Historyczka, literaturoznawczyni, zaczytana mama trzech dorosłych już córek.
Wolontariuszka Muzeum Powstania Warszawskiego.
Członkini Polskiej Sekcji IBBY.
(to co w tle to oczywiście nie jest Pałac Saski, bo on nie istnieje, jednak boniowanie na elewacji tej odrestaurowanej warszawskiej kamienicy przy ulicy świętej Barbary wydało mi się podobne)
Stali bywalcy Małego Pokoju z Książkami wiedzą doskonale, że bardzo cenię twórczość Zuzanny Orlińskiej, a szczególnie to, jak pisze ona o historii. Potrafi połączyć interesującą, wciągającą czytelnika akcję z wiernością realiom historycznym. Z dużą odwagą wprowadza na karty swoich książek postaci historyczne i jeśli się one tam pojawiają, to możemy być pewni, że mogli się znaleźć akurat w tym miejscu i akurat w tym czasie.
„Okna Pałacu Saskiego” ukazały się cztery lata temu i od tego czasu bardzo chciałem tę książkę przeczytać. Nie można jej było kupić, a kanały dystrybucji były mocno niejasne, więc udało się to dopiero niedawno, kiedy dostałam ją od Autorki. Nie planowałam pisania o niej, bo skoro jest to kolejna publikacja nie do dostania, to w sumie po co?
Na tę książkę składa się pięć opowiadań. Akcja pierwszego rozgrywa się w połowie XVIII wieku, a ostatniego w czerwcu roku 1979, ale wszystko dzieje się w jednym miejscu – w Pałacu Saskim. Najpierw był rezydencją królewską, potem siedzibą Liceum Warszawskiego, a po przebudowie – budynkiem mieszkalnym. W latach 1918 -1939 miał w nim swoja siedzibę Sztab Generalny Wojska Polskiego, a pod jego kolumnadą umieszczono Grób Nieznanego Żołnierza. W piątym opowiadaniu pałacu już nie ma, ale na miejscu, gdzie był, gromadzą się ludzie, żeby wysłuchać pamiętnych słów Jana Pawła II…
Jej lektura stała się dla mnie przyczynkiem do zastanowienia się, jak ja sama widzę miejsce, o którym ona opowiada. W czasach mojego dzieciństwa i młodości Plac Zwycięstwa* był wielkim pustym wygonem rozciągającym się między hotelem Victoria a tyłem Teatru Wielkiego. Hulał po nim wiatr, a na skraju Ogrody Saskiego stała resztka kolumnady z Grobem Nieznanego Żołnierza i czasem równym krokiem maszerowała tamtędy zmiana warty. Na uroczystościach oficjalnych, które się przy nim odbywały, nie bywałam. Mszę papieską w 1979 roku oglądałam w telewizji. Przez długie lata było to dla mnie miejsce, przez które się przechodziło, a nie takie, które było celem. Zmieniło to się dopiero w pierwszej dekadzie XXI wieku. Najpierw powstał budynek Metropolitan projektu Normana Fostera i plac stał się nieco mniejszy. Potem zaczęliśmy tam przychodzić 1 sierpnia, żeby (z roku na rok w coraz liczniejszym towarzystwie) śpiewać piosenki powstańcze. Niedawno zobaczyłam kronikę filmową z sierpnia 1957 roku. To była trzynasta rocznica wybuchu Powstania Warszawskiego, ale pierwsza obchodzona oficjalnie. Patrzyłam na stojących tam, własnie w tym miejscu powstańców i zastanawiałam się, co przeżyli przez te lata (niektórzy zapewne całkiem niedawno wyszli z więzień), co myśleli patrząc na tę pustkę dookoła (przecież pamiętali Warszawę przedwojenną) i co czuli słysząc podczas apelu poległych, że ich towarzysze broni zginęli, aby żyła Polska Rzeczpospolita Ludowa…
Myślę sobie o tym, że obecne pierwszosierpniowe śpiewanki to część tego, o co oni w Powstaniu walczyli – żeby kolejne pokolenia mogły w swoim mieście tworzyć wspólnotę, na przykład po to, żeby razem śpiewać.
Po lekturze „Okien Pałacu Saskiego” odczuwam smutek – nie z powodu, tego co w niej przeczytałam i bynajmniej nie dlatego, że jest to książka kiepska. Wręcz przeciwnie – szkoda mi tego, że jest, a jakby jej nie było…
Szkoda wysiłku Autorki i Ilustratora, którzy stworzyli książkę piękną i ciekawą, która z jakichś niezrozumiałych dla mnie przyczyn nie może dotrzeć do czytelników. Szkoda funduszy, które wydano na to, żeby się ukazała, mimo że jej znaleźć nie można. I żal, że nie wydarzą się różne rzeczy, które mogłaby ona wywołać – wycieczki i spacery, rozmowy oraz opowieści także o innych sprawach, które się z tym miejscem wiążą. Warszawa jest jak palimpsest, a ta książka mogłaby pomóc odkryć niektóre jego warstwy.
*wcześniej: Saski, Marszałka Piłsudskiego, SachsenPlatz, Adolf HitlerPlatz, po wojnie znowu krótko Saski, a potem Zwycięstwa, a od 1990 roku – Piłsudskiego
Zuzanna Orlińska „Okna Pałacu Saskiego”, ilustr.: Mikołaj Kamler, wyd.: Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego, Warszawa 2022
Książka nagrodzona w konkursie literackim PLANETA IZABELIN 2025 !!!
Kiedy tegoroczny werdykt konkursu PLANETA IZABELIN był już gotowy do ogłoszenia, zorientowaliśmy się, że z trzech nagrodzonych książek dwie nie tylko są o psach, ale także obie rozpoczynają się w schronisku.
W dodatku – mają tytuły, które mogą stanowić pewien problem. Uważacie, że przesadzam? To spróbujcie powiedzieć szybko „Raz, dwa, psy cztery” ! Jakoś tak jest, że po raz, dwa mając w perspektywie cztery odruchowo mówimy trzy, prawda ? Przekonałam się o tym, kiedy ogłaszałam wyniki konkursu na uroczystości w Centrum Kultury Izabelin 😉
Z drugą z nich problem mam taki, że trudno mi zapamiętać kolejność, w jakiej imiona bohaterów występują w tytule. Zawsze muszę sprawdzić, czy jest to „Bury i Bary” czy może jednak „Bary i Bury”?
Gdzie ja jestem? Gdzie jest mama? Co to za dziwny zapach? Zimno mi! Jestem głodny! Chcę do maaamyyyy! – piszczał Bary. Zupełnie nie wiedział, co się dzieje, kiedy obudził się w zimnym kartonie po butach pod drzwiami schroniska…
Bury wcale nie musiał wołać mamy, bo była zawsze przy nim, w wilczej jamie wywróconego przez wiatr drzewa…
„Bury i Bary. Wilk z lasu i pies ze schroniska” to, można powiedzieć, żywoty równoległe. Tytułowych bohaterów poznajemy na samym początku ich życia, a potem obserwujemy jak rosną. Pierwszy – w swojej wilczej rodzinie, pod opieką rodziców uczy się żyć w świecie, w którym największym wrogiem jest człowiek. Drugi – w schronisku pod opieką ludzi, którzy go karmią, dbają o niego i znajdują mu zastępczą jamniczą mamę. Potem zabierają go stamtąd do swojego domu Kasia i Robert. Odtąd to będzie jego dom i jego rodzina, połączy ich niezwykła więź.
Podobnie jak proste równolegle nigdy się nie przetną, tak ich drogi nigdy się nie skrzyżowały. Tylko raz poczuli się i zobaczyli z daleka.
Wśród nagrodzonych przez nas w tym roku tytułów „Bury i Bary” to książka adresowana do czytelników najmłodszych – takich na samym początku samodzielnej przygody z książkami. Powiedziałabym, że nadaje się dla każdego, kto jest ją w stanie sam przeczytać, ale jednak nie zostawiałabym dziecka z nią zupełnie samego.
Historia wilka z lasu i psa ze schroniska opowiedziana jest tam od ich narodzin do śmierci, która przecież jest nieuchronnym końcem każdego życia. Zarówno Bary, jak i Burydożyli dni swoich otoczeni przez swoje rodziny. Ponieważ zwierzęta żyją krócej od nas, więc takie pożegnanie (oraz doświadczenie starości) wpisane jest w każdą relację z psem, kotem i innym domowym pupilem. Tak też jest to tutaj opisane – jako coś nieuchronnego, ale naturalnego.
Na ostatniej okładce możemy przeczytać: Książka uwrażliwia dziecko na świat zwierząt – tych oswojonych i tych dzikich – i uczy właściwej postawy wobec nich. W przypadku dzieci z Izabelina i okolic, które mieszkają na skraju Puszczy Kampinoskiej to szczególnie ważne. Przechadzające się po izabelińskich ulicach łosie, sarny czy dziki nikogo tu nie dziwią. W okolicy żyją też wilki i spotkanie z nimi jest także prawdopodobne, więc nauka o tym, że nie można ruszać znalezionych na szlaku zwierząt, którą z tej książki wyniosą czytelnicy, na pewno się przyda.
Aleksandra Struska-Musiał „Bury i Bary. Wilk z lasu i pies ze schroniska”, ilustr.: Marta Rydz-Domańska, wyd.: Wydawnictwo Bis, Warszawa 2025
Książka nagrodzona w konkursie literackim PLANETA IZABELIN 2025 !!!
W tym konkursie, w którego jury miałam przyjemność zasiadać po raz drugi, szukamy pięknie wydanych, wartościowych książek nawiązujących do przyrody i ekologii. Chcemy wyjść naprzeciw potrzebom literackim młodych ludzi, inspirować i wspierać czytające dzieci oraz młodzież w wieku 7–13 lat. (cytat ze strony konkursu)
„Raz, dwa, psy cztery” to książka, którą w największym skrócie opisałabym jako powieść łotrzykowską z trudnym do wymówienia tytułem, z psami w roli głównej oraz z duszoszczipatelnym (jak mówiła moja Mama) finałem. Znakomicie wpisała się w profil naszego konkursu – psy to przecież też część świata przyrody. W dodatku są to ci jego przedstawiciele, z którymi dzieci (niezależnie od tego, gdzie mieszkają) mają do czynienia najczęściej.
Agnieszka Elbanowska od pierwszej sceny potrafi przyciągnąć uwagę czytelników. Dzieje się tam dużo – bywa śmiesznie, bywa emocjonująco, bywa trochę smutno, ale ani przez chwilę nie jest nudno.
Szarlota, Jupi, Kundzia i Dżordż – czwórka psich bohaterów to postaci bardzo dobrze wymyślone. Różnią się nie tylko wyglądem. Mają swoje wyraziste charaktery i swoje historie, a w nich różne problemy, doświadczenia, wspomnienia i marzenia. Najpierw połączył ich wspólny boks w schronisku, a potem, kiedy już stamtąd uciekli, okazało się, że nie potrafią się ze sobą rozstać.
To, co wymyśliła dla nich Autorka, skojarzyło mi się z psimi filmami Disney’a, które bardzo lubiłam oglądać z córkami. Jest tam trochę z atmosfery „Zakochanego kundla” (choć tu zakochany jest akurat jamnik), a trochę ze „101 dalmatyńczyków”, ale zakończenie…
No właśnie – zakończenia nie chcę zdradzać, więc powiem tylko, że w całej tej ciut zwariowanej historii chodzi tak naprawdę o to, że niezależnie od swojego wieku ludzie potrzebują psów, a psy – ludzi. Tym, co jest im (i ludziom, i psom) najbardziej potrzebne jest bliskość i dotyk – dotyk, który przekazuje ciepło, akceptację i życzliwość, łagodzi ból, przepędza lęk i samotność, dotyk, który daje poczucie bezpieczeństwa.
Dynamiczna komiksowa kreska, zastosowana tym razem przez Nikę Jaworowską-Duchlińską bardzo pasuje do klimatu tej historii. Warto dodać, że w zeszłym roku wśród książek nagrodzonych w Planecie Izabelin też znalazła się książka z jej ilustracjami, ale były one zupełnie inne – malarskie i nastrojowe. Jestem bardzo ciekawa, jakie (i przez kogo ilustrowane) tytuły trafią do nas w przyszłym roku 😉
Agnieszka Elbanowska „Raz, dwa, psy cztery”, ilustr.: Nika Jaworowska – Duchlińska, wyd.: Wydawnictwo Bis, Warszawa 2025
„Dziura w płocie” i „Pomarańczowe kalosze w lwy” czyli dwie pierwsze części nowego cyklu, w którym życie bohaterki o sympatycznym imieniu Felusia opisuje Katarzyna Wasilkowska, a wizualizuje je Jona Jung.
To zdjęcie zrobiłam sama na własnym płocie (choć bez dziury), wszystkie pozostałe pochodzą ze strony Wydawnictwa Bajka.
Na ogół podoba mi się to, co pisze Katarzyna Wasilkowska i dlatego posiada ona w moim Małym Pokoju swoją własną półkę z książkami całkiem słusznych rozmiarów. Niewiele jest dłuższych 😉 Stoją na niej i tytuły dla nastolatków, i dla młodszych czytelników – takich 6+. Teraz stawiam tam cykl z bohaterką jeszcze młodszą – książki o Felusi przeznaczone są dla jej rówieśników, a więc dzieci zaczynających dopiero karierę przedszkolną.
Przyznam, że na początku miałam pewien problem związany z jej imieniem. Wśród bohaterek opisywanych tu przeze mnie książek jest już jej imienniczka, tylko używająca innego zdrobnienia – to Felcia z autorskiej książki Pawła Pawlaka. Choć nadal zdarza mi się je pomylić i nazwać Felusię Felcią, cieszę się, bo może dzięki tym bohaterkom to imię stanie się znów modne? Ma przecież taki piękny źródłosłów – pochodzi od łacińskiego słowa felix czyli szczęśliwy, a mody związane z imionami zmieniają się często i zaskakująco.
Ten cykl to proste historie z codziennego życia trzylatki. Nie dzieje się tam nic nadzwyczajnego – ot, po prostu zwykłe zakupy, spacer przez park, zabawy w ogródku czy poznanie nowej sąsiadki zza płota (z dziurą)
W historyjkach o Felusi dziecko odnajduje swój świat, a w małej bohaterce rozpoznaje własne zachowania i emocje: radość, ciekawość, fantazję, ale też nieśmiałość, złość, frustrację czy strach. Czytanie o Felusi wycisza, łagodzi stres i napięcie – czytamy na okładce.
No właśnie – napięcie. Bardzo dużo jest go w naszym życiu, szczególnie kiedy mamy małe dzieci. Tymczasem tutaj go wcale nie ma – dzięki Mamie dziewczynki (Taty na razie nie poznaliśmy). W obu tych historiach jest potencjalna przestrzeń na stres i napięcie, ale jakoś udaje jej się ich uniknąć.
W historii poznania nowej sąsiadki bardzo podoba mi się brak presji wywieranej na dziewczynki. Nie ma tam namawiania ich, żeby się przywitały, bawiły razem czy… cokolwiek 😉 Po prostu mają czas, żeby pomału przełamać swoją nieśmiałość.
Historia z kaloszami przypomniała mi pewne rodzinne spotkanie wiele lat temu, kiedy byłam mała. Przyjechał wtedy z Australii dawno niewidziany kuzyn Mamy z żoną i córeczką w moim wieku. Kiedy o umówionej porze stanęli w drzwiach, wujek trzymał na ręku dziewczynkę… ubraną w płaszcz kąpielowy (dodam, że pogoda była podobna jak teraz 😉 ). Na zdziwienie mojej Mamy: dlaczego ona jest w szlafroku?, Wujek odpowiedział spokojnie: bo nie chciała się ubrać. Mając w perspektywie awanturę z dzieckiem, jego histerię oraz prawdopodobne spóźnienie, wybrali szlafrok. A Georgina, widząc, że ja jestem w sukience, bez problemu dała się ubrać w swoją i spędziłyśmy potem miły czas, mimo braku wspólnego języka. Jakoś sobie poradziłyśmy na migi 😉
Z podobnych powodów mama Felusi nie protestuje, kiedy córeczka chce iść na spacer w kaloszach, mimo że pogoda sugerowałaby raczej sandałki. Rozumie, dlaczego ona tak woli i kompletnie jej nie przeszkadzają komentarze przechodzących pań. Nie znaczy to jednak, że pozwala Felusi na wszystko, widzimy to w sklepie…
Ten cykl to nie tylko historie dla przedszkolaków, jest w nich, można powiedzieć, drugie dno. Myślę, że rodzice, czytając je z dziećmi, mogą się wiele nauczyć od mamy Felusi. Znajdziemy tam lekcje o tym, że nie warto się przejmować tym, co ludzie powiedzą, natomiast bardzo ważne jest, żeby rozumieć swoje dziecko. Oraz – żeby dać mu czas i przestrzeń na to, aby samo zrozumiało swoje potrzeby. A potem wystarczy już tylko porozumiewawczy uśmiech 🙂
Czekam z nadzieją i niecierpliwością na kolejne tomy tego cyklu !!!
Dziękuję Wydawnictwu Bajka za egzemplarze recenzenckie oraz zgodę na wykorzystanie zdjęć pochodzących z ich strony!!!
Felusię na tych zdjęciach (wraz z kaloszami w lwy) wykonała Kasia Budyś czyli —>>>budka24.pl 🙂 Potrafi ona zrobić absolutnie wszystko!!! Dziełem jej rąk (i szydełka) jest także moja ukochana Bromba, którą możecie zobaczyć —>>>tutaj
Katarzyna Wasilkowska „Felusia. Pomarańczowe kalosze w lwy”, ilustr.: Jona Jung, wyd.: Bajka, Warszawa 2026
Katarzyna Wasilkowska „Felusia. Dziura w płocie”, ilustr.: Jona Jung, wyd.: Bajka, Warszawa 2026
wydarzyło się wszystko, o czym tu będę pisać, a więc:
nagroda PLANETA IZABELIN (o jej poprzedniej edycji pisałam—>>>tutaj) została poświęcona wyłącznie książkom dla młodych czytelników;
miałam zaszczyt i przyjemność uczestniczyć w pracach jej jury i ponownie zostałam wybrana jego przewodniczącą;
przy Strefie Zaczytania (czyli bibliotece szkolnej w Izabelinie) powstało także jury dziecięco-młodzieżowe, które całkowicie niezależnie od nas przyznało własną nagrodę;
jury dziecięco-młodzieżowe wybrało jedną z książek nagrodzonych także przez nas !!! Oto one:
Oto one:
Agnieszka Elbanowska„Raz, dwa, psy cztery”, ilustr.: Nika Jaworowska-Duchlińska, wyd.: Wydawnictwo BIS, Warszawa 2025
Wit Szostak„Wylinka”, ilustr.: Aleksandra Krzanowska, wyd.: Powergraph, Warszawa 2025
Już drugi raz dochodzę także do wniosku, że najfajniejszą częścią tego konkursu jest właśnie jury dziecięco-młodzieżowe, mimo że nagroda, którą przyznają, jest pozaregulaminowa. Mam nadzieję, że także w przyszłym roku uda się zebrać grono osób chętnych do do pracy w nim.
Z radością patrzyłam na ich entuzjazm, podziwiałam zapał, z jakim czytali zgłoszone do konkursu książki oraz zaangażowanie, z jakim o nich dyskutowali (a raczej – dyskutowały, bo w tym roku do pracy w jury zgłosiły się same dziewczęta). Mimo że oba gremia jurorskie obradowały i podejmowały decyzje zupełnie autonomicznie, przyznam, że z ciekawością nasłuchiwaliśmy wieści o tym, co czytają najchętniej i co mówią o przeczytanych książkach.
Już drugi raz werdykt młodego jury był dla nas zaskoczeniem, ale takim pozytywnym – dającym do myślenia i zmuszającym do zweryfikowania opinii. W zeszłym roku ich (i nasz) wybór padł na „Puszczę. Opowieści karpackich buków” Joli Richter-Magnuszewskiej. Napisałam wtedy: Ich werdykt świadczy nie tylko o tym, że dobrze wybraliśmy, ale przede wszystkim o tym, że warto tworzyć rzeczy mniej oczywiste, mniej krzykliwe, ale za to piękne, bo czytelnicy potrafią to docenić.
W tym roku jurorki wybrały„Wylinkę” Wita Szostaka – książkę, co do której miałam wątpliwości, czy może podobać się czytelnikom niedorosłym. Wiadomość o werdykcie młodego jury oraz spotkanie z nimi na uroczystości ogłoszenia wyników zmusiły mnie do zmiany opinii. Niekłamany entuzjazm, z jakim opowiadały to tym, jak bardzo podobała im się ta książka, robił wrażenie 🙂 Szczególnie podobała im się atmosfera tej historii, powolne odkrywanie zawartej w niej tajemnicy oraz to, że (cytuję z pamięci:) trzeba się było samodzielnie domyślić, o co w tym wszystkim chodzi, nie było to wyjaśnione za szybko, tak kawa na ławę… Muszę w związku z tym przyznać, że się pomyliłam i jest to historia także dla dzieci (a raczej nastolatków).
Bardzo jestem ciekawa, jaki będzie ich wybór w przyszłym roku !!!
P.S. Pozostałe dwie nagrodzone w tym roku książki niebawem staną na półkach Małego Pokoju z Książkami – obiecuję !!! Na razie mówiłam o nich w radiowej audycji „Literatura na weekend” —>>>tutaj
Dziś spróbuję napisać o tym, jaki mam problem z ostatnią edycją akcji „Mała książka – wielki człowiek” organizowanej przez Instytut Książki i zrobię to na przykładzie jednej z trzech nagrodzonych w niej książek.
„Mała książka – wielki człowiek” to program bookstartowy, który organizowany jest od ośmiu lat (a wcześniej w nieco innej formule) na trzech poziomach wiekowych – dla noworodków (książki rozdawane na oddziałach położniczych), dla przedszkolaków (program realizowany przez biblioteki publiczne) i dla pierwszoklasistów (przez szkoły). W poprzednich latach były to zamawiane specjalnie na potrzeby tej akcji książki znanych i uznanych twórców, na przykład Wojciecha Widłaka, Ewy i Pawła Pawlakow, Elżbiety Wasiuczyńskiej czy Iwony Chmielewskiej. W zeszłym roku zmieniono zasady, na jakich się ona odbywa – zorganizowano konkurs dla wydawnictw i wybrano po trzy książki na poziomach drugim i trzecim
Te dla przedszkolaków już od kilku miesięcy są w bibliotekach publicznych, które biorą udział w tym programie. Żadna z nich nie wywołała mojego zachwytu, a najbardziej in minus zaskoczyła mnie autorska książka Marty Kopyt „Rita i koń” (Wydawnictwo Muchomor).
Pierwszym, co zwróciło moją uwagę, kiedy wzięłam ją do ręki i zaczęłam przeglądać, było uderzające podobieństwo do powieści Sylwii Stano „Chłopiec z ulicy Niepoprawnej i czarny kucyk” wydanej w 2024 roku przez wydawnictwo Hokus Pokus (druga część ukazała się rok później). Obie te książki mają tytuły zbudowane według schematu: główny bohater – i – zwierzę kopytne (kucyk i koń).W obu tytułowe zwierzęta są czarne z jednym białym dodatkiem. U kucyka jest to łatka na czole, a u konia – białe futerko nad jedną nogą (…) jakby nosił skarpetkę albo bandaż (pomińmy kwestię, że ta łatka znajduje się nie nad nogą, ale nad kopytem 😉 ). Obie historie zaczynają się w ten sposób, że rano w domu bohatera/ki i narratora/ki pojawia się owo tytułowe zwierzę kopytne, co nie budzi specjalnego zdziwienia innych domowników. Następnie razem jedzą śniadanie i idą do placówki edukacyjnej (w pierwszej – do szkoły, a w drugiej do przedszkola).
Silne wrażenie podobieństwa obu tych historii wzmacnia też kompatybilność pierwszych ilustracji w obu książkach, ale tu już pozostawiam ocenę czytelnikom. Na kolejnych też jest wiele elementów wspólnych.
Niezależnie od tych podobieństw, „Rita i koń” jest utworem literacko zdecydowanie słabszym niż powieści Sylwii Stano. Czytając ją, odniosłam wrażenie pewnej nieporadności w konstruowaniu akcji, która jest po prostu relacją z całego dnia – od wstania z łóżka do zaśnięcia, takim wyliczeniem po kolei wszystkiego co bohaterka i koń robili. Poza tym nie ma w tej historii nic więcej. Zbyt często środkiem posuwającym akcję do przodu jest słowo potem – w całej książce naliczyłam je 15 razy, pojawia się niemal na co drugiej stronie (z tych, na których jest tekst), a rekord pobiła strona 31, gdzie zostało użyte trzy razy.
Przypomniał mi się ten fragment z „Ziela na kraterze” Wańkowicza, w którym King udzielał Tili lekcji pisania reportażu po ich powrocie z Mazur. Posłuchajcie:
Ale co to – „potem pojechaliśmy, a potem przyjechaliśmy”, a potem znowu pojechaliśmy, a wreszcie nie dopisaliśmy i felieton w koszu umieściliśmy – woła impetycznie King, mnąc pisanie i wrzucając je do kosza. A widząc, że się małej zbiera na płacz: – Przecież nie idziesz na referenta Urzędu Podatkowego, żebyś miała wszystko po kolei opisywać. Cóż to – lekcja, aby zbyć, czy pisanie? Natęż się, panna: nie masz prawa pisać, nim nie wywołasz obrazu. Masz opisywać, a nie referować.
To jest lekcja, której, jak sądzę, zabrakło autorce „Rity i konia”. Samej książce zabrakło także uważnej redakcji, mimo że w stopce redakcyjnej podpisane są pod nią dwie osoby.
Ponieważ jestem w nastroju czepialskim, pozwolę sobie wytknąć jeszcze użycie określenia boksy z kibelkami w kontekście przedszkolnych toalet, bo bardzo mnie ono w oko zakłuło. Przede wszystkim dlatego, że słowo kibel kojarzy mi się więziennie i nawet w wersji zdrobniałej nie bardzo pasuje w książce dla dzieci. Ale nawet jeśli pasuje, to przecież nie trzy razy w jednym akapicie!!! To urządzenie sanitarne można opisać kilkoma synonimami, język polski jest bogaty. Podobnie mam ze słowem sikać, użytym w różnych formach pięć razy w dwóch następujących po sobie akapitach.
Po przeczytaniu wszystkich trzech nagrodzonych w tym konkursie książek, z których żadna mnie nie zachwyciła, zastanawiałam się, jak to się mogło stać, że grono jurorskie składające się z osób, które naprawę są znawcami tematyki literatury dla dzieci, nagrodziło utwory tak słabe i (jak widać na przykładzie „Rity i konia”) niedopracowane??? Co się stało???
Po zapoznaniu się z regulaminem konkursu zrozumiałam, że oni tych książek w ogóle nie widzieli !!! A nie widzieli dlatego, że one wtedy jeszcze nie istniały.
Paragraf 2 regulaminu głosi: Celem konkursu (zwanego dalej także: naborem) jest wyłonienie przez Instytut Książki trzech najlepszych koncepcji książki skierowanej do dzieci w wieku od 4 do 6 lat oraz ich rodziców i opiekunów. Stworzone w ramach naboru koncepcje książki powinny być wzorcowymi propozycjami (pod względem treści i formy) wprowadzającymi dziecko w świat literatury i zachęcającymi rodziców do czytania, pokazując że wspólna lektura może być okazją do wzajemnej bliskości i lepszego zrozumienia się.
Komisja dokonywała wyboru (nieistniejącej jeszcze) książki, która miała być opublikowana w ogromnym nakładzie za pieniądze publiczne, na podstawie ogólnej koncepcji tekstu literackiego (skryptu), którego objętość nie powinna przekraczać 1800 znaków ze spacjami oraz portfolio ilustratora, który ma zostać zaangażowany do zilustrowania tekstu (par. 3 pkt 1 regulaminu). Dla osób, które nie zajmują się na co dzień pisaniem, wyjaśniam – 1800 znaków to jest jedna strona tekstu (w czasach, w których zaczynałam działalność redakcyjną nazywało się to stroną znormalizowanego maszynopisu). Sam tekst do publikacji miał liczyć 18 tysięcy znaków, więc na jednej stronie mógł się znaleźć tylko bardzo ogólny zarys przyszłej książki.
Regulamin mówi dalej, że: Komisja dokona oceny projektów, kierując się celami niniejszego regulaminu i następującymi kryteriami: 1) adekwatnością projektu do wieku odbiorcy, 2) jakością artystyczną, 3) oryginalnością koncepcji, 4) walorami artystycznymi ilustracji i ich doborem do tekstu literackiego, 5) komunikatywnością założeń projektu. (par.5 pkt.11)
Ocenianie czegoś, co jeszcze nie istnieje, na takich podstawach, ma walory wróżenia z fusów albo rzucania kostką. Naprawdę trudno jest przewidzieć efekt końcowy współpracy nawet doświadczonych twórców, a jednak w tym przypadku musi się on skończyć publikacją. I to publikacją w ogromnym (jak na realia polskiego rynku książki) nakładzie sfinansowanym ze środków publicznych.
Nasuwa się pytanie – czy pisząc tego blurba dyrektor Instytutu Książki opierał się na tekście „Rity i konia” czy jedynie na jego ogólnej koncepcji?
Im dłużej myślę o założeniach tej akcji, tym więcej mam wątpliwości. Kolejną budzi punkt regulaminu mówiący o tym, że tekst konkursowy powinien być tekstem premierowym, do tej pory nigdzie nie publikowanym.Agnieszka Rasińska-Bóbr, wicedyrektor Instytutu Książki ds. programowych tak to wyjaśniała w wywiadzie, którego udzieliła Bibliotece Analiz: Zgodnie z założeniami, celami i regulaminem stawialiśmy na książki premierowe z nowymi bohaterami, licząc, że konkurs odegra także rolę kulturotwórczą, że w jego wyniku powstaną książki, które być może bez takiego wsparcia by się nie ukazały.
Wydaje mi się, że konkurs powinien skupić się na swoim podstawowym celu, jakim jest dostarczenie dzieciom i ich opiekunom książek, które będą zachętą i wprowadzeniem w świat literatury.W warunkach ogromnej nadprodukcji nowych tytułów na rynku księgarskim (nie tylko dziecięcych i nie tylko w Polsce) naprawdę nie trzeba wspierać powstawania kolejnych, których główną wartością jest to, że są nowe. Dla kilkulatka nie ma większego znaczenia, czy książka jest nowością, czy już się kiedyś ukazała. Podobnie dla jego rodziców, których przygoda z tym segmentem literatury zakończyła się ponad 20 lat temu. Dlatego ważne jest przede wszystkim to, żeby wybrać naprawdę wartościowe utwory, a nie kupować kota w worku.
Zastanowiłabym się nad taką zmianą regulaminu, żeby dopuścić do konkursu tytuły, które już się kiedyś ukazały, ale nie udało im się, mówiąc kolokwialnie, przebić na trudnym rynku księgarskim, mimo że na sukces zasłużyły swoją wartością. Sięgnęłam na półki mojego regału, na którym stoją książki, o których tu pisałam i mam taki zestaw propozycji:
Zastrzegam, że jest to moja luźna propozycja. Nie wiem, ani jak wyglądają kwestie praw autorskich w przypadku tych tytułów, ani tym bardziej – czy ich autorzy byliby zainteresowani wznowieniem. Kluczem mojego wyboru było to, że chętnie ofiarowałabym te książki znajomym dzieciom, ale niestety nie da się ich już kupić. Te, które są na zdjęciu, czekają na moją wnuczkę 😉 Wszystkie mają piękne teksty i znakomite ilustracje, a ukazały się dość dawno i w tak niewielkich nakładach, że szansa na to, że znają je obecne przedszkolaki, jest minimalna.
To oczywiście nie wyklucza też szukania nowych propozycji, ale dobrze byłoby, gdyby jury mogło oceniać efekt końcowy czyli gotowy projekt książki, a nie jednostronicową koncepcję oraz zgodność nieistniejącego tekstu z nieistniejącymi ilustracjami. Zbyt ważny jest cel tej akcji i zbyt duże publiczne pieniądze są w nią angażowane, żeby można było sobie pozwolić na taką niestaranność na etapie wyboru.
P.S. Dziękuję Bibliotece Publicznej w Ożarowie Mazowieckim za umożliwienie mi przejrzenia i sfotografowania książek!!!
P.S. kolejny z 12.08.2026 – dodam jeszcze, że na ten temat wypowiedziały sie także: Ewelina Szyszkowska—>>>tutaj , Małgorzata Cackowska—>>>tutaj oraz Alicja Mazan-Mazurkiewicz—>>>tutaj
Zachęcam również, do zapoznania się z dyskusją, którą ten wpis wywołał na moim fanpage’u na FB —>>>tutaj
Marta Kopyt (tekst & ilustr.) „Rita i koń”, wyd.: Instytut Książki, Kraków 2025
Sylwia Stano „Chłopiec z ulicy Niepoprawnej i czarny kucyk” ilustr.: Patricija Bliuj-Stodulska, wyd.: Hokus-Pokus, Warszawa 2024
Melchior Wańkowicz „Ziele na kraterze”, wyd.: Instytut Wydawniczy PAX, Warszawa 1971 (s.148)
Wpis poniekąd okolicznościowy, ponieważ dziś mamy Dzień Dziecka, jednak nosiłam się z nim od dłuższego czasu. A dokładnie mówiąc – odkąd na na targach Mały Koneser spotkałam Krystynę Lipkę-Sztarbałło, a ona dała mi tę książkę, którą wymyśliła i opracowała od początku do końca.
To publikacja, którą mogę zaliczyć do książek innych niż wszystkie oraz do takich, które wbrew pozorom nie są dla dzieci (tylko dla dorosłych, którzy będą z dziećmi o niej rozmawiać). Gdybyśmy dalej organizowały Plebiscyt Blogerów LOKOMOTYWA, widziałabym dla niej miejsce w kategorii: Od A do Z, w której umieszczałyśmy książki szczególne, wyjątkowo przemyślane i dopracowane – bo właśnie taka jest.
Dziecko ma prawo? Tytuł między pytaniem a zdziwieniem otwiera temat relacji dziecko/dorosły we współczesnym świecie. Książka pozornie traktuje o przywilejach grupy społecznej między pierwszym a osiemnastym rokiem życia (Konwencja o prawach dziecka 1991). W istocie stanowi inspirację do rozmowy o wzajemnych powinnościach rozumianych jako odpowiedzialność.
Konstrukcja książki oparta na zakładkach ma ułatwić rozmowy z dzieckiem w każdym wieku i na każdym etapie edukacji. Pozwala dawkować temat, ograniczając go lub rozbudowując według indywidualnych kreacji opiekuna (negatyw/pozytyw, hasła proste i złożone). O ile obrazy są dedykowane dziecku (dla młodszego będące zagadką, dla starszego metaforą), o tyle teksty mają wesprzeć osobę dorosłą i dorastającą w sytuacjach zarówno indywidualnych, jak i zbiorowych (psycholog, lekcja). Stąd kolejne odsłony treści (zakładki) od formy prostego hasła po streszczenia poszczególnych paragrafów wraz ze wskazaniem źródła – tak o koncepcji tej książki pisze sama Autorka.
Największą jej wartością jest jej niezwykła otwartość i to, że nie narzuca żadnego sposobu rozmawiania z dziećmi. Ona podsuwa możliwości i daje wolność tego, jak się je wykorzysta. Jest potencjalnym punktem wyjścia do nieskończonej ilości rozmów – takich, jakie akurat temu dziecku (albo tym dzieciom) i temu dorosłemu potrzebne są akurat w tym momencie.
Mimo że dotyczy dzieci, nie można powiedzieć, że jest infantylna. Traktuje swoich czytelników (niezależnie od ich wieku) poważnie i z szacunkiem. Tak jak traktował dzieci Janusz Korczak, a cytaty z jego pism, wybrane przez Krystynę Lipkę-Sztabałło towarzyszą jej ilustracjom i wchodzą z nimi w dialog.
Na okładce tej książki nie ma ceny. Nie można jej nigdzie kupić. Niebawem powstaną także scenariusze zajęć, które można w oparciu o nią prowadzić. Wydał ją i dystrybuuje Instytut Książki i choć na jego stronie trudno jest znaleźć informacje o niej, to właśnie tam powinni się zwracać zainteresowani pracą z nią. Mam nadzieję, że znajdzie się ich wiele i „Dziecko ma prawo?” rozejdzie się po Polsce szerokim echem, bo i książka, i temat na to zasługują nie tylko 1 czerwca.
Niestety równocześnie Instytut Książki informuje, że nie zamierza rozprowadzać jej w wersji papierowej. To wielka szkoda, bo ma ona bardzo oryginalną formę, której walorów nie oddaje pdf No i zupełnie czym innym jest praca z dziećmi przy pomocy książki papierowej, a czym innym – z prezentacją na ekranie.
Krystyna Lipka-Sztarbałło (koncepcja, teksty, ilustracje) „Dziecko ma prawo?”, wyd.: Instytut Książki, Kraków 2026
Książka nagrodzona Nagrodą Żółtej Ciżemki w kategorii: tekst
oraz nagrodzona nagrodą czytelników i wyróżniona w Konkursie Literackim im. Kornela Makuszyńskiego,
oraz nominowana do Nagrody im. Ferdynanda Wspaniałego i w konkursie Książka Roku Polskiej Sekcji IBBY !!!
A teraz, uwaga, wszyscy patrzą w aparat i… LUBICIE DŻDŻEM DŻDŻOWNICOWY ?
PSTRYK!
Wszystko zaczęło się od zdjęcia. Takiego zwykłego, klasowego, zrobionego pod tablicą na zakończeniu roku szkolnego. Niby nic szczególnego – klasa może niezbyt liczna, bo rzecz dzieje się w malej miejscowości. Wszyscy uważają, że wyszli fatalnie i mieli głupie miny, więc w sumie: zdjęcie jakich wiele.
Natomiast to, co wydarzyło się potem…
… potem akcja tej początkowo beztroskiej, wakacyjnej historii skręca nagle w stronę horroru. Co prawda jej główna bohaterka Tosia bardzo lubi, kiedy razem z Tatą prowadzą swoje horrorozmówki, jednak czym innym jest wymyślanie takich strasznych historyjek na niby, a czym innym – kiedy kolejne osoby naprawdę znikają bez śladu. Do tego stopnia bez śladu, że nie ma ich już także na zdjęciu.
Tosia wpada na rozwiązanie tajemnicy, ale wie, że nie zostało jej wiele czasu. Musi znaleźć i powstrzymać fotowampira zanim zniknie także ona. Czy zdąży ???
„Dziewięć czerwonych iksów” to powieść z wciągającą, dobrze skonstruowaną akcją, mroczną atmosferą i nieoczywistym zakończeniem. Jest w niej też trochę niedopowiedzeń i zagadek, nad którymi się zastanawiałam (nie sama!), ale nie jestem na 100% pewna odpowiedzi. Paweł Beręsewicz (wspólnie z autorką okładki i ilustracji na wyklejkach – Moniką Pollak) zawarł w niej także nawiązania do innych swoich książek. Ja zauważyłam trzy, choć nie znam całej jego twórczości, więc mogłam coś przegapić.
Historia, którą tam znajdujemy, może być nieoczywistym wstępem do rozmowy z młodymi czytelnikami na temat różnych zagrożeń, które wiążą się z korzystaniem z internetu – o prywatności, o upublicznianiu zdjęć… a może także o sztucznej inteligencji i o tym, czym się ona karmi? Właśnie ta nieoczywistość – to że nie jest to historia z widocznym gołym okiem od pierwszej strony przesłaniem i topornym morałem – jest moim zdaniem największą zaletą tej książki.
P.S. Jeśli miałabym się do czegoś przyczepić, to do wieku bohaterów, którzy kończą piątą klasę, a więc mają po 11-12 lat. Chyba najtrudniej było mi uwierzyć w postać Haczyka, a dokładniej w jego hakerskie umiejętności, szerokie znajomości w internetowym półświatku oraz posiadanie niezbędnego do takiej działalności sprzętu. Ja bym im dołożyła jeszcze dwie klasy, ale może to tylko moje dorosłe ograniczenia wyobraźni…
Paweł Beręsewicz „Dziewięć czerwonych iksów” (Seria z dreszczykiem), wyd.: Literatura, Łódź 2024
Prawda, że to nader intrygujący tytuł ??? I zachęcający do tego, żeby po tę książkę sięgnąć. Na ostatniej okładce jej autorka Marianna Coppo napisała:
Szanowna publiczności!
Przed wami książka, która potrafi czytać w myślach! Mam nadzieję, że będziecie się przy niej równie dobrze bawić, jak ja podczas jej ilustrowania i pisania.
Dziękuję, że ją wybraliście! A może to ona wybrała was?
Udanej zabawy!
A więc zajrzyjmy do niej 😉
„Książka, która czyta ci w myślach” była jednym z tytułów, dla których wybrałam się w tym roku na targi Mały Koneser, bo jej zapowiedź mnie zaintrygowała, a to ostatnio nie zdarza się często. Wydawnictwo zapowiadało, że to zaklęta w książce obrazkowej sztuczka iluzjonistyczna, która sprawia, że oczarowani czytelnicy rozdziawiają buzie ze zdziwienia. To książka, która z dzieckiem rozmawia – i zgaduje jego myśli!
W rzeczywistości to niezbyt skomplikowana gra paragrafowa, w której przy pomocy zaledwie dwóch ruchów rozwiązuje się zagadkę. Ale to nie znaczy, że obcowanie z nią nie jest ciekawe!!! Myślę, że dla dzieci dużą frajdą będzie samodzielne zrozumienie tego, jak to działa? A kiedy już zrozumieją, to:
po pierwsze – warto przeczytać znajdującą się na jej końcu opowieść pisarza i iluzjonisty Mariano Tomatisa i dowiedzieć się, co z tym wszystkim ma wspólnego Leonardo da Vinci;
po drugie – można nadal się z nią z zainteresowaniem bawić.
Widzę w niej wiele dalszych możliwości. Znakomicie nadaje się na analogową atrakcję przyjęcia (nie tylko) urodzinowego – zarówno takiego, w którym będą brać udział same dzieci, jak i jako wspólną zabawę z dorosłymi.
W dodatku zabawa z nią nie musi się ograniczać tylko do odgadywania postaci. Jest ich tam aż 36, bardzo różnych – jakie to pole to wymyślania historii o nich, ich przygód i wzajemnych interakcji !
I choć nie zwykłam namawiać dzieci do mazania po książkach, przyznam, że tu aż się prosi, żeby je pokolorować. Ale pst! Ja nic nie mówiłam! 😉 No i w dodatku – można na jej podstawie tworzyć własne, podobne gry.
„Książka, która czyta ci w myślach” nie służy do czytania – nie ma w niej żadnej historii, akcji przygód, ale za to można przy jej pomocy spędzać wspólnie czas. Wspólnie i unplugged, a to w naszych czasach bardzo cenna możliwość.
Marianna Coppo „Książka, która czyta ci w myślach”, przekł.: Ewa Nicewicz, wyd.: Wytwórnia, Warszawa 2026
Wydawnictwo Bajka wydało „Pisklaka” ponownie po 9 latach. Jak zaznaczyło na swojej stronie – na życzenie czytelników. Udało mu się z tym wznowieniem trafić w bardzo szczególny moment mojego życia. Właśnie urodziła mi się pierwsza wnuczka, więc doskonale rozumiem bohaterów tej książki 🙂
Z walizkami do zamczyska przyleciały dwa ptaszyska.
Chcemy gniazdo mieć na wieży!
Bardzo na tym nam zależy!
Ciąg dalszy łatwo przewidzieć, bo kiedy już powstaje gniazdo, to oczywiście pojawia się w nim jajo, więc…
Wszyscy chodzą na paluszkach: król, królowa, dobra wróżka.
Smok też chodzić tak zamierza, żeby się nie trzęsła wieża…
A potem…
…o tym już musicie się sami dowiedzieć z tej uroczej książki. Nie spoilerując za bardzo – jest ona o tym, że takie małe i bezbronne, świeżo wyklute (czy też urodzone) stworzenie budzi zachwyt i rozczulenie, nawet jeżeli (obiektywnie patrząc) nie jest szczególnie urocze. Ot, taka magia miłości 😉
Trochę jak w bajce „Moje, nie moje”Liliany Bardijewskiej znakomicie zilustrowanej przez Krystynę Lipkę-Sztarbałło, która adresowana jest do nieco starszych czytelników niż „Pisklak” Doroty Gellner (nie mylić z „Pisklakiem”Zuzanny Orlińskiej, którego również znajdziecie w Małym Pokoju z Książkami 😉 )
Wiersz Doroty Gellner został bardzo pomysłowo i ekspresyjnie wpisany w ilustracje przez ich autorkę Jonę Jung.
Zastanawiałam się chwilę, czy nazywać tego „Pisklaka”książką czy raczej książeczką? Nie lubię tego określenia, kiedy używane jest jako (nieco protekcjonalny) synonim publikacji dla małych dzieci, pasuje natomiast jeśli mówimy o książce niewielkich rozmiarów i z niezbyt rozbudowaną treścią. „Pisklak” ukazał się w serii, którą wydawnictwo nazwało Kartonówki dla ciut starszych. Owe kartonówki są co prawda sztywnostronicowe, zawierają pojedyncze wiersze, ale jednak rozmiarowo zaliczają się do kategorii: książki.
A nawet więcej – to kategoria: książki, które zdecydowanie warto przeczytać z dziećmi. Każda grupa wiekowa znajdzie w „Pisklaku” coś, co ją urzeknie 🙂
Dorota Gellner „Pisklak”, ilustr.: Jona Jung, wyd.: Bajka, Warszawa 2026