Madika z Czerwcowego Wzgórza

Madika z Czerwcowego Wzgórza

Wpis z 18 lutego 2008 roku:

Mała Madika – chluba panien z Czerwcowego Wzgórza o złotym sercu, jak ją nazywał wujek Nilsson. Taka sympatyczna, choć uparta dziewczynka – trochę jak  Lotta (tylko starsza) albo jak  Emil, bo podobnie jak on ma masę pomysłów i łatwo przechodzi od słów do czynów. Dlaczego tak trudno było nam się z nią zaprzyjaźnić ???

Chyba dlatego, że w porównaniu ze znanymi nam wcześniej książkami Astrid Lindgren z jej nurtu realistycznego (do których zaliczam „Dzieci z Bullerbyn”, cykl o  dzieciach z ulicy Awanturników,  ”Emila ze Smalandii” czy ”My na wyspie Saltkrakan”) – te madikowe są zdecydowanie mniej sielankowe. Tamte rozgrywają się w beztroskim, dziecięcym świecie swoich bohaterów, a dorośli, którzy się w nich pojawiają są (z małymi wyjątkami) dobrzy i życzliwi.

Madika i jej siostra Lisabet też mają spokojny i dostatni dom (nawet bardziej dostatni niż w innych książkach), ale świat wokół nich nie jest już tak pastelowy. Tuż za płotem, po sąsiedzku mieszka Abbe – najserdeczniejszy przyjaciel Madiki, który w swoim domu jest jedyną osobą dorosłą, mimo że ma kilkanaście lat. Ojciec alkoholik i bezradna wobec jego nałogu Mama nie poradziliby sobie w życiu, gdyby ich syn się nimi nie opiekował. Poza tym są jeszcze: psychicznie chory Lindkvist, który porywa małą Lisabet; pijak Andersson, który zostawia ją w lesie, kiedy wskoczyła na jego sanie; Mia, koleżanka z klasy Madiki, która jest biedna, ma wszy i tak rozpaczliwie walczy o akceptację rówieśników, ze posuwa się aż do kradzieży; samotna i uboga Lindus Ida… W takim otoczeniu trudno o beztroskę.

Dzięki zakamarkowym  ”Przygodom Astrid – zanim została Astrid Lindgren”  wiemy, że pisarka zawarła w tym cyklu wiele swoich wspomnień z dzieciństwa – tych zdecydowanie smutniejszych. Pierwowzorem tytułowej bohaterki była jej serdeczna i dozgonna przyjaciółka Anne-Marie Ingerstom, którą w domu nazywano Madiką. Jej dom rodzinny czyli willa dyrektora miejscowego banku został tam opisany jako Czerwcowe Wzgórze. Za to w postaci Lisabet Astrid sportretowała własną młodszą siostrę – Stinę.

Te książki nie są jednak tylko smutne i zaangażowane społecznie 😉 Jest w nich wiele zdarzeń wesołych i jest też pięknie opisana więź między siostrami. Choć czasem się kłócą i robią sobie na złość, to wieczorem Lisabet przychodzi do łóżka starszej siostry, żeby się do niej przytulić. Scena kończąca „Patrz Madika pada śnieg”, kiedy rodzice wracają do domu po bezowocnych poszukiwaniach swojej zaginionej córeczki i odnajdują ją w łóżku starszej siostry, wzrusza mnie za każdym razem, gdy ją czytam.

Z tych książek pochodzi też określenie fąflu jeden, które z radością przyjęłam do naszego domowego języka – lubię obdarzać tym epitetem moje córki, kiedy mi podpadną (w zastępstwie zdecydowanie mniej cenzuralnych określeń, które mi się wtedy cisną na usta 😉 )

P.S. Nasza Księgarnia wydała niedawno obie zasadnicze części „Madiki” w jednym tomie w ramach tzw. Serii luksusowej. Edit: a jeszcze potem razem jako „Przygody Madiki z Czerwcowego Wzgórza”

Astrid Lindgen „Madika z Czerwcowego Wzgórza”, przekł: Anna Węgleńska, ilustr.: Ilon Wikland, wyd.: Nasza Księgarnia, Warszawa 1994

Astrid Lindgen „Madika i berbeć z Czerwcowego Wzgórza”, przekł: Anna Węgleńska, ilustr.: Ilon Wikland, wyd.: Nasza Księgarnia, Warszawa 1994

Astrid Lindgen „Madika z Czerwcowego Wzgórza” (Seria Luksusowa), przekł: Anna Węgleńska, ilustr.: Ilon Wikland, wyd.: Nasza Księgarnia, Warszawa 2007

Astrid Lindgen „Przygody Madiki z Czerwcowego Wzgórza” , przekł: Anna Węgleńska, ilustr.: Ilon Wikland, wyd.: Nasza Księgarnia, Warszawa 2015

Astrid Lindgen „Patrz Madika, pada śnieg !”, przekł: Anna Węgleńska, ilustr.: Ilon Wikland, wyd.: Zakamarki, Poznań 2007

Tropiciele

Tropiciele

Małgorzata Karolina Piekarska została nominowana do Nagrody ALMA czyli Astrid Lindgren Memorial Award gratulacje !!!

Przypominam wpis z 22 stycznia 2013 roku o „Tropicielach” i „Dzikiej”. Pisałam też wcześniej o „Klasie pani Czajki”, która była jedną z ulubionych książek Najstarszej z moich córek. Potem ukazały się jej kontynuacje – „LOteria” i „Licencja na dorosłość”. Napiszę o nich więcej niebawem 🙂

Kuba wcale nie chciał przeprowadzać się na Saską Kępę. Całe życie mieszkał na Żoliborzu, tu miał kolegów z podstawówki i razem mieli iść do gimnazjum. Tymczasem po śmierci dziadka, rodzice zdecydowali, że przeniosą się do domu, który po nim odziedziczyli, domu, w którym wychowała się mama. Niewielkim pocieszeniem było to, że w nowym mieszkaniu udało się wygospodarować dla niego oddzielny pokój i nie będzie musiał już mieszkać razem z młodszą siostrą.

Saska Kępa nie podobała mu się wcale. Wkurzały go ciasne uliczki, domki i brak podwórek. W domu dziadka nie mieszkał nikt w jego wieku. W ogóle w okolicy nie było żadnych rówieśników. Nie wiedział też, gdzie ich szukać. W sklepach przeważali starsi ludzie, w ogródku jordanowskim siedziały dzieciaki w wieku Oli, a najbliższe podwórka mieściły się parę przecznic dalej i wydawały się prawie tak odległe, jak pozostawieni na drugim końcu miasta koledzy z dzieciństwa. Zupełnie nie przekonywały go słowa mamy, że jest to ekskluzywna dzielnica artystów, malarzy, ludzi sztuki i kultury.

Warszawa jest metropolią, ale i zbiorem małych miasteczek, choć zgrupowanych w jednym wielkim mieścienapisała Małgorzata Karolina Piekarska przy okazji wystawy „Miejsce akcji: Warszawa”. Te małe miasteczka to między innymi: Sadyba, Żoliborz Oficerski czy Saska Kępa. Od trzynastu lat mieszkam na Saskiej Kępie w domu po prababci, do którego przeprowadziłam się po śmierci rodziców.

Tu jest wielkie miasto w tle, bo zaledwie cztery przystanki jazdy tramwajem do Centrum. Jest tu i małe miasteczko, bo Saska Kępa ma wszystko co jest charakterystyczne dla małego miasteczka. Ma główną ulicę – Francuską, różne przedszkola, szkoły, sklepy, urzędy pocztowe, ośrodki zdrowia, pomniki, place zabaw, galerie, knajpki i podobnie jak małe miasteczko nie ma kina, a jedynie Dom Kultury. Pobliski Park Skaryszewski i teren ogródków działkowych z powodzeniem może robić za charakterystyczne dla małych miasteczek okalające je obszary leśne czy wiejskie.

Do harcerstwa Kuba też trafił przypadkiem. Po prostu odprowadził młodszą siostrę na zbiórkę zuchową i okazało się, że nie ma sensu wracać do domu, bo zaraz będzie musiał znów po nią przychodzić.

Byłam harcerką długie lata. Wśród moich lektur z tego czasu nie przypominam sobie zbyt wielu książek, które opowiadałyby o tym, co się dzieje w harcerstwie, w sposób ciekawy i bliski prawdzie. Chyba tylko „Czarne Stopy” Seweryny Szmaglewskiej (i ich kontynuacja) dawały się czytać bez bólu zębów i nie raziły sztucznością i dydaktyzmem.

Małgorzacie Karolinie Piekarskiej udało się pokazać drużyną harcerska przede wszystkim jako grupę rówieśników spędzających ciekawie czas razem. Bez ideologicznego zadęcia 😉 Bo tak naprawdę o tym, że ktoś zostaje harcerzem nie decyduje jego chęć do przestrzegania Prawa Harcerskiego, ale to czy trafi na fajną drużynę, w której się odnajdzie. A o tym, jaka jest drużyna decyduje to, jaki jest jej drużynowy, a nie to np. do której z organizacji harcerskich należy.

Kuba nie chciał przeprowadzać się na Saską Kępę, do harcerstwa trafił przypadkiem, ale to dzięki harcerstwu przeżył na Saskiej Kępie fajne przygody, rozwiązał razem z poznanymi tu kolegami zagadkę z przeszłości i… zakochał się po raz pierwszy naprawdę 😉

Umieszczenie akcji moich powieści w Warszawie na Saskiej Kępie jest nieprzypadkowe – napisała także autorka tej książki. Zrobiłam to nie tylko dlatego, że tam mieszkam. Chciałam, by moi czytelnicy odnajdowali na kartach książki siebie. Odnajdą więc tam siebie nastolatkowi z dużych miast, a także ci, którzy zamieszkują większość obszaru Polski, czyli małe miasteczka. Osadzenie akcji książek w Warszawie daje pisarzowi wiele możliwości. Tu wszystko może się zdarzyć.

W Warszawie można zaszyć się jak w lesie i pozostać anonimowym, a można też wystawić się jak na świeczniku i dać się poznać wszystkim. Stąd jest krok do wielkiego świata pełnego kin, teatrów i klubów z gwiazdami filmowymi czy telewizyjnymi, a także krok do zupełnej głuszy, bo przecież znaczną część miasta stanowią parki i lasy, choć w Śródmieściu tego nie widać.
Warszawa kusi, by być niemą bohaterką kryminałów, a także powieści przygodowych. A ja lubię, gdy moje rodzinne miasto wodzi mnie na pokuszenie.

Bohaterów „Tropicieli” można spotkać ponownie w książce „Dzika”, choć tym razem głównym bohaterem jest Rafał, przyjaciel Kuby. Poza tym znów jest Saska Kępa i tajemnica do rozwikłania, i pierwsza miłość…

Przygotowałam w tym roku listę lektur dodatkowych dla klasy Najmłodszej z moich córek. Wybierałam według klucza: współczesne, interesujące dla szóstoklasistów i dobrze napisane czyli takie, za których wartość ręczę głową 😉 Znaleźli się na niej nie tylko „Tropiciele” i „Dzika”, ale też wcześniejsza saskokępska książka tej samej autorki: „Klasa Pani Czajki”.

Małgorzata Karolina Piekarska „Tropiciele”, ilustr.: Robert Trojanowski, wyd.: Nowy Świat, Warszawa 2006

Małgorzata Karolina Piekarska „Tropiciele”, ilustr.: Agnieszka Świątek, wyd.: Nasza Księgarnia, Warszawa 2016

Małgorzata Karolina Piekarska „Dzika”, ilustr.: Robert Trojanowski, wyd.: Nowy Świat, Warszawa 2007

Małgorzata Karolina Piekarska „Dzika”, ilustr.: Agnieszka Świątek, wyd.: Nasza Księgarnia, Warszawa 2017

Żółta zasypianka

Żółta zasypianka

Wpis z 27 kwietnia 2007 roku i ostatnia książka Wydawnictwa FRO9 😦

Wiosna – pierwsze litery z wiolonczeli i ze snu…

… śpiewa Elżbieta Adamiak słowami Andrzeja Poniedzielskiego. W moim ogrodzie kwitną żółte forsycje. Kwitnie też żółto krzew, który przywykłam nazywać różą japońską, a okazuje się, że chyba wcale nią nie jest. Kwitną żółte mlecze – ku radości Najmłodszej z córek, która nie może już doczekać się dmuchawców i ku utrapieniu sąsiadów – posiadaczy wypielęgnowanych trawników. W moim ogrodzie wiosna weszła w fazę żółtą. I w ten oto sposób, drogą kolejnych skojarzeń – od wiosennej piosenki przez żółte kwiatki w moim ogródku doszłam do „Żółtej zasypianki” 😉

Mała Asia próbuje zasnąć. Ale jak tu zasnąć, kiedy na jej kołderce wśród żółtych kaczeńców baraszkują żółte kurczaczki i turlają się żółte słoneczka ? Mama opowiada jej bajkę na dobranoc… Jaką ? Asia nie ma wątpliwości – oczywiście żółtą. Ta bajka jest jak sen, a we śnie wszystko może się zdarzyć. Nawet to, że opowieść o żółtej wyspie, na którą żółtym balonem przyleciał pan z żółtą papugą, będzie mieć zupełnie nieoczekiwaną, czerwoną puentę.

O uroku tej książki decydują w jednakowym stopniu: tekst Anny Onichimowskiej oraz kaligrafia i ilustracje Krystyny Lipki – Sztarbałło. Ilustracje niezwykle urokliwe, w rozmaitych odcieniach żółci, z konturami zaznaczonymi delikatną czarną kreską.

„Żółta zasypianka” to trzecia z czterech książek wydanych przez Wydawnictwo FRO9 – po  ”Leonie i kotce” i  ”Rynnie”. Od jakiegoś czasu nic o nim nie słychać, a ich strona internetowa nie otwiera się 😦 Szkoda by było, gdyby przestało istnieć, bo wszystkie ich książki był piękne i niezwykle starannie wydane.

Wyróżnienie graficzne w konkursie Książka Roku IBBY 2005

Anna Onichimowska „Żółta zasypianka”, ilustr.: Krystyna Lipka Sztarbałło, wyd.: Fro9, Łódź 2005

Rynna

Rynna

Wpis z 7 października 2006 roku o drugiej z książek wydanych przez Wydawnictwo FRO9. Uprzedzam – recenzja zawiera spoiler 😉

Czy przyszło Wam kiedyś do głowy, że rynna może posiadać bogate życie uczuciowe ? Taka niepozorna rura przytwierdzona do ściany, na którą na ogół nie zwracamy uwagi (przynajmniej dopóki się nie oberwie 😉 ), staje się w tej książce niemal heroiną romansu. A z kim ten romans ??? Z deszczem oczywiście 😉

Podobno Eskimosi mają w swoim języku kilkaset określeń na śnieg. Z punktu widzenia Rynny deszcz też nie jest po prostu deszczem, ale pada różnie – w zależności od pory roku, a nawet od pory dnia. Czym innym jest wiosenny przelotny deszczyk, szemrzący delikatnie w jej wnętrzu, czym innym – jesienny siąpiący kapuśniaczek, albo letnia gwałtowna ulewa. Niezależnie od tego, pod jaką pojawia się postacią, deszcz zawsze pozostanie najlepszym przyjacielem Rynny, bo stanowi o sensie jej istnienia.

Rynna jest w tej swojej tęsknocie za deszczem bardzo ludzka. Przypomina mi trochę bohaterki tych z baśni Andersena, które antropomorfizowały przedmioty. Jest tylko jedna zasadnicza różnica – gdyby Rynna była bohaterką Andersena, dokonałaby zapewne żywota gdzieś na wysypisku śmieci smutno wspominając czasy, gdy była Ukochaną Deszczu. Roksana Jędrzejewska – Wróbel postarała się jednak o happy end:  jako szczęśliwa posiadaczka zabytkowego gargulca nasza Rynna też została uznana zabytek, połatana, odnowiona, a potem…

… potem żyli długo i szczęśliwie 🙂

Roksana Jędrzejewska – Wróbel „Rynna”, ilustr.: Agnieszka Żelewska, wyd.: „FRO9”, Łódź 2004

Leon i kotka

Leon i kotka

Kiedy moje (obecnie już pełnoletnie) córki były małe – a więc w sumie nie tak dawno, zaledwie kilkanaście lat temu – rynek książki dziecięcej w Polsce wyglądał zupełnie inaczej niż teraz. Patrząc na obecną klęskę urodzaju pięknych książek, która powoduje, że trudno jest wybrać i nie da się przeczytać wszystkiego, co jest tego warte, aż trudno uwierzyć, że wtedy każda dobrze napisana i zilustrowana oraz ładnie wydana pozycja była na wagę złota.

Wtedy, w początku XXI wieku, rzec można na gruzach dawnego porządku i wydawnictw rodem z PRL, powstawały nowe, małe oficyny, zakładane przez ludzi, których nazwałabym szczególnymi maniakami książek. Niektóre z nich istnieją do dziś, niektóre nawet przestały być małe, ale były też takie, które nie przetrwały. Dwóch z nich nie mogę odżałować – jednym było Wydawnictwo Plac Słoneczny 4, które wydało między innymi „Wierzbową 13”, a drugim – Wydawnictwo FRO9. Jego nakładem ukazały się tylko cztery pozycje i wszystkie były zachwycające. Dziś przypomnę pierwszą z nich, o której pisałam 25 września 2006 roku:

Ta książka to czysta poezja, choć napisana jest prozą. Każdy, kto chodził do szkoły wie, że najgorsza rzecz, jaką można zrobić z poezją, to zacząć zastanawiać się co autor chciał przez to powiedzieć ;-). Dlatego „Leona i kotki” nie należy analizować. Trzeba usiąść z dzieckiem w spokoju i dać się unieść jej nastrojowi, budowanemu w równym stopniu przez tekst Grażyny Ruszewskiej i ilustracje Piotra Fąfrowicza. Nie znam drugiej książki dla kilkulatka, przy lekturze której ogarniałby mnie taki spokój i która tak wyciszałaby Najmłodszą z moich córek.

Książki „z obrazkami” dzielą się na takie, które składają się z efektu pracy pisarza i ozdabiających go ilustracji oraz te, w których ilustracje i tekst dopełniają się, tworząc nierozdzielną całość. Ta należy do tych drugich – nie istniałaby bez ilustracji Piotra Fąfrowicza. Są one odmienne od dominującej obecnie quasi-disnejowskiej stylistyki obrazków dla dzieci – niedopowiedziane, pozostawiające pole dla wyobraźni oglądającego.

Historyjka o kocie, który niechętnie przyjął pojawienie się w jego domu kotki – znajdy, jest urzekającą w swojej prostocie opowieścią o rodzącej się przyjaźni (a nawet miłości). Jest to też opowieść o tym, że zmiany, które nieuchronnie przynosi życie, wcale nie muszą być zmianami na gorsze. Sześcioletnia Marysia, której recenzję zamieszczono na stronie wydawnictwa, znalazła w niej jeszcze coś: To przecież bajka o mnie ! Jak urodziła mi się siostrzyczka, to jej nie chciałam, a potem sie okazało, że żyć bez siebie nie możemy ! Może Wy odkryjecie w niej jeszcze coś innego ?

Wiem, że dzieci nieprzyzwyczajone do takiej poetyki początkowo podchodzą do „Leona i kotki” nieufnie. Nie znam jednak żadnego, którego by ta książka nie uwiodła. A jakie piękne sny ma się po niej… Takie poetyckie… 🙂

Wyróżnienie literackie i graficzne w konkursie Książka Roku IBBY 2004

Książka wpisana przez Internationale Jugendbibliothek na listę Białych Kruków – White Ravens

Grażyna Ruszewska „Leon i kotka czyli jak rozumieć mowę zegara”, ilustr.: Piotr Fąfrowicz, wyd.: „FRO9”, Łódź 2004

Edit: nakładem tego samego wydawnictwa ukazała się jeszcze jedna książka tej spółki autorskiej – „Wielkie zmiany w dużym lesie”. Składają się na nią trzy historie, ale nie urzekły nas tak bardzo jak „Leon i kotka”. Chyba Najmłodsza była już na nią za duża…

Grażyna Ruszewska publikuje obecnie jako Grażyna Lutosławska 🙂

Mały atlas zwierzaków Ewy i Pawła Pawlaków

Mały atlas zwierzaków Ewy i Pawła Pawlaków

Własny ogród ! I to miłe uczucie, że można mieć własne mrówki i nadać im imiona. Zresztą nie tylko im ! Również własnym ślimakom, jeżom i innym zwierzętom żyjącym zaskakują blisko człowieka.

„Mały atlas zwierzaków Ewy i Pawła Pawlaków” to trzecia po atlasach ptaków i motyli publikacja poświęcona tym co skaczą i fruwają w naszym najbliższym otoczeniu. Te książki nie pretendują do miana kompendium wiedzy ani ornitologicznej, ani lepidopterologicznej (Ha ! Kto wiedział, że tak się nazywa nauka o motylach ???), ani tym bardziej zoologicznej. One po prostu zachęcają do tego, żeby się uważniej rozejrzeć i dostrzec, kto mieszka całkiem niedaleko nas.

Kiedy pisałam tu o ilustracjach Ewy Kozyry – Pawlak do „Księżniczki na ziarnku grochu”, twierdziłam, że wiedziałam, że tak będzie (że będą zachwycające). Teraz mówię – nie przypuszczałam, że to jest możliwe.

Po cudownych ptakach i przepięknych motylach nie wydawało mi się, że coś może być jeszcze piękniejsze. A jednak…

… zwierzaki w trzecim z atlasów właśnie takie są 🙂 Występują w wersjach: namalowanej akwarelą, wyaplikowanej z materiałów, ulepionej z masy papierowej (plus patyczki i inne takie – np. fragment wycieraczki 😉 ), fotograficznej oraz (tak jak w poprzednich tomach) narysowanej przez Hanię – małą znajomą Autorów. We wszystkich tych wersjach są zachwycające !!!

Zastanawiałam się, jak to się stało, że bohaterowie tego atlasu są tacy wyraziści i sympatyczni i doszłam do wniosku, że tu po raz pierwszy modele portretowani przez Autorów mogli mieć wyraz twarzy (sympatyczny oczywiście). Trudno go osiągnąć u posiadacza dzioba, że o poważnym braku – braku twarzy u motyli nie wspomnę (choć niektóre wyaplikowane przez Ewę Kozyrę – Pawlak jednak posiadają coś jakby cień jej wyrazu 😉 ).

Zawadiackie spojrzenie bobra, zaciekawiony pyszczek zająca, ociężała dostojność ropuchy, odbity w wodzie rzęsorek…

Tego się nie da opisać !

To po prostu trzeba zobaczyć !!!

„Mały atlas zwierzaków Ewy i Pawła Pawlaków”, wyd.: Nasza Księgarnia, Warszawa 2019

Edit: Paweł Pawlak został nominowany do Nagrody ALMAAstrid Lindgren Memorial Award gratulacje !!!

Mała Nina

Mała Nina

… czyli książka wokół której kilka lat temu wybuchła mała burza, a teraz nikt już chyba o niej nie pamięta 😉 Wpis z 17 kwietnia 2016 roku:

„Mała Nina”, książka dla dzieci autorstwa niemieckiej pisarki Sophie Scherrer, w jednym z rozdziałów zawiera gorszący opis profanacji Najświętszego Sakramentu. (…) Opisane wydarzenia stanowią rażące naruszenie uczuć religijnych dzieci i dorosłych, uderzając jednak najbardziej w niewinność i wrażliwość najmłodszych, wychowując ich do postaw przeciwnych wartościom wyznawanym przez ich rodziców.” – z petycji stowarzyszenia „Ordo Iuris”

Gdyby nie ta petycja, żądająca wycofania „Małej Niny” z księgarń, a podpisana już przez niemal 70 tys. osób, pewnie nie sięgnęłabym po nią, bo nie sposób jest śledzić wszystkiego, co się w nurcie, który nazwałabym postmikołajkowym, ukazuje. Zastanawiam się, ilu sygnatariuszy petycji wykonało wysiłek zapoznania się z zawartością tej książki przed jej podpisaniem ?

Ja przeczytałam i zdecydowanie nie mogę zgodzić się ze sformułowaniem: gorszący opis profanacji, bo dla mnie kluczową kwestią są tu intencje, a te bohaterka miała zdecydowanie dobre. Skłamałabym jednak twierdząc, że nie mam z tą sceną żadnego problemu…

Nina jest dzieckiem rozwiedzionych rodziców, którzy w kwestiach religijnych pozostawiają ją samą sobie. Temat chrztu św pojawia się dopiero wtedy, kiedy dzieci z jej klasy mają przystąpić do Pierwszej Komunii Św. Okazuje się wtedy, że Nina nie jest ochrzczona, co jej mama tłumaczy następująco: Posłuchaj skarbie, kiedy byłaś mała, ja i tata żyliśmy w ciągłym stresie i często się kłóciliśmy. Nie mieliśmy niestety czasu, żeby się zająć twoimi chrzcinami i wciąż je przekładaliśmy.

Nina jednak nalega: Chcę mieć komunię. Cała moje klasa idzie do komunii. Przecież nie pochodzę z Maroka jak Murakh i Samira. (…) Chcę w końcu wiedzieć, kim jestem. Chodzi mi o to, czy jestem katoliczką, czy może ewangeliczką albo wegetarianką. Muszę to wiedzieć. Mamo, a może ja jestem poganką ? (…) czy ja będę mogła pójść do nieba ? Odbywa się w końcu i chrzest, i komunia, jednak jedyne przygotowania z tym związane dziewczynka przechodzi na szkolnych lekcjach religii.

Po komunii Nina i jej przyjaciółka Luisa chodzą w niedziele do kościoła tylko we dwie, bo ich rodzice mówią, że chcą się wyspać. I nadal ze wszystkimi wątpliwościami dziewczynki są same. Nie ma nikogo, kto mógłby powstrzymać ich pomysł, aby wynieść hostię z kościoła po to, aby mieć Boga zawsze przy sobie.

Odkąd poszłam do pierwszej komunii, zadaję sobie pytanie, gdzie jest Bóg. Żałuję, że nie mogę Go zobaczyć ani z nim porozmawiać. Mam na myśli prawdziwą rozmowę, a nie taką, że ja mówię, a on mi nie odpowiada.

Całą tę historię określiłabym raczej jako profanację w dobrej wierze, szczególnie, że Nina naprawdę żałuje – ale nie do końca tego, co zrobiła, raczej tego, jak to się skończyło.

Och, Baranku Boży – modliłam się w myślach – przykro mi. Nie chciałam, żebyś wylądował pod moim butem. Najpierw ludzi przybili cię do krzyża, a teraz ja cię jeszcze podeptałam. A przecież pragnęłam tylko, żebyś był w pobliżu, i zamierzałam włożyć cię do książki jako swój największy skarb. (..) Pomyślałam, ze prawdopodobnie Boga nie można mieć, taka jak się ma zakładkę do książki albo świnkę morską. Można Go mieć tylko tak, jak się ma słońce czy księżyc albo białą chmurę na niebie.

Gdybym czytała „Małą Ninę” dziecku, ta scena byłaby na pewno punktem wyjścia do rozmowy o tym, dlaczego pomysł Niny był niewłaściwy i co powinna była zrobić z hostią, która upadła na ziemię. Bo coś takiego może przyjść do głowy każdemu dziecku – dlatego ja, jako dorosła czytelniczka, nie dziwię, się temu. Problem jednak w tym, że przeznaczona jest ona dla dzieci, które już czytają samodzielnie i zapewne większość z nich przeczyta ten rozdział bezrefleksyjnie, a tylko nieliczne będą miały jakieś wątpliwości, którymi podzielą się z dorosłymi.

Bardzo ładnie podsumowała to na forum o książkach dla dzieci i młodzieży Pszczolamaja: Ośmiolatka, przeczytawszy taką książkę sama – a dzieci wtedy już czytają najczęściej samodzielnie – nie będzie miała okazji bezpiecznie uporządkować bardzo zagmatwanego świata Niny. Nie znajdzie żadnej liny, zabezpieczającej w tej wędrówce przez poważne, zafundowane nierzadko przez dorosłych rozterki dziewczynki. To jest pewne oszustwo; o ile o Pippi, z jej baśniowym rysem, jest dzieckiem szczęśliwym i można o niej pisać żartobliwie, z przymrużeniem oka, czasem z nutą melancholii – bo tu jednak dylematy dotyczą innych płaszczyzn, w jakimś sensie prostszych, czy może mniej obciążających; o tyle taki styl w pisaniu o dziewczynce, która często czuje się samotna, mało ma tak naprawdę bliskich, budujących relacji, jest zagubiona, zostawiona sama sobie – tworzy dla mnie jakąś iluzję, pozostawia niepokój.

I jeśli czytam to ja, dorosła, to wiem, że dziecko może mieć pomysł na eksperymenty z Hostią,, ale ja mam jako rodzic obowiązek mu wytłumaczyć, dlaczego tak się nie robi. A jeśli czyta to dziecko – o dziecku, w świecie którego takie zachowanie nie jest w żaden sposób skomentowane – to nie wiem, czemu to służy ?

Z tym pytaniem pozostaję także ja – i nie dotyczy ono tylko kwestii hostii, ale także na przykład chrzczenia świnki morskiej przez polewania jej szampanem. Że o nieskomentowanym w żaden odautorski sposób przekonaniu Niny, że w Maroku ludzie wierzą w Buddę, nie wspomnę…

Zdobycie tej książki nie było wcale łatwe. W mojej dzielnicy do obu egzemplarzy ustawiły się kolejki. Mam wrażenie, że petycja zrobiła „Małej Ninie” reklamę, na którą ona zupełnie nie zasługuje 😉

Sophie Scherrer „Mała Nina”, przekł.: Marta Krzemińska, ilustr.: Maximilian Meizold, wyd.: Wilga (Grupa Wydawnicza Foksal), Warszawa 2015