Gdzie jest noc

Gdzie jest noc

Książka nominowana w Plebiscycie Blogerów LOKOMOTYWA – książka dla niedorosłych w kategorii: tekst

Gdzie jest noc? zapytała pewnego dnia nasza córka. Miała wtedy ponad dwa lata.
Od tamtej pory to pytanie zagościło w naszym życiu na dobre. W dzień pytała, gdzie jest noc, a nocą, gdzie jest dzień. Pomysły, które podsuwałam córce bardzo szybko się wyczerpały. A przecież chcieliśmy szukać nocy dalej.
I wtedy pojawił się impuls: z tego warto zrobić książkę! Pierwszą osobą, która przyszła mi do głowy była Agnieszka Wolny-Hamkało. Agnieszka, jak mało kto, potrafi z szalonego pomysłu, który pojawia się w mojej głowie, stworzyć tekst na miarę, dokładnie taki, jaki sama bym napisała, gdybym tylko umiała pisać wiersze.
Tak powstał gęsty, złożony, współczesny wiersz „Gdzie jest noc”. Agnieszka prowadzi nas w nim przez ulice miast, zagląda do ciemnych okien, pustych sklepów, na stacje benzynowe – tam bywa noc.
Ilustracje wykonała Maria Ekier, która z delikatnością ale podszytą sporą dozą drapieżności i humoru potrafi oddać niuanse przejścia z mroku w jasność. To artystka, która rozumie ciemną gramatykę nocy, jest czuła na rytm słów.
I tak oto dwie wspaniałe, bliskie mi artystki, stworzyły książkę marzenie. A tą najważniejszą artystką jest moja córka Maja. To dzięki niej zaczęłam szukać nocy…
– tak napisała o tej książce Marta Lipczyńska-Gil, szefowa i twórczyni wydawnictwa Hokus Pokus.

Wydawnictwo Hokus Pokus obchodziło niedawno swoje 18 urodziny. Powstało na początku nowego tysiąclecia, było jedną z tych niewielkich oficyn, które wywołały tak zwaną lilipucią rewolucję i podniosły polski rynek książek dla dzieci z zapaści lat dziewięćdziesiątych. Różne były ich późniejsze losy – niektóre dość szybko przestały istnieć (jak Plac Słoneczny 4 czy FRO9), są takie, które stały się rynkowymi potęgami (jak Dwie Siostry czy Zakamarki), a Hokus Pokus pozostał takim, jakim był od początku czyli niewielkim jednoosobowym wydawnictwem wydającym książki będące odbiciem gustów swojej twórczyni.

Trzynaście lat temu, wiosną 2008 roku przeprowadziłam z Martą Lipczyńską – Gil wywiad dla nieistniejącego już portalu MUS. Opowiedziała mi wtedy, skąd wziął się w ogóle pomysł na stworzenie wydawnictwa:

Marzyłam o tym, żeby mieć własną galerię sztuki. W czasie studiów pracowałam w takiej galerii w Toruniu i bardzo mi się ta praca podobała. Po studiach trafiłam do dużego wydawnictwa edukacyjnego, które wydawało scenariusze lekcji. Chciałam robić coś bardziej ambitnego i twórczego. Chciałam też mieć coś własnego. Galeria sztuki odpadała, ponieważ jest to przedsięwzięcie wymagające bardzo dużych pieniędzy. Wybór padł na wydawnictwo, bo ten rodzaj pracy już znałam. Ma ona jednak wiele wspólnego ze sztuką – wydaję książki takich autorów jak Wolf Erlbruch, Iwona Chmielewska czy Maria Ekier, a są to po prostu dzieła sztuki.

Zaczynała od twórców zagranicznych, a pierwszą publikacją, która odbiła się echem w mediach nie tylko specjalistycznych był słynny do dziś Kret z kupą na głowie 😉

W tym wywiadzie sprzed lat znalazłam jeszcze takie słowa: Zawsze chciałam wydawać polskich autorów, ale obawiałam się, ze ci najlepsi, w których celowałam, nie będą chcieli rozmawiać z kimś, kto dopiero debiutuje. Pierwszą książką autorską polskiego autora było „O wędrowaniu przy zasypianiu” Iwony Chmielewskiej, która robi znakomite rzeczy – niestety wydaje je głownie w Korei i tam jest bardzo znana. Marzyłam o wydaniu książki z ilustracjami Józefa Wilkonia i właśnie pracujemy nad jego pierwszą książką autorską na rynku polskim – będzie to „Kocia kołysanka” dla maluchów.

Iwona Chmielewska na szczęście wydaje już ksiązki także w Polsce (choć w innych wydawnictwach), a współpraca Hokusa Pokusa z Józefem Wilkoniem i Marią Ekier i innymi polskim twórcami trwa do dziś.

Pierwszą publikacja przygotowaną w całości przez to wydawnictwo była autorska książka Marii Ekier „Kocur mruży ślepia złote”, która uzyskała tytuł Najpiękniejszej książki roku. Potem ukazało się jeszcze jej „Złotouste zero w zenicie”, a teraz zilustrowała przepięknie i tajemniczo „Gdzie jest noc” (choć trzeba tu dodać, że pewien udział miała tutaj także Maja Gil, spod ręki której wyszedł kończący tę książkę bazgroł 😉 ).

„Gdzie jest noc” to książka, która bardzo wyraźnie ilustruje konsekwencję wydawniczą Marty Lipczyńskiej – Gil. Od początku wydaje ona rzeczy piękne i oryginalne, nie podążające za aktualnymi modami rynkowymi, a raczej je wyprzedzające i kreujące gusta. Są to także książki, z których się nie wyrasta i w których czytelnicy w każdym wieku znajdą coś dla siebie.

Dlatego ta książka musiała znaleźć się w puli nominacji Plebiscytu Blogerów LOKOMOTYWA, a w jej uzasadnieniu napisaliśmy, co następuje:

Jest w tym wierszu — otwierającym przed czytelnikiem intymny nocny mikrokosmos — delikatność i świeżość, mrok i tajemnica. Bo taka jest noc, czasem niepokojąca i głośna w swojej ciszy, czasem bliska, ciepła i otulająca. To pełna luźnych i zaskakujących skojarzeń liryczna wędrówka po różnych miejscach i zakamarkach w poszukiwaniu nocy. Tekst Agnieszki Wolny-Hamkało jest doskonałym wprowadzeniem młodego (i starszego!) czytelnika w świat poezji, w której nie ma oklepanych rymów, jest za to melodia, której nie chce się przestać słuchać.

Agnieszka Wolny-Hamkało (tekst), Maria Ekier (ilustr.) „Gdzie jest noc”, wyd.: Hokus Pokus, Warszawa 2019

Wojna skowronków

Wojna skowronków

Ponad sto lat temu, w epoce świec i latarni gazowych, drewnianych kontuarów w sklepach i koni na ulicach, przyszła na świat pewna dziewczynka. Nie ucieszyło to nikogo, prócz jej matki. Ojciec nie lubił dzieci, nawet swoich, a Peter, starszy brat, miał dopiero trzy lata i nie rozumiał, na co mu potrzebni jacyś inni ludzie poza rodzicami.

Ale mama cieszyła się bardzo. Dała córce na imię Clarissa, po własnej nieżyjącej matce.

„Jasna i czysta” – szepnęła do ucha nowo narodzonej. – Oto co znaczy twoje imię: „Jasna i czysta”.

Clarry miała trzy dni, gdy jej matka umarła…

Kiedy pierwszy raz wzięłam do ręki „Wojnę skowronków”, skojarzyła mi się z „Rokiem, w którym nauczyłam się kłamać” Lauren Wolk. To skojarzenie wywołane było przez okładki obu książek zaprojektowane przez Aleksandrę Cieślak, ale okazało się, że łączy je coś więcej. Mimo że czas ich akcji dzieli jakieś trzydzieści lat, w obu mamy cień I wojny światowej, która zmieniła świat bohaterów. W obu też mamy dorastające bohaterki, które konfrontują się z niesprawiedliwością i okrucieństwem świata.

Clarry urodziła się w 1902 roku (czyli jeszcze właściwie w XIX wieku, bo za właściwy początek następnego uznaje się obecnie I wojnę światową), a więc w świecie zupełnie innym niż ten, w którym żyją czytelnicy tej książki, w którym dziewczynkom wolno było zdecydowanie mniej niż chłopcom wtedy i niż ich rówieśniczkom teraz.

Zdążyła się już przyzwyczaić, że chłopców obowiązują inne reguły. Chłopcy dostawali kieszonkowe, a dziewczynki nie. Chłopcy musieli się uczyć różnych rzeczy w szkole, a dziewczynki potrzebowały tylko jakiegoś zajęcia. Peter miał rower i mógł na nim jeździć po całym mieście, a granicami jej świata była szkoła (dwie minuty piechotą) i dom panny Vane (po drugiej stronie ulicy).

A przede wszystkim: chłopcy wiedzieli lepiej. I byli lepsi. To była oczywistość, z którą się nie dyskutowało. Naturalna kolej rzeczy.

Może i tak, pomyślała Clarry bez przekonania.

Ojciec mówił jej: Nawet jeśli nie wyjdziesz za mąż, nigdy nie będziesz musiała być samodzielna, więc jego zdaniem nauka nie była jej do niczego potrzebna. Na tym kończyło się jego zaangażowanie w edukację córki, mimo że dziewczynka chciała się uczyć i była nie mniej zdolna od brata. Zresztą w przypadku syna ojciec też ograniczył się tylko do wysłania go do szkoły z internatem, w której go ani razu nie odwiedził, a wcześniej ignorował strach i niechęć chłopca do tego wyjazdu. Strach i niechęć tak wielkie, że pchnęły Petera do czynu desperackiego, który zaważył potem na całym jego życiu.

W ich domu panował chłód emocjonalny, niezrozumiały i wręcz bolesny dla nas sto lat później. Tylko częściowo był on skutkiem żałoby przeżywanej przez ojca, a w dużej mierze wynikał z ówczesnych reguł wychowywania dzieci nie tylko w Wielkiej Brytanii. On sam był wychowywany podobnie i trudno powiedzieć, czy ta obojętność we wspólnym domu była dla dzieci gorsza od zupełnego porzucenia, które stało się udziałem ich ukochanego brata ciotecznego Ruperta, którego rodzice wyjechali do Indii pozostawiając go z dziadkami. Paradoksalnie jednak, ten brak zainteresowania ojca stał się dla Clarry szansą, bo udało jej się zorganizować sobie naukę w szkole, w której mogła naprawdę zdobyć wykształcenie i potem studiować.

Lady Margaret Hall – pierwszy college w Oxfordzie, w którym mogły studiować kobiety. Może właśnie tam uczyła się potem Clarry ? (zdjęcie własne)

Miała wtedy dwanaście lat, był rok 1914 i zaraz potem w Europie zaczęła się wojna. Początkowo nie miała ona wpływu na życie rodziny Penrose’ów w Plymouth i Kornwalii. Nawet wtedy, kiedy Rupert, po skończeniu szkoły, wstąpił do wojska, wydawało się, że to nic nie zmieni, bo powszechnie uważano, że do Bożego Narodzenia wojna się skończy. Tak się jednak nie stało. Ta wojna była początkiem nowej epoki, zmieniła świat i ludzi – także tych, którzy nie brali w niej bezpośredniego udziału. Trwała długie cztery lata i nic już po niej nie było takie samo.

Po obu stronach stały armie. Żadna nie wygrywała, choć obie bardzo się starały i próbowały coraz to nowych sposobów walki. Niemcy jako pierwsi użyli gazów trujących, a Brytyjczycy czołgów. Zupełnie rozsądni ludzie, którzy w poprzednim życiu wypuszczali osy przez okno, czytali dzieciom bajki na dobranoc, naśladując przy tym różne głosy, i krzywili się, słysząc fałszywy ton, ludzie, którym prawie nigdy nie zdarzało się krzyczeć, upijać ani zapomnieć o urodzinach matki, słowem, całkiem zwyczajni ludzie, wkładali teraz wiele wysiłku w zabijanie innych całkiem zwyczajnych ludzi, których widzieli po raz pierwszy w życiu.

Hilary McKay opisuje wojnę i to, jak wchodziła w życie ludzi, w sposób absolutnie mistrzowski. Najpierw jest normalnie, jakby nic się nie zmieniło, a potem nagle pojawi się coś, co wali jak obuchem. Tak jak w jednej z pierwszych scen z Francji – z końmi, o które dbano w miarę możliwości – szczotkowano je, pojono i karmiono (choć paszy zawsze brakowało i trzeba było dosypywać do niej trocin, by zwierzęta za szybko nie zgłodniały). (…) Koni były setki. Ciągnęły zaopatrzenie, działa, worki z piaskiem, ambulanse i truchła innych koni… a dalej jest jeszcze bardziej realistycznie i nagle uświadamiamy sobie, że to wcale nie o konie chodzi…

O tej porze roku znad pół często dobiegał śpiew skowronków. Żołnierze dziwili się obecności ptaków, lecz one były tam od wieków.

O wiele dziwniejsza była w tym miejscu obecność żołnierzy.

Ludziom niezwykłe wydawało się coś jeszcze: że skowronki śpiewały w ich ojczystych językach. Anglikom po angielsku, Francuzom po francusku, Holendrom po niderlandzku.

A co bardziej zdumiewające, po drugiej stronie okopów, parę kilometrów dalej, skowronki śpiewały po niemiecku.

Była to wojna, na której absolutnie nic nie miało sensu.

Tę wojnę nazywano potem Wielką, bo jeszcze takiej w historii ludzkości nie było. Pamięć o niej ginie w tej chwili w cieniu następnej, która zaczęła się dwadzieścia lat później i była jeszcze większa, jeszcze bardziej absurdalna i jeszcze straszniejsza. Ale o tym jeszcze bohaterowie tej książki nie wiedzą…

Hilary McKay „Wojna skowronków”, przekł.: Łukasz Witczak, wyd.: Dwie Siostry, Warszawa 2021

SilverTV – pierwsze książki dla maluszków

SilverTV – pierwsze książki dla maluszków

Odwiedziłam ostatnio po raz kolejny SilverTV – pierwszą interaktywną telewizję 50+, żeby opowiedzieć tam o pierwszych lekturach dla maluchów.

Mówiłam tam o pierwszych książkach – jeszcze bez tekstu albo ze słowami z języka maluszków, takich jak „Wrocławski abecadlik” Ewy i Pawła Pawlaków, o którym pisałam —>>> tutaj

albo „Glili, gili – słówka z ostatniej chwili” Corinne Dreyfuss i Beniamina Chauda (Wydawnictwa Zakamarki) – do obejrzenia na stronie Wydawnictwa —>>> tutaj

Pokazywałam też książki, które służą nie tylko do czytania – serię piosenkową Wydawnictwa Muchomor, o której pisałam —>>> tutaj

i serię Zgadywanki dla maluszka Małgorzaty Strzałkowskiej (Wydawnictwo Bajka) – do obejrzenia na stronie Wydawnictwa —>>> tutaj

Mówiłyśmy także o wierszach dla najmłodszych wydawanych przez Wydawnictwo Bajka w dwóch seriach Bajeczki dla maluszka (do obejrzenia na stronie Wydawnictwa —>>> tutaj)

i Kartonówki dla ciut starszych (do obejrzenia na stronie Wydawnictwa —>>> tutaj) Z tych ostatnich najbardziej lubię „Myszkę” Doroty Gellner, o której pisałam —>>> tutaj

To oczywiście jest tylko malutki wycinek tego, co można dla najmłodszych znaleźć w księgarniach. Warto poszukać takich książek, których czytanie z dzieckiem będzie nam sprawiało przyjemność. Bo to o nią przede wszystkim w tym chodzi !!!

A jak już zaczniecie czytać z dziećmi – koniecznie poszukajcie w swojej okolicy biblioteki, która bierze udział w programie Mała książka – wielki człowiek !!!

Jestem życie. Jestem śmierć

Jestem życie. Jestem śmierć

Dwie, można powiedzieć – bliźniacze, książki, które sprzedawane są oddzielnie, a powinny razem. Dopiero razem mogą wybrzmieć, bo uświadamiają ścisły, nierozerwalny związek między ich tytułowymi bohaterami.

Jestem Życie. Tak jak śmierć to śmierć, ja jestem życiem.

To ja wprawiam wszystko w ruch.

Jestem Śmierć. Tak jak życie to życie, ja jestem śmiercią.

Życie to coś normalnego i oczywistego. Wszyscy żyjemy i na ogół jest nam z tym dobrze. Gorzej jest ze śmiercią, a jest to temat, którego nie da się uniknąć w rozmowach z dziećmi. Dorośli mają z tym często ogromny problem, bo sami sobie ze śmiercią nie radzą. Boją się, więc od tematu uciekają, także z obawy, że przeniosą swój strach na dzieci. Uciekają również dlatego, że na ogół mamy podświadomy opór przed konfrontowaniem dzieci ze smutkiem, tragediami i wszystkim tym, czego mogły by się przestraszyć. Wydaje nam się, że dzieciństwo to powinien być czas wyłącznie beztroski i szczęśliwy, ale w rzeczywistości rzadko taki bywa.

Uciekamy od tematu, bo nie potrafimy o nim mówić, bo obawiamy się własnych emocji z nim związanych. Myślę, że te książki mogą pomóc w takiej rozmowie, a sposób, w jaki o tych sprawach opowiadają, daje się pogodzić i z religijnym, i z ateistycznym oglądem świata.

Uważam, że powinny być nie tylko sprzedawane razem, jako zestaw, ale także w taki sam sposób wypożyczane w bibliotekach. Obawiam się sytuacji, w której z powodów opisanych powyżej dorośli mogą ograniczyć się do przeczytania z dzieckiem tylko pierwszej z nich. Jestem też w stanie wyobrazić sobie sytuację odwrotną a żadna z nich nie byłaby korzystna dla czytelników. Spodziewam się teraz pytania, dla dzieci w jakim wieku jest to lektura, ale nie ma na to jednoznacznej odpowiedzi. Wszystko zależy od dziecka, a także od jego sytuacji życiowej. Dobrze byłoby mieć ją na podorędziu, gdy ten temat, jak to niestety bywa, sam się w jego życiu pojawi.

We wszystkich książkach dla dzieci, które dotyczą tych spraw i które znam, śmierć poznajemy poprzez to, że dotyka jakiegoś bohatera. Te są inne, bo ich jedynymi bohaterami są właśnie życie i śmierć.

Elisabeth Helland Larsen prostymi zdaniami snuje opowieść, w której są one cały czas obok siebie. Kiedy zaczyna się życie, pojawia się także śmierć – kiedyś, w przyszłości, nie wiadomo kiedy, ale na pewno…

Pewna moja książkowa znajoma, której zdanie bardzo cenię, odpowiedziała na moje zachwyty po pierwszej lekturze, że ma z tym książkami problem, bo niektóre strony są dla niej znaczeniowo, estetycznie i emocjonalnie puste. Dało mi to trochę do myślenia, ale kiedy wróciłam do nich po jakimś czasie doszłam do wniosku, że jest to częsty problem, jaki mają dorośli czytając książki dla dzieci. Niedorośli czytelnicy potrzebują często, żeby im powiedzieć coś, co dla dorosłych jest oczywiste i wręcz oklepane, ale nie było takie, kiedy to usłyszeliśmy (czy przeczytaliśmy) po raz pierwszy. Myślę, że autorce udało się tak to wyważyć, że także dorośli znajdą w nich coś, co będzie dla nich odkrywcze.

Przyzwyczailiśmy się, że śmierć przedstawiana jest na ogół jako tak zwany kościotrup (często jeszcze z kosą), więc nie sposób się jej nie bać. Marine Schneider znalazła inny sposób na jej sportretowanie. I życie, i śmierć są w jej opowieści bytami bliżej nieokreślonymi, mającymi trochę z człowieka, trochę ze zwierząt, trochę z ptaków, a równocześnie stanowiącymi własne przeciwieństwa.

„Jestem życie” i „Jestem śmierć” to książki, o których bardzo trudno się pisze. Mają w sobie tyle poezji, znaczeń ukrytych w ilustracjach, że wszelkie próby opowiedzenia o nich, mogą tylko odebrać przyjemność z późniejszej lektury. Trzeba je po prostu przeczytać i przeżyć.

Elisabeth Helland Larsen (tekst) & Marine Schneider (ilustracje) „Jestem życie”, przekł.: Katarzyna Tunkiel, wyd.: Kultura Gniewu, Warszawa 2021

Elisabeth Helland Larsen (tekst) & Marine Schneider (ilustracje) „Jestem śmierć”, przekł.: Katarzyna Tunkiel, wyd.: Kultura Gniewu, Warszawa 2021

Comedy Queen

Comedy Queen

Książka nominowana w Plebiscycie Blogerów LOKOMOTYWA – książka dla niedorosłych w kategorii: tekst

oraz uznana za najlepszą szwedzką powieść dla młodzieży ostatnich lat !!!

Na śmierć mamy nie ma w życiu dobrego momentu.

Szczególnie na śmierć samobójczą.

W dodatku poprzedzoną długim okresem depresji.

I na pewno nie wtedy, kiedy ma się jedenaście lat.

To nie powinno spotkać nikogo, a stało się doświadczeniem bohaterki tej książki. Sasha zaraz skończy dwanaście lat. Usiłuje radzić sobie z sytuacją, w której się znalazła, najlepiej jak potrafi. Ale przecież nie potrafi – nikt nie potrafiłby.

Czasami na chwilę zapominam, że ona nie żyje. Tak jak przed chwilą, gdy napisałam „Kiedy mama jest”.

To oczywiście dobrze, że nie myślę o niej przez cały czas, ale gdy potem sobie to wszystko przypominam, ogarnia mnie mrok. Ten mrok jest jak otchłań bez dna rozciągająca się we wszystkich kierunkach. Mam wrażenie, ze wpadają do niej kawałki mojego serca. Wpadają i znikają. Nie wiem, czy kiedykolwiek je odzyskam. Czy kiedykolwiek uda mi się je poskładać w jedną całość…

Aby sobie z tym poradzić i aby nigdy nie stać się taka jak mama, Sasha tworzy LISTĘ RZECZY, KTÓRE MUSI ZROBIĆ, BY PRZEŻYĆ. Zapisuje na niej te rzeczy, które mama robiła (i które zdaniem dziewczynki przyczyniły się do jej depresji), a których ona w związku z tym robić nie będzie. Każdy dorosły, który przeczytałby ją, wiedziałby od razu, że nie ma to sensu, ale ona tego nie rozumie. Oprócz sześciu punktów na nie, jest też jeden na tak – zostać stand-uperką, aby rozśmieszać ludzi zamiast ich zasmucać. Czy uda jej się to ?

„Comedy Queen” to książka kameralna, bo taki jest świat jej bohaterki. Sasha nie ma rodzeństwa (jak Ola ze „Świata do góry nogami”, która też mierzy się z nagłą śmiercią mamy), jej rodzina składa się tylko z taty, babci i wujka Ossiego. Ten ostatni jest, jak na wujka, kompletnie niestereotypowy, ale bez niego i ona, i tata nie poradziliby sobie z tym, co na nich spadło. Ma też przyjaciółkę – jedną jedyną osobę, która, kiedy to się wydarzyło, potrafiła z nią po prostu być. Potem w jej życiu pojawia się tez Linn – psycholożka w poradni, do której prowadzi Sashę tata.

O pewnych sprawach tak trudno rozmawiać, że się je przemilcza. Samobójstwo to jedna z nich. Zdrowie psychiczne to druga. Bardzo chciałabym, żeby to się zmieniło, ponieważ podobnie jak psycholożka Lina występująca na kartach tej książki uważam, że takie emocje jak smutek, wściekłość czy nie pokój, nie są same w sobie niczym złym. Niebezpiecznie robi się dopiero wtedy, gdy człowiek zostaje z tymi wszystkimi trudnymi myślami i emocjami sam, bo wtedy może się mu wydawać, że jego problem jest nie do rozwiązania, że już zawsze będzie czuł się źle i że jest na świecie zupełnie sam. Wtedy trudno mu sobie wyobrazić, że wszystko może się zmienić, że kiedyś znowu się będzie uśmiechał. Napisałam tę książkę, ponieważ chciałam, by trochę łatwiej się nam rozmawiało o samobójstwie i różnych zaburzeniach psychicznych. Takie rozmowy są niesamowicie ważne. – napisała Autorka w posłowiu.

„Comedy Queen” to książka – rollercoaster zupełnie jak huśtawka uczuć Sashy. Są momenty, w których wpadamy razem z nią w czarną rozpacz, ale zaraz potem dzieją się tam rzeczy takie, że nie możemy powstrzymać się od śmiechu. Mądra, wzruszająca, zabawna – jak powiedziała o niej w swoim programie „Czytam bo lubię” Magda Mikołajczuk, dzięki której trafiłam na tę książkę. Warto po nią sięgnąć nawet wtedy, kiedy wydaje nam się, że problemy bohaterki zupełnie nas nie dotyczą, bo może dzięki niej będziemy dla kogoś jak Marta albo Ossi. Po prostu być obok – tak niewiele, a takie to trudne…

Jenny Jagerfeld „Comedy Queen”, przekł.: Patrycja Włóczyk, wyd.: Stara Szkoła, Rudno 2020

Miasto pamięci. Czternaście rodzinnych spacerów po Powązkach

Miasto pamięci. Czternaście rodzinnych spacerów po Powązkach

To już ponad rok, jak żyjemy w mocno specyficznym czasie pandemii. Jaki ma to wpływ na kwestie książkowe ? No cóż – najprościej mówiąc: dwojaki. Z jednej strony – podobno rośnie czytelnictwo, co jest o tyle zrozumiałe, że czytanie książek pozostało jedną z niewielu aktywności, którym w tych warunkach można się oddawać analogowo. Z drugiej jednak – książki, które ukazały się w tym czasie, mają niestety pod górkę. Trudniej jest z nimi dotrzeć do czytelników, nie odbywają się targi książki, a spotkania autorskie online to zdecydowanie nie to samo. Nie da się tego nadrobić, jak już się to wszystko skończy (a skończy ???), bo przecież cały czas wydawane są kolejne nowości.

„Miasto pamięci” to jedna z takich publikacji, których ukazanie się przeszło niemal kompletnie bez echa, mimo że książka bardzo na nie zasługuje. Jej premiera miała miejsce na początku listopada zeszłego roku. Moment wybrany został bardzo trafnie, bo jest to okres, który szczególnie kojarzy się z wizytami na cmentarzach – niestety nie w zeszłym roku. W normalnych czasach zapewne moglibyśmy w ramach promocji pójść na spacer po Powązkach razem z Autorką, ale cmentarze akurat zostały zamknięte.

Teraz mamy wiosnę, więc warto to nadrobić. Galerie i muzea nadal są zamknięte. Nie wiem, jak Wy, ale ja tęsknię do nich bardzo. Oglądanie dzieł sztuki na ekranie komputera to jak lizanie lodów przez szybę. Cmentarz Powązkowski łączy w sobie walor i parku, i muzeum, a dzięki książce Zuzanny Orlińskiej możemy do odwiedzin tam dołożyć jeszcze atrakcyjność gry miejskiej. „Miasto pamięci” to spacerownik – razem z jego bohaterami: rodzeństwem Kubą i Mają oraz ich Dziadkiem, emerytowanym przewodnikiem możemy wędrować po Powązkach czternastoma trasami. Autorka prowadzi nas przez ten najstarszy w Warszawie cmentarz opowiadając nie tylko o ludziach na nim pochowanych i roli, jaką odegrali w naszej historii i kulturze, ale także o ich nagrobkach, które często są niezwykłymi dziełami sztuki. Te spacery są też czasem pretekstem do opowieści o tym, co się wydarzyło na Powązkach w przeszłości – na przykład w czasie Powstania Warszawskiego.

Tej książki nie da się czytać po prostu od deski do deski. Trzeba robić przerwy, bo nagromadzenie faktów historycznych, ciekawostek, ilustracji Autorki i zdjęć jest zbyt duże, żeby wszystko przyswoić. Optymalnie byłoby, gdyby po każdy rozdziale udało się pojechać tam, żeby zobaczyć to, o czym się czytało, w tak zwanym realu. Można też stworzyć sobie własny plan wycieczki, wybierając z kolejnych spacerów te miejsca, które nas najbardziej zainteresują.

Na miejscu na pewno znajdziemy też groby osób, dla których miejsca w tej książce nie starczyło, a które nas z jakiś przyczyn zainteresują. Dawniej, gdy natrafiłam na coś takiego, zapisywałam sobie dane w notesie, żeby po powrocie do domu poszukać informacji (na przykład w encyklopedii – ktoś jeszcze pamięta, co to było ? 😉 ). Żyjemy jednak w czasach, kiedy każdy z nas nosi w kieszeni urządzonko dające dostęp do wiedzy całego świata. Jest to więc znakomita okazja, aby pokazać młodzieży, że może służyć ono do czegoś więcej niż tylko do pokazywania zdjęć śmiesznych kotków (i innych memów).

Oprowadzając nas po Powązkach jak po muzeum Zuzanna Orlińska nie zapomina jednak o tym, że jest to cmentarz czyli miejsce smutku, zadumy i tęsknoty za tymi, którzy już odeszli. Bohaterowie tej książki pojawiają się tam co miesiąc – w dniu, w którym umarła ich Babcia, przede wszystkim po to, żeby odwiedzić jej grób.

Zmietli z nagrobka liście, zapalili znicze. Dziadek długo ustawiał kwiaty. Kuba ułożył na gładkim granicie krzyżyk z kasztanów. Pomilczeli chwilę w zadumie.

Myślisz, że babcia naprawdę nie wie, że ją odwiedzamy ? – zapytał Kuba.

To trudne pytanie – odezwał się dziadek po chwili zastanowienia. – Bo tak naprawdę pytasz mnie o sprawę zasadniczą: czy śmierć wszystko przerywa, czy nie. Odpowiem pytaniem: czy kochasz babcię, mimo że nie żyje ?

– No pewnie.

– To znaczy, że śmierć nie kończy wszystkiego. Naszych uczuć nie zakończyła.

– No tak – zgodził się Kuba. – Ale co z uczuciami babci ? Czy mogą istnieć, kiedy jej już nie ma ?

– Mogą – zapewnił dziadek uroczystym tonem. – Dopóki o nich pamiętamy. (…)Dlatego lubię tutaj przychodzić – powiedział. Bo tu się czuje te wszystkie nieumarłe uczucia.

„Miasto pamięci” to nie tylko przewodnik – spacerownik. To także książka, która zachęca nas do zadumy nad sprawami trudnymi i ostatecznymi. Warto dać się jej do tego namówić. A potem odwiedzić Powązki.

Czytelników spoza Warszawy oczywiście także zapraszamy do wizyty tam, ale pamiętajmy o tym, że podobnie można zwiedzić także stare cmentarze w innych miastach. Każdy z nich to lekcja historii – może bardziej lokalnej, ale nie mniej ważnej.

Zuzanna Orlińska „Miasto pamięci. Czternaście rodzinnych spacerów po Powązkach”, wyd.: Literatura, Łódź 2020

Kilka niedużych historii

Kilka niedużych historii

Ta książka jest dokładnie tym, co zapowiada jej tytuł – zbiorem kilku (dokładnie – ośmiu) niezbyt długich historii, których właściwie nic (poza osobą autorki i ilustracjami) nie łączy. Można by powiedzieć, że są to historie o dzieciach i że łączy je to, że dzieją się współcześnie, ale dotyczy to tylko siedmiu z nich. Jest tam też jedno opowiadanie, którego bohaterka jest Mama – kobieta, która dziecka jeszcze nie ma, ale bardzo chce być mamą, utrzymane w zupełnie innym, baśniowym klimacie, jakby trochę z innej bajki.

To jest częsty problem takich zbiorów, że składają się z elementów nie do końca do siebie pasujących, choć każdy z nich oddzielnie jest interesujący. Taka bardziej mozaika niż puzzle. Może jeśli się ich nie czyta od razu wszystkich tak, jak ja to zrobiłam, będzie to mniej rażące ? Na przykład – po jednej historii na wieczór ? Tak żeby mogła ona wybrzmieć i może stała się tematem do rozmowy ? Bo jest o czym rozmawiać, a może też przy tej okazji dowiemy się czegoś o problemach, z jakimi musi sobie radzić nasze dziecko, a których nie zauważamy ?

Poza tą jedną o Mamie (która też może być tematem do rozmowy !) historie, opowiadane tu przez Katarzynę Wasilkowską dotyczą problemów zrozumiałych i bliskich każdemu dziecku w wieku przedszkolnym. Wyprowadzka bliskiej przyjaciółki, trudne układy z rodzeństwem, pierwszy ruszający się mleczak – to sytuacje, które mogą przydarzyć się każdemu.

Podoba mi się sposób, w jaki Autorka pokazuje dorosłych. W tych opowiadaniach są oni bardzo różni i to właśnie jest prawdziwe – czasem złoszczą się, czasem nie rozumieją dzieci, ale potrafią też im mądrze doradzić i pomóc. Jak w życiu.

Podobają mi się w tej książce także ilustracje Joanny Rusinek. Może nie są odkrywcze, ani rewolucyjne, raczej zwyczajne – tak jak jej bohaterowie i ich problemy, ale jest w nich ciepło i życzliwość.

Gdybym miała wybrać jedną scenę, która zrobiła na mnie największe wrażenie, to była to wyprawa Szczepcia i Borysa na plażę, moment, w którym między braćmi nawiązuje się więź. Ilustracja pokazująca ich obu, morze i wiatr, oraz ten dialog:

-Czy mógłbym być twoim kolegą, Borys ? – pyta Szczepcio.

-No coś ty ? – dziwi się Borys. – Przecież jesteś moim bratem. Kolegów mam na pęczki. Ty jesteś jeden.

Wzruszyłam się, naprawdę. Dziękuję !!!

Katarzyna Wasilkowska „Kilka niedużych historii”, ilustr.: Joanna Rusinek, wyd.: Adamada, Gdańsk 2021

Cyferkowa książka

Cyferkowa książka

Cyfry, liczby i działania

są jak szyfr do rozwikłania.

Ta książeczka to zachęta,

by cyferki zapamiętać.

„Cyferkowa książka” to młodsza siostra wydanej w zeszłym roku „Literkowej”. Mamy tu znowu włóczkowe ilustracje wydziergane przez Annę Salamon i wierszyki Alicji Krzanik, ale w roli głównej tym razem występują cyfry – wszystkie, jakie mamy, a więc w sumie dziesięć. Akcja tej książki umieszczona jest w otoczeniu znanym i oczywistym dla każdego dziecka, czyli w domu i jego okolicy, a liczyć uczymy się na przedmiotach codziennego użytku. To książka nie tylko domowa, ale też bardzo rodzinna. Członkowie rodziny odgrywają w niej ważną rolę także jako elementy działań matematycznych. Dowiadujemy się też, że nie wszystko da się policzyć 🙂

Czy jest jeszcze coś, co mogłabym dodać, a czego nie napisałam przy okazji poprzedniej książki tego duetu ? Chyba nie, więc najlepiej będzie, jak oddam głos samej Annie Salamon 🙂

Alicja Krzanik (tekst), Anna Salamon (ilustr.) „Cyferkowa książka”, wyd.: Nasza Księgarnia, Warszawa 2021

Tajne zapiski Wandy

Tajne zapiski Wandy

Wpis z 31 marca 2006 roku czyli sprzed równo 15 lat. Ten trzyczęściowy cykl był wtedy najświeższym odkryciem Środkowej z moich córek – wówczas dziesięcioletniej.

Od kilku dni moja córka CZYTA – w tej chwili już trzeci (i niestety ostatni) tom. Nie są one specjalnie grube – te tomy, ale satysfakcja mojej opornej dyslektyczki z faktu przeczytania KSIĄŻKI (a tym bardziej trzech !!!) jest nie do przecenienia.

Dlaczego właśnie Wanda ? To nie jest literatura najwyższych lotów – nie spodziewajcie się po tych książkach głębszych przeżyć czy filozoficznych przemyśleń. Co jest w nich fajnego ?

Po pierwsze: forma – czytanie cudzego pamiętnika ma zawsze urok odkrywania tajemnic szczelnie ukrytych przed światem. Zapiski Wandy obfitują w dopiski, komentarze i zabawne rysuneczki, więc czyta się je przyjemniej niż zwykłe opowiadanie.

Po drugie: język – żywy i współczesny, momentami aż do przesady. Nie znoszę określenia „laska”, ale niestety weszło już na stałe do języka potocznego i zatraciło swoje pierwotne pejoratywne znaczenie. Tak się mówi i już. Pamiętnik Wandy charakteryzuje ponadto twórcze podejście do języka widoczne juz w podtytule „Nie dla SIĘZGŁASZACZY i nosodłubków”.

Po trzecie: treść – właściwie nic szczególnego, żadnej magii i sił nadprzyrodzonych. Ot, codzienne życie zwykłej, trochę może postrzelonej dziesięciolatki, jej perypetie domowe i szkolne. Rodzice Wandy są rozwiedzeni – ona mieszka z Mamą, nieco zwariowaną artystką – fotografikiem (fotograficzką ???) i odwiedza Tatę i jego nową towarzyszkę Ingę – nawiedzoną ekolożkę. Mama przygotowuje wystawę swoich zdjęć i jest z tym mnóstwo zamieszania. Ulubieni sąsiedzi wyprowadzają się razem z najwspanialszym psem świata – Rozczochmeierem, a na ich miejsce wprowadza się wraz z rodziną najbardziej znienawidzony przez Wandę kujon klasowy. Codzienne problemy szkolne (matematyka, brr !!!), kłótnie z przyjaciółką, radości i smutki – zrozumiałe dla każdego rówieśnika bohaterki, który w jej perypetiach może odnaleźć kawałek swojego życia.

Coś dla siebie znalazła tam też moja córka. Mam tylko nadzieję, że nie przyjdzie jej do głowy, żeby wzorem Wandy podłożyć nielubianym sąsiadom zdechłą rybę pod kanapę albo końskie g… do skrzynki na listy, mimo, że tam wszystko skończyło się dobrze 😉

Dagmar Geisler (tekst & ilustr.) „Tajne zapiski Wandy”, przekł.: Ryszard Turczyn, wyd.: Nasza Księgarnia Warszawa 2005

oraz

Dagmar Geisler (tekst & ilustr.)  „Wanda – ściśle tajne”, przekł.: Ryszard Turczyn, wyd.: Nasza Księgarnia Warszawa 2005

Dagmar Geisler (tekst & ilustr.) „Wanda i antydziewczyńska banda”, przekł.: Ryszard Turczyn, wyd.: Nasza Księgarnia Warszawa 2005

Przygody Wiercipiętka

Przygody Wiercipiętka

Wpis sprzed prawie dokładnie 15 lat – z 28 marca 2006 roku. Książki już raczej dostać nie można, ale pewnie jest w bibliotekach. Warto po nią sięgnąć, bo ma nadal dużo uroku.

Parę lat temu (edit: teraz to już dwadzieścia parę 😉 ), kiedy moje starsze córki były jeszcze w wieku przedprzedszkolnym, Telewizyjna Jedynka nadawała bardzo sympatyczny program dla 3-4-latków – “Mama i ja”. Dobrze w domu być z Mamą, i wieczorem i rano… – pamiętacie może ??? Kto nie oglądał, niech żałuje.

W tym programie miły, nieco gapciowaty Miś i przekorna, rudowłosa lalka Margolcia dziwili się światu tak, jak to potrafią tylko kilkuletnie dzieci. Słuchali bajeczek, uczyli się piosenek i przekomarzali się zupełnie tak samo, jak moje córeczki. Ze wszystkich opowiadanych tam historyjek (a były różne – o kredkach, szczotkach, zwierzątkach), najbardziej lubiłyśmy te o rodzinie dziwnych Wiercistworków z ogonkami.

Niestety komuś to przeszkadzało. Do roboty wzięli się telewizyjni ulepszacze i wszystko poszło zgodnie z zasadą, że lepsze jest wrogiem dobrego. Kiedy Najmłodsza z moich córek dorosła do tego wieku, Misia i Margolcię zastąpiła już Jedyneczka. Wtedy, jak na zamówienie, pojawiła się książka o Wiercipiętku i jego rodzinie. (edit: szukając teraz tych piosenek trafiłam na nową wersję Misia i Margolci w TVP ABC, ale Wiercipiętka chyba tam nie ma)

Rodzina składa się z rodziców: Wiercimamy i Wiercitaty oraz trójki dzieci: Wiercipiętka, Wierciłapki i Wiercinoska. Żyją sobie w domku na skraju lasu, przyjaźniąc się z Wiewiórką i Zającem. Ich życie jest bardzo podobne do naszego – obchodzą urodziny, szykuja niespodzianki na Dzień Mamy i Dzień Dziecka, ubierają choinkę. Dzieci czasem sie kłócą, czasem bywają niegrzeczne, ale wszyscy bardzo się kochają.

Wiercipiętek wędruje ze swoimi przyjaciółmi po lesie i poznaje jego mieszkańców. Razem z nim dowiadujemy się: które z ptaków odlatują na zimę, kto nosi podkowy i kto w lesie jest naprawdę mały.

Kiedy Wiercipietek obraża się na swoją rodzinę i postanawia się wyprowadzić z domu, przymierza się kolejno do domków różnych zwierzaków. Dzięki temu czytelnicy poznają nie tylko różnice między mieszkaniem sroki i zająca, ale również prawdę najważniejszą – że mimo wszystko najlepiej jest we własnym domu.

Historyjkom towarzyszą bardzo sympatyczne ilustracje Magdy Jasny – te same, które ilustrowały te opowieści w telewizji. Proste, bez udziwnień, wesołe – w sam raz dla kilkuletnich czytelników.

Znakomita książka dla małych wiercipiętków, którzy podobnie jak tytułowy bohater z ciekawością poznają świat – czyli (tak samo jak program) dla 3-4-latków.

Edit: szukając po latach informacji o tej książce (i ewentualnych jej wznowieniach) trafiłam na recenzję, w której były takie słowa: Jego świat jest ciepły i bezpieczny, co nie znaczy, że Wiercipiętek jest uosobieniem cnót, bo tak nie jest – łobuzuje, od czasu do czasu – jak każdy przedszkolak. Opowieści o jego przygodach są podlane dydaktycznym „sosikiem”, co raczej przydaje książce zalet niż je umniejsza – w sumie lepiej uczyć dziecko prawidłowych
zachowań na przykładzie Wiercipiętka niż własnego gderania.

P.S. Inne bajeczki z tego programu zostały wydane w zbiorze “Bajki Misia i Margolci” (wyd. Publicat S.A., Poznań 2003, seria: “Biblioteczka ”Mamo to ja”).

Mateusz Galica “Przygody Wiercipiętka”, ilustr. Magdalena Jasny, wyd. Egmont Warszawa 2003