Misiu Szpeniolek

Misiu Szpeniolek

Książka nominowana w Plebiscycie Blogerów LOKOMOTYWA w kategorii: przekład !!!

Z sześciu kategorii, w jakich nominujemy książki w Plebiscycie Blogerów LOKOMOTYWA, przekład jest tą najbardziej dyskusyjną. Zdajemy sobie sprawę, że aby dobrze ocenić pracę tłumacza powinno się znać oryginał utworu oraz bardzo dobrze oba języki – ten, w którym został napisany, i ten, na który go przełożono. W przypadku większości nominowanych w tej kategorii książek tak nie jest, ale mimo to zależy nam na docenieniu roli tłumaczy w przybliżaniu polskiemu czytelnikowi tego, co ukazuje się w innych krajach. Zdajemy sobie sprawę z tego, że nie jesteśmy w stanie zauważyć i dobrze ocenić wszystkich niuansów przekładu, dlatego skupiamy się przede wszystkim na efekcie końcowym – czyli na tym, jak ten tekst brzmi po polsku i jak się go czyta.

Wśród tegorocznych nominacji znalazła się jedna szczególna – „Misiu Szpeniolek” czyli przekład „Kubusia Puchatka” na gwarę wielkopolską. Postanowiliśmy w ten sposób docenić nie tyle może kunszt tłumacza, ile sam fakt wydania klasyki literatury w tej wersji językowej. Dodajmy, że nie jest to pierwsza taka edycja w polskim języku regionalnym, bo wcześniej ukazała się edycja śląska czyli „Niedźwiodek Puch” i kaszubska „Miedzwiôdk Pùfôtk”. Podobne zabiegi translatorskie wykonywane są także wobec Małego Księcia (ukazał się w przekładzie śląskim, wielkopolskim i góralskim) i Alicji w Krainie Czarów (na razie powstała wersja śląska). Pozwólcie, że nie będę tu wchodzić rozważania na temat tego, czym się różni język od gwary, co nim jest, a co nie jest i dlaczego, nic to albowiem do rzeczy nie przyda 😉 Ciekawszą kwestią natomiast jest to, po co to się robi, skoro i tak wszyscy potencjalni czytelnicy znają język polski i zapewne także znają tę książkę ? Czy podtrzymywanie takich regionalności ma sens i wartość ???

Ma i to głęboki. Na naszą tożsamość składa się nie tylko tradycja narodowa, ogólnopolska, ale też wszystko to, co przynależy do naszych małych ojczyzn – pamięć lokalna miejsc, w których dorastamy i skąd wywodzi się nasza rodzina, specyfika kuchni i języka właśnie. Język ujednolica się najszybciej – dzięki szkole, telewizji i mediom społecznościowym, ale to w melodii tego, którym mówiła babcia i w pewnych, nieznanych w reszcie kraju określeniach, mieści się nasza tożsamość. Tłumacz tej książki Juliusz Kubel tak o tym opowiada:

Tutaj widzimy dwa jakby wykluczające się trendy, bo z jednej strony ludzie bardzo chcą tą mową się cieszyć, a z drugiej strony nasza gwara jest bardzo hermetyczna. To znaczy mocno związana z regionem i poza ten region nosa nie wyściubia. Na dodatek, gdyby zapytać, czy w ogóle istnieje jednolita „gwara wielkopolska” to trudno odpowiedzieć twierdząco. Pewnie są rozmaite jej odmiany. Ja mogę wiele mówić tylko o tej poznańskiej, dlatego, że tę gwarę dość dokładnie znam.

Nieco inaczej mówi się w Lesznie, a jeszcze inaczej mówi się w Szamotułach. Są też wątki łączące, a i różnice nie aż tak duże, skoro takie książki „Książe Szaranek” czy „Misiu Szpeniolek” równie chętnie są czytane i w Lesznie, i w Szamotułach, i w Strzałkowie. A dlaczego nasza gwara jest mało znana i mało popularna poza Wielkopolską? Bo język codzienny się unifikuje, a przyczyniają się do tego Internet i telewizja. Młodzi mówią żargonem internetowym. Dorośli wspierają się jakimiś slangami zawodowymi. Zmienia się to, rozwija i zanika.

Dlaczego właśnie „Kubuś Puchatek” ? Bo jest to książka, którą znamy bardzo dobrze i czytając ją w takim przekładzie wiemy od razu, o co w niej chodzi. Ja sama najpierw, dzięki dwujęzycznemu polsko – angielskiemu wydaniu Naszej Księgarni uczyłam się na niej angielskiego, a przy okazji podglądałam (na ile potrafiłam) jak przyswoiła ja polszczyźnie Irena Tuwim. Jej przekład jest w tym samym stopniu kongenialny co kontrowersyjny 😉 ale nie można mu odebrać tego, że niepodzielnie panuje nad naszą wyobraźnią. Naszą – czyli roczników wychowanych na książce, a nie na disney’owskiej kreskówce.

Tłumacze przekładający „Winnie The Pooh” na polskie języki lokalne korzystali oczywiście z tekstu oryginalnego, ale nie mogli zapomnieć także o wersji Ireny Tuwim. Bardzo ciekawa byłam jak zabrzmi po wielkopolsku moja ulubiona kwestia: takie bzyczące bzykanie nie bzyka bez powodu i oto proszę:

Juliusz Kubel powiedział: Zajmując się „Kubusiem Puchatkiem”, szukałem też odnośników do pochodzącego z roku 1938 tłumaczenia Ireny Tuwim. Chciałem zobaczyć, jak sobie poradziła z takimi rafami językowymi. I tutaj odkryłem kilka rzeczy, które mnie zastanawiały, ale starałem się jakoś odszukać tok jej myślenia i snuć domysły, dlaczego np. niektóre rzeczy pominęła? Dlaczego napisała gdzieś cały akapit inaczej niż w oryginale. Tak było na przykład z historią (jak ją nazwała Irena Tuwim) Przyprawy do Bieguna Północnego, ale o tym więcej przeczytacie —->>>> tutaj

Ja odnalazłam w „Misiu Szpeniolku” wspomnienia z wczesnego dzieciństwa, które spędziłam w Bydgoszczy. Moi rodzice przyjechali tam po studiach na tak zwany nakaz pracy, a kiedy miałam 10 lat wróciliśmy do Warszawy. A raczej, mówiąc dokładniej – oni wrócili, a ja się z nimi przeprowadziłam 😉 Mieszkając w Bydgoszczy kontakt z gwarą miałam ograniczony, bo nie mówili nią ani rodzice, ani ich znajomi, którzy znaleźli się tam w podobny sposób. Jednak zawsze była gdzieś w tle i nie wiem jak to się stało, ale odkrywam jej ślady w naszych rodzinnych rozmowach. Kiedy przeczytałam w „Misiu Szpeniolku” frazę o tabliczce, co mioł ją wisieć na drzwiach, poczułam się bardzo swojsko. Choć nigdy nie miałam do czynienia z tą gwarą w takim stężeniu, te wszystkie tej, zaś, giyry i knipy, spowodowały, że zatęskniłam do dzieciństwa. I tak mi się jakoś zachciało szneki z glancą 😉

P.S. Książka zawiera w sobie słownik wielkopolsko – polski wyjaśniający użyte w tekście słowa. Dodano do niej też płytę, na której „Misia Szpeniolka” czyta sam tłumacz.

A.A. Milne „Misiu Szpeniolek”, obrozki narysowoł E.H. Shepard, przetmitnął na gwarę wielkopolską Juliusz Kubel, wyd.: Media Rodzina, Poznań 2019

Dawca

Dawca

Lois Lowry napisała „Dawcę” w 1993 roku. Nie wiem, czy od razu miała pomysł na cały cykl, bo następna część – „Skrawki błękitu” ukazała się dopiero siedem lat później. W 2004 roku wydano „Posłańca”, a w 2012 „Syna”, który tworzy z trzech poprzednich części całość, domykając i łącząc zaczęte w nich historie.

Po polsku „Dawca” ukazał się po raz pierwszy w 2003 roku, natomiast pozostałe części doczekały się przekładu dopiero w 2014 i 2015 roku, zaraz po tym, jak do kin trafiła jego ekranizacja. Nie widziałam tego filmu, ale moje córki, które bardzo lubiły tę książkę, były nim rozczarowane i to mi wystarczy. Nad jego tytułem, który zawiera spoiler, spuśćmy zasłonę milczenia 😦

„Dawca” to książka, która moim zdaniem wcale nie potrzebuje kontynuacji. Zakończenie jest otwarte i możemy sobie domyślić różne końce tej historii. Dziś przypominam, co pisałam o niej 13 listopada 2006 roku, a o kolejnych tomach cyklu napiszę… być może… kiedyś 😉

Wszystkim dzieciom, którym powierzamy przyszłość…

Na ogół nie zwracam uwagi na dedykacje umieszczane na początku książek, bo zwykle autorzy załatwiają przy ich pomocy prywatne, pozaksiążkowe zobowiązania. Pierwszy raz spotkałam się jednak z sytuacją, gdy książkę zadedykowano po prostu jej własnym czytelnikom.

Niedługo Święta i znowu wszyscy wszystkim będą życzyć zdrowia, szczęścia, pomyślności, często dodając jeszcze i spokoju, przede wszystkim spokoju. Ostrożnie z tymi życzeniami, bo podobno jak Pan Bóg chce człowieka pokarać, to spełnia jego modlitwy. Jonasz, bohater „Dawcy” żyje właśnie w świecie, w którym ziściły się wszystkie takie życzenia. Nie ma w nim chorób, cierpienia, bólu, ba – nie zdarza się nawet zła pogoda. Każdy członek społeczności wie, że wszystkie jego potrzeby będą zaspokojone, nie grozi mu żaden niedostatek, lęk, ani samotność. W odpowiednim wieku otrzyma Przydział i pozna swoją dorosłą rolę w społeczności, a będzie ona idealnie dopasowana do jego możliwości i zainteresowań. Potem założy komórkę rodzinną, wychowa parkę dzieci i będzie żyć spokojnie, aż do momentu eufemistycznie nazywanego zwolnieniem. Życie uporządkowane, przewidywalne i bezbolesne, bez klęsk żywiołowych, chorób, przestępstw i wojen. W zamian za to – rezygnacja z samodzielnego myślenia, z tradycji (tej bliższej – rodzinnej i tej ogólnoludzkiej), z książek i muzyki oraz ze wszystkich głębszych uczuć – nie tylko tych złych, jak nienawiść czy lęk, ale i dobrych. Czy o to właśnie nam chodzi ?

Oczywiście uważny czytelnik szybko zauważy, że wizja Lois Lowry ma wiele słabych punktów i miejscami, jak to się mówi, nie trzyma się kupy. Przykład pierwszy z brzegu – skoro nie wszyscy dorośli zakładają rodziny, to norma dwojga dzieci na rodzinę powoduje zmniejszanie się populacji, zamiast utrzymywać ją w niezmiennej liczebności. Te nieścisłości nie są jednak ważne, bo nie o refleksję nad tamtym światem chodzi. „Dawca” to książka, która pokazuje, dokąd może zaprowadzić pragnienie, aby życie uczynić jak najwygodniejszym. Świat Jonasza, mimo że teoretycznie oddalony od nas w czasie, niepokojąco przypomina podmiejskie osiedla w których żyje amerykańska (i nie tylko) klasa średnia, czyli model życia, do którego aspiruje spora część ludzkości. Żyje się w nich wygodnie i spokojnie, odsuwając poza pole swojego widzenia wszystko, co mogłoby wywoływać uczucie dyskomfortu. Jest tam miejsce tylko dla zdrowych, zamożnych, aktywnych zawodowo. Macierzyństwo to jedną z najmniej prestiżowych ról społecznych, a starość nie istnieje. Ludzie starzy usuwani są na margines życia, izolowani w specjalnych placówkach o nazwach równie eufemistycznych jak zwolnienie. Powinni tam dożyć dni swoich, ciesząc się z dobrej opiekę i komfortowych warunków. Pomału, krok za krokiem zbliżamy się do świata opisanego w tej książce. Przestaje dziwić dedykacja na pierwszej stronie, bo to jej dzisiejsi czytelnicy zdecydują, czy uczynimy krok następny.

No dobrze – ale kim jest tytułowy Dawca i jak jest jego rola w społeczności ? Tego nie wie nawet większość spośród jej członków. Wy macie szansę się dowiedzieć…

Lois Lowry „Dawca”, przekł.: Piotr Szymczak, wyd.: Media Rodzina, Poznań 2003

Lois Lowry „Dawca”, przekł.: Piotr Szymczak, wyd.: Galeria Książki, Kraków 2015

Wesoły Ryjek

Wesoły Ryjek

Wpis z 14 grudnia 2010 roku. Od tego czasu ukazało się jeszcze sześć części cyklu o Wesołym Ryjku (w tym cztery o porach roku), a niedawno premierę miał spektakl o nim w poznańskim Teatrze Animacji 🙂

Kiedy Pan Kuleczka wywędrował z „Dziecka” do książek, jego miejsce zajął król Jęzorek z żoną i bliźniakami. Opowiadania te ilustrowała Agnieszka Żelewska. Potem się pojawił (i jest do dziś) osobnik, który się nazywa Wesoły Ryjek. Bardzo lubię Wesołego Ryjka, bo z pogodą przyjmuje to, co niesie każdy dzień, a w dodatku codziennie czegoś się dowiaduje.

Mam nadzieję graniczącą z pewnością, że opowiadania o nim, również ilustrowane przez Agnieszkę Żelewską, ukażą się w wersji książkowej – powiedział mi jakiś czas temu pan Wojciech Widłak. I rzeczywiście – historie o Wesołym Ryjku ukazały się potem nakładem wydawnictwa Media Rodzina.

Ja również go polubiłam, choć na ogół nie gustuję (i mam tak od dzieciństwa 😉 ) w książkach antropomorfizujących, w których zwierzęta żyją jak ludzie, zachowują się jak ludzie i chodzą w ludzkich ubraniach. Kiedyś miałyśmy książkę „z okienkami” o gospodarstwie na wsi. Wszystkie zwierzęta były tam na swoim miejscu – z jednym wyjątkiem. Gospodarzami były świnki chodzące w ludzkich ubraniach – Orwell w czystej postaci 😉 Któraś z moich córek zapytała wtedy: Mamusiu, jeśli świnki mieszkają w domu i są gospodarzami, to kto mieszka w chlewiku ??? Zajrzałyśmy do chlewika, a tam… kozy 🙂

Wyjątek robię tylko dla postaci stworzonych przez Beatrix Potter. I od niedawna dla Wesołego Ryjka 🙂

Dzień dobry, nazywam się Wesoły Ryjek. Mam mamę, tatę, żółwia przytulankę, ogonek, no i ryjek. Wesoły. Myślę, że dlatego właśnie rodzice tak mnie nazwali – bo po prostu jestem Wesoły Ryjek.

Co prawda czasami się czymś martwię, tak jak chyba wszyscy. Ale jak sobie przypomnę, że nazywam się Wesoły Ryjek, to łatwiej mi znowu być wesołym. Tak sobie myślę, że może każdy powinien się nazywać Wesoły Ryjek ? Na świecie byłoby wtedy weselej. Ale z drugiej strony, gdyby każdy – mama, tata, ja i mój żółw przytulanka też – nazywał się Wesoły Ryjek, to zrobiłby się straszny bałagan. Na przykład listonosz w ogóle by nie wiedział, któremu Wesołemu Ryjkowi zanieść list, a wy nie wiedzielibyście, o którym Wesołym Ryjku jest ta książeczka…

Dziś dowiedziałem się, że każdy jest wyjątkowy i dlatego każdy ma wyjątkowe imię. A ja jestem zupełnie wyjątkowy ! Podobno na całym świecie nie ma drugiego takiego Wesołego Ryjka. Tak w każdym razie mówią mama i tata.

Przepraszam za ten przydługi cytat, ale znakomicie oddaje on charakter tej książeczki i jej bohaterów. Świat Wesołego Ryjka jest prosty – jak świat jego czytelników. W tej książce (i w tym świecie) są oprócz niego tylko mama, tata i żółw przytulanka, a ich życie toczy się w domu i ogródku. Ten mały świat jest jednak zupełnie wystarczający, żeby Ryjek codziennie dowiadywał się czegoś nowego – tak jak jego czytelnicy.

Wesoły Ryjek to po prostu zwykły kilkulatek – jak dzieci, dla których przeznaczona jest ta książka. Zwykły, ale równocześnie wyjątkowy, bo przecież na całym świecie nie ma drugiego takiego Wesołego Ryjka ! 🙂

Wojciech Widłak „Wesoły Ryjek”, ilustr.: Agnieszka Żelewska, wyd.: Media Rodzina, Poznań 2010

O dwunastu miesiącach. Bajka słowacka

O dwunastu miesiącach. Bajka słowacka

Wpis z 27 marca 2011 roku:

Wydawnictwo Media Rodzina upodobało sobie chyba szczególnie traumy mojego dzieciństwa 😉 Najpierw smutne wspomnienia obudziła we mnie „Królowa Śniegu”, a teraz baśń „O dwunastu miesiącach” przypomniała mi o pierwszej w moim życiu dwói za wypracowanie z polskiego. A było to, moi mili , w zamierzchłych czasach, kiedy dwójka nie była oceną pozytywną. O ile dobrze pamiętam, w całej karierze szkolnej, przytrafiło mi się to tylko dwa razy, u tej samej nauczycielki. Jedna jedyna polonistka na mojej drodze, z którą nadawałyśmy na zupełnie innych falach, więc w sumie nie było tak źle 😉

„O dwunastu miesiącach” to baśń słowacka, zamieszczona również we wznowionym niedawno przez wydawnictwo Media Rodzina kultowym zbiorze „Śpiewająca lipka”.

Była raz pewna matka, która miała dwie córki; jedną własną, a drugą pasierbicę. Swoją własną bardzo kochała, zaś pasierbicy, Maruszki, nie mogła ścierpieć, bo ta była o wiele ładniejsza niż jej Holena.

Maruszka nie zdawała sobie sprawy ze swojej urody, nie domyślała się więc, dlaczego macocha ja tak źle traktuje. Musiała wykonywać wszelką robotę: zamiatać izbę, gotować, prać, szyć, prząść, tkać, dbać o krowy. Holena natomiast tylko stroiła się i leniuchowała.

W tych starych baśniach wszystko jest tak, jak trzeba. Czarno – biało, bez żadnych odcieni szarości. Pozytywna bohaterka jest i śliczna, i sympatyczna, i dobra, i biedna, i ogólnie uciśniona, natomiast negatywna – wręcz przeciwnie. Dobro zawsze zostaje nagrodzone (w tym przypadku Maruszka została panią na gospodarstwie), a zło oczywiście ukarane. I nie jest to kara symboliczna, żadna tam nauczka – macocha z Holeną zamarzają w górach i jest to wyrok bez apelacji, nikt się za nimi nie próbuje wstawić.

Kiedy pierwszy raz wzięłam tę książkę do ręki i przeczytałam tytuł – przypomniałam sobie o tym nieszczęsnym wypracowaniu. Na szczęście nie trwało to długo, bo zaraz zajęły mnie ilustracje Pawła Pawlaka i traumy odeszły na plan dalszy. Szczególnie urzekły mnie tam fiołki, poziomki i jabłka. Jak to się robi ??? Takie maciuciupusieńkie (szczególnie fiolki), a wyglądają zupełnie jak prawdziwe. Niemal czuje się ich zapach i ma się ochotę spróbować (szczególnie poziomek). Przyznam się Wam, że na widok tych ilustracji owładnęły mną uczucia niechrześcijańskie. Nie będę owijać w bawełnę – to była po prostu zazdrość.

Dlaczego ja nie umiem tak rysować ??? 😦

„O dwunastu miesiącach. Bajka słowacka”, przekład i opracowanie: Ligia Jasnosz, ilustr.: Paweł Pawlak, wyd.: Media Rodzina, Poznań 2009

Królowa śniegu

Królowa śniegu

Gwoli uczczenia wczorajszego, być może jedynego tej zimy, opadu śniegu, przypominam wpis z 14 marca 2011 roku. W ramach kategorii książki mojego dzieciństwa, ta powinna należeć do podkategorii jego koszmarów 😉 Urok tej baśni odkryłam dopiero w wieku dorosłym.

Z „Królową Śniegu” wiąże się wspomnienie jednej z największych traum mojego dzieciństwa. Miałam wtedy chyba pięć lat, była Wigilia. Moi rodzice zajęci przygotowaniami skorzystali z tego, że w telewizji leciała właśnie ekranizacja tej baśni, i posadzili mnie przed telewizorem, żebym im się nie plątała pod nogami. W tych czasach filmów dla dzieci nie było tak dużo – wychowywałam się przede wszystkim na Gąsce Balbince na zmianę z Jackiem i Agatką. Film zrobił na mnie ogromne wrażenie. Do dziś pamiętam niektóre sceny, szczególnie tę z Małą Rozbójniczką przykładającą nóż do szyi rena. Pamiętam samotność Grety. I ogromny smutek tego filmu, taki nie do udźwignięcia…

Wpadłam niemal w histerię, płacz nie do utulenia, któremu nie zaradziło nawet przedwczesne ujawnienie prezentu – pluszowego Szarika. Nigdy nie polubiłam tej maskotki. Zawsze, kiedy patrzyłam na tego (sympatycznego przecież) psiaka, przypominał mi się tamten wieczór i tamten płacz. Została mi po tej przygodzie pewna ostrożność w kontaktach z twórczością Andersena i świadomość, że nie wszystko, co napisał, nadaje się dla małych dzieci.

Z okazji przypadającej w 2005 roku dwusetnej rocznicy urodzin pisarza wydawnictwo Media Rodzina przygotowało nowe wydanie tych baśni – w nowym przekładzie Bogusławy Sochańskiej (po raz pierwszy bezpośrednio z oryginału duńskiego) i z nowymi ilustracjami. Ukazały się wtedy dwa duże wydania „Baśni” – trzytomowe, ilustrowane wycinankami samego Andersena oraz jednotomowe, z akwarelowymi ilustracjami duńskiego grafika Flemminga B. Jeppsena.

Oprócz tego wydano już sześć pojedynczych baśni w serii „Mistrzowie klasyki dziecięcej” – z ilustracjami najlepszych polskich ilustratorów (oraz z płytkami, na których czyta je Jerzy Stuhr). Jest wśród nich także „Księżniczka na ziarnku grochu” uszyta przez Ewę Kozyrę – Pawlak.

Nie wiem, jak to było w przypadku Duńczyka Flemminga B. Jeppsena, ale jestem pewna, ze polscy ilustratorzy zaproszeni do tej pracy, mieli zadanie bardzo trudne. I oni, i niemal wszyscy bez wyjątku dorośli, którzy mogliby te książki dzieciom kupić, i ja oczywiście też – należymy do pokoleń wychowanych na ilustracjach Jana Marcina Szancera. To on prawie niepodzielnie, mimo że przecież były też inne wydania tych baśni, władał naszą wyobraźnią w andersenowskim świecie.

Oderwać się od wizji Mistrza, od tych sań, na których przed laty wjechała do naszej wyobraźni Królowa Śniegu i stworzyć coś własnego, co w dodatku trafi do odbiorców również na Szancerze wychowanych – zadanie trudne, ale Elżbieta Wasiuczyńska poradziła sobie znakomicie.

Tylko proszę Was – rozważnie ! To naprawdę nie jest bajka dla maluchów !!!

ilustrację pożyczyłam z bloga Elżbiety Wasiuczyńskiej – zajrzyjcie tam, warto przeczytać, co napisała o swojej pracy nad tą książką
http://wasiuczynska.blogspot.com/2015/03/krolowa-sniegu.html

H. Ch. Andersen „Królowa Śniegu” (seria: Mistrzowie Klasyki Dziecięcej), przekł.: Bogusława Sochańska, ilustr.: Elżbieta Wasiuczyńska, wyd.: Media Rodzina, Poznań 2009

Walizka Hany

Walizka Hany

Wpis z 17 marca 2006 roku, siódma książka, która stanęła wtedy na półkach Małego Pokoju. Od tego czasu Najstarsza z córek zdążyła już nie tylko skończyć studia, ale też zacząć doktorat.

Za kilka dni, w 75 rocznicę wyzwolenia obozu w Auschwitz świat obchodzić będzie Dzień Pamięci o Ofiarach Holokaustu. Hana Brady była jedną z nich.

W podręczniku do historii dla klasy szóstej, z którego uczy się Najstarsza z moich córek, temat Holokaustu zajmuje pół strony (plus trzy malutkie zdjęcia). Można tam przeczytać między innymi, że hitlerowcy wybudowali na ziemiach polskich obozy zagłady i tam zwozili Żydów z całej Europy. Większość z nich, kilka milionów osób, zginęła w komorach gazowych. Suche fakty. Kilka milionów – to znaczy ile ? Trzy, cztery a może pięć ? Parę tysięcy mniej czy więcej – jakie to ma znaczenie ? Niewyobrażalny, anonimowy tłum bez twarzy, któremu trudno współczuć.

“Walizka Hany” to książka opisująca autentyczne losy żydowskiej dziewczynki z Czech. Szczęśliwe, spokojne i pełne miłości dzieciństwo przed wojną oraz koszmar późniejszych wydarzeń zakończonych zamknięciem się drzwi komory gazowej. Jest to równocześnie współczesna opowieść o swoistym śledztwie, jakie na temat Hany Brady przeprowadziła Fumiko Ishioka – dyrektor Tokijskiego Edukacyjno – Badawczego Centrum Historii Holokaustu. Placówka ta powstała, aby wśród młodych Japończyków szerzyć wiedzę o tych wydarzeniach, które miały miejsce w czasie, gdy Japonia była sojusznikiem hitlerowskich Niemiec.

Na początku była tylko otrzymana z Muzeum w Oświęcimiu walizka, z którą Hana przyjechała do obozu. Oprócz imienia, nazwiska i daty urodzenia było tam jedynie niemieckie słowo Weisenkind (sierota). Dzieci odwiedzające Centrum chciały dowiedzieć się, kim była Hana i co się z nią stało. Fumiko Ishioka rozpoczęła poszukiwania, które doprowadziły ją do Theresienstadt czyli Teresina w Czechach i do Oświęcimia. Udało jej się odnaleźć w Kanadzie brata Hany – Georga, jedynego z rodziny, któremu udało się przeżyć.

Historia Hany to opowieść o tym, co wojna zrobiła z życiem zwykłej dziewczynki. Dziewczynka ta z dnia na dzień przestała być zwykła, a stała się szczególna, bo razem z bratem byli w swoim małym miasteczku jedynymi dziećmi żydowskimi. Byli więc zarazem jedynymi dziećmi, którym nie wolno było chodzić do szkoły, kina czy parku. Odebrano jej też ukochaną jazdę na łyżwach i była to pierwsza z wielu rzeczy, które straciła.

Następnie ta dziewczynka została naznaczona, bo jako jedyna spośród koleżanek musiała nosić opaskę z Gwiazdą Dawida.

Najpierw straciła koleżanki i całe swoje dotychczasowe życie, a potem Mamę, Tatę i brata. Została sama – we wzorcowym getcie w Theresienstadt, samotna wobec głodu, strachu i niepewności dalszego losu. Do obozu w Auschwitz jechała z nadzieją, że spotka tam najbliższych. Niestety, nie było jej to dane. W trzy miesiące po jej śmierci obóz został wyzwolony, ale doczekał tego już tylko jej brat.

Jest w tej opowieści dużo smutku, ale jest też nadzieja, że mimo wszystko uda jej się przeżyć – nadzieja, która towarzyszyła Hanie do końca. Nie ma tam natomiast koszmarnych opisów śmierci, głodu, okrucieństwa i ludzkiej podłości, jakich wiele można by przy tej okazji przytoczyć.

Ta książka to próba opowiedzenia o tamtych czasach w sposób zrozumiały dla dzieci… no właśnie – w jakim wieku ? Wydaje mi się, że odpowiedni czas na tę lekturę przychodzi wtedy, gdy dziecko wie już trochę o historii. Wie, że wojny na świecie były i są. Wie, że są wśród ludzi tacy, którzy zdolni są nienawidzić innych za ich odmienność (często urojoną). Wie też, że wojna była również u nas, słyszało co nieco o wojennych losach swojej rodziny. Kiedy ja byłam w wieku moich córek, ta tematyka była codziennością – stale obecna we wspomnieniach rodziców i dziadków. Filmy i książki wojenne dla dzieci, na których się wychowałam, dziś nie wydają mi się już odpowiednie. Najczęściej pokazują wojnę jako świetną przygodę albo zakłamują fakty historyczne (lub co gorsza – i jedno i drugie).

“Walizka Hany” opowiada tylko część prawdy o Holokauście – tę część, która stała się udziałem jednej dziewczynki. Całej prawdy nie da się zawrzeć w jednej książce, nie jest ona również możliwa do udźwignięcia dla dziecka. Myślę jednak, że może to być dobry wstęp do zrozumienia tych spraw, bo dzięki niej choć jedna pozycja na długiej liście ofiar zyskuje twarz i przestaje być anonimowa.

Hana Brady była tylko o trzy dni młodsza od mojej Mamy, Babci moich córek. Kim byłaby, gdyby nie wojna ?

Karen Levine “Walizka Hany. Historia prawdziwa”, przekł. Renata Kopczewska, wyd.: Media Rodzina, Poznań 2005

Raz na zawsze

Raz na zawsze

Wpis z 7 marca 2010 roku. Przypomniałam sobie dziś o tej książce, bo jej akcja zaczyna się właśnie w Boże Narodzenie, choć zdecydowanie nie można zaliczyć jej do książek świątecznych.

Wiesz ? Im więcej książek Jacqueline Wilson czytam, tym bardziej doceniam to, że mam taki fajny, normalny dom – powiedziała mi kiedyś (obecnie trzynastoletnia) Środkowa z moich córek. Rzeczywiście – na tle rodzin opisywanych przez jej ulubioną pisarkę nasza jest wyjątkowo zwyczajna 😉 Właściwie tylko bohater Na krawędzi miał taki zwykły dom, ale tam akurat nie o dom i rodzinę chodziło. O ! I jeszcze w „Urodzinach Daisy” była pełna rodzina, a jej niezwyczajność polegała na posiadaniu niepełnosprawnego dziecka.

Im dalej tym było trudniej – bohaterowie Jacqueline Wilson to dzieci, które nie mają domów dających im poczucie bezpieczeństwa i nie mają dorosłych, w których mogą znaleźć oparcie. Przeciwnie – bardzo często to oni muszą być oparciem dla swoich rodziców. Dorośli w tych książkach dalecy są od ideałów. Nie bardzo radzą sobie ze swoim życiem, nie potrafią stworzyć stabilnych związków, nie mają pracy, która dawałaby im satysfakcję i pieniądze. Właściwie jedyne, co im się w życiu udało, to dzieci. Aż chciałoby się zapytać, czy w ogóle na nie zasłużyli ?

Myślałam, że to będzie najpiękniejsza Gwiazdka pod słońcem. Obudziłam się bardzo wcześnie rano i usiadłam ostrożnie, żeby nie poruszyć łóżka. Nie chciałam budzić Vity ani Maxiego. Ta chwila miała być tylko dla mnie.

To była piękna Gwiazdka – wspaniałe prezenty, długie przytulanie się w łóżku z rodzicami, smakołyki na świąteczny obiad. I być może byłaby to najpiękniejsza Gwiazdka pod słońcem, gdyby Em nie usłyszała przypadkiem telefonicznej rozmowy Taty: Ja też strasznie za tobą tęsknię, ale nie mogę się wywinąć z tej Gwiazdki, to bardzo ważne dla Julie i dzieci. (…) Ale niedługo im powiem. Nie mogę już dłużej tu mieszkać. Oszaleję. Tak bardzo chcę być z tobą, maleńka. Zostawię ich, przysięgam. Do kogo to mówił ???

Od tej chwili nic już nie było jak dawniej. Tata wyprowadził się z domu, zamieszkał z inną kobietą. Dzieci zostały z Mamą, rozdarte między tęsknotą do jednego a lojalnością wobec drugiego z nich. Em była w sytuacji szczególniej. Po pierwsze – czuła się współodpowiedzialna za całą sytuację. W końcu to ona przypadkiem usłyszała rozmowę Taty, a to było kamyczkiem, który uruchomił lawinę zdarzeń. Po drugie – była najstarsza z rodzeństwa, więc to od niej oczekiwano opieki nad młodszym rodzeństwem. Po trzecie – w przeciwieństwie do pozostałej dwójki nie była biologiczną córką Taty. Kiedy pojawił się w życiu jej Mamy, pokochała go bardzo mocno. On też traktował ją jak swoją własną córkę. Czy z tego powodu było jej łatwiej czy trudniej ?

Sięgnęłam po tę książkę z myślą o pewnej imienniczce i prawie dokładnej rówieśniczce Najmłodszej z moich córek, która właśnie znalazła się w takiej samej sytuacji jak Em. Też ma dwoje młodszego rodzeństwa, a jej Tata właśnie się wyprowadził z domu. Czy jest to dla niej odpowiednia lektura ? Nie wiem…

Każda rodzina jest inna, każdy rozwód jest inny. W każdym związku inaczej wyglądają kulisy rozstania i inny jest stosunek rodziców do dzieci i do siebie nawzajem. W dodatku w tej książce mamy zakończenie, które sugeruje happy end, o jakim marzą wszystkie dzieci w takiej sytuacji. Czy dla dziecka przeżywającego rozstanie rodziców taka lektura będzie pomocą (bo nie tylko ono jest w takiej sytuacji) czy raczej sypaniem soli na otwarte rany ? Nie wiem. Nie potrafię sobie wyobrazić tego, co takie dziecko przeżywa, kiedy wali się cały jego dotychczasowy świat.

Świat, którego filarami byli Mama i Tata.

Razem. Nie osobno.

Jacqueline Wilson „Raz na zawsze”, przekł.: Małgorzata Hesko – Kołodzińska, ilustr.: Nick Sharratt, wyd.: Media Rodzina, Poznań 2009

P.S.

Temat dziecko a rozwód rodziców pojawia się też w „Dziewczynce z walizkami” . Tam bohaterka jest już na kolejnym etapie życia – bez szansy na ponowne zejście się rodziców, bo założyli już nowe rodziny.

Podwójna rola

Podwójna rola

Wpis z 27 czerwca 2007 roku :

Kiedy buszowałyśmy z Najstarszą z córek po jednej z londyńskich księgarni wpadła mi w ręce książka „The Twins at St. Clare’s” Enid Blython. Nazwisko autorki z niczym mi się nie kojarzyło (a jej imię na okładce odczytałam początkowo jako Guid 😉 ), ale tytuł – „Bliźniaczki od Św. Klary” brzmiał dziwnie znajomo. Nagle olśnienie – to przecież jest ta książka, w ekranizacji której chciały zagrać Ruby i Garet z „Podwójnej roli” !!! No, może chciały to za dużo powiedziane – chciała Ruby, a Garet jak zawsze jej się podporządkowała.

Jak to jest – być jednym z bliźniąt ? Jak to jest, kiedy przez całe życie towarzyszy Ci Twoja wierna kopia, Twoje lustrzane odbicie ? Czy być bliźniaczkami to tak, jakby się było jedną osobą, tylko dwa razy lepszą od innych ? A może jednak ma to swoje złe strony ? Na przykład: czasami chciałoby się mieć spokój w samotności. Nie musieć stale rozmawiać, wymyślać zabaw i słuchać sekretów. Po prostu być sobą. A nie częścią kogoś innego. Sobą.

Z zewnątrz wyglądają tak samo, ale w środku są jednak różne. Przez dziesięć lat Ruby i Garet tworzyły podwójną jedność – były samowystarczalne, miały własny język na własne potrzeby, a do osób trzecich mówiły jednym głosem. Teraz w ich życiu wiele się zmieniło – Tata po kilku latach wdowieństwa związał się z Rose. Potem stracił dotychczasową pracę w biurze i zdecydował się na wyjazd do małej miejscowości, aby tam prowadzić księgarnię – oczywiście z Rose, Ruby i Garet. Babcia (mama Mamy), która dotychczas mieszkała z nimi i opiekowała się dziewczynkami, przeniosła się do domu spokojnej starości.

Nagle okazało się, że wobec tych zmian dziewczynki przestały zachowywać się jednakowo. Garet z coraz większymi oporami zgadzała się na pomysły starszej o 20 minut Ruby, choć przecież tak było dotychczas zawsze. Czy będą potrafiły zachować tę specyficzną więź, jaka je łączy, jeśli każda z nich zacznie szukać swojej własnej drogi w życiu ?

„Podwójna rola” była chyba pierwszą z książek Jacqueline Wilson, jaka pojawiła się w naszym domu. Napisana jest w formie wspólnego pamiętnika – dwugłosu obu dziewczynek, a czarno- białe ilustracje Nicka Sharratta i Sue Heap robią wrażenie rysuneczków nabazgranych przez nie na marginesach. Czytałyśmy ją ze Środkową z córek najpierw w systemie trochę Ty, trochę ja – tzn. zaczęłam i przeczytałam jej pierwszy wpis Ruby, a ona (po cichu) to, co dopisała Garet i tak na zmianę 😉 Z czasem Garet zaczęła się rozpisywać coraz szerzej i Środkowa trochę się buntowała, ale perypetie obu dziewczynek wciągnęły ją. Teraz mogę powiedzieć, że była jedna z pierwszych książek przeczytanych przez nią z przyjemnością (choć tylko połowicznie 😉 ).

Jacqueline Wilson „Podwójna rola”, przekł.: Jolanta Kozak, ilustr.: Nick Sharratt, Sue Heap, wyd.: Media Rodzina, Poznań 2002

Kraina smoków czyli Smoczy jeździec

Kraina smoków czyli Smoczy jeździec

Edit grudzień 2020: „Smoczy jeżdziec” Cornelii Funke został zekranizowany i książka ukazała się pod nowym, filmowym tytułem i z nową, filmową okładką. Przekład na szczęście pozostał ten sam 🙂

Wpis z 4 grudnia 2007 roku:

„Smoczy jeździec” był trzecią po  ”Atramentowym sercu” i „Królu złodziei” książką Cornelii Funke, która ukazała się w Polsce. Tamte dwie bardzo się spodobały się Najstarszej z córek, więc czekała na nią niecierpliwie. Żeby ją dostać na Mikołajki dwa lata temu, musiałam urządzić niemal polowanie z nagonką, ale udało się ! I tu niestety nastąpiło rozczarowanie 😦 Okazało się, że jest ona adresowana do czytelnika zdecydowanie młodszego, więc nie bardzo przypadła Najstarszej (wówczas trzynastoletniej) do gustu. Za to dwaj znajomi, niespełna dziesięcioletni chłopcy byli nią zachwyceni.

Nauczona tym doświadczeniem zabrałam „Smoczego jeźdźca” na zeszłoroczne wakacje i zaczęłam czytać Najmłodszej – podówczas sześcioipółletniej. Tym razem książka odniosła zasłużony sukces 🙂 Wystarczyło nam czytania na całe dwutygodniowe wczasy – w końcu to ponad 400 stron. Po jakimś czasie wróciłyśmy do niej, a dziś skończyłyśmy czytanie trzecie 🙂

„Smoczy jeździec” to powieść drogi. Razem ze srebrnym smokiem Lungiem, koboldką Siarczynką i chłopcem Benem odbywamy podróż ze Szkocji w Himalaje w poszukiwaniu Skraju Nieba – mitycznej ojczyzny smoków i miejsca, gdzie będą mogły ukryć się przed wszechobecnymi ludźmi. Jest to podróż przez świat, jakiego istnienia nawet się nie domyślamy. Wędrowcy musieli unikać ludzi (gdyby było inaczej pewnie nie dotarliby do celu), za to spotkali wiele baśniowych stworzeń – mniej i bardziej sympatycznych. Bazyliszek, Dżin o Tysiącu Oczu, Wąż morski – to tylko nieliczne z nich (że o gadającym szczurze – kartografie i jego kuzynce pilotce nie wspomnę 😉 ).

„Smoczy jeździec” to opowieść o przyjaźni, lojalności i współpracy. Tylko dzięki nim wędrowcom udało się nie tylko odnaleźć Skraj Nieba, ale również pokonać Parzymorta Złotego – odwiecznego wroga smoków.

Złoto będzie mniej warte niż srebro, gdy powróci Smoczy Jeździec– tak głosiła przepowiednia powtarzana w legendach i tak się stało. – Ale to nie opowieści go pokonały – powiedział Ben.   – Prawda, my to zrobiliśmy – krzyknęła Siarczynka, rozkładając szeroko ramiona. – My wszyscy razem. Koboldy, smoki, człowiek, homunkulus, krasnal i szczur. Niezła z nas mieszanka rozpuszczająca !

Smoczy jeździec” to także opowieść o przeznaczeniu – to co nam jest pisane, wydarzy się, jeśli tylko odważymy się podążyć za jego głosem, nawet gdyby wydawało się to nierozsądne. Jeśli Ben zachowywałby się rozsądnie, to uciekłby ze starego spichrza w którym spotkał Lunga i Siarczynkę, a juz na pewno nie wsiadłby na smoka i nie wyruszył w podróż w nieznane. Gdyby zachował się rozsądnie… nie dowiedziałby się, że jest Smoczym Jeźdźcem, nie zyskałby dozgonnej przyjaźni homunkulusa i nie znalazłby rodziny.

Czasem w życiu warto zaryzykować – ale czy naprawdę było warto, wiedzieć będziemy dopiero wtedy, kiedy to zrobimy 😉

Cornelia Funke „Smoczy jeździec” (ilustrowała Autorka), przekł.: Anna i Miłosz Urban, wyd.: Media Rodzina, Poznań 2005

Cornelia Funke „Kraina smoków” , przekł.: Anna i Miłosz Urban, wyd.: Poradnia K, Warszawa 2020

Opowieść wigilijna

Opowieść wigilijna

Wpis z 18 grudnia 2006 roku i najwyższa pora go przypomnieć, bo „Opowieść wigilijna” jest lekturą obowiązkową w klasach VII – VIII i pewnie zaraz będzie po nią sięgać kolejny rocznik uczniów.

Więc pamiętajcie – jak „Opowieść wigilijna” to tylko w tym wydaniu !!!

Jako, że Święta już naprawdę niedługo – Najstarsza z córek zaczęła omawiać w szkole „Opowieść wigilijną”. Czekałyśmy w napięciu, czy wydawnictwo „Media Rodzina” zdąży na czas z wydaniem jej w nowym przekładzie Andrzeja Polkowskiego. Udało się !!!

Nie będę się tutaj zajmować treścią tej książki, bo wszyscy ją znają – przynajmniej z grubsza 😉 Jeśli nawet ktoś jej nie czytał, to prawie na pewno widział którąś z licznych ekranizacji wyświetlanych co roku w telewizji.

Jest kilka nader znaczących szczegółów odróżniających tę „Opowieść wigilijną” od innych wydań, które można obecnie kupić. Po pierwsze – zawiera ona tylko oryginalny tekst, bez opracowania i omówienia. Po drugie – czyta się ją z przyjemnością. Przeglądałam wcześniej jedno z takich wydań z opracowaniem i było przetłumaczone językiem tak topornym, że jego lektura wymagała samozaparcia, jakiego trudno się spodziewać po gimnazjalistach. Po trzecie wreszcie – jest wydana niezwykle starannie i pięknie zilustrowana przez Aleksandrę Kucharską – Cybuch, której kreskę znamy już z  ”Bajki o szczęściu”.

Przyzwyczajeni jesteśmy do tego, że książki z obrazkami przeznaczone są dla najmłodszych czytelników, ale to nie jest książka dla dzieci !!! Zresztą Dickens nie pisał jej dla nich. Nie ma w niej nic z tego, czego oczekujemy od lektur, mających nas wprowadzić w świąteczną atmosferę – mało jest w niej ciepła i tzw. klimatów rodzinnych, za to sporo horroru, szczególnie na początku. Ilustracje Aleksandry Kucharskiej – Cybuch też nie są ciepłe i przytulne. Jest w nich wiktoriańska surowość, doskonale korespondująca z niewesołą przecież treścią, ale w miarę zbliżania do happy endu nabierają nieco łagodności.

Mimo urody języka i ilustracji nie jest to lektura łatwa dla współczesnych nastolatków. Nie zaczyna się jak film Hitchcocka od trzęsienia ziemi, po którym napięcie powinno rosnąć. Wręcz przeciwnie – po pierwszym podejściu do czytania Najstarsza stwierdziła, z lekka zdegustowana: Dwie pierwsze strony poświęcone wyłącznie temu, że Marley NAPRAWDĘ umarł. Pamiętam, że w czasach szkolnych, kiedy sama miałam problem z lekturą jakiejś lektury 😉 , szłam do Mamy z prośbą, żeby mi ją poczytała na głos. Mama zaczynała, a potem już jakoś szło. W tym przypadku pomoc „osób trzecich” nie będzie potrzebna – do książki dołączona jest płyta, na której pierwszą jej część czyta Zbigniew Zapasiewicz. Potem już jakoś pójdzie 😉

Osobnikom szczególnie opornym można zaproponować pełne wydanie audio. Zdecydowanie lepiej jest wysłuchać tej jakże budującej historii nawróconego grzesznika w interpretacji znakomitego aktora, niż ograniczyć się do lektury streszczenia lub obejrzenia filmu.

Charles Dickens „Opowieść wigilijna”, przekł.: Andrzej Polkowski, ilustr.: Aleksandra Kucharska – Cybuch, wyd.: Media Rodzina, Poznań 2006

Charles Dickens „Opowieść wigilijna”, przekł.: Andrzej Polkowski, wydanie audio – mp3, czyta: Zbigniew Zapasiewicz, wyd.: Media Rodzina, Poznań 2017