Niebieskie nitki

Niebieskie nitki

Wpis z 20 października 2008 roku:

Kiedy niedawno rozmawiałam z Małgorzatą Gutowską – Adamczyk, zapytałam ją między innymi o to, czy Pałac opisany w „Niebieskich nitkach” istnieje naprawdę ? Odpowiedziała:

– Ależ tak ! Właśnie zdjęcie tego budynku wywołało we mnie potrzebę napisania powieści ! Wiedziałam oczywiście, że on istnieje, stoi bowiem bardzo blisko bloku, w którym mieszkałam, ale dopiero fotografia zamieszczona w kalendarzu z zabytkami ziemi mińskiej pobudziła mnie do refleksji. Pomyślałam, że w tak pięknym domu muszą mieszkać szczęśliwi ludzie. Jako osoba z natury złośliwa unieszczęśliwiłam jednak swoich bohaterów, pozwalając im jednocześnie mieszkać w pięknym domu.

autorem zdjęcia jest Andrzej Ryszawa – pożyczyłam je z profilu Autorki na FB

Bohaterki „Niebieskich nitek” rzeczywiście są nieszczęśliwe – przynajmniej na początku tej książki. Ale czy można być osobą szczęśliwą, jeśli właśnie rozpadło ci się małżeństwo, zostałaś sama z córką i musiałaś wprowadzić się do Mamy i Babci, ponieważ twój dom w ramach podziału majątku musi zostać sprzedany ? Czy można być osobą szczęśliwą, jeśli dotychczas było się córeczką Tatusia, a teraz ojciec odszedł (w dodatku trzeba było opuścić swój pokój i zamieszkać w mocno zaniedbanym pałacu, razem z Babcią i Prababcią) ? Czy można być osobą szczęśliwą, jeśli ma się na głowie wymagający remontu Pałac, matkę staruszkę, a w dodatku córce i wnuczce właśnie rozpadła się rodzina ? Czy można być osobą szczęśliwą, jeśli ma się za sobą długie, niełatwe życie, a teraz można tylko patrzeć jak ukochany dom idzie w ruinę, a córka, wnuczka i prawnuczka męczą się w nim i z nim ?

Wiktoria, Natalia, Joanna i Paulina – cztery pokolenia kobiet z tej samej rodziny. I dom. Dom z którym wiążą je nie tylko wspomnienia. Dom, który jest podstawą ich tożsamości. Bunia i Musia już to wiedzą – Joanna i Linka potrzebują czasu, aby to zrozumieć.

Małgorzata Gutowska – Adamczyk powiedziała jeszcze: To zdjęcie rzutowało też chyba na atmosferę powieści. Niestety – jego reprodukcja na okładce książki, o zmienionej przez autorkę okładki kolorystyce, nie oddaje nastroju tajemniczości i zadumy, która mnie zainspirowała.

Dla mnie „Niebieskie nitki” są niebieskie nie tylko z powodu tytułu i koloru okładki. Atmosfera tej książki kojarzy mi się z wczesnym, zimowym zmierzchem, kiedy śnieg sprawia, ze powietrze staje się błękitne. To książka zimowa (a właściwie grudniowa bo zaczyna się w Andrzejki, a kończy w Nowy Rok) także ze względu na moment życia, w jakim znalazły się jej bohaterki. Coś się skończyło, coś się być może zacznie, ale trzeba na to poczekać. Z czasem wszystko się ułoży, uporządkuje i znajdzie się na swoim miejscu. Życie mimo wszystko trwa dalej.

Małgorzata Gutowska – Adamczyk „Niebieskie nitki”, wyd.: Ezop, Warszawa 2005

Małgorzata Gutowska – Adamczyk „Niebieskie nitki”, wyd.: Nasza Księgarnia, Warszawa 2011

Kiedyś

Kiedyś

Wpis z 20 października 2007 roku, ale książkę niedawno wznowiło wydawnictwo Mamania i znowu jest dostępna 🙂

Wygląda jak książka dla dzieci. W księgarniach jest umieszczana wśród książek dla dzieci. Jednak, żeby ją zrozumieć i docenić, trzeba mieć już trochę życia za sobą

Mniej – znaczy więcej. Alison Mcghee i Peter H. Reynolds bardzo dobrze zrozumieli tę zasadę Miesa van der Rohe i, tworząc tę książkę, z powodzeniem ją zastosowali. Ani jednego słowa i ani jednej kreski za dużo. Czysta esencja.

Życie. Miłość. Dojrzewanie. Macierzyństwo. Przemijanie. To wszystko jest w tej niedużej książeczce. Czyta się ją kilka minut, ale zapada w serce na długo. Wypróbowałam ją na losowej próbie sześciu kobiet w różnym wieku (od nastolatki do babci) i wszystkie były nią poruszone i wzruszone.

Warto na moment zatrzymać się w pędzie codzienności i odwrócić się plecami do całego zgiełku, który nas otacza. Do powszedniego krzątactwa, na którym niezauważalnie upływa nam większość życia. Do ciągłej pogoni za tym wszystkim, co chcielibyśmy mieć i za tym, co, jak nam się wydaje, powinniśmy mieć. Do demagogii, nienawiści i kłamstw nazywanych eufemistycznie polityką.

To, co w życiu najważniejsze – jest zupełnie gdzie indziej. Ta książka pomaga sobie o tym przypomnieć.

Alison Mcghee (tekst) & Peter H. Reynolds (ilustracje) „Kiedyś”, przekł.: Zuzanna Naczyńska, wyd.: Egmont, Warszawa 2007

Alison Mcghee (tekst) & Peter H. Reynolds (ilustracje) „Kiedyś”, przekł.: Iwona Mączka, wyd.: Mamania, Warszawa 2018

Heartland

Heartland

Wpis z 21 września 2013 roku. Od tego czasu Najmłodsza z moich córek zdążyła zrobić maturę i zacząć studia, a jej koński świr pogłębił się do tego stopnia, że została instruktorką jazdy konnej 🙂 Natomiast książki z tego cyklu powędrowały już do następnych maniaczek jeździectwa 🙂

… czyli kolejny cykl, w którym utonęła Najmłodsza z moich córek.

Ostatnio co prawda mamy renesans świra mitologicznego, a to za sprawą ekranizacji kolejnej części cyklu „Pearcy Jackson i bogowie olimpijscy” oraz pierwszej lektury w gimnazjum, którą jak na zamówienie są„Przygody Odyseusza”, ale dopóki nie przeczytała wszystkich tomów „Heartlandu” nie była się w stanie zainteresować niczym innym. Ten cykl to lektura jakby dla niej specjalnie pisana, bo konie są najnowszą pasją Najmłodszej.

Nowej pasji towarzyszą nowe potrzeby – nie tylko odpowiedniego stroju, butów i akcesoriów, ale też nowych, adekwatnych do niej lektur. Jedyny koński tytuł jaki przychodził mi do głowy to „Zaklinacz koni”, uznałam jednak, że ta książka nie jest jeszcze dla niej – z powodów, nazwijmy to, obyczajowych. Spróbowałyśmy z filmem i tu niestety też pierwsze podejście było nieudane. Pamiętałam co prawda, że zaczyna się od dość drastycznych scen wypadku, ale zapomniałam, jak długo trzeba czekać i jak wiele smutku znieść, zanim dojdziemy do pięknych scen budowania bliskości z koniem. Jakiś czas po tej pierwszej nieudanej próbie obejrzenia tego filmu, Najmłodsza trafiła na niego w telewizji i tym razem wytrzymała do końca.

„Heartland” to taki „Zaklinacz koni” dla wczesnych nastolatek. Najmłodsza dowiedziała się o nim od koleżanek, bo czytają to także te, które w życiu na koniu nie siedziały. A jest co czytać – po polsku ukazało się już 20 części, a wydaje mi się, że w oryginale jest ich jeszcze więcej.

Tytułowy Heartland to stajnia czy też ośrodek, gdzie trafiają konie po przejściach. Założyła go i prowadziła Marion Fleming, mama Amy, głównej bohaterki tych książek, osoba obdarzona szczególnym talentem, która potrafiła zrozumieć każdego, nawet najbardziej pokręconego konia i znaleźć sposób, aby do niego dotrzeć.

Niestety – podobnie jak „Zaklinacz koni” – tom pierwszy zaczyna się od tragedii i mama Amy ginie w wypadku. (Wolę o tym uprzedzić, bo jest naprawdę smutno.) Bez niej cały Heartland traci racje bytu, chyba że…

… Amy, która odziedziczyła po mamie ów talent, da radę poprowadzić go dalej z pomocą dziadka i siostry. Każdy tom to historia innego konia po przejściach, a równocześnie śledzimy życie Amy, jej problemy sercowe i rodzinne.

Nie oszukujmy się – ten cykl to nie jest literatura najwyższej próby. 😉 Przeciętnie cytata nastolatka bez problemu przeczyta każdy tom za jednym zamachem. Ale jest w tych książkach COŚ, co powoduje, że wszystkie znane mi dziewczyny, które zaczęły to czytać, nie odpuszczały aż do końca, a kolejne tomy znajdowały się na listach życzeń prezentowych na różne okazje.

Lauren Brooke „Heartland. Powroty” (t.1), przekł.: Donata Olejnik, wyd.: Wydawnictwo Dolnośląskie 2010

P.S. Kolejne wydanie tego cyklu ukazuje się w tomach zawierających po dwie części.

M jak dżeM

M jak dżeM

i kolejne części cyklu o Neli – „Kawa dla kota” i „Miłość bez konserwantów”.

Wpis z 28 listopada 2007 roku:

Być może przegapiłabym tę książkę, gdyby nie  mała burza, jaka się wokół niej rozpętała na jednym z forów.  Zaintrygowała mnie, więc znalazłam ją i przeczytałam. Spodobała mi się. Potem pomyślałam sobie, że może wrodzona przekora wykrzywia mi optykę, więc dałam ją do przeczytania Najstarszej z córek. Też jej się spodobała 🙂

Nela ma trzynaście lat i właśnie rozpoczęła naukę w gimnazjum. W nowej szkole nie czuje się dobrze, nie potrafi znaleźć wspólnego języka z koleżankami z klasy. Sytuacja rodzinna również jej się komplikuje – w jej życiu pojawia się nagle rodzina Taty, który od lat nie utrzymuje z córką kontaktu, oraz dziecko, które ma się urodzić Mamie i Artyście. Co prawda Nela znakomicie dogaduje się z ze swoim ojczymem, ale nie wiadomo, co się stanie, kiedy pojawi się nowy członek rodziny. Poznaje też pewną starszą panią, która przypomina mi trochę Vianne Rocher, bohaterkę „Czekolady” – z tą różnicą, że pani Lila czaruje dżemami….

„M jak dżeM” to taka jesienna książka. Pełna barw i smaków, ale podszyta smutkiem i melancholią. Można ją też zaliczyć do książek świątecznych, bo przecież kończy się przygotowaniami do Wigilii.

Pierwszym zarzutem, jaki pojawił się we wspomnianym wątku, był pewna stygmatyzacja, jakiej dokonała Autorka, nazywając negatywne postaci – Wanessa Gwóźdź, Isaura Kowalska i Sandra Wątroba, w przeciwieństwie do bohaterki pozytywnej o imieniu Aniela. No fakt – coś w tym jest, ale z drugiej strony…. Nela odziedziczyła swoje imię po prababci i jest to szczegół istotny dla całości akcji – trudno wobec tego, żeby była Nikolą czy Sabriną. Natomiast jej szkolne prześladowczynie przez większą część książki znamy jako Goły Pępek, Miss Perfumerii i Rudą – ich imiona pojawiają dopiero na setnej stronie. Do tego czasu zdążyliśmy już poznać je od najgorszej strony. Najstarsza stwierdziła, że te imiona świadczą bardziej o ich rodzinach niż o nich samych. Poza tym – są kompatybilne z zamiłowaniem owych dziewczyn do głupich seriali 😉

Imiona owych dziewczyn mieszczą się ponadto w nieco groteskowej  (żeby nie powiedzieć – tragikomicznej) konwencji, w jakiej Agnieszka Tyszka opisuje szkołę Neli – trochę podobnej do tego, jak widzi te instytucję Małgorzata Musierowicz w nowszych tomach „Jeżycjady”. Książka momentami jedzie po stereotypach (że się wyrażę kolokwialnie 😉 ), ale te stereotypy nie biorą się znikąd. To że istnieją środowiskowe mody na imiona wiadomo nie od dziś – tak było od wieków. Nie jest tajemnicą również to, że nauczyciele bywają różni i obok mądrych trafiają się tacy, którzy wybrali ten zawód jedynie z braku innych pomysłów na życie.

Czy jednak można powiedzieć, że ta książka pokazuje złe wzorce radzenia sobie (a raczej nieradzenia) z problemem agresji w szkole ? Czy przeniesienie Neli do innej szkoły było ucieczką ? O to samo zapytała ją pani Lila:

– Nie wiem, jakie powinno być zakończenie tej historii. W bajce wszystko byłoby proste – złe dziewczyny ukarane, a pokrzywdzona zyskuje zasłużoną nagrodę. Ale to nie bajka… Może więc warto zastanowić się chociaż, co dla ciebie stanowiłoby zasłużoną nagrodę ?

Nela pomyślała przez chwilę, przywołując w pamięci zakończenia znanych jej bajek.

– Żaden przystojny książę, żaden piękny pałac, klejnoty i inne bogactwa, ani to słynne „żyli długo i szczęśliwie…”. Po prostu święty spokój – powiedziała w końcu. – Normalna klasa. Nic nadzwyczajnego.

Dla mnie było to naturalne działanie rodziców poszukujących odpowiedniego miejsca dla swojej córki. Nie ma szkoły idealnej dla wszystkich, ale chodzi się tam po to, żeby się uczyć, a nie po to żeby uprawiać walkę z wiatrakami, w pojedynkę przeciw wszystkim (z dyrekcją włącznie). Nie każdy ma w sobie taki hart ducha, a już na pewno nie delikatna i wrażliwa Nela.

Jedno wiem na pewno – to nie jest książka do osób na diecie. Kiedy się ją czyta, przychodzi ochota na herbatę i jakąś konfiturę, albo dżem. Może aksamitne morele na jesienną zadumę ? Albo rozgrzewające malinki na pierwsze mrozy ? Albo szarlotkę – z jesiennych jabłek oczywiście ? Zaczynam rozumieć, czemu ostatnio chodzi za mną ta szarlotka… 😉

Agnieszka Tyszka „M jak dżeM”, wyd.: Nasza Księgarnia, Warszawa 2007

Wpis z 30 marca 2008 roku:

Weszłam do Empiku właściwie tylko po to, żeby kupić  ”Cukiernię pod Pierożkiem z Wiśniami” dla kolejnej solenizantki z klasy Najmłodszej z córek. Nie znalazłam jej od razu, musiałam trochę poszperać po półkach i wtedy stało się…

Najpierw moją uwagę zwróciła okładka w kolorze kawy latte – ma w sobie coś ciepłego, a równocześnie romantycznego. Potem wpadł mi w oko kawowy tytuł. Wreszcie – nazwisko autorki wywołało jakże słuszne skojarzenie. Tak – to właśnie jest ciąg dalszy kontrowersyjnej książki  ”M jak dżeM”.

Od Świąt zamykających tamtą część minęło pół roku, a życie Neli dalekie jest o happy endu, które sugerowało jej zakończenie. Malutka siostrzyczka zupełnie nie przypomina słodkich bobasów z reklam pampersów. Mama i Artysta umęczeni jej kolkami i ciągłym płaczem nie mają ani czasu, ani siły, żeby interesować się starszą córką. Ojciec, obdarowany przez nią „Tatownikiem”, nie potrafił odnaleźć się w tej sytuacji. W dodatku jeszcze – najlepsza przyjaciółka wróciła z wakacji zakochana. Ogólnie jest niewesoło i wtedy z pomocą przychodzi nieoceniona pani Lila…

O czym jest ta książka ? Przede wszystkim o miłości – we wszystkich jej aspektach: męsko – damskim (czy lepiej chłopięco – dziewczęcym ;-), rodzinnym, a także o miłości człowieka do zwierzęcia. O odpowiedzialności. I wreszcie – o zapomnianej już zupełnie (a jakże urokliwej) mowie kwiatów.

Czytając „Kawę dla kota” miałam nieodparte wrażenie, że autorka niejako dyskutuje w niej z krytycznymi głosami dotyczącymi poprzedniej części. Świadczy o tym choćby poprowadzenie postaci pani Purchawki, która okazuje się być kimś zupełnie innym niż by to sugerowało jej zimowe nakrycie głowy. Pojawia się w tam także niejaka Sandra Wątroba (zwana również Gołym Pępkiem) w nieoczekiwanym wcieleniu. Speech o przemocy znajdujący się na stronie 58 brzmi zupełnie tak, jakby był postem w podlinkowanym przeze mnie wątku.

Otwarte zakończenie „Kawy dla kota” sugeruje, że może będzie miała ona ciąg dalszy… Czekamy z ciekawością 🙂

Agnieszka Tyszka „Kawa dla kota”, wyd.: Nasza Księgarnia, Warszawa 2008

Ciąg dalszy i zamknięcie cyklu ukazało się pod tytułem „Miłość bez konserwantów”. Jeśli spodobają Wam się pierwsze dwa tomy, na pewno sięgniecie i po ten 🙂

O słodkiej królewnie i pięknym księciu

O słodkiej królewnie i pięknym księciu

Wpis z 5 października 2008 roku, ale książka nadal jest w ofercie wydawnictwa i naprawdę warto po nią sięgnąć 🙂

Zaczyna się jak każda bajka: była sobie Królewna (całkiem ładna, inteligentna i zdolna) i był sobie oczywiście Piękny Książę. Spotkali się i pokochali, a potem… Potem powinno paść sakramentalne: i żyli długo i szczęśliwie…

Tak przynajmniej kończą się normalne bajki.

Ale ta – nie.

Ta bajka jest inna niż wszystkie, ponieważ tak naprawdę zaczyna sie tam, gdzie inne się kończą.

O słodkiej królewnie…” to opowieść o związku dwojga ludzi i o tym, jak on sie zmienia. Pokazuje moment zakochania z całą jego irracjonalnością – bo czy tak naprawdę jest jakieś logiczne wytłumaczenie tego, dlaczego właśnie w tym momencie i dlaczego właśnie w tej osobie ? Potem mamy etap fruwania nad ziemią (na skrzydłach miłości oczywiście) oraz nieuchronne twarde lądowanie, kiedy (również nieuchronnie) pojawia się Nuda i Wątpliwości. Bo gdy pojawiają się Wątpliwości, to nic juz nie jest takie samo jak przedtem. A jeszcze potem…

Roksana Jędrzejewska – Wróbel oferuje czytelnikom aż trzy zakończenia i sami możemy zdecydować, co będzie potem. Możemy też wymyślić własne. Żadne z nich nie jest happy endem, bo pod tym określeniem rozumiemy na ogół szczęście, które przychodzi samo, bez wysiłku. Nawet rozwiązanie drugie (to z założenia najszczęśliwsze) wymaga od Królewny i Księcia gotowości do zmian i pracy nad sobą. Uświadamia też ważną prawdę, że aby podobać się innym musimy najpierw podobać się sobie samym i samych siebie polubić.

Najmłodsza z moich córek wybrała właśnie zakończenie drugie czyli to w którym Królewna z Księciem podejmują próbę uratowania miłości i potem pielęgnują ją troskliwie. Mam nadzieję, ze dzięki temu łatwiej jej będzie zrozumieć, że my – rodzice czasem potrzebujemy samotności we dwoje, bez dzieci 😉

Pięcioletni Leo, którego rodzice właśnie się rozwiedli, odebrał tę książkę inaczej. Jego Mama napisała na jednym z forów dla rodziców: Na początku Leo w ogóle nie chciał, żebym ją czytała. Po pierwszych stronach kazał mi przerywać. Dopiero niedawno dotarliśmy do końca. Leo zawsze wybiera jedno i to samo zakończenie – pierwsze. I tak sobie myślę, jak wiele ten jego wybór mówi o jego oczekiwaniach. Zburzyliśmy jego świat. Tylko to się liczy. Że sami mamy własne chciejstwa i niechciejstwa – on jeszcze nie dostrzega.

„O słodkiej królewnie…” to moim zdaniem książka dla dzieci nieco starszych niż sugerowałby to jej rozmiar oraz baśniowy entourage. Świadczą o tym również ilustracje Agnieszki Żelewskiej – bardziej schematyczne i pozornie mniej dopracowane niż w innych książkach przez nią ilustrowanych (np. w  ”Gęboludzie”,  ”Rynnie” czy „Bajkach na krótką metę”). Jest to książka dla dzieci, których rodzice są na wszystkich etapach związku opisanych w niej – bo (mam nadzieję) pomaga zrozumieć, dlaczego jest tak, jak jest. Warto, żeby przeczytali ją również dorośli, ponieważ w krótkich słowach zmusza do zastanowienia nad tym, gdzie jesteśmy i dlaczego jest tak jak jest.

Myślę że powinna być ona obowiązkową lekturą dla narzeczonych. Uświadamia bowiem, że zakochanie nie jest stanem wiecznym, a miłość, której owo zakochanie jest początkiem, nie jest nam dana na zawsze i wymaga troskliwej pielęgnacji.

Roksana Jędrzejewska – Wróbel „O słodkiej królewnie i pięknym księciu. Opowieść z 3 zakończeniami do wyboru”,  ilustr.: Agnieszka Żelewska, wyd.: Media Rodzina, Poznań 2008

Świat do góry nogami

Świat do góry nogami

Skoro już zaczęłam wstawiać na nowe półki Małego Pokoju książki Beaty Ostrowickiej, przypomnę kolejną – tym razem dla zdecydowanie starszych czytelników.

Wpis z 9 lipca 2007 roku:

Nasz czas rodzinny zatrzymał się. Nagle. Bezpowrotnie. Nieodwołalnie. Tata, Kuka, Szymek i ja jesteśmy uwięzieni wewnątrz zepsutego mechanizmu. Zabrakło jednego elementu i… trach ! Pozostałe nie potrafią prawidłowo funkcjonować. Jeden element. Serce całego rodzinnego organizmu.

Na śmierć Mamy nie ma w życiu odpowiedniego momentu. Ola ma siedemnaście lat, jej siostra – dwanaście, a brat siedem. Spadło to na nich zupełnie niespodziewanie. Zwykły dzień, zwykłe wyjście z domu… Wystarczyło 2,8 promila alkoholu we krwi kierowcy samochodu dostawczego.

Czytałam tę książkę w samolocie. Wydarzenia w niej opisane plus oddalenie nie tylko od rodziny, ale też od twardej ziemi pod stopami spowodowały, że zaczęłam z niepokojem myśleć o kruchości życia. Mama Oli była dokładnie w moim wieku. Co stałoby się z moją rodziną, gdyby mnie zabrakło ?

Czy moje córki potrafiłyby być dla siebie oparciem ? Żyjemy pod tym samym dachem, mamy wspólnych rodziców, ale patrzymy na świat całkowicie różnie. Jak to możliwe ?– zastanawia się Ola. Co stanowi istotę więzi rodzinnych ? Kiedy zabrakło Mamy, każdy w ich domu został sam. Oddzielnie próbowali znaleźć odpowiedź na pytanie dlaczego ? W pojedynkę przeżywali swój lęk przed tym, co przyniesie przyszłość i żal, że w żadnym z ważnych momentów życia nie będzie im już towarzyszyła Mama.

Tata, bezradny wobec codzienności, która dotychczas była domeną żony, przerzucił większość obowiązków na najstarszą córkę, z rzadka zauważając, że ją to przerasta. Młoda i Mały to była tylko fizyczność. Do nakarmienia, ubrania, zadbania o czyste uszy i kolana. Nie zastanawiało mnie, co myślą, czują. Nie znałam ich marzeń, planów. Bardzo długo żyłam w przekonaniu, że to umarła moja Mama. Że tylko ja nie wiem, jak poradzić sobie z dalszym życiem.

Jakiś czas temu napisałam o innej książceDorosłość nie przychodzi ot tak w dniu osiemnastych urodzin. Stajemy się dorośli wtedy, kiedy życie postawi przed nami dorosłe wyzwania, a my je podejmiemy i poniesiemy konsekwencje. Ola potrzebowała czasu i kilku dramatycznych wydarzeń, żeby zrozumieć i przyjąć do wiadomości, że życie musi toczyć się dalej, choć ich świat stanął na głowie. Jej świat to odtąd Tata, Kuka, Szymek i… ktoś jeszcze. Ktoś odtąd bardzo ważny…

Kiedy ich Mama wychodziła z domu ostatni (jak się okazało) raz, jedna z córek nie pożegnała się z nią. Była obrażona. Ot, normalna scysja mamy z dorastającą córką o domowe obowiązki, ostrzejsza wymiana zdań, jaka zdarza się niemal codziennie. Tym razem nie było już okazji, żeby się pogodzić. Spieszmy się kochać…

Seria ”Nasza biblioteka” wydawnictwa Ossolineum adresowana jest do dorastającej młodzieży. Składają się na nią książki poruszające trudne problemy związane z okresem dojrzewania.  Beatę Ostrowicką znałam dotąd jako autorkę  sympatycznych książeczek dla przedszkolaków, których problemy mają jednak nieco mniejszy ciężar gatunkowy„Świat do góry nogami” był dla mnie sporym zaskoczeniem, ale jeszcze większym była (również wydana w tej serii) „Zła dziewczyna”. O niej jednak innym razem…

Edit: obecnie obie te książki wznowiło Wydawnictwo Literatura w serii „Plus minus 16”.

Beata Ostrowicka „Świat do góry nogami”, wyd. Zakład Narodowy im. Ossolińskich – Wydawnictwo, Wrocław 2002

Beata Ostrowicka „Świat do góry nogami”, wyd.: Literatura, Łódź 2014

My dwie, my trzy, my cztery

My dwie, my trzy, my cztery

Oryginalny tytuł tej książki brzmi „Apple and Rain”. Apple naprawdę nazywa się Apollinia Apostolopoulou, ale jak sama mówi: nikt nie potrafi tego wymówić. Dlatego od razu mówię, że jestem Apple. Ma trzynaście lat, mieszka z babcią, jej tata ma nową żonę, a mama zniknęła z jej życia jedenaście lat temu. Apple cały czas ma nadzieję, że wróci. Natomiast Rain

Rain pojawia się dopiero mniej więcej w połowie książki, więc każde wyjaśnienie jej obecności będzie spoilerem. Powiem tylko, że jest mocno specyficzna, a reszty musicie dowiedzieć się z książki.

W okładkowych blurbach można przeczytać, że jest to książka o dorastaniu do miłości i odpowiedzialności oraz o sile miłości i przebaczaniu. Dla mnie jest ona przede wszystkim o dorosłych, którzy nie zasługują na własne dzieci, bo to właśnie dzieci znajdują w sobie odpowiedzialność i siłę do przebaczania mimo wszystko. Trochę podobnie było w „Kasieńce”, ale ten problem pojawiał się też w innych angielskich książkach, które czytałam. Na przykład u Jacqueline Wilson, która była kiedyś ulubioną pisarką córki Środkowej, a obecnie już nie jest chyba chętnie czytana. Problem rodziców, którzy nie potrafią stworzyć swoim dzieciom domu dającego im poczucie bezpieczeństwa i stabilizacji, nie jest oczywiście tylko problemem brytyjskim, choć w polskiej literaturze rzadko się pojawia, a jeżeli już – to raczej w książkach dla starszych nastolatków.

Kasieńka”, pierwsza książka tej autorki, była utworem z gatunku verse novel czyli zbiorem białych wierszy. Spodziewałam się, że ta będzie podobna, ale tym razem jest to klasyczna powieść – choć poezja pełni w niej ważną rolę. W ramach lekcji angielskiego klasa Apple zapoznaje się z poezją i próbuje tworzyć własne wiersza. To właśnie poezja pomaga dziewczynce zrozumieć i uporządkować swoje uczucia oraz nabrać wiary w siebie. Czytając o tych jej lekcjach, o tym jak pan Gaydon, nauczyciel rozmawia z nimi o wierszach i tych znanych poetów, które przynosi na lekcje, i tych, które uczniowie piszą sami, poczułam zazdrość. Można tak ? Bez sprawdzianów ze znajomości lektury i jedynie słusznej interpretacji tego, co autor chciał przez to powiedzieć ? Pozostawiając uczniom pole dla ich własnej wyobraźni ? Moja wyobraźnia nie sięga tak daleko 😉

(Tutaj powinny rozbrzmieć oklaski dla tłumaczki za to, jak przełożyła wiersze Apple, a szczególnie za ten, który powstał po lekturze „Dżabbersmoka” Lewisa Carolla. Chapeau bas !!! 🙂 )

„My dwie, my trzy, my cztery” to także książka o pierwszym zakochaniu (a nawet dwóch 😉 ), pierwszym pocałunku (a nawet dwóch 😉 ), przyjaźni i problemach, jakie mają wszyscy, którzy dorastają. Jak napisał o niej „The Guardian” to powieść inna niż większość książek dla młodzieży. Nie ma w niej seksu ani przemocy, wątek miłosny pojawia się dopiero pod koniec – a jednak wzrusza i trzyma w napięciu.

Sarah Crossan „My dwie, my trzy, my cztery”, przekł.: Małgorzata Glasenapp, wyd.: Dwie Siostry, Warszawa 2018