101 latarni

101 latarni

Tata jeszcze nie śpi. Zachar także. Jest późno. Na niebie widać gwiazdy, a światła w blokach już dawno pogasły.

Tylko w wieżowcu naprzeciwko w jednym oknie wciąż się świeci. Ten wieżowiec przypomina Zacharowi latarnię…

„101 latarni” to książka, którą można czytać na różnych płaszczyznach. Czytana z dzieckiem – rówieśnikiem jej bohatera Zachara będzie po prostu opowieścią o małym chłopcu, który nie może zasnąć i zaczyna liczyć latarnie morskie, poczynając od tej, którą widział na niedawnej wycieczce z rodzicami. To pełna ciepła i dająca poczucie bezpieczeństwa historia, która ma przeprowadzić dziecko do krainy snu. Mama chłopca już śpi, Tata jeszcze pracuje w sąsiednim pokoju, ale wkrótce przychodzi i kładzie się z synem. W końcu zasypiają prawie w tym samym momencie…

Atmosferę tej nocnej opowieści tworzą ilustracje Oksany Draczkowskiej wypełniające całe kolejne rozkładówki. Ona sama (w filmie umieszczonym na profilu FB wydawnictwa) powiedziała: Książka łączy w sobie wszystkie moje ulubione rzeczy: latarnie, morze, noce i kolor niebieski. Ja także je lubię, więc oglądanie ich sprawiło mi dużą przyjemność.

Jednak ponieważ chłopiec ma na imię Zachar, a wycieczka, którą wspomina, była nad tak zwane Morze Kijowskie na Dnieprze, dorosły czytelnik natychmiast skojarzy całość z obecną sytuacją na Ukrainie. Gdzieś w tyle głowy pojawią się myśli o dzieciach we wszystkich miejscach Ukrainy, których sen każdej nocy może być przerwany alarmem, a ich ojcowie są daleko od nich. I nasunie się pytanie, czy te bloki jeszcze w ogóle stoją ?

Kiedy przyjrzałam się ilustracji, na której Tata Zachara rysuje plany nowych budynków, pomyślałam, że tak naprawdę jest to wspomnienie autorów o czasach ich własnego dzieciństwa. Teraz przecież żaden architekt nie kreśliłby już projektów na papierze rozpiętym na desce z przykładnicą, tylko siedziałby przy komputerze. Wydana w 2019 roku (a więc zanim jeszcze cała Ukraina znalazła się w stanie wojny) książka to teraz ich powrót do czasów, kiedy sami czuli się bezpiecznie i zasypiali spokojnie.

Czytając „101 latarni” myślałam z wdzięcznością o tym, że moje i moich dorosłych już dzieci zasypianie wciąż takie jest. I z troską – o tych wszystkich dzieciach i dorosłych, którym to nie jest dane…

Oksana Łuszczewska, Dzmitryj Bandarenka (tekst), Oksana Draczkowska (ilustr.), Ryszard Kupidura (przekł.) „101 latarni”, wyd.: Frajda, Poznań 2022

Kołysanki | Колискові

Kołysanki | Колискові

Rok 2022 to był dziwny rok… – tak być może będzie się kiedyś pisać parafrazując Sienkiewicza. Po dwóch latach obsesyjnego strachu przed wirusem, testowania i zamykania wszystkiego, co tylko dało się przenieść w sferę działań zdalnych, Polacy bez chwili wahania otworzyli granice oraz swoje domy przed uchodźcami z Ukrainy. Wśród setek tysięcy uchodźców dominowały kobiety z dziećmi i to właśnie dzieci (jak to zawsze bywa) stały się największymi, bo nieświadomymi tego, czemu to wszystko się dzieje, ofiarami tej wojny. Nawet jeśli nie doznały jej bezpośrednio, nie chowały się w schronach przed ostrzałem i nie widziały rzeczy strasznych, sama konieczność porzucenia dotychczasowego życia, znanych miejsc i ludzi, rozstanie z Tatą, bezradność, często strach Mamy i wędrówka w nieznane w tłumie obcych ludzi – to wszystko razem jest doświadczeniem, na które nikt nie chciałby narażać własnych dzieci.

W pierwszym odruchu serca Polacy starali (i starają) się pomagać tak, jak potrafią. Wśród rozmaitych oddolnych inicjatyw bardzo ważną dla mnie było wydawanie książek dla dzieci po ukraińsku – zarówno takich, które mogą pomóc w rozmawianiu z nimi o wojnie, jak i takich, które mają być po prostu rozrywką i oderwaniem myśli od niej. Pojawiły się też książki – cegiełki, a dochód z nich przeznaczany jest na pomoc uchodźcom. „Kołysanki | Колискові” należą do tej ostatniej kategorii.

ilustracja Martyny Kostrzyckiej

Publikacja powstała jako wyraz solidarności z Ukrainą, po inwazji Rosji w lutym 2022 roku. Całkowity dochód ze sprzedaży książki zostanie przekazany Stowarzyszeniu „SOS Wioski Dziecięce w Polsce”, które objęło opieką dzieci i rodziny z Ukrainy. Wszystkie osoby zaangażowane w ten projekt pracowały wolontariacko.

Mamy nadzieję, że książka zachęci dzieci oraz rodziców, zarówno polskich jak i ukraińskich, do wzajemnego poznania i integracji – napisali jej twórcy we wstępie do niej.

Znajdziesz w niej ludowe kołysanki z Ukrainy i z Polski, przetłumaczone na oba języki. Każdej towarzyszy wyjątkowa ilustracja. Całość otwiera autorska bajka, stanowiąca zaproszenie do świata kołysanek. Dodatkowo przygotowaliśmy plik w formacie PDF z zapisem nutowym oraz chwytami na gitarę i ukulele. Na stronie internetowej książki ( nieśpieszne.pl/kolysanki ) zamieściliśmy playlistę – zaproszeni muzycy nagrali własne aranżacje kołysanek, śpiewane po polsku i ukraińsku.

ilustracja Hani Kmieć

„Kołysanki | Колискові” to książka na pierwszy rzut oka niepozorna – nieduża, wydana na papierze, który nie błyszczy i robi takie skromne wrażenie. Jest w niej jednak ogromny ładunek pozytywnych emocji wszystkich osób zaangażowanych w jej powstanie. Od Pawła Pawlaka, który stworzył ilustrację okładkową, przez Maję Głowacką, która napisała przepiękną, oniryczną baśń, liczne grono ilustratorów i tłumaczy, muzyków i innych osób, które były w to zaangażowane, a których nazwiska zajmują dwie strony na jej końcu. Tę serdeczność czuje się podczas lektury.

Kołysanka utula do snu, pozwala zapomnieć o trudach dnia, sprawia, że czujemy się bezpiecznie.

Chcemy, aby ta książka niosła ukojenie. Tylko tyle. Aż tyle.

Po jej przeczytaniu miałam taką wizję (a może marzenie), że niedługo w różnych miejscach Polski i Ukrainy (do której przecież kiedyś, mam nadzieję, powrócą) polskie mamy będą śpiewać dzieciom ukraińskie kołysanki, a dzieci ukraińskie zasypiać będą przy kołysankach polskich. I wszyscy będą się w swoich domach czuli bezpiecznie…

ilustracja Karoliny Pawlak

„Kołysanki | Колискові”, wyd.: Nieśpieszne, Kraków 2022

P.S. Ja swój egzemplarz kupiłam podczas Izabelińskich Spotkań z Książką, ale można ją nabyć na stronie wydawnictwa. Sami decydujecie, ile chcecie za nią zapłacić – cena minimalna to 29 złotych.

Maja i przyjaciele

Maja i przyjaciele

„Maja i przyjaciele” to książka dwujęzyczna, do czytania z dwóch stron – po polsku i ukraińsku.

Na okładce wydawnictwo umieściło informację:

Zysk ze sprzedaży książki przeznaczamy na pomoc dzieciom z Ukrainy, wspierając działalność Stowarzyszenia SOS Wioski Dziecięce

… i na tym w zasadzie kończą się dobre rzeczy, które mogę o niej powiedzieć.

„Maja i przyjaciele” to książka, z którą mam problem.

Nie żałuję tego, że ją kupiłam. Jest cegiełką na słuszny cel, nie była to też jedyna podobna zbiórka, w której wzięłam udział. Po jej przeczytaniu zadałam sobie jednak pytanie – czy sama słuszność celu, w jakim ją wydano, wystarczy ? Czy wątpliwości, jakie budzi we mnie jej zawartość, są równoznaczne z kwestionowaniem tego celu ?

Mój problem z tą publikacją polega na tym, że nie znajdziemy w niej tego, co sugeruje poprzedzający polskie wydanie wstęp autorki, który pozwolę sobie obszernie zacytować:

Książkę, którą trzymacie w dłoniach, o różnych dzieciach z różnych ukraińskich rodzin, pisałam w 2017 roku, kiedy Krym był zaanektowany, a część obwodów donieckiego i ługańskiego tymczasowo okupowała Federacja Rosyjska.

Ten tekst piszę z kolei w korytarzu, gdzie chowamy się z mamą, która jako dziecko przeżyła II wojnę światową, i psem, bo nad kijowskim niebem rozbrzmiewa kolejny alarm rakietowy…

Wyobrażam sobie, że ktoś z klasy Mai modli się teraz w schronie przeciwlotniczym, ktoś inny chce tylko, żeby tacie nic się nie stało, a mama wróciła z patrolu policyjnego, ktoś siedzi w autobusie ewakuacyjnym, a wcześniej tydzień pod bezlitosnym ostrzałem, bez ciepła, wody, światła i jedzenia tulił się do mamy. Ktoś nie rozumie, dlaczego w jego mieście porządki zaprowadzają wrodzy wojskowi, a ktoś już stracił bliską osobę. Jeszcze ktoś inny ponad pięć dób docierał do granicy, za którą znalazł pomoc i schronienie, i teraz płacze zawinięty w koc, połyka słodki batonik i mówi po polsku „dziękuję”. (…)

Wojna zawsze jest przeciwko dzieciom. I tym tekstem chcę krzyczeć o tym, że dzieci z mojego kraju potrzebują międzynarodowej ochrony, dzieci z mojego kraju mają prawo do teraźniejszości i przyszłości nie w oblężeniu, nie pod okupację, nie w schronach przeciwbombowych pod ostrzałem, a w domach kochających rodzin na Ukrainie.

Świat musi to zrozumieć.

Po przeczytaniu tego wstępu spodziewałam się, że dalej znajdę opowieść o tytułowych dzieciach z klasy Mai, o ich życiu przed wojną i o tym, jak zmieniło się ono po jej wybuchu. Nie znalazłam tam tego, bo tak naprawdę nie o tym jest ta książka. A o czym ?

Przypomniał mi się teraz stary dowcip żydowski, w którym ktoś poprosił rabina o to, żeby streścił Talmud stojąc na jednej nodze. Ten stanął i powiedział: Nie czyń drugiemu, co tobie niemiłe. Reszta to tylko komentarze 😉 Gdybym miała w ten sposób streścić „Maję i przyjaciół” wystarczyłoby przywołać blurba, który znajduje się na okładce w pionowym, fioletowym pasku i raczej nie da się go odczytać, jeśli się ją kupuje przez internet:

Nie ma znaczenia, czy jesteś częścią małej, czy wielkiej rodziny, czy łączą was więzy krwi, czy nie oraz ile masz mam lub tatusiów. Najważniejsze jest to, by się wzajemnie kochać i szanować. To prawdziwe wartości, o nich jest ta książka.

Reszta to tylko rozwinięcie 😉

Można powiedzieć, że „Maja i przyjaciele” to lista obecności jednej (czy typowej ?) ukraińskiej klasy wraz z opisem rozmaitych sytuacji rodzinnych jej uczniów.

Podsumowując te sytuacje: poza Mają, Sofijką pierwszą i Solomiją, których sytuacja już na etapie poczęcia była nietypowa, w klasie jest 14 dzieci. U dwojga z nich jedno z rodziców nie żyje, więc można powiedzieć, że na ich sytuację rodzinną wpłynęła siła wyższa. Z pozostałej dwunastki tylko troje ma pełną rodzinę i mieszka ze swoimi biologicznymi rodzicami, reszta żyje w rozmaitych niepełnych i paczworkowych kombinacjach rodzinnych. Nie wiem, jak to przed wojną wyglądało na Ukrainie statystycznie, ale 75% niepełnych rodzin to chyba jednak trochę dużo nawet jak na kraj postsowiecki ?

Kiedy czytałam ją po raz pierwszy, zdziwiło mnie to, że klasa Mai liczy tylko 17 dzieci. Potem jednak doszłam do wniosku, że po prostu autorce wyczerpały się pomysły na nietypowe konfiguracje rodzinne. Z trójki wychowywanej w pełnych rodzinach – Taja ma adoptowanego brata, Rajis jest Tatarem z Krymu, a Petro – Romem, więc ich rodziny są też w jakimś stopniu inne. Trudno jednak powiedzieć, od czego inne, skoro nie ma tam żadnej rodziny nazwijmy to zwyczajnej (żeby nie użyć słowa normalnej). W całej tej klasie tylko dwoje dzieci zostało dotkniętych przez wojnę – Sofijka trzecia, która przyjechała z mamą z Ługańska, a jej tata zniknął podczas wojny oraz Rajis, który stracił swój dom na Krymie.

Żeby była jasność – nie mam nic przeciwko rozmawianiu z dziećmi o nietypowych rodzinach oraz o in vitro, ale w książce, która sugeruje, że opowiada o wojnie, szukam czego innego. Zwłaszcza teraz, kiedy temat jest tak aktualny. Poza tym – takie książki już na polskim rynku wydawniczym są, na przykład ta

Widzę w „Mai i przyjaciołach” pewną wewnętrzną sprzeczność. Jeśli rzeczywiście nie ma znaczenia, czy jesteś częścią małej, czy wielkiej rodziny, czy łączą was więzy krwi, czy nie oraz ile mam lub tatusiów , to czemu dzieci w tej książce są opisywane niemal wyłącznie poprzez swoje sytuacje rodzinne ? Poza tym dowiadujemy się o nich niewiele, drobiazgi typu: monobrew u Rajisa najczęściej mieszczą się w jednym zdaniu. Nie jestem również pewna, czy dzieciom z klasy potrzebne są aż takie szczegóły dotyczące poczęcia ich koleżanek, jakie podane są w przypadku Sofijki i Solomii ? Skoro to są takie dzieci jak my wszyscy ? Bo przecież są !

W tej książce najbardziej brakuje mi… dzieci. Wbrew tytułowi jest ona bardziej o dorosłych. Więcej dowiadujemy się o ich problemach zdrowotnych, orientacji seksualnej i problemach, jakie mają sami ze sobą, a z którymi muszą mierzyć się ich dzieci, niż o tym, czym one same żyją poza tym.

Co lubią robić bez dorosłych ? Kto się z kim przyjaźni, a kto kogo nie lubi i dlaczego ? O czym marzą i czego się boją ?

Szkoda, że tego nie ma w tej książce i że żadnego z jej bohaterów nie możemy zapamiętać ze względu na niego samego.

Szkoda też, że tak mało jest w niej wojny, która na Ukrainie trwa przecież przez całe życie tych dzieci.

Larysa Denysenko (tekst), Masha Foya (ilustr.) „Maja i przyjaciele”, przekł.: Zuzanna Yevtushyk, wyd.: Kropka, Warszawa 2022