto widział okładkę, może zauważyć, że Franio jest szopem. Nie powiem nic więcej, sami możecie się domyślić, że nudno z nim nie jest 😉

Autorka dokonała pewnego zakrzywienia czasoprzestrzeni, bo co prawda w świecie Miziołków od poprzedniej części minęło jakieś osiem lat, jednak akcja kolejnej rozgrywa się nie w realiach początku wieku, tylko całkiem współcześnie. Ale w tych książkach nie chodzi o realia (one pozostają tłem), tylko o relacje – między członkami rodziny oraz między nimi a światem zewnętrznym.

Pamiętam, że byłam bardzo zdziwiona, kiedy dowiedziałam się, że „Dynastia Miziołków” była krytykowana za (rzekomy) antyfeminizm. Dla mnie był to zapis świadomości i widzenia świata nastolatka w apogeum jego krytycznego stosunku do wszystkich i wszystkiego. Taki wiek po prostu. Miziołek opisywał równie złośliwie zarówno koleżanki jak i kolegów. Tak samo postrzegał rodziców, ich znajomych, sąsiadów i nauczycieli. Podobny ogląd świata prezentuje teraz Kaszydło.

Ostatni wpis Kaszydła w sposób niespecjalnie zaowalowany zapowiada możliwość kolejnej części. Rodzina przecież na niej się nie kończy. Mam tylko nadzieję, że Autorka nie każe nam czekać na nią kolejne trzydzieści lat !!!

Joanna Olech „Miziołki wracają czyli Kaszydło rządzi !” z ilustracjami Autorki wyd.: Literatura, Łódź 2022

Joanna Olech „Dynastia Miziołków”, ilustr.: Paweł Pawlak, wyd.: Plac Słoneczny 4, Warszawa 1997

Już, już !

Już, już !

Książka nominowana w Plebiscycie Blogerów LOKOMOTYWA 2021 w kategorii: tekst

oraz: wpisana na pokonkursową Listę BIS Polskiej Sekcji IBBY , nominowana w konkursie Literacka Podróż Hestii i do Nagrody imienia Ferdynanda Wspaniałego

oraz laureatka Ogólnopolskiej Nagrody Literackiej im. Kornela Makuszyńskiego (popularnie zwanej Koziołkiem) – i to podwójna, bo otrzymała także Nagrodę Czytelników !!!

Wiosną 2019 roku na portalu Gazeta.pl przeczytałam wstrząsającą rozmowę Anny Kaliny z mamą dziesięcioletniej Zosi, dziewczynki, która trafiła na odwyk. Poraziła mnie siła uzależnienia behawioralnego, gdzie nawet w kochającej i uważnej rodzinie możliwa jest utrata czujności rodziców i wycofanie dziecka w świat gier. Wiedziałam, że muszę o tym napisać, ta historia stała się moim koszmarem we śnie i na jawie, przede wszystkim dlatego, że sama jestem mamą, a zagrożenie nigdzie się nie czai, tylko żyje sobie po pańsku pod każdym dachem. Opowieść o Zosi stała się luźną inspiracją. Tuż po ukończeniu powieści wybuchła epidemia koronawirusa, nastał czas powszechnej izolacji i nagle ogromna część codziennego życia przeniosła się do internetu – napisała w posłowiu Autorka.

Ja także jestem mamą i przy lekturze tej książki nie raz towarzyszyła mi myśl, jak bardzo cieszę się, że moje córki są już dorosłe. W czasach, kiedy one dorastały, zagrożenia, które obecnie czyhają na dzieci w internecie, dopiero raczkowały. Początkowo mieliśmy w ogóle tylko jeden komputer w domu, potem przez jakiś czas miały jeden na spółkę, a pierwszego laptopa Najstarsza z córek dostała na osiemnaste urodziny. Podobnie późno, jak na obecne standardy, stawały się posiadaczkami telefonów komórkowych, a poza tym były one nieporównywalnie słabiej wyposażone w gry i aplikacje. Dlatego, kiedy w odpowiedzi na wezwanie na obiad czy wyjście z pokoju w innej sprawie, słyszałam od którejś z nich tytułowe Już, już ! mogłam być prawie pewna, że albo się zaczytała w papierowej książce, albo najzwyczajniej w świecie gada z kimś przez telefon.

Oczywiście to się z czasem zmieniało, ale na szczęście w ich życiu był czas i na zajęcia dodatkowe, i na normalne życie towarzyskie z rówieśnikami, i na lekcje informatyki w szkole, na których dowiedziały się o wielu zagrożeniach zanim było za późno na ich uświadomienie.

Lula, bohaterka tej książki, ma dziewięć lat. Jest uzdolniona plastycznie, świetnie się uczy, chodzi na zajęcia sportowe, pamięta o obowiązkach domowych i odrabianiu lekcji – po prostu dziecko marzeń. Wszystko to jednak zmienia się, kiedy jej starsza siostra dostaje na urodziny laptopa. Wtedy jej stary komputer zostaje przeniesiony do pokoju Luli, żeby mogła z niego korzystać na potrzeby zadań szkolnych. Początkowo tak jest, dziewczynka przestrzega ustalonych z rodzicami reguł, ale potem (wzorem niemal wszystkich koleżanek z klasy) zaczyna grać w (na szczęście wymyśloną przez Autorkę, aczkolwiek całkiem prawdopodobną) grę Kryształowy zamek, stworzoną i dystrybuowaną w sieci przez (na szczęście wymyśloną przez Autorkę, aczkolwiek całkiem prawdopodobną) firmę o znaczącej nazwie Devil’s Media. I pomału zaczyna ją ten wirtualny świat wciągać…

Akcja tej książki to zaledwie parę jesiennych miesięcy, a Lula zdoła w tym czasie przejść wszystkie fazy uzależnienia. Zapytacie – jak to możliwe, że rodzice tego w porę nie zauważyli ? Niestety – może tak się zdarzyć. Tata Luli pracuje za granicą i w domu bywa od czasu do czasu. Bardzo się wtedy stara nadrobić zaległości rodzinne, ale przecież tak się nie da. Na co dzień Mama jest sama z trójką dzieci, psem, domem i pracą. Przyzwyczaiła się do tego, że w przeciwieństwie do starszej siostry i brata, najmłodsza z rodzeństwa nie sprawiała jeszcze kłopotów. Początkowo bagatelizowała więc różne (nazwijmy to) wybryki córki, przyjmowała przeprosiny i zapewnienia, że to się nie powtórzy, a potem było już za późno.

„Już, już !” to książka, o której jedna z jurorek Plebiscytu Blogerów Lokomotywa powiedziała, że powinna mieć na okładce apel do rodziców, aby koniecznie przeczytali ją razem z dzieckiem !!! Dorośli mogą w niej znaleźć wiele tematów do zastanowienia się i rachunku sumienia. Nie tylko rodzice, ale także nauczyciele, którzy niespodziewanie dla siebie musieli się zmierzyć z nauczaniem zdalnym. Ja mogłam się tylko (gorzko) zaśmiać, kiedy słyszałam o dzieciach robiących komputerowe prezentacje o rozmaitych dyscyplinach sportu… w ramach lekcji wychowania fizycznego lub oglądające na tych lekcjach filmy o szkodliwości zbyt długiego siedzenia przed ekranem, ale nie wiem, jak bym się znalazła w tej rzeczywistości, gdybym miała dzieci w wieku szkolnym.

„Już, już !” to bardzo dobrze skonstruowana i napisana opowieść. Rodzina Luli jest zupełnie zwyczajna, ale opisana bardzo prawdziwie – relacje między rodzeństwem, ojciec, który w czasie krótkich urlopów w domu aż za bardzo stara się nadrobić czas swojej nieobecności, babcia nie nadążająca za światem swoich wnuków i pies. Tak, wątek psa (a szczególnie ostatnia scena) wyjątkowo mnie poruszył. Poznajemy ich wszystkich pod koniec lata, na początku roku szkolnego i na razie wszystko jest porządku. Katarzyna Wasilkowska z aptekarską dokładnością, niemal jakby odmierzając je kroplomierzem, wprowadza w świat Luli niewielkie, początkowo wręcz niewidoczne gołym okiem zmiany i problemy. Długo jest tak, że kibicujemy jej i mamy nadzieję, że uda jej się (może nawet kosztem niewielkiego kłamstwa, ale jednak) wybrnąć z nich i że wszystko wróci do normy. W okolicach Bożego Narodzenia już jest na to za późno, choć (tu mały spoiler) zakończenie pozostawia jednak nadzieję dla niej i dla całej rodziny.

Zaczęłam od tego, co Autorka napisała w posłowiu, więc zakończę jej słowami otwierającymi tę książkę:

Najstraszniejsze w tej historii jest to, że dzieje się bez poważnej przyczyny. Nie było żadnego wypadku, nikt nie wygrał miliona w lotto ani nikt nie umarł. Nie spadł też meteoryt, nie przeprowadzono się do nawiedzonego domu, ani nie ujawniono mrocznego sekretu sprzed lat. Nie odkryto ani jednych tajemniczych drzwi.

Najstraszniejsze w tej historii jest to, że dzieje się naprawdę.

Katarzyna Wasilkowska „Już, już !” (seria: To lubię), ilustr.: Robert Konrad, wyd.: Literatura, Łódź 2021

Świat Mundka

Świat Mundka

Książka nominowana w Plebiscycie Blogerów LOKOMOTYWA – książka dla niedorosłych w kategorii – tekst

oraz wyróżniona w konkursie Książka Roku Polskiej Sekcji IBBY i nominowana w pierwszej edycji konkursu Literacka Podróż HESTII !!!

a także wpisana na Listę Skarbów Muzeum Książki Dziecięcej za rok 2020 !

Z badań nad czytelnictwem dzieci i młodzieży, które od lat prowadzi dr Zofia Zasacka wynika wyraźnie, że spora część tych dzieci, które w początkach szkoły podstawowej czytały książki, przestaje to robić w wieku około 13 lat (czyli do niedawna na progu gimnazjum). Dlaczego tak się dzieje ? Przyczyn jest kilka: jedną z nich jest to, że w tym wieku dzieci osiągają większą samodzielność w wybieraniu sposobów spędzania czasu, większą rolę w ich życiu zaczynają tez odgrywać media społecznościowe, więc, można powiedzieć, że mają inne, bardziej atrakcyjne zajęcia 😉 Poza tym mają oni już za sobą parę lat szkoły, która skutecznie przekonuje ich przy pomocy lektur szkolnych, że czytanie jest czynnością nudną. Wreszcie – last but not least – wkraczają w wiek dojrzewania. To czas wielu rozterek, trudnych pytań stawianych samemu sobie i poszukiwania odpowiedzi na nie. Niestety, tych odpowiedzi współcześni nastolatkowie raczej nie znajdą w literaturze do nich adresowanej.

Próbowałam wśród książek wydanych w ostatnim czasie znaleźć takie, które opowiadałyby o problemach dorastania w sposób interesujący dla nastolatków i na ogół były to pozycje tłumaczone z języków obcych. Realia życia opisywane w nich nie zawsze odpowiadały polskim, choć te problemy są uniwersalne. Z wielką radością odkryłam „Świat Mundka” – książkę z historią dziejącą się współcześnie na polskiej prowincji, w której ani bohaterowie, ani tym bardziej dialogi między nimi nie szeleszczą papierem.

Masz trzynaście lat, a za sobą kilka potyczek przy domowym stole ? To może znasz Mundka, który chce rysować komiksy, ale jego ojciec nie widzi w tym przyszłości ? Może jest w twojej klasie jakaś Inga, która trzyma marzenia w tekturowym pudle na dnie szafy ? Albo łysi bliźniacy o imionach wielkich twórców, którzy chcą robić małe rzeczy ? Oddaję ci „Świat Mundka”, bo pewnie trochę przypomina twój – napisała Autorka na ostatniej okładce tej książki.

W „Świecie Mundka”, trochę wbrew tytułowi mamy dwoje głównych bohaterów. Jest to więc nie tylko świat Mundka, ale także Ingi, ich historie są oddzielne, choć czasami się krzyżują, bo chodzą oni do tej samej klasy. W takiej sytuacji można się spodziewać wątku miłosnego, ale mimo że obydwoje czują coś do siebie, cała opowieść nie jest o tym.

Nie jest to też, jak w przypadku młodzieżowych powieści obyczajowych bywa najczęściej, historia rozgrywająca się w grupie rówieśniczej z rodzicami gdzieś w odległym tle. W tym wieku dom rodzinny stanowi jeszcze centrum świata młodego człowieka, a rodzice mają na jego życie ogromny wpływ. Pokazanie tego jest wielkim plusem „Świata Mundka”, bo właściwie każdy z bohaterów, także drugoplanowych nie ma ze swoimi rodzicami łatwo.

Czytałam tę książkę dwa razy i za drugim razem zobaczyłam w niej przed wszystkim opowieść o dorosłych. Trudno się oczywiście spodziewać, że jej nastoletni czytelnicy będą potrafili spojrzeć z takiej perspektywy, ale może warto, żeby sięgnęli po nią także ich rodzice ? Choćby po to, żeby potem nie mówili swoim dzieciom takich rzeczy:

– Weź ty zrób coś pożytecznego, chłopie – zrzędził ojciec przekopując widelcem jajecznicę na talerzu. – Smarujesz i smarujesz… Jeszcze nie spotkałem takiego, który by wyżył ze smarowania głupot. Nic wam nie zadają ?

Ta wypowiedź to taka kwintesencja częstego stosunku rodziców do dzieci. Jest w niej zarówno pogardliwe deprecjonowanie tego, co jest pasją syna (czyli rysowanie komiksów, do czego chłopak ma wyraźny, choć konsekwentnie niedostrzegany przez ojca talent), jak też sprowadzanie jego aktywności życiowej tylko do szkoły (dodajmy, że rzecz dzieje się w czasie wakacji). Jest też przekonanie, że to ojciec wie najlepiej, jaka powinna być przyszłość jego dziecka. Oczywiście – taka, w której powtórzyłoby ono życiową drogę swoich rodziców, z tym że powinno zrobić to lepiej, bo słuchając ich rad, nie popełniłoby błędów, które oni zrobili.

Ta wypowiedź pokazuje też, jak bardzo ów ojciec zamknięty jest w wizji świata, w którym on sam żyje. Tymczasem (podobno) ponad połowa obecnych nastolatków będzie pracować w zawodach, których jeszcze nie ma. Ojciec Mundka nie wie też, że z tego smarowania głupot można obecnie całkiem dobrze żyć, a storyboardziści i motion designerzy, jeśli tylko są dobrzy w swoim fachu, zarabiają lepiej od niego 😉

To jest niestety problem, który pogłębia się w miarę tego, jak coraz szybciej zmienia się nasza rzeczywistość. Zawsze było tak, że dzieci wychowywało się do świata, w którym żyli ich rodzice, a nie do tego, w którym one same potem żyły. Obecni nastolatkowie, w tym także bohaterowie tej książki to roczniki z pierwszej dekady XXI wieku, nie pamiętający świata bez internetu. Ich rodzice urodzili się u schyłku PRL-u, dorastali w czasie transformacji ustrojowej, a wychowywani byli przez rodziców, którzy całe życie przeżyli w słusznie minionym systemie. Każde z tych pokoleń stawało wobec wyzwań nieznanych poprzednikom. Tak będzie także z następnymi, a świat będzie się zmieniał coraz szybciej

Katalog rodzicielskich win wobec dzieci jest w tej książce naprawdę szeroki – od zwykłej bezradności, przez przemoc fizyczną i psychiczną po obojętność, a ich przyczyn często należy szukać w ich dzieciństwie. Warto się przejrzeć w tym zwierciadle, choć byłabym niesprawiedliwa, gdybym pozostawiła Was z przekonaniem, że nie ma tam fajnych dorosłych. Są, ale raczej w wieku emerytalnym – przede wszystkim ciotka Mundka i jej przyjaciółka (oraz ich cudowne dialogi 😉 ), a także (ukazująca pod koniec zaskakujące oblicze) dyrektor jego szkoły. To z jej ust Mundek usłyszy słowa, które powinien usłyszeć każdy nastolatek: Nie przyjmuj do wiadomości, że twój cel jest niemożliwy do osiągnięcia. Nikt, Raj-mun-dzie, nikt nie ma pojęcia, co jest dla ciebie możliwe, a co nie.

Świat Mundka, świat Ingi, świat Kazika i innych zależy przede wszystkim od nich, a nas dorosłych rolą jest im tego nie popsuć…

Katarzyna Wasilkowska „Świat Mundka”, wyd.: Literatura, Łódź 2020

Moje Bullerbyn

Moje Bullerbyn

i kolejne części krakowsko – szwedzko – lwowskiego cyklu Barbary Gawryluk

Edit 3.09.2026 r. – wznowione niedawno w dwóch tomach przez Wydawnictwo Literatura (więcej o tej edycji na końcu wpisu)

Wpis z 11 listopada 2010 roku:

Zrobili to ! Nie mogłam uwierzyć, że to zrobili ! Jeszcze niedawno wydawało mi się to niemożliwe. (…) W środku wakacji dowiedziałam się, ze nie wrócę już do nowej szkoły. Że nowy rok szkolny zacznę w nowej szkole, w nowym mieście i… w nowym kraju !

Natalka ma 9 lat, dwóch młodszych braci – bliźniaków i rodziców, którzy są lekarzami. Odział szpitalny, na którym pracowali, ma zostać zlikwidowany, a oni zdecydowali się wyjechać na dwa lata do Szwecji. Z dziećmi oczywiście, choć Natalka wolałaby zostać z babcią i dziadkiem w Krakowie, w swojej szkole i na swoich zajęciach tanecznych …

W nowej, szwedzkiej szkole dziewczynka spotyka dzieci z Ukrainy, Australii, Boliwii i… Polski. Jej krakowski kolega wrócił niedawno z Irlandii, a drugi – wyjechał z mamą do Londynu. Takich dzieci jest i będzie coraz więcej, bo coraz więcej ludzi decyduje się na życie za granicą, czasem z konieczności, a czasem z wyboru.

„Moje Bullerbyn” to książka polsko (czy też dokładniej: krakowsko) – szwedzka i… trochę lwowska. Jak to jest możliwe i co wyszło z takiej mieszanki ? Wyszła po prostu świetna książka. I mimo że nie sprawdziłam jej jeszcze na żywym materiale, czyli na Najmłodszej, nie mogłam się powstrzymać, żeby się nie podzielić z Wami radością z jej odkrycia 🙂

Barbara Gawryluk jest pisarką, dziennikarką i skandynawistką. Napisała m.in. „Dżoka”,  „W zielonej dolinie”, cykl o świstaku Gwizdku (który nota bene powiększył się o dwie kolejne pozycje, więc są już książki o każdej porze roku w Tatrach). Tłumaczy ze szwedzkiego książki dla wydawnictwa „Zakamarki” – cykl o Lassem i Mai  oraz o chłopcu imieniem Tsatsiki. Prowadzi w Radiu Kraków niedzielny „Alfabet” i jest to (poprawcie mnie jeśli się mylę !) bodaj jedyna cykliczna audycja radiowa poświęcona literaturze dziecięcej.

W „Moim Bullerbyn” też nie zapomina o literaturze szwedzkiej, a jeden z rozdziałów w całości poświęcony jest wizycie rodziny Majewskich w Junibacken w Sztokholmie. Teraz jeszcze bardziej chciałabym tam pojechać !

Chociaż miejscowość, w której zamieszkała rodzina Natalki oczywiście nie nazywa się Bullerbyn, jest w tej książce coś z tamtej atmosfery. Wszyscy są dobrzy i sympatyczni (nawet jeśli z początku robią inne wrażenie), problemy (jeśli się pojawiają) dają się rozwiązać i oczywiście wszystko zawsze dobrze się kończy.

Kiedy tu przyjechałam, wszystko było źle. I tak bardzo tęskniłam za moimi przyjaciółkami, za babcią i dziadkiem, za tańcem, za Krakowem, za moim pokojem, nawet za szkołą. I dalej tęsknię. Ale minęło kilka miesięcy i nie wyobrażam sobie, co by było, gdybym nie poznała ciebie, Matsa czy Selmy. W szkole dalej jest ciężko, ale w Rabarbarze – super. (…) „Będzie dobrze, Natalko” – tak mi wszyscy mówili. I chyba już jest dobrze !

Barbara Gawryluk „Moje Bullerbyn”, wyd.: Akapit Press, Łódź 2010

Wpis z 26 lutego 2012 roku:

Tak się jakoś ostatnimi czasy porobiło, że wszystko co dobre, musi mieć koniecznie ciąg dalszy…

Spędziłam niedawno dłuższą chwilę przed półką z literaturą młodzieżową w Empiku – książki „pojedyncze”, nie będące częścią żadnej serii, sagi, cyklu występowały tam w charakterze rzadkich rodzynków. Moja dwunastoletnia Najmłodsza w ciągu ostatnich kilku miesięcy przeczytała tylko jedną książkę nie będącą częścią większej całości i to tylko dlatego, że „Sposób na Alcybiadesa” był jej lekturą szkolną. Następną była już „Ania z Zielonego Wzgórza” 😉

Jeśli jakiś film odniesie sukces, natychmiast kręci się jego sequel. Seriale mają swoje kolejne sezony i każdy z nich kończy się tak, żeby zostawić jego twórcom furtkę do realizacji następnego. W sklepach mamy nie tylko serie kosmetyków, ale też zabawek czy sosów do potraw. Nawet reklamy są już najczęściej serialami…

Wśród książek na jednym biegunie tego zjawiska mamy rozpisane na kilka tomów historie, które jednakowoż konsekwentnie od początku zmierzają do definitywnego końca, a na drugim – cykle oddzielnych historii powiązanych ze sobą wyłącznie osobą głównego bohatera (bohaterów), a kolejność czytania nie ma najmniejszego znaczenia. Gdzieś pośrodku plasują się serie opowieści typu neverending story 😉 , w których kolejny tom jest kontynuacją poprzedniego i odwołuje się do wydarzeń tam opisanych, a więc należy je czytać w odpowiedniej kolejności. A jak się już przeczyta, należy czekać na kolejny. Do tej kategorii należy cykl rozpoczęty książką „Moje Bullerbyn”. Potem były „Kolczyki Selmy” a niedawno ukazała się kolejna (i z całą pewnością nie ostatnia 😉 część – „Dziewczynka z fotografii”

Te trzy niepozorne książeczki obejmują trochę ponad rok z życia Natalki, która wraz z rodzicami i dwójką młodszych braci przeprowadziła się z Krakowa do niewielkiego szwedzkiego miasteczka. Tylko rok, a tyle się w tym czasie wydarzyło… Nowy dom, nowy język, nowa szkoła, nowi znajomi z różnych stron świata, nowa grupa taneczna, a równocześnie odwiedziny u Dziadków w Krakowie i przyjazd do Szwecji jej krakowskich przyjaciółek… Jeżdżąca na wózku Karina i jej powrót do sprawności… I wreszcie – znajomość z Selmą – samotną staruszką, która kiedyś była światowej sławy tancerką, jej śmierć i niespodziewany spadek po niej, a w ostatniej części – wyprawa do Lwowa, w którym Selma spędziła dzieciństwo i młodość.

Czytając „Dziewczynkę z fotografii” uświadomiłam sobie, że jest to wśród książek dla dzieci i młodzieży pierwsza, w której pojawia się problem dawnych Kresów Rzeczpospolitej – współcześnie. To trudny temat, ale Barbara Gawryluk jak zawsze zdołała znaleźć właściwy ton, aby pisać o tym w sposób odpowiedni dla wczesnych nastolatków, a równocześnie pokazała współczesny Lwów jako miasto ukraińskie, w którym Natalka i Karina odwiedzają swoją serdeczną przyjaciółkę Elenę, poznaną w Szwecji i serdecznie kibicują w jej meczu piłki ręcznej. Nie zapomina jednak o tym, że przed wojną Lwów był trzecim miastem Rzeczpospolitej i że nadal mieszkają tam Polacy, a na Cmentarzu Łyczakowskim są groby wielu sławnych polskich artystów, profesorów i znanych osobistości. Może ta książka będzie dobrym wstępem do zainteresowania się tą częścią naszej historii ?

A kiedy już ją przeczytacie, zaczniecie czekać na kolejny tom tej serii… 😉

Barbara Gawryluk „Kolczyki Selmy”, wyd.: Akapit Press, Łódź 2011

Barbara Gawryluk „Dziewczynka z fotografii”, wyd.: Akapit Press, Łódź 2012

Wpis z 17 listopada 2013 roku:

Kiedy zobaczyłam okładkę tej książki (jeszcze w zapowiedziach) przestraszyłam się – naprawdę! Obawiałam się, że ten rozdarty na dwoje dom na okładce może oznaczać rozwód rodziców Natalki, a zdążyłam już polubić całą jej rodzinę. Z drugiej strony wydawało mi się to nierealne, bo jej rodzice robiła wrażenie stabilnego związku.

Ale na szczęście nie o to chodziło…

… choć może sformułowanie na szczęście nie jest tu na miejscu. Rodzina Natalki musi stawić czoła innemu poważnemu problemowi – chorobie Dziadka, nieuleczalnej i postępującej. Dlatego właśnie jej rodzice zdecydowali się na powrót do Krakowa, co szczęśliwie zbiegło się z propozycją pracy w ich dawnym szpitalu.

I znów, jak przed rokiem, Natalka postawiona została przed faktem dokonanym – wtedy dowiedziała się, że wyjeżdżają do Szwecji, teraz – że wracają do Polski. Z jednej strony cieszy się, bo przecież tęskniła do swojej poprzedniej klasy, przyjaciółek i Ósemki, ale w Szwecji też ma już przyjaciół: Karinę, Maję, Matsa, radzi sobie z językiem i odnalazła swoje miejsce w Rabarbarze. Choć rozumie, że tak musi być, że są potrzebni Dziadkom w Krakowie, jednak jest jej ciężko…

Ten wątek wydaje mi się bardzo ważny. Zarówno rodzice Natalki jak i ona sama ani przez chwilę nie dopuszczają do siebie myśli, że mogliby zostawić Babcię samą z tym problemem w Polsce, wspierając ją na odległość wyłącznie finansowo, bo w Szwecji żyje im się wygodniej. Są takie momenty w życiu, kiedy rodzina powinna trzymać razem. Teraz, kiedy trendy jest raczej hedonistyczny egoizm, taki przykład odpowiedzialności ma ogromną wartość.

„Dwa domy” to ostatni tom cyklu, którego początkiem było „Moje Bullerbyn”. Cztery pozornie niepozorne książki, a znalazło się w nich miejsce dla tylu ważnych spraw !!! Problemy związane z przeprowadzką do innego kraju i powrotem na Ojczyzny łono nie dotyczą tylko naszej bohaterki. Elena wróciła ze Szwecji do Lwowa, a do klasy w Krakowie przybył nowy kolega – repatriant z Hiszpanii. Znajdziemy tam także przyjaźń, pierwsze nieśmiałe zakochanie, tajemnicza historię z przeszłości, Kraków, Sztokholm, Lwów, Tatry, Wieliczkę, TOPR, psy, granie w filmie, hip – hop… aż się w głowie mąci 😉

Miałyśmy niestety z tym cyklem problem 😦 Co prawda miedzy pierwszym a ostatnim tomem w życiu Natalki minął tylko rok, ale w realu trwało to ponad trzy lata. Moja Najmłodsza, która na początku była tylko trochę starsza od niej, z zainteresowaniem przeczytała jedynie pierwsze dwie części. Potem już uznała, że są dla niej za dziecinne. Szkoda 😦

Barbara Gawryluk „Dwa domy”, wyd.: Akapit Press, Łódź 2013

Wydawnictwo Literatura wznowiło w 2026 ten cykl w dwóch tomach – każdy zawiera po dwie części:

Tom pierwszy nosi tytuł „Moje Bullerbyn” czyli taki sam, jak pierwsza część cyklu. Tom drugi zatytułowany jest „Do widzenia, Bullerbyn!” co może być mylące. Widząc go, ucieszyłam się, że pojawił się nowy, piąty tom cyklu. Myślę, że nie tylko ja tak się pomyliłam – szczególnie, że ani na okładce, ani na stronie wydawnictwa nie ma informacji o tym, że jest to wznowienie zawierające w sobie dwie części o innych tytułach