Wybór wierszy Natalii Usenko

Wybór wierszy Natalii Usenko

Kiedy moje córki były małe, a wybór książek na rynku był bez porównania mniejszy niż teraz, do ich ulubionych należały takie małe, kwadratowe, sztywnostronicowe, a każda zawierała jeden wiersz. Wydawało je chyba wydawnictwo Wilga, ale tego nie jestem pewna, a nie udało mi się teraz znaleźć tej informacji. Ilustracje miały… mówiąc oględnie – takie sobie, ale to nie były czasy, w których można było mieć przesadnie wysokie wymagania 😉 Była wśród ich oczywiście klasyka klasyk czyli Konopnicka, Brzechwa i Tuwim, ale także poetki bardziej współczesne, a wśród nich – Dorota Gellner z naszą ukochaną „Piłką”, która do dziś umiem na pamięć oraz Natalia Usenko.

W jej wierszach często pojawiała się rodzina w składzie: Mama, Tata, Kacper i pies Pucek. Ostatnią trójkę najlepiej pamiętam z wiersza „Bałwanki” zaczynającego się od słów Do przedszkola szły przez skwerek trzy bałwany… Te wiersze były takie zwyczajne – sympatyczne i ciepłe, ale bez morału, bez przesłania – można powiedzieć, że w sumie po nic 😉

Teraz po latach, kiedy toniemy wręcz w klęsce urodzaju książek pięknych, wartościowych, mądrych, pełnych wiedzy i niosących głębokie przesłania, dochodzę do wniosku, że bardzo brakuje mi wśród nich takich, które właśnie byłyby po nic. I dlatego z taką radością przyjęłam ten „Wybór wierszy” Natalii Usenko.

Bo powiedzcie – jaką przydatną w szkole wiedzę można wynieść z wiersza o kotku, który uwielbiał patrzeć w księżyc, albo o tycich kosmitach spóźnionych na Zjazd Kosmiczny, albo z mojego ulubionego – Czarodzieju i jego czterech smokach ? Żadną, ale czy to znaczy, że takie wiersze nie są w życiu potrzebne?

Są potrzebne i to jeszcze jak ! Do czego ?

Na przykład do przewietrzenia czasem umysłu bombardowanego wciąż wiedzą konieczną i niezbędną (głównie do tego, żeby zdać egzaminy i skończyć wreszcie szkołę 😉 ).

Są potrzebne do tego, żeby puścić wodze nieprzyzwyczajonej do tego wyobraźni.

I wreszcie – do kompletnie nieutylitarnego poobcowania z pięknem.

Towarzyszące im ilustracje Marianny Jagody bardzo dobrze wpisują się w ten klimat i znakomicie go współtworzą. Są trochę baśniowe, trochę naiwne, trochę zwariowane i po prostu piękne.

Warto wejść w ten świat – tak po prostu po nic. Spróbujcie tylko, a zobaczycie, jakie to przyjemne 🙂

Natalia Usenko „Wybór wierszy”, ilustr.: Marianna Jagoda, wyd.: Wydawnictwo Olesiejuk, Ożarów Mazowiecki 2022

Maja i przyjaciele

Maja i przyjaciele

„Maja i przyjaciele” to książka dwujęzyczna, do czytania z dwóch stron – po polsku i ukraińsku.

Na okładce wydawnictwo umieściło informację:

Zysk ze sprzedaży książki przeznaczamy na pomoc dzieciom z Ukrainy, wspierając działalność Stowarzyszenia SOS Wioski Dziecięce

… i na tym w zasadzie kończą się dobre rzeczy, które mogę o niej powiedzieć.

„Maja i przyjaciele” to książka, z którą mam problem.

Nie żałuję tego, że ją kupiłam. Jest cegiełką na słuszny cel, nie była to też jedyna podobna zbiórka, w której wzięłam udział. Po jej przeczytaniu zadałam sobie jednak pytanie – czy sama słuszność celu, w jakim ją wydano, wystarczy ? Czy wątpliwości, jakie budzi we mnie jej zawartość, są równoznaczne z kwestionowaniem tego celu ?

Mój problem z tą publikacją polega na tym, że nie znajdziemy w niej tego, co sugeruje poprzedzający polskie wydanie wstęp autorki, który pozwolę sobie obszernie zacytować:

Książkę, którą trzymacie w dłoniach, o różnych dzieciach z różnych ukraińskich rodzin, pisałam w 2017 roku, kiedy Krym był zaanektowany, a część obwodów donieckiego i ługańskiego tymczasowo okupowała Federacja Rosyjska.

Ten tekst piszę z kolei w korytarzu, gdzie chowamy się z mamą, która jako dziecko przeżyła II wojnę światową, i psem, bo nad kijowskim niebem rozbrzmiewa kolejny alarm rakietowy…

Wyobrażam sobie, że ktoś z klasy Mai modli się teraz w schronie przeciwlotniczym, ktoś inny chce tylko, żeby tacie nic się nie stało, a mama wróciła z patrolu policyjnego, ktoś siedzi w autobusie ewakuacyjnym, a wcześniej tydzień pod bezlitosnym ostrzałem, bez ciepła, wody, światła i jedzenia tulił się do mamy. Ktoś nie rozumie, dlaczego w jego mieście porządki zaprowadzają wrodzy wojskowi, a ktoś już stracił bliską osobę. Jeszcze ktoś inny ponad pięć dób docierał do granicy, za którą znalazł pomoc i schronienie, i teraz płacze zawinięty w koc, połyka słodki batonik i mówi po polsku „dziękuję”. (…)

Wojna zawsze jest przeciwko dzieciom. I tym tekstem chcę krzyczeć o tym, że dzieci z mojego kraju potrzebują międzynarodowej ochrony, dzieci z mojego kraju mają prawo do teraźniejszości i przyszłości nie w oblężeniu, nie pod okupację, nie w schronach przeciwbombowych pod ostrzałem, a w domach kochających rodzin na Ukrainie.

Świat musi to zrozumieć.

Po przeczytaniu tego wstępu spodziewałam się, że dalej znajdę opowieść o tytułowych dzieciach z klasy Mai, o ich życiu przed wojną i o tym, jak zmieniło się ono po jej wybuchu. Nie znalazłam tam tego, bo tak naprawdę nie o tym jest ta książka. A o czym ?

Przypomniał mi się teraz stary dowcip żydowski, w którym ktoś poprosił rabina o to, żeby streścił Talmud stojąc na jednej nodze. Ten stanął i powiedział: Nie czyń drugiemu, co tobie niemiłe. Reszta to tylko komentarze 😉 Gdybym miała w ten sposób streścić „Maję i przyjaciół” wystarczyłoby przywołać blurba, który znajduje się na okładce w pionowym, fioletowym pasku i raczej nie da się go odczytać, jeśli się ją kupuje przez internet:

Nie ma znaczenia, czy jesteś częścią małej, czy wielkiej rodziny, czy łączą was więzy krwi, czy nie oraz ile mam lub tatusiów. Najważniejsze jest to, by się wzajemnie kochać i szanować. To prawdziwe wartości, o nich jest ta książka.

Reszta to tylko rozwinięcie 😉

Można powiedzieć, że „Maja i przyjaciele” to lista obecności jednej (czy typowej ?) ukraińskiej klasy wraz z opisem rozmaitych sytuacji rodzinnych jej uczniów.

Podsumowując te sytuacje: poza Mają, Sofijką pierwszą i Solomiją, których sytuacja już na etapie poczęcia była nietypowa, w klasie jest 14 dzieci. U dwojga z nich jedno z rodziców nie żyje, więc można powiedzieć, że na ich sytuację rodzinną wpłynęła siła wyższa. Z pozostałej dwunastki tylko troje ma pełną rodzinę i mieszka ze swoimi biologicznymi rodzicami, reszta żyje w rozmaitych niepełnych i paczworkowych kombinacjach rodzinnych. Nie wiem, jak to przed wojną wyglądało na Ukrainie statystycznie, ale 75% niepełnych rodzin to chyba jednak trochę dużo nawet jak na kraj postsowiecki ?

Kiedy czytałam ją po raz pierwszy, zdziwiło mnie to, że klasa Mai liczy tylko 17 dzieci. Potem jednak doszłam do wniosku, że po prostu autorce wyczerpały się pomysły na nietypowe konfiguracje rodzinne. Z trójki wychowywanej w pełnych rodzinach – Taja ma adoptowanego brata, Rajis jest Tatarem z Krymu, a Petro – Romem, więc ich rodziny są też w jakimś stopniu inne. Trudno jednak powiedzieć, od czego inne, skoro nie ma tam żadnej rodziny nazwijmy to zwyczajnej (żeby nie użyć słowa normalnej). W całej tej klasie tylko dwoje dzieci zostało dotkniętych przez wojnę – Sofijka trzecia, która przyjechała z mamą z Ługańska, a jej tata zniknął podczas wojny oraz Rajis, który stracił swój dom na Krymie.

Żeby była jasność – nie mam nic przeciwko rozmawianiu z dziećmi o nietypowych rodzinach oraz o in vitro, ale w książce, która sugeruje, że opowiada o wojnie, szukam czego innego. Zwłaszcza teraz, kiedy temat jest tak aktualny. Poza tym – takie książki już na polskim rynku wydawniczym są, na przykład ta

Widzę w „Mai i przyjaciołach” pewną wewnętrzną sprzeczność. Jeśli rzeczywiście nie ma znaczenia, czy jesteś częścią małej, czy wielkiej rodziny, czy łączą was więzy krwi, czy nie oraz ile mam lub tatusiów , to czemu dzieci w tej książce są opisywane niemal wyłącznie poprzez swoje sytuacje rodzinne ? Poza tym dowiadujemy się o nich niewiele, drobiazgi typu: monobrew u Rajisa najczęściej mieszczą się w jednym zdaniu. Nie jestem również pewna, czy dzieciom z klasy potrzebne są aż takie szczegóły dotyczące poczęcia ich koleżanek, jakie podane są w przypadku Sofijki i Solomii ? Skoro to są takie dzieci jak my wszyscy ? Bo przecież są !

W tej książce najbardziej brakuje mi… dzieci. Wbrew tytułowi jest ona bardziej o dorosłych. Więcej dowiadujemy się o ich problemach zdrowotnych, orientacji seksualnej i problemach, jakie mają sami ze sobą, a z którymi muszą mierzyć się ich dzieci, niż o tym, czym one same żyją poza tym.

Co lubią robić bez dorosłych ? Kto się z kim przyjaźni, a kto kogo nie lubi i dlaczego ? O czym marzą i czego się boją ?

Szkoda, że tego nie ma w tej książce i że żadnego z jej bohaterów nie możemy zapamiętać ze względu na niego samego.

Szkoda też, że tak mało jest w niej wojny, która na Ukrainie trwa przecież przez całe życie tych dzieci.

Larysa Denysenko (tekst), Masha Foya (ilustr.) „Maja i przyjaciele”, przekł.: Zuzanna Yevtushyk, wyd.: Kropka, Warszawa 2022

Sobowtór

Sobowtór

czyli trzeci (po „Królu myszy” i „Powietrznym żeglarzu”) tom cyklu „Uczeń sztukmistrza”. Dwa pierwsze zostały wyróżnione w konkursie Książka Roku 2021 Polskiej Sekcji IBBY

i nominowane w Plebiscycie Blogerów LOKOMOTYWA 2021 w kategorii: tekst !!!

„Uczeń sztukmistrza” to cykl rozpisany na trzy tomy. W takich sytuacjach najczęściej pierwszy służy zawiązaniu akcji i przedstawieniu głównych jej uczestników. Drugi tom jest takim pomostem miedzy nimi, rozwijającym zaczęte wcześniej wątku, ale tak, aby niczego nie dokończyć, bo na to jest czas dopiero w trzecim. Tak jest także tutaj, choć nie można powiedzieć, że ostatni tom służy wyłącznie zamknięciu wszystkich wątków i rozwiązaniu tajemnic. Jest w nim coś jeszcze, ale o tym potem.

Pierwszego stycznia roku 1807 wjechały do Warszawy dwie osobistości. Około godziny ósmej wieczorem pojawił się Napoleon Bonaparte. Cesarz Francuzów i król włoski w asyście oddziału mameluków stanął na Zamku Królewskim, gdzie powitał go przybyły nieco wcześniej jego brat Hieronim i książę Bergu, Joachim Murat. Stolica, która oczekiwała wielkiego wodza już od poprzedniego dnia, przyjęła go odświętną iluminacją.

Pół godziny później na praskim brzegu zatrzymał się Marcin Zięba…

Akcja „Sobowtóra” toczy się na dwóch planach czasowych. Pierwszy rozpoczyna się właśnie w pierwszym dniu 1807 roku i służy przede wszystkim domknięciu wątków rozpoczętych w poprzednich tomach. W misternie splecioną intrygę poszukiwań Wielkiej Pieczęci Francji mniej lub bardziej bezpośrednio wciągnięci zostają wszyscy bohaterowie, których poznaliśmy w poprzednich częściach – zarówno ci, którzy istnieli naprawdę (jak Antoni Magier czy pisarz i kompozytor Ernst Teodor Amadeusz Hoffmann), jak i ci, których do życia powołała wyłącznie wyobraźnia Autorki. Nie zdradzę oczywiście tego, jak się cała sprawa skończyła, powiem tylko, że dzieje się sporo. Wszystko to (równie misternie !) wpisane jest w realia Warszawy, w której stacjonuje spora część armii francuskiej i powstaje Księstwo Warszawskie (ze swoją armią). Czytając ten tom pomyślałam sobie, że jest on przede wszystkim ilustracją starego powiedzenia mającego zobrazować wszystkie możliwe dopusty Boże czyli jak nie urok to przemarsz wojska…

Jeszcze wyraźniej widać to w drugim planie czasowym, w którym Autorka wybiera się wraz z wieloma swoimi bohaterami na wyprawę moskiewską.

Nie wyobraża pan sobie, jak wygląda krajobraz po przejściu wojsk. Wsie opuszczone, domy o wybitych oknach, płoty porozbierane na opał i nawet strzechy zjedzone przez konie, dla których zabrakło paszy. Łany zboża poniszczone, wydeptane, stodoły popalone. Na drogach leżą końskie trupy i bydło, nad którymi gromadzą się drapieżne ptaki. Po lasach pełno maruderów, parę razy o mało nie padliśmy ofiarą zbójców. Zdaje się, jakby armia, która przeszła przez te ziemie, uciekała w popłochu, a nie szła do natarcia. – opowiada wtedy Antoniemu Magierowi Ludwika Adam Dmuszewski, który w latem 1812 roku przyjechał z Wilna do Warszawy. Jakże inny to obraz tego czasu od znanego wszystkim O roku ów ! Kto ciebie widział w naszym kraju !

Zuzanna Orlińska wysłała swoich bohaterów razem z armią dowodzoną przez księcia Józefa Poniatowskiego pod Smoleńsk. Towarzyszymy im w oblężeniu tego miasta i w tragicznym powrocie stamtąd:

Straszna to była droga ! Wydeptana przez tysiące nóg, rozjeżdżona kołami armat i wozów zamarzła, gdy tylko na początku listopada chwycił mróz. Oddziały wojska uległy rozproszeniu, przemieszały się z wędrującymi obok armii cywilami, urzędnikami, markietankami, z ambulansami wiozącymi lżej rannych. Krok za krokiem poruszała się po wyślizganym trakcie owa ruchoma, kłębiąca się masa, złożona z ludzi, wozów i koni…

Wojna, którą Autorka opisuje, jest w oczywisty sposób odmienna od tej, która niespodziewanie, już po napisaniu tego tomu zaczęła dziać się tak blisko nas. Nie sposób jednak uciec od myśli o tym, że po dwóch wiekach, które przyniosły ogromny postęp techniczny, wojna z bliska wygląda nadal tak samo, jak ją w Smoleńsku zobaczył Jordaki Kuparenko: smród, chaos i straszliwe zniszczenia…

Oba te plany czasowe rozgrywają się w książce równolegle i nie jestem do końca przekonana, czy jest to dobry zabieg. Szczególnie na początku, kiedy akcja obu umieszczona jest w Warszawie i spotykamy tam tych samych bohaterów, trudno jest (a przynajmniej mi było !) zorientować się, co się dzieje kiedy. Trzeba zwracać uwagę na daty rozpoczynające każdy rozdział (lub jego część), a kluczowe dla akcji są ich ostatnie dwie cyfry. Może jednak czytelniej byłoby, gdyby książka została podzielona na dwie części ? Wtedy w pierwszej zakończyłby się wątek pieczęci, a druga stanowiłaby tragiczny aneks i epilog wszystkiego, co się tam w tle historycznym działo.

Jak w poprzednich tomach (i poprzednich jej książkach historycznych) nieodmiennie zachwyca mnie kunszt i precyzja, z jaką Zuzanna Orlińska umieszcza swoich bohaterów w realiach epoki i krzyżuje ich drogi z postaciami autentycznymi. I jak zwykle czekam już na to, do jakich czasów zabierze czytelników w swojej kolejnej wyprawie wehikułem czasu.

P.S. Podobnie jak w poprzednich tomach warto jest obejrzeć uważnie wyklejkę końcową, która (podobnie jak ilustracje na okładkach) wyszła spod ręki Marcina Minora.

Zuzanna Orlińska „Sobowtór” (cykl: „Uczeń sztukmistrza” t.3), wyd.: Literatura, Łódź 2022

Felcia czyli szkice z kichającym berecikiem

Felcia czyli szkice z kichającym berecikiem

Spotkałem kiedyś małą dziewczynkę.

– Narysuj mi mnie ! – poprosiła, gdy usłyszała, że ilustruję książki.

– Czyli co dokładnie ? – Nie byłem pewien, co ma na myśli.

– Jak robię „widoczki” albo jak znajduję BMW, albo jak przeganiam pana Pudla, albo jak…- i tak zaczęła opowiadać mi różne historie.

Z początku wszystko rysowałem (to umiem najlepiej), ale dziewczynka mówiła tak dużo, że nie nadążałem i zacząłem jej opowieści spisywać (bo pisze się krócej i łatwiej niż rysuje).

Dziewczynka miała na imię Felcia, a ta książka jest spełnieniem jej prośby – napisał na okładce Paweł Pawlak.

Myślę, że spotkał swoją bohaterkę we wspomnieniach z dzieciństwa pewnej osoby, która ma na imię trochę inaczej, ale wygląda podobnie 😉 A jej dzieciństwo przypadło na czas, który przypadkiem był także czasem mojego dzieciństwa, więc poczułam się w tej książce całkiem swojsko. Choć jestem od Felci nieco młodsza, bo do szkoły poszłam dwa lata później, realia tych czasów pamiętam bardzo dobrze.

Tak samo jak ona chodziłam po zakupy z siatką z siatki i zarzucałam ją sobie na plecy. Kiedyś zrobiłam to z dużym rozmachem, a siatce niestety nie było Serabiałegopełnotłustegoniekwaśnegowkostcenapierogipółkilo tylko truskawki mocno dojrzałe, więc miałam na plecach wielką czerwoną plamę, a w domu… Lepiej nie wspominać 😉

Tak samo jak ona wisiałam też na trzepaku – czasem na górnej jego części i kompletnie nie rozumiałam, czemu Babcia, widząc to z okna, złościła się na mnie.

„Felcia czyli szkice z kichającym berecikiem” to opowieść o dzieciństwie – szczęśliwym i bezpiecznym, takim jakie może się przydarzyć w każdych czasach. Ale to, że takie było, widzi się i docenia dopiero z perspektywy wielu lat. To jednak także opowieść o czasach bardzo konkretnych – latach sześćdziesiątych i wczesnych siedemdziesiątych, może bez zbytniego zagłębiania się w realia społeczno-polityczne, za to z wieloma szczegółami, które bez trudu rozpozna każdy, kto wtedy żył w PRL. Szczególnie wiele takich smaczków można znaleźć na ilustracjach. Kiedy zobaczyłam mieszkanie rodziców Felci, poczułam się trochę tak, jakbym wróciła na ulicę Bukową w Bydgoszczy, gdzie wtedy mieszkaliśmy. U nas też były takie fotele, jeden nawet jest do dziś u mnie w domu. Szafka i lampa pod sufitem także wyglądają znajomo, a na ścianach też mieliśmy podobny kilimek. Tylko reprodukcja Chełmońskiego się nie zgadza, u nas wisiał (o ile dobrze pamiętam) Wyspiański.

Roksana Jędrzejewska-Wróbel napisała w przedmowie to tej książki: Zapraszam was do świata tej niezwykłej dziewczynki. A jeśli chcecie dowiedzieć się o nim czegoś więcej, na przykład, dlaczego ugniatało się zwierzątka z czerwonego wosku pokrywającego kostki żółtego sera, to zapytajcie swoich babć i dziadków. Na pewno będą mieli Wam mnóstwo do opowiedzenia. A może oni też zaprzyjaźnią się z Felcią ? Bardzo możliwe. Dziś byłaby przecież ich rówieśnicą…

Ja co prawda wnuków jeszcze nie mam, ale myślę, że ta książka może być dobrym punktem wyjścia do powspominania naszego dzieciństwa także z innymi dziećmi. A na wnuki sobie spokojnie poczeka…

P.S. I bardzo jestem wdzięczna Autorowi za przypomnienie zapomnianego już, telewizyjnego teatrzyku z Kubusiem i Agnieszką !!! To właśnie dzięki nim mam na imię, tak jak mam. A gdybym się urodziła chłopcem, byłabym Kubusiem 🙂

Paweł Pawlak „Felcia czyli szkice z kichającym berecikiem”, wyd.: Wilga, Warszawa 2022

Truchlin

Truchlin

Książka nominowana w Plebiscycie Blogerów LOKOMOTYWA 2020 w kategorii: przekład !!!

oraz druga część trylogii

Jeszcze sto pięćdziesiąt lat temu Truchlin był jedną z najwspanialszych dzielnic Pragi. Na dwóch pagórkach pomiędzy dzisiejszym placem Wacława a placem Karola budowano eleganckie domy, sadzono parki i brukowano ulice. Wszystko zmieniło się pod koniec dziewiętnastego stulecia. W całej Pradze rozbłysły pierwsze latarnie elektryczne, na ulicach pojawiły się pierwsze tramwaje, a nad ulicami pierwsze linie wysokiego napięcia. Tymczasem Truchlin z dnia na dzień tracił swój dawny splendor. Kto mógł, przeprowadzał się gdzie indziej, a opuszczone domy zaczęły przyciągać tych, którzy unikali świata lub nie mieli innego wyboru: żebraków, przestępców i dziwaków. Pałacyki i wille niszczały, podwórka i ogrody zarastały chwastami, sklepy jeden po drugim bankrutowały. Czas zatrzymał się na zawsze. Truchlin pozostał ciemny i cichy, niebezpieczny, przesycony tajemnicą i pełen niepokojących opowieści…

Praga to miejsce, z którym wiążą mnie wyłącznie miłe wspomnienia. Ukochane miasto Taty – znał je znakomicie i był kopalnią informacji o zdawałoby się każdym miejscu (przynajmniej w jej historycznym centrum), choć byli tacy, którzy podejrzewali, że je na bieżąco wymyśla 😉 Dawno już tam nie byłam i ciągle mam nadzieję, że uda mi się wrócić…

Kiedy usłyszałam, że jest powieść dla młodzieży z akcją właśnie w Pradze, ucieszyłam się bardzo. Potem dowiedziałam się, że nie do końca tak jest, bo wszystko dzieje się w nieistniejącej naprawdę części miasta i to trochę ostudziło mój zapał. Wyobraziłam sobie, że ten tytułowy wymyślony Truchlin mieści się gdzieś na peryferiach Pragi, gdzie ptaki zawracają, a turyści się nie zapuszczają i tu przeżyłam pierwsze zdziwienie. Vojtech Matocha umieścił tę dzielnicę w samym środku miasta, lokalizując ją bardzo dokładnie, choć w sposób oczywisty nie może jej tam być. Robi to wrażenie, jakby gdzieś pomiędzy dzisiejszym placem Wacława a placem Karola, realna Praga rozsunęła się, wypączkowując z siebie owe dwa pagórki, na których mieści się wymyślony Truchlin. Za drugim razem czytałam obie części cyklu z mapą w ręku, zaznaczając na niej wszystkie punkty realnej Pragi, które tam się pojawiają i myślę, że z dokładnością do 100 metrów jestem w stanie wskazać to miejsce.

Przypomniała mi się moja wyprawa do Pragi tylko z Najstarszą z córek dawno temu. Miała wtedy jakieś 10 lat i przed wyjazdem dałam jej „Pana Samochodzika i tajemnicę tajemnic” czyli ten tom, którego akcja częściowo umieszczona jest właśnie tam. Ona do dziś pamięta, jakim przeżycie było dla niej to, że siedząc na cmentarzu żydowskim czytała sceny, które działy się w tym miejscu. Myślę, że dla obecnych nastolatków, wycieczka po Pradze w celu zlokalizowania Truchlina oraz tych książkowych miejsc, które istnieją naprawdę, może być czymś podobnym.

Truchlin do dzielnica dziwna – czas jakby w niej stanął w miejscu. Nie ma tam prądu, ale nie tylko w sensie braku instalacji. Po prostu prąd tam nie płynie, nawet urządzenia na baterie przestają działać, kiedy przekroczy się niewidzialną granicę, a po powrocie stamtąd znowu funkcjonują normalnie. Nie ma więc też tam wszystkich życiowych udogodnień, które przyniósł XX wiek, że o internecie nie wspomnę. A jednak żyją tam ludzie, zupełnie dobrowolnie wybierając to miejsce do mieszkania. Dlaczego ???

Truchlin do dzielnica dziwna – tajemnicza, ponura, pełna opuszczonych domów, krętych ulic, tajemniczych zaułków i jakby odwracająca się tyłem do przybysza z zewnątrz. Akcja obu części rozgrywa się w porze, kiedy dzień jest krótki, ale może się wydawać, że tam jest zawsze ciemno i nigdy nie świeci słońce. To wrażenie potęgują też ilustracje Karela Osohy, nie tylko dlatego, że są czarno-białe (z przewagą szarości). Widzimy na nich wyraźnie osoby znajdujące się w centrum, ale tło jest nie tylko ciemne, ale też jakieś takie rozmazane, domy zlewają się ze sobą, trudno wyodrębnić szczegóły. Taka mroczna jest też atmosfera tych książek. Dzieją się tam rzeczy, do których nie jesteśmy w powieściach dla tak młodych czytelników przyzwyczajeni. Na 10 stronie pierwszego tomu ginie człowiek, część druga zaczyna się od sceny przejmująco brutalnej, a niebezpieczeństwa które grożą bohaterom są bardzo realne. Truchlin stopniowo odsłania przed nimi swoje tajemnice, a ja jestem bardzo ciekawa jak ta cała historia się w kolejnym tomie zakończy.

Jeśli nasłuchaliście się o złotej Pradze i szukacie kolorowych widoczków rodem z folderów dla turystów, to źle trafiliście. Bohaterowie ani razu nie zahaczają o typowe turystyczne atrakcje tego miasta. A jednak jest w tym, co ich spotyka, sporo z jego ducha, atmosfery, tradycji i legend (szczególnie w drugiej części, która bardzo wyraźnie nawiązuje do historii o Golemie).

No właśnie – bohaterowie. Na okładce pierwszej części mamy ich trójkę, dwóch chłopaków i dziewczynę. To zestaw sprawdzony nieraz, choćby w cyklu o Harrym Potterze czy o Felixie, Necie i Nice. Jirka, En i Tonda są jednak inni. Wbrew temu, co sugerować może okładka, nie tworzą jak tamci zgranego trio, które poradzi sobie w każdych okolicznościach. Wręcz przeciwnie – dość szybko okazuje się, że sytuacja ich przerosła i Tonda mógł się poczuć zdradzony (z wzajemnością). Nie tylko Truchlin jest pełen tajemnic, także nasi bohaterowie ukrywają przed sobą rozmaite rzeczy. Dlatego na okładce drugiej części są tylko En i Jirka i ciekawa jestem, co wydarzy się między nimi w trzeciej, która już ukazała się po czesku, a polskie wydanie zapowiadane jest jesienią tego roku. Na jej okładce, która tym razem nie jest tak ciemna, jak poprzednie i pojawia się na niej światło słoneczne, bo rzecz będzie działa się latem, widzimy samą En, a chłopcy (więc chyba obaj ?) czają się gdzieś w tle, jakby ją śledzili.

W oryginale ten cykl zatytułowany jest „Prašina”. Tłumaczka polskiego wydania Anna Radwan-Żbikowska nie tylko zdecydowała się przetłumaczyć nazwy praskich ulic i placów, ale także interesująco spolszczyła nazwę dzielnicy. Oryginalnie pochodzi ona od słowa prašivý – parszywy, gnijący, więc Truchlin jest trafionym synonimem. Nie udało się jednak oddać szczególnej gry słów, wynikającej z tego, że Prašina brzmi podobnie do słowa: pražska (czyli przymiotnika oznaczającego wszystko co związane jest z Pragą), ale tak to niestety jest z przekładami.

No i oczywiście nie byłabym sobą, gdybym nie znalazła okazji do pohistorykowania 😉 O ile to wszystko, co w tych powieściach dzieje się w końcu XIX wieku, jest dobrze wymyślone i mieści się w ramach gatunku literackiego, o tyle trwanie Truchlina przez cały wiek XX już wzbudziło mój opór. Taka odcięta od świata, tajemnicza i rządząca się swoimi prawami dzielnica w samym środku stolicy komunistycznej Czechosłowacji ??? No jakoś nie. Jestem jednak pewna, że nastoletni czytelnicy tych książek, niesieni przez ich karty rwącym nurtem wydarzeń, nie poświęciliby ani odrobiny uwagi moim wątpliwościom. Nic więc już nie mówię, tylko czekam niecierpliwie na ostatni tom tej trylogii.

Vojtech Matocha „Truchlin”, przekł.: Anna Radwan-Żbikowska, ilustr.: Karel Osoha, wyd.: Afera, Wrocław 2020

Vojtech Matocha „Truchlin. Czarny merkuryt”, przekł.: Anna Radwan-Żbikowska, ilustr.: Karel Osoha, wyd.: Afera, Wrocław 2021

Małe Licho i babskie sprawki

Małe Licho i babskie sprawki

Książka nominowana i NAGRODZONA w Plebiscycie Blogerów LOKOMOTYWA 2021 w kategorii: tekst !!!


Kiedy zakończyło się głosowanie w tegorocznym Plebiscycie Blogerów LOKOMOTYWA i poznaliśmy jego wyniki, poczułam się… ciut rozczarowana. Ale tylko trochę 😉 Przyznam, że w kategorii: tekst kibicowałam innym tytułom, które wydawały mi się jakieś takie poważniejsze (żeby nie powiedzieć: ważniejsze), poruszające trudne tematy i niosące ze sobą przesłanie. Tymczasem okazało się, że vox populi przyznał zwycięstwo czwartemu już tomowi cyklu Marty Kisiel o Małym Lichu.

Kiedy ten cykl zaczął się ukazywać, miałam trochę wątpliwości, o których pisałam —>>> tutaj, ale teraz dochodzę do wniosku, że nie miałam racji. Kolejne tomy cieszą się ogromną popularnością i jak widać, czytelnicy nie mają problemu z zawiłościami świata stworzonego przez Autorkę.
Przeczytałam „Małe Licho i babskie sprawki” i chyba zrozumiałam werdykt internautów. Ważne sprawy są oczywiście ważne, ale (szczególnie w ostatnich, nienajłatwiejszych czasach) szukamy także lektur, które nas oderwą od problemów, otulą i ukołyszą. I takie właśnie są te książki 🙂

Zobaczcie sami, zaczyna się tak:
Ostatnie dni sierpnia, choć coraz krótsze, wciąż były ciepłe i beztroskie, słodkie tą późną słodyczą malin, jeżyn i śliwek – trochę cierpką, lecz wyborniejszą niż oczywista słodycz czerwcowych przysmaków. Pachniały mokrą trawą i sokiem z czarnego bzu, a smakowały złocistorubinowym kompotem z jabłek, rabarbaru i brzoskwiń o zamszowej skórce. Czyli dokładnie tak, jak koniec lata smakować powinien.
Tymczasem jesień już nadciągała, cicho i niepostrzeżenie. Rozsnuła się po świecie pasmami porannej mgły, rozproszyła kroplami rosy na trawniku, rozedrgała wieczornym chłodem, który przypominał wszystkim nie tylko o cudownym wynalazku zwanym kocykiem, ale też jakoś tak naturalnie skłaniał człowieka do szukania w szufladzie dawno zapomnianych skarpetek…

Prawda, że wciąga ???

Marta Kisiel umie pisać pięknie, malować słowami obrazy tak, że czujemy się tak, jakbyśmy byli tam, gdzie jej bohaterowie. Równocześnie tworzy postaci wyraziste, jedyne w swoim rodzaju, opisuje je soczyście, a za ich dialogami czasem trudno nadążyć. W tym tomie moimi absolutnymi faworytami są krasnoludki z ich paradygmatem 😉

Kiedy już dotrzemy z nimi do ostatniej strony, zorientujemy się, że wbrew pozorom także tutaj mamy do czynienia z Ważnymi Sprawami. Mimo całego zwariowanego, fantastycznego anturażu, mimo że bohaterowie stanowią baśniowo – ludzki miszmasz, mimo że dzieją się tam rzeczy, o których się filologom nie śniło, „Małe Licho i babskie sprawki” to książka o dorastaniu, o pierwszej miłości i o granicach, które każdy ma i których inni (szczególnie dorośli) nie powinni przekraczać.
Nawet jeśli są rodzicami. I nawet wtedy (a nawet – szczególnie wtedy) kiedy są rodzicami mocno nietypowymi 😉

Na okładce tej książki znajdziemy takiego blurba Przemka Staronia (przypomnę: jego książka „Szkoła bohaterów i bohaterek” była laureatką Lokomotywy 2020 a kategorii: fakt):
„Małe Licho” jest jak skarbiec literatury, w którym można znaleźć najcenniejsze artefakty. Świetna, wciągająca fabuła ? Jest. Niesamowicie wartka akcja ? Jest. Żywy, dynamiczny, plastyczny i przepiękny język ? Jest. Poczucie humoru ? Jest. Niemoralizująca mądrość, która otula swoją prostotą ? Jest. Do licha, tu jest wszystko, czego od książki oczekuje czytelnik i czytelniczka.

Do tak wyczerpującej opinii ja już nie mam nic do dodania 🙂


Marta Kisiel „Małe Licho i babskie sprawki”, ilustr.: Paulina Wyrt, wyd.: Wilga, Warszawa 2021


Kwiat paproci; Szklana góra; Dziwożona

Kwiat paproci; Szklana góra; Dziwożona

czyli trzy pierwsze z siedmiu napisanych przez Roksanę Jędrzejewską-Wróbel i zilustrowanych przez Mariannę Oklejak baśni, składających się na cykl Siedem szczęśliwych. Baśnie nie dość znane. Kolejne dwie ukażą się jesienią, a ostatnie w przyszłym roku.

Serię wydaje Wydawnictwo Bajka, a jego szefowa Katarzyna Szantyr-Królikowska we wstępie do towarzyszącego jej katalogu tak wyjaśnia powody, dla których ona powstała:

W 2017 roku w czasopiśmie „Science” opublikowano badania „Gender stereotypes about intellectual ability emerge early and influence children’s interests”, które przeprowadził zespół psychologów z trzech amerykańskich uniwesytetów. Wynika z nich, że już 6-letnie dziewczynki uważają się za gorsze od chłopców – mniej zaradne, mniej odważne, mniej decyzyjne.

Jeden z wielu przeprowadzonych w ramach tych badań eksperymentów polegał na przeczytaniu dzieciom bajki o „pewnej mądrej i dzielnej osobie”, przy czym nie powiedziano, czy to kobieta, czy mężczyzna. Na pytanie o płeć tej osoby wszyscy chłopcy i większość(!) dziewczynek odpowiedziała, że bohaterem opowieści jest… mężczyzna, bo „dziewczyna raczej by sobie nie poradziła. Amerykańskie badania dowodzą, że nierówność płci zaczyna się już w przedszkolu.

W tym katalogu znajdziemy też wywiad, który z obiema autorkami przeprowadziła redagująca całą serię Dorota Koman. Roksana Jędrzejewska-Wróbel opowiada tam:

Zaczęło się od tego, że wielokrotnie pytano mnie, czy zamierzam napisać kontynuację „Siedmiu wspaniałych (…)” czyli współczesne wersje starych bajek. Szukając klucza, pomyślałam o polskich baśniach ludowych. Podczas spotkań w bibliotekach zaczęłam pytać dzieci, czy mówi im coś „szklana góra”, „kwiat paproci, „żelazne trzewiczki”, „woda żywa”. I – ku mojemu zaskoczeniu – okazało się, że nic ! (…) To, na czym ja się wychowałam, okazało się nieznane współczesnym dzieciom. I właśnie dlatego postanowiłam spróbować im te baśnie, a raczej ich symbolikę, przybliżyć. Stąd podtytuł „Baśnie nie dość znane”.(…) Postanowiłam połączyć przeszłość z teraźniejszością, bo bardzo lubię łączyć, szukać punktów stycznych – w ludziach, tekstach, miejscach. I tak powstało „Siedem szczęśliwych” czyli taki literacki upcykling – tkanie nowego wątku na starej osnowie. Tkanina używana, a jednak nowa.(…)

Świadomie zdecydowałam, że bohaterkami wszystkich tych historii będą dziewczynki, chociaż w wersjach oryginalnych są to w większości chłopcy. Uznałam, że skoro całe pokolenia dziewczynek mogły się przez setki lat identyfikować się z chłopięcymi bohaterami, to nic się nie stanie, jeśli teraz karta się odwróci. Nie z chęci odwetu, tylko z naturalniej potrzeby równowagi. Ale oczywiście opowiadania adresowane są do dziewczynek i chłopców.

Szczęśliwa, bo mądra

Baśń tę dedykuję wszystkim, którzy nie czują się szczęśliwi

Była sobie raz dziewczynka imieniem Zosia, która mieszkała z mamą, tatą i psem Farfoclem w niedużym domku pod lasem. Zosia była zwyczajną, zadowoloną ze swojego życia dziewczynką, a to znaczy, że czasem była tak radosna, że miała ochotę skakać do góry, a czasami tak smutna, jakby zawisła nad nią czarna chmura. A to dlatego, że niekiedy życie było dla niej miłe, a niekiedy wręcz przeciwnie…

„Kwiat paproci” to baśń najbardziej unowocześniona z tych trzech, które się już ukazały. Jej bohaterka uwierzyła, że w znalezieniu szczęścia pomoże jej aplikacja w telefonie, ale dość szybko zorientowała się, że jest to (mówiąc kolokwialnie) ściema i naciąganie na zakupy. Zrozumiała też, że szczęście to nie jest coś, co można zdobyć (ani tym bardziej kupić), bo polega ono na zauważeniu tego, co się ma i cieszeniu się tym, a także na dzieleniu się z innymi. Szczęście to decyzja, trzeba mieć tylko odwagę, żeby ją podjąć.

Szczęśliwa, bo odważna

Baśń tę dedykuję wszystkim, którzy się boją

Była sobie raz dziewczynka imieniem Hania, która wszystkiego się bała. (…) Dlatego życie dziewczynki było trudne, a ona sama smutna i nieszczęśliwa, bo nigdy nie robiła tego, na co naprawdę miała ochotę…

W tej wersji „Szklanej góry” uderzyły mnie dwie rzeczy, których nie było w dawnej, męskiej wersji tej baśni. Po pierwsze (i jest to bardziej znak czasu niż kwestia płci, choć nie do końca) – strach przed światem, który odczuwa bohaterka, jest w dużym stopniu indukowany jej przez mamę. I to właśnie ona, choć przedtem nadmiernie ostrożna, jako pierwsza musiała przełamać swój strach, że nie zatrzymywać córki, kiedy zdecydowała się wyruszyć. To bardzo ważna lekcja dla rodziców i dobrze byłoby, gdyby te baśnie czytali razem z dziećmi.

Po drugie – w swojej wędrówce na Szklaną Górę Hania wcale nie pozbywa się strachu, bo też nie na tym polega odwaga ! Odwaga to nie znaczy brawura ! Mądrze używany strach pomaga uniknąć prawdziwych niebezpieczeństw, ostrzega i mobilizuje. Tylko patrząc mu prosto w twarz jest się naprawdę odważnym.

Szczęśliwa, bo wolna


Baśń tę dedykuję wszystkim, którzy boją się być sobą

Była sobie raz dziewczynka imieniem Madzia, bardzo grzeczna i bardzo uśmiechnięta. Uśmiechała się od rana od wieczora i od wieczora do rana. Tak, tak ! Czasami uśmiechała się nawet w nocy. Można więc powiedzieć, że uśmiech nigdy nie schodził z jej ślicznej buzi…

Nie znałam wcześniej Dziwożony, nie trafiłam na nią w żadnych baśniach, ale paradoksalnie ta bohaterka rodem z ludowych opowieści podhalańskich i czeskich bardzo wpisuje się we współczesny ruch body positivity. Ta historia uczy, że jesteśmy w porządku tacy, jacy jesteśmy i nie znajdziemy szczęścia usiłując wpisać się w cudze oczekiwania. Każdy z nas ma swoją własną drogę. Szukając jej wolno się zgubić, popełniać błędy. Nic nie szkodzi ! Błędów nie popełnia ten, kto niczego nie próbuje.

Ilustracje Marianny Oklejak znakomicie dopełniają to, co napisała Roksana Jędrzejewska-Wróbel. Cała seria jest bardzo starannie domyślona. Każda z bohaterek jest inna, każda część ma inną gamę kolorów i swoje motywy, dopasowane do nastroju opowieści i odróżniające ją od pozostałych.

Szkoda, że na kolejne tomy z tej serii musimy czekać do jesieni. Ale może to i dobrze ? Przyjemność czytania, odkrywania i smakowania tych pięknych i mądrych baśni będzie trwała dłużej 🙂


Roksana Jędrzejewska-Wróbel „Kwiat paproci” („Siedem szczęśliwych. Baśnie nie dość znane”), ilustr.: Marianna Oklejak, wyd.: Bajka, Warszawa 2022
Roksana Jędrzejewska-Wróbel „Szklana góra” („Siedem szczęśliwych. Baśnie nie dość znane”), ilustr.: Marianna Oklejak, wyd.: Bajka, Warszawa 2022
Roksana Jędrzejewska-Wróbel „Dziwożona” („Siedem szczęśliwych. Baśnie nie dość znane”), ilustr.: Marianna Oklejak, wyd.: Bajka, Warszawa 2022

Wróg

Wróg

Doczekaliśmy się niestety takich czasów, że bardzo aktualne stało się pytanie: jak rozmawiać z dziećmi o wojnie ? Odpowiedź na nie jest równie prosta co skomplikowana: w sposób odpowiedni do potrzeb tego konkretnego dziecka. Odpowiedni do jego wieku, wiedzy i sytuacji, odpowiedni do tego, co wie i tego, czego się obawia. Nie ma uniwersalnych schematów takich rozmów i nie ma też jednej, odpowiedniej dla wszystkich książki, która może w tej rozmowie pomóc.

Może nią być (ale nie musi) „Wróg”.

Davide Cali i Serge Bloch stworzyli kameralną i lapidarną, ascetycznie ilustrowaną historię, która bardzo mocno uświadamia czytelnikom bezsens wojny. Wojny, rzec można – w stanie czystym, wyabstrahowanej z przyczyn, ideologii, krzywd i win.

Ta książka atakuje nas od razu, bez bufora w postaci strony tytułowej – tak jak wojna atakuje bez uprzedzenia. Choć może nie do końca tak jest – ludzie po prostu do ostatniej chwili nie przyjmują tego uprzedzania do wiadomości i odsuwają od siebie myśli, że jednak może wybuchnąć.

Cali i Bloch sprowadzili w niej wojnę do dwóch samotnych żołnierzy, z których każdy przekonany jest o tym, że słuszność jest po jego stronie, bo z instrukcji dowiedział się, że to ten drugi: jest dziką bestią. Nie zna litości. Zabija kobiety i dzieci. Zabija bez powodu. (…) Wróg nie jest człowiekiem. Potrzebują czasu, żeby zobaczyć w sobie nawzajem ludzi. Ale czy to wystarczy, żeby skończyć wojnę ?

Ta historia skojarzyła mi się z tym, co w Boże Narodzenie 1914 roku wydarzyło się na froncie zachodnim pierwszej wojny światowej. Na jednym z jego odcinków nastąpiło, można powiedzieć, spontaniczne zawieszenie broni. Żołnierze niemieccy i francuscy wyszli z okopów, spotkali się na pasie ziemi niczyjej pomiędzy nimi, śpiewali kolędy i częstowali się papierosami. Niestety wtedy trwało to tylko tę jedną noc. Potem wrócili do swoich pozycji, a wojna (nie tylko) w tym miejscu trwała jeszcze długie cztery lata. Na Zachodzie bez zmian…

„Wróg” to jedna z tych książek, które z pozoru wyglądają, jakby były dla małych dzieci, jednak niosą ze sobą głębokie treści i nie powinno się z nimi zostawiać dzieci samych. Ta książka to może i powinien być wstęp do rozmowy z dzieckiem, ale o tym, kiedy jest o no na nią gotowe, musicie zdecydować sami.

Davide Cali (tekst), Serge Bloch (ilustr.) „Wróg”, przekł.: Katarzyna Skalska, wyd.: Zakamarki, Poznań 2014

P.S. Jeśli zastanawiacie się, jak rozmawiać o obecnej wojnie z dziećmi, posłuchajcie, co mówią o tym dwie mądre babcie:

Anne z Zielonych Szczytów

Anne z Zielonych Szczytów

Znajomość z Anią z Zielonego Wzgórza zawarłam w wieku do tego najodpowiedniejszym, czyli we wczesnej nastoletniości, która w moim przypadku wypadła w latach siedemdziesiątych. Był to oczywiście jedyny istniejący wówczas przekład Rozalii Bernsteinowej i najpopularniejsze wśród moich rówieśników wydanie – trzy tomy, w każdej po dwie części, płócienna oprawa i obwoluta, która oczywiście nie dotrwała do dziś, a w środku ilustracje Bogdana Zieleńca.

Ania należała (i należy do dziś) do moich ulubionych bohaterek literackich, choć muszę przyznać, że najmniej lubiłam ją w tym pierwszym tomie i najrzadziej do niego wracałam. Wolałam tę starszą, studiującą, pracującą, a potem wychowującą dzieci. Ostatnim tomem, który kupiłam i przeczytałam, była, wydana wówczas, w 1989 roku, po raz pierwszy „Ania ze Złotego Brzegu”. Kolejnymi edycjami tego cyklu nie interesowałam się już, miałam w domu wszystko, co było mi potrzebne, a potem te książki przeszły na moje córki, choć one już wielbicielkami Ani nie zostały.

O tym, że istnieją inne wersje przekładu tych książek dowiedziałam się przypadkiem. Na jakimś forum internetowym przeczytałam w dyskusji o nich o Leslie Moore i zdziwiłam się bardzo, bo nie pamiętałam takiej postaci. Z kontekstu domyśliłam się, że chodzi o osobę, którą ja znałam jako Ewę i dotarło do mnie, że przekład, który znałam, nie jest już jedyny. W ciągu ostatnich trzydziestu lat ukazało się ich kilkanaście, ale dopiero ten Anny Bańkowskiej wywołał poruszenie. Chciałoby się napisać, że wywołał je wśród czytelników, ale większość osób wypowiadających się na temat tego wydania wyrobiło sobie opinię na jego temat wyłącznie na podstawie tytułu.

Rozalia Bernsteinowa, o której wiadomo bardzo niewiele (żeby nie powiedzieć – nic), przełożyła tę książkę w 1910 roku i najprawdopodobniej opierała się nie na oryginale tylko na przekładzie szwedzkim. Zgodnie z ówczesną praktyką translatorską, poczynała sobie dość swobodnie z imionami i nazwiskami oraz z mniej i bardziej autentycznymi nazwami geograficznymi. Wszystkie imiona, które miały swoje polskie odpowiedniki, spolszczyła i stąd mieliśmy przez wiele lat do czynienia nie tylko z Anią, Marylą i Mateuszem, a także Józią, Janką czy Karolkiem. Bez zmiany pozostali chyba tylko Diana i Gilbert, natomiast pani Rachel Lynde, której imię dla ówczesnych polskich czytelników jednoznacznie wskazywałoby na pochodzenie żydowskie, została przemianowana na Małgorzatę Linde.

Współcześni potencjalni czytelnicy tego cyklu są (w przeciwieństwie do swoich poprzedników sprzed wieku) przyzwyczajeni do innych niż polskie wersji imion i doskonale sobie zdają sprawę, że dziewczynka mieszkająca w Kanadzie raczej będzie miała na imię Anne niż Ania czy Jane a nie Janka. Pamiętajmy też, że Anne bardzo zależało na takiej właśnie wersji, prosiła o to nie raz i aby tę sytuację wyjaśnić, Bernsteinowa wymyśliła rzekomo nielubiane przez nią zdrobnienie Andzia.

W kolejnych przekładach, które zaczęły się ukazywać od lat dziewięćdziesiątych tłumacze rezygnowali ze spolszczania imion bohaterów drugoplanowych, ale czwórka: Ania, Maryla, Mateusz oraz pani Małgorzata pozostawała bez zmian. Tak jest też w poprzednim wydaniu „Ani z Zielonego Wzgórza”, które dla wydawnictwa Wilga przygotowała Maria Borzobohata-Sawicka i które ukazało się w zeszłym roku. Na jednym ze spotkań związanych z ukazaniem się w krótkim czasie dwóch wersji tej książki, powiedziała ona, że zachowanie tych czterech imion oraz Zielonego Wzgórza było warunkiem wstępnym wydawnictwa.

No właśnie – Zielone Szczyty spotkały się chyba z jeszcze większym oporem społecznym niż Anne 😉 Problem w tym, że w języku polskim to słowo obecnie kojarzy się niemal wyłącznie ze skalistym wierzchołkiem góry, a jego znaczenie architektoniczno – budowlane pozostaje wyłącznie w użytku fachowców. Z racji posiadania taty architekta byłam z nim osłuchana, ale ze zdziwieniem stwierdziłam, że jest sporo osób, które w ogóle nie wiedzą, czym jest na przykład ściana szczytowa, a właśnie od jej górnej, pomalowanej na zielono części wzięła swoją nazwę farma Cuthbertów.

CC BY-SA 3.0, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=37554

Podsumowując, przyznaję się do winy: zabiłam Anię, zburzyłam Zielone Wzgórze i pozbawiłam je pokoiku na facjatce. Proszę jednak o łagodny wymiar kary, zważywszy na to, że ktoś kiedyś musiał się podjąć tego niewdzięcznego zadania – napisała Anna Bańkowska w przedmowie do „Anne z Zielonych Szczytów”.

Mówi się, że nie powinno się oceniać książki po okładce, a teraz widzimy, że nie powinno się również oceniać po tytule 😉 Przeczytałam tę nową wersję, co przyszło mi o tyle łatwo, że, jak wspomniałam, nie byłam szczególnie przywiązana akurat do tego tomu. Czytało mi się ja bardzo dobrze. Anne w wersji Anny Bańkowskiej jest dziewczynką dużo bardziej strawną, mniej egzaltowaną, choć nadal gadatliwą i marzycielską. Marilla straciła sporo swojej dotychczasowej kostyczności, natomiast zyskała na inteligentnym sarkazmie. Obie dzięki temu budzą zdecydowanie więcej mojej sympatii.

Z innych zmian, które wprowadziła Anna Bańkowska poprawiając błędy i przeinaczenia Bernsteinowej, z zadowoleniem przyjęłam to, że Anne dodała do ciasta nie krople walerianowe tylko anodynę. Nie wiem, jak pachnie ta ostatnia, ale pamiętam, że zawsze dziwiłam się, jakim cudem nikt (wyłączając oczywiście zakatarzoną Anię) nie poczuł zapachu ciasta z walerianą, skoro Maryla razem z nią szykowała liczne inne potrawy na ten podwieczorek ???

Opisując przyrodę Wyspy Księcia Edwarda Bernsteinowa często używała nazw roślin znanych jej czytelnikom, a niekoniecznie tam występujących, pomijając inne, nieznane. Rosły więc u niej przylaszczki i pierwiosnki, a zniknęły z tekstu kwiaty, które po angielsku nazywają się mayflowers i były ulubionymi kwiatami Lucy Maud Montgomery. Nie mają one polskiej nazwy, ale Anna Bańkowska skorzystała z pomysłu Stanisława Kucharzyka (autora bloga Zielnik L.M.Mongomery) i przywróciła je na ugory za farmą pana Sloane’a jako majowniki.

Podsumowując moje wrażenia z tej lektury: pojawienie się nowego przekładu absolutnie nie unieważnia poprzednich 😉 Nie będę usilnie namawiać do czytania „Anne z Zielonych Szczytów” osób, które są bardzo przywiązane do tej bohaterki w wersji, w której ją poznały. Jeśli jednak miałabym teraz do czynienia z kimś, kto jeszcze jej nie zna, zaproponowałabym mu/jej właśnie tę wersję. Myślę, że dla współczesnych rówieśnic bohaterki, które (co sprawdziłam już ponad dekadę temu na własnych córkach) z dużymi problemami brnęłyby przez język Bernsteinowej i straciłyby zapał do tej lektury jeszcze zanim Mateusz dojechałby do Szerokiej Rzeki (czyli Bright River), daje on szansę na przyjaźń z Anne.

P.S. Z radością odkryłam w „Anne z Zielonych Szczytów” wstążkę – zakładkę. To bardzo przyjazne dla czytelnika rozwiązanie 🙂

P.S 2 Jednym co mi się tym nowym przekładzie nie podobało był przymiotnik avonleański, jakoś mi wizualnie zgrzytało to słowo w tekście 😉

Lucy Maud Montgomery „Anne z Zielonych Szczytów”, przekł.: Anna Bańkowska, wyd.: Marginesy, Warszawa 2022

oraz:

Lucy Maud Montgomery „Ania z Zielonego Wzgórza”, przekł.: Rozalia Bernsteinowa, ilustr.: Bogdan Zieleniec, wyd.: Nasza Księgarnia, Warszawa 1973

Lucy Maud Montgomery „Ania z Zielonego Wzgórza”, przekł.: Maria Borzobohata-Sawicka, wyd.: Wilga, Warszawa 2021

Sto. Rzeczy, których nauczysz się w życiu

Sto. Rzeczy, których nauczysz się w życiu

Książka nominowana w Plebiscycie Blogerów LOKOMOTYWA 2021 w kategorii: Od A do Z !!!

Pomysł na tę książkę…

pojawił się, gdy patrzyłam na moją nowo narodzoną siostrzenicę, która – opatulona niczym mumia – leżała w łóżeczku i przyglądała się światu. Pomyślałam: „Przed tobą wyjątkowa podróż”. Z jednej strony zazdrościłam jej tych wszystkich wspaniałych, czekających ją rzeczy, z drugiej – współczułam jej z powodu przykrych doświadczeń, które staną się jej udziałem.

I wówczas w pobliżu przejechał samochód. Przekręciła główkę w stronę, z której dochodził dźwięk. Jeszcze nie wiedziała, że nie ma on dla niej żądnego znaczenia.

Gdy po kilku tygodniach znów ją zobaczyłam, nie zwracała już uwagi na odgłosy samochodów. Rozpoczął się nieustanny proces kolejno następujących po sobie: zdziwienia, ewaluacji i selekcji – proces, których chroni nas przed nadmiarem bodźców, żebyśmy mogli kiedyś dotrzeć z punktu A do punktu B, nie podnosząc po drodze każdego pięknego kamienia i nie wskakując do każdej napotkanej kałuży. Aż w końcu jako dorośli przyzwyczajamy się do świata i nawet tak wspaniałe rzeczy, jak góry, pełnia czy miłość – uznajemy za oczywiste. Aby ponownie dostrzec ich wielkość, musimy spojrzeć na nie z innej perspektywy. Książka ta mówi właśnie o tym, jak z biegiem lat zmienia się nasz punkt widzenia – napisała jej Autorka w posłowiu, które jest zdecydowanie dłuższe o tekstu właściwego.

„Sto. Rzeczy, których nauczysz się w życiu” to książka, która pokazuje, że każdy wiek przynosi nam coś nowego. W każdym momencie życia poznajemy nowe rzeczy, nowe odczucia, zyskujemy nowe spojrzenie na świat. Heike Faller nie opierała się wyłącznie na własnym doświadczeniu, bo wiekowo jest dopiero gdzieś w połowie zbierania go. Rozmawiała z wieloma osobami w różnym wieku, żyjącymi w różnych miejscach i mającymi za sobą różne przeżycia. Wszystkim zadawała to samo pytanie: Czego nauczyło cię życie ? Odpowiedzi były różne, nie wszystkie oczywiście wykorzystała, ale to właśnie dzięki jednemu z rozmówców pojawiła się tam marmolada z jeżyn, która powraca w tekście jako proustowska magdalenka.

Valerio Vidali zilustrował to w sposób, który nazwałabym ogólnikowym. Trochę schematycznie, bez drobiazgowego cyzelowania szczegółów i bez wyraźnych rysów twarzy, co powoduje, że każdy może zobaczyć w bohaterach siebie samego.

Książka powstała w języku niemieckim, a w nim w drugiej osobie mówimy tak samo, niezależnie od płci osoby, do której się zwracamy. To było problemem polskiego przekładu, ale Iwona Mączka wybrnęła z tego, tłumacząc na zmianę w rodzaju żeńskim i męskim.

Autorka zakończyła swoje posłowie następująco: Z doświadczeniami życiowymi związany jest jednak pewien problem: niewiele nam one mówią, dopóki nie staną się również naszym udziałem. Jednym ze sposobów, by temu zaradzić, jest przeczytanie tej książki z kimś, kto przeżył więcej od nas. I podyskutowanie o tym, co dla niego oznaczają zawarte w książce stwierdzenia. Na przykład przed snem, kiedy rozmawiamy o podobnych sprawach z rodzicami czy z dziadkami. Tak to sobie przynajmniej wyobrażałam.

Podoba mi się ten pomysł i bardzo Was to takiej międzypokoleniowej rozmowy o tej książce zachęcam !

Heike Faller „Sto. Rzeczy, których nauczysz się w życiu”, ilustr.: Valerio Vidali, przekł.: Iwona Mączka, wyd.: Format, Wrocław 2021