Dawca

Dawca

Lois Lowry napisała „Dawcę” w 1993 roku. Nie wiem, czy od razu miała pomysł na cały cykl, bo następna część – „Skrawki błękitu” ukazała się dopiero siedem lat później. W 2004 roku wydano „Posłańca”, a w 2012 „Syna”, który tworzy z trzech poprzednich części całość, domykając i łącząc zaczęte w nich historie.

Po polsku „Dawca” ukazał się po raz pierwszy w 2003 roku, natomiast pozostałe części doczekały się przekładu dopiero w 2014 i 2015 roku, zaraz po tym, jak do kin trafiła jego ekranizacja. Nie widziałam tego filmu, ale moje córki, które bardzo lubiły tę książkę, były nim rozczarowane i to mi wystarczy. Nad jego tytułem, który zawiera spoiler, spuśćmy zasłonę milczenia 😦

„Dawca” to książka, która moim zdaniem wcale nie potrzebuje kontynuacji. Zakończenie jest otwarte i możemy sobie domyślić różne końce tej historii. Dziś przypominam, co pisałam o niej 13 listopada 2006 roku, a o kolejnych tomach cyklu napiszę… być może… kiedyś 😉

Wszystkim dzieciom, którym powierzamy przyszłość…

Na ogół nie zwracam uwagi na dedykacje umieszczane na początku książek, bo zwykle autorzy załatwiają przy ich pomocy prywatne, pozaksiążkowe zobowiązania. Pierwszy raz spotkałam się jednak z sytuacją, gdy książkę zadedykowano po prostu jej własnym czytelnikom.

Niedługo Święta i znowu wszyscy wszystkim będą życzyć zdrowia, szczęścia, pomyślności, często dodając jeszcze i spokoju, przede wszystkim spokoju. Ostrożnie z tymi życzeniami, bo podobno jak Pan Bóg chce człowieka pokarać, to spełnia jego modlitwy. Jonasz, bohater „Dawcy” żyje właśnie w świecie, w którym ziściły się wszystkie takie życzenia. Nie ma w nim chorób, cierpienia, bólu, ba – nie zdarza się nawet zła pogoda. Każdy członek społeczności wie, że wszystkie jego potrzeby będą zaspokojone, nie grozi mu żaden niedostatek, lęk, ani samotność. W odpowiednim wieku otrzyma Przydział i pozna swoją dorosłą rolę w społeczności, a będzie ona idealnie dopasowana do jego możliwości i zainteresowań. Potem założy komórkę rodzinną, wychowa parkę dzieci i będzie żyć spokojnie, aż do momentu eufemistycznie nazywanego zwolnieniem. Życie uporządkowane, przewidywalne i bezbolesne, bez klęsk żywiołowych, chorób, przestępstw i wojen. W zamian za to – rezygnacja z samodzielnego myślenia, z tradycji (tej bliższej – rodzinnej i tej ogólnoludzkiej), z książek i muzyki oraz ze wszystkich głębszych uczuć – nie tylko tych złych, jak nienawiść czy lęk, ale i dobrych. Czy o to właśnie nam chodzi ?

Oczywiście uważny czytelnik szybko zauważy, że wizja Lois Lowry ma wiele słabych punktów i miejscami, jak to się mówi, nie trzyma się kupy. Przykład pierwszy z brzegu – skoro nie wszyscy dorośli zakładają rodziny, to norma dwojga dzieci na rodzinę powoduje zmniejszanie się populacji, zamiast utrzymywać ją w niezmiennej liczebności. Te nieścisłości nie są jednak ważne, bo nie o refleksję nad tamtym światem chodzi. „Dawca” to książka, która pokazuje, dokąd może zaprowadzić pragnienie, aby życie uczynić jak najwygodniejszym. Świat Jonasza, mimo że teoretycznie oddalony od nas w czasie, niepokojąco przypomina podmiejskie osiedla w których żyje amerykańska (i nie tylko) klasa średnia, czyli model życia, do którego aspiruje spora część ludzkości. Żyje się w nich wygodnie i spokojnie, odsuwając poza pole swojego widzenia wszystko, co mogłoby wywoływać uczucie dyskomfortu. Jest tam miejsce tylko dla zdrowych, zamożnych, aktywnych zawodowo. Macierzyństwo to jedną z najmniej prestiżowych ról społecznych, a starość nie istnieje. Ludzie starzy usuwani są na margines życia, izolowani w specjalnych placówkach o nazwach równie eufemistycznych jak zwolnienie. Powinni tam dożyć dni swoich, ciesząc się z dobrej opiekę i komfortowych warunków. Pomału, krok za krokiem zbliżamy się do świata opisanego w tej książce. Przestaje dziwić dedykacja na pierwszej stronie, bo to jej dzisiejsi czytelnicy zdecydują, czy uczynimy krok następny.

No dobrze – ale kim jest tytułowy Dawca i jak jest jego rola w społeczności ? Tego nie wie nawet większość spośród jej członków. Wy macie szansę się dowiedzieć…

Lois Lowry „Dawca”, przekł.: Piotr Szymczak, wyd.: Media Rodzina, Poznań 2003

Lois Lowry „Dawca”, przekł.: Piotr Szymczak, wyd.: Galeria Książki, Kraków 2015

Wesoły Ryjek

Wesoły Ryjek

Wpis z 14 grudnia 2010 roku. Od tego czasu ukazało się jeszcze sześć części cyklu o Wesołym Ryjku (w tym cztery o porach roku), a niedawno premierę miał spektakl o nim w poznańskim Teatrze Animacji 🙂

Kiedy Pan Kuleczka wywędrował z „Dziecka” do książek, jego miejsce zajął król Jęzorek z żoną i bliźniakami. Opowiadania te ilustrowała Agnieszka Żelewska. Potem się pojawił (i jest do dziś) osobnik, który się nazywa Wesoły Ryjek. Bardzo lubię Wesołego Ryjka, bo z pogodą przyjmuje to, co niesie każdy dzień, a w dodatku codziennie czegoś się dowiaduje.

Mam nadzieję graniczącą z pewnością, że opowiadania o nim, również ilustrowane przez Agnieszkę Żelewską, ukażą się w wersji książkowej – powiedział mi jakiś czas temu pan Wojciech Widłak. I rzeczywiście – historie o Wesołym Ryjku ukazały się potem nakładem wydawnictwa Media Rodzina.

Ja również go polubiłam, choć na ogół nie gustuję (i mam tak od dzieciństwa 😉 ) w książkach antropomorfizujących, w których zwierzęta żyją jak ludzie, zachowują się jak ludzie i chodzą w ludzkich ubraniach. Kiedyś miałyśmy książkę „z okienkami” o gospodarstwie na wsi. Wszystkie zwierzęta były tam na swoim miejscu – z jednym wyjątkiem. Gospodarzami były świnki chodzące w ludzkich ubraniach – Orwell w czystej postaci 😉 Któraś z moich córek zapytała wtedy: Mamusiu, jeśli świnki mieszkają w domu i są gospodarzami, to kto mieszka w chlewiku ??? Zajrzałyśmy do chlewika, a tam… kozy 🙂

Wyjątek robię tylko dla postaci stworzonych przez Beatrix Potter. I od niedawna dla Wesołego Ryjka 🙂

Dzień dobry, nazywam się Wesoły Ryjek. Mam mamę, tatę, żółwia przytulankę, ogonek, no i ryjek. Wesoły. Myślę, że dlatego właśnie rodzice tak mnie nazwali – bo po prostu jestem Wesoły Ryjek.

Co prawda czasami się czymś martwię, tak jak chyba wszyscy. Ale jak sobie przypomnę, że nazywam się Wesoły Ryjek, to łatwiej mi znowu być wesołym. Tak sobie myślę, że może każdy powinien się nazywać Wesoły Ryjek ? Na świecie byłoby wtedy weselej. Ale z drugiej strony, gdyby każdy – mama, tata, ja i mój żółw przytulanka też – nazywał się Wesoły Ryjek, to zrobiłby się straszny bałagan. Na przykład listonosz w ogóle by nie wiedział, któremu Wesołemu Ryjkowi zanieść list, a wy nie wiedzielibyście, o którym Wesołym Ryjku jest ta książeczka…

Dziś dowiedziałem się, że każdy jest wyjątkowy i dlatego każdy ma wyjątkowe imię. A ja jestem zupełnie wyjątkowy ! Podobno na całym świecie nie ma drugiego takiego Wesołego Ryjka. Tak w każdym razie mówią mama i tata.

Przepraszam za ten przydługi cytat, ale znakomicie oddaje on charakter tej książeczki i jej bohaterów. Świat Wesołego Ryjka jest prosty – jak świat jego czytelników. W tej książce (i w tym świecie) są oprócz niego tylko mama, tata i żółw przytulanka, a ich życie toczy się w domu i ogródku. Ten mały świat jest jednak zupełnie wystarczający, żeby Ryjek codziennie dowiadywał się czegoś nowego – tak jak jego czytelnicy.

Wesoły Ryjek to po prostu zwykły kilkulatek – jak dzieci, dla których przeznaczona jest ta książka. Zwykły, ale równocześnie wyjątkowy, bo przecież na całym świecie nie ma drugiego takiego Wesołego Ryjka ! 🙂

Wojciech Widłak „Wesoły Ryjek”, ilustr.: Agnieszka Żelewska, wyd.: Media Rodzina, Poznań 2010

O dwunastu miesiącach. Bajka słowacka

O dwunastu miesiącach. Bajka słowacka

Wpis z 27 marca 2011 roku:

Wydawnictwo Media Rodzina upodobało sobie chyba szczególnie traumy mojego dzieciństwa 😉 Najpierw smutne wspomnienia obudziła we mnie „Królowa Śniegu”, a teraz baśń „O dwunastu miesiącach” przypomniała mi o pierwszej w moim życiu dwói za wypracowanie z polskiego. A było to, moi mili , w zamierzchłych czasach, kiedy dwójka nie była oceną pozytywną. O ile dobrze pamiętam, w całej karierze szkolnej, przytrafiło mi się to tylko dwa razy, u tej samej nauczycielki. Jedna jedyna polonistka na mojej drodze, z którą nadawałyśmy na zupełnie innych falach, więc w sumie nie było tak źle 😉

„O dwunastu miesiącach” to baśń słowacka, zamieszczona również we wznowionym niedawno przez wydawnictwo Media Rodzina kultowym zbiorze „Śpiewająca lipka”.

Była raz pewna matka, która miała dwie córki; jedną własną, a drugą pasierbicę. Swoją własną bardzo kochała, zaś pasierbicy, Maruszki, nie mogła ścierpieć, bo ta była o wiele ładniejsza niż jej Holena.

Maruszka nie zdawała sobie sprawy ze swojej urody, nie domyślała się więc, dlaczego macocha ja tak źle traktuje. Musiała wykonywać wszelką robotę: zamiatać izbę, gotować, prać, szyć, prząść, tkać, dbać o krowy. Holena natomiast tylko stroiła się i leniuchowała.

W tych starych baśniach wszystko jest tak, jak trzeba. Czarno – biało, bez żadnych odcieni szarości. Pozytywna bohaterka jest i śliczna, i sympatyczna, i dobra, i biedna, i ogólnie uciśniona, natomiast negatywna – wręcz przeciwnie. Dobro zawsze zostaje nagrodzone (w tym przypadku Maruszka została panią na gospodarstwie), a zło oczywiście ukarane. I nie jest to kara symboliczna, żadna tam nauczka – macocha z Holeną zamarzają w górach i jest to wyrok bez apelacji, nikt się za nimi nie próbuje wstawić.

Kiedy pierwszy raz wzięłam tę książkę do ręki i przeczytałam tytuł – przypomniałam sobie o tym nieszczęsnym wypracowaniu. Na szczęście nie trwało to długo, bo zaraz zajęły mnie ilustracje Pawła Pawlaka i traumy odeszły na plan dalszy. Szczególnie urzekły mnie tam fiołki, poziomki i jabłka. Jak to się robi ??? Takie maciuciupusieńkie (szczególnie fiolki), a wyglądają zupełnie jak prawdziwe. Niemal czuje się ich zapach i ma się ochotę spróbować (szczególnie poziomek). Przyznam się Wam, że na widok tych ilustracji owładnęły mną uczucia niechrześcijańskie. Nie będę owijać w bawełnę – to była po prostu zazdrość.

Dlaczego ja nie umiem tak rysować ??? 😦

„O dwunastu miesiącach. Bajka słowacka”, przekład i opracowanie: Ligia Jasnosz, ilustr.: Paweł Pawlak, wyd.: Media Rodzina, Poznań 2009

Królowa śniegu

Królowa śniegu

Gwoli uczczenia wczorajszego, być może jedynego tej zimy, opadu śniegu, przypominam wpis z 14 marca 2011 roku. W ramach kategorii książki mojego dzieciństwa, ta powinna należeć do podkategorii jego koszmarów 😉 Urok tej baśni odkryłam dopiero w wieku dorosłym.

Z „Królową Śniegu” wiąże się wspomnienie jednej z największych traum mojego dzieciństwa. Miałam wtedy chyba pięć lat, była Wigilia. Moi rodzice zajęci przygotowaniami skorzystali z tego, że w telewizji leciała właśnie ekranizacja tej baśni, i posadzili mnie przed telewizorem, żebym im się nie plątała pod nogami. W tych czasach filmów dla dzieci nie było tak dużo – wychowywałam się przede wszystkim na Gąsce Balbince na zmianę z Jackiem i Agatką. Film zrobił na mnie ogromne wrażenie. Do dziś pamiętam niektóre sceny, szczególnie tę z Małą Rozbójniczką przykładającą nóż do szyi rena. Pamiętam samotność Grety. I ogromny smutek tego filmu, taki nie do udźwignięcia…

Wpadłam niemal w histerię, płacz nie do utulenia, któremu nie zaradziło nawet przedwczesne ujawnienie prezentu – pluszowego Szarika. Nigdy nie polubiłam tej maskotki. Zawsze, kiedy patrzyłam na tego (sympatycznego przecież) psiaka, przypominał mi się tamten wieczór i tamten płacz. Została mi po tej przygodzie pewna ostrożność w kontaktach z twórczością Andersena i świadomość, że nie wszystko, co napisał, nadaje się dla małych dzieci.

Z okazji przypadającej w 2005 roku dwusetnej rocznicy urodzin pisarza wydawnictwo Media Rodzina przygotowało nowe wydanie tych baśni – w nowym przekładzie Bogusławy Sochańskiej (po raz pierwszy bezpośrednio z oryginału duńskiego) i z nowymi ilustracjami. Ukazały się wtedy dwa duże wydania „Baśni” – trzytomowe, ilustrowane wycinankami samego Andersena oraz jednotomowe, z akwarelowymi ilustracjami duńskiego grafika Flemminga B. Jeppsena.

Oprócz tego wydano już sześć pojedynczych baśni w serii „Mistrzowie klasyki dziecięcej” – z ilustracjami najlepszych polskich ilustratorów (oraz z płytkami, na których czyta je Jerzy Stuhr). Jest wśród nich także „Księżniczka na ziarnku grochu” uszyta przez Ewę Kozyrę – Pawlak.

Nie wiem, jak to było w przypadku Duńczyka Flemminga B. Jeppsena, ale jestem pewna, ze polscy ilustratorzy zaproszeni do tej pracy, mieli zadanie bardzo trudne. I oni, i niemal wszyscy bez wyjątku dorośli, którzy mogliby te książki dzieciom kupić, i ja oczywiście też – należymy do pokoleń wychowanych na ilustracjach Jana Marcina Szancera. To on prawie niepodzielnie, mimo że przecież były też inne wydania tych baśni, władał naszą wyobraźnią w andersenowskim świecie.

Oderwać się od wizji Mistrza, od tych sań, na których przed laty wjechała do naszej wyobraźni Królowa Śniegu i stworzyć coś własnego, co w dodatku trafi do odbiorców również na Szancerze wychowanych – zadanie trudne, ale Elżbieta Wasiuczyńska poradziła sobie znakomicie.

Tylko proszę Was – rozważnie ! To naprawdę nie jest bajka dla maluchów !!!

ilustrację pożyczyłam z bloga Elżbiety Wasiuczyńskiej – zajrzyjcie tam, warto przeczytać, co napisała o swojej pracy nad tą książką
http://wasiuczynska.blogspot.com/2015/03/krolowa-sniegu.html

H. Ch. Andersen „Królowa Śniegu” (seria: Mistrzowie Klasyki Dziecięcej), przekł.: Bogusława Sochańska, ilustr.: Elżbieta Wasiuczyńska, wyd.: Media Rodzina, Poznań 2009

Walizka Hany

Walizka Hany

Wpis z 17 marca 2006 roku, siódma książka, która stanęła wtedy na półkach Małego Pokoju. Od tego czasu Najstarsza z córek zdążyła już nie tylko skończyć studia, ale też zacząć doktorat.

Za kilka dni, w 75 rocznicę wyzwolenia obozu w Auschwitz świat obchodzić będzie Dzień Pamięci o Ofiarach Holokaustu. Hana Brady była jedną z nich.

W podręczniku do historii dla klasy szóstej, z którego uczy się Najstarsza z moich córek, temat Holokaustu zajmuje pół strony (plus trzy malutkie zdjęcia). Można tam przeczytać między innymi, że hitlerowcy wybudowali na ziemiach polskich obozy zagłady i tam zwozili Żydów z całej Europy. Większość z nich, kilka milionów osób, zginęła w komorach gazowych. Suche fakty. Kilka milionów – to znaczy ile ? Trzy, cztery a może pięć ? Parę tysięcy mniej czy więcej – jakie to ma znaczenie ? Niewyobrażalny, anonimowy tłum bez twarzy, któremu trudno współczuć.

“Walizka Hany” to książka opisująca autentyczne losy żydowskiej dziewczynki z Czech. Szczęśliwe, spokojne i pełne miłości dzieciństwo przed wojną oraz koszmar późniejszych wydarzeń zakończonych zamknięciem się drzwi komory gazowej. Jest to równocześnie współczesna opowieść o swoistym śledztwie, jakie na temat Hany Brady przeprowadziła Fumiko Ishioka – dyrektor Tokijskiego Edukacyjno – Badawczego Centrum Historii Holokaustu. Placówka ta powstała, aby wśród młodych Japończyków szerzyć wiedzę o tych wydarzeniach, które miały miejsce w czasie, gdy Japonia była sojusznikiem hitlerowskich Niemiec.

Na początku była tylko otrzymana z Muzeum w Oświęcimiu walizka, z którą Hana przyjechała do obozu. Oprócz imienia, nazwiska i daty urodzenia było tam jedynie niemieckie słowo Weisenkind (sierota). Dzieci odwiedzające Centrum chciały dowiedzieć się, kim była Hana i co się z nią stało. Fumiko Ishioka rozpoczęła poszukiwania, które doprowadziły ją do Theresienstadt czyli Teresina w Czechach i do Oświęcimia. Udało jej się odnaleźć w Kanadzie brata Hany – Georga, jedynego z rodziny, któremu udało się przeżyć.

Historia Hany to opowieść o tym, co wojna zrobiła z życiem zwykłej dziewczynki. Dziewczynka ta z dnia na dzień przestała być zwykła, a stała się szczególna, bo razem z bratem byli w swoim małym miasteczku jedynymi dziećmi żydowskimi. Byli więc zarazem jedynymi dziećmi, którym nie wolno było chodzić do szkoły, kina czy parku. Odebrano jej też ukochaną jazdę na łyżwach i była to pierwsza z wielu rzeczy, które straciła.

Następnie ta dziewczynka została naznaczona, bo jako jedyna spośród koleżanek musiała nosić opaskę z Gwiazdą Dawida.

Najpierw straciła koleżanki i całe swoje dotychczasowe życie, a potem Mamę, Tatę i brata. Została sama – we wzorcowym getcie w Theresienstadt, samotna wobec głodu, strachu i niepewności dalszego losu. Do obozu w Auschwitz jechała z nadzieją, że spotka tam najbliższych. Niestety, nie było jej to dane. W trzy miesiące po jej śmierci obóz został wyzwolony, ale doczekał tego już tylko jej brat.

Jest w tej opowieści dużo smutku, ale jest też nadzieja, że mimo wszystko uda jej się przeżyć – nadzieja, która towarzyszyła Hanie do końca. Nie ma tam natomiast koszmarnych opisów śmierci, głodu, okrucieństwa i ludzkiej podłości, jakich wiele można by przy tej okazji przytoczyć.

Ta książka to próba opowiedzenia o tamtych czasach w sposób zrozumiały dla dzieci… no właśnie – w jakim wieku ? Wydaje mi się, że odpowiedni czas na tę lekturę przychodzi wtedy, gdy dziecko wie już trochę o historii. Wie, że wojny na świecie były i są. Wie, że są wśród ludzi tacy, którzy zdolni są nienawidzić innych za ich odmienność (często urojoną). Wie też, że wojna była również u nas, słyszało co nieco o wojennych losach swojej rodziny. Kiedy ja byłam w wieku moich córek, ta tematyka była codziennością – stale obecna we wspomnieniach rodziców i dziadków. Filmy i książki wojenne dla dzieci, na których się wychowałam, dziś nie wydają mi się już odpowiednie. Najczęściej pokazują wojnę jako świetną przygodę albo zakłamują fakty historyczne (lub co gorsza – i jedno i drugie).

“Walizka Hany” opowiada tylko część prawdy o Holokauście – tę część, która stała się udziałem jednej dziewczynki. Całej prawdy nie da się zawrzeć w jednej książce, nie jest ona również możliwa do udźwignięcia dla dziecka. Myślę jednak, że może to być dobry wstęp do zrozumienia tych spraw, bo dzięki niej choć jedna pozycja na długiej liście ofiar zyskuje twarz i przestaje być anonimowa.

Hana Brady była tylko o trzy dni młodsza od mojej Mamy, Babci moich córek. Kim byłaby, gdyby nie wojna ?

Karen Levine “Walizka Hany. Historia prawdziwa”, przekł. Renata Kopczewska, wyd.: Media Rodzina, Poznań 2005

Raz na zawsze

Raz na zawsze

Wpis z 7 marca 2010 roku. Przypomniałam sobie dziś o tej książce, bo jej akcja zaczyna się właśnie w Boże Narodzenie, choć zdecydowanie nie można zaliczyć jej do książek świątecznych.

Wiesz ? Im więcej książek Jacqueline Wilson czytam, tym bardziej doceniam to, że mam taki fajny, normalny dom – powiedziała mi kiedyś (obecnie trzynastoletnia) Środkowa z moich córek. Rzeczywiście – na tle rodzin opisywanych przez jej ulubioną pisarkę nasza jest wyjątkowo zwyczajna 😉 Właściwie tylko bohater Na krawędzi miał taki zwykły dom, ale tam akurat nie o dom i rodzinę chodziło. O ! I jeszcze w „Urodzinach Daisy” była pełna rodzina, a jej niezwyczajność polegała na posiadaniu niepełnosprawnego dziecka.

Im dalej tym było trudniej – bohaterowie Jacqueline Wilson to dzieci, które nie mają domów dających im poczucie bezpieczeństwa i nie mają dorosłych, w których mogą znaleźć oparcie. Przeciwnie – bardzo często to oni muszą być oparciem dla swoich rodziców. Dorośli w tych książkach dalecy są od ideałów. Nie bardzo radzą sobie ze swoim życiem, nie potrafią stworzyć stabilnych związków, nie mają pracy, która dawałaby im satysfakcję i pieniądze. Właściwie jedyne, co im się w życiu udało, to dzieci. Aż chciałoby się zapytać, czy w ogóle na nie zasłużyli ?

Myślałam, że to będzie najpiękniejsza Gwiazdka pod słońcem. Obudziłam się bardzo wcześnie rano i usiadłam ostrożnie, żeby nie poruszyć łóżka. Nie chciałam budzić Vity ani Maxiego. Ta chwila miała być tylko dla mnie.

To była piękna Gwiazdka – wspaniałe prezenty, długie przytulanie się w łóżku z rodzicami, smakołyki na świąteczny obiad. I być może byłaby to najpiękniejsza Gwiazdka pod słońcem, gdyby Em nie usłyszała przypadkiem telefonicznej rozmowy Taty: Ja też strasznie za tobą tęsknię, ale nie mogę się wywinąć z tej Gwiazdki, to bardzo ważne dla Julie i dzieci. (…) Ale niedługo im powiem. Nie mogę już dłużej tu mieszkać. Oszaleję. Tak bardzo chcę być z tobą, maleńka. Zostawię ich, przysięgam. Do kogo to mówił ???

Od tej chwili nic już nie było jak dawniej. Tata wyprowadził się z domu, zamieszkał z inną kobietą. Dzieci zostały z Mamą, rozdarte między tęsknotą do jednego a lojalnością wobec drugiego z nich. Em była w sytuacji szczególniej. Po pierwsze – czuła się współodpowiedzialna za całą sytuację. W końcu to ona przypadkiem usłyszała rozmowę Taty, a to było kamyczkiem, który uruchomił lawinę zdarzeń. Po drugie – była najstarsza z rodzeństwa, więc to od niej oczekiwano opieki nad młodszym rodzeństwem. Po trzecie – w przeciwieństwie do pozostałej dwójki nie była biologiczną córką Taty. Kiedy pojawił się w życiu jej Mamy, pokochała go bardzo mocno. On też traktował ją jak swoją własną córkę. Czy z tego powodu było jej łatwiej czy trudniej ?

Sięgnęłam po tę książkę z myślą o pewnej imienniczce i prawie dokładnej rówieśniczce Najmłodszej z moich córek, która właśnie znalazła się w takiej samej sytuacji jak Em. Też ma dwoje młodszego rodzeństwa, a jej Tata właśnie się wyprowadził z domu. Czy jest to dla niej odpowiednia lektura ? Nie wiem…

Każda rodzina jest inna, każdy rozwód jest inny. W każdym związku inaczej wyglądają kulisy rozstania i inny jest stosunek rodziców do dzieci i do siebie nawzajem. W dodatku w tej książce mamy zakończenie, które sugeruje happy end, o jakim marzą wszystkie dzieci w takiej sytuacji. Czy dla dziecka przeżywającego rozstanie rodziców taka lektura będzie pomocą (bo nie tylko ono jest w takiej sytuacji) czy raczej sypaniem soli na otwarte rany ? Nie wiem. Nie potrafię sobie wyobrazić tego, co takie dziecko przeżywa, kiedy wali się cały jego dotychczasowy świat.

Świat, którego filarami byli Mama i Tata.

Razem. Nie osobno.

Jacqueline Wilson „Raz na zawsze”, przekł.: Małgorzata Hesko – Kołodzińska, ilustr.: Nick Sharratt, wyd.: Media Rodzina, Poznań 2009

P.S.

Temat dziecko a rozwód rodziców pojawia się też w „Dziewczynce z walizkami” . Tam bohaterka jest już na kolejnym etapie życia – bez szansy na ponowne zejście się rodziców, bo założyli już nowe rodziny.

Podwójna rola

Podwójna rola

Wpis z 27 czerwca 2007 roku :

Kiedy buszowałyśmy z Najstarszą z córek po jednej z londyńskich księgarni wpadła mi w ręce książka „The Twins at St. Clare’s” Enid Blython. Nazwisko autorki z niczym mi się nie kojarzyło (a jej imię na okładce odczytałam początkowo jako Guid 😉 ), ale tytuł – „Bliźniaczki od Św. Klary” brzmiał dziwnie znajomo. Nagle olśnienie – to przecież jest ta książka, w ekranizacji której chciały zagrać Ruby i Garet z „Podwójnej roli” !!! No, może chciały to za dużo powiedziane – chciała Ruby, a Garet jak zawsze jej się podporządkowała.

Jak to jest – być jednym z bliźniąt ? Jak to jest, kiedy przez całe życie towarzyszy Ci Twoja wierna kopia, Twoje lustrzane odbicie ? Czy być bliźniaczkami to tak, jakby się było jedną osobą, tylko dwa razy lepszą od innych ? A może jednak ma to swoje złe strony ? Na przykład: czasami chciałoby się mieć spokój w samotności. Nie musieć stale rozmawiać, wymyślać zabaw i słuchać sekretów. Po prostu być sobą. A nie częścią kogoś innego. Sobą.

Z zewnątrz wyglądają tak samo, ale w środku są jednak różne. Przez dziesięć lat Ruby i Garet tworzyły podwójną jedność – były samowystarczalne, miały własny język na własne potrzeby, a do osób trzecich mówiły jednym głosem. Teraz w ich życiu wiele się zmieniło – Tata po kilku latach wdowieństwa związał się z Rose. Potem stracił dotychczasową pracę w biurze i zdecydował się na wyjazd do małej miejscowości, aby tam prowadzić księgarnię – oczywiście z Rose, Ruby i Garet. Babcia (mama Mamy), która dotychczas mieszkała z nimi i opiekowała się dziewczynkami, przeniosła się do domu spokojnej starości.

Nagle okazało się, że wobec tych zmian dziewczynki przestały zachowywać się jednakowo. Garet z coraz większymi oporami zgadzała się na pomysły starszej o 20 minut Ruby, choć przecież tak było dotychczas zawsze. Czy będą potrafiły zachować tę specyficzną więź, jaka je łączy, jeśli każda z nich zacznie szukać swojej własnej drogi w życiu ?

„Podwójna rola” była chyba pierwszą z książek Jacqueline Wilson, jaka pojawiła się w naszym domu. Napisana jest w formie wspólnego pamiętnika – dwugłosu obu dziewczynek, a czarno- białe ilustracje Nicka Sharratta i Sue Heap robią wrażenie rysuneczków nabazgranych przez nie na marginesach. Czytałyśmy ją ze Środkową z córek najpierw w systemie trochę Ty, trochę ja – tzn. zaczęłam i przeczytałam jej pierwszy wpis Ruby, a ona (po cichu) to, co dopisała Garet i tak na zmianę 😉 Z czasem Garet zaczęła się rozpisywać coraz szerzej i Środkowa trochę się buntowała, ale perypetie obu dziewczynek wciągnęły ją. Teraz mogę powiedzieć, że była jedna z pierwszych książek przeczytanych przez nią z przyjemnością (choć tylko połowicznie 😉 ).

Jacqueline Wilson „Podwójna rola”, przekł.: Jolanta Kozak, ilustr.: Nick Sharratt, Sue Heap, wyd.: Media Rodzina, Poznań 2002

Smoczy jeździec

Smoczy jeździec

Wpis z 4 grudnia 2007 roku:

„Smoczy jeździec” był trzecią po  ”Atramentowym sercu” i „Królu złodziei” książką Cornelii Funke, która ukazała się w Polsce. Tamte dwie bardzo się spodobały się Najstarszej z córek, więc czekała na nią niecierpliwie. Żeby ją dostać na Mikołajki dwa lata temu, musiałam urządzić niemal polowanie z nagonką, ale udało się ! I tu niestety nastąpiło rozczarowanie 😦 Okazało się, że jest ona adresowana do czytelnika zdecydowanie młodszego, więc nie bardzo przypadła Najstarszej (wówczas trzynastoletniej) do gustu. Za to dwaj znajomi, niespełna dziesięcioletni chłopcy byli nią zachwyceni.

Nauczona tym doświadczeniem zabrałam „Smoczego jeźdźca” na zeszłoroczne wakacje i zaczęłam czytać Najmłodszej – podówczas sześcioipółletniej. Tym razem książka odniosła zasłużony sukces 🙂 Wystarczyło nam czytania na całe dwutygodniowe wczasy – w końcu to ponad 400 stron. Po jakimś czasie wróciłyśmy do niej, a dziś skończyłyśmy czytanie trzecie 🙂

„Smoczy jeździec” to powieść drogi. Razem ze srebrnym smokiem Lungiem, koboldką Siarczynką i chłopcem Benem odbywamy podróż ze Szkocji w Himalaje w poszukiwaniu Skraju Nieba – mitycznej ojczyzny smoków i miejsca, gdzie będą mogły ukryć się przed wszechobecnymi ludźmi. Jest to podróż przez świat, jakiego istnienia nawet się nie domyślamy. Wędrowcy musieli unikać ludzi (gdyby było inaczej pewnie nie dotarliby do celu), za to spotkali wiele baśniowych stworzeń – mniej i bardziej sympatycznych. Bazyliszek, Dżin o Tysiącu Oczu, Wąż morski – to tylko nieliczne z nich (że o gadającym szczurze – kartografie i jego kuzynce pilotce nie wspomnę 😉 ).

„Smoczy jeździec” to opowieść o przyjaźni, lojalności i współpracy. Tylko dzięki nim wędrowcom udało się nie tylko odnaleźć Skraj Nieba, ale również pokonać Parzymorta Złotego – odwiecznego wroga smoków.

Złoto będzie mniej warte niż srebro, gdy powróci Smoczy Jeździec– tak głosiła przepowiednia powtarzana w legendach i tak się stało. – Ale to nie opowieści go pokonały – powiedział Ben.   – Prawda, my to zrobiliśmy – krzyknęła Siarczynka, rozkładając szeroko ramiona. – My wszyscy razem. Koboldy, smoki, człowiek, homunkulus, krasnal i szczur. Niezła z nas mieszanka rozpuszczająca !

Smoczy jeździec” to także opowieść o przeznaczeniu – to co nam jest pisane, wydarzy się, jeśli tylko odważymy się podążyć za jego głosem, nawet gdyby wydawało się to nierozsądne. Jeśli Ben zachowywałby się rozsądnie, to uciekłby ze starego spichrza w którym spotkał Lunga i Siarczynkę, a juz na pewno nie wsiadłby na smoka i nie wyruszył w podróż w nieznane. Gdyby zachował się rozsądnie… nie dowiedziałby się, że jest Smoczym Jeźdźcem, nie zyskałby dozgonnej przyjaźni homunkulusa i nie znalazłby rodziny.

Czasem w życiu warto zaryzykować – ale czy naprawdę było warto, wiedzieć będziemy dopiero wtedy, kiedy to zrobimy 😉

Cornelia Funke „Smoczy jeździec” (ilustrowała Autorka), przekł.: Anna i Miłosz Urban, wyd.: Media Rodzina, Poznań 2005

Opowieść wigilijna

Opowieść wigilijna

Wpis z 18 grudnia 2006 roku i najwyższa pora go przypomnieć, bo „Opowieść wigilijna” jest lekturą obowiązkową w klasach VII – VIII i pewnie zaraz będzie po nią sięgać kolejny rocznik uczniów.

Więc pamiętajcie – jak „Opowieść wigilijna” to tylko w tym wydaniu !!!

Jako, że Święta już naprawdę niedługo – Najstarsza z córek zaczęła omawiać w szkole „Opowieść wigilijną”. Czekałyśmy w napięciu, czy wydawnictwo „Media Rodzina” zdąży na czas z wydaniem jej w nowym przekładzie Andrzeja Polkowskiego. Udało się !!!

Nie będę się tutaj zajmować treścią tej książki, bo wszyscy ją znają – przynajmniej z grubsza 😉 Jeśli nawet ktoś jej nie czytał, to prawie na pewno widział którąś z licznych ekranizacji wyświetlanych co roku w telewizji.

Jest kilka nader znaczących szczegółów odróżniających tę „Opowieść wigilijną” od innych wydań, które można obecnie kupić. Po pierwsze – zawiera ona tylko oryginalny tekst, bez opracowania i omówienia. Po drugie – czyta się ją z przyjemnością. Przeglądałam wcześniej jedno z takich wydań z opracowaniem i było przetłumaczone językiem tak topornym, że jego lektura wymagała samozaparcia, jakiego trudno się spodziewać po gimnazjalistach. Po trzecie wreszcie – jest wydana niezwykle starannie i pięknie zilustrowana przez Aleksandrę Kucharską – Cybuch, której kreskę znamy już z  ”Bajki o szczęściu”.

Przyzwyczajeni jesteśmy do tego, że książki z obrazkami przeznaczone są dla najmłodszych czytelników, ale to nie jest książka dla dzieci !!! Zresztą Dickens nie pisał jej dla nich. Nie ma w niej nic z tego, czego oczekujemy od lektur, mających nas wprowadzić w świąteczną atmosferę – mało jest w niej ciepła i tzw. klimatów rodzinnych, za to sporo horroru, szczególnie na początku. Ilustracje Aleksandry Kucharskiej – Cybuch też nie są ciepłe i przytulne. Jest w nich wiktoriańska surowość, doskonale korespondująca z niewesołą przecież treścią, ale w miarę zbliżania do happy endu nabierają nieco łagodności.

Mimo urody języka i ilustracji nie jest to lektura łatwa dla współczesnych nastolatków. Nie zaczyna się jak film Hitchcocka od trzęsienia ziemi, po którym napięcie powinno rosnąć. Wręcz przeciwnie – po pierwszym podejściu do czytania Najstarsza stwierdziła, z lekka zdegustowana: Dwie pierwsze strony poświęcone wyłącznie temu, że Marley NAPRAWDĘ umarł. Pamiętam, że w czasach szkolnych, kiedy sama miałam problem z lekturą jakiejś lektury 😉 , szłam do Mamy z prośbą, żeby mi ją poczytała na głos. Mama zaczynała, a potem już jakoś szło. W tym przypadku pomoc „osób trzecich” nie będzie potrzebna – do książki dołączona jest płyta, na której pierwszą jej część czyta Zbigniew Zapasiewicz. Potem już jakoś pójdzie 😉

Osobnikom szczególnie opornym można zaproponować pełne wydanie audio. Zdecydowanie lepiej jest wysłuchać tej jakże budującej historii nawróconego grzesznika w interpretacji znakomitego aktora, niż ograniczyć się do lektury streszczenia lub obejrzenia filmu.

Charles Dickens „Opowieść wigilijna”, przekł.: Andrzej Polkowski, ilustr.: Aleksandra Kucharska – Cybuch, wyd.: Media Rodzina, Poznań 2006

Charles Dickens „Opowieść wigilijna”, przekł.: Andrzej Polkowski, wydanie audio – mp3, czyta: Zbigniew Zapasiewicz, wyd.: Media Rodzina, Poznań 2017

Z Wojciechem Widłakiem nie tylko o Panu Kuleczce…

Z Wojciechem Widłakiem nie tylko o Panu Kuleczce…

… Kaczce Katastrofie, psie Pypciu i muszce Bzyk – Bzyk rozmawiałam w grudniu 2008 roku. Bardzo miło wspominam to spotkanie. Mimo że od naszej rozmowy minęło już prawie 11 lat, myślę że warto ją przypomnieć 🙂

zdjęcie z Wikipedii

Leży przed nami książka niezwykła – książka, która wygląda tak, jakby była starym zeszytem znalezionym gdzieś na strychu, książka o niezwykłej atmosferze, książka, która ma w sobie tajemnicę. Ta książka to „Sekretne życie Krasnali w Wielkich Kapeluszach”.

Jest ona tym bardziej zaskakująca, że w niczym nie przypomina żadnej z wcześniejszych książek, które stworzyli Wojciech Widłak i Paweł Pawlak…

Tak. Jest to nietypowa książka Widłaka, z nietypowymi ilustracjami Pawlaka i raczej nie dla dzieci. Od jakiegoś czasu myśleliśmy z Pawłem o wspólnej książce, ale jakoś nic z tego nie wychodziło. Aż kiedyś, gdy byłem we Wrocławiu, Paweł pokazał mi swoją fontannę…

Czyli najpierw była fontanna ?

Najpierw były krasnale. W książkach, które Paweł ilustrował, od czasu do czasu pojawiały się osobniki w wielkich kapeluszach, których obecność nie do końca była uzasadniona treścią książki.

Potem Paweł, jako uznany ilustrator, dostał od Urzędu Miasta propozycję zaprojektowania fontanny na placu przed Teatrem Lalek. Na tej fontannie pojawiły się Krasnale w Wielkich Kapeluszach. Każdy z krasnali jest inny i każdy kapelusz jest inny.

Zobaczyłem tę fontannę jeszcze przed jej uruchomieniem i zrozumiałem, że każdy z tych krasnali jest osobą, każdy z nich ma swoją historię. A ja poczułem, że muszę te historie spisać.

Tak jak umiałem, opisałem osobników w kapeluszach oraz wierzbę i kota, po czym wysłałem tekst do Pawła. Po jakimś czasie Paweł przysłał mi coś, co uważał za szkice ilustracji, natomiast ja od razu miałem poczucie, że to są już niemal gotowe ilustracje. Paweł dał się przekonać, wycyzelował je oczywiście, dodał smaczków, pokropił złotem i szkice w końcu znalazły się w książce. Moje opowieści też są właściwie szkicami – w tym sensie, że zapraszają czytelnika do dopowiedzenia sobie różnych różności. Może poza opowiadaniem o Niewidzialniku, które chyba lubię najbardziej.

Niezwykłe w „Krasnalach” jest to, że bohaterowie istnieją fizycznie. Każdy, kto przyjedzie do Wrocławia, może przyjść pod fontannę i ich dotknąć.

Zadebiutował Pan dość późno. Czy pisarstwo było Pana marzeniem od zawsze czy też przydarzyło się przypadkiem?

Właściwie przez całe dorosłe życie jestem redaktorem. Zaraz po studiach byłem dziennikarzem w tygodniku „Służba Zdrowia”. Potem między innymi pracowałem jako handlowiec – sprzedawałem części do cukrowni w Iranie i komputery do kraju, który nazywał się ZSRR. Równocześnie jednak redagowałem podziemne pismo „Karta”. To był bardzo istotny okres w moim życiu. Ludziom, których wtedy spotkałem, a zwłaszcza twórcy „Karty” Zbigniewowi Gluzie, zawdzięczam poczucie, że słowo jest bardzo ważne, szczególnie słowo zapisane, które gdzieś tam pozostaje.

Kiedy byłem bardzo młody, oczywiście jak wszyscy pisałem wiersze. Na szczęście nikt ich nie czytał. Potem, podczas studiów w Moskwie, pisywałem do naszej odbijanej na powielaczu gazetki polskich studentów, coś, co się nazywało „Bajeczki z tamtej strony”. Niestety, nie mam ani jednego egzemplarza tych pisemek.

Chyba w 1985 roku w piśmie „Karta” ukazało się moje opowiadanie „Łowca jeleni”. Jego akcja rozgrywała się w moskiewskim metrze, a bohaterem był mężczyzna opowiadający swoje przeżycia z wojny w Afganistanie. Do końca nie było wiadomo, czy mówił prawdę czy rzeczywiście szukał jeleni, którzy by uwierzyli w tę jego historię…

I to był koniec, jeśli chodzi o moje związki z literaturą przez nieduże „L”…

…do czasu, kiedy pojawił się Pan Kuleczka…

Można by powiedzieć, że to się zdarzyło przypadkiem, ale ja nie wierzę w przypadki. Myślę, ze wszystko, co nas spotyka, jest darem i taki dar właśnie dostałem.

Pracowałem wtedy w miesięczniku „Dziecko” i z grubsza rzecz biorąc prowadziłem tam wspólnie z krakowską artystką Elżbietą Wasiuczyńską dział dla dzieci.

Kiedyś Ela przysłała mi małą karteczkę, którą pokazuję teraz dzieciom na spotkaniach. Był na niej narysowany osobnik, a właściwie tylko jego głowa, w meloniku i w muszce i słowa: Wojtku, to jest Pan Kuleczka, może Cię natchnie. Potem Ela mi przysłała kolorowy obrazek, na którym oprócz tego pana, był pies, kaczka, mucha i motyl. Wszyscy stali na kolorowych piłkach i mieli parasole. Kiedy spojrzałem na tę ilustrację, wiedziałem od razu, kto jak się nazywa – że kaczka to Katastrofa, pies to Pypeć, a mucha – Bzyk-Bzyk. Motyl nie miał imienia i odfrunął; może jeszcze kiedyś wróci, ale na razie jakoś nie chce.

Pan Kuleczka nosi muszkę. Pan również. Który z Was był pierwszy ?

To zagadkowa historia. Ela mieszka w Krakowie, a ja w Warszawie. Nie znaliśmy się osobiście, widzieliśmy się kiedyś raz przelotnie. Ja noszę muszki, a wtedy nosiłem też melonik. Kiedy zobaczyłem, że Pan Kuleczka jest w muszce i meloniku, wydało mi się to niesamowite.

Potem była druga ilustracja i trzecia… Pierwsze trzy opowiadania miały trochę inny charakter niż następne. To było trochę tak, jakby świat Pana Kuleczki i jego podopiecznych powoli mi się odsłaniał. Zaczynałem widzieć, kim oni są – w ogóle i dla siebie wzajemnie, jakie mają charaktery. Potem było mi coraz łatwiej o nich pisać.

A więc to nie Pan ich wymyśla ?

Nie jestem ich stwórcą – raczej obserwatorem.

Kiedyś pisząc zimowe opowiadanie, miałem taki pomysł, że wyjdą sobie na dwór i tam się będzie coś działo. Pisałem, pisałem… a oni dochodzili do przedpokoju i po prostu nie mogli wyjść. Wreszcie zostali w domu. To było niezwykłe doświadczenie, bo wtedy poczułem, że oni się mnie nie słuchają. Dzięki temu, że nie narzucałem im tego, co mi się wydawało, że powinni robić, mogłem zobaczyć, co robią naprawdę.

Pękaty jegomość w meloniku, pies, kaczka i mucha – to nietypowa kompania, a jednak te opowiadania stanowią piękny opis życia rodzinnego…

Cóż, szyfr nie jest zbyt skomplikowany. Nawet całkiem małe dzieci wyczuwają, że to historie o czymś dobrze im znanym, czyli o rodzinie. Skoro tak, to w naturalny sposób rodzi się pytanie, kto kryje się za poszczególnymi postaciami, prawda? Najprostsza sprawa jest z Pypciem i Katastrofą, bo oni są jak starszy brat i młodsza siostra. Natomiast dalej rzecz się nieco komplikuje. Kim jest muszka Bzyk-Bzyk? Ja sam myślałem, że to malutkie dziecko, które kiedyś urośnie i zacznie mówić coś więcej niż bzyk, bzyk i nie. Tymczasem Bzyk-Bzyk się nie zmienia. Spotkałem się kiedyś z interpretacja, która mnie wzruszyła – że to dziecko chore, niepełnosprawne, które już nic więcej poza tym bzyk, bzyk nie powie.

Ale jest i jest ważne.

Jest ważne i kochane, i uczestniczy w ich życiu. Trudno sobie wyobrazić tę rodzinę bez Bzyk-Bzyk, chociaż wydawać by się mogło, że ona pozostaje w cieniu.

A Pan Kuleczka – czy jest samotnym ojcem ?

No właśnie, to jest największa tajemnica: Kim jest Pan Kuleczka? Najprostsza odpowiedź jest taka, że to idealny tata. Tylko wtedy pojawia się pytanie, które dzieci kilka razy zadały mi na spotkaniach: Dlaczego Pan Kuleczka nie ma żony?

Czasem mówię, że może kiedyś ją miał, ale tak naprawdę to nie wiem. Całkiem niedawno przyszło mi do głowy, że Pan Kuleczka jest idealnym małżeństwem – takim, które stanowi idealną jedność.

I samotnemu ojcu, i samotnej mamie jest strasznie trudno. Dlatego Pan Bóg wymyślił małżeństwo, żebyśmy się jakoś wspierali i uzupełniali się wzajemnie w tych cechach, które są bardziej przypisane do kobiecości i do męskości. Mówi się trochę żartobliwie moja druga połowa, a dwie połowy stanowią całość. Całość, która łatwiej sobie może radzić z wyzwaniami, jakie się wiążą z wychowaniem psa, kaczki i muchy.

Pan Kuleczka nie powstałby bez Eli Wasiuczyńskiej, krasnale – bez Pawła Pawlaka, a kolejną Pana książkę „Opowieści do poduszki” zilustrowała Agnieszka Żelewska.

Uważam się za człowieka hojnie obdarowywanego przez los. Dzięki Panu Kuleczce zaprzyjaźniliśmy się z Elą, a dzięki Eli poznałem kwiat ilustratorstwa polskiego – Agnieszkę Żelewską, Ewę i Pawła Pawlaków i jeszcze wielu bardzo fajnych i niesamowicie zdolnych ludzi.

Kiedy Pan Kuleczka wywędrował z „Dziecka” do książek, jego miejsce zajął król Jęzorek z żoną i bliźniakami. Te opowiadania ilustrowała Agnieszka Żelewska.

Potem się pojawił (i jest do dziś) osobnik, który się nazywa Wesoły Ryjek. Bardzo lubię Wesołego Ryjka, bo z pogodą przyjmuje to, co niesie każdy dzień, a w dodatku codziennie czegoś się dowiaduje. Mam nadzieję granicząca z pewnością, że opowiadania o nim, również ilustrowane przez Agnieszkę Żelewską, ukażą się w wersji książkowej.

Poduszka narodziła się z zabawy słowem. Pomyślałem sobie: opowieści do poduszki i zobaczyłem poduszkę, która domaga się bajek na dobranoc, a potem dziewczynkę, której trafiła się taka marudna poduszka. A potem je opisałem, i już.

Jak to się stało, że opowiadania o Panu Kuleczce ukazały się w wersji książkowej ?

Opowiadania ukazywały się w „Dziecku” przez pięć lat. Kiedyś podzieliłem się z redaktor naczelną tego pisma Justyną Dąbrowską moim marzeniem o ujrzeniu Pana Kuleczki w książce. Justyna złapała mnie za słowo i za rękę i pojechaliśmy do Poznania, do wydawnictwa Media Rodzina. Tam przedstawiła sprawę tak, że oto jest gotowa książka – jest tekst, są ilustracje i jest grono sympatyków – czytelników „Dziecka”, którzy polubili Pana Kuleczkę i całe to towarzystwo. Wydawca, pan Bronisław Kledzik zdecydował się i dał szansę dość leciwemu debiutantowi.

Książka się ukazała i było to dla mnie ogromną radością. Do dziś, choć ukazało się już pięć tomów Pana Kuleczki oraz dwie książki niekuleczkowe, wciąż tak do końca nie mogę uwierzyć, że to ja je napisałem. Może dlatego, ze tak późno zadebiutowałem i jeszcze nie zdążyłem się do tego przyzwyczaić?

P.S. Długo by wymieniać książki Wojciecha Widłaka, które powstały od czasu naszej rozmowy. Wspomnę tylko najnowszą – znów w duecie z Elżbietą Wasiuczyńską 🙂