Historyczka, literaturoznawczyni, zaczytana mama trzech dorosłych już córek.
Wolontariuszka Muzeum Powstania Warszawskiego.
Członkini Polskiej Sekcji IBBY.
Wpis poniekąd okolicznościowy, ponieważ dziś mamy Dzień Dziecka, jednak nosiłam się z nim od dłuższego czasu. A dokładnie mówiąc – odkąd na na targach Mały Koneser spotkałam Krystynę Lipkę-Sztarbałło, a ona dała mi tę książkę, którą wymyśliła i opracowała od początku do końca.
To publikacja, którą mogę zaliczyć do książek innych niż wszystkie oraz do takich, które wbrew pozorom nie są dla dzieci (tylko dla dorosłych, którzy będą z dziećmi o niej rozmawiać). Gdybyśmy dalej organizowały Plebiscyt Blogerów LOKOMOTYWA, widziałabym dla niej miejsce w kategorii: Od A do Z, w której umieszczałyśmy książki szczególne, wyjątkowo przemyślane i dopracowane – bo właśnie taka jest.
Dziecko ma prawo? Tytuł między pytaniem a zdziwieniem otwiera temat relacji dziecko/dorosły we współczesnym świecie. Książka pozornie traktuje o przywilejach grupy społecznej między pierwszym a osiemnastym rokiem życia (Konwencja o prawach dziecka 1991). W istocie stanowi inspirację do rozmowy o wzajemnych powinnościach rozumianych jako odpowiedzialność.
Konstrukcja książki oparta na zakładkach ma ułatwić rozmowy z dzieckiem w każdym wieku i na każdym etapie edukacji. Pozwala dawkować temat, ograniczając go lub rozbudowując według indywidualnych kreacji opiekuna (negatyw/pozytyw, hasła proste i złożone). O ile obrazy są dedykowane dziecku (dla młodszego będące zagadką, dla starszego metaforą), o tyle teksty mają wesprzeć osobę dorosłą i dorastającą w sytuacjach zarówno indywidualnych, jak i zbiorowych (psycholog, lekcja). Stąd kolejne odsłony treści (zakładki) od formy prostego hasła po streszczenia poszczególnych paragrafów wraz ze wskazaniem źródła – tak o koncepcji tej książki pisze sama Autorka.
Największą jej wartością jest jej niezwykła otwartość i to, że nie narzuca żadnego sposobu rozmawiania z dziećmi. Ona podsuwa możliwości i daje wolność tego, jak się je wykorzysta. Jest potencjalnym punktem wyjścia do nieskończonej ilości rozmów – takich, jakie akurat temu dziecku (albo tym dzieciom) i temu dorosłemu potrzebne są akurat w tym momencie.
Mimo że dotyczy dzieci, nie można powiedzieć, że jest infantylna. Traktuje swoich czytelników (niezależnie od ich wieku) poważnie i z szacunkiem. Tak jak traktował dzieci Janusz Korczak, a cytaty z jego pism, wybrane przez Krystynę Lipkę-Sztabałło towarzyszą jej ilustracjom i wchodzą z nimi w dialog.
Na okładce tej książki nie ma ceny. Nie można jej nigdzie kupić. Niebawem powstaną także scenariusze zajęć, które można w oparciu o nią prowadzić. Wydał ją i dystrybuuje Instytut Książki i choć na jego stronie trudno jest znaleźć informacje o niej, to właśnie tam powinni się zwracać zainteresowani pracą z nią. Mam nadzieję, że znajdzie się ich wiele i „Dziecko ma prawo?” rozejdzie się po Polsce szerokim echem, bo i książka, i temat na to zasługują nie tylko 1 czerwca.
Krystyna Lipka-Sztarbałło (koncepcja, teksty, ilustracje) „Dziecko ma prawo?”, wyd.: Instytut Książki, Kraków 2026
Książka nagrodzona Nagrodą Żółtej Ciżemki w kategorii: tekst
oraz nagrodzona nagrodą czytelników i wyróżniona w Konkursie Literackim im. Kornela Makuszyńskiego,
oraz nominowana do Nagrody im. Ferdynanda Wspaniałego i w konkursie Książka Roku Polskiej Sekcji IBBY !!!
A teraz, uwaga, wszyscy patrzą w aparat i… LUBICIE DŻDŻEM DŻDŻOWNICOWY ?
PSTRYK!
Wszystko zaczęło się od zdjęcia. Takiego zwykłego, klasowego, zrobionego pod tablicą na zakończeniu roku szkolnego. Niby nic szczególnego – klasa może niezbyt liczna, bo rzecz dzieje się w malej miejscowości. Wszyscy uważają, że wyszli fatalnie i mieli głupie miny, więc w sumie: zdjęcie jakich wiele.
Natomiast to, co wydarzyło się potem…
… potem akcja tej początkowo beztroskiej, wakacyjnej historii skręca nagle w stronę horroru. Co prawda jej główna bohaterka Tosia bardzo lubi, kiedy razem z Tatą prowadzą swoje horrorozmówki, jednak czym innym jest wymyślanie takich strasznych historyjek na niby, a czym innym – kiedy kolejne osoby naprawdę znikają bez śladu. Do tego stopnia bez śladu, że nie ma ich już także na zdjęciu.
Tosia wpada na rozwiązanie tajemnicy, ale wie, że nie zostało jej wiele czasu. Musi znaleźć i powstrzymać fotowampira zanim zniknie także ona. Czy zdąży ???
„Dziewięć czerwonych iksów” to powieść z wciągającą, dobrze skonstruowaną akcją, mroczną atmosferą i nieoczywistym zakończeniem. Jest w niej też trochę niedopowiedzeń i zagadek, nad którymi się zastanawiałam (nie sama!), ale nie jestem na 100% pewna odpowiedzi. Paweł Beręsewicz (wspólnie z autorką okładki i ilustracji na wyklejkach – Moniką Pollak) zawarł w niej także nawiązania do innych swoich książek. Ja zauważyłam trzy, choć nie znam całej jego twórczości, więc mogłam coś przegapić.
Historia, którą tam znajdujemy, może być nieoczywistym wstępem do rozmowy z młodymi czytelnikami na temat różnych zagrożeń, które wiążą się z korzystaniem z internetu – o prywatności, o upublicznianiu zdjęć… a może także o sztucznej inteligencji i o tym, czym się ona karmi? Właśnie ta nieoczywistość – to że nie jest to historia z widocznym gołym okiem od pierwszej strony przesłaniem i topornym morałem – jest moim zdaniem największą zaletą tej książki.
P.S. Jeśli miałabym się do czegoś przyczepić, to do wieku bohaterów, którzy kończą piątą klasę, a więc mają po 11-12 lat. Chyba najtrudniej było mi uwierzyć w postać Haczyka, a dokładniej w jego hakerskie umiejętności, szerokie znajomości w internetowym półświatku oraz posiadanie niezbędnego do takiej działalności sprzętu. Ja bym im dołożyła jeszcze dwie klasy, ale może to tylko moje dorosłe ograniczenia wyobraźni…
Paweł Beręsewicz „Dziewięć czerwonych iksów” (Seria z dreszczykiem), wyd.: Literatura, Łódź 2024
Prawda, że to nader intrygujący tytuł ??? I zachęcający do tego, żeby po tę książkę sięgnąć. Na ostatniej okładce jej autorka Marianna Coppo napisała:
Szanowna publiczności!
Przed wami książka, która potrafi czytać w myślach! Mam nadzieję, że będziecie się przy niej równie dobrze bawić, jak ja podczas jej ilustrowania i pisania.
Dziękuję, że ją wybraliście! A może to ona wybrała was?
Udanej zabawy!
A więc zajrzyjmy do niej 😉
„Książka, która czyta ci w myślach” była jednym z tytułów, dla których wybrałam się w tym roku na targi Mały Koneser, bo jej zapowiedź mnie zaintrygowała, a to ostatnio nie zdarza się często. Wydawnictwo zapowiadało, że to zaklęta w książce obrazkowej sztuczka iluzjonistyczna, która sprawia, że oczarowani czytelnicy rozdziawiają buzie ze zdziwienia. To książka, która z dzieckiem rozmawia – i zgaduje jego myśli!
W rzeczywistości to niezbyt skomplikowana gra paragrafowa, w której przy pomocy zaledwie dwóch ruchów rozwiązuje się zagadkę. Ale to nie znaczy, że obcowanie z nią nie jest ciekawe!!! Myślę, że dla dzieci dużą frajdą będzie samodzielne zrozumienie tego, jak to działa? A kiedy już zrozumieją, to:
po pierwsze – warto przeczytać znajdującą się na jej końcu opowieść pisarza i iluzjonisty Mariano Tomatisa i dowiedzieć się, co z tym wszystkim ma wspólnego Leonardo da Vinci;
po drugie – można nadal się z nią z zainteresowaniem bawić.
Widzę w niej wiele dalszych możliwości. Znakomicie nadaje się na analogową atrakcję przyjęcia (nie tylko) urodzinowego – zarówno takiego, w którym będą brać udział same dzieci, jak i jako wspólną zabawę z dorosłymi.
W dodatku zabawa z nią nie musi się ograniczać tylko do odgadywania postaci. Jest ich tam aż 36, bardzo różnych – jakie to pole to wymyślania historii o nich, ich przygód i wzajemnych interakcji !
I choć nie zwykłam namawiać dzieci do mazania po książkach, przyznam, że tu aż się prosi, żeby je pokolorować. Ale pst! Ja nic nie mówiłam! 😉 No i w dodatku – można na jej podstawie tworzyć własne, podobne gry.
„Książka, która czyta ci w myślach” nie służy do czytania – nie ma w niej żadnej historii, akcji przygód, ale za to można przy jej pomocy spędzać wspólnie czas. Wspólnie i unplugged, a to w naszych czasach bardzo cenna możliwość.
Marianna Coppo „Książka, która czyta ci w myślach”, przekł.: Ewa Nicewicz, wyd.: Wytwórnia, Warszawa 2026
Wydawnictwo Bajka wydało „Pisklaka” ponownie po 9 latach. Jak zaznaczyło na swojej stronie – na życzenie czytelników. Udało mu się z tym wznowieniem trafić w bardzo szczególny moment mojego życia. Właśnie urodziła mi się pierwsza wnuczka, więc doskonale rozumiem bohaterów tej książki 🙂
Z walizkami do zamczyska przyleciały dwa ptaszyska.
Chcemy gniazdo mieć na wieży!
Bardzo na tym nam zależy!
Ciąg dalszy łatwo przewidzieć, bo kiedy już powstaje gniazdo, to oczywiście pojawia się w nim jajo, więc…
Wszyscy chodzą na paluszkach: król, królowa, dobra wróżka.
Smok też chodzić tak zamierza, żeby się nie trzęsła wieża…
A potem…
…o tym już musicie się sami dowiedzieć z tej uroczej książki. Nie spoilerując za bardzo – jest ona o tym, że takie małe i bezbronne, świeżo wyklute (czy też urodzone) stworzenie budzi zachwyt i rozczulenie, nawet jeżeli (obiektywnie patrząc) nie jest szczególnie urocze. Ot, taka magia miłości 😉
Trochę jak w bajce „Moje, nie moje”Liliany Bardijewskiej znakomicie zilustrowanej przez Krystynę Lipkę-Sztarbałło, która adresowana jest do nieco starszych czytelników niż „Pisklak” Doroty Gellner (nie mylić z „Pisklakiem”Zuzanny Orlińskiej, którego również znajdziecie w Małym Pokoju z Książkami 😉 )
Wiersz Doroty Gellner został bardzo pomysłowo i ekspresyjnie wpisany w ilustracje przez ich autorkę Jonę Jung.
Zastanawiałam się chwilę, czy nazywać tego „Pisklaka”książką czy raczej książeczką? Nie lubię tego określenia, kiedy używane jest jako (nieco protekcjonalny) synonim publikacji dla małych dzieci, pasuje natomiast jeśli mówimy o książce niewielkich rozmiarów i z niezbyt rozbudowaną treścią. „Pisklak” ukazał się w serii, którą wydawnictwo nazwało Kartonówki dla ciut starszych. Owe kartonówki są co prawda sztywnostronicowe, zawierają pojedyncze wiersze, ale jednak rozmiarowo zaliczają się do kategorii: książki.
A nawet więcej – to kategoria: książki, które zdecydowanie warto przeczytać z dziećmi. Każda grupa wiekowa znajdzie w „Pisklaku” coś, co ją urzeknie 🙂
Dorota Gellner „Pisklak”, ilustr.: Jona Jung, wyd.: Bajka, Warszawa 2026
Rzadko piszę tutaj o książkach, które są adresowane do dorosłych. Wyjątek robię dla tych, które tematycznie wiążą się z literaturą dla dzieci i młodzieży, a „Kamienie na szaniec” Aleksandra Kamińskiego od wielu lat są lekturą szkolną. Pisałam już o nich w 2014 roku, ale wtedy skupiałam się bardziej na ekranizacji, która właśnie pojawiła się w kinach i wywołała we mnie silną potrzebę dyskusji tamtą wersją historii Alka, Rudego i Zośki.
Teraz w podobny stan wprawiła mnie publikacja Kornelii Sobczak „Zośka i Rudy. O miłości, przyjaźni i Polsce”, która ukazała się nakładem Krytyki Politycznej. Zdecydowałam się napisać ten tekst, bo w dyskusjach o niej umyka to, co jest dla mnie najważniejsze – ahistoryczność myślenia i dość nonszalancki stosunek do źródeł historycznych.
„Zośka i Rudy. O miłości, przyjaźni i Polsce” to publikacja, na którą składa się pięć esejów, z których, jak możemy przeczytać we wstępie do niej, każdy stanowi odrębną całość, choć rozdziały czwarty i piąty są ze sobą powiązane ściślej niż trzy pozostałe. Nie trzeba jednak czytać ich w ustalonej kolejności. (s.12) Jednak wbrew tytułowi i zamieszaniu, jakie wywołała, w mniejszym stopniu opowiadają one o Tadeuszu Zawadzkim i Janie Bytnarze, a w większym – o Kornelii Sobczak. Nie znalazłam informacji o tym, ile ma lat, ale na podstawie biogramu i zdjęcia można domniemywać, że urodziła się co najmniej pół wieku po wydarzeniach opisywanych w „Kamieniach na szaniec”. W jednym z wywiadów mówi o sobie: Aleksander Kamiński, „Kamienie na szaniec” oraz ich bohaterowie byli i są dla mnie bardzo ważni, bliscy. Ta książka miała na mnie ogromny wpływ, jej lektura skłoniła mnie, żeby zapisać się do harcerstwa. Cały mój krytyczny namysł bierze się z tej miłości, która powoduje potrzebę szczerego przedyskutowania tej książki, przyjrzenia się temu, co w niej jest.
Paradoksalnie – można powiedzieć, że jej eseje to swoisty sukces Aleksandra Kamińskiego. Niewiele jest książek, które po tylu latach budzą w swoich czytelnikach takie emocje, potrzebę stawiania pytań i w ogóle – rozmawiania o nich. Zastrzegam – nie mam problemu z pytaniami, jakie Kornelia Sobczak stawia, natomiast mam go z odpowiedziami, które… No właśnie, trudno powiedzieć, że je znajduje, bo wszystkie jej eseje zbudowane są w taki sposób, że zadaje pytania, podaje możliwe wyjaśnienia, które jej jednak nie zadowalają. Ponawia więc pytania, mnoży wątpliwości i krąży wokół odpowiedzi, które chciałaby znaleźć. To, że nie znajduje dla nich potwierdzenia, nie przeszkadza jej jednak w ich udzieleniu.
Eseje, które składają się na tę książkę noszą tytuły: O miłości, O przyjaźni, O dziewczynach, O Polsce, O polityce. Najszerszym echem odbił się ten pierwszy, w którym Kornelia Sobczak analizuje relację między tytułowymi bohaterami czyli szuka odpowiedzi na pytanie „Byli czy nie byli? (gejami)”, które kilkanaście lat temu po raz pierwszy (chyba) postawiła w książce „Festung Warschau” Elżbieta Janicka. Szukając jej, Sobczak analizuje spisane kilka tygodni po akcji pod Arsenałem wspomnienia Zośki oraz tekst „Kamieni na szaniec”, które Aleksander Kamiński napisał na ich podstawie. Korzysta tu z edycji powojennej, a więc trzeciej jego wersji, po dwóch wydaniach okupacyjnych. Pierwsze, z lipca 1943 roku, było opowieścią tylko o nieżyjących już Alku i Rudym (występujących pod zmienionymi pseudonimami Wojtek i Czarny). Zośka pojawia się tam kilka razy na drugim planie jako Stach. Kamiński bardzo pilnował się, żeby nie zdradzić zbyt wielu tajemnic konspiracji i jak najmniej pisać o tych, którzy jeszcze żyli. Z tej przyczyny podał też bardzo niewiele szczegółów organizacyjnych samego odbicia Rudego. Po śmierci Zośki pod Sieczychami w sierpniu 1943 roku dopisał kolejne rozdziały i zmienił tekst wcześniejszy tak, aby szerzej wprowadzić tam Zośkę (w tej wersji – Staśkę).
„Kamienie na szaniec” na których wychowały się kolejne pokolenia i które nadal omawiane są w szkole podstawowej, to wersja tekstu, która ukazała się w 1956 roku i była potem wielokrotnie wznawiana. Wtedy po raz pierwszy wszyscy bohaterowie wystąpili pod swoimi autentycznymi nazwiskami i pseudonimami.
Szukając prawdy o relacji Zośki i Rudego Kornelia Sobczak nie dysponowała żadnym źródłami pochodzącymi od nich obu, a więc z czasu, kiedy żył Rudy. Nie zachowały się żadne ich listy, ani inne zapiski ich dotyczące. Zośka napisał swoje wspomnienia kilka tygodni po śmierci Rudego i Alka w celach, rzec można terapeutycznych. Namówił go do tego ojciec zaniepokojony jego stanem psychicznym. Poza tym Sobczak przywołuje w tym eseju relacje podkomendnych Zośki: Danuty Rossman i Stanisława Nowakowskiego spisane wiele lat po zakończeniu wojny oraz wydaną w 1983 roku autobiograficzną nowelę Jerzego Narbutta ”Fenomen: Zośka”. Co do tego ostatniego pisze co prawda: Nie udało mi się ustalić, w jakich okolicznościach poznał Tadeusza Zawadzkiego i na czym polegały ich kontakty (s.48), ale nie przeszkadza jej to w traktowaniu najzupełniej poważnie wszystkiego, co napisał. Podobnie jak biografii Rudego napisanej w końcu lat osiemdziesiątych przez harcmistrza Janusza Krężela* (urodzonego w 1936 roku, który w ogóle Rudego nie znał) w oparciu o materiały przekazane mu przez matkę Rudego. Mimo że jej zdaniem jest okropnie egzaltowana (s.50), cytuje ją na równi z relacjami świadków. Ponieważ jednak z tych wszystkich „źródeł” nie wynika prosta odpowiedź na pytanie „Byli czy nie byli?”, Kornelia Sobczak sięga w tym eseju po ostateczny argument, a jest nim jej osobisty gaydar, na który powołuje się trzykrotnie (s.40, 43 i 64). No cóż – przyznam, że z takim narzędziem badawczym spotykam się pierwszy raz, więc nie bardzo wiem, jak to rozumieć.
W cytowanym już tu wywiadzie powiedziała:Nawet, jeżeli przyjmiemy, że Rudy i Zośka byli homoseksualnymi mężczyznami, jest bardzo mało prawdopodobne, by zdawali sobie z tego sprawę. Jeszcze mniej prawdopodobne, by byli w stanie to sobie zakomunikować. I niekoniecznie mieliby zresztą taką potrzebę, bo homospołeczna rama przyjaźni dawała im dużo możliwości do bycia razem. Tej konkluzji nie znajdziemy w książce, ale skoro tak, to nasuwa się pytanie – po co w ogóle całe te rozważania rozpisane na 60 stron ???
Pozostałe problemy, jakie Kornelia Sobczak ma z „Kamieniami na szaniec” dotyczą głównie tego, czego Kamiński nie napisał, a czego jej tam brakuje – przede wszystkim dziewcząt oraz krytycznego spojrzenia na II RP, a szczególnie na problem antysemityzmu. Bardzo trudno jest polemizować ze zarzutami dotyczącymi tego, czego w książce nie ma. Warto jednak pamiętać o tym, że miała być ona wydana w podziemiu, co wymuszało jej niewielki rozmiar, ułatwiający zarówno druk, jak i późniejszy kolportaż. Autor skupiał się na swoich bohaterach i ich losach, ich poświęceniu, odwadze i służbie. Pisał dla czytelników, dla których realia okupacji były codziennością, więc niewiele miejsca poświęcał tłu wydarzeń. Nie opisywał szczegółów życia ani po jednej, ani po drugiej stronie dzielącego Warszawę muru. Równocześnie – jako redaktor naczelny „Biuletynu informacyjnego” zamieszczał tam informacje o wydarzeniach w getcie. Dzięki jego wsparciu Maria Kann mogła napisać broszurę „Na oczach świata” – wydane następnie w podziemiu unikalne świadectwo Zagłady i Powstania w Getcie.
Przypomnę – tekst „Kamieni na szaniec”, do którego się odwołuje się Kornelia Sobczak, został opracowany przez Kamińskiego w 1956 roku. Od opisywanych tam wydarzeń minęło 13 lat i był to czas w Polsce bardzo trudny. Tuż po ukazaniu się drugiego podziemnego wydania książki wybuchło Powstanie Warszawskie. Harcerski batalion „Zośka” (w składzie którego walczyła kompania „Rudy”, do której należał pluton „Alek”) poniósł w nim straty sięgające 70% stanu. Warszawa została niemal kompletnie zniszczona. Po zakończeniu wojny część z tych, którzy przeżyli, pozostała na Zachodzie (m.in. jeden z bohaterów „Kamieni na szaniec” Henryk Ostrowski „Heniek”), a tych, którzy byli w Polsce, spotykały represje ze strony aparatu bezpieczeństwa (m.in. jednego z uczestników Akcji pod Arsenałem Jana Rodowicza „Anodę”).
Aleksander Kamiński przez całe Powstanie wydawał (już jawnie) „Biuletyn Informacyjny”, a po wojnie rozpoczął pracę naukową na Uniwersytecie Łódzkim i włączył się w organizowanie harcerstwa. Nie trwało to jednak długo. Z ZHP został usunięty w 1949 roku, z uczelni – w następnym, a w kolejnym – jego książki znalazły się na liście zakazanych w bibliotekach. Nie został aresztowany, ale cały czas pozostawał pod obserwacją UB. Dopiero rok 1956 umożliwił mu powrót do pracy naukowej i harcerstwa. Wtedy też mogły się w końcu ukazać „Kamienie na szaniec”. Na stronie tytułowej widnieje jeszcze Stalinogród – książka została wydrukowana w ostatnim miesiącu, w którym Katowice tak się nazywały. W przedmowie autor zapowiedział kolejną – zawierająca dalsze losy opisywanego zespołu młodzieży i rzeczywiście – „Zośka i Parasol” ukazała się w następnym roku.
Obie te książki Kamiński adresował do czytelników żyjących w PRL, a nie do tych hipotetycznych, którzy być może sięgną po nie za 50 lat w zupełnie innej rzeczywistości. Wtedy, po wszystkim, co się wydarzyło przez te 13 lat, problemy II RP przestały być już aktualne i raczej nikogo nie interesowało ich rozliczanie. Szczególnie że w poprzednich latach robiła to z upodobaniem komunistyczna propaganda. Po Zagładzie słowa: antysemityzm i getto nabrały innego ciężaru gatunkowego, trudno więc dziwić się np. Annie Zawadzkiej, że po latach nader oględnie pisała o getcie ławkowym na Politechnice i roli, jaką w tej sprawie odegrał ich ojciec.
Esej O polityce poświęcony jest domniemanej licealnej przynależności Rudego do ONR. To domniemanie oparte jest wyłącznie na dwóch powojennych relacjach, w których jego nazwisko pojawia się w tym kontekście. Pierwsza to spisane w 1989 roku wspomnienia Gustawa Potworowskiego, szefa Grup Szkolnych ONR. Druga – kolegi z klasy Rudego, Kazimierza Sułkowskiego – zamieszczona została w wydanej w 1992 roku biografii Krzysztofa Kamila Baczyńskiego autorstwa Wiesława Budzyńskiego. Kornelia Sobczak pisze w przypisie: Problem w tym, że nie znamy dobrze okoliczności pozyskania tej relacji przez Budzyńskiego od Sułkowskiego. Czy była to relacja ustna, pisemna, a może parafraza relacji ustnej? Budzyński tego nie wyjaśnia, pisze tylko we wstępie do książki, że zbierał informacje na temat Baczyńskiego od 1979 roku.(s.319) Nie było jednak problemem, żeby na tych dwóch świadectwach stworzonych pół wieku po wydarzeniach, których dotyczą, zbudować całą narrację.
Esej O Polsce opowiada o przedwojennym antysemityzmie w Polsce i getcie ławkowym na uczelniach. Z „Kamieniami na szaniec” łączy się to wyłącznie osobą profesora Józefa Zawadzkiego, rektora Politechniki Warszawskiej. To właśnie on podpisał zarządzenie wprowadzające na tej uczelni getto ławkowe. Zośka chodził wtedy do liceum. Kornelia Sobczak zadaje w związku z tym pytania z gatunku: co by było, gdyby…
Co by było, gdyby wojna nie wybuchła, a Zośka i Rudy zaczęli studia na Politechnice, gdzie ojciec Zośki wprowadził getto ławkowe? Czy włączyliby się w bicie Żydów ?
Z różnych odpowiedzi, które nasuwają mi się w tym momencie, najodpowiedniejsza wydaje mi się ta:
gdyby wojna nie wybuchła we wrześniu 1939 roku, to wszystko potoczyłoby się inaczej. Być może nie byłoby Akcji pod Arsenałem, a Aleksander Kamiński nie napisałby „Kamieni na szaniec”.
Wtedy Kornelia Sobczak musiałaby swoją książkę poświęcić komuś innemu.
Na okładce „Zośki i Rudego” możemy przeczytać takie słowa: z antropologiczną biegłością dekonstruuje wszystkie przeinaczenia, idealizacje i uproszczenia, które od samego początku towarzyszyły utworowi Kamińskiego, a przez które zatracono prawdę o przeszłości. Kornelia Sobczak tę prawdę przywraca.
Moim zdaniem: nie – nie przywraca. Jedyną prawdą, do jakiej możemy dojść, jest ta, że nie wiemy.
I już się nie raczej nie dowiemy. No, chyba że pojawią się jakieś nieznane źródła z epoki, co oczywiście nie jest niemożliwe, choć bardzo mało prawdopodobne.
Kornelia Sobczak „Zośka i Rudy. O miłości, przyjaźni i Polsce”, wyd.: Krytyka Polityczna, Warszawa 2026
*tak to nazwisko jest odmieniane w książce – moim zdaniem powinno być: Krężla
Książka nominowana w kategorii literackiej konkursu Książka Roku Polskiej Sekcji IBBY oraz nagrodzona Literacką Nagrodą Wielkopolskich Czytelników
i mam nadzieję, że na tym się nie skończy !!!
„Złodziejka” to książka z rodzaju tych, które równocześnie bardzo lubię i… nie lubię 😉 Lubię jako czytelniczka, bo po prostu świetnie się ją czyta. Jest ciekawa, dobrze napisana, ma dobrze wymyślonych bohaterów i nieszablonową akcję.
Nie lubię jako recenzentka, gdyż bardzo trudno jest napisać o niej tak, żeby kolejnym potencjalnym czytelnikom nie zdradzić zbyt wiele i nie odebrać przyjemności z lektury. Dlatego nie napiszę, kim jest tytułowa złodziejka i co takiego ukradła, natomiast postaram się wyjaśnić, co moim zdaniem powoduje, że warto po nią sięgnąć (oprócz tego, co napisałam powyżej).
Podobają mi się bohaterowie tej książki – ósmoklasiści, a więc ludzie w taki wieku przejściowym, już nie dzieci, jeszcze nie dorośli, ale stojący przed pierwszą tak dużą zmianą w ich życiu. Mamy w „Złodziejce” dwójkę narratorów – Marikę i Tymona (choć początkowo nie zdają sobie sprawy z tego, że opowiadają nam tę samą historię) oraz kilkoro bohaterów drugiego planu. Wszyscy oni są jacyś – wyraziści, z charakterem i własnymi historiami. Czasem, kiedy czytam powieść z większą liczbą bohaterów, bywa że trudno jest mi ich zapamiętać i odróżnić. Tutaj od początku nie miałam z tym problemu.
Łączy ich szkoła i okołoszkolne życie towarzyskie, ale wszyscy (mniej lub bardziej) umieszczeni są także w swoim domowym kontekście. Nic dziwnego – to jeszcze taki wiek, kiedy dom, jaki by nie był, jest ważnym punktem odniesienia i oparcia (lub jego braku). Jest tym miejscem, z którego wyrusza się w samodzielność.
W tych ich rodzinnych relacjach szczególnie urzekła mnie braterska więź Tymona z Czesiem, bo nie zdarza się często przy takiej różnicy wieku. Skojarzyli mi się z Borysem i Szczepciem, którzy byli bohaterami jednej z „Kilku niedużych historii” Katarzyny Wasilkowskiej, która w dodatku także dzieje się nad morzem.
Bardzo ucieszyła mnie w tej historii postać Miłki. We współczesnej literaturze młodzieżowej (i nie tylko) nader rzadko pojawiają się bohaterowie, którzy deklarują się jako osoby wierzące i nie są przedstawieni w sposób karykaturalny. Miłka jest normalną sympatyczną nastolatką, dla której wiara i wynikający z niej system wartości są czymś naturalnym. Nie narzuca się i nie usiłuje nikogo nawracać, ale zapytana potrafi bardzo klarownie i szczerze wyjaśnić to, jak myśli. Jej dwie rozmowy z Mariką to bardzo mocne punkty tej historii.
Podoba mi się też, jak dojrzale tytułowa bohaterka rozwiązała problem swojej kradzieży. Dojrzale, choć niełatwo dla siebie. Na tym właśnie polega dorosłość – że zamiast wybrać to, co łatwiejsze i przyjemniejsze, trzeba czasem stanąć w prawdzie. Bez gwarancji, że wszystko skończy się tak, jak byśmy chcieli.
Na ostatniej okładce możemy przeczytać: „Złodziejka” to historia o presji, przyjaźni, pierwszych uczuciach i wyborach, które bolą, i o tym, jak łatwo przekroczyć granicę… i jak trudno się potem cofnąć.
Choć nie jestem fanką filmów Tarantino, które odkrywają dla siebie jej bohaterowie, ani tym bardziej muzyki, której słuchają, to muszę powiedzieć, że „Złodziejka” to jedna z najlepszych powieści dla młodzieży, jaką w ostatnich latach zdarzyło mi się czytać !!!
Katarzyna Wasilkowska „Złodziejka” (seria: Plus minus 16), wyd.: Literatura, Łódź 2025
Są obok nas magiczne światy. Tam intensywniej pachną kwiaty. Tam dzień jest nocą, noc jest dniem, sen bywa jawą, jawa snem. Tam wszystko zwiewne jest i lśniące, ulotne, kruche, czarujące…
„Czarodziej osobisty” to książka, która jest jak brama do tych światów. Wystarczy tylko ją otworzyć i już znajdujemy się tam, gdzie można spotkać księżniczki, czarodziejów i wróżki, że o smokach nie wspomnę. Tam wszystko jest możliwe, a najbardziej to, że dobre uczucia są wszechmocne.
Twórczość Doroty Gellner towarzyszy mi od czasów, kiedy moje córki były małe, a więc (nie zaglądając im w metryki 😉 ) od dość dawna. Myślałam, że doskonale wiem, czego się mogę po jej książkach spodziewać, ale „Czarodziej osobisty” okazał się dla mnie zaskoczeniem. W porównaniu z wcześniejszymi publikacjami Autorki, mniej jest tutaj absurdalnego humoru, który bardzo lubiłyśmy, a więcej zadumy nad upływającym czasem i nad tym, co jest w życiu najważniejsze, bez czego nie możemy się obejść.
Tę atmosferę znakomicie budują ilustracje Piotra Fąfrowicza, które towarzyszą mi równie długo i nieodmiennie zachwycają.
To książka o przyjaźni, miłości, czułości, nadziei, wdzięczności, cierpliwości i uzdrawiającej mocy słów. O sile marzeń i wyobraźni. (…) Ale też o smutku, żalu, tęsknocie i rozczarowaniu, samotności i rozpaczy. O niewidzialnej granicy między jawą i snem, życiem i baśnią – możemy przeczytać na jej okładce.
Kiedy czytam zawarte w niej wiersze i baśnie, dzieje się ze mną coś dziwnego. Mam poczucie, że zapadam się w jakąś inną rzeczywistość, a świat codzienny – pełen złości, kłótni i okrutnych słów rzucanych ot tak sobie, bo internet wszystko pomieści – dokądś odpływa, oddala się i wcale nie mam ochoty do niego wracać.
Nieważne, ile macie lat – spróbujcie się tam udać !!!
Wystarczy tylko znaleźć wejście: sekretną furtkę, tajne przejście, nacisnąć nagle coś niechcący i wniknąć w świat zdumiewający, pełen cudownych niezwykłości. I świat ten chętnie nas ugości – przez chwilę lub przez okamgnienie – swoje ujawni nam istnienie.
Dziękuję Wydawnictwu Bajka za egzemplarz recenzencki tej książki !!!
Dorota Gellner „Czarodziej osobisty”, ilustr.: Piotr Fąfrowicz, wyd.: Bajka, Warszawa 2025
Trafiłam na tę książkę właściwie przypadkiem, ale urzekła mnie, jeszcze zanim ją otworzyłam. Najpierw chyba zachwycił mnie jej tytuł –chapau bas dla tłumaczki za to urocze słowo !!! Również okładkowa ilustracja, tak bardzo korespondująca z tym, co nas aktualnie otacza, była zachętą, żeby po nią sięgnąć. A potem…
… niezwykle plastyczny opis miejsca, gdzie się to wszystko dzieje – okolicy czyli klifu nad szumiącym morzem, Szumidrogi, która tam prowadziła i małego domku, w którym mieszkali bohaterowie.
Na pierwszy rzut oka sprawiał wrażenie skały porośniętej mchem. Na drugi wyglądał jak ogromne powalone drzewo, które uschło i zbutwiało. Dopiero za trzecim razem i po kilku krokach okazywało się, że to faktycznie dom. (…)
Domek miał troje mieszkańców. Dwoje z nich upodobniło się do domstwa; pomarszczone twarze staruszków były poprzecinane głębokimi bruzdami – koleinami życie, które oplatały ich ciała niczym bluszcz. Przy chodzeniu, schylaniu się lub wstawaniu sędziwe kości trzeszczały prawie tak samo jak zżarte przez korniki belki, gdy wzburzone morze nie tylko szumiało, lecz także wyło i kipiało.
Byli to stary Per i jego żona Tove. W domku na szczycie klifu mieszkali od zawsze i razem z nim się zestarzeli.(…) Trzeci mieszkaniec domu nazywał się Vilmar. Miał mniej więcej siedem lat, czego z różnych powodów nie było po nim widać…
Motyw samotnych (często starych) ludzi (dwojga lub czasem jednego) przygarniających dziecko, które pojawia się nie wiadomo skąd, jest dosyć częsty w baśniach. Znam ich kilka, z różnych stron świata, ta nie jest pierwsza. Chodzi w nich o bezwarunkową miłość, która potrafi wypełnić pustkę wcześniejszego życia oraz o akceptację dla odmienności istoty, którą się pokochało. A także o zrozumienie, że prawdziwa miłość polega również na tym, aby pozwolić odejść kochanej osobie.
To wszystko jest w tej baśni, ale jednak pozostawiła mnie ona z uczuciem pewnego niedosytu. Czegoś mi w niej zabrakło – jakby zakończenie się autorowi rozmyło. Nie było tak interesujące i wyraziste jak początek tej opowieści. Chciałoby się, żeby nieco szerzej została opowiedziana historia Hendrika, myślę, że wiele by ona wyjaśniła.
Na szczęście niczego nie brakuje ilustracjom Emilii Dziubak, które znakomicie oddają nastrój tej historii.
„Zawieruszek” to książka, która pasuje do zimowych wieczorów, szczególnie takich mroźnych jak teraz. Ogień w kominku, gorąca herbata i wspólne czytanie – nic więcej nie jest mi do szczęścia potrzebne.
Kai Lüftner (tekst), Emilia Dziubak (ilustr.) „Zawieruszek. Baśń skandynawska” przekł.: Małgorzata Słabnicka – Turpeinen, wyd.: Nasza Księgarnia, Warszawa 2024
Książka nagrodzona w kategorii literackiej konkursu Książka Roku Polskiej Sekcji IBBY za książkę dla starszych
oraz Nagrodą Żółtej Ciżemki!!!
Klarę budzi cisza.
Dziewczynka czuje się dziwnie. Zawsze towarzyszył jej szum, którego na ogół nie zauważa. Otaczał ją i nigdy nie cichł. Żeby go usłyszeć, trzeba było się ukryć. Klara wchodziła do szafy albo chowała się za wersalką. Zza ściany dobiegały rozmowy, tata coś opowiadał, mama śmiała się. Dźwięczały kubki odstawiane na stół, woda gotująca się w czajniku, trącane szklanki i upuszczane przedmioty…
Tym razem jest inaczej i dziesięcioletnia Klara bardzo szybko odkrywa, że została sama w wakacyjnym domu w górach. Wygląda na to, że rodzice pojechali bez niej do domu, ale dlaczego??? Zapomnieli o jedynej córce? Nie zauważyli, że nie ma jej w samochodzie? Pewnie wrócą po nią, jak się zorientują, ale kiedy to będzie? Jak ma sobie do tego czasu radzić?
„Wylinka” to pierwsza książka Wita Szostaka adresowana (także) do czytelników niedorosłych. Była to również pierwsza książka jego autorstwa, którą przeczytałam, więc nie bardzo wiedziałam, czego się spodziewać. Opinie o niej, które do mnie docierały, były raczej zgodnie pozytywne, a jedynym głosem wyłamującym się z tego chóru była recenzja Zosi z Małej czcionki (—>>>tutaj). Kiedy usłyszałam werdykt jury konkursu Książka Roku IBBY, zrozumiałam, że nie mam innego wyjścia – muszę ją też przeczytać, żeby wyrobić sobie własne zdanie.
Przeczytałam więc i… nie rozczarowałam się aż tak, jak Zosia, ale także nie zachwyciła mnie ona specjalnie. Myślę, że problem, jaki z nią mam, bierze się stąd, że (moim zdaniem) nie jest to historia dla dzieci. Żeby to wyjaśnić, muszę jednak trochę pospoilerować, więc dalej zapraszam tylko tych, którzy są na to gotowi.
Czy zdarzyło się Wam kiedyś, na przykład oglądając swoje zdjęcia z dzieciństwa, zastanowić się: gdzie się podziało to dziecko, które na nich jest? Kiedy nastąpił ten moment, od którego widzimy na nich siebie, tylko trochę młodszych, a nie dzieci, którymi byliśmy? Co jest tą granicą?
„Wylinka” to opowieść właśnie o tym, ale wydaje mi się, że do tego rodzaju refleksji, który proponuje, trzeba po prostu dorosnąć. To nie jest żaden ejdżyzm – po prostu mam świadomość tego, że w wieku nastoletnim człowiek bardzo chce przestać być dzieckiem, ciągnie go do dorosłości, samodzielności i wszystkiego, co się z tym wiąże. Myśl o tym, że aby to nastąpiło, musi się w życiu skończyć coś, co już nie wróci, przychodzi później, kiedy ten Rubikon ma się już daleko za sobą.
Stąd moja wątpliwość związana z tym, czy wczesnonastoletnich czytelników te historia w ogóle zainteresuje? Na ostatniej okładce książki możemy przeczytać: „Wylinka” to emocjonalne i intelektualne wyzwanie, które najlepiej podjąć wspólnie. Dzieci zachwyci atmosfera tajemnicy, warstwa przygodowa i nieoczekiwane rozwiązanie zagadki. Rodzice rozpoznają w tekście nawiązania do najwspanialszych dzieł kultury.
No, nie wiem… Atmosfera tajemnicy – owszem jest, przynajmniej na początku. Zaczyna się jak thriller, ale potem jakoś się to rozmywa. Mam wrażenie, że rzeczywistość wykreowana w tej książce, ów (jak to określono w laudacji IBBY) realistyczny czas i fantastyczny bezczas, jest trochę za bardzo rozbudowany, jest w nim zbyt wiele szczegółów, a zbyt mało emocji. Nawet skonstatowanie, że spotkany w domu chłopiec jest jej nieżyjącym już, ale bardzo przez nią kochanym dziadkiem, nie zrobiło na Klarze szczególnego wrażenia. Jej rozmowy z Jankiem (a potem jeszcze pojawienie się tam kolejnego chłopca) , ich wędrówki po górach, cała tajemnica żółtych cukierków były w moim odczuciu wypełniaczem czasu i kartek książki. Nie zbliżały czytelników do zrozumienia tego, co się tam dzieje, a wręcz rozwadniały sens całej tej historii.
Przeczytałam „Wylinkę” już jakieś trzy tygodnie temu i ciągle nie pozwala mi o sobie zapomnieć. Im dłużej myślę o tym ich trwaniu w bezczasie, tak bez końca, którego nie przynosi nawet śmierć, tym bardziej się na tę wizję nie zgadzam. Zaraz po skończeniu tej książki zaczęłam się zastanawiać: gdzie w takim razie podziewa się moja wylinka? Jeśli miałoby tak być, to chyba została gdzieś w Bydgoszczy, gdzie mieszkałam przez pierwsze dziesięć lat życia… a może w Krówce, w Borach Tucholskich – naszym wakacyjny miejscu, do którego już potem nie wracaliśmy? Nie wiem. Wolę jednak myśleć, że ta Agnieszka, którą wtedy byłam, jest nadal mną, tylko trochę doroślejszą. Jest we mnie – we wspomnieniach, które mam, w książkach, które przeczytałam, w zachwytach i lękach, które do mnie wracają, w potrawach, które nadal lubię. Nie podoba mi się wizja tego, że się gdzieś beze mnie błąka, zawieszona w bezczasie.
Gdybym miała podać dwie zalety tej książki, to byłoby po pierwsze właśnie to, że nie odkłada się jej po przeczytaniu ot tak. Zostaje w głowie. Może nawet trochę złości, ale prowokuje do zadawania sobie pytań.
Drugą zaletą są ilustracje Aleksandry Krzanowskiej – delikatne, trochę przygaszone, może staroświeckie, ale pasujące do nastroju tej historii. Bez nich czytałoby się ją zdecydowanie mniej interesująco.
Ale nadal uważam, że jest to historia bardziej dla dorosłych niż dla dzieci !
Wit Szostak „Wylinka”, ilustr.: Aleksandra Krzanowska, wyd.: Powergraph, Warszawa 2025
To była zupełnie nieoczekiwana adwentowa niespodzianka!!!
Pierwszy sygnał o tym, że coś się wydarzy, wydawnictwo Wołek i Osiołek umieściło na swoim fejsbukowym profilu 4 grudnia, a cztery dni później uchyliło rąbka tajemnicy. Wyglądał ów rąbek następująco 😉
Wtedy już nie miałam wątpliwości, że w tej zapowiadanej niespodziance maczała swoje czarodziejskie paluszki Ela Wasiuczyńska. Następnego dnia zostało to oficjalnie potwierdzone i rozpoczęła się przedsprzedaż, bo książka była jeszcze w druku. Wydawnictwo zaczęło ją wysyłać 18 grudnia i dzięki pomocy aniołków (dla niepoznaki przebranych za kurierów InPostu 😉 ) udało się jej dotrzeć do mnie jeszcze przed Świętami. Z radością zrobiłam sobie taki prezent i to w wersji wypasionej, w której książce towarzyszyły nie tylko kartki świąteczne z ilustracjami z niej ale także pyszne krówki, w papierkach zaprojektowanych przez Elę.
To prawdziwa uczta dla ciała i dla ducha!!!
Każdy anioł w Niebie, nawet ten najmniejszy, pamięta historię Bożego Narodzenia.
Ale mało który wie, jak to się stało, że spośród tak wielu zwierząt i zwierzątek to właśnie Wołek i Osiołek znaleźli się przy żłóbku…
I tego właśnie możemy dowiedzieć się z tej powiastki. To bardzo prosta historia, zrozumiała już dla najmłodszych czytelników, bo przeznaczona jest dla dzieci w wieku do 4 lat. W warstwie tekstowej nie jest ona szczególnie rozbudowana, można powiedzieć, że całą robotę robią tu ilustracje, które są po prostu zachwycające. Wszystko jest tam piękne – i anioły,
i zwierzęta,
i scena w stajence, z małym Jezuskiem smyrającym Wołka po pysku 🙂
„Wołek i osiołek” to wśród dziesiątków (jeśli nie setek) książek o tematyce świątecznej zjawisko rzadkie. Naprawdę, niewiele jest wśród nich takich, które umieszczają te święta w ich pierwotnym, religijnym kontekście. Właśnie ta luka rynkowa spowodowała, że kilka lat temu Julianna Wołek, mama (wówczas) pięciorga (a obecnie – dziewięciorga) dzieci, napisała opowiadanie „Cud Bożego Narodzenia”. A potem, żeby je wydać w wersji książkowej, razem z mężem rozpisali zbiórkę i założyli wydawnictwo, którego historię znajdziecie —>>>tu.
Potem powstało jeszcze oparte na „Cudzie Bożego Narodzenia” słuchowisko z muzyką męża Julianny – Jakuba Wołka. No i wreszcie tegoroczna adwentowa nowość – czyli „Wołek i osiołek. Powiastka tradycyjna”. Mam nadzieję graniczącą z pewnością, że na tym się nie skończy. Bardzo czekam na kolejne nowości tego wydawnictwa 🙂
P.S. Wiem, że nie byłam jedyną osobą, której rozważania nad tym, jakie zwierzęta towarzyszyły Jezusowi w stajence, skojarzyły się z londyńskimi jasełkami z filmu „Love actually”. Tam w stajence znalazło się miejsce nie tylko dla ośmiornicy, ale także dla (niejednego) homara. Nie odmówię sobie przyjemności podzielenia się z wami jedną z moich ukochanych scen z tego filmu 😉
Cieszę się, że dzięki tej książce, nikt już nie będzie miał wątpliwości co do tego, kto tam był naprawdę i dlaczego 🙂
Julianna Wołek (tekst), Elżbieta Wasiuczyńska (ilustr.) „Wołek i osiołek. Powiastka tradycyjna”, wyd.: Wołek i Osiołek, Kraków 2025