Niedokończona opowieść Pepe

Niedokończona opowieść Pepe

Na Wołyniu druga wojna światowa dała o sobie znać wcale nie hukiem strzałów i bombardowaniem, ale tym, że nagle cała droga zaroiła się od uchodźców – obywateli polskich uciekających przed Niemcami na wschód. Nawet na jarmarku nie było takiego tłoku. Uciekinierzy mieli ze sobą walizki, tobołki, zawiniątka i wyglądali jak siedem nieszczęść. Opowiadali straszne rzeczy…

„Niedokończona opowieść Pepe” to czwarta książka Doroty Combrzyńskiej – Nogali wydana w serii „Wojny dorosłych – historie dzieci”, którą śledzę bardzo uważnie, a zarazem trzecia, która oddaje głos świadkom historii do niedawna słabo w przekazie pamięci o wojnie słyszanym – mieszkańcom wschodnich terenów II RP. W „Syberyjskich przygodach Chmurki” poznaliśmy losy dziewczynki zesłanej wraz z rodziną na Syberię, a w „Wysiedlonych” – historię rodziny, która po wojnie została przesiedlona na tak zwane Ziemie Odzyskane i tam budowała swoje życie od nowa. Rodzina Lali, bohaterki „Niedokończonej opowieści Pepe” także musiała po wojnie opuścić swój dom na Wołyniu, ale nie to jest głównym tematem tej książki.

Głównym jej tematem jest czas wojny i dwóch okupacji na tych terenach, czas trudny i dotychczas właściwie nieobecny w literaturze dla niedorosłych czytelników, więc zdecydowanie dobrze się stało, że taka książka się ukazała. Jako że mam tendencje do (nadmiernego zdaniem niektórych 😉 ) historykowania, pozwolę sobie zgłosić do niej parę uwag. Jednak zanim to zrobię, napiszę o tym, co mi się w niej podobało.

Tytułowa Pepe to żydowska dziewczynka, którą ukrywa rodzina Lali, jednak to nie Holokaust jest moim zdaniem w tej książce najważniejszy, mimo że historia z nią zwiążana też jest bardzo ciekawa. Po raz pierwszy w literaturze dla niedorosłych poruszony jest tu temat rzezi wołyńskiej. Były to wydarzenia tak trudne, pełne brutalności i przemocy, że dotychczas nie potrafiłam sobie wyobrazić, jak można o nich opowiedzieć, w sposób takich czyelników odpowiedni. Doświadczenie poprzedniej publikacji, która ukazała się w tej samej serii – „Dzieci, których nie ma”, pokazuje, że jednak jest taki poziom okrucieństwa, którego nie można i nie należy infantylizować. Rodziny, którą tutaj opisała Dorota Combrzyńska – Nogala, wydarzenia rzezi na szczęście nie dotknęły w sposób bezpośredni. Mimo że stracili kilka bliskich osób, to nikt z nich nie był świadkiem ich śmierci, nie wiadomo nawet jak i kiedy zginęli. Początkowo Lala z mamą i Pepe spędzały noce w lesie w obawie przed nadejściem banderowców, ale potem w ich wsi zorganizowała się samoobrona i już mogły poczuć się bezpieczniej. Autorka uniknęła czarno-białego widzenia wołyńskiej rzeczywistości i pokazała także przypadki ukraińskich sąsiadów, którzy pomagali Polakom (lub przynajmniej ich nie wydawali).

O ile podoba mi się sposób, w jaki Autorka pisze o sprawach polsko – ukraińskich, to moje duże wątpliwości budzi obraz okupacji sowieckiej, jaki widzimy w tej książce. Już na pierwszej jej stronie uciekinierzy, którzy dotarli na Wołyń, mówią Uciekamy do Związku Radzieckiego przed Niemcami. Mowa jest o pierwszych tygodniach wojny – wtedy zdecydowana ich większość po prostu szukała schronienia na terenach Rzeczpospolitej jeszcze przez najeźdźców nie zajętych, w nadziei, że wojska polskie oraz nasi sojusznicy zdołają odwrócić losy wojny. Potem (ale też jeszcze przed 17 września) do Rosji wyrusza brat bohaterki, co każe mi przypuszczać, że był komunistą, bo w tym czasie kierunkiem, w którym udawali się młodzi ludzi chcący walczyć z Niemcami, była raczej Rumunia i Węgry.

Przekroczenie przez Armię Czerwoną granic Polski 17 września bohaterowie przyjmują bez większych emocji, a dwuletni okres sowieckiej okupacji skwitowany zostaje kilkoma zdaniami: Chociaż weszli Rosjanie, w życiu wsi nic się specjalnie nie zmieniło. Lala miała ciągle mnóstwo koleżanek polskich, trochę ukraińskich i jedną żydowską Leę. Wszyscy byli równi. Nikt wtedy nie przypuszczał, że pochodzenie będzie decydowało o życiu i śmierci, ale w 1941 roku żołnierze radzieccy zaczęli wycofywać się z tych terenów.(…)

Rano okazało się, że nastąpiła zmiana i teraz znajdują się pod okupacją sowiecką. Niemcy zaczęli mówić o ludziach lepszych i gorszych, że niby oni – Aryjczycy, są tymi najlepszymi, Polacy i Ukraińcy gorszymi, a Żydzi najgorszymi. Mama mówiła, że to się nazywa nacjonalizm…

Sporo w tym uproszczeń. Tak jakby poza Holokaustem nie działy się na tych skrwawionych ziemiach (tak je nazwał w swojej książce amerykański historyk Timothy Snyder) rzeczy straszne. Trudno mi uwierzyć, że okupacja sowiecka przeszła w tej rodzinie właściwie niezauważona, skoro mama bohaterki wraz z rodziną osiedliła się na Wołyniu zaledwie 10 lat wcześniej (a przybyli z okolic Łowicza) i początkowo pracowała tam jako nauczycielka polskiego. Jej siostra była kierowniczką szkoły. W przypadku takich rodzin już w czasie pierwszej okupacji pochodzenie mogło decydować o życiu lub śmierci – na Syberii lub w Kazachstanie. O tym, że dotyczyło to nawet dzieci młodszych od Lali, czytelnicy tej serii mogli przekonać się z historii Chmurki opisanej wcześniej przez tę samą autorkę.

Mimo wszystko cieszę się, że doświadczenie mieszkańców wschodnich terenów Rzeczpospolitej, na które składają się dwie okupacje oraz repatriacja na ziemie, które przypadły Polsce w wyniku powojennego przesunięcia granic, przedostaje się pomału do pamięci zbiorowej, a ta książka właśnie temu służy. Więc już nie historykuję więcej, dodam tylko, że bardzo podobają mi się w niej ilustracje autorstwa Magdaleny Pilch, której kreskę znałam już wcześniej z „Jędrusia chłopaka ze Lwowa” oraz z nowej edycji „Darowanych kresek”, ale to nie są jedyne owoce jej współpracy z Wydawnictwem Literatura.

Dorota Combrzyńska – Nogala „Niedokończona opowieść Pepe”, ilustr.: Magdalena Pilch, wyd.: Literatura, Łódź 2020

Śpiąca królewna

Śpiąca królewna

Nazwisko Vojtecha Kubasty usłyszałam po raz pierwszy w czasie zajęć na studiach podyplomowych o literaturze dla dzieci i młodzieży. Prawidłowo pisze się je z ptaszkami nad e w imieniu i s w nazwisku, ale potrafię tego tutaj zrobić 😉 Z nazwiskiem zetknęłam się wtedy po raz pierwszy, ale szybko okazało się, że znam doskonale jego twórczość – podobnie jak każde niemal dziecku wychowane w PRL. Jego książki wychodziły wtedy w dużych nakładach i nawet jeśli ktoś nie miał żadnej na własność, to prędzej czy później się z nimi zetknął. I zapamiętał, bo wtedy książek typu pop-up nie było u nas zbyt wiele.

Ja należałam właśnie do tych dzieci, które ich nie miały, ale pamiętam dobrze, bo ich posiadaczkami były moje rozmaite koleżanki (może i koledzy też, ale tego już nie pamiętam 😉 ), a ja im zazdrościłam. Do dziś pamiętam frajdę, jaką miałam, mogąc własnoręcznie wsadzić do pieca Babę Jagę !!! Trudno mi dziś powiedzieć, czemu moi rodzice nigdy mi żadnej nie kupili. Czy to była kwestia przypadku i akurat na nie w księgarniach nie trafili, czy świadomy wybór ? Sądzę, że raczej to pierwsze, bo wtedy, żeby coś kupić, nie wystarczyło tylko chcieć i mieć pieniądze. Trzeba się jeszcze było znaleźć w odpowiednim miejscu w odpowiednim momencie 😉 Moja zazdrość o te książki nie była aż tak silna, żebym mogła uznać ich nieposiadanie za traumę swojego dzieciństwa, ale pozostały jego niespełnionym marzeniem 😉

Teraz mogłam wreszcie spełnić to marzenie, bo Wydawnictwo Entliczek wznowiło je w ramach Kolekcji Retro. „Śpiąca królewna” jest w niej piątą pozycją.

Vojtech Kubasta urodził się w 1914 roku w Wiedniu, ale po zakończeniu I wojny światowej jego rodzina przeniosła się do Pragi i tam mieszkał aż do swojej śmierci w 1992 roku. Z wykształcenia był architektem, a całe swoje zawodowe życie poświęcił ilustracji i książkom pop-up, których był… może nie prekursorem (bo znano je już w średniowieczu 😉 ), ale na pewno jednym z największych i najpopularniejszych twórców w historii. Jego książki wydane zostały w 24 językach, a ich łączny nakład to 35 milionów. Niestety (nie tylko dla Kubasty osobiście) czas jego artystycznej aktywności przypadł na czasy komunizmu, więc nie mógł zrobić kariery światowej na miarę swojego talentu. Jak się domyślam, miało to dla niego także wymiar finansowy. Jego książki we wszystkich językach były drukowane i sprzedawane przez państwowe wydawnictwo Artia. Kiedy tworzył pop-upy we współpracy z Disney’em wydawane przez Hachette, na okładce nie było nawet jego nazwiska.

Mimo że od czasów kiedy te książki powstawały, bardzo rozwinęła się technika wydawnicza i mogą się w tej chwili ukazywać rzeczy dużo bardziej skomplikowane, te baśnie w wersji Kubasty nadal mają swój urok. W warstwie literackiej są dosyć proste i wyczyszczone z właściwego im okrucieństwa, nadają się więc już dla wczesnych przedszkolaków. Zapewne z dużą przyjemnością będą się one bawiły ruchomymi elementami tych książeczek, a dla rodziców (czy już bardziej dziadków ?) będzie to miły powrót do czasów dzieciństwa. A może przy tej okazji spełnią się ich niezrealizowane marzenia z tamtego czasu ? 😉

Vojtech Kubasta „Śpiąca królewna”, przekł.: Marta Bręgiel – Pant, wyd.: Entliczek, Warszawa 2020

Gdzie jest moja córka ?

Gdzie jest moja córka ?

„Gdzie jest moja córka ?” to jedna z tych książek Iwony Chmielewskiej, które najpierw ukazały się w Korei, a dopiero później w Polsce. Czekała na swoja polską edycję dziewięć lat, a kilka lat temu jej autorka powiedziała w wywiadzie: Polskie wydawnictwa chyba się jej boją.

To zdanie przypomniało mi się niedawno, kiedy wreszcie mogłam ją obejrzeć i przeczytać, i kiedy doszłam do jej puenty. Jak zwykle w takich sytuacjach mam problem, bo chyba nie da się powiedzieć o niej tego, co chciałabym, nie zdradzając, o co chodzi, a więc odbierając czytelnikowi przyjemność odkrywania jej do końca.

Umówmy się więc, że dalej dalej czytają tylko ci, którzy już lekturę tej książki mają za sobą, dobrze ? Albo tacy, którzy przyjmują do wiadomości, że zdradzam zakończenie i wchodzą na własną odpowiedzialność 😉

Biała przejrzysta organza i wszystkie szmatki, z których uszyta jest ta książka, były zbierane latami. Pochodzą ze sklepów z używaną odzieżą. Organza wisiała nie wiadomo gdzie jako firana. Fragmenty męskich gatek, poszewek na poduszki, zasłonek, chustek, piżam,wielkich spódnic i dziewczyńskich sukienek, które gdzieś, nie wiadomo gdzie, komuś, nie wiadomo komu, kiedyś służyły, zostały zszyte w tej książce w jedną całość…

„Gdzie jest moja córka ?” nie jest pierwszą książką Iwony Chmielewskiej, której ilustracje zastały uszyte, ale chyba pierwszą, w której zaglądamy także na ich drugą stronę. Patrząc na nie od spodu widzimy nie tylko lewą, tę z założenia brzydszą i nie przeznaczoną do pokazywania stronę materiału, ale także szwy, podwinięte brzegi, supełki i plątaninę nitek.

Moja córka jest radosna jak ptak, ale czasem jest smutna jak foka.

Moja córka jest spokojna jak królik, ale czasem jest gwałtowna jak krokodyl.

Widzimy też rzeczy nieoczekiwane, których nie zobaczylibyśmy oglądając je tylko z wierzchu – na przykład, że ptak jest także foką, a królik krokodylem. Każdy awers ma swój rewers i odwrotnie, więc dopiero patrząc z obu stron możemy zrozumieć.

Moja córka jest dla mnie wszystkim.

Ostatnia ilustracja kryje w sobie niespodziankę i buduje kolejny kontekst tej książki. Dziewczynka, której buzię widzimy przez organzową szybę w drzwiach (w tym przypadku można powiedzieć, że najpierw oglądamy spód ilustracji, ale tak naprawdę ma ona dwa wierzchy), siedzi na wózku inwalidzkim. Czy w tym momencie okazuje się, że jest to książka przede wszystkim o niepełnosprawności ??? Nie, ten wózek jest po prostu jedną z wielu cech córki. Czymś, co w żaden sposób nie wpływa na miłość, którą matka do niej czuje.

Pisząc to uświadomiłam sobie, że narratorem nie musi wcale być matka, a tak podświadomie założyłam czytając i utożsamiając tę osobę z Autorką. Potraktowałam tę książkę jak kontynuację „Dwojga ludzi”, bo tam przecież naturalną konsekwencją miłości są narodziny kolejnego człowieka. Może to więc być także ojciec, ale „Gdzie jest moja córka ?” to, trochę wbrew tytułowi, opowieść uniwersalna. O miłości – nie tylko rodzicielskiej. O miłości po prostu – uważnej, akceptującej i bezwarunkowej.

I jak to na ogół z książkami Iwony Chmielewskiej bywa – czyta się ją szybko, ale myśli o niej długo.

Iwona Chmielewska „Gdzie jest moja córka ?”, wyd.: Format, Wrocław 2020

Małe Licho i tajemnica Niebożątka

Małe Licho i tajemnica Niebożątka

oraz kolejne tomy tego cyklu i inne książki autorstwa Marty Kisiel.

Nigdy nie lubiłam ani fantasy, ani horrorów, ani wszelakich paranormalności – zarówno w literaturze, jak i w filmach. No, nie moja bajka zupełnie. Wyjątek od tej reguły robię wyłącznie dla twórczości Marty Kisiel 🙂

Nie pamiętam już, jak to się stało, że w moje ręce trafiło jej „Dożywocie”. Zachwycił mnie w tej książce przede wszystkim rozmach autorki, jej nieokiełznana wyobraźnia i zwariowane poczucie humoru. No i stało się – zakochałam się w Lichu, uroczym, naiwnym, bezgranicznie dobrym (ale nie przesłodzonym) Anielątku, które w dodatku mówi o sobie cały czas w rodzaju nijakim.

Postuluję to już nie pierwszy raz – Marcie Kisiel zdecydowanie należy się jakaś nagroda (a może nawet odznaczenie ?) za twórczy wkład w polszczyznę. Konkretnie za to, że udowodniła fantastyczną giętkość naszego języka oraz że rodzaj nijaki wcale nie jest taki nijaki i można go stosować także w pierwszej osobie liczby pojedynczej.

Nie będę się tu siliła na streszczanie Wam, o co chodzi w całym odjechanym, zwariowanym, a równocześnie ciepłym i przytulnym uniwersum Lichotki, bo mija się to z celem i jest po prostu bez sensu. To trzeba przeczytać, pomału wchodząc w ten świat i (podobnie jak bohater „Dożywocia” – Konrad) stopniowo dowiadując się, kim są dożywotnicy, których odziedziczył w spadku razem z domem. A potem albo się ich polubi, albo nie. Tertium non datur 😉

Po „Dożywociu” wiedziałam już, że na pewno sięgnę po następne książki tej autorki. Kiedy zaczynałam czytać „Nomen omen”, oczekiwałam kontynuacji znanej mi już historii i dopiero będąc gdzieś w 1/3 akcji, zorientowałam się, że nie mam co czekać na tamtych bohaterów. Zdążyłam się jednak już wciągnąć w tę nową opowieść – dużo mroczniejszą niż poprzednia, klimatem zbliżoną do horroru, ale wciągającą i w dodatku bardzo interesująco osadzoną w historii Wrocławia. W ten sposób definitywnie wsiąkłam w oba cykle książek Marty Kisiel. Pierwszy, zapoczątkowany „Dożywociem” uzupełniły potem „Siła niższa”, „Szaławiła” i „Oczy uroczne”. Na cykl wrocławski składają się (na razie !) „Nomen omen”, „Toń” i „Płacz”. Świat, który stworzyła w nich Autorka jest zdecydowanie postmodernistyczny 😉 Wymieszane są w nim motywy znane od dawien dawna, choć może nie zawsze występujące w tych samych tradycjach i mitologiach, ale często funkcjonują tu zupełnie na opak, że wspomnę tylko (pardon my french 😉 ) upierdliwego i przemądrzałego anioła.

O ile uwielbiam oba te cykle i generalnie wszystko, co Marta Kisiel pisze dla dorosłych, to równocześnie mam spory problem z jej twórczością dla czytelników niedorosłych czyli z cyklem „Małe Licho”, który, można powiedzieć, wypączkował z uniwersum „Dożywocia”.

Kiedy zaczęłam czytać „Małe Licho i tajemnicę Niebożątka” weszłam w opisywaną tam rzeczywistość jak w masło, jakbym znowu usiadła w w wygodnym i wysiedzianym fotelu u starych znajomych, z którymi niejeden wieczór przegadałam, bo są tam wszyscy – i Konrad, i Turu, i Licho, i Tsadkiel, i wszystkie różowe króliki, Zmora, Krakers i… no, po prostu wszyscy. I ja ich doskonale znam !!! Wiem, skąd się wzięli i dlaczego są tacy… jacy są 😉 Nie wiem natomiast, co z tego wszystkiego zrozumie dziecko, które się z nimi spotyka po raz pierwszy ???

Na potrzeby tego wpisu przeczytałam tę książkę jeszcze raz, ale starając się nie pamiętać tego, co wiem. Chciałam spojrzeć na tę historię okiem świeżego czytelnika. No cóż – łatwo nie było i szczerze mówiąc, nie udało mi się to wcale, więc nadal nie wiem 😉 Pytałam o to osób, które wypróbowały te książki na materiale żywym i niedorosłym, ale odpowiedzi nadal nie znalazłam. Wygląda jednak na to, że dają się oni ponieść wartkiemu tempu akcji i po prostu przyjmują tę rzeczywistość, jako coś normalnego, nie analizując jej szczególnie. I może dobrze, bo jakby się zaczęli zastanawiać nad tym, skąd się wziął na tym świecie Bożydar Antoni Niekiełłek… No cóż, ja też mam z tym pewien problem 😉 Już kwestia seksu z widmem prowadzi moją (dorosłą przecież !) wyobraźnię w rejony dość grząskie, ale tego, jak w jego wyniku poczęte zostało całkowicie realne, choć nie do końca zwyczajne dziecko, nie podejmuję się wyjaśniać osobie w żadnym wieku 😉

Ten temat w książkach o Małym Lichu na szczęście nie występuje, więc niedorosłych czytelników te rozważania ominą. Znajdą tam natomiast piękną opowieść o miłości i akceptacji, na którą zasługuje absolutnie każdy. I jeszcze, nieco zapomnianego już obecnie, „Króla elfów” Goethego, który dzięki tej historii nabrał nowego blasku. W dodatku wszystko to jest fantastycznie napisane !!!

Parafrazując znane powiedzenie o aktorach i czytaniu – myślę, że Marta Kisiel potrafiłaby napisać książkę telefoniczną tak, że byłaby to pasjonująca lektura.

Oraz bestseller 😉

Marta Kisiel „Małe Licho i tajemnica Niebożątka”, ilustr.: Paulina Wyrt, wyd.: Wilga, Warszawa 2018

Marta Kisiel „Małe Licho i anioł z kamienia”, ilustr.: Paulina Wyrt, wyd.: Wilga, Warszawa 2019 – Książka Roku IBBY 2019 w kategorii literackiej za książkę dla dzieci

oraz zapowiedź na 2 września 2020 roku – „Małe Licho i lato z diabłem” 🙂

Mały Powstaniec

Mały Powstaniec

oraz „Powstaniec Halicz” czyli seria „Warszawa 1944”

To były dwie pierwsze książki o bohaterach Powstania Warszawskiego dla młodych czytelników, jakie ukazały się po 1989 roku. Dopiero w 2006 roku wydało je Wydawnictwo Muchomor pod patronatem świeżo powstałego Muzeum Powstania Warszawskiego.

Przypominam wpis o nich z 11 września 2006 roku. Obie zostały jakiś czas temu wznowione i nadal można je kupić.

W sierpniu – miesiącu, w którym szczególnie dużo mówi się o Powstaniu Warszawskim, ukazały się dwie pierwsze (i mam nadzieję nie ostatnie) książki z nowej serii wydawnictwa „Muchomor” – „Warszawa 1944”. Książki szczególne, bo napisane na podstawie autentycznych losów uczestników Powstania. Ta tematyka zawsze mnie interesowała i chciałabym zainteresować nią moje córki, więc bardzo się cieszę, że je odkryłam.

Seria ma dwa „poziomy wiekowe” – dla dzieci w wieku 7-10 lat przeznaczony jest „Mały Powstaniec”

Tymoteusz Duchowski „Motek”, harcerz Szarych Szeregów,  w czasie Powstania był łącznikiem kanałowym między Żoliborzem a Starym Miastem. Służba Szczura kanałowego była bardzo niebezpieczna i trudna, a pełnili ją nastoletni chłopcy o wzroście do 150 cm, bo tylko oni mogli się poruszać w miarę wygodnie po niskich kanałach.

Do starszych (w wieku 10 – 14 lat) adresowany jest „Halicz”

Henryk Kończykowski „Halicz” był harcerzem „Szarych Szeregów” i żołnierzem batalionu „Zośka” – przeszedł cały szlak bojowy tego oddziału. Walczył na Woli i Starym Mieście, potem kanałami przeszedł do Śródmieścia i stamtąd na Czerniaków. Po wojnie najpierw musiał ukrywać się przed UB, a następnie spędził kilka lat w stalinowskim więzieniu

Co jest wartością tych książek ? Znakomicie (dla potrzeb czytelników w tym wieku) dobrani bohaterowie. Obaj mieli to szczęście, że udało im się pozostać w Powstaniu do samego końca i do niewoli niemieckiej dostali się wtedy, kiedy już Powstańcy traktowani byli zgodnie z konwencją genewską. Wspomnienia ich rówieśników z Woli czy Starego Miasta nie byłyby niestety materiałem na takie książki. W „Małym Powstańcu” tragiczny aspekt Powstania znajduje się niejako na marginesie opowieści, wyraźniej widać go dopiero w „Haliczu”, choć i tu nie znajdziemy żadnych bardzo krwawych opisów. Ważne jest też to, że obaj bohaterowie nie biorą się znikąd – dowiadujemy się o ich rodzinach i drodze do konspiracji, a także o późniejszych losach. Podoba mi się sposób, w jaki opowiedziano ich historie – spokojny, rzeczowy, bez egzaltacji.

Obie książki wydane zostały niezwykle starannie i „stylowo” – na zżółkłym papierze, z ilustracjami w nieco staroświeckiej manierze oraz wieloma oryginalnymi zdjęciami. Najważniejsze pojęcia (pseudonim, łączniczka, „szafa”, „kasza pluj” itp) są dodatkowo wyjaśnione, a na końcu „Małego powstańca” jest krzyżówka, przy pomocy której można sprawdzić ich znajomość.

Mam nadzieję, że na tym seria się nie skończy *. Prosi się teraz jeszcze o portret harcerza – listonosza poczty powstańczej, o historię łączniczki i sanitariuszki (to już zdecydowanie dla starszych) oraz może wspomnienia kogoś, kto był jeszcze za mały, by walczyć i oglądał te wydarzenia z perspektywy piwnicy. Przypomniała mi się przy tej okazji opowieść Jarosława Abramowa Newerlego (zamieszczona w „Lwach mojego podwórka”) o tym, jak to razem z kolegami zgłosili sie do oddziału stacjonującego w ich domu, dodając sobie na te okazję po trzy lata. Ich służba jednak nie potrwała długo, bo Mamy sprowadziły szybko swoich wojaków z powrotem do piwnicy.

Kiedy byłam w wieku moich córek, czytałam zachłannie wszystko, co znalazłam na ten temat. Utożsamiałam się oczywiście z młodymi powstańcami – łączniczkami czy sanitariuszkami. Po latach, będąc już mamą, zaczęłam przy okazji takich lektur myśleć więcej o kobietach siedzących z dziećmi w piwnicach jak Babcia mojego Męża i zaczęłam zastanawiać się, jak doszłabym do Pruszkowa z moimi dziewczynami. Teraz, czytając te książki, zastanawiałam się co czuły Matki tych chłopców, a także Mama mojego Wujka – listonosza poczty powstańczej, która z Grochowa obserwowała łunę nad Warszawą i przez wiele miesięcy nie wiedziała, czy jej syn żyje. Bohaterami tego Powstania byli nie tylko ci, którzy walczyli z bronią w ręku.

P.S. Do pierwszej z tych książek mam stosunek szczególny, bo jej bohatera miałam przyjemność poznać osobiście. Jeździłam na obozy harcerskie i żeglarskie razem z Jego córką, a On sam (czyli dla mnie – kapitan Duchowski) szkolił mnie na Mazurach na stopień sternika jachtowego. Bardzo miło wspominam ten obóz 🙂 Z tym większą przyjemnością w 2014 roku wzięłam wraz z Najmłodszą z moich córek udział w grze miejskiej organizowanej przez Muzeum Powstania i opartej właśnie na historii „Motka” i innych Szczurów kanałowych z Żoliborza.

* Współpraca Muzeum Powstania Warszawskiego z Wydawnictwem Muchomor ograniczyła się do tych dwóch tytułów. W pewnym sensie ich kontynuacją jest seria Wojny dorosłych – historie dzieci, którą wydaje (częściowo pod patronatem Muzeum) łódzkie Wydawnictwo Literatura.

Szymon Sławiński „Mały powstaniec. Na podstawie wspomnień Tymoteusza Duchowskiego.” (seria „Warszawa 1944”), ilustr.: Dorota Łoskot – Cichocka, wyd.: Muchomor Warszawa 2006

Roksana Jędrzejewska – Wróbel „Halicz. Na podstawie wspomnień Henryka Kończykowskiego” (seria „Warszawa 1944”), ilustr.: Ewa Poklewska – Koziełło, wyd.: Muchomor, Warszawa 2006 wznowiona pod tytułem „Powstaniec Halicz”

Wszyscy się liczą

Wszyscy się liczą

Tytuł tej książki może wywołać skojarzenie z wszystkim, co dzieje się obecnie nie tylko w USA wokół hasła Black Lives Matter oraz wymyślonemu w odpowiedzi na nie: All Lives Matter. Powstała ona jednak w Norwegii kilka lat przed tymi wydarzeniami i jest publikacją uniwersalną, ponadczasową oraz inną niż wszystkie 🙂

„Wszyscy się liczą” to książka, która służy nie tylko do czytania, bo tekstu jest w niej na kilka minut, a zajmować się nią można bez końca. Co jeszcze można z nią robić ? Mnóstwo rzeczy – można liczyć i sprawdzać, czy na pewno na ilustracji jest tyle osób, ile trzeba, można wyszukiwać rozmaite osoby i wymyślać ich historie, można też ją kolorować, bo całe tło jest tylko konturami.

Pole do wymyślania historii jest tu praktycznie nieograniczone.

Dwie osoby na wycieczce w lesie. Jedna z nich mówi coś, co ta druga zapamięta do końca życia.

Na polance w środku lasu siedzą mężczyzna i chłopiec. Mają plecak i koszyk z jedzeniem, siedzą na kamieniach nad stawem, piją coś z kubeczków i rozmawiają. Czy to tata z synem ? Może nie ? O czym rozmawiają ? Który z nich mówi właśnie to coś, co drugi zapamięta ?

Dwanaście osób na przyjęciu urodzinowym. Dwie z nich uważają, ze czas płynie zbyt szybko. Jedna nie może się doczekać własnych urodzin.

Czworo dzieci i ośmioro dorosłych w różnym wieku siedzi na kanapie, fotelach i na podłodze, a dookoła leżą prezenty. Troje dzieci, kobieta i mężczyzna otaczają jedną z paczek, która właśnie jest rozpakowywana. Czyje to urodziny ? Jakie więzy łączą osoby na obrazku ? Dlaczego jedna z dziewczynek siedzi z dorosłymi na kanapie ? Kto jest na zdjęciach, które wiszą na ścianie ? Kto nie może się doczekać własnych urodzin i dlaczego, a komu czas biegnie zbyt prędko ?

Sto trzydzieści pięć osób na lotnisku. Dziewiętnaście z nich tęskni za domem. Jedna nie zdąży na samolot. Jedna z nich po raz pierwszy spotka się ze swoją rodziną. Jedna podróżuje wbrew własnej woli i nigdy nie wróci.

Kto z tych osób, które widzimy na ilustracji odlatuje i dokąd ? Kto odprowadza i kogo ? Kto przyszedł powitać kogoś przylatującego ? Czy któraś z tych osób, która biegnie, to ta, która się spóźni ? Czy może tą, która nie zdąży, jest jakaś inna ? Kto podróżuje wbrew własnej woli ? Czy jest to któreś z dzieci ? A może to ta kobieta w czadorze, która już siedzi w samolocie ?

Możliwości jest mnóstwo, za każdym razem można wymyślać nowe historie. A jak już zabraknie na nie pomysłów, można zajrzeć na koniec, na stronę na której autorka podsuwa rozmaite pomysły wyszukiwanek i zadaje czytelnikom pytania.

Ta książka wyróżnia się w swoim gatunku. Można czytać ją wiele razy i za każdym razem odkrywać coś nowego. Można zobaczyć w niej myśli innych ludzi – a może nawet rozpoznać samego siebie w którymś z bohaterów. – napisało w swoim werdykcie jury Nagrody Literackiej Rady Nordyckiej. Została także wpisana na listę White Ravens.

Ja odkryłam, że jest to najbardziej demokratyczna książka jaką znam. Nie ma w niej jednego najważniejszego bohatera. Nie ma ich nawet kilku najważniejszych. Wszyscy są jednakowo ważni. Wszyscy się liczą.

Kristin Roskifte „Wszyscy się liczą”, przekł.: Milena Skoczko, wyd.: Dwie Siostry, Warszawa 2020

Dzieci, których nie ma

Dzieci, których nie ma

Polen-Jugendverwahrlager der Sicherheitspolizei in Litzmanstadt – prewencyjny obóz policji bezpieczeństwa dla młodzieży polskiej w Łodzi. Nazwa to powstała na użytek zewnętrzny, miała stwarzać pozory, że obóz ma charakter zaradczy i będzie pomocny w należytym wychowaniu polskich dzieci… Zachowaniu pozorów służyło też funkcjonujące w obozie stanowisko „wychowawcy”. Ten prewencyjny z nazwy obóz nosił wszelkie znamiona obozu koncentracyjnego. Nie był tak rozbudowany, jak obóz w Oświęcimiu, nie miał komór gazowych i pieców krematoryjnych, ale nie bez powodu jest nazywany Małym Oświęcimiem… – napisała we wstępie do tej książki jej autorka.

„Dzieci, których nie ma” to próba zmierzenia się z tematem niezwykle trudnym – w sposób odpowiedni dla czytelnika niedorosłego. Próba nie do końca udana, ale ważna, bo pokazująca, że jednak są tematy, których nie da się w taki sposób opisać.

„Dzieci, których nie ma” to książka, której lektura boli. Doczytanie jej do końca sprawiło mi problem, a przecież mam już za sobą wiele trudnych lektur i wiedziałam wcześniej, czym był obóz przy ulicy Przemysłowej. Bardzo długo zbierałam się też do napisania o niej, bo nie byłam w stanie sięgnąć po nią kolejny raz.

Ten obóz, który kojarzyć się może z ostatnim kręgiem piekła, Niemcy umieścili w samym środku innego piekła – łódzkiego getta. Dlatego jego historia słabo zapisała się w pamięci zbiorowej o tych czasach. I właśnie o pamięć chodzi twórcom tej książki. Na jej okładce możemy przeczytać słowa: Nie wolno nam dopuścić, by to, co się wydarzyło w obozie dla polskich dzieci w Łodzi, poszło w zapomnienie.

By Ignacy Płażewski – Muzeum Miasta Łodzi, CC BY-SA 3.0 pl, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=64013274

„Dzieci, których nie ma” to książka przejmująco smutna, ale w taki szczególnie mocny sposób. Jest tam tłum bezimiennych dzieci i nie ma żadnego, które miałoby imię, twarz, któremu moglibyśmy towarzyszyć, współczuć i mieć nadzieję, że uda mu się przeżyć. Twarzy nie ma również na ilustracjach Macieja Szymanowicza, które towarzyszą tekstowi Renaty Piątkowskiej.

Bohaterami tej książki są CIERPIENIE i OKRUCIEŃSTWO.

Jej wygląd zewnętrzny sugeruje zupełnie co innego, niż możemy znaleźć w środku – dlatego mam z nią problem i chyba miało go też wydawnictwo. Seria „Wojny dorosłych – historie dzieci”, w ramach której się ukazała, zawiera książki adresowane do niedorosłych czytelników w różnym wieku – od najmłodszych (jak w przypadku „Asiuni”) po nastolatków. W przypadku „Dzieci, których nie ma” granicę wieku określono jako 15+. Wydaje mi się jednak, że młodzież w tym wieku raczej po nią nie sięgnie, bo jej rozmiar i wygląd sugerują, że jednak jest dla młodszych. Poza tym – młodzi ludzie w wieku licealnym, jeśli tylko są tą tematyką zainteresowani, mogą już czytać książki historyczne z półki dla dorosłych, które ten temat opisują bardziej wyczerpująco.

Renata Piątkowska „Dzieci, których nie ma”, ilustr.: Maciej Szymanowicz, wyd.: Literatura, Łódź 2020

Głucha jesteś ?

Głucha jesteś ?

Wpis z 2 listopada 2007 roku:

W książkach, na których sama się wychowałam, a także w tych, które znajduję dla moich córek, niepełnosprawni właściwie nie występują. Jeśli już się pojawiają, są to najczęściej osoby bardzo grzeczne, które wręcz przepraszają, że żyją. Główny bohater książki może otoczyć je opieką, a one przyjmują to z wdzięcznością. Z taką niewidomą dziewczynką mamy do czynienia w „Spotkaniu nad morzem” Jadwigi Korczakowskiej – książce, która nadal jest lekturą szkolną (edit: a może już nie ?). Jest jeszcze drugi schemat – dziecko, które swoją niepełnosprawność rekompensuje nadzwyczajną wspaniałością we wszystkich innych dziedzinach życia i jako takie stanowi wzór do naśladowania dla zdrowych rówieśników. W pewnym sensie taka jest Zosia z książki  ”W zielonej dolinie” – pełnosprawni rówieśnicy wręcz zazdroszczą jej wózka inwalidzkiego.

Megan – niesłysząca bohaterka ksiązki „Głucha jesteś ?” nie zalicza się do żadnej z tych kategorii. Daleko jej do ideału. Jest normalną dziewięciolatką – ze wszystkimi wadami i zaletami swojej płci i swojego wieku. Jak sama się scharakteryzowała: Jestem uparta jak osioł. Zawsze dużo gadam, zgarniam wszystkie pochwały i nie chcę się nimi z nikim dzielić. Do tego jeszcze dochodzą: koncertowy bałagan w pokoju, kłótnie z bratem i grymasy przy jedzeniu. Normalka 😉

Pamiętacie film „Dzieci gorszego Boga” i jego główną bohaterkę – zbuntowaną dziewczynę, która nie chciała uczyć się mówić i uporczywie używała języka migowego ? Grała ją właśnie Marlee Matlin – autorka tej książki i dostała za tę rolę Oskara. Podobnie jak książkowa Megan straciła słuch we wczesnym dzieciństwie, więc dobrze wie, o czym pisze. Dlatego ta książka jest prawdziwa. Nie ma w niej cienia protekcjonalizmu, z jakim osoby pełnosprawne często traktują tych obdarzonych jakąś dysfunkcją. Megan na ogół radzi sobie z codziennością, czasem potrzebuje pomocy, ale równocześnie buntuje się na to. Obserwując trudne początki jej przyjaźni z Cindy otrzymujemy lekcję: jak pomagać osobie niepełnosprawnej w sposób naturalny i nieobraźliwy dla niej? 

„Głucha jesteś ?” to przede wszytkim książka o przyjaźni dwóch dziewczynek – podobna w klimacie do  książek Jacqueline Wilson. Tę przyjaźń nieco komplikuje fakt, że jedna z nich nie słyszy, ale poza tym wszystko jest normalnie.

W latach osiemdziesiątych „Dzieci gorszego Boga” były wystawiane w warszawskim teatrze „Ateneum”, a główną rolę zagrała Maria Ciunelis. Był to spektakl niezwykły, bo wszystkie kwestie mówione były jednocześnie migane. Dzięki temu mogły go oglądać także osoby niesłyszące, rzadko mające taka możliwość. Przedstawienie rozpoczynało się sceną, kiedy jeden z aktorów wychodził na proscenium i migał nieprzyzwoity dowcip. Jeśli na sali rozlegał się śmiech, aktorzy wiedzieli, że na widowni są niesłyszący 😉

Niedawno robiłam zakupy w supermarkecie i podchchodząc do kas wybrałam tę, do której kolejka była wyraźnie krótsza. Okazało się, że obsługuje w niej osoba niesłysząca i to zapewne powodowało, że klienci wybierali inne kasy. Zastanowiłam się – dlaczego, skoro do przesuwania kodów kreskowych przed czytnikiem i obsługi terminala do kart słuch nie jest niezbędny ?

Kiedy odchodziłam z moimi zakupami  od kasy było mi wstyd, że nie potrafię (jak to zwykle robię) podziękować kasjerowi. Nie znam żadnego znaku języka migowego. Właściwie – dlaczego ? Dlaczego ten język, tak prosty i uniwersalny zarezerwowany jest tylko dla niesłyszących ? Moje córki uczyły się go na obozach harcerskich, ale też już niewiele pamiętają. Wkładamy wiele wysiłku w naukę najrozmaitszych języków obcych, a nie próbujemy znaleźć wspólnego języka z ludźmi żyjącymi obok nas. Wolimy udawać, że ich nie ma.

Marlee Matlin „Głucha jesteś ?”, przekł.: Aleksandra Wolnicka, wyd.: Wydawnictwo „C&T” Toruń 2007

W zielonej dolinie

W zielonej dolinie

Wpis z 7 czerwca 2006 roku. Książka już chyba nieco zapomniana, ale bardzo wakacyjna, więc warto ją przypomnieć 🙂

W zielonej dolinie u podnóża zielonych gór leży mała wioska. W tej wiosce razem z rodzicami i rodzeństwem mieszka Malwinka. Właśnie skończyła pierwszą klasę. Nie wyjeżdża na wakacje, ale wcale tego nie żałuje – wakacje w Górkach są wspaniałe. Jej rodzice prowadzą gospodarstwo agroturystyczne i latem gromadka dzieci z Górek (oprócz Malwinki, Asi i Kajtka mieszkają tam jeszcze: Dorotka, Celina, Kuba i Antek) powiększa się o „miastowych” gości. Wszyscy razem – miejscowi i przyjezdni świetnie się bawią: chodzą na wycieczki, zbierają jagody, podglądają sarny i bociany. W tym roku chłopcy pomagają też harcerzom z pobliskiego obozu w uporządkowaniu zapomnianego cmentarzyka wojennego.

Zaletą tej książki jest to, że w sposób naturalny, niejako mimochodem, porusza tematy rzadko występujące w literaturze dziecięcej. Mama Malwinki pochodzi z rodziny łemkowskiej od pokoleń zamieszkałej w Górkach. Poznajemy specjały kuchni łemkowskiej – kisełycię i hałuszky, mamy też próbkę ich języka w piosence o tarninie.

Na wakacje przyjeżdża do Górek Zosia – dziewczynka z porażeniem mózgowym. Malwinka podziwia ją, bo świetnie pływa i mistrzowsko porusza się na wózku. Oprócz tego, że na nim jeździ, nie różni się niczym od pełnosprawnych rówieśników i jest świetnym kompanem.

„W zielonej dolinie” ma w sobie coś z klimatu Bullerbyn. Mieszkańcy Górek (i duzi, i mali) dobrze się czuja tam, gdzie mieszkają – nie ciągnie ich w wielki świat, nie mają kompleksów wobec przyjezdnych z miasta. Na tym jednak kończą się podobieństwa. Bullerbyn to biedna wieś, której mieszkańcy ciężko pracują i dzieci też muszą w tej pracy pomagać. Górki są wsią nowoczesną, ich mieszkańcy żyją właściwie tak samo jak w mieście, z tą tylko różnicą, że… na wsi. Dzieci nie muszą pasać krów czy pielić grządek, mają całe wakacje dla siebie. Zakładają nawet stronę internetową Górek, dzięki której wszyscy mogą się dowiedzieć jak jest u nich pięknie i ciekawie. Zwierzęta są w gospodarstwie po to, żeby turyści mieli co głaskać 😉 , a kury hoduje tylko babcia Malwinki bo ma małe wnuki. Gdyby nie to, jajka kupowałoby się w sklepie.

Jeśli szukacie lektury, z której wasze dzieci dowiedziałyby sie czegoś o letnich pracach na wsi (sianokosy, żniwa itp), to pomyliliście adres. Gdybyście natomiast chcieli przeczytać fajną książkę o beztroskich wakacjach sympatycznych dzieci, wtedy „W zielonej dolinie” jest tym, czego szukacie 🙂

Barbara Gawryluk „W zielonej dolinie”, ilustr.: Joanna Zanger – Kolat, wyd.: Literatura, Łódź 2005

Rodzina Pederwicków.

Rodzina Pederwicków.

Książka z podtytułem: Wakacyjna opowieść o czterech siostrach, dwóch królikach i pewnym interesującym chłopcu. Pisałam o niej 17 września 2007 roku.

Kiedy wybiera się miejsce na wakacje na ostatnią chwilę i w dodatku na niewidzianego, można się potem bardzo zdziwić. Zdarzyło nam się już kiedyś w podobnej sytuacji, trafić do pensjonatu położonego tuż obok torów kolejowych i z podjazdem tak stromym, że w zimie nie udawało tam się dotrzeć bez łańcuchów na koła (oczywiście nie było o tym mowy w ogłoszeniu 😉 ). Bywa też inaczej i, jeśli komuś szczęście sprzyja,może trafić… na przykład do pięknej posiadłości z ogromnym parkiem. To właśnie przydarzyło się pewnemu tacie i jego czterem córkom. 

Tytuł tej książki nieprzypadkowo brzmi tak, jak brzmi, choć na podstawie pobieżnego streszczenia spodziewać by się można innego. O – na przykład takiego: „Niezwykle wakacje w Arundel”. Chociaż opowiada ona o wakacjach, a były one naprawdę niezwykłe, to jednak tym, co jest w niej najważniejsze jest właśnie rodzina, a nawet dwie rodziny, krańcowo różniące się od siebie.

Tytułowa rodzina Pederwicków składa się z Taty i czterech córek: dwunastoletniej Rosalindy, jedenastoletniej Sky (o oczach niebieskich jak niebo), dziesięcioletniej Jane i czteroletniej Batty. Jest jeszcze Psisko (jak mogłabym pominąć ?) – równorzędny członek rodziny. Mama dziewczynek umarła wkrótce po urodzeniu Batty, ale, mimo że jej zabrakło, Penderwickowie nie są rodziną w rozsypce, jak w  ”Świecie do góry nogami”. Są zwartym i dobrze zorganizowanym organizmem, w którym każdy dobrze zna swoje miejsce i zasady w niej panujące. Na przykład – pilnowanie Batty jest zawsze obowiązkiem NOSP czyli Najstarszej Obecnej Siostry Penderwick i dzięki temu nigdy nie ma wątpliwości, na kim spoczywa odpowiedzialność za najmłodszą. Nie jest to może do końca sprawiedliwe wobec najstarszej z sióstr, ale w końcu nie od dziś wiadomo, że nie ma sprawiedliwości na tym najpiękniejszym ze światów 😉 Wszystkie decyzje Penderwickówny podejmują demokratycznie, zwołując SSP – czyli Spotkania Sióstr Penderwick, choć czasem są to SSSP, gdzie drugie S oznacza Starsze (czyli z wyłączeniem najmłodszej). Rytuał tych spotkań wymaga, aby rozpoczynać je od złożenia przysięgi na Honor Rodziny Penderwick. Dla nas może to brzmieć nieco górnolotnie, nawet śmiesznie, ale one traktują to ze śmiertelną powagą.

Honor… to pojęcie odchodzące już w zapomnienie, kojarzące się raczej z Rycerzami Okrągłego Stołu czy pojedynkami na pistolety niż ze współczesnymi dziewczynkami. Honor Rodziny… czy ktoś używa jeszcze tego sformułowania ? Ostatni raz w tym kontekście słyszałam chyba o Honorze Prizzich, ale jest to skojarzenie ze wszech miar nieprawidłowe 😉 Honor Rodziny Penderwick… jest czymś, co dotyczy wszystkich jej członków i za co wszyscy są w jednakowym stopniu odpowiedzialni. Jeśli jednej z sióstr zdarzy się coś, co rzuca cień na jej honor (i na Honor Rodziny także) – to cala rodzina działa na rzecz zmazania tej plamy.

Wszyscy razem, wspólnie – to słowa, które tworzą styl rodzinny Penderwicków. Zupełnie inaczej jest w rodzinie owego pewnego interesującego chłopca, o którym jest mowa w tytule. Jego rodzina też jest niepełna – składa się tylko z Jeffreya i jego Mamy, właścicielki Arundel. Jest ich tylko dwoje, a żyją zupełnie oddzielnie i niewiele o sobie wiedzą. Trzeba było dopiero pojawienia sie Penderwicków, żeby Mama dowiedziała się, czego naprawdę pragnie jej syn. Wcześniej brakowało mu odwagi, żeby przeciwstawić się planom, jakie miała wobec niego.

„Rodzina Pederwicków” bywa porównywana z „Tajemniczym ogrodem”. Tu także mamy wielki, pusty pałac oraz samotnego chłopca, cierpiącego z powodu braku zrozumienia u jedynego z rodziców, jakiego ma i… na tym właściwie podobieństwa się kończą. Zamiast jednej nieznośnej Mary mamy aż cztery wesołe dziewczynki i psa, a chłopiec jest zupełnie zdrowy. Atmosfera tej książki jest zupełnie inna – pogodniejsza, pełna słońca. Wszystko dobrze się kończy i to jest jeszcze jedno podobieństwo.

Ta książka jest uroczo staroświecka – nie tylko z powodu niedzisiejszego podejścia do pojęcia honoru. Akcja rozgrywa się w bliżej nieokreślonej przeszłości, co możemy poznać wyłącznie po tym, że bohaterowie nie używają telefonów komórkowych i piszą zwykłe papierowe listy, choć jakieś wzmianki o komputerach chyba też tam są. Poza tym nie znajdziemy tam żadnych odniesień do czasu zewnętrznego – tak jakby Arundel znajdowało się poza nim. Dzięki temu „Rodzina Penderwicków” jest książką ponadczasową i myślę, ze nie zestarzeje się szybko. Świat się może zmieniać, ale rodzina będzie zawsze – przynajmniej taką mam nadzieję.

P.S.   Pierwotnie ten wpis, kończył się pełną zdziwienia konkluzją: jak to się mogło stać, że w tym samym wydawnictwie, w tym samym czasie ukazały się  książki o Ammerlo, tak odmiennie traktujące sprawy honoru i uczciwości ? Zwrócono mi jednak uwagę, że tamte akurat wydało wydawnictwo Egmont (co można przeczytać także i tutaj, tylko trochę niżej). Mogę się tylko zarumienić ze wstydu za własne gapiostwo, a całą puentę niestety diabli mi wzieli 😦

Jeanne Birdsall „Rodzina Pederwicków. Wakacyjna opowieść o czterech siostrach, dwóch królikach i pewnym interesującym chłopcu”, przekł.: Hanna Baltyn, wyd.: Nasza Księgarnia, Warszawa 2007

Jeanne Birdsall napisała do dziś pięć części cyklu o Penderwickach – w Polsce ukazał się jeszcze tylko tom drugi:

Jeanne Birdsall „Rodzina Penderwicków na Gardam Street”, przekł.: Hanna Baltyn, wyd.: Nasza Księgarnia, Warszawa 2008