Tajne zapiski Wandy

Tajne zapiski Wandy

Wpis z 31 marca 2006 roku czyli sprzed równo 15 lat. Ten trzyczęściowy cykl był wtedy najświeższym odkryciem Środkowej z moich córek – wówczas dziesięcioletniej.

Od kilku dni moja córka CZYTA – w tej chwili już trzeci (i niestety ostatni) tom. Nie są one specjalnie grube – te tomy, ale satysfakcja mojej opornej dyslektyczki z faktu przeczytania KSIĄŻKI (a tym bardziej trzech !!!) jest nie do przecenienia.

Dlaczego właśnie Wanda ? To nie jest literatura najwyższych lotów – nie spodziewajcie się po tych książkach głębszych przeżyć czy filozoficznych przemyśleń. Co jest w nich fajnego ?

Po pierwsze: forma – czytanie cudzego pamiętnika ma zawsze urok odkrywania tajemnic szczelnie ukrytych przed światem. Zapiski Wandy obfitują w dopiski, komentarze i zabawne rysuneczki, więc czyta się je przyjemniej niż zwykłe opowiadanie.

Po drugie: język – żywy i współczesny, momentami aż do przesady. Nie znoszę określenia „laska”, ale niestety weszło już na stałe do języka potocznego i zatraciło swoje pierwotne pejoratywne znaczenie. Tak się mówi i już. Pamiętnik Wandy charakteryzuje ponadto twórcze podejście do języka widoczne juz w podtytule „Nie dla SIĘZGŁASZACZY i nosodłubków”.

Po trzecie: treść – właściwie nic szczególnego, żadnej magii i sił nadprzyrodzonych. Ot, codzienne życie zwykłej, trochę może postrzelonej dziesięciolatki, jej perypetie domowe i szkolne. Rodzice Wandy są rozwiedzeni – ona mieszka z Mamą, nieco zwariowaną artystką – fotografikiem (fotograficzką ???) i odwiedza Tatę i jego nową towarzyszkę Ingę – nawiedzoną ekolożkę. Mama przygotowuje wystawę swoich zdjęć i jest z tym mnóstwo zamieszania. Ulubieni sąsiedzi wyprowadzają się razem z najwspanialszym psem świata – Rozczochmeierem, a na ich miejsce wprowadza się wraz z rodziną najbardziej znienawidzony przez Wandę kujon klasowy. Codzienne problemy szkolne (matematyka, brr !!!), kłótnie z przyjaciółką, radości i smutki – zrozumiałe dla każdego rówieśnika bohaterki, który w jej perypetiach może odnaleźć kawałek swojego życia.

Coś dla siebie znalazła tam też moja córka. Mam tylko nadzieję, że nie przyjdzie jej do głowy, żeby wzorem Wandy podłożyć nielubianym sąsiadom zdechłą rybę pod kanapę albo końskie g… do skrzynki na listy, mimo, że tam wszystko skończyło się dobrze 😉

Dagmar Geisler (tekst & ilustr.) „Tajne zapiski Wandy”, przekł.: Ryszard Turczyn, wyd.: Nasza Księgarnia Warszawa 2005

oraz

Dagmar Geisler (tekst & ilustr.)  „Wanda – ściśle tajne”, przekł.: Ryszard Turczyn, wyd.: Nasza Księgarnia Warszawa 2005

Dagmar Geisler (tekst & ilustr.) „Wanda i antydziewczyńska banda”, przekł.: Ryszard Turczyn, wyd.: Nasza Księgarnia Warszawa 2005

Przygody Wiercipiętka

Przygody Wiercipiętka

Wpis sprzed prawie dokładnie 15 lat – z 28 marca 2006 roku. Książki już raczej dostać nie można, ale pewnie jest w bibliotekach. Warto po nią sięgnąć, bo ma nadal dużo uroku.

Parę lat temu (edit: teraz to już dwadzieścia parę 😉 ), kiedy moje starsze córki były jeszcze w wieku przedprzedszkolnym, Telewizyjna Jedynka nadawała bardzo sympatyczny program dla 3-4-latków – “Mama i ja”. Dobrze w domu być z Mamą, i wieczorem i rano… – pamiętacie może ??? Kto nie oglądał, niech żałuje.

W tym programie miły, nieco gapciowaty Miś i przekorna, rudowłosa lalka Margolcia dziwili się światu tak, jak to potrafią tylko kilkuletnie dzieci. Słuchali bajeczek, uczyli się piosenek i przekomarzali się zupełnie tak samo, jak moje córeczki. Ze wszystkich opowiadanych tam historyjek (a były różne – o kredkach, szczotkach, zwierzątkach), najbardziej lubiłyśmy te o rodzinie dziwnych Wiercistworków z ogonkami.

Niestety komuś to przeszkadzało. Do roboty wzięli się telewizyjni ulepszacze i wszystko poszło zgodnie z zasadą, że lepsze jest wrogiem dobrego. Kiedy Najmłodsza z moich córek dorosła do tego wieku, Misia i Margolcię zastąpiła już Jedyneczka. Wtedy, jak na zamówienie, pojawiła się książka o Wiercipiętku i jego rodzinie. (edit: szukając teraz tych piosenek trafiłam na nową wersję Misia i Margolci w TVP ABC, ale Wiercipiętka chyba tam nie ma)

Rodzina składa się z rodziców: Wiercimamy i Wiercitaty oraz trójki dzieci: Wiercipiętka, Wierciłapki i Wiercinoska. Żyją sobie w domku na skraju lasu, przyjaźniąc się z Wiewiórką i Zającem. Ich życie jest bardzo podobne do naszego – obchodzą urodziny, szykuja niespodzianki na Dzień Mamy i Dzień Dziecka, ubierają choinkę. Dzieci czasem sie kłócą, czasem bywają niegrzeczne, ale wszyscy bardzo się kochają.

Wiercipiętek wędruje ze swoimi przyjaciółmi po lesie i poznaje jego mieszkańców. Razem z nim dowiadujemy się: które z ptaków odlatują na zimę, kto nosi podkowy i kto w lesie jest naprawdę mały.

Kiedy Wiercipietek obraża się na swoją rodzinę i postanawia się wyprowadzić z domu, przymierza się kolejno do domków różnych zwierzaków. Dzięki temu czytelnicy poznają nie tylko różnice między mieszkaniem sroki i zająca, ale również prawdę najważniejszą – że mimo wszystko najlepiej jest we własnym domu.

Historyjkom towarzyszą bardzo sympatyczne ilustracje Magdy Jasny – te same, które ilustrowały te opowieści w telewizji. Proste, bez udziwnień, wesołe – w sam raz dla kilkuletnich czytelników.

Znakomita książka dla małych wiercipiętków, którzy podobnie jak tytułowy bohater z ciekawością poznają świat – czyli (tak samo jak program) dla 3-4-latków.

Edit: szukając po latach informacji o tej książce (i ewentualnych jej wznowieniach) trafiłam na recenzję, w której były takie słowa: Jego świat jest ciepły i bezpieczny, co nie znaczy, że Wiercipiętek jest uosobieniem cnót, bo tak nie jest – łobuzuje, od czasu do czasu – jak każdy przedszkolak. Opowieści o jego przygodach są podlane dydaktycznym „sosikiem”, co raczej przydaje książce zalet niż je umniejsza – w sumie lepiej uczyć dziecko prawidłowych
zachowań na przykładzie Wiercipiętka niż własnego gderania.

P.S. Inne bajeczki z tego programu zostały wydane w zbiorze “Bajki Misia i Margolci” (wyd. Publicat S.A., Poznań 2003, seria: “Biblioteczka ”Mamo to ja”).

Mateusz Galica “Przygody Wiercipiętka”, ilustr. Magdalena Jasny, wyd. Egmont Warszawa 2003

Wiosna w Bullerbyn

Wiosna w Bullerbyn

Wpis z 25 kwietnia 2008 roku. Od tego czasu sporo zdążyło się zmienić. Nie czytam już nikomu wieczorami na głos. Mieszkam teraz gdzie indziej – w lesie i nie mam za oknami kwitnących drzew owocowych. Ale dziś zapachniało wiosną i zauważyłam pierwszy kwiatek, więc jest to zdecydowanie dobry moment, żeby tę książkę przypomnieć.

Wiosna, wiosna już w powietrzu…

W moim ogrodzie po morelach, których kwitnienie jakoś nam umknęło w ogólnym zimnie i szaroburości, zakwitła śliwa. Rośnie tuż pod oknem naszej sypialni, więc co rano czuję się niemal jak Ania z Zielonego Wzgórza 😉

Zmęczyła mnie już bardzo ta trwająca od ponad pół roku jesień. Obawiałam się, że już nam zostanie na zawsze tak szaroburo i ponuro, a kolejne pory roku oglądać będziemy tylko w książkach. Na przykład tych  zakamarkowych … Zimę z prawdziwego zdarzenia w tym roku widziałyśmy właściwie tylko w zimowej „Madice”, a na wiosnę mamy „Wiosnę w Bullerbyn”.

Wydarzenia opisywane w tej książce dzieją się trochę później niż „Dzieci z Bullerbyn”, bo malutka siostrzyczka Ollego – Kerstin jest tu już dziarsko chodzącym i sporo mówiącym, zbuntowanym dwulatkiem. „Wiosna” to właściwie zbiór scenek o tematyce wiosennej, trudno tu mówić o jakiejś akcji. Obok wiosennych zdarzeń, które pamiętamy z ”Dzieci” – jak łażenie po płotach w drodze ze szkoły czy opieka nad jagniątkiem Pontusem, znajdziemy też takie, których tam nie było. „Wiosna” to dobra książka zarówno dla tych, którzy zaprzyjaźnili się już z mieszkańcami Bullerbyn, jak i dla tych, którzy pierwszy raz się z nimi spotykają.

Kiedy pierwszy raz wzięłam „Wiosnę w Bullerbyn” do ręki, skojarzyła mi się ona z elementarzem Falskiego, z którego się uczyłam w szkole – w tej starszej wersji sprzed ilustracji Grabiańskiego. Podobny papier, format, kolory, realia i kreska – a wszystko tak mile staroświeckie.

Współczesna wieś (nie tylko szwedzka) wygląda oczywiście inaczej, ale jedno pozostaje niezmienne – ten wiosenny amok ogarniający dzieci. Ten rodzaj szaleństwa wynikający z potrzeby odreagowania długich miesięcy spędzonych w domu i spętania ciepłymi ubraniami. Jest w wiosennym powietrzu cos takiego, że dzieci staja się po prostu doładnie dzikie 😉

P.S. A wieczorami czytam Najmłodszej z córek  Ronję córkę zbójnika” i po raz kolejny zachwycam się tą książką. Trochę żal mi, że już ostatni raz towarzyszę dziecku w jego pierwszej wyprawie do tego świata, w pierwszym spotkaniu w Pupiszonkami, Wietrzydłami, Pieśnią Wilków i Huczącą Gardzielą…

Astrid Lindgren „Wiosna w Bullerbyn”, przekł.: Anna Węgleńska, ilustr.: Ilon Wikland, wyd.: Zakamarki, Poznań 2008

Logopedyczne prztyczki

Logopedyczne prztyczki

Ćwierć wieku temu, kiedy moje starsze córki był jeszcze małe (Najmłodszej z nich jeszcze nawet nie było w planach), a ja dopiero zaczynałam swoja dorosłą przygodę z literaturą dla dzieci, istniało w Warszawie wydawnictwo Plac Słoneczny 4. Istniało niezbyt długo, ale należało do ekskluzywnego grona małych wydawnictw, które rozpoczęły w Polsce tak zwaną lilipucią rewolucję i doprowadziły do odrodzenia się w naszym kraju rynku książek dla niedorosłych czytelników po zapaści początku lat dziewięćdziesiątych.

Wspominam je, bo to właśnie ono wydało nasze ukochane „Wierszyki łamiące języki” Małgorzaty Strzałkowskiej zilustrowane fantastycznie przez Elżbietę Wasiuczyńską. Był to nasz pierwszy kontakt z twórczością obu Pań, ale zdecydowanie nie ostatni. Obie mają już swoje własne pokaźne półki w Małym Pokoju z Książkami. Zapraszam —>>>> tutaj do Małgorzaty Strzałkowskiej, a —>>> tutaj do Elżbiety Wasiuczyńskiej – są tam jeszcze dwa ich wspólne tytuły 🙂

Z wierszyków zawartych w tym zbiorze najbardziej utkwił mi w pamięci ten muszce spod Łopuszki, a pochodzące stamtąd wezwanie Ruszże móżdżkiem a nie różdżką ! okazało się mieć zastosowanie wszechstronne 🙂

Kiedy Wydawnictwo Plac Słoneczny 4 przestało istnieć, „Wierszyki łamiące języki” ukazały się nakładem Wydawnictwa Media Rodzina i tym razem zilustrowała je kolażami sama Autorka.

Ta książka przypomniała mi się teraz z dwóch powodów. Po pierwsze dlatego, że jakiś czas temu dowiedziałam się o tym, że inne wydawnictwo wydało niedawno zbiór wierszy innej, nieżyjącej już poetki i opatrzyło go tym samym tytułem. Na list otwarty, w którym Małgorzata Strzałkowska zaprotestowała przeciw takim praktykom, odpowiedziało: Naszą intencją nie było wykorzystanie „czyjegoś pomysłu”, ale nawiązanie do istniejącego od wielu lat w języku polskim połączenia wyrazowego: „wierszyki łamiące języki”.

Nie ulega wątpliwości, że wiele powiedzeń, haseł reklamowych, tytułów audycji czy filmów z czasem wchodzi do współczesnej polszczyzny i żyje własnym życiem. Warto przytoczyć takie połączenia wyrazowe, jak: dialogi na cztery nogi, powtórka z rozrywki, biegam, bo lubię, mieć jasność w temacie, z pewną taką nieśmiałością… Przeglądając strony internetowe oraz analizując liczne publikacje opatrzone tytułem „Wierszyki łamiące języki” (zawierające rymowanki ćwiczące wymowę), uznaliśmy, że po 24 latach to połączenie wyrazowe funkcjonuje na prawach związku frazeologicznego i jego użycie nie narusza praw autorskich Pani Małgorzaty Strzałkowskiej. Tytuł ten potraktowaliśmy jako synonim określenia „rymowanki do ćwiczeń wymowy” – chcieliśmy też, by określał on rodzaj publikacji, tak jak: „Baśnie i legendy”, „Atlas zwierząt”, „Opowieści biblijne”, „Łamigłówki”.

No cóż – mimo, że od pierwszego wydania tych wierszy minęło już tyle czasu, dla mnie (i myślę, że nie tylko dla mnie) ten tytuł nierozerwalnie wiąże się z nazwiskiem Małgorzaty Strzałkowskiej. Podobnie mam z paroma innymi tytułami, często starszymi od tego.

Powód drugi natomiast jest taki, że właśnie ukazały się bardzo podobne do nich „Logopedyczne prztyczki”. Tym razem zilustrował je Piotr Rychel i zrobił to równie brawurowo jak przed laty Elżbieta Wasiuczyńska. Nie mogło być inaczej, bo te wierszyki nie tylko łamią języki – one je wyginają, pętlą i supłają w węzły bez mała gordyjskie.

Jest ich w tym zbiorze równo pięćdziesiąt i stanowią właśnie tyle absurdalnych asumptów do fantastycznej zabawy dla małych i dużych. Przyda się to każdemu niezależnie od wieku – także tym z dobrą dykcją. Spotkacie tam i gang wikingów, i Anastazego Długaśnego z Wierzchosławiczek, i dzierzby w wierzbach, i trzyszcza Teofila, że o czyżyku ze strzyżykiem nie wspomnę. W takim towarzystwie nie sposób się nudzić !!!

A mnie po tej lekturze przyszło do głowy, że Małgorzata Strzałkowska jest jedyną poetką, która potrafiłaby znaleźć w wierszu miejsce dla mojego ulubionego zamku Tropsztyn, który znajduje się w miejscowości Wytrzyszczka. Mam nadzieję, ze kiedyś to nastąpi.

(Edit: moje marzenie spełniło się szybciej, niż mogłam to sobie wyobrazić !!! Jeszcze tego samego dnia otrzymałam od pani Małgorzaty Strzałkowskiej taki wiersz:

W lasach Wytrzyszczki w pobliżu Czchowa
uroczy zamek Tropsztyn się chowa.
Uroczy zamek Tropsztyn w Wytrzyszczce
brzmi szeleszcząco oraz prześlicznie,
a więc zobaczyć go nie omieszkam,
po czym w Tropsztynie sobie zamieszkam
i z wieży zamku będę wrzeszczała:
– W zamku w Wytrzyszczce mieszka M. Strzała!

To jest dowodem na to, że nie ma rzeczy, osoby ani miejsca, o których pani Małgorzata nie byłaby w stanie stworzyć wiersza 🙂 )

P.S. Wydawnictwo dodaje do tej książki trzy piękne zakładki – oto jedna z nich 😉

Małgorzata Strzałkowska „Logopedyczne prztyczki” ilustr.: Piotr Rychel, Wyd.: Bajka, Warszawa 2021

Zabójstwo Brangwina Kąkola

Zabójstwo Brangwina Kąkola

Książka nominowana w Plebiscycie Blogerów LOKOMOTYWA – książka dla niedorosłych w kategorii – Od A do Z !!!

Skądże możemy wiedzieć, jak naprawdę wygląda świat ?

W mglisty dzień nawet wzgórza Elfilandu są szare i posępne. A jeśli spojrzysz przez pryzmat klejnotu, najzwyklejsza ulica będzie skrzyć się blaskiem.

Gobliny wyłupiły mi oboje oczu, toteż dla mnie świat jest dogłębnie mroczny.

(Lemuel z Chartibrande „O elfiej nauce i sztukach magicznych”)

Od takiego motta rozpoczyna się ta książka, a dalej jest jeszcze ciekawiej, bo potem zaczyna się nie tekst tylko ciąg ilustracji opowiadający początek historii misji tytułowego bohatera w odległej i groźnej krainie Goblinów. Misji trudnej i niebezpiecznej (począwszy od wyboru środka lokomocji, a na kwestii tego, czy w ogóle uda mu się stamtąd wrócić, skończywszy), której celem jest…

… no właśnie, z czasem okaże się, że nawet sam Brangwin Kąkol nie został poinformowany, po co tam został naprawdę wysłany. Przewrotność tej historii polega właśnie na tym, że wszystko okazuje się być inne, niż mogło się na początku bohaterom (oraz czytelnikom) wydawać.

Cieszę się, że mamy w Plebiscycie Blogerów Lokomotywa kategorię „Od A do Z”, bo inaczej trudno byłoby nam znaleźć dla „Zabójstwa Brangwina Kąkola” miejsce wśród nominowanych książek. Nie pasuje ona do kategorii tekst, bo gdyby skupić się tylko na tej części narracji, która opowiedziana jest przy pomocy liter, to historia byłaby dalece niepełna. W tej książce ilustracje opowiadają rzeczy, których w tekście nie znajdziemy, tworząc razem z nim nierozerwalną całość. Pisząc to, uświadomiłam sobie, że nie da się jej przerobić na audiobook, bo nie może ona istnieć bez wątku, który jest opowiedziany obrazami. Świat, stworzony w nich przez rosyjskiego rysownika Eugene’a Yelchina jest niezwykły, pełno tam szczegółów, których nie da się tak po prostu opowiedzieć słowami.

Jak doszło do powstania tak niezwykłej książki, możemy dowiedzieć się z zamieszczonej na końcu rozmowy autorów:

Misję elfickiego historyka Brangwina Kąkola śledzimy z trzech perspektyw – tekst opowiada o niej z punktu widzenia Werfla, historyka goblińskiego, który od swoich władz otrzymał zadanie ugoszczenia we własnym domu tego szczególnego gościa. Gość ów natomiast systematycznie transmituje w formie ciągu obrazów swoje wrażenia do ojczyzny, a konkretnie do tych, którzy go wysłali, czyli tajemniczego Zakonu Czystej Ręki. Oni wreszcie komentują to, co zobaczyli, w tajnej korespondencji, która również jest częścią tekstu. Mając do dyspozycji te trzy punkty widzenia możemy uzmysłowić sobie, jak różnie można widzieć i rozumieć te same rzeczy.

I o tym tak naprawdę jest ta książka.

Elfy i gobliny, cały ten fantastyczny anturaż jest tylko kostiumem, przy pomocy którego autorzy opowiadają nam o świecie, w którym żyjemy obecnie, świecie, który coraz bardziej dzieli się na szczelnie od siebie oddzielone bańki.

Lewactwo i naziole, tęczowa zaraza i katotaliban, komuchy, platfusy i pisiory, wykształciuchy, patologia… Długo można ciągnąć litanię szyldów, za którym nie widzimy już ludzi tylko figurki pasujące do tych etykietek. Sami też je sobie chętnie przyczepiamy, choćby przy pomocy nakładek na zdjęcia na FB. Coraz bardziej zamykamy się w bańkach, których granice często są trudniejsze do przebycia niż Góry Kościokrótne oddzielające od siebie krainy Elfów i Goblinów. Ale jeśli wyjdziemy ze strefy, w której wszystko jest oczywiste, świat prosty i zrozumiały, a inni ludzie łatwi do zdefiniowania, jeśli wykonamy wysiłek zajrzenia pod te etykietki, to okaże się, że ludzie, którzy się za nimi kryją są do nas zadziwiająco podobni. Jak elf Brangwin i goblin Werfel…

P.S. Czytając ilustracje Eugene’a Yelchina miałam silne skojarzenie z „Przybyszem” Shauna Tana (którego wznowienie, notabene, zapowiadane jest niebawem !!!) i to nie tylko z powodu ich monochromatyczności. Myślę, że pokazując to, jak zmieniało się postrzeganie świata goblinów przez bohatera, wykorzystał on własne doświadczenia z początku emigracji do USA.

Szukając informacji o nim trafiłam także na jego autorską książkę „Breaking Stalin’s Nose” wydaną w 2012 roku i przetłumaczoną na wiele języków. Niestety nie ukazała się w Polsce. Mam nadzieję, że to nastąpi, bo uświadomiłam sobie, że młodzi polscy czytelnicy wiedzą o tym, co działo się (i dzieje) za naszą wschodnią granicą, jeszcze mniej niż młodzież elficka o życiu goblinów i odwrotnie…

M.T. Anderson (tekst) i Eugene Yelchin (ilustr.) „Zabójstwo Brangwina Kąkola”, przekł.: Rafał Lisowski, wyd.: Dwie Siostry, Warszawa 2020