Między sytością a wiecznością

Między sytością a wiecznością

„Między sytością a wiecznością” to trzeci zbiór niezwykłych baśni Katarzyny Jackowskiej-Enemuo, które zilustrowała Nika Jaworowska-Duchlińska. Poprzednie to „Między światem a zaświatem” i „Między ziemią a niebem”.

Pożywienie jest ważne. Wszyscy o tym wiemy. Człowiek musi jeść, żeby żyć.

Przez tysiące lat ludzie żywili się bardzo, bardzo różnymi rzeczami. Najpierw tylko tym, co znaleźli, potem również tym, co upolowali, a w końcu i tym, co nauczyli się wysiewać i zbierać z pól. Niezwykłe jest to, że od samiuśkiego początku, od najdawniejszych czasów, jedzenie służyło nie tylko do tego, żeby nie umrzeć z głodu, mieć siłę i być zdrowym. Wygląda na to – i potwierdzają to znaleziska archeologiczne – że od zawsze pełniło tez inną funkcję. Świąteczną.

„Między sytością a wiecznością” to książka, która poświęcona jest jedzeniu, ale nie jest to bynajmniej książka kucharska. Nie spodziewajcie się tam przepisów, a nawet opisów potraw. Katarzyna Jackowska-Enemuo opowiada o produktach, które ludzie spożywają od najdawniejszych czasów i ich symbolicznych znaczeniach w różnych kulturach.

Jajko, ziarna, mleko, mak, miód i sól – niby rzeczy zwyczajne, trudno sobie bez nich wyobrazić życie. Używamy ich codziennie i nie myślimy o tych setkach pokoleń przed nami, które robiły to samo. Ani o tym, z czym się dla nich te produkty wiązały, jakie znaczenia im przypisywano.

Katarzyna Jackowska-Enemuo jest opowiadaczką historii i to opowiadaczką znakomitą !!! Jej baśnie mają dwa życia – jedno wtedy, kiedy je opowiada przygrywając sobie na akordeonie w towarzystwie muzyków akompaniujących jej na niezwykłych instrumentach. Opowiada – bo nie recytuje ich z pamięci, tylko za każdym razem snuje tę opowieść od nowa, za każdym razem trochę inaczej.

Drugie życie jej baśni to książki. Tu już mają one, można powiedzieć, formę ostateczną, ale za to towarzyszą jej niezwykłe malarskie ilustracje Niki Jaworowskiej-Duchlińskiej. Katarzyna i Nika nie znały się wcześniej. Ich współpracę zainicjowała wydawczyni Iwona Wierzba i po trzech wspólnych tomach zdecydowanie można powiedzieć, że był to znakomity pomysł.

Trudno mi już sobie wyobrazić te baśnie zilustrowane inaczej. Dzięki nim widać wyraźnie, że te książki nie są dla dzieci, a raczej – że nie tylko dla nich. Podobnie jak występy ich autorki ! Na promującym „Między sytością a wiecznością” spotkaniu w bibliotece na Tynieckiej nie było żadnych dzieci, a wszyscy dorośli słuchali, jak opowiadała o Maćku i ziarnku jęczmienia z przyjemnością (i śpiewali z nią też !). Przypomniał mi się przy tej okazji cytat z Karen Blixen, który przywołałam pisząc o zbiorze Marii Niklewiczowej „Bajarka opowiada” – nie będę go tu wklejać, zajrzyjcie tam !

Pod koniec tej książki Katarzyna Jackowska-Enemuo zachęca czytelników, aby spróbowali sami ułożyć baśń o świętowaniu. I jeszcze – podpowiada przepis (jednak jest !!!) na kołacz przyrządzony ze wszystkich opisywanych tu produktów. Po co nam święta? Żeby być razem. Żeby się spotkać – również z tymi, których rzadko widujemy. Żeby uczcić jakiś ważny moment. A dawniej również po to, żeby przywołać szczęście, a odwrócić nieszczęście…

Przeczytałam kiedyś w „Atramentowym sercu” słowa: Niektórych książek wystarczy skosztować, inne się połyka, a tylko nieliczne trzeba przeżuć i stawić do końca.* „Między sytością a wiecznością” należy do tych ostatnich. Warto poświęcić czas tym baśniom, a potem pozwolić myślom popłynąć tam, gdzie je te historie poprowadzą.

P.S. Ich lektura wywołała u mnie kulinarną wenę twórczą, choć kołacza nie próbowałam piec. Kiedy zastanawiałam się nad potrawą, która ma dla mnie szczególne znacznie i jest trochę magiczna, doszłam do wniosku, że byłaby to… po prostu zupa.

Lubię gotować zupy. Jest coś niezwykłego w tym, że z tak różnych produktów wrzucanych do jednego garnka powstaje nowy smak. Takie kuchenne czary-mary.W dodatku w domu robi się tak… domowo, kiedy na kuchni stoi garnek zupy i każdy, kto przychodzi, może się nią rozgrzać i nasycić.

* później dowiedziałam się, że to cytat z szesnastowiecznego eseju „O studiowaniu” Francisa Bacona

Dziękuję wydawnictwu Albus za egzemplarz recenzencki tej książki !!!

Katarzyna Jackowska-Enemuo „Między sytością a wiecznością”, ilustr.: Nika Jaworowska-Duchlińska, wyd.: Albus, Poznań 2026

Co mówią zwierzęta?

Co mówią zwierzęta?

Po tegorocznym konkursie PLANETA IZABELIN, w którym miałam przyjemność być przewodniczącą jury, pozostał mi lekki smutek. Związany jest on z tym, że dla kilku zgłoszonych książek, mimo że podobały mi się bardzo, nie znalazło się miejsce na podium. Pozazdrościłam jurorom konkursu Polskiej Sekcji IBBY, któremu od paru lat towarzyszy tak zwana Pokonkursowa Lista Bis. Trafiają na nią te tytuły, które nie zmieściły się w gronie nominowanych, ale zdaniem jury zasługują na zauważenie.

Pomyślałam sobie, że ja przecież też tak mogę 😉 Na mojej tegorocznej prywatnej pokonkursowej Liście Bis znalazły się trzy książki. Oto pierwsza z nich:

W poprzedniej edycji naszego konkursu triumfowała „Puszcza. Opowieści karpackich buków” Joli Richter-Magnuszewskiej. Napisałam: triumfowała, bo została nagrodzona podwójnie, także przez jury dziecięce. Jej kolejna autorska książka – „Co mówią zwierzęta?” nie wzbudziła aż takiego zachwytu, ale podobała się zarówno dorosłym, jak i niedorosłym jurorom. Gdybym chciała użyć kwantyfikatorów, które miały zastosowanie w Plebiscycie Blogerów LOKOMOTYWA, powiedziałabym, że „Puszcza” zdecydowanie zasługiwała na nominację w kategorii: Od A do Z, natomiast ta jest murowaną kandydatką do nominacji w kategorii: fakt.

Nasza planeta tętni życiem. Pełno go dookoła. Przypuszcza się, że na ziemi żyje ponad 8 milionów gatunków zwierząt. Tak różnorodnych i tak wyjątkowych.

Jedne są puchate, inne ledwo porośnięte włosami. Ogromne lub maleńkie. Z twardymi pancerzami, rogami i kopytami. Pływają, latają, pełzają, skaczą i biegają. Niektóre poruszają się głośno, inne bezszelestnie. Żyją samotnie, łączą się w pary, tworzą rodziny i większe grupy. Zamieszkują lądy, wody i podziemia. Są wszędzie. Dzikie i udomowione. Kontaktują się tylko z przedstawicielami swojego gatunku albo nawiązują relacje z innymi gatunkami. Milczą lub bardzo hałasują, jazgoczą i szumią. Śpiewają serenady, czują i okazują emocje.

My też należymy do królestwa zwierząt, ale często o tym zapominamy…

Od najmłodszych lat uczymy się, że kot miauczy, pies szczeka, wilk wyje a kura gdacze. Uważamy zazwyczaj, że to wszystko, co zwierzęta mają do zakomunikowania – sobie i nam.

Nie zastanawiamy się, co mogą oznaczać i do czego służą dźwięki wydawane przez różne stworzenia. Może dlatego, że nie wszystkie docierają do ludzkiego ucha, błędnie zakładamy, że nie istnieją? (…)

A gdyby tak zostać uważnym obserwatorem i odkryć, co mówią zwierzęta? Dzięki temu moglibyśmy uniknąć niespodzianek i wiele się nauczyć.

Tę książkę tworzą trzy składowe. Pierwszą jest dobrze napisany tekst popularno-naukowy o tym, jak rozumieć odgłosy i zachowania zwierząt – i tych domowych (bardzo ciekawe psie, kocie i końskie ABC!), i tych które możemy spotkać w lesie. Drugą natomiast – piękne ilustracje. Ciekawych i starannie zilustrowanych książek jest teraz wiele, ale „Co mówią zwierzęta?” mają jeszcze wartość dodaną czyli kody QR.

Przyznam, że trochę czasu zajęło mi rozkminienie, jak je odczytać przy pomocy telefonu. Nie wątpię jednak, że czytelnicy z grupy docelowej nie będą mieli z tym najmniejszego problemu. Dzięki tym kodom możemy usłyszeć to, czego się opisać nie da, bo nie da się tego na ludzki język przełożyć. Przenoszą nas one na stronę internetową, na której znajdziemy nagrania nie tylko różnych gatunków ptaków, ale także odgłosy niedźwiedzia, dzików czy borsuka.

Pamiętam, że w gronie jurorskim rozmawialiśmy o tym, że jednym z celow naszego konkursu jest odciągnięcie dzieciaków od ekranów i pokazanie im książki jako ciekawej rozrywki analogowej. Kody QR, które wymagają użycia telefonu, trochę się z tym kłócą, to fakt. Ale z drugiej strony – można ją czytać także bez tego i nadal będzie interesująca. Tak jak napisałam – jest to wartość dodana 😉

To nie jest pierwsza książka z kodami QR, która znalazła się na półce Małego Pokoju – w poprzednich dzięki nim można było posłuchać muzyki i zobaczyć dzieła sztuki. Bardzo jestem ciekawa, o co jeszcze można uzupełnić treść zawartą na papierze dzięki kompozycji kontrastowych kwadracików ???

Jola Richter-Magnuszewska (tekst & ilustr.) „Co mówią zwierzęta?”, wyd.: Kropka, Warszawa 2025

Felusia. Bardzo fajny patyk

Felusia. Bardzo fajny patyk

czyli trzecia książka z cyklu o Felusi – o pierwszych dwóch pisałam —>>>tutaj

Mam z tą książką pewien problem. Tylko jeden, ale za to poważny. Otóż – niewiele mogę o niej powiedzieć, bo wszystko co najważniejsze napisałam już przy okazji pierwszych dwóch części tego cyklu 😉

„Bardzo fajny patyk” to kolejna historia, która przydarzyć się może wszystkim rówieśnikom Felusi. Myślę, że nie ma dziecka, które choć raz nie znalazło takiego patyka, kamienia czy innej rzeczy, która z punktu widzenia dorosłych była zupełnie zwyczajna, ale dla niego – jedyna i niepowtarzalna. Ileż takich artefaktów przywędrowało do domu z moimi córkami! A następnego dnia okazywały się zupełnie zwyczajne i dzieci przestawały zwracać na nie uwagę… Oczywiście tylko do momentu, kiedy chciałam owo cudo wyrzucić, więc trzeba to było robić bardzo dyskretnie, kiedy zajmowały się czymś innym 😉

Podobnie jak było z poprzednimi częściami tego cyklu – również w tej rodzice mogą się czegoś nauczyć od Mamy Felusi. Kiedy widzi ona, że jej córeczka bawi się patykiem, nie reaguje w sposób typowy dla większości dorosłych, który ja nazywam odruchowym zakazywaniem. Zamiast wołać: Zostaw to! Krzywdę sobie zrobisz! upewnia się po prostu, że dziewczynka bawi się nim w sposób bezpieczny.

Zastanawiam się, skąd się w dorosłych bierze ten (tłumiący w dzieciach naturalną ciekawość świata) odruch zakazywania??? Dochodzę do wniosku, że po pierwsze – z wygody (bo zdejmuje to z nich obowiązek zadbania o to, żeby dziecko nauczyło się bezpiecznego posługiwania np. patykiem), a po drugie – z niewiary w to, że dzieci mają instynkt samozachowawczy i nie będą sobie intencjonalnie wsadzać owego patyka w oko. Jest jeszcze trzecia przyczyna – mianowicie taka, że jak się czegoś werbalnie zakaże, to w razie czego można powiedzieć: A nie mówiłam???

Zamiast puenty – jeden z moich ulubionych memów

Dziękuję Wydawnictwu Bajka za egzemplarze recenzenckie oraz zgodę na wykorzystanie zdjęć pochodzących z ich strony. Felusię na tych zdjęciach (wraz z kaloszami w lwy) wykonała Katarzyna Budyś czyli —>>>budka24.pl 🙂 Potrafi ona zrobić absolutnie wszystko!!!

Katarzyna Wasilkowska „Felusia. Bardzo fajny patyk”, ilustr.: Jona Jung, wyd.: Bajka, Warszawa 2026

Zapadły pałac

Zapadły pałac

Nie jestem szczególną koneserką literatury fantasy, ale bardzo lubię twórczość Marty Kisiel – niezależnie od gatunku, do jakiego można zaliczyć jej kolejne książki. Podoba mi się jej odjechany humor, niesamowite skojarzenia i zaskakujące zwroty akcji, które serwuje czytelnikom.

„Zapadły pałac” przeczytałam od razu, kiedy się ukazał, a więc pod koniec zeszłego roku. Historia wciągnęła mnie od pierwszych stron i trzymała aż do ostatniej, znalazłam tam wiele rzeczy, które mi się podobały, ale na koniec… zostałam z poczuciem, że nie wiem, co o niej myśleć. I w takim pomieszaniu trwam do dziś.

Żeby to wyjaśnić muszę trochę zdradzić zakończenie, więc lojalnie uprzedzam, że czytając dalej jesteście na to narażeni i robicie to wyłącznie na własną odpowiedzialność.

Odkąd Najmłodsza z moich córek szczęśliwie zdała maturę, co roku cieszę się, że nie muszę już mieć do czynienia z polskim systemem oświaty. Szczególnie współczuję rodzinom, w których ktoś kończy ósmą klasę i muszą zmierzyć się z rekrutacją do szkoły średniej. Maturzyści też nie mają łatwo, ale oni są już doroślejsi, a maturę można poprawić za rok. Ósmoklasiści tego luksusu nie mają, więc wynik, który osiągną na egzaminie i świadectwie, zdecyduje o tym, gdzie spędzą następne cztery lata.

Bohaterami „Zapadłego pałacu” są właśnie absolwenci szkoły podstawowej – tacy, którym w procesie rekrutacji powiodło się nie za bardzo . A właściwie – nie powiodło im się wcale. Nie dostali się do żadnej ze szkół, do których aplikowali i ich ostatnią szansą jest obóz rekrutacyjny do prywatnego liceum, w którym zostało już tylko siedem miejsc. Co to za szkoła i według jakich kryteriów dokonany zostanie wybór przyszłych uczniów ???

Trzynastka nastolatków zjawia się w wyznaczonym terminie w pałacu na odludziu. Z tej trzynastki tak naprawdę poznajemy trójkę, a kolejna siódemka jest w jakiś sposób rozpoznawalna w tle. Już w czasie ich podróży do pałacu zaczynają się dziać dziwne rzeczy. Na miejscu okazuje się, że przestają działać wszystkie urządzenia elektroniczne, nie ma tam nikogo dorosłego, a oni muszą się mierzyć z rozmaitymi wyzwaniami…

Jedną z rzeczy, które mi się w tej książce podobały, jest sposób, w jaki Marta Kisiel opisuje swoich bohaterów. Już z tego, że się znaleźli w tym miejscu, możemy się domyślić, że nie są poukładanymi i dobrze zorganizowanymi prymusami. Każde z nich ma jakiś problem ze sobą, ale musi z nim żyć – radzić sobie z tym, jaki jest, znaleźć swoje mocne strony i po prostu polubić się. Choć te ich problemy są łatwe do nazwania, Autorka unika tego. Dzięki temu czytelnicy widzą w nich ludzi, którzy nie składają się wyłącznie z tego czy tamtego spektrum. Mają swoje osobowości, uczucia, pragnienia i charaktery.

Gdzieś do połowy tej historii czytało mi się ją znakomicie. Samo zawiązanie akcji, przybycie do pałacu, spotkanie bohaterów i to, jak się poznawali i zaczynali tworzyć grupę było naprawdę ciekawe. I ten pałac z jego tajemnicami – trochę jak Hogwart ! Potem, kiedy zaczęły się ich próby, zaczęłam mieć problem z ta opowieścią. Nie bardzo rozumiałam, do czego zmierza. O co chodzi w tych próbach i jak właściwie sobie z nimi bohaterowi poradzili, poza tym że przeżyli? Miałam nadzieję, że zakończenie mi to wyjaśni…

Nie wyjaśniło. Ten tom kończy się w taki sposób, że co prawda dowiadujemy się, kto z nich dostał się do szkoły, a kto nie, ale ani my, ani sami bohaterowie nadal nie wiemy, o co w tym wszystkim chodzi.

Ciąg dalszy nastąpi.

Marta Kisiel na swoich mediach społecznościowych poinformowała, że kolejny tom ma powstać do końca tego roku. Mam nadzieję, że słowa dotrzyma i w końcu wszystkiego się dowiemy, bo naprawdę jestem ciekawa !!!

Zazwyczaj nie lubię kolorowych brzegów w książkach, ale tutaj pasują i nawet mi się podobają.

Marta Kisiel „Zapadły pałac” (cykl: „Trupia główka” t.1), ilustr.: Joanna Kencka, wyd.: Mięta, Warszawa 2025

Okna Pałacu Saskiego

Okna Pałacu Saskiego

(to co w tle to oczywiście nie jest Pałac Saski, bo on nie istnieje, jednak boniowanie na elewacji tej odrestaurowanej warszawskiej kamienicy przy ulicy świętej Barbary wydało mi się podobne)

Stali bywalcy Małego Pokoju z Książkami wiedzą doskonale, że bardzo cenię twórczość Zuzanny Orlińskiej, a szczególnie to, jak pisze ona o historii. Potrafi połączyć interesującą, wciągającą czytelnika akcję z wiernością realiom historycznym. Z dużą odwagą wprowadza na karty swoich książek postaci historyczne i jeśli się one tam pojawiają, to możemy być pewni, że mogli się znaleźć akurat w tym miejscu i akurat w tym czasie.

„Okna Pałacu Saskiego” ukazały się cztery lata temu i od tego czasu bardzo chciałem tę książkę przeczytać. Nie można jej było kupić, a kanały dystrybucji były mocno niejasne, więc udało się to dopiero niedawno, kiedy dostałam ją od Autorki. Nie planowałam pisania o niej, bo skoro jest to kolejna publikacja nie do dostania, to w sumie po co?

Na tę książkę składa się pięć opowiadań. Akcja pierwszego rozgrywa się w połowie XVIII wieku, a ostatniego w czerwcu roku 1979, ale wszystko dzieje się w jednym miejscu – w Pałacu Saskim. Najpierw był rezydencją królewską, potem siedzibą Liceum Warszawskiego, a po przebudowie – budynkiem mieszkalnym. W latach 1918 -1939 miał w nim swoja siedzibę Sztab Generalny Wojska Polskiego, a pod jego kolumnadą umieszczono Grób Nieznanego Żołnierza. W piątym opowiadaniu pałacu już nie ma, ale na miejscu, gdzie był, gromadzą się ludzie, żeby wysłuchać pamiętnych słów Jana Pawła II…


Jej lektura stała się dla mnie przyczynkiem do zastanowienia się, jak ja sama widzę miejsce, o którym ona opowiada. W czasach mojego dzieciństwa i młodości Plac Zwycięstwa* był wielkim pustym wygonem rozciągającym się między hotelem Victoria a tyłem Teatru Wielkiego. Hulał po nim wiatr, a na skraju Ogrody Saskiego stała resztka kolumnady z Grobem Nieznanego Żołnierza i czasem równym krokiem maszerowała tamtędy zmiana warty. Na uroczystościach oficjalnych, które się przy nim odbywały, nie bywałam. Mszę papieską w 1979 roku oglądałam w telewizji. Przez długie lata było to dla mnie miejsce, przez które się przechodziło, a nie takie, które było celem. Zmieniło to się dopiero w pierwszej dekadzie XXI wieku. Najpierw powstał budynek Metropolitan projektu Normana Fostera i plac stał się nieco mniejszy. Potem zaczęliśmy tam przychodzić 1 sierpnia, żeby (z roku na rok w coraz liczniejszym towarzystwie) śpiewać piosenki powstańcze.
Niedawno zobaczyłam kronikę filmową z sierpnia 1957 roku. To była trzynasta rocznica wybuchu Powstania Warszawskiego, ale pierwsza obchodzona oficjalnie. Patrzyłam na stojących tam, własnie w tym miejscu powstańców i zastanawiałam się, co przeżyli przez te lata (niektórzy zapewne całkiem niedawno wyszli z więzień), co myśleli patrząc na tę pustkę dookoła (przecież pamiętali Warszawę przedwojenną) i co czuli słysząc podczas apelu poległych, że ich towarzysze broni zginęli, aby żyła Polska Rzeczpospolita Ludowa…

Myślę sobie o tym, że obecne pierwszosierpniowe śpiewanki to część tego, o co oni w Powstaniu walczyli – żeby kolejne pokolenia mogły w swoim mieście tworzyć wspólnotę, na przykład po to, żeby razem śpiewać.

Po lekturze „Okien Pałacu Saskiego” odczuwam smutek – nie z powodu, tego co w niej przeczytałam i bynajmniej nie dlatego, że jest to książka kiepska. Wręcz przeciwnie – szkoda mi tego, że jest, a jakby jej nie było…

Szkoda wysiłku Autorki i Ilustratora, którzy stworzyli książkę piękną i ciekawą, która z jakichś niezrozumiałych dla mnie przyczyn nie może dotrzeć do czytelników. Szkoda funduszy, które wydano na to, żeby się ukazała, mimo że jej znaleźć nie można. I żal, że nie wydarzą się różne rzeczy, które mogłaby ona wywołać – wycieczki i spacery, rozmowy oraz opowieści także o innych sprawach, które się z tym miejscem wiążą. Warszawa jest jak palimpsest, a ta książka mogłaby pomóc odkryć niektóre jego warstwy.

*wcześniej: Saski, Marszałka Piłsudskiego, SachsenPlatz, Adolf HitlerPlatz, po wojnie znowu krótko Saski, a potem Zwycięstwa, a od 1990 roku – Piłsudskiego

Zuzanna Orlińska „Okna Pałacu Saskiego”, ilustr.: Mikołaj Kamler, wyd.: Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego, Warszawa 2022

Bury i Bary. Wilk z lasu i pies ze schroniska

Bury i Bary. Wilk z lasu i pies ze schroniska

Książka nagrodzona w konkursie literackim PLANETA IZABELIN 2025 !!!

Kiedy tegoroczny werdykt konkursu PLANETA IZABELIN był już gotowy do ogłoszenia, zorientowaliśmy się, że z trzech nagrodzonych książek dwie nie tylko są o psach, ale także obie rozpoczynają się w schronisku.

W dodatku – mają tytuły, które mogą stanowić pewien problem. Uważacie, że przesadzam? To spróbujcie powiedzieć szybko „Raz, dwa, psy cztery” ! Jakoś tak jest, że po raz, dwa mając w perspektywie cztery odruchowo mówimy trzy, prawda ? Przekonałam się o tym, kiedy ogłaszałam wyniki konkursu na uroczystości w Centrum Kultury Izabelin 😉

Z drugą z nich problem mam taki, że trudno mi zapamiętać kolejność, w jakiej imiona bohaterów występują w tytule. Zawsze muszę sprawdzić, czy jest to „Bury i Bary” czy może jednak „Bary i Bury”?


Gdzie ja jestem? Gdzie jest mama? Co to za dziwny zapach? Zimno mi! Jestem głodny! Chcę do maaamyyyy! – piszczał Bary. Zupełnie nie wiedział, co się dzieje, kiedy obudził się w zimnym kartonie po butach pod drzwiami schroniska…


Bury wcale nie musiał wołać mamy, bo była zawsze przy nim, w wilczej jamie wywróconego przez wiatr drzewa…

„Bury i Bary. Wilk z lasu i pies ze schroniska” to, można powiedzieć, żywoty równoległe. Tytułowych bohaterów poznajemy na samym początku ich życia, a potem obserwujemy jak rosną. Pierwszy – w swojej wilczej rodzinie, pod opieką rodziców uczy się żyć w świecie, w którym największym wrogiem jest człowiek. Drugi – w schronisku pod opieką ludzi, którzy go karmią, dbają o niego i znajdują mu zastępczą jamniczą mamę. Potem zabierają go stamtąd do swojego domu Kasia i Robert. Odtąd to będzie jego dom i jego rodzina, połączy ich niezwykła więź.

Podobnie jak proste równolegle nigdy się nie przetną, tak ich drogi nigdy się nie skrzyżowały. Tylko raz poczuli się i zobaczyli z daleka.

Wśród nagrodzonych przez nas w tym roku tytułów „Bury i Bary” to książka adresowana do czytelników najmłodszych – takich na samym początku samodzielnej przygody z książkami. Powiedziałabym, że nadaje się dla każdego, kto jest ją w stanie sam przeczytać, ale jednak nie zostawiałabym dziecka z nią zupełnie samego.

Historia wilka z lasu i psa ze schroniska opowiedziana jest tam od ich narodzin do śmierci, która przecież jest nieuchronnym końcem każdego życia. Zarówno Bary, jak i Bury dożyli dni swoich otoczeni przez swoje rodziny. Ponieważ zwierzęta żyją krócej od nas, więc takie pożegnanie (oraz doświadczenie starości) wpisane jest w każdą relację z psem, kotem i innym domowym pupilem. Tak też jest to tutaj opisane – jako coś nieuchronnego, ale naturalnego.

Na ostatniej okładce możemy przeczytać: Książka uwrażliwia dziecko na świat zwierząt – tych oswojonych i tych dzikich – i uczy właściwej postawy wobec nich. W przypadku dzieci z Izabelina i okolic, które mieszkają na skraju Puszczy Kampinoskiej to szczególnie ważne. Przechadzające się po izabelińskich ulicach łosie, sarny czy dziki nikogo tu nie dziwią. W okolicy żyją też wilki i spotkanie z nimi jest także prawdopodobne, więc nauka o tym, że nie można ruszać znalezionych na szlaku zwierząt, którą z tej książki wyniosą czytelnicy, na pewno się przyda.

Aleksandra Struska-Musiał „Bury i Bary. Wilk z lasu i pies ze schroniska”, ilustr.: Marta Rydz-Domańska, wyd.: Wydawnictwo Bis, Warszawa 2025

Raz, dwa, psy cztery

Raz, dwa, psy cztery

Książka nagrodzona w konkursie literackim PLANETA IZABELIN 2025 !!!


W tym konkursie, w którego jury miałam przyjemność zasiadać po raz drugi, szukamy pięknie wydanych, wartościowych książek nawiązujących do przyrody i ekologii. Chcemy wyjść naprzeciw potrzebom literackim młodych ludzi, inspirować i wspierać czytające dzieci oraz młodzież w wieku 7–13 lat. (cytat ze strony konkursu)


„Raz, dwa, psy cztery” to książka, którą w największym skrócie opisałabym jako powieść łotrzykowską z trudnym do wymówienia tytułem, z psami w roli głównej oraz z duszoszczipatelnym (jak mówiła moja Mama) finałem. Znakomicie wpisała się w profil naszego konkursu – psy to przecież też część świata przyrody. W dodatku są to ci jego przedstawiciele, z którymi dzieci (niezależnie od tego, gdzie mieszkają) mają do czynienia najczęściej.

Agnieszka Elbanowska od pierwszej sceny potrafi przyciągnąć uwagę czytelników. Dzieje się tam dużo – bywa śmiesznie, bywa emocjonująco, bywa trochę smutno, ale ani przez chwilę nie jest nudno.

Szarlota, Jupi, Kundzia i Dżordż – czwórka psich bohaterów to postaci bardzo dobrze wymyślone. Różnią się nie tylko wyglądem. Mają swoje wyraziste charaktery i swoje historie, a w nich różne problemy, doświadczenia, wspomnienia i marzenia. Najpierw połączył ich wspólny boks w schronisku, a potem, kiedy już stamtąd uciekli, okazało się, że nie potrafią się ze sobą rozstać.

To, co wymyśliła dla nich Autorka, skojarzyło mi się z psimi filmami Disney’a, które bardzo lubiłam oglądać z córkami. Jest tam trochę z atmosfery „Zakochanego kundla” (choć tu zakochany jest akurat jamnik), a trochę ze „101 dalmatyńczyków”, ale zakończenie…

No właśnie – zakończenia nie chcę zdradzać, więc powiem tylko, że w całej tej ciut zwariowanej historii chodzi tak naprawdę o to, że niezależnie od swojego wieku ludzie potrzebują psów, a psy – ludzi. Tym, co jest im (i ludziom, i psom) najbardziej potrzebne jest bliskość i dotyk – dotyk, który przekazuje ciepło, akceptację i życzliwość, łagodzi ból, przepędza lęk i samotność, dotyk, który daje poczucie bezpieczeństwa.

Dynamiczna komiksowa kreska, zastosowana tym razem przez Nikę Jaworowską-Duchlińską bardzo pasuje do klimatu tej historii. Warto dodać, że w zeszłym roku wśród książek nagrodzonych w Planecie Izabelin też znalazła się książka z jej ilustracjami, ale były one zupełnie inne – malarskie i nastrojowe. Jestem bardzo ciekawa, jakie (i przez kogo ilustrowane) tytuły trafią do nas w przyszłym roku 😉

Agnieszka Elbanowska „Raz, dwa, psy cztery”, ilustr.: Nika Jaworowska – Duchlińska, wyd.: Wydawnictwo Bis, Warszawa 2025

Felusia

Felusia

„Dziura w płocie” i „Pomarańczowe kalosze w lwy” czyli dwie pierwsze części nowego cyklu, w którym życie bohaterki o sympatycznym imieniu Felusia opisuje Katarzyna Wasilkowska, a wizualizuje je Jona Jung.

To zdjęcie zrobiłam sama na własnym płocie (choć bez dziury), wszystkie pozostałe pochodzą ze strony Wydawnictwa Bajka.

Na ogół podoba mi się to, co pisze Katarzyna Wasilkowska i dlatego posiada ona w moim Małym Pokoju swoją własną półkę z książkami całkiem słusznych rozmiarów. Niewiele jest dłuższych 😉 Stoją na niej i tytuły dla nastolatków, i dla młodszych czytelników – takich 6+. Teraz stawiam tam cykl z bohaterką jeszcze młodszą – książki o Felusi przeznaczone są dla jej rówieśników, a więc dzieci zaczynających dopiero karierę przedszkolną.

Przyznam, że na początku miałam pewien problem związany z jej imieniem. Wśród bohaterek opisywanych tu przeze mnie książek jest już jej imienniczka, tylko używająca innego zdrobnienia – to Felcia z autorskiej książki Pawła Pawlaka. Choć nadal zdarza mi się je pomylić i nazwać Felusię Felcią, cieszę się, bo może dzięki tym bohaterkom to imię stanie się znów modne? Ma przecież taki piękny źródłosłów – pochodzi od łacińskiego słowa felix czyli szczęśliwy, a mody związane z imionami zmieniają się często i zaskakująco.

Ten cykl to proste historie z codziennego życia trzylatki. Nie dzieje się tam nic nadzwyczajnego – ot, po prostu zwykłe zakupy, spacer przez park, zabawy w ogródku czy poznanie nowej sąsiadki zza płota (z dziurą)

W historyjkach o Felusi dziecko odnajduje swój świat, a w małej bohaterce rozpoznaje własne zachowania i emocje: radość, ciekawość, fantazję, ale też nieśmiałość, złość, frustrację czy strach. Czytanie o Felusi wycisza, łagodzi stres i napięcie – czytamy na okładce.

No właśnie – napięcie. Bardzo dużo jest go w naszym życiu, szczególnie kiedy mamy małe dzieci. Tymczasem tutaj go wcale nie ma – dzięki Mamie dziewczynki (Taty na razie nie poznaliśmy). W obu tych historiach jest potencjalna przestrzeń na stres i napięcie, ale jakoś udaje jej się ich uniknąć.

W historii poznania nowej sąsiadki bardzo podoba mi się brak presji wywieranej na dziewczynki. Nie ma tam namawiania ich, żeby się przywitały, bawiły razem czy… cokolwiek 😉 Po prostu mają czas, żeby pomału przełamać swoją nieśmiałość.

Historia z kaloszami przypomniała mi pewne rodzinne spotkanie wiele lat temu, kiedy byłam mała. Przyjechał wtedy z Australii dawno niewidziany kuzyn Mamy z żoną i córeczką w moim wieku. Kiedy o umówionej porze stanęli w drzwiach, wujek trzymał na ręku dziewczynkę… ubraną w płaszcz kąpielowy (dodam, że pogoda była podobna jak teraz 😉 ). Na zdziwienie mojej Mamy: dlaczego ona jest w szlafroku?, Wujek odpowiedział spokojnie: bo nie chciała się ubrać. Mając w perspektywie awanturę z dzieckiem, jego histerię oraz prawdopodobne spóźnienie, wybrali szlafrok. A Georgina, widząc, że ja jestem w sukience, bez problemu dała się ubrać w swoją i spędziłyśmy potem miły czas, mimo braku wspólnego języka. Jakoś sobie poradziłyśmy na migi 😉

Z podobnych powodów mama Felusi nie protestuje, kiedy córeczka chce iść na spacer w kaloszach, mimo że pogoda sugerowałaby raczej sandałki. Rozumie, dlaczego ona tak woli i kompletnie jej nie przeszkadzają komentarze przechodzących pań. Nie znaczy to jednak, że pozwala Felusi na wszystko, widzimy to w sklepie…

Ten cykl to nie tylko historie dla przedszkolaków, jest w nich, można powiedzieć, drugie dno. Myślę, że rodzice, czytając je z dziećmi, mogą się wiele nauczyć od mamy Felusi. Znajdziemy tam lekcje o tym, że nie warto się przejmować tym, co ludzie powiedzą, natomiast bardzo ważne jest, żeby rozumieć swoje dziecko. Oraz – żeby dać mu czas i przestrzeń na to, aby samo zrozumiało swoje potrzeby. A potem wystarczy już tylko porozumiewawczy uśmiech 🙂

Czekam z nadzieją i niecierpliwością na kolejne tomy tego cyklu !!!

Dziękuję Wydawnictwu Bajka za egzemplarze recenzenckie oraz zgodę na wykorzystanie zdjęć pochodzących z ich strony!!!

Felusię na tych zdjęciach (wraz z kaloszami w lwy) wykonała Kasia Budyś czyli —>>>budka24.pl 🙂 Potrafi ona zrobić absolutnie wszystko!!! Dziełem jej rąk (i szydełka) jest także moja ukochana Bromba, którą możecie zobaczyć —>>>tutaj

Katarzyna Wasilkowska „Felusia. Pomarańczowe kalosze w lwy”, ilustr.: Jona Jung, wyd.: Bajka, Warszawa 2026

Katarzyna Wasilkowska „Felusia. Dziura w płocie”, ilustr.: Jona Jung, wyd.: Bajka, Warszawa 2026

PLANETA IZABELIN 2026

PLANETA IZABELIN 2026

Już drugi raz…

wydarzyło się wszystko, o czym tu będę pisać, a więc:

  • nagroda PLANETA IZABELIN (o jej poprzedniej edycji pisałam —>>>tutaj) została poświęcona wyłącznie książkom dla młodych czytelników;
  • miałam zaszczyt i przyjemność uczestniczyć w pracach jej jury i ponownie zostałam wybrana jego przewodniczącą;
  • przy Strefie Zaczytania (czyli bibliotece szkolnej w Izabelinie) powstało także jury dziecięco-młodzieżowe, które całkowicie niezależnie od nas przyznało własną nagrodę;
  • jury dziecięco-młodzieżowe wybrało jedną z książek nagrodzonych także przez nas !!! Oto one:

Oto one:

Agnieszka Elbanowska „Raz, dwa, psy cztery”, ilustr.: Nika Jaworowska-Duchlińska, wyd.: Wydawnictwo BIS, Warszawa 2025

Aleksandra Struska-Musiał „Bury i Bary. Wilk z lasu i pies ze schroniska”, ilustr.: Marta Rydz-Domańska, wyd.: Wydawnictwo BIS, Warszawa 2025

oraz podwójnie !!!

Wit Szostak „Wylinka”, ilustr.: Aleksandra Krzanowska, wyd.: Powergraph, Warszawa 2025

Już drugi raz dochodzę także do wniosku, że najfajniejszą częścią tego konkursu jest właśnie jury dziecięco-młodzieżowe, mimo że nagroda, którą przyznają, jest pozaregulaminowa. Mam nadzieję, że także w przyszłym roku uda się zebrać grono osób chętnych do do pracy w nim.

Z radością patrzyłam na ich entuzjazm, podziwiałam zapał, z jakim czytali zgłoszone do konkursu książki oraz zaangażowanie, z jakim o nich dyskutowali (a raczej – dyskutowały, bo w tym roku do pracy w jury zgłosiły się same dziewczęta). Mimo że oba gremia jurorskie obradowały i podejmowały decyzje zupełnie autonomicznie, przyznam, że z ciekawością nasłuchiwaliśmy wieści o tym, co czytają najchętniej i co mówią o przeczytanych książkach.

Już drugi raz werdykt młodego jury był dla nas zaskoczeniem, ale takim pozytywnym – dającym do myślenia i zmuszającym do zweryfikowania opinii. W zeszłym roku ich (i nasz) wybór padł na „Puszczę. Opowieści karpackich buków” Joli Richter-Magnuszewskiej. Napisałam wtedy: Ich werdykt świadczy nie tylko o tym, że dobrze wybraliśmy, ale przede wszystkim o tym, że warto tworzyć rzeczy mniej oczywiste, mniej krzykliwe, ale za to piękne, bo czytelnicy potrafią to docenić.

W tym roku jurorki wybrały „Wylinkę” Wita Szostaka – książkę, co do której miałam wątpliwości, czy może podobać się czytelnikom niedorosłym. Wiadomość o werdykcie młodego jury oraz spotkanie z nimi na uroczystości ogłoszenia wyników zmusiły mnie do zmiany opinii. Niekłamany entuzjazm, z jakim opowiadały to tym, jak bardzo podobała im się ta książka, robił wrażenie 🙂 Szczególnie podobała im się atmosfera tej historii, powolne odkrywanie zawartej w niej tajemnicy oraz to, że (cytuję z pamięci:) trzeba się było samodzielnie domyślić, o co w tym wszystkim chodzi, nie było to wyjaśnione za szybko, tak kawa na ławę… Muszę w związku z tym przyznać, że się pomyliłam i jest to historia także dla dzieci (a raczej nastolatków).

Bardzo jestem ciekawa, jaki będzie ich wybór w przyszłym roku !!!

P.S. Pozostałe dwie nagrodzone w tym roku książki niebawem staną na półkach Małego Pokoju z Książkami – obiecuję !!! Na razie mówiłam o nich w radiowej audycji „Literatura na weekend” —>>>tutaj

Rita i koń

Rita i koń


Dziś spróbuję napisać o tym, jaki mam problem z ostatnią edycją akcji „Mała książka – wielki człowiek” organizowanej przez Instytut Książki i zrobię to na przykładzie jednej z trzech nagrodzonych w niej książek.

„Mała książka – wielki człowiek” to program bookstartowy, który organizowany jest od ośmiu lat (a wcześniej w nieco innej formule) na trzech poziomach wiekowych – dla noworodków (książki rozdawane na oddziałach położniczych), dla przedszkolaków (program realizowany przez biblioteki publiczne) i dla pierwszoklasistów (przez szkoły). W poprzednich latach były to zamawiane specjalnie na potrzeby tej akcji książki znanych i uznanych twórców, na przykład Wojciecha Widłaka, Ewy i Pawła Pawlakow, Elżbiety Wasiuczyńskiej czy Iwony Chmielewskiej. W zeszłym roku zmieniono zasady, na jakich się ona odbywa – zorganizowano konkurs dla wydawnictw i wybrano po trzy książki na poziomach drugim i trzecim

Te dla przedszkolaków już od kilku miesięcy są w bibliotekach publicznych, które biorą udział w tym programie. Żadna z nich nie wywołała mojego zachwytu, a najbardziej in minus zaskoczyła mnie autorska książka Marty Kopyt „Rita i koń” (Wydawnictwo Muchomor).

Pierwszym, co zwróciło moją uwagę, kiedy wzięłam ją do ręki i zaczęłam przeglądać, było uderzające podobieństwo do powieści Sylwii Stano „Chłopiec z ulicy Niepoprawnej i czarny kucyk” wydanej w 2024 roku przez wydawnictwo Hokus Pokus (druga część ukazała się rok później). Obie te książki mają tytuły zbudowane według schematu: główny bohater – i – zwierzę kopytne (kucyk i koń). W obu tytułowe zwierzęta są czarne z jednym białym dodatkiem. U kucyka jest to łatka na czole, a u konia – białe futerko nad jedną nogą (…) jakby nosił skarpetkę albo bandaż (pomińmy kwestię, że ta łatka znajduje się nie nad nogą, ale nad kopytem 😉 ). Obie historie zaczynają się w ten sposób, że rano w domu bohatera/ki i narratora/ki pojawia się owo tytułowe zwierzę kopytne, co nie budzi specjalnego zdziwienia innych domowników. Następnie razem jedzą śniadanie i idą do placówki edukacyjnej (w pierwszej – do szkoły, a w drugiej do przedszkola).

Silne wrażenie podobieństwa obu tych historii wzmacnia też kompatybilność pierwszych ilustracji w obu książkach, ale tu już pozostawiam ocenę czytelnikom. Na kolejnych też jest wiele elementów wspólnych.


Niezależnie od tych podobieństw, „Rita i koń” jest utworem literacko zdecydowanie słabszym niż powieści Sylwii Stano. Czytając ją, odniosłam wrażenie pewnej nieporadności w konstruowaniu akcji, która jest po prostu relacją z całego dnia – od wstania z łóżka do zaśnięcia, takim wyliczeniem po kolei wszystkiego co bohaterka i koń robili. Poza tym nie ma w tej historii nic więcej. Zbyt często środkiem posuwającym akcję do przodu jest słowo potem – w całej książce naliczyłam je 15 razy, pojawia się niemal na co drugiej stronie (z tych, na których jest tekst), a rekord pobiła strona 31, gdzie zostało użyte trzy razy.

Przypomniał mi się ten fragment z „Ziela na kraterze” Wańkowicza, w którym King udzielał Tili lekcji pisania reportażu po ich powrocie z Mazur. Posłuchajcie:

Ale co to – „potem pojechaliśmy, a potem przyjechaliśmy”, a potem znowu pojechaliśmy, a wreszcie nie dopisaliśmy i felieton w koszu umieściliśmy – woła impetycznie King, mnąc pisanie i wrzucając je do kosza. A widząc, że się małej zbiera na płacz: – Przecież nie idziesz na referenta Urzędu Podatkowego, żebyś miała wszystko po kolei opisywać. Cóż to – lekcja, aby zbyć, czy pisanie? Natęż się, panna: nie masz prawa pisać, nim nie wywołasz obrazu. Masz opisywać, a nie referować.

To jest lekcja, której, jak sądzę, zabrakło autorce „Rity i konia”. Samej książce zabrakło także uważnej redakcji, mimo że w stopce redakcyjnej podpisane są pod nią dwie osoby.

Ponieważ jestem w nastroju czepialskim, pozwolę sobie wytknąć jeszcze użycie określenia boksy z kibelkami w kontekście przedszkolnych toalet, bo bardzo mnie ono w oko zakłuło. Przede wszystkim dlatego, że słowo kibel kojarzy mi się więziennie i nawet w wersji zdrobniałej nie bardzo pasuje w książce dla dzieci. Ale nawet jeśli pasuje, to przecież nie trzy razy w jednym akapicie!!! To urządzenie sanitarne można opisać kilkoma synonimami, język polski jest bogaty. Podobnie mam ze słowem sikać, użytym w różnych formach pięć razy w dwóch następujących po sobie akapitach.

Po przeczytaniu wszystkich trzech nagrodzonych w tym konkursie książek, z których żadna mnie nie zachwyciła, zastanawiałam się, jak to się mogło stać, że grono jurorskie składające się z osób, które naprawę są znawcami tematyki literatury dla dzieci, nagrodziło utwory tak słabe i (jak widać na przykładzie „Rity i konia”) niedopracowane??? Co się stało???

Po zapoznaniu się z regulaminem konkursu zrozumiałam, że oni tych książek w ogóle nie widzieli !!! A nie widzieli dlatego, że one wtedy jeszcze nie istniały.

Paragraf 2 regulaminu głosi: Celem konkursu (zwanego dalej także: naborem) jest wyłonienie przez Instytut Książki trzech najlepszych koncepcji książki skierowanej do dzieci w wieku od 4 do 6 lat oraz ich rodziców i opiekunów. Stworzone w ramach naboru koncepcje książki powinny być wzorcowymi propozycjami (pod względem treści i formy) wprowadzającymi dziecko w świat literatury i zachęcającymi rodziców do czytania, pokazując że wspólna lektura może być okazją do wzajemnej bliskości i lepszego zrozumienia się.

Komisja dokonywała wyboru (nieistniejącej jeszcze) książki, która miała być opublikowana w ogromnym nakładzie za pieniądze publiczne, na podstawie ogólnej koncepcji tekstu literackiego (skryptu), którego objętość nie powinna przekraczać 1800 znaków ze spacjami oraz portfolio ilustratora, który ma zostać zaangażowany do zilustrowania tekstu (par. 3 pkt 1 regulaminu). Dla osób, które nie zajmują się na co dzień pisaniem, wyjaśniam – 1800 znaków to jest jedna strona tekstu (w czasach, w których zaczynałam działalność redakcyjną nazywało się to stroną znormalizowanego maszynopisu). Sam tekst do publikacji miał liczyć 18 tysięcy znaków, więc na jednej stronie mógł się znaleźć tylko bardzo ogólny zarys przyszłej książki.

Regulamin mówi dalej, że: Komisja dokona oceny projektów, kierując się celami niniejszego regulaminu i następującymi kryteriami: 1) adekwatnością projektu do wieku odbiorcy, 2) jakością artystyczną, 3) oryginalnością koncepcji, 4) walorami artystycznymi ilustracji i ich doborem do tekstu literackiego, 5) komunikatywnością założeń projektu. (par.5 pkt.11)

Ocenianie czegoś, co jeszcze nie istnieje, na takich podstawach, ma walory wróżenia z fusów albo rzucania kostką. Naprawdę trudno jest przewidzieć efekt końcowy współpracy nawet doświadczonych twórców, a jednak w tym przypadku musi się on skończyć publikacją. I to publikacją w ogromnym (jak na realia polskiego rynku książki) nakładzie sfinansowanym ze środków publicznych.

Nasuwa się pytanie – czy pisząc tego blurba dyrektor Instytutu Książki opierał się na tekście „Rity i konia” czy jedynie na jego ogólnej koncepcji?

Im dłużej myślę o założeniach tej akcji, tym więcej mam wątpliwości. Kolejną budzi punkt regulaminu mówiący o tym, że tekst konkursowy powinien być tekstem premierowym, do tej pory nigdzie nie publikowanym. Agnieszka Rasińska-Bóbr, wicedyrektor Instytutu Książki ds. programowych tak to wyjaśniała w wywiadzie, którego udzieliła Bibliotece Analiz: Zgodnie z założeniami, celami i regulaminem stawialiśmy na książki premierowe z nowymi bohaterami, licząc, że konkurs odegra także rolę kulturotwórczą, że w jego wyniku powstaną książki, które być może bez takiego wsparcia by się nie ukazały.

Wydaje mi się, że konkurs powinien skupić się na swoim podstawowym celu, jakim jest dostarczenie dzieciom i ich opiekunom książek, które będą zachętą i wprowadzeniem w świat literatury. W warunkach ogromnej nadprodukcji nowych tytułów na rynku księgarskim (nie tylko dziecięcych i nie tylko w Polsce) naprawdę nie trzeba wspierać powstawania kolejnych, których główną wartością jest to, że są nowe. Dla kilkulatka nie ma większego znaczenia, czy książka jest nowością, czy już się kiedyś ukazała. Podobnie dla jego rodziców, których przygoda z tym segmentem literatury zakończyła się ponad 20 lat temu. Dlatego ważne jest przede wszystkim to, żeby wybrać naprawdę wartościowe utwory, a nie kupować kota w worku.

Zastanowiłabym się nad taką zmianą regulaminu, żeby dopuścić do konkursu tytuły, które już się kiedyś ukazały, ale nie udało im się, mówiąc kolokwialnie, przebić na trudnym rynku księgarskim, mimo że na sukces zasłużyły swoją wartością. Sięgnęłam na półki mojego regału, na którym stoją książki, o których tu pisałam i mam taki zestaw propozycji:

„Leon i kotka”, „Nocny Maciek”, „Rynna”, „Żółta zasypianka” i „Bajka o szczęściu”

Zastrzegam, że jest to moja luźna propozycja. Nie wiem, ani jak wyglądają kwestie praw autorskich w przypadku tych tytułów, ani tym bardziej – czy ich autorzy byliby zainteresowani wznowieniem. Kluczem mojego wyboru było to, że chętnie ofiarowałabym te książki znajomym dzieciom, ale niestety nie da się ich już kupić. Te, które są na zdjęciu, czekają na moją wnuczkę 😉 Wszystkie mają piękne teksty i znakomite ilustracje, a ukazały się dość dawno i w tak niewielkich nakładach, że szansa na to, że znają je obecne przedszkolaki, jest minimalna.

To oczywiście nie wyklucza też szukania nowych propozycji, ale dobrze byłoby, gdyby jury mogło oceniać efekt końcowy czyli gotowy projekt książki, a nie jednostronicową koncepcję oraz zgodność nieistniejącego tekstu z nieistniejącymi ilustracjami. Zbyt ważny jest cel tej akcji i zbyt duże publiczne pieniądze są w nią angażowane, żeby można było sobie pozwolić na taką niestaranność na etapie wyboru.

P.S. Dziękuję Bibliotece Publicznej w Ożarowie Mazowieckim za umożliwienie mi przejrzenia i sfotografowania książek!!!

P.S. kolejny z 12.08.2026 – dodam jeszcze, że na ten temat wypowiedziały sie także: Ewelina Szyszkowska —>>>tutaj , Małgorzata Cackowska —>>>tutaj oraz Alicja Mazan-Mazurkiewicz —>>>tutaj

Zachęcam również, do zapoznania się z dyskusją, którą ten wpis wywołał na moim fanpage’u na FB —>>>tutaj

Marta Kopyt (tekst & ilustr.) „Rita i koń”, wyd.: Instytut Książki, Kraków 2025

Sylwia Stano „Chłopiec z ulicy Niepoprawnej i czarny kucyk” ilustr.: Patricija Bliuj-Stodulska, wyd.: Hokus-Pokus, Warszawa 2024

Melchior Wańkowicz „Ziele na kraterze”, wyd.: Instytut Wydawniczy PAX, Warszawa 1971 (s.148)