Bajek paka dla przedszkolaka

Bajek paka dla przedszkolaka

Książka pod patronatem medialnym Małego Pokoju z Książkami !!!

To nie jest pierwsza książka, która może pomóc w adaptacji przedszkolnej dzieci, jaka stanęła na półkach Małego Pokoju z Książkami, ale pierwsza, która łączy w sobie treści adresowane i do dzieci, i do dorosłych. Jej autorka – Marta Chrościcka jest psycholożką i terapeutką dzieci, młodzieży i rodzin. Współpracuje z wieloma przedszkolami oraz prowadzi w sieci miejsce, które nazwała Pracownia Dobrych Relacji. Jest także mamą trójki dzieci, więc problemy adaptacji przedszkolnej zna z obu stron.

„Bajek Paka dla Przedszkolaka” to zbiór historii, które można określić mianem bajek adaptacyjnych i które krok po kroku pomagają przeprowadzić dziecko przez tę, często pierwszą w życiu, Wielką Zmianę.

Trzylatek z całego świata zna tylko swoją rodzinę i zasady w niej panujące. Przedszkole to jakaś obca planeta, a życie na niej jest niezwykle trudne do wyobrażenia. Dlatego debiut przedszkolny to w jego życiu zmiana tak wielka i przeżycie tak ogromne, że często pamięta się je przez całe życie.

Najpierw nie wiadomo nic – jest tylko to groźne słowo: przedszkole (kiedy będziesz juz chodzić do przedszkola, to…) Potem okazuje się, że jest to taki dom otoczony płotem i są tam też zjeżdżalnie i piaskownice , ale gdy wchodzi się do środka, to dalej nic nie wiadomo. Maluch wie tylko, że nie będzie Mamy, Taty, ani Babci – są za to jakieś obce Panie, które nie zajmują się tylko nim, ale też całą gromadą obcych dzieci – pisałam kilkanaście lat temu o książce „Lulaki, Pan Czekoladka i przedszkole” Beaty Ostrowickiej. Miałam już wtedy za sobą debiuty przedszkolne wszystkich trzech córek. Niestety, w stosownym czasie nie dysponowałam odpowiednimi książkami, które by nam w tym pomogły. Jedynym wsparciem były dla mnie wtedy teksty w miesięczniku „Dziecko” – mojej rodzicielskiej Biblii 😉

Marta Chrościcka w swoich bajkach pokazuje dorosłym, jak mądrze rozmawiać z dziećmi nie tylko o technicznych szczegółach związanych z życiem przedszkolaka, ale przede wszystkim o ich obawach i wątpliwościach. Nie zawsze w momencie, w którym pojawi się problem, można sięgnąć po książkę i zaserwować dziecku stosowną bajkę. Dlatego warto, żeby dorośli zaczęli od jej samodzielnej lektury, zanim zaczną ją czytać z maluchami. Rozpoczyna ją przedmowa: Jak najlepiej korzystać z tej książki?, a potem każdej bajce towarzyszy wstęp, wyjaśniający dorosłym problem, którego dotyczy.

Pierwsza historia, którą znajdziemy w tym zbiorze, w ogóle nie dotyczy przedszkola, opowiada natomiast o radzeniu sobie ze zmianami, które są naturalną częścią życia. Wszystkie pokazują, jak ważne jest, aby w rozmowach z dziećmi nie bagatelizować ich problemów i wątpliwości, tylko dać im do nich prawo. Jedynie wtedy można z jednej strony zrozumieć, o co dziecku chodzi, czego nie rozumie lub czego się boi, a z drugiej – pomóc mu sobie z tym wszystkim poradzić.

W Sosnowym lesie, gdzie żyją bohaterowie bajek Marty Chrościckiej, nikt nie mówi dziecku: Eeee tam, przesadzasz !, ani Nie histeryzuj ! Jeśli wspólnie zastanowimy się, na czym polega problem i skąd się bierze, łatwiej go będzie potem razem rozwiązać.

Tego właśnie uczą te bajki i warto o tym pamiętać nie tylko w kontekście przedszkola.

Marta Chrościcka „Bajek Paka dla Przedszkolaka. Wspieraj swoje dziecko w adaptacji do przedszkola”, ilustr.: Joanna Jarząbkowska, wyd.: MB Press, Radzymin 2022

Koronkowa robota

Koronkowa robota

czyli wzór na kryminalną historię

Występują:

Róża – siedmiolatka, która każdego dnia udowadnia bratu, że nie ma róży bez kolców;

Staszek – dziewięciolatek, który bardzo chciałby już być dorosłym Stanisławem;

Mama i Tata – dorośli, którzy na urlopie zachowują się jak dzieci;

pani Lucyna – która kocha misterne koniakowskie koronki, a wpadnie w ordynarną kryminalną sieć !

Pani Maria – która przez dziesięć miesięcy w roku morduje się z uczniami, a przez dwa z turystami

a także: Drab nr 1 i drab nr 2, harcerki z drużyny „Koniczynek”, karatecy z klubu sportowego „Niezłe ziółka”, Motocyklista, pan Tadek oraz:

pani Mariola, pani Beata i pani Teresa jak również siedemset pozostałych koniakowskich koronczarek.

I inni.

Już ta lista pokazuje dobitnie, że będzie się działo 😉

A miały to być zwykłe, rodzinne wakacje w górach, wczasy w agroturystyce u sympatycznej, mówiącej gwarą góralki… Co prawda Staszek marzył o tym, żeby napisać kryminał, ale co się może w takiej spokojnej wsi wydarzyć ?

Gdybym miała zakwalifikować „Koronkową robotę” do jakiegoś gatunku literackiego, powiedziałabym, że jest to nietypowy kryminał wakacyjny z podtekstem krajoznawczym.

Że wakacyjny to już wiadomo, ale dlaczego nietypowy ? Na ogół w takich kryminalnych historiach dla czytelników w wieku Staszka i Róży zagadkę rozwiązują właśnie takie dzieci, choć często wychodzi im to przypadkowo i trochę mimochodem. Tutaj mamy do czynienia z intrygą, która jak wir tornado wciąga wszystkich bohaterów tej książki niezależnie od wieku, a skala tego, co się wydarzy, zdecydowanie przerasta zamierzenia przestępców, którzy po prostu chcieli coś ukraść z koniakowskiego muzeum. Ponieważ jednak (co Autor kilkakrotnie zaznacza) jest książka dla dzieci, a one rządzą się własnymi prawami, wszystko oczywiście kończy się dobrze i bez rozlewu krwi. I bez żadnych ozdobnych dziurek w ciele – te pozostają wyłącznie częścią koronek !

Wydarzenia opisane w tej książce są fikcją, ale niektórzy pojawiający się tu bohaterowie istnieją naprawdę – tym bardziej więc dziękuję, że wykazali się poczuciem humoru i pozwolili mi na żartobliwe tony w literackim rysunku ich postaci – napisał w kończącym tę książkę Podziękowaniu Grzegorz Kasdepke.

Dziękuję pani Teresie, pani Beacie i pani Marioli za to, że zechciały podzielić się ze mną koronczarską pasją. Jadąc do Koniakowa, byłem pewny, że spotkam tu sympatyczne panie – które robią ładne obrusy i serwetki. A spotkałem artystki – które tworzą sztukę.

Ów, wspomniany przeze mnie wcześniej podtekst krajoznawczy, to nie tylko opisy beskidzkich krajobrazów, ale także pojawienie się na kartach książki Muzeum Koronki Koniakowskiej oraz osobiście – kierującej nim Lucyny Ligockiej-Kohut, która napisała także kończący książkę Rys historii koronki koniakowskiej. Koronczarskie słownictwo zostało przez Autora wykorzystane w tekście, a podstawowe motywy koronek znakomicie odwzorowała autorka ilustracji Anna Oparkowska. Pojawiają się one na początku każdego rozdziału.

Nie pozostaje mi więc nic innego, jak zachęcić wszystkich, aby zastosowali się do zamieszczonej na początku INSTRUKCJI OBSŁUGI KSIĄŻKI, a potem…

… potem zostaje już tylko wycieczka do Koniakowa.

P.S. Ja również nabrałam na to ochoty 🙂 Byłam w Koniakowie i w tym muzeum wiele lat temu i chętnie bym tam wróciła. Serwetka, którą wykorzystałam do zdjęć chyba nie pochodzi stamtąd, ale pasuje 😉

Grzegorz Kasdepke „Koronkowa robota czyli wzór na kryminalną historię”, ilustr.: Anna Oparkowska, wyd.: Literatura, Łódź 2022

101 latarni

101 latarni

Tata jeszcze nie śpi. Zachar także. Jest późno. Na niebie widać gwiazdy, a światła w blokach już dawno pogasły.

Tylko w wieżowcu naprzeciwko w jednym oknie wciąż się świeci. Ten wieżowiec przypomina Zacharowi latarnię…

„101 latarni” to książka, którą można czytać na różnych płaszczyznach. Czytana z dzieckiem – rówieśnikiem jej bohatera Zachara będzie po prostu opowieścią o małym chłopcu, który nie może zasnąć i zaczyna liczyć latarnie morskie, poczynając od tej, którą widział na niedawnej wycieczce z rodzicami. To pełna ciepła i dająca poczucie bezpieczeństwa historia, która ma przeprowadzić dziecko do krainy snu. Mama chłopca już śpi, Tata jeszcze pracuje w sąsiednim pokoju, ale wkrótce przychodzi i kładzie się z synem. W końcu zasypiają prawie w tym samym momencie…

Atmosferę tej nocnej opowieści tworzą ilustracje Oksany Draczkowskiej wypełniające całe kolejne rozkładówki. Ona sama (w filmie umieszczonym na profilu FB wydawnictwa) powiedziała: Książka łączy w sobie wszystkie moje ulubione rzeczy: latarnie, morze, noce i kolor niebieski. Ja także je lubię, więc oglądanie ich sprawiło mi dużą przyjemność.

Jednak ponieważ chłopiec ma na imię Zachar, a wycieczka, którą wspomina, była nad tak zwane Morze Kijowskie na Dnieprze, dorosły czytelnik natychmiast skojarzy całość z obecną sytuacją na Ukrainie. Gdzieś w tyle głowy pojawią się myśli o dzieciach we wszystkich miejscach Ukrainy, których sen każdej nocy może być przerwany alarmem, a ich ojcowie są daleko od nich. I nasunie się pytanie, czy te bloki jeszcze w ogóle stoją ?

Kiedy przyjrzałam się ilustracji, na której Tata Zachara rysuje plany nowych budynków, pomyślałam, że tak naprawdę jest to wspomnienie autorów o czasach ich własnego dzieciństwa. Teraz przecież żaden architekt nie kreśliłby już projektów na papierze rozpiętym na desce z przykładnicą, tylko siedziałby przy komputerze. Wydana w 2019 roku (a więc zanim jeszcze cała Ukraina znalazła się w stanie wojny) książka to teraz ich powrót do czasów, kiedy sami czuli się bezpiecznie i zasypiali spokojnie.

Czytając „101 latarni” myślałam z wdzięcznością o tym, że moje i moich dorosłych już dzieci zasypianie wciąż takie jest. I z troską – o tych wszystkich dzieciach i dorosłych, którym to nie jest dane…

Oksana Łuszczewska, Dzmitryj Bandarenka (tekst), Oksana Draczkowska (ilustr.), Ryszard Kupidura (przekł.) „101 latarni”, wyd.: Frajda, Poznań 2022

Nikifor

Nikifor

Co można zrobić, mając do dyspozycji tak skromny zestaw narzędzi? Szkolne farbki o podstawowych kolorach, ołówki, kredki, klej, nożyczki, temperówkę, butelkę z wodą, pieczątki z podpisem i skrawki papieru ?

Można stworzyć cały świat, góry i lasy, wsie i miasta, piękne budowle i wijące się tory kolejowe, olśniewające zachody słońca, pochmurne dni i gwiaździste noce. Można namalować ludzi dobrych i złych, całe zastępy świętych i siebie samego.

Takimi narzędziami Nikifor, malarz z Krynicy, pracując każdego dnia, wymalował własny lepszy świat...

Przez długi czas postać i twórczość Epifaniusza Drowniaka zwanego Nikiforem znane były tylko wąskiemu gronu osób zainteresowanych sztuką naiwną oraz bywalcom Krynicy. Zmienił to dopiero film Krzysztofa Krauzego z genialną Krystyną Feldman w roli tytułowej, ale to było prawie dwadzieścia lat temu. Dlatego z radością przywitałam ukazanie się tej książki.

„Nikifor” to trzecia autorska publikacja Marii Strzeleckiej. Wszystkie ukazały się nakładem rzeszowskiego wydawnictwa Libra PL, które na swojej stronie pisze, że wydaje książki skupione głównie wokół dziedzictwa kulturowego, historycznego i przyrodniczego Karpat i Podkarpacia. O dwóch częściach „Beskidu bez kitu”, które ukazały się wcześniej, napiszę innym razem, bo wywołały u mnie tak zwane uczucia mieszane. Natomiast o tej trzeciej mogę napisać tylko dobre rzeczy.

Autorka jest absolwentką (a nawet doktorem !) Akademii Sztuk Pięknych. Po mistrzowsku wiąże tu to, co było nierozerwalnie związane – twórczość Nikifora z jego życiem. Pokazuje, w jaki sposób wpływało na nią miejsce, gdzie żył, skąd czerpał inspiracje i wzory. Opisuje to nie tylko słowami, ale także ilustracjami inspirowanymi pracami swojego bohatera, zestawiając je z reprodukcjami jego obrazów.

Maria Strzelecka ustrzegła się przed infantylizacją, a wiedza, którą przekazuje, mimo że dość podstawowa, może być interesująca także dla starszych. Ta książka jest zachętą i dobrym wstępem do tego, żeby się wybrać do Krynicy, gdzie czeka nie tylko pomnik Nikifora i muzeum jego prac. Można przy tej okazji zobaczyć krajobrazy i miejsca, które go inspirowały oraz odwiedzić cerkiew, bo (jak dowiadujemy się od Autorki) jedyną sztuką, z jaką miał kontakt były ikony. Bardzo interesująco pokazany jest ich wpływ na jego twórczość.

Reasumując – „Nikifor” to piękna i inspirująca książka dla czytelników niemal w każdym wieku. I na każdą porę roku, bo w Krynicy zawsze jest pięknie !

Maria Strzelecka „Nikifor”, wyd.: Libra PL, Rzeszów 2022

Dwa słowa

Dwa słowa

W starym pożółkłym Słowniku z przeszklonej biblioteczki płynęło słownikowe życie. Słownik – jak to słownik – podzielony był na hasła, czyli wyrazy, które ktoś postanowił wyjaśnić innym ludziom. Ułożone alfabetycznie, stały w równych kolumnach, przez co przypominały poprzecinane ulicami kwartały wielkiego miasta. Można by je też porównać do gładko przystrzyżonych trawników ogrodu w stylu francuskim, z biegnącą przez środek alejką główną, albo do ciągnących się aż po horyzont poletek ryżowych na Nizinie Chińskiej.

„Dwa słowa” to powieść z akcją w słowniku. Tak, takim papierowym, zwyczajnym, a nie na ekranie komputera czy smartfona. Czytając ją uświadomiłam sobie, że dla czytelników, do których jest adresowana, jest to zabieg podwójnie oryginalny – oni już takich słowników w zasadzie nie znają, przeszklone biblioteczki też są coraz rzadsze. Ja należę do być może ostatniego pokolenia, które ma wspomnienia z nimi związane. Uwielbiałam sięgać po „Słownik wyrazów obcych” Kopalińskiego, otwierać na przypadkowej stronie i czytać to, co mi tam akurat przypadek podsunął. A kiedy pojawił się jego „Słownik mitów i tradycji kultury” to już w ogóle była uczta ! Z całym szacunkiem – Wikipedia, mimo że łatwiejsza w obsłudze i bardziej dostępna, nie ma tego uroku.

Oldskulowość tej książki podkreślają dodatkowo ilustracje Dominiki Czerniak – Chojnackiej. Pozornie niezbyt starannie nabazgrane, a miejscami jakby wyklejane z (także już odchodzącego w niebyt i zapomnienie) papieru gazetowego z czarnym drukiem. Oprócz bieli tła i czerni liter jedynym kolorem, jaki się na nich pojawia, jest żółty. Okazuje się jednak, że tak ograniczone środki pozwalają na swobodne wyrażenie bardzo wielu treści i sensów.

Na stronie siódmej mieszkało wydrukowane grubą czcionką słowo Bóg, a kilka stron dalej – tej samej wielkości słowo Człowiek. Bóg i Człowiek wpadli kiedyś na siebie podczas wieczornej przechadzki między hasłami na literę C, a dokładnie przy słowie Czas…

Tak zaczyna się ta historia, a to, dokąd nas doprowadzi, jest wyłącznie kwestią naszej wyobraźni. „Dwa słowa” to książka nie tylko z otwartym zakończeniem (co, jak się dowiedziałam z recenzji Małej czcionki, nie wszystkim się podoba) – ona jest, można powiedzieć, otwarta na przestrzał. Każde jej zdanie, każdy akapit mogą być rozmaicie rozumiane i prowadzić w różne strony. Tylko od czytelnika zależy, jaki kierunek interpretacyjny wybierze. Można ją czytać (i to się nasuwa jako pierwsze) teologicznie, zastanawiając się nad naturą Boga i Człowieka. Ale nie trzeba – to, że jednym z jej bohaterów jest Bóg, wcale tego nie narzuca.

Jest w niej przestrzeń na rozważania nad naturą języka i zmieniającymi się znaczeniami słów. Każde ze słów, które się na drodze bohaterów pojawia, też otwiera wiele możliwych kierunków, w których mogą powędrować myśli czytelnika.

Zastanawiałam się, dla kogo jest ta książka i z pierwszej mojej myśli (że dla wszystkich) wykluł się pomysł, że świetnie się nadaje na wakacyjną, wspólną lekturę dla całej rodziny. Długie letnie wieczory, bez perspektywy rannego pospiesznego wstawania to wymarzony czas, żeby sobie te historie poczytać, porozmawiać o nich i zobaczyć, dokąd nas to zaprowadzi. Wydaje mi się, że jeśli zrobimy to bez żadnych wcześniejszych założeń i planów, z pełną otwartością na wyobraźnię dzieci, możemy dojść w bardzo ciekawe miejsca…

Najciekawsze jest w niej to, że niczego nie narzuca. Myślę, że kiedy wrócę do niej za jakiś czas, mogę się bardzo zdziwić, dokąd mnie tym razem zaprowadzi – jakie skojarzenia wywoła, do jakich wspomnień się odwoła i co dzięki niej odkryję ?

Anna Taraska „Dwa słowa”, ilustr.: Dominika Czerniak – Chojnacka, wyd.: Dwie Siostry, Warszawa 2022

Kołysanki | Колискові

Kołysanki | Колискові

Rok 2022 to był dziwny rok… – tak być może będzie się kiedyś pisać parafrazując Sienkiewicza. Po dwóch latach obsesyjnego strachu przed wirusem, testowania i zamykania wszystkiego, co tylko dało się przenieść w sferę działań zdalnych, Polacy bez chwili wahania otworzyli granice oraz swoje domy przed uchodźcami z Ukrainy. Wśród setek tysięcy uchodźców dominowały kobiety z dziećmi i to właśnie dzieci (jak to zawsze bywa) stały się największymi, bo nieświadomymi tego, czemu to wszystko się dzieje, ofiarami tej wojny. Nawet jeśli nie doznały jej bezpośrednio, nie chowały się w schronach przed ostrzałem i nie widziały rzeczy strasznych, sama konieczność porzucenia dotychczasowego życia, znanych miejsc i ludzi, rozstanie z Tatą, bezradność, często strach Mamy i wędrówka w nieznane w tłumie obcych ludzi – to wszystko razem jest doświadczeniem, na które nikt nie chciałby narażać własnych dzieci.

W pierwszym odruchu serca Polacy starali (i starają) się pomagać tak, jak potrafią. Wśród rozmaitych oddolnych inicjatyw bardzo ważną dla mnie było wydawanie książek dla dzieci po ukraińsku – zarówno takich, które mogą pomóc w rozmawianiu z nimi o wojnie, jak i takich, które mają być po prostu rozrywką i oderwaniem myśli od niej. Pojawiły się też książki – cegiełki, a dochód z nich przeznaczany jest na pomoc uchodźcom. „Kołysanki | Колискові” należą do tej ostatniej kategorii.

ilustracja Martyny Kostrzyckiej

Publikacja powstała jako wyraz solidarności z Ukrainą, po inwazji Rosji w lutym 2022 roku. Całkowity dochód ze sprzedaży książki zostanie przekazany Stowarzyszeniu „SOS Wioski Dziecięce w Polsce”, które objęło opieką dzieci i rodziny z Ukrainy. Wszystkie osoby zaangażowane w ten projekt pracowały wolontariacko.

Mamy nadzieję, że książka zachęci dzieci oraz rodziców, zarówno polskich jak i ukraińskich, do wzajemnego poznania i integracji – napisali jej twórcy we wstępie do niej.

Znajdziesz w niej ludowe kołysanki z Ukrainy i z Polski, przetłumaczone na oba języki. Każdej towarzyszy wyjątkowa ilustracja. Całość otwiera autorska bajka, stanowiąca zaproszenie do świata kołysanek. Dodatkowo przygotowaliśmy plik w formacie PDF z zapisem nutowym oraz chwytami na gitarę i ukulele. Na stronie internetowej książki ( nieśpieszne.pl/kolysanki ) zamieściliśmy playlistę – zaproszeni muzycy nagrali własne aranżacje kołysanek, śpiewane po polsku i ukraińsku.

ilustracja Hani Kmieć

„Kołysanki | Колискові” to książka na pierwszy rzut oka niepozorna – nieduża, wydana na papierze, który nie błyszczy i robi takie skromne wrażenie. Jest w niej jednak ogromny ładunek pozytywnych emocji wszystkich osób zaangażowanych w jej powstanie. Od Pawła Pawlaka, który stworzył ilustrację okładkową, przez Maję Głowacką, która napisała przepiękną, oniryczną baśń, liczne grono ilustratorów i tłumaczy, muzyków i innych osób, które były w to zaangażowane, a których nazwiska zajmują dwie strony na jej końcu. Tę serdeczność czuje się podczas lektury.

Kołysanka utula do snu, pozwala zapomnieć o trudach dnia, sprawia, że czujemy się bezpiecznie.

Chcemy, aby ta książka niosła ukojenie. Tylko tyle. Aż tyle.

Po jej przeczytaniu miałam taką wizję (a może marzenie), że niedługo w różnych miejscach Polski i Ukrainy (do której przecież kiedyś, mam nadzieję, powrócą) polskie mamy będą śpiewać dzieciom ukraińskie kołysanki, a dzieci ukraińskie zasypiać będą przy kołysankach polskich. I wszyscy będą się w swoich domach czuli bezpiecznie…

ilustracja Karoliny Pawlak

„Kołysanki | Колискові”, wyd.: Nieśpieszne, Kraków 2022

P.S. Ja swój egzemplarz kupiłam podczas Izabelińskich Spotkań z Książką, ale można ją nabyć na stronie wydawnictwa. Sami decydujecie, ile chcecie za nią zapłacić – cena minimalna to 29 złotych.

Roślinkowa książka

Roślinkowa książka

Zioła, trawy barwne kwiatki, / bujne łąki i rabatki. / Drzewa szumią nam nad głową, / wszystko wzrasta, daję słowo !

Tyle różnych roślin wokół ! / Inne w każdej porze roku. / Spotykamy je co krok, / dziś w tę zieleń zróbmy skok !

To będzie wpis pełen zachwytu nad tym, co w tej książce wyczarowała Anna Salamon – nie mogę się na to napatrzeć !!! Z całym szacunkiem dla wierszy Alicji Krzanik i przyrodniczych tekstów Katarzyny Piętki, ale jeśli towarzyszyłyby im inne ilustracje, to byłaby po prostu książka jakich wiele, o tym, co rośnie na łące i w lesie. A tak powstała jedyna w swoim rodzaju !

To jest już trzecia książka, w której Anna Salamon wyczarowuje z włóczki ilustracje do wierszy Alicji Krzanik. Po literkach i cyferkach przyszła pora na rośliny i nie tylko 😉 Okazuje się, że nie ma rzeczy, której nie dałoby się wykonać przy pomocy szydełka i drutów. Mamy tutaj nie tylko rozmaite kwiaty i liście oraz moc roślinności w różnych stopniach zbliżenia. Są także motyle, ptaki, grzyby, a nawet ludziki z kasztanów. Przyszłoby wam do głowy, że można zrobić wełnianą zupę szczawiową ? I to w dodatku z jajkiem na twardo ? Anna Salamon potrafi nawet to 🙂

„Roślinkowa książka” to pozycja do nieśpiesznego oglądania, wyszukiwania szczegółów oraz (last but not least ! 😉 ) czytania towarzyszących ilustracjom tekstów. Jest to także zachęta, żeby następnie sprawdzić, jak te wszystkie cuda wydziergane przez Annę Salamon wyglądają w naturze. Podobnie jak wydane także przez Naszą Księgarnię atlasy stworzeń rozmaitych Ewy i Pawła Pawlaków znakomicie nadaje się do tego, żeby ją zabrać ze sobą na spacer do lasu czy ogrodu – wytrzyma wiele i da masę radości !

Alicja Krzanik (wiersze), Katarzyna Piętka (tekst), Anna Salamon (ilustracje) „Roślinkowa książka”, wyd.: Nasza Księgarnia, Warszawa 2022

Abecadło krakowskie; Abecadło warszawskie

Abecadło krakowskie; Abecadło warszawskie

Myślałam, że to nigdy nie nastąpi, a jednak doczekałam się…

Abecadło krakowskie”, które na liście Najważniejszych Książek Mojego Dzieciństwa zajmuje chronologicznie pierwsze miejsce, zastało właśnie wznowione !!!

A wraz z nim „Abecadło warszawskie”, o którego istnieniu dowiedziałam się, kiedy już byłam dorosła, natomiast o tym, że także zilustrował je Jan Marcin Szancer – dopiero teraz.

To nie była moja pierwsza książka w życiu, ale jest pierwszą, którą do dziś pamiętam. Myślę, że nie będzie przesadą, jeśli powiem, że od „Abecadła” zaczęło się wszystko, co w moim życiu ważne, czyli maniackie czytanie i zainteresowanie historią.

Uwielbiałam ją, znałam ją na pamięć i na niej właśnie nauczyłam się czytać. Jak opowiadała moja Mama – jeszcze zanim posiadłam tę umiejętność, po mistrzowsku ją udawałam i ”czytałam” na głos recytując z pamięci, ale palcem cały czas wodziłam po tekście utrzymując tempo 😉 Dzięki „Abecadłu” nie tylko nauczyłam się alfabetu, ale także poznałam Kraków na długo przedtem, zanim tam pojechałam. Kiedy wreszcie zobaczyłam to miasto na własne oczy… rozczarowałam się srodze. W tzw. realu wczesnych lat siedemdziesiątych nie dorastał do tego z ilustracji Jana Marcina Szancera, szczególnie w mroźną, ale bezśnieżną zimę.

Tamta książka z mojego dzieciństwa przepadła już dawno. Być może ówczesne broszurowe wydanie nie przetrwało mojego uwielbienia. Jeśli nie, to zapewne padła ofiarą naszej przeprowadzki do Warszawy, kiedy rodzice stojący wobec konieczności spakowania i przewiezienia własnego, niemałego księgozbioru, drastycznie ograniczyli mój, oddając wszystkie książki, z których już wyrosłam. Pamiętałam ją doskonale – jej tytuł, ilustratora (bo kreska Szancera jest nie do pomylenia), ale nie wiedziałam, kto był autorem. Dopiero po wielu latach odkryłam, że napisała ją Wanda Chotomska.

Kilka lat temu, kiedy w Muzeum Narodowym w Krakowie zwiedzałam z córkami wystawę #dziedzictwo, z radością odkryłam na niej oryginały wszystkich ilustracji z tej książki. Niestety aparat w moim ówczesnym telefonie robił bardzo kiepskie zdjęcia…

Czytam tę książkę dziś i mam wrażenie, że jednak wytrzymała próbę czasu. W końcu co to jest pięćdziesiąt lat dla takiego miasta jak Kraków ? Tyle co nic 😉 Wszystkie te miejsca istnieją nadal – od Akademii Sztuk Pięknych po dzwon Zygmunta przez Muzeum Czartoryskich, Rynek i Teatr Słowackiego. Nie wiem tylko jak z Fafikiem, czy nadal jest w Krakowie POSTACIĄ ?

Swój urok ma nadal także jej zakończenie – z przymrużeniem oka łączące krakowski genius loci z duchem czasów, w których powstawało: Zachwycony Krakowem i uroczą wycieczką, wszystkim padam do nóżek – Obywatel Słoneczko.

Jedyne, co mnie rozczarowało, to nowa wersja okładki. Taka kolorowa, żeby nie powiedzieć – oczowalista 😦 Strasznie dużo się na niej dzieje, za dużo. Kiedy ją zobaczyłam, aż bałam się zajrzeć do środka. Na szczęście tam wszystko jest tak, jak stworzył Mistrz Szancer. No prawie wszystko, bo mam wrażenie, że numeracja stron wyglądała inaczej, ale to drobiazg.

„Abecadło warszawskie” nie należało do książek mojego dzieciństwa. Dowiedziałam się o jego istnieniu kilkanaście lat temu, ale wydaje mi się, że wydanie, które znalazłam wtedy w bibliotece, było ilustrowane przez kogoś innego. W tym – ilustracje Szancera stanowią miłe zaskoczenie, ale całość wypada jakoś blado, bez wyrazu. Nie wiem, czy to z powodu tego, że czytam tę książkę bez sentymentu z dzieciństwa, czy po prostu Warszawa lat sześćdziesiątych miała zdecydowanie mniej uroku niż Kraków ? A może po prostu brakuje tutaj Obywatela Słoneczko z jego podróżnym, żółtym pledem i dlatego to wszystko jakoś się nie klei ?

Wanda Chotomska „Abecadło krakowskie”, ilustr.: Jan Marcin Szancer, wyd.: G&P, Poznań 2022

Wanda Chotomska „Abecadło warszawskie”, ilustr.: Jan Marcin Szancer, wyd.: G&P, Poznań 2022

Tyle miłości nie może umrzeć

Tyle miłości nie może umrzeć

Książka nominowana w Plebiscycie Blogerów Lokomotywa 2021 w kategorii: tekst



Dopóki żyją nasze matki, ciągle jesteśmy dziewczynkami. / Cóż z tego, że wielu mężczyzn odeszło, / a nasze córki podorastały ? – od tych słów rozpoczyna się wiersz Anny Piwkowskiej „Dopóki żyją nasze matki”, który ostatnio często mi się przypomina.

A co jeśli matka umiera, kiedy jej córka jest jeszcze właściwie dzieckiem, a jej własna matka żyje nadal ? „Tyle miłości nie może umrzeć” to na półkach Małego Pokoju trzecia książka, w której mamy taką sytuację, a równocześnie za każdym razem jest ona inna. W „Świecie do góry nogami” Beaty Ostrowickiej mama bohaterki ginie w wypadku samochodowym – to sytuacja nagła, której nikt nie mógł przewidzieć. W „Comedy queen” mamy do czynienia z samobójstwem poprzedzonym długą depresją. Natomiast mama Lei, której historię opisuje Moni Nilsson, umiera długo, świadomie i robi wszystko, aby ten ostatni czas przeżyć z rodziną jak najpiękniej.

Wszystkie inne mamy są w pracy. Moja prawie cały czas siedzi w domu. Tak jest, odkąd zaczęłam pierwszą klasę. Mama mówi, że jej praca polega na tym, żeby wyzdrowieć. I żeby mnie kochać przez okrągłą dobę. (…)
Prawie nie pamiętam, jak to było, zanim mama zachorowała i zaczęła mieć czas, żeby kochać mnie przez okrągłą dobę. Wcześniej kochała też swoją pracę w gazecie. Teraz nie ma siły pracować. Za to ma siłę mnie kochać nawet wtedy, gdy budzę się w środku nocy i wślizguję do jej łóżka. Albo gdy zapodzieję gdzieś klucze lub strój na wuef.
Czasami jest bardzo chora i wymiotuje do sedesu, i gubi włosy, przez co robi się bardziej łysa od ryby. Wtedy biorę pisaki i rysuję na jej głowie tatuaże. Czasami jest zdrowa i włosy jej odrastają. Chciałabym, żeby moja mama zawsze była zdrowa. Bo kiedy jest zdrowa, staramy się robić fajne rzeczy.


„Tyle miłości nie może umrzeć” to historia odchodzenia, ale jest to odchodzenie heroiczne i pełne troski o tych, którzy zostają. Mama Lei dzielnie walczy o to, żeby ten ostatni wspólny czas był jak najdłuższy i jak najpiękniejszy, ale troszczy się także o to, co będzie z jej najbliższymi potem. Planuje prezenty na kolejne urodziny dzieci, nagrywa audiobooka ze swojej ulubionej książki i w najdrobniejszych szczegółach wymyśla swój pogrzeb. Chce być obecna w ich życiu także po śmierci, chce żeby czuli się otoczeni jej miłością.

Przywołany przeze mnie wiersz Anny Piwkowskiej opowiada sytuację, rzekłabym, normalną. Dopóki żyją nasze matki (i ojcowie), a my sami jesteśmy już dorośli, stanowią oni taki rodzaj buforu między nami a śmiercią. Kiedy oni odchodzą, my przejmujemy tę rolę wobec naszych dzieci. W tej książce nie tylko Lea i Lukas tracą mamę. Ich babcia i dziadek tracą swoją córkę, to jest kompletne odwrócenie naturalnego porządku rzeczy. Babci jest mi chyba w tej całej historii najbardziej żal, bo jakoś tak tam jest, że jej ból wydaje się być przez wszystkich traktowany z najmniejszą empatią

Rodzina Lei przeżywa wszystkie etapy żałoby jeszcze zanim jej Mama umrze. Przechodzą razem od szoku, przez zaprzeczanie, smutek, aż do ukojenia.

Usypiamy spokojne i budzimy się ufne, / dopóki żyją nasze matki.

„Tyle miłości nie może umrzeć” to wzruszająca (jest kilka scen, przy których płaczę za każdym razem !) opowieść o miłości tak wielkiej, że przeżyje śmierć i będzie dawać Lei i Lukasowi siłę na całe ich życie. Jest też pięknym obrazem rodziny, która przezywa to razem, razem bojąc się, tego, co będzie potem i wreszcie razem dając mamie przyzwolenie na to, żeby już dłużej nie walczyła. Pozwolić komuś odejść, to najtrudniejsze doświadczenie miłości.

Moja mama kochała mnie jak stąd do wszechświata . Każdego dnia, przez całe nasze życie. Tyle miłości nie może umrzeć…

Moni Nilsson „Tyle miłości nie może umrzeć”, ilustr.: Joanna Hellgren, przekł.: Agnieszka Stróżyk, wyd.: Zakamarki, Poznań 2021

Wybór wierszy Natalii Usenko

Wybór wierszy Natalii Usenko

Kiedy moje córki były małe, a wybór książek na rynku był bez porównania mniejszy niż teraz, do ich ulubionych należały takie małe, kwadratowe, sztywnostronicowe, a każda zawierała jeden wiersz. Wydawało je chyba wydawnictwo Wilga, ale tego nie jestem pewna, a nie udało mi się teraz znaleźć tej informacji. Ilustracje miały… mówiąc oględnie – takie sobie, ale to nie były czasy, w których można było mieć przesadnie wysokie wymagania 😉 Była wśród ich oczywiście klasyka klasyk czyli Konopnicka, Brzechwa i Tuwim, ale także poetki bardziej współczesne, a wśród nich – Dorota Gellner z naszą ukochaną „Piłką”, która do dziś umiem na pamięć oraz Natalia Usenko.

W jej wierszach często pojawiała się rodzina w składzie: Mama, Tata, Kacper i pies Pucek. Ostatnią trójkę najlepiej pamiętam z wiersza „Bałwanki” zaczynającego się od słów Do przedszkola szły przez skwerek trzy bałwany… Te wiersze były takie zwyczajne – sympatyczne i ciepłe, ale bez morału, bez przesłania – można powiedzieć, że w sumie po nic 😉

Teraz po latach, kiedy toniemy wręcz w klęsce urodzaju książek pięknych, wartościowych, mądrych, pełnych wiedzy i niosących głębokie przesłania, dochodzę do wniosku, że bardzo brakuje mi wśród nich takich, które właśnie byłyby po nic. I dlatego z taką radością przyjęłam ten „Wybór wierszy” Natalii Usenko.

Bo powiedzcie – jaką przydatną w szkole wiedzę można wynieść z wiersza o kotku, który uwielbiał patrzeć w księżyc, albo o tycich kosmitach spóźnionych na Zjazd Kosmiczny, albo z mojego ulubionego – Czarodzieju i jego czterech smokach ? Żadną, ale czy to znaczy, że takie wiersze nie są w życiu potrzebne?

Są potrzebne i to jeszcze jak ! Do czego ?

Na przykład do przewietrzenia czasem umysłu bombardowanego wciąż wiedzą konieczną i niezbędną (głównie do tego, żeby zdać egzaminy i skończyć wreszcie szkołę 😉 ).

Są potrzebne do tego, żeby puścić wodze nieprzyzwyczajonej do tego wyobraźni.

I wreszcie – do kompletnie nieutylitarnego poobcowania z pięknem.

Towarzyszące im ilustracje Marianny Jagody bardzo dobrze wpisują się w ten klimat i znakomicie go współtworzą. Są trochę baśniowe, trochę naiwne, trochę zwariowane i po prostu piękne.

Warto wejść w ten świat – tak po prostu po nic. Spróbujcie tylko, a zobaczycie, jakie to przyjemne 🙂

Edit: Już po tym, jak napisałam wszystko, co powyżej, Małgorzata Narożna, twórczyni szczecińskiej księgarni FIKA, przypomniała mi cytat z „Gry na wielu bębenkach” Olgi Tokarczuk:

– Musimy, droga pani, robić rzeczy bezcelowe. Inaczej nasze życie byłoby płaskie i nijakie (…) – Potrzeba irrealna jest tym, co różni nas od zwierząt. Nie nasze myślenie, nie mądre książki. Musimy robić rzeczy niepotrzebne, nieprzydatne, których żywot jest krótki, lecz olśniewający, rzeczy, które zadziwiają, nawet jeśli zaraz się je zapomni. Nasze istnienie musi być pełne takich fajerwerków. Inaczej popadlibyśmy w niepokój i stali się bezpłodni.

Bardzo mi on pasuje do tego co napisałam o wierszach Natalii Usenko 🙂

Natalia Usenko „Wybór wierszy”, ilustr.: Marianna Jagoda, wyd.: Wydawnictwo Olesiejuk, Ożarów Mazowiecki 2022