Dziewczynka z walizkami

Dziewczynka z walizkami

Książki Jacqueline Wilson należały kiedyś do ulubionych lektur Środkowej z moich z córek. „Dziewczynka z walizkami” była pierwszą, którą opisałam, a teraz jest drugą (po „Na krawędzi”), którą tu przypominam.

Wpis z 16 maja 2006 roku, Środkowa z córek była wtedy rówieśniczką bohaterki tej książki:

Andrea ma 10 lat. Jeszcze do niedawna jej życie było proste – mieszkała razem z rodzicami i Rzodkiewką (ukochanym pluszowym króliczkiem) w Morwowej Chatce. Teraz z tamtego życia pozostała jej tylko Rzodkiewka. W tamtym domu mieszka już ktoś inny, a rodzice rozwiedli się i zamieszkali razem z nowymi partnerami i ich dziećmi. Andy spędza tydzień u Mamy i tydzień u Taty, ale nigdzie nie jest tak naprawdę u siebie. W obu tych domach mieszkają dzieci, które są tam domownikami, a Andy jest wiecznym gościem. U Mamy i Petera mieszka w pokoju Kathy, u Taty i Carrie – razem z jej bliźniętami i nie ma tam nawet swojego łóżka, tylko śpi na podłodze w śpiworze. Całe życie była jedynaczką, a teraz musi ułożyć sobie stosunki z pięciorgiem przybranego rodzeństwa. Niedługo urodzi jej się jeszcze przyrodnia siostra. Krąży między tymi dwoma domami, z obu ma daleko do szkoły, a nade wszystko nie lubi piątków. Piątek to DZIEŃ WYMIANY.

Każde z rodziców chciałoby, żeby mieszkała tylko u niego (kłócą się o to także w jej obecności), a największym marzeniem Andy jest, żeby znów było jak dawniej i żeby mogła wrócić do Morwowej Chatki razem z rodzicami.

W „Dziewczynce z walizkami” nie ma happy endu – marzenie Andy o powrocie dawnych czasów nie może się spełnić. Nie kończy się jednak źle – pomału wszystko się układa, dziewczynka odnajduje swoje miejsce w obu domach i godzi się z całą sytuacją. Ta książka pokazuje jednak dobitnie, jak wielką tragedią dla dziecka jest rozwód rodziców, bo to właśnie oni RAZEM stanowią podstawowy filar jego świata. Rozstanie rodziców Andy i ich nowe związki to układ, w który uwikłana jest czwórka dorosłych i sześcioro dzieci. Na razie chyba nikt z nich nie jest szczęśliwy

Mieszkanie z Mamą i Tatą na zmianę to rozwiązanie niemal salomonowe – sprawiedliwe, ale dla kogo ? Andy sama tak zdecydowała, bo tylko w taki sposób mogła uciec od konieczności wyboru jednego z nich. Dwa domy tak naprawdę oznaczają jego brak, szczególnie w takiej wersji, jaką zafundowali jej rodzice. Każdy człowiek potrzebuje kawałka podłogi, o którym może powiedzieć MÓJ i gdzie stoi JEGO łóżko, miejsca gdzie może trzymać SWOJE rzeczy (okazuje się, że wystarczy nawet pół parapetu). To jest minimum, bez którego trudno jest mieć poczucie bezpieczeństwa.

Można w tej książce dostrzec także przesłanie ciut optymistyczne – mianowicie takie, że nawet najbardziej wywrócony do góry nogami świat po jakimś czasie znów się uładza. Mimo, że wszystko jest zupełnie inaczej, niż chcieliśmy, to i tak da się żyć i znaleźć w tym życiu dobre strony. Taką naukę mogą wynieść z lektury tej książki także te dzieci, których rodzice nie zamierzają się rozwodzić. W ich życiu też zdarzają się momenty, po których nic już nie jest tak, jak było.

Jacqueline Wilson „Dziewczynka z walizkami”, przekł.: Ewa Rajewska, ilustr.: Nick Sharratt, wyd. Media Rodzina, Poznań 2003

Na krawędzi

Na krawędzi

Skoro o książkach wakacyjnych mowa, przypomniała mi się ta – opisywałam ją dawno temu, na samym początku istnienia Małego Pokoju z Książkami. Jacqueline Wilson była wówczas ulubioną pisarką Środkowej z moich córek i jej rówieśnic. Teraz, mam wrażenie, jej książki nie cieszą się taką popularnością, a trochę szkoda 🙂

Przy okazji tej książki naszła mnie dziś refleksja o tym, jak szybko biegnie czas – ani się obejrzeliśmy, a nie tylko Najmłodsza zaczęła wyjeżdżać sama, ale w ogóle powstał problem, żeby któraś z naszych córek znalazła czas i ochotę na spędzenie kawałka wakacji z rodzicami 😉

Wpis z 26 czerwca 2006 roku:

Nareszcie wakacje !!! Najstarsza i Środkowa z moich córek szykują się do obozu harcerskiego. Już nie mogą się doczekać – to nie będzie pierwszy taki ich wyjazd, więc dobrze wiedzą, czego się spodziewać. Trochę inaczej wyglądało, kiedy każda z nich wyjeżdżała pierwszy raz – wtedy obawiały się nieco, mimo że jechały w gronie osób dobrze znanych ze szkoły i zbiórek w czasie roku szkolnego.

Timowi, bohaterowi książki „Na krawędzi” było dużo trudniej. Rodzice wysłali go na obóz sportowy wbrew jego woli – on nie jest typem sportowca, najbardziej lubi siedzieć przed telewizorem i komputerem, czytać książki i rozwiązywać łamigłówki. W dodatku bał się pierwszego samodzielnego wyjazdu z domu w obce miejsce, gdzie z obcymi dziećmi miał robić coś, za czym nie przepada. Jego Tata natomiast był w dzieciństwie mistrzem sportów wszelakich (a przynajmniej ON tak mówi 😉 ) i chciałby uformować syna na wzór i podobieństwo swoje.

Tim jechał na obóz pełen obaw, w dodatku bez ukochanego misia Waltera, bo Tata uważał, że zabranie go byłoby dowodem na mięczakowatość syna. Na miejscu przekonał się, że tak naprawdę nic nie jest takie, jak na pierwszy rzut oka wygląda. Ci, którzy robią wrażenie największych twardzieli, przed zaśnięciem przytulają się do ukochanych pluszaków. Najfajniejszym kumplem okazuje się największy grubas i żarłok, a ci na pozór najbardziej fajtłapowaci w sytuacjach trudnych potrafią myśleć logicznie i to właśnie im drużyna zawdzięczała ostateczne zwycięstwo.

Ta nieduża książeczka została (w jednej z dyskusji na forum o książkach dla dzieci) zaliczona do Książek, Które Pomagają Uwierzyć w Siebie. Warto podsunąć ją dziecku, które pierwszy raz wyjeżdża samo i na pewno trochę się boi, choć stara się być dzielne. Nawet dla siedmiolatka nie powinna to być lektura zbyt trudna. Warto również, żeby przeczytali ją rodzice, którzy pierwszy raz wysyłają gdzieś swoje dziecko i też się boją 😉 ) Może łatwiej im będzie zrozumieć jego obawy i potrzebę zabrania ukochanego pluszaka. Nabiorą też może dystansu do płynących od dziecka rozpaczliwych komunikatów: TU JEST OKROPNIE, ZABIERZCIE MNIE STĄD !!!. W dobie telefonów komórkowych łatwiej jest o natychmiastowy kontakt z domem przy najmniejszych problemach, ale też trudniej o dystans do nich. Sama wysyłałam do rodziców takie rozpaczliwe listy (teraz śmieję się, kiedy je czytam), a kiedy przyjechali po mnie, wcale nie chciałam wracać do domu.

Pierwszy wyjazd zawsze jest trudny – i dla dziecka, i dla rodziców. Z każdym kolejnym problemów jest mniej. Kiedy za kilka lat Najmłodsza osiągnie odpowiednią samodzielność, będziemy mogli radośnie zanucić za Kazikiem: Wyjechali na wakacje wszyscy nasi podopieczni – gdy nie ma dzieci w domu, to jesteśmy niegrzeczni 😉

Jacqueline Wilson „Na krawędzi”, przekł.: Ewa Rajewska, ilustr.: Nick Sharratt, wyd.: Media Rodzina, Poznań 2004

Cudowna studzienka

Cudowna studzienka

Już najwyższa pora, żeby na półkach nowego Małego Pokoju stanęły znowu książki zilustrowane przez Elżbietę Wasiuczyńską. Dziś pierwsza z nich, o której pisałam 26 września 2014 roku:

Cudowna studzienka” to książka zaiste cudowna 🙂

Pod bajdułem, pod prastarym,

co potężne ma konary,

i do nieba liśćmi sięga,

wśród korzeni,

w opuszczonej norze lisiej,

zapomniana leży księga.

Obszarpana,

mchem i próchnem przysypana,

lecz ma jeszcze całe karty

i druk wcale niezatarty

– księga, która często śni się.

Cieszę się za każdym razem, kiedy na naszym rynku wydawniczym pojawiają się książki z baśniami spoza dominującego na nim twardego kanonu Braci Grimm i Andersena. Z odchodzącymi w zapomnienie baśniami, przekazywanymi dotychczas z pokolenia na pokolenie przekazem ustnym, opowiadanymi przez babcie, ciocie, mamy – książki takie jak „Bajarka opowiada” czy „Święta lipka”… A kiedy jeszcze są tak pięknie ilustrowane, radość moja nie zna granic.

„Cudowną studzienkę” kupiłam więc na niewidzianego, od razu, kiedy się ukazała, kierując się zaufaniem do dwóch nazwisk – Joanny Papuzińskiej, która dokonała wyboru baśni do tego zbioru oraz ilustrującej je Elżbiety Wasiuczyńskiej.

Szukam jej od lat czterdziestu

i wiem, że na pewno jest tu

w naszym kraju,

gdzieś ukryta,

chciałabym ją czytać, czytać…

Joanna Papuzińska, autorka wiersza „Pod bajdułem”, który tę książkę otwiera, tak napisała w posłowiu do niej: Kiedy jeszcze byłam młodocianą czytelniczką, nie rozstawałam się z potężnym czerwonym tomem „Bajarz polski”. Towarzyszył mi on wszędzie, na wakacjach, w podróżach, w chorobie i zdrowiu. A ponieważ życie nie było w tamtych czasach ani tak wygodne, ani tak spokojne jak dzisiaj, biedy „Bajarz” zapłacił spora cenę za tę tułaczkę. Z biegiem czasu stawał się coraz bardziej zniszczony, jego czerwona okładka – coraz bardziej obszarpana, a jego strony coraz bardziej sfatygowane i wytarte. Ale to nic. I tak był naszym ukochanym „Bajarzem”, którego nic nie mogło zastąpić.

Część z baśni zawartych w „Bajarzu” znalazła swoje miejsce w „Cudownej studzience”, ale są tam też inne, które wydały się pani Joannie najważniejsze, najciekawsze i te, które najbardziej przypadły jej do serca. Niektóre znamy wszyscy – jak tę o Smoku Wawelskim czy Złotej kaczce, ale inne czytałam po raz pierwszy albo kołatało mi się podczas lektury po głowie nikłe echo – jakbym kiedyś gdzieś już to słyszała.

Kupiłam tę książkę z myślą o prezencie gwiazdkowym dla czterolatki, ale od razu, kiedy do niej zajrzałam, zrozumiałam, że będzie ona jeszcze musiała na ten prezent poczekać. Język Gustawa Morcinka, Jana Kasprowicza czy Adolfa Dygasińskiego byłby dla niej jeszcze za trudny. Co prawda Joanna Papuzińska nieco uwspółcześniła pisownię i dodała słownik wyjaśniający niektóre archaizmy, ale, jak sama napisała: nie wszystkie, bo chciałam, żeby czytelnik mógł poczuć smak staropolskiej mowy. Myślę, że dobrym adresatem „Cudownej studzienki” będzie dziecko ok. 10 lat – czyli na tyle duże, aby już w miarę biegle czytać i rozumieć, że język współczesny różni się od tego używanego przed laty, ale jeszcze nie tak duże, żeby uznało, że jest na czytanie baśni zbyt nastoletnie 😉

Lecz nikt nie wie

o tym drzewie,

o bajdule.

Nikt nie słyszał nic w ogóle.

Tylko tyle, że jest stary,

że potężne ma konary,

że do nieba liśćmi sięga

i że pod nim leży księga.

Ilustracje Elżbiety Wasiuczyńskiej – tym razem malowane, a nie szyte – też wskazują na to, że nie jest to książka dla małych dzieci, choć okładka może być myląca (mnie zmyliła !). To, co zobaczyłam w środku książki skojarzyło mi się z zespołem Mazowsze w tańcu 😉 – ta feeria żywych barw i migoczących przed oczami, nieco rozmazanych pasków. Ona sama, opowiadając o nich na swoim blogu, określiła ich styl jako łowiczyzm pasiasty i ta nazwa (podobna nieco do „Ślimaczyzmu w zarysie” z książki o ślimaku Kacperku ) bardzo mi się podoba.

W związku z ta książką i blogiem mam marzenie i może, jak się nim tutaj podzielę, to się spełni ? Otóż marzy mi się dorosła, autorska edycja tych baśni streszczonych mistrzowsko przez ich ilustratorkę. Jak by to wyglądało ? Voila – oto na przykład „Dąb albo barani kożuszek” albo „Żelazne trzewiczki” w mistrzowskiej interpretacji Elżbiety Wasiuczyńskiej. Proszę klikać i czytać !

A wydawnictwo Media Rodzina bardzo proszę, żeby możliwośc takiej edycji rozważyło życzliwie 🙂

„Cudowna studzienka. Baśnie polskie” (seria: Baśnie świata), wybór i opracowanie: Joanna Papuzińska, ilustr. Elżbieta Wasiuczyńska, wyd.: Media Rodzina, Poznań 2013

Ale to jeszcze nie koniec !!! Co prawda książka moich marzeń nie ukazała się dotychczas, ale w odpowiedzi na ten wpis Ela popełniła bajkę specjalnie dla mnie. Takie są niespodziewane uroki życia blogera książkowego 🙂

Oto ona —> „O królewiczu – kmiotku, piesku Szczereczku, kotku Mruczku i czarodziejskim pierścieniu”

Ostatnie przedstawienie panny Esterki

Ostatnie przedstawienie panny Esterki

22 lipca do data, która na osobom wychowanym w PRL kojarzy się z PKWN, świętem, które wtedy obchodzono i czekoladami dawniej E. Wedel. Ale dwa lata wcześniej – 22 lipca 1942 roku w getcie warszawskim rozpoczęła się tzw. Wielka Akcja. W ciągu dwóch miesięcy do komór gazowych w Treblince wywieziono ponad 250 tysięcy osób.

Dziś o 18 z Umschlagplatz rusza Marsz Pamięci.

Wpis z 17 lutego 2015 roku:

Udało mi się niedawno odwiedzić wreszcie warszawskie Muzeum Historii Żydów Polskich POLIN. Pierwsza wizyta pozwala jedynie na ogólną orientację w tym, co można tam zobaczyć, bo tysiąca lat obecności Żydów na ziemiach polskich nie da się ogarnąć w kilka godzin.

Wyszłam stamtąd z zamętem w głowie i postanowieniem, że wrócę niebawem i to nie raz, aby spokojnie pooglądać poszczególne galerie. Tym, co zostało mi w pamięci najmocniej, było oczywiście bajeczne, starannie zrekonstruowane sklepienie synagogi w Gwóźdźcu. Zwróciłam też uwagę, na znajdujący się w gablocie obok yad, który przypomniał mi „Pamiętnik Blumki” Iwony Chmielewskiej oraz na pocztówki, które doktor Korczak ofiarowywał swoim wychowankom jako pamiątki i nagrody. W Domu Sierot jeszcze na Krochmalnej, w spokojnym przedwojennym czasie, …

Wyszłam z tego muzeum z jeszcze jednym postanowieniem – że opiszę tutaj „Ostatnie przedstawienie panny Esterki”

GETTO WARSZAWSKIE. Przy południowym murze, tam, gdzie dziś mieści się teatr Lalka, stał niegdyś stary, czteropiętrowy gmach. Podczas II wojny światowej służył on jako siedziba Domu Sierot, który w tych mrocznych czasach dawał schronienie aż dwustu podopiecznym dr. Korczaka.

O tym, co działo się na ulicach i w domu, co dzieci tam widziały, słyszały i o czym myślały, zanim wczesnym rankiem piątego sierpnia 1942 roku do ich drzwi zapukał Anioł Śmierci, opowie Wam dwoje jego mieszkańców: Pan Doktor i jedna z jego wychowanek, dwunastoletnia Genia…

„Ostatnie przedstawienie panny Esterki” to książka, na którą składają się fragmenty pamiętników Janusza Korczaka przeplatające się z napisaną przez Adama Jaromira opowieścią Geni. Dziewczynka opowiada o życiu w Domu Sierot, o innych dzieciach, o ich zajęciach, skarbach, radościach i smutkach. Nie mówi o tym, co działo się poza murami Domu, w getcie – Korczak i jego współpracownicy wkładali wiele wysiłku w to, aby odizolować dzieci od wszystkich koszmarów tam się rozgrywających.

Ilustracje Gabrieli Cichowskiej, niezwykłe kolaże zdjęć, rysunków, gazet, kartek z kalendarza utrzymane są w tonacji szaroburej, bo w takim pozbawionym barw świecie żyli wówczas bohaterowie tej książki. Jedynym żywszym akcentem były przysłane zza muru i troskliwie przez nich podlewane pelargonie.

A tytułowa panna Esterka ?

Estera Winogronówna była wychowawczynią w Domu Sierot, a przed wojną studiowała na wydziale przyrodniczym Uniwersytetu Warszawskiego. Uzdolniona tanecznie, marzyła o balecie, a w Domu opiekowała się zespołem tanecznym i organizowała rozmaite wydarzenia teatralne. Niepokaźna, szczupła, małego wzrostu, bardzo mizernej twarzy , w ogromnych okularach w rogowej oprawie, miała bardzo bujne włosy spadające na ramiona, była zawsze zamyślona i smutna – tak ją zapamiętali przyjaciele, których cytuje Joanna Olczak – Ronikier w swojej książce „Korczak. Próba biografii”

Ona właśnie zaproponowała, aby dzieci wystawiły „Pocztę” Rabindranatha Tagore i była duszą tego przedstawienia. Korczak zgodził się na ten wybór: Może to właśnie ta bajka zdoła nadać temu życiu jakiś sens i przygotować dzieci, do tej długiej, dalekiej i niebezpiecznej podróży…

Przedstawienie, na które zaproszono wielu gości z zewnątrz, odbyło się 18 lipca 1942 roku, a główną rolę, umierającego hinduskiego chłopca Amala zagrał Abramek. Na zaproszeniu znalazły się słowa poety Władysława Szlengela:

Coś więcej niż tekst – bo nastrój;

Coś więcej niż emocja – bo przeżycie;

Coś więcej niż aktorzy – bo dzieci...

22 lipca rozpoczęła się w getcie wielka akcja likwidacyjna.

5 sierpnia Aniol Śmierci zapukał do drzwi Domu Sierot.

Panny Esterki nie było wtedy z dziećmi – kilka dni wcześniej aresztowano ją w ulicznej łapance i zabrano na Umschlagplatz. Doktorowi Korczakowi nie udało się wywalczyć jej zwolnienia. W swoim pamiętniku zapisał: Dała nam „Pocztę” na to chwilowe pożegnanie. Jeśli nie wróciła tu i teraz, to spotkamy się później gdzie indziej. Mam pewność, że innym przez ten czas służyć będzie tak, jak dobro dawała i przynosiła pożytek.

Adam Jaromir (tekst), Gabriela Cichowska (ilustr.) „Ostatnie przedstawienie panny Esterki. Opowieść z getta warszawskiego”, wyd.: Media Rodzina, Poznań 2014

Czupieńki

Czupieńki

… czyli wpis, w którym najpierw przypominam, co napisałam dawno temu na temat pierwszych dwóch książek o tych przemiłych stworzonkach, a następnie wyjaśniam, dlaczego uważam, że powinny one zostać wydane ponownie razem z dwoma pozostałymi, niepublikowanymi dotąd nigdzie 🙂

Wpis z 3 stycznia 2010 roku:

Pamiętacie „Sekretne życie Krasnali w Wielkich Kapeluszach” – pierwszą wspólną książkę Wojciecha Widłaka i Pawła Pawlaka ? Właśnie ukazała się druga pozycja tej znamienitej spółki autorskiej ale o „Młotku” napiszę innym razem. Dziś, po cudownym spacerze po zimowym lesie naszło mnie na Czupieńki 😉 Bowiem Krasnale w Wielkich Kapeluszach nie były pierwszymi osobnikami w tych nakryciach głowy stworzonymi przez Pawła Pawlaka. Na długo przed nimi były Les Tchoux – stworki znane dotychczas tylko dzieciom francuskim. Czyli po naszemu – Czupieńki.

Chlapieniek, Sapieniek, Wiepieniek, Tycipieniek i inne, których imion jeszcze nie znamy (i niewątpliwie kończą się one też na -pieniek). Spod Wielkich Kapeluszy wystają im okazałe… nosy ? …pyszczki ? …ryjki ? Nieważne – jak zwał, tak zwał, grunt, że wyglądają sympatycznie 😉 Żyją w lesie, w domkach na drzewach.

Narysował je, jako się rzekło, Paweł Pawlak, historyjki o nich napisał Gerard Mancomble (znany co poniektórym jako autor „Kotka, który chciał merdać ogonkiem” również z ilustracjami P. Pawlaka), a spolszczyła je w niezwykle sympatyczny sposób Ewa Kozyra – Pawlak. „Gwiazdka” to pierwsza z czterech książeczek o Czupieńkach, których wydanie zapowiada wydawnictwo Media Rodzina. (Edit: ale w końcu wydało tylko dwie 😦 )

Był zimowy wieczór, zupełnie taki, jak dzisiejszy – idealny na to, żeby siedzieć przy rozpalonym kominku i czytać. Nagle za oknem usłyszeli ciche pacnięcie. – Patrzcie ! Gwiazda spadła na śnieg ! – zawołał Wapieniek. Gwiazdka była niewielka. Całkiem blada i zziębnięta. Nie świeciła jaśniej niż robaczek świętojański. Czupieńki podniosły ja ostrożnie…

Jest w tej historii coś niezwykle urzekającego – to dziecięca wiara w cudowną moc przytulania, które jest lekiem na wszystkie problemy.

Ta książeczka to wymarzona lektura na zimowe wieczory, szczególnie te w okolicy Świąt, bo przecież owa Gwiazdka nie była taką sobie zwykłą gwiazdką, jakich na niebie tysiące. Była to, moi kochani, Gwiazda Betlejemska. I aż strach pomyśleć, co mogłoby stać się z Trzema Królami w drodze do Betlejem, gdyby nie malutkie Czupieńki  ?

Gerard Mancomble  „Czupieńki. Gwiazdka.”, przekł.: Ewa Kozyra – Pawlak, ilustr.:Paweł Pawlak, wyd.: Media Rodzina, Poznań 2009

Wpis z 20 października 2010 roku:

Ufff… Czupieńki skończyły własnie zbieranie owoców pokrzepidełka. A pokrzepidełko to prawdziwy skarb: na herbatkę, konfitury, kompocik – mniam, mniam ! Nagle…

… w pobliżu rozległo się okropne chrumkanie, a ziemię zalał cień głęboki jak noc.

Ten cień nazywał się SMOK ŻARŁOK ! W jednej chwili połknął całe zbiory Czupieńków.

Czupieńki mają w sobie coś, co mnie rozczula – taką dziecięcą naiwność i serdeczność. W poprzedniej części lekiem na wszystkie problemy było przytulanie, tutaj – zachwyciło mnie ich przekonanie, że skoro Smok płacze, to na pewno nie jest zły. Przecież kiedy ktoś płacze, to trzeba mu pomóc – to jest oczywiste nie tylko dla Czupieńków. A wtedy…

… okazuje się, ze groźny smok nie jest groźny, tylko głodny – a głodny jest dlatego, że nie potrafi sam dosięgnąc do jedzenia. Wystarczyło nauczyć go stawać na tylnych łapach i… problem rozwiązany 🙂

Te książeczki są potrójnie urocze. Składa się na to zarówno prosta i ciepła historyjka, jak i przekład Ewy Kozyry – Pawlak, za szczególnym uwzględnieniem słowa pokrzepidełko. Cóż za piękny neologizm !!! No i Smok Żarłok oczywiście – tak nazywam moje córki, kiedy wykazują się nadmiernym apetytem.

Całość dopełniają ilustracje Pawła Pawlaka, w których szczególnie zachwyciła mnie przemiana smoka – z groźnego zębatego i rogatego potwora w leniwie rozciągniętą na ziemi ogromną przytulankę, która znakomicie może służyć jako zjeżdżalnia dla Czupieńków.

A wiecie, co mnie w tej książczce cieszy najbardziej ? To, że jest ich w sumie cztery, czyli jeszcze dwie przed nami ! 🙂

Gerard Moncomble „Czupieńki. Smok”, przekł.: Ewa Kozyra – Pawlak, ilustr.: Paweł Pawlak, wyd.: Media Rodzina, Poznań 2010

No właśnie – cieszyłam się, cieszyłam, a minęło już dziewięć lat i ciągle się ich nie doczekałam. Wydawnictwo uznało wtedy, że sprzedaż była za mała i nie zdecydowało się na kontynuację tego cyklu, a mnie oprócz książek został jeszcze Tycipieniek (rodem z Budki). I zapomniałabym w ogóle o tym, że czekałam na kolejne części i że ciągle nie wiem, co przydarzyło się Czupieńkom wiosną i latem (bo każda z nich opisywała inną porę roku), gdyby nie to, że wczoraj Paweł Pawlak zaprezentował na swoim profilu na Facebooku szkice ilustracji do części trzeciej, wiosennej. Niestety tylko szkice, bo ilustracje właściwe już nie powstały…

… ale ich autor mówi (to cytat:) gdy zobaczyłem te szkice, to wezbrała we mnie jakaś taka rodzicielska tkliwość, że kto wie? Może potrafiłbym do Czupieńków wrócić, gdyby pojawił się zdecydowany wydawca? 

Apeluję więc do P.T. Wydawców – zastanówcie się nad Czupieńkami, bo pokolenie obecnych kilkulatków IMO zasługuje na przyjaźń z nimi !!! Myślę, że teraz nie byłoby już problemów z zadowalającą sprzedażą, bo wtedy, kiedy wydano je po raz pierwszy, rynek książek dziecięcych w Polsce dopiero nabierał rozpędu, a nazwiska ilustratora i tłumaczki – znaczenia.

Te książki i ich bohaterowie są takie urocze, ciepłe, sympatyczne, rozczulające (tę listę synonimów mogłabym ciągnąć jeszcze długo 😉 ), że tylko brać, wydawać i cieszyć się nimi (i wdzięcznością czytelników) !!!

Pamiętnik Blumki

Pamiętnik Blumki

Dziś ostatnia (na razie !) z książek Iwony Chmielewskiej, która wraca na półki Małego Pokoju. Wpis z 20 października 2012 roku:

Kiedy byłam jeszcze w szkole podstawowej, nasza drużyna harcerska przyjmowała imię Janusza Korczaka. Z tej okazji został zorganizowany m.in. Konkurs wiedzy o jego życiu. Przeczytałam wtedy książkę Hanny Mortkowicz – Olczakowej, do niedawna główne źródło wiedzy o życiu Starego Doktora. Córka autorki tak tę biografię oceniła po latach: Napisana niedługo po kataklizmie ma ów podniosły ton epitafiów, w których brakuje uczłowieczających konkretów. Dlatego ponad pięćdziesiąt lat później owa córka Joanna Olczak – Ronikier podjęła próbę stworzenia biografii Janusza Korczaka. Biografii w miarę możliwości pełnej – a nawet jeszcze więcej, bo luki w udokumentowanej wiedzy o jego życiu dopełniła tym, co wiemy o życiu jego rówieśników, ludzi z pokolenia, o którym Bogdan Cywiński napisał „Rodowody niepokornych”, Żydów, który próbowali odnaleźć się w polskości nie odrzucając zupełnie swojej żydowskości. Powstała fascynująca książka „Korczak. Próba biografii” i jest to próba ze wszech miar udana. Korczak, którego ukazuje nam autorka nie jest postacią z pomnika, widzimy jego rozterki, wątpliwości, słabości i dzięki temu możemy zobaczyć Człowieka. To oczywiście nie jest książka dla dzieci, ale wspominam o niej w odpowiedzi na pytania o to, co czytam dla siebie.

Pamiętamy o Korczaku – pisarzu, żywa jest też legenda Korczaka – wychowawcy, który nie opuścił swoich wychowanków do końca… *

Tymczasem jego książki niestety nie wytrzymały próby czasu, ich język, poetyka, dojmujący smutek, są dla współczesnych dzieci trudne do przyjęcia. Obawiam się, że nawet piękne ilustracje Marianny Oklejak nie są w stanie reanimować Króla Maciusia – książki, przez którą razem z córką Środkową brnęłyśmy z mozołem. Kajtusia Czarodzieja ja sama w dzieciństwie nie dałam rady przeczytać, z moimi córkami w ogóle nie próbowałam. Paradoksalnie – może szansą dla jego twórczości są przekłady, bo tam (co widzimy chociażby na przykładzie „Księgi dżungli”) można tchnąć trochę życia w niedzisiejszy język.

Jego legendarna śmierć (przy całym dla niej szacunku) była oczywistą konsekwencją całego życia i trudni sobie wyobrazić, że mógłby podjąć inną decyzję. Pamiętać należy ponadto, że wychowawców, którzy podobnie jak Korczak nie opuścili dzieci w tym momencie było wielu – razem z Domem Sierot na Umschlagplaz poszła też Stefania Wilczyńska, która również całe życie poświęciła temu domowi, poszli też inni wychowawcy. Były też w getcie inne sierocińce. Marek Edelman w książce „I była miłość w getcie” pisze m.in. O Hendusi Himmelfarb, która też nie zostawiła dzieci mimo że miała szansę się uratować.

„Śmierć nie jest trudna – znacznie trudniejsze jest życie”, pisał kiedyś na początku swojej drogi. Męstwo jego życia zostało zepchnięte w cień przez męstwo śmierci. A przecież wyboru dokonał znacznie wcześniej. (…) Na pewno tam gdzieś w górze boleśnie uraża go fakt, że wierność dzieciom w chwili ostatecznej próby uważana jest za jego główną zasługę. Tak jakby domniemywano, że mógł zaprzeczyć sam sobie, zdradzić na starość sprawę, dla której w młodości zrezygnował z własnej rodziny, kariery naukowej, sławy pisarskiej.*

„Pamiętnik Blumki” pokazuje Korczaka w roli,w której wywarł największy wpływ na nas wszystkich czyli wychowawcy, który zrewolucjonizował wychowanie.

Pan Doktor mówi, że każde dziecko ma prawo, do swoich tajemnic i do swoich marzeń. I że dzieciom należy mówić prawdę.

Pan Doktor jest zdania, że ważniejsze od kar są nagrody, a jeśli dziecko zrobi coś złego, to najlepiej mu przebaczyć i czekać, aż się poprawi. I że nie wolno dzieci do niczego przymuszać.

Pan Doktor uczy nas, że dziewczynki i chłopcy mają równe prawa i mogą robić to samo.

Aż trudno uwierzyć, że jeszcze sto lat temu (czyli raptem trzy pokolenia wstecz) to co dla nas jest oczywiste, wywoływało zdziwienie, niedowierzanie, opór.

„Pamiętnik Blumki” to książka, która uświadamia nam również, że na ów mityczny Dom Sierot składało się wiele indywidualności, że każde z tych dzieci miało imię, twarz, zainteresowania. Ktoś był ciągle głodny i lubił nawet tran, ktoś lubił czytać i umiał pięknie opowiadać, inny był świetnym stolarzem, a jeszcze inny szył najlepiej ze wszystkich… Niewiele o nich wiemy, nie wiemy nawet czy naprawdę była jakaś Blumka, która pisała pamiętnik. Ale dzięki Iwonie Chmielewskiej możemy sobie wyobrazić, że była, a kolaże, które towarzyszą ascetycznemu tekstowi przybliżają nam życie, jakie mogło być udziałem ich wszystkich.

Stalówka jej pióra zamienia się pod koniec książki w yad, metalową rękę z palcem wskazującym, której używa się w synagogach by nie dotykać czytanych świętych tekstów. Nie dotykam tego co stało się potem, nie potrafię. Ale cieszę się, że mogłam przywołać szczęśliwy choć często trudny czas sprzed wojny.
Bo w książce można zakochane dzieci umieścić na huśtawce, by zostały na zawsze w tej chwili radości, a na uszach roześmianego Doktora na zawsze zawiesić czereśnie –
napisała autorka na stronie wydawnictwa.

Format tej książki, stosunek ilości tekstu i ilustracji mogą sugerować, że jest ona przeznaczona dla dzieci kilkuletnich – nic bardziej mylnego ! Według mnie „Pamiętnik Blumki” to znakomity wstęp do rozmowy z dziećmi wczesnoszkolnymi – każde zdanie, każdy element ilustracji może być jej początkiem, możliwości są nieograniczone. Bo pamiętnik jest po to, żeby nie zapomnieć…

Iwona Chmielewska (tekst & ilustr.) „Pamiętnik Blumki”, wyd.: Media Rodzina, Poznań 2011

*Joanna Olczak – Ronikier „Korczak. Próba biografii” (seria: Fortuna i Fatum), wyd.: WAB, Warszawa 2011

Cztery strony czasu

Cztery strony czasu

Iwona Chmielewska otrzymała wczoraj tytuł „Projektantki Roku 2018”, a „Jak ciężko być królem” nagrodę w kategorii ilustracji w konkursie  Polish Graphic Design Awards !!!

Z tej okazji przypomnę jej kolejną książkę, o której pisałam 2 listopada 2013 roku:

Gdzieś w Europie, nad wielką rzeką Wisłą wznosi się bardzo stare miasto. Jego historia jest długa i zawiła, niepodobna do historii innych miast, ale ludzie tu żyjący mają takie same marzenia, zmartwienia i radości jak ludzie na całym świecie.

Na czworokątnym rynku w środku miasta stoi ogromny ratusz zbudowany sześćset lat temu. Nad ratuszem góruje czworokątna wieża z czterema tarczami zegara zwróconymi w cztery strony świata. Zegar ten, złocąc się w świetle słońca i księżyca, wskazuje czas ludziom żyjącym tu dziś, tak samo jak wskazywał przed wiekami.

„Cztery strony czasu” to książka mocno osadzona w realiach geograficznych i historycznych Torunia, ale równocześnie uniwersalna.

Kiedy uczymy się historii skupiamy się na wydarzeniach politycznych, wojnach, rewolucjach, odkryciach, wynalazkach czy życiu wielkich ludzi, którzy swą działalnością zmieniali świat. Tymczasem miedzy tymi ważnymi datami toczyło się, toczy i toczyć będzie normalne, codzienne życie normalnych, zwykłych ludzi. Nie tylko w Toruniu, ale w każdym miejscu na świcie, także w Korei, gdzie ta książka ukazała sie najpierw.

Polacy, Niemcy, Żydzi mieszkający przy rynku od wieków otwierają kluczami drzwi, przynoszą zakupy, myją naczynia, czeszą włosy, siadają do stołu, przytulają dzieci, chorują, ziewają, przyszywają guziki, czytają książki, rozmyślają o przyszłości… Robią codziennie wszystko to, co zwykle robią ludzie – teraz i pięćset lat temu.

Począwszy o roku 1500, co 100 lat zaglądamy do tych samych czterech okien po czterech stronach toruńskiego rynku. Za każdym razem jest inna pora roku i inna pora dnia, zmieniają się stroje i wygląd pokoi, ale to, co najważniejsze, pozostaje niezmienne. Ludzie kochają się, tęsknią do siebie, troszczą się o dzieci – i te małe, i te duże, myślą z nadzieją o tym, co nastąpi i wspominają tych, których już nie ma…

Oczy mieszkańców rynku – niebieskie, piwne, zielone, wesołe lub pełne łez, młode i stare, piękne i nijakie, od wieków coś łączy: patrzą przez te same okna swoich mieszkań na wielki pozłacany zegar, który co dzień, z każdej z czterech stron pokazuje te same godziny.

Też sam czas jednym ucieka za szybko, dla drugich wlecze się nieznośnie. Ta sama godzina dla jednych jest godziną narodzin, a innym przynosi śmierć. Jedni spieszą się, aby zdążyć na ważne spotkanie, które przesądzi o całym ich życiu, inni muszą o tej godzinie wyjąć ciasto z pieca, żeby się nie spaliło, a dla jeszcze innych ta sama godzina minie niezauważenie.

To kolejna, po „Pamiętniku Blumki” książka Iwony Chmielewskiej, która w fantastyczny sposób dotyka spraw pozornie nieopisywalnych. I kolejna, która zachwyca wizualnie – od stylowej okładki przez kipiące życiem kolażowe ilustracje wewnątrz, aż po kod kreskowy starannie wkomponowany w jej plecy 😉

Nie wiadomo, co zdarzy się w mieście przez następnych sto.. dwieście… trzysta lat… Jednak pewne jest to, że latem będzie mocno grzało słońce, zimą będzie padał śnieg, drzewa będą żółkły jesienią i kwitły wiosną…

Czas będzie mijał bezpowrotnie. Dzieci, które urodzą się w domach przy rynku, po latach staną się prababciami, po stu latach ktoś je już tylko wspomni, a po stu następnych ten ktoś będzie wspominany jako pradziadek. Do mieszkań wprowadzą się nowi ludzie, a pamięć o tych, którzy setki lat temu wchodzili przez te same drzwi i wyglądali przez te same okna, minie bezpowrotnie.

„Cztery strony czasu” to książka, która znakomicie wpisuje się w atmosferę wczorajszych Zaduszek. Uświadamia nam, że jesteśmy tylko ogniwem w długim łańcuchu pokoleń – przed nami było ich wiele i po nas nastąpią kolejne…

Zapalałam dziś z moimi córkami znicze na grobach ich pradziadków i prapradziadków, a przy okazji na grobach rozmaitych innych osób z naszej rodziny – zmarłych nierzadko na długo przed moim narodzeniem. Jak co roku starałam się im opowiedzieć o tych ludziach jak najwięcej, ale sama wiem tyle, co z opowiadań innych, więc niewiele. Wiemy jak się nazywali, jakie pokrewieństwo nas łączy, czym zajmowali, kiedy zmarli, ale poza tym ? Jacy byli ? Co ich cieszyło, co lubili jeść, a czego nie znosili robić ?

Oni nawet nie przeczuwali naszego obecnego istnienia, tak jak my nie wiemy, kto za kolejne sto lat stanie nad naszymi grobami i w jakim świecie będzie żył…

Iwona Chmielewska (tekst & ilustr.) „Cztery strony czasu”, wyd.: Media Rodzina, Poznań 2013