Dziadek i niedźwiadek

Dziadek i niedźwiadek

Książka od której rozpoczął się, można powiedzieć, festiwal Misia Wojtka nie tylko w literaturze dla dzieci. Ukazało się jeszcze kilka książek o nim, stał się też bohaterem gry planszowej i znakomitego spektaklu (dla dorosłych) w warszawskim Teatrze na Woli. Został także uhonorowany skwerem i pomnikiem w Szczecinie.

Wpis z 12 listopada 2009 roku:

Ci, spośród Was, którzy zaglądają tu od jakiegoś czasu, zauważyli być może, że oprócz skrzywienia skandynawskiego, któremu daję wyraz nader często, mam jeszcze drugie – historyczne (poniekąd wynikające z wykształcenia). Z wielką radością odnajduję książki dziecięce i młodzieżowe opowiadające o wydarzeniach przeszłych – w sposób interesujący dla dzieci i zgodny z aktualnym stanem badań. Nie ma ich wiele, dlatego „Dziadek i niedźwiadek” jest odkryciem, z którego cieszę się szczególnie. O jej bohaterze pisałam tu już przy okazji książki „Wojtek z Armii Andersa”.

Niedźwiedź Wojtek był przyjacielem żołnierzy z Armii Andersa. Przebył z nimi szlak bojowy przez Iran, Irak, Palestynę do Włoch. Sprawiał oczywiście wiele zamieszania, ale był też źródłem mnóstwa radości. Brał udział w bitwie o Monte Cassino, pomagał nosić skrzynie z amunicją, dzięki czemu został uwieczniony w oficjalnym emblemacie 22 Kompanii Zaopatrywania Artylerii, w której służył. Trudno uwierzyć ? Życie, jak się okazuje, bywa dużo ciekawsze niż wymyślone historie…

Wojtek był wcześniej bohaterem kilku książek wydanych w Londynie, ale polskie dzieci w Kraju nie miały właściwie okazji poznać jego historii. Ukazała się jedna – autorstwa Janusza Przymanowskiego, ale moje pokolenie wychowało się na obrazie wojny ukształtowanym przez niego w serialu o czterech pancernych i psie Szariku. Niby prawie to samo: też są Polacy, których wojna zagnała w głąb ZSRR i też jest zwierzę, ale różnica zasadnicza. „Dziadek i niedźwiadek” to książka opowiadająca dzieciom prawdę.

Składając strzępki prawdziwej historii w całość, rozpocząłem pisanie książki dla dzieci. Nadałem jej formę dziadkowej opowieści, gdyż właśnie wspomnienia dziadków były dla mnie pierwszym źródłem wiedzy o wojnie – czytamy w „Słowie od autora” na końcu książki.

Jak opowiadać dzieciom o wojnie ? Jak znaleźć na to odpowiednie słowa ? Takie, żeby z jednej strony nie przestraszyć za bardzo, nie epatować okrucieństwem, z drugiej natomiast – nie poprzestać na opisie wojny jako świetnej przygody. Nie jest to proste, ale Łukasz Wierzbicki zdołał takie słowa znaleźć.

„Dziadek i niedźwiadek” (moja zdobycz z majowych Targów Książki) z dedykacją autora  z serdecznym niedźwiedzim uściskiem stała się od razu ulubioną książką Najmłodszej z moich córek. Zaraz po niej, z nie mniejszym entuzjazmem przeczytała „Afrykę Kazika”. Ale o tym już innym razem…

Łukasz Wierzbicki „Dziadek i niedźwiadek. Historia prawdziwa”, ilustr.: Ireneusz Woliński, wyd.: Pointa, Konstancin 2009

P.S.

Szukając informacji o Wojtku dowiedziałam się również, że nie był on pierwszym niedźwiedziem w polskim wojsku. Wcześniej była Baśka Murmańska – biała niedźwiedzica oswojona przez żołnierzy baonu murmańskiego Korpusu gen. Dowbór – Muśnickiego podczas pierwszej wojny światowej. Jej historia też jest bardzo interesująca. Może kiedyś także doczeka się swojej książki ?

Rok, w którym nauczyłam się kłamać

Rok, w którym nauczyłam się kłamać

Książka nominowana w Plebiscycie Blogerów LOKOMOTYWA 2019 w dwóch kategoriach: Fabuła i Przekład

Tamtego roku, kiedy skończyłam dwanaście lat, nauczyłam się kłamać.

Nie mówię tu o niewinnych kłamstewkach, które zdarzają się dzieciom. Mówię o prawdziwych kłamstwach wyrosłych z prawdziwego strachu – o słowach i czynach, które wyrwały mnie z dotychczasowego życia i bez pardonu rzuciły w zupełnie nową rzeczywistość.

Zawirowania w moim spokojnym życiu zaczęły się jesienią 1943 roku, nie tylko z powodu wojny, która wciągnęła cały świat w straszliwą burdę, lecz również z powodu dziewczynki o mrocznym sercu, której pojawienie się w naszej pagórkowatej okolicy zmieniło wszystko na zawsze…

W świecie Annabelle, bohaterki tej książki, wojna, która objęła już prawie całym świat, jest czymś odległym. Życie jej rodziny na farmie w Pensylwanii toczy się zupełnie normalnie, a jedynym jej śladem są gwiazdki naszywane na flagę – niebieskie, kiedy ktoś z okolicy zostanie powołany do armii i złote, kiedy zginie na froncie. „Rok w którym nauczyłam się kłamać” nie jest opowieścią ani o II wojnie światowej, ani o wojnie w ogóle, choć jednym z jej bardzo ważnych bohaterów jest człowiek, który ćwierć wieku po zakończeniu poprzedniej nadal boryka się z jej skutkami. W naszej współczesnej świadomości pamięć II wojnie przykryła wspomnienie tej pierwszej, początkowo nazywanej Wielką i nie zdajemy już sobie sprawy, jak wielkim szokiem była ona wówczas.

Lauren Wolk opowiada tu uniwersalną historię o konfrontacji dobra ze złem, ale nietypowe w niej jest to, że zło uosabia w niej pozornie niewinna dziewczynka, natomiast dobro – człowiek, który także wcale na to nie wygląda.

Tak bywa w normalnym życiu, że pozory mogą zwieść i trzeba spojrzeć na człowieka uważniej, żeby zobaczyć to, co w nim jest naprawę. Tylko w westernach dobry bohater zawsze nosi biały kapelusz, a jak, ktoś ma czarny, to wiadomo, że jest zły. W normalnym życiu bywa też tak, że zło nie zostaje ukarane, a dobro nagrodzone. Zdarza się też, że trzeba skłamać po to, żeby prawda wyszła na jaw. Tego wszystkiego Annabelle dowiedziała się jesienią 1943 roku.

„Rok w którym nauczyłam się kłamać” można nazwać powieścią inicjacyjną, mimo że jej bohaterka ma dopiero 12 lat. Wydarzenia, których początkiem był przyjazd na farmę Glenngarrych ich wnuczki Betty, zmieniły nie tylko Annabelle. Odcisnęły piętno na wszystkich, którzy brali w nich udział i nic już potem nie było takie samo…

Tamtego roku, kiedy skończyłam dwanaście lat, nauczyłam się, że moje słowa i czyny mają wagę.

I bywały tak ciężkie, że wcale nie miałam pewności, czy chcę ten ciężar dalej dźwigać.

A jednak dźwigałam go i niosłam dalej – najlepiej, jak umiałam.

Lauren Wolk „Rok w którym nauczyłam się kłamać”, przekł.: Sebastian Musielak, wyd.: Dwie Siostry Warszawa 2019

Dziewiętnaście minut

Dziewiętnaście minut

Wpis z 12 lutego 2009 roku. To był czas największej popularności twórczości Jodi Picoult w Polsce. Zaczynała od bardzo ciekawych powieści sądowo – szpitalnych, potem niestety jej wyobraźnia twórcza powędrowała w jakieś dziwne rejony świadomości 😉 Jej książki adresowane są do czytelników dorosłych, ale po „Dziewiętnaście minut” oprócz rodziców mogą sięgnąć także starsze nastolatki. Po kilkunastu latach nadal jest aktualna.

Wszystkie powieści Jodi Picoult są poruszające, ale ta zrobiła na mnie największe wrażenie. Problemy opisywane w poprzednich były w tym samym stopniu intrygujące, co odległe od moich własnych. W tej jest inaczej… Każdy z jej czytelników był lub jest uczniem, a większość ma lub będzie miało dzieci. Każdy też zapewne choć raz spotkał się z jakimś przejawem przemocy ze strony rówieśników i nieważne czy był prześladowany, czy w przemocy uczestniczył, czy też był jej świadkiem.

Kiedy słyszymy w telewizji, ze gdzieś tam jakiś uczeń zaczął strzelać do swoich szkolnych kolegów i nauczycieli, myślimy… No właśnie – co myślimy ??? Że to się może zdarzyć tylko w Ameryce ? Że to efekt amerykańskiego bezstresowego wychowywania dzieci i tamtejszego kryzysu rodziny ? Że tak skutkuje nadmiar telewizji i gier komputerowych ? Na pewno myślimy wtedy jedno – że nasze dziecko nigdy by czegoś takiego nie zrobiło.

Kiedy ma się urodzić dziecko, rodzice wyobrażają je sobie jako kompilację najlepszych cech i talentów wszystkich członków rodziny (plus parę takich, jakich im w materiale genetycznym może brakuje, ale bardzo chcieliby mieć 😉 ). Wad nie uwzględniają w tych planach w ogóle. Tymczasem na świecie pojawia się byt całkowicie odrębny i odmienny od ich wyobrażeń.

Peter Houghton wychował się w pełnej rodzinie – pozornie normalnej i kochającej się. Miał rodziców, brata, psa, komputer i żadnych trosk materialnych. Był miłym, myślącym i wrażliwym dzieckiem. Jego beztroskie dzieciństwo skończyło się w chwili, kiedy pierwszy raz wsiadł do szkolnego autobusu…

Wszystko co działo się od tego momentu od chwili, kiedy otworzył ogień w szkole to z jednej strony spirala przemocy, która zaczęła się od pozornie niewinnych żartów a z drugiej – ciąg zaniechań, przeoczeń, niedopatrzeń, obojętności. Rodzice Petera, jego nauczyciele, kierowca szkolnego autobusu, trener, Josie, inni uczniowie, rodzice jego prześladowców – wszyscy (w większym czy mniejszym stopniu) mają na sumieniu to, że nic nie zrobili.

Dlaczego właśnie Peter ? Z tej samej przyczyny, dla której w innym miejscu podobnych szykan doznawał  Michael Bayley – był inny.

Sterling to niewielkie miasto w stanie New Hampshire – spokojne, zamożne, zamieszkałe w większości przez przedstawicieli middle class. Żadnych slumsów i gangów. Niektórzy z mieszkańców przenieśli się tam z Nowego Jorku w poszukiwaniu bezpiecznego miejsca do życia i wychowywania dzieci.

Wszyscy rodzice, w miarę swoich możliwości, szukają takiego miejsca i wszyscy pragną wychować swoje dzieci jak najlepiej. Ja oczywiście też. Tylko jak ? Lacy i Lewisowi Houghtonom to się nie udało, mimo że (przynajmniej w swoim przekonaniu) starali się. Gdzie popełnili błąd ? Gdzie jest granica między nadopiekuńczością a zaniedbaniem ? Gdzie – miedzy brakiem zainteresowania a szacunkiem dla prywatności ?

Patrząc z innej strony – jakie błędy popełniali rodzice szkolnej elity, tych agresywnych mięśniaków, którzy wyzywali go od świrów ? Co w życiu swojej córki przeoczyła sędzia Alex Cormier ?

Dziewiętnaście minut” to książka, która zachwiała podstawami mojej rodzicielskiej pewności siebie…

dziewiętnaście minut można skosić frontowy trawnik, ufarbować włosy, obejrzeć tercję meczu hokejowego. Dziewiętnaście minut wystarczy, żeby zaplombować ząb, upiec ciasto, poskładać pranie pięcioosobowej rodziny. (…)

dziewiętnaście minut można wstrzymać świat lub ewakuować się z niego na zawsze.

Dziewiętnaście minut – tyle wystarczy, żeby dopełnić zemsty.

Jodi Picoult „Dziewiętnaście minut”, przekł.: Katarzyna Kasterka, wyd.: Prószyński i S-ka, Warszawa 2009

Awaria elektrowni

Awaria elektrowni

Książka nominowana w Plebiscycie Blogerów LOKOMOTYWA 2019 w kategorii Od A do Z

Gdyby ktoś tamtej nocy spojrzał w dół z samolotu, zobaczyłby na ziemi czarną plamę w kształcie serca. To awaria elektrowni pogrążyła w ciemności całe miasto, a wraz z nim okoliczne miasteczka, wsie i domy rozsypane wśród pól. Kawałek świata nagle zmienił się nie do poznania…

Żyjemy w świecie pozbawionym ciemności, boimy się jej i staramy się ją rozświetlić. Nawet w miejscach odległych o ludzkich siedzib trudno jest zobaczyć gwiazdy na niebie, bo zagłusza je łuna bijąca od ziemi, ale jesteśmy do tego stanu tak przyzwyczajeni, że nie zauważamy tego. Rzadko patrzymy w nocy w niebo, bo po co, skoro i tak niczego na nim nie widać ?

Pogasły lampy, latarnie, podświetlane reklamy, sygnalizacja świetlna i neony nad witrynami sklepów. Znieruchomiały ruchome schody, windy stanęły pomiędzy piętrami. Z cichym pyknięciem wyłączyły się komputery, telewizory zgasły w pół słowa, umilkło radio, elektryczne czajniki nie zdążyły zagotować wody, pralki zatrzymały się w połowie wirowania, a lodówki zaczęły się rozmrażać. Na pozbawionym prądu obszarze zapanowała cisza i ciemność…

Trwająca jedną noc awaria elektrowni, która pogrąża okolicę w ciemności, pozwala zauważyć jak wiele tracimy przez jej brak. Nie widzimy nie tylko gwiazd, ale także zwierząt, które żyją obok nas, ale chowają się tam, gdzie nie dociera światło.

Kiedy czytałam tę książkę przypomniały mi się dawne czasy moich pierwszych obozów harcerskich, pierwsze nocne warty w ciemnym lesie i to, jak trudno było zrozumieć, że w ciemności lepiej widzi się bez światła. Kiedy zapalamy latarkę, widzimy bardzo dobrze tylko to, co ona oświetla, natomiast wszystko, co znajduje się poza strumieniem światła, ginie w jeszcze ciemniejszej ciemności. Kiedy ją zgasimy i poczekamy chwilę, aż oczy przyzwyczają się do nowych warunków, okaże się, że możemy zobaczyć dużo więcej – na przykład zwierzęta, które na co dzień kryją się przed nami i nawet nie wiemy, że są tak blisko.

„Awaria elektrowni” została wyróżniona w kategorii literackiej konkursu Książka Roku IBBY, natomiast (ku mojemu zdziwieniu i żalowi) w kategorii graficznej zdaniem jury nie zasłużyła nawet na nominację. Nie dyskutuję z werdyktami jurorów w takich sytuacjach, bo wiem, że ich rola jest niebywale trudna – nie sposób jest porównywać rzeczy nieporównywalnych 😉 Myślę jednak, że warto jest docenić nie tylko tych ilustratorów, którzy starają się wnieść do tego świata coś nowego, ale także tych, którzy sięgają do tradycji i robią to znakomicie. My, dorośli czytelnicy książek dla niedorosłych, widzieliśmy w swoim życiu dużo więcej niż ich dziecięcy adresaci i to, co nam może wydać się zachowawcze i mało odkrywcze, dla nich może być odmienne od tego, co już znają.

Opowieść Tiny Oziewicz o ciemności, która trwała jedną noc, zamknięta jest w książce, która cała – od okładki przez wyklejki i całostronicowe ilustracje Rity Kaczmarskiej – utrzymana jest w ciemnych, nocnych barwach. Świat pozbawiony sztucznego oświetlenia okazuje się być fascynujący i pełen niespodzianek.

Tina Oziewicz „Awaria elektrowni”, ilustr.: Rita Kaczmarska, wyd.: Dwie Siostry, Warszawa 2019

Eileen Grey. Dom pod słońcem

Eileen Grey. Dom pod słońcem

Książka nominowana w Plebiscycie Blogerów LOKOMOTYWA 2019 w kategorii KOMIKS

Nie znam się na komiksach, nie jest i nie był to nigdy mój ulubiony rodzaj literatury. Moje córki tez jakoś w nich nie gustowały. Od czasów szkoły podstawowej, kiedy czytywałam „Świat Młodych”, prawie nie miałam z komiksami kontaktu, ale teraz uświadamiam sobie, jak wiele w tej kwestii zawdzięczam właśnie temu pismu. Dla tych, co są za młodzi, żeby pamiętać – była to gazeta dla młodszej młodzieży, która ukazywała się trzy razy w tygodniu (!!!). Z dzisiejszej perspektywy patrząc – siermiężna, jak wszystko wówczas, ale wtedy nie mieliśmy za bardzo z czym jej porównywać. Na ostatniej stronie był komiks w odcinkach i właśnie tam miałam okazję zetknąć się z twórczością niemal wszystkich najważniejszych ówczesnych rysowników. Oprócz znanych mi z wydań książkowych Tytusa, Romka i Atomka Papcia Chmiela, pamiętam też Kajka i Kokosza Janusza Christy, Jonka, Jonkę i Kleksa Szarloty Pawel (przyznam, że długie lata byłam przekonana, że jest to podpisujący się najpierw nazwiskiem, a potem imieniem facet – Paweł Szarlota 😉 ) oraz, już pod koniec mojej przygody z tym pismem, absurdalne komiksy Tadeusza Baranowskiego. Miałam poza tym w ręku oczywiście zeszytowe wydania przygód Kapitanów Klossa i Żbika, ale zawsze towarzyszyło temu poczucie, że to taka mniej poważna gałąź literatury, która dojrzałym czytelnikom nie przystoi 😉

Po książkę „Eileen Grey. Dom pod słońcem” sięgnęłam ze względu na architektoniczny temat i (rzecz można) POMIMO tego, że jest komiksem, ale trochę też z ciekawości – jak można taką historię opowiedzieć obrazkami i dialogami w dymkach ???

Eileen Grey nazywana bywa obecnie pierwszą damą designu, mimo że przez długie lata, jeszcze za jej życia, jej twórczość pozostawała w zapomnieniu. Tworzyła meble, które dziś zachwycają swoją funkcjonalnością i nowoczesna linią. Mimo braku wykształcenia architektonicznego zaprojektowała także dom, który wpisał się do historii architektury i który jest drugim bohaterem tej książki.

W jego nazwie – E 1027 zaszyfrowane są inicjały Eileen Grey oraz Jeana Badoviciego, bo ten dom był jej podarunkiem miłości dla niego. W tej historii jest jednak także trzeci bohater – papież modernizmu Le Corbusier. Jego zachwyt nad tym domem, potem zazdrość o niego, a nawet jego śmierć do dziś kładzie się cieniem na historii E 1027.

„Eileen Grey. Dom pod słońcem” to książka, w której znajdziemy historię życia niezwyklej kobiety, której udało się odnieść sukces w dziedzinie zdominowanej przez mężczyzn, historię miłości, której owocem był niezwykły dom oraz kawałek historii architektury i designu, a wszystko to w starannie wyważonych proporcjach. Jak w dziełach samej Eileen 😉

A ja dzięki niej przekonałam się, że komiks może być całkiem poważną lekturą 🙂

P.S. Ta historia stała się także kanwą filmu „The Price of Desire” („Cena pragnień”) z 2015 roku.

Charlotte Malterre – Barthes (tekst), Zosia Dzierżawska (ilustr.) „Eileen Grey. Dom pod słońcem”, przekł.: Jacek Żuławnik, wyd.: Marginesy, Warszawa 2019

Tippi i ja

Tippi i ja

Książka nominowana w Plebiscycie Blogerów LOKOMOTYWA 2019 w kategorii PRZEKŁAD

Grace i Tippi mają 16 lat i są siostrami.

Więcej – są bliźniczkami, a nawet jeszcze więcej – bo siostrami syjamskimi.

Są dwie, ale równocześnie są jednością, nie mogą się rozstać ani na chwilę. Są jednością, ale równocześnie są odrębnymi osobami, które oddzielnie myślą i czują.

„Tippi i ja” to druga powieść gatunku verse novel, która ukazała się po polsku. To bardzo trudny gatunek, nie tylko dla autora, ale także później dla tłumacza – ascetyczny, zmuszający do lapidarności i bardzo starannego doboru słów, bo każde jest ważne. To nie są książki, które mogą być przegadane. Wręcz przeciwnie – wydawać by się mogło, że da się je przeczytać szybko, ale ta pusta przestrzeń na ich kartkach też jest treścią, zmusza do namysłu, otwiera pole do własnych refleksji. W tych utworach niebagatelną rolę gra także układ słów i wersów względem siebie – niestety format, w którym powstaje mój blog, nie pozwala na odtworzenie tego, więc więcej cytatów nie będzie.

Historia opisana w tej książce porusza i zostaje w pamięci, nie da się jej przeczytać bez wzruszenia. Nie jest tylko historią dziewczynek, ale całej ich rodziny – rodziców, siostry i babci, a także innych ludzi, którzy są dla nich ważni i dla których one są ważne. Choć wiedza pozaksiążkowa podpowiada niestety, że w przypadku takich rodzeństw trudno liczyć na: żyły długo i szczęśliwie, ale jednak chciałoby się dla nich dobrego zakończenia…

„Tippi i ja” to trzecia po „Kasieńce” i „My dwie, my trzy, my cztery” książka irlandzkiej pisarki Sarah Crossan wydana przez Wydawnictwo Dwie Siostry. Druga po „Kasieńce” z gatunku verse novel i druga po „My dwie, my trzy, my cztery” przetłumaczona znakomicie przez Małgorzatę Glassenapp. W polskim wydaniu zachwyciła mnie też okładka autorstwa Zosi Frankowskiej, ale trzeba przeczytać tę książkę, żeby zrozumieć, dlaczego taka jest i że nic w niej nie jest przypadkowe.

Każda z tych trzech książek Sarah Crossan była inna i każda zaskakująca i fascynująca. Z ciekawością czekam na kolejne.

Sarah Crossan „Tippi i ja”, przekł.: Małgorzata Glasenapp, wyd.: Dwie Siostry, Warszawa 2019

Bez odwrotu

Bez odwrotu

Wpis z 5 października 2007 roku. Seria ”Nasza biblioteka” wydawnictwa Ossolineum adresowana była do dorastającej młodzieży. Składały się na nią książki poruszające trudne problemy związane z okresem dojrzewania.  W jej ramach ukazały się m.in. powieści Beaty Ostrowickiej przypomniane niedawno przez Wydawnictwo Literatura w serii „Plus Minus 16”, natomiast książek Jany Frey nikt nie wznawia.

Lilli usiadła naprzeciwko mnie i spojrzała mi prosto w oczy. Potem opowiedziała cichym głosem swoją historię.

Historię Dawida. I Camilla.

To, jak to wszystko się zaczęło. I jak wszystko wymknęło się spod kontroli. I to, jak jest dzisiaj.

Nie ma środków antykoncepcyjnych, które dają stuprocentową gwarancję, ale współżycie bez zabezpieczenia jest jak gra w rosyjską ruletkę. Szczególnie jeśli się ma 14 lat.

Lilli miała właśnie 14 lat i była zakochana po raz pierwszy w życiu. Dawid był trochę o niej starszy, ale czy te dwa lata to naprawdę taka różnica ? Zrobili to tylko trzy razy – nie zabezpieczyli się, mimo że w Niemczech, gdzie żyją, nie mieli problemu z dostępem do antykoncepcji. Na pewno była o tym mowa w szkole, mama Lilli też z nią o tym rozmawiała.

Dlaczego Lilli to zrobiła ? Bezmyślność ? Brak wyobraźni ? Zakochanie ? Lęk przed utratą chłopaka ? Czy miało jakieś znaczenie to, że sama została poczęta w sposób przypadkowy ?

Dlaczego nie zadbał o to Dawid ? Mimo wszystko był starszy i bardziej doświadczony od niej. Poza tym – inicjatywa wyszła od niego. Może dlatego, że w razie czego to nie na niego tak naprawdę spadną konsekwencje…

Lili nie mieszka w Polsce i dlatego ma więcej możliwości niż polskie czytelniczki tej książki. One (przynajmniej teoretycznie i zgodnie z literą prawa) nie mają wyboru – urodzić czy usunąć. Mogą tylko urodzić, a potem… albo wychować, albo oddać do adopcji, albo zostawić w domu dziecka. Jeśli zdecydują się wychowywać swoje dziecko, to mogą liczyć wyłącznie na pomoc rodziny. Wariant, który w końcu wybrała Lilli czyli powierzenie synka profesjonalnej rodzinie zastępczej, ale bez zrywania więzi i z możliwością przejęcia opieki nad nim w przyszłości, u nas praktycznie nie istnieje.

Prababcia jej przyjaciółki Annaleny powiedziała jej: Nikt nie może za ciebie decydować. Jakąkolwiek podejmiesz decyzję, każda będzie właściwa ! Jest jeszcze druga strona tego medalu – jakąkolwiek podejmie decyzję, zostanie z jej konsekwencjami na całe życie. Jest tak jak w tytule tej książki – bez odwrotu. Nie można jak w przedszkolu powiedzieć: Stop zabawa !, nie można się obudzić i żyć dalej jak gdyby nigdy nic.

Teraz, po dwóch latach Lilli mówi: Jestem bardzo szczęśliwa, że mam Camilla, ale, zanim do tego doszło, wydarzyło się wiele trudnych, wręcz tragicznych momentów, które zmieniły nie tylko jej życie. Dawid, jego rodzice i bracia, mama Lilli i Bernard, jej ojczym, ojciec Lilli i jego nowa rodzina, a także Waltraud i Franz – rodzina zastępcza małego – będą już zawsze z nim związani, będą jego rodziną. Kiedy Lilli była mała, miała tylko mamę i właśnie rodziny brakowało jej najbardziej. A co o swoim dzieciństwie powie kiedyś Camillo ?

Jana Frey „Bez odwrotu”  (seria: Nasza biblioteka), przekł.: Ewa Knichicka, wyd.: Zakład Narodowy im. Ossolińskich, Wrocław 2005