Kamienie na szaniec

Kamienie na szaniec

Dziś na Cmentarzu Komunalnym na Powązkach odbędzie się pogrzeb kapitana harcmistrza Ryszarda Białousa „Jerzego”. 27 lat po śmierci dowódca batalionu harcerskiego „Zośka” spocznie wreszcie wśród swoich żołnierzy. Jego krzyż harcerski na urnie z prochami zrobił na mnie duże wrażenie.

Od książek Aleksandra Kamińskiego „Kamienie na szaniec” i „Zośka i Parasol” zaczęło się moje zainteresowanie historią, Szarymi Szeregami, Powstaniem Warszawskim. Były dla mnie ogromnie ważne, mam do nich bardzo osobisty stosunek i dlatego 2 kwietnia 2014 roku, po obejrzeniu ekranizacji pierwszej z nich, napisałam taki nietypowy jak na tematykę tego bloga wpis:

Tym razem nie będzie o książce tylko o filmie – tak przy okazji, bo „Kamienie na szaniec” ukazały się właśnie z filmową okładką i zdjęciami z filmu w środku.

Podobno statystycznym widzem amerykańskiego kina klasy B jest nastoletni afroamerykański analfabeta z wielkomiejskiego slamsu. Natomiast odbiorcą, do którego adresowane są polskie filmy historyczne i adaptacje dzieł naszej literatury jest zapewne przeciętny gimnazjalista doprowadzony do kina przez szkołę. Zdaję więc sobie doskonale sprawę, że, jako córka harcerza Szarych Szeregów i środkowe ogniowo w trzypokoleniowym łańcuchu harcerek w naszej rodzinie, a w dodatku absolwentka studiów historycznych, nie jestem targetem „Kamieni na szaniec”. Nie dla mnie kręcono ten film. Ponieważ jednak w grupie docelowej mieści się przynajmniej jedna z moich córek – pozwolę sobie spojrzeć na ten film oczyma Matki Targetu 🙂

Z różnych stron dobiegają mnie głosy, że film może nie jest wybitny, ale jest wystarczająco dobry, bo robi wrażenie na młodzieży i jest ilustracją słów Stanisława Jankowskiego Delegata Rządu na Kraj, które stały się mottem Muzeum Powstania Warszawskiego: Chcieliśmy być wolni i wolność sobie zawdzięczać. Czyli program minimum został zrealizowany – ale ja się zastanawiam, dlaczego tylko tyle ?

A poza tym – dlaczego film noszący tytuł książki Aleksandra Kamińskiego, która wywarła wpływ na kilka pokoleń Polaków i opowiadający o wydarzeniach i postaciach autentycznych, co sugerują choćby użyte tam ich imiona i nazwiska, pokazuje nam kogoś zupełnie innego ??? O takim drobiazgu jak to, że Kamiński pisał o trzech przyjaciołach nie wspominając…

Dlaczego jego twórcy uznali, że statystyczny gimnazjalista (w skrócie: ST) nie jest w stanie zrozumieć przekazu głębszego niż komiksowy, a żeby go poruszyć wystarczy zaserwować mu sceny tortur, które dorównają najbardziej krwawym grom komputerowym ? Dlaczego uznali, że aby zrozumiał i polubił bohaterów, trzeba ich sprowadzić do poziomu współczesnych nastolatków ? Gimnazjaliści, z którymi mam do czynienia, potrafią myśleć – trzeba im tylko dać szansę.

Posłuchajcie opowiadania o Alku, Rudym, Zośce i kilku innych cudownych ludziach. o niezapomnianych czasach 1939-1943 roku, o czasach bohaterstwa i grozy.

Posłuchajcie opowiadania o ludziach, którzy w tych niesamowitych latach potrafili żyć pełnią życia, których czyny i rozmach wycisnęły piętno na stolicy oraz rozeszły się echem po kraju, którzy w życie wcielić potrafili dwa wspaniałe ideały: BRATERSTWO i SŁUŻBĘ.

Bohaterowie Kamińskiego – Alek, Rudy i Zośka należeli do elity intelektualnej swojego pokolenia. Skończyli jedną z najlepszych szkół średnich w Polsce i przed samą wojną zdali tzw. dużą maturę czyli osiągnęli wykształcenie jakie zdobywała wtedy mniejsza ilość osób niż obecnie szczyci się dyplomem wyższej uczelni. Wszyscy trzej czasie okupacji studiowali na tajnych kompletach, a poza tym czytali, myśleli, dyskutowali. Nie tylko o strzelaniu.

Marcel Sabat i Tomasz Ziętek mają po 25 lat – czyli że są od swoich bohaterów ciut starsi. Mirosław Konarowski i Cezary Morawski byli w tym samym wieku, gdy grali Zośkę i Rudego w filmie „Akcja pod Arsenałem”. Dlaczego więc patrząc na tych ostatnich widzę młodych mężczyzn, a w „Kamieniach na szaniec” trudno mi uwierzyć, że mają więcej niż 17 lat ? Notabene – kiedy tamten film wszedł na ekrany, ja sama byłam w wieku obecnych gimnazjalistów. Jego bohaterowie imponowali mi i czułam, że dorosnąć do nich nie będzie mi łatwo.

Myślę, że jest to problem, który dotyczy obecnych filmów historycznych, nie tylko polskich. Bierze się wnętrza i kostiumy z epoki, wymyśla się wydarzenia quasi-historyczne i wstawia w to bohaterów, którzy zachowują się i myślą całkiem współcześnie. Nieważne, czy mamy do czynienia z rzymskim gladiatorem, rycerzem krzyżowym, angielskim lordem z czasów wiktoriańskich czy harcerzem Szarych Szeregów. Jaki płynie z tego przekaz dla statystycznego widza (czy to amerykańskiego, czy polskiego) ? Otóż taki, że jedyny postęp jakiego dokonała ludzkość na przestrzeni wieków to postęp techniczny, a w sferze etyki, moralności i stosunków międzyludzkich (a także podejścia do kwestii inicjacji seksualnej 😉 ) nic się nie zmieniło od czasu, gdy wyszliśmy z jaskiń.

Alek, Rudy i Zośka byli harcerzami. Wychowankami przedwojennej „Pomarańczarni” i członkami konspiracyjnych Szarych Szeregów – jedynej w państwach okupowanych konspiracyjnej organizacji wychowawczej, co zostało umieszczone w napisach kończących film. Szkoda tylko, że to w żaden sposób nie wynika z zachowania jego bohaterów wcześniej – pomijając przedziwną scenę przysięgi AK, na której potrzeby ubierają się wszyscy w mundurki jak spod igły. Po trzech latach okupacji !!! Ta scena jest absurdalna z wielu powodów – tak absurdalna, że trudno z nią nawet dyskutować. Rozumiem jednak, że te mundurki były po to, aby wbić naszemu SG do głowy, to że film opowiada o harcerzach. Szkoda tylko, że w tym celu nie stworzono jakichś scen odwołujących się np. do przedwojennych obozów. Byłoby prościej i zgodnie z realiami.

W materiałach promocyjnych filmu jest napisane: Film nie jest tradycyjną adaptacją, ale autorskim, współczesnym komentarzem do literackiej opowieści, czym jak rozumiem jego twórcy bronią się przed podobnymi zarzutami. Uważam jednak, że o autorskim komentarzu i dyskusji z literacką wizją Kamińskiego można by mówić w sytuacji, gdy bohaterowie nazywaliby się np. Maryśka i Blondyn, a film nosiłby inny tytuł. Tylko że wtedy nie miał by on zagwarantowanej widowni tak długo, jak długo „Kamienie na szaniec” będą lekturą szkolną. Choć przyznam, że odczuwam pewną złośliwą satysfakcję na myśl o tym, że za czas jakiś, kiedy umilkną już echa burzy, którą film wywołał, jacyś leniwi gimnazjaliści, którym nie będzie się chciało czytać książki i ograniczą się do obejrzenia filmu, polegną na teście ze znajomości lektury 😉

I wyszedłeś jasny synku z czarną bronią w noc,

i poczułeś, jak się jeży w dźwięku minut – zło.

Zanim padłeś, jeszcze ziemię przeżegnałeś ręką.

Czy to była kula, synku, czy to serce pękło ?

Gdyby film nie udawał, że jest ekranizacją, to być może zachwyciłaby mnie scena końcowa, w której na odległość strzału stają przed sobą dwaj młodzi, zakochani chłopcy, których dzieli tylko to, że jeden jest Polakiem, a drugi Niemcem. Piękna scena o antywojennej wymowie – szkoda tylko, że dla jej konceptu odebrano Zośce jego bohaterską śmierć w walce.

Zastanawiam się, którego z bohaterów autorzy filmu skrzywdzili najbardziej ? Lista jest długa, a wybór trudny. Czy Alka, który z równorzędnego bohatera stał się częścią tła ? Czy Zośkę, w którym nijak nie można zobaczyć tego charyzmatycznego, ujmującego i odpowiedzialnego przywódcy, o którym mówią ci, którzy go znali ? Czy Orszę ukazanego jako człowiek niepewny, wręcz strachliwy ? Czy może wreszcie majora Kiwerskiego, dowódcę Kierownictwa Dywersji Armii Krajowej, o którym pada sugestia, że przez trzy dni chował się przed Orszą i Zośką udając, ze jest w Krakowie, aby uniknąć podjęcia decyzji o akcji ? A może Heńka, którego konsultant historyczny filmu profesor Grzegorz Nowik nazwał skrzywdzonym bohaterem „Kamieni na szaniec” i między innymi z tego powodu wycofał swoje nazwisko z napisów ?

W moim poczuciu najbardziej skrzywdzone zostały tam domy Rudego i Zośki – domy, które ich ukształtowały i wspierały, domy przesiąknięte patriotyzmem i poczuciem służby, ich głęboko zaangażowani w konspirację rodzice i siostry harcerki. A szczególnie profesor Józef Zawadzki, wspierający Szare Szeregi w ich działaniach wychowawczych także po śmierci Zośki jako przewodniczący Rady Wychowawczej – tu pokazany jako człowiek wręcz tchórzliwy i uwikłany w jakiś konflikt z synem. Rozumiem, że SG łatwiej jest zrozumieć bohatera skłóconego z rodzicami niż gotowego umrzeć za ojczyznę, ale chyba jednak nie o tym jest ten film ?

Smutno mi, gdy pomyślę, że kiedy nasz SG zobaczy ten film ponownie za lat kilkanaście, kiedy nie będzie już gimnazjalistą i (mam nadzieję !) będzie mądrzejszy niż teraz, to nie znajdzie w nim nic więcej niż za pierwszym razem. Bo niestety nic więcej tam nie ma…

Aleksander Kamiński „Kamienie na szaniec”, wyd.: Nasza Księgarnia 2014

Powstanie Warszawskie. Pierwsze dni

Powstanie Warszawskie. Pierwsze dni

Wpis z 8 października 2017 roku:

Jak czytać te książkę ?

Życie człowieka składa się z decyzji. Czasem są one błahe, niekiedy zaś poważne, niosące nieodwracalne konsekwencje. Z tej książki możesz się dowiedzieć, przed jakimi wyborami stawali młodzi ludzie podczas Powstania Warszawskiego i jak wpływały one na dalsze losy tych osób, doprowadzając czasem nawet do śmierci. Każda z twoich decyzji będzie zmieniać bieg tej historii i prowadzić do innego zakończenia. Wydarzenia, w których będziesz brać udział, miały miejsce w rzeczywistości i przytrafiły się prawdziwym ludziom.

Nie jestem targetem tej książki, nie wychowałam się na grach komputerowych i zdecydowanie preferuję słowo pisane, a najlepiej jeśli jest ono na papierze. W dodatku jeśli chodzi o historię, a szczególnie o Powstanie Warszawskie jestem maksymalistką – oczekuję od książek wierności faktom i bardzo wyczulona jestem na wszelkie niedoróbki w tej kwestii. Dlatego do publikacji, która ma w tytule Interaktywne spotkanie z historią podeszłam z dużą dozą nieufności. Obawiałam się, że (podobnie jak na przykład w grze „Mali powstańcy”) fakty i realia historyczne mogły paść ofiarą tej interaktywności. Muszę przyznać, że się w tej kwestii bardzo miło zdziwiłam…

Merytorycznie nie mogę właściwie do niczego przyczepić. Książkę konsultowało Muzeum Powstania Warszawskiego i w warstwie faktograficznej wszystko się zgadza. Jedyna rzecz, która ciut mi zgrzytnęła, to zdjęcie, które ilustruje hasło ręczny karabin maszynowy. Przedstawia ono sowiecki RKM DP, który owszem – był w użyciu w czasie Powstania, ale spodziewałabym się go raczej w drugiej połowie września na Powiślu, a nie w pierwszych dniach sierpnia na Woli. Co nie znaczy, że było to absolutnie niemożliwe.

Widza o Powstaniu, którą czytelnik z niej wyniesie jest na podobnym poziomie do tej, którą ja mniej więcej w tym samym wieku wyniosłam z lektury „Zośki i Parasola” Kamińskiego. Te same wydarzenia, ci sami ludzie, ale tu być może forma będzie bardziej interesująca dla współczesnego nastolatka.

Być może – bo wydaje mi się, że jak na jego potrzeby tak książka jest trochę zbyt mało atrakcyjna wizualnie. Nieliczne kolorowe ilustracje i czarno – białe, niewyraźne zdjęcia nie pomagają wczuć się w opisywane wydarzenia. Poza tym aż prosi się, żeby jakoś osadzić to wszystko w realiach współczesnej Warszawy – przydałyby się tu o mapy i zdjęcia, także współczesne. Wtedy być może okazałoby się, że wszystko to działo się w miejscach doskonale czytelnikowi znanych i z pozoru zupełnie nieciekawych.

Masz na imię Janek. Jesteś silnym osiemnastoletnim chłopakiem. Mieszkasz razem z wujem i ciotką w małym mieszkanku na warszawskiej Woli…

Przy pomocy tej książki możemy towarzyszyć naszemu bohaterowi we wszystkich wariantach powstańczego losu – od natychmiastowego przyłączenia się do walki do decyzji o tym, żeby się w nic nie włączać. Niektóre kończą się jego śmiercią, ale są też takie w których przeżywa. Kilka zakończeń doprowadza go na Starówkę i tam zostawia – nie wiemy więc, co wydarzyło się później.

Czasem podejmujemy w jego imieniu decyzje trudne (przyłączyć się do walki czy nie), a czasem wszystko zależy od tego, czy każemy mu pobiec w prawo czy w lewo. Jednak żadna z tych decyzji nie gwarantuje mu przeżycia.

Pomysł fabularny, szkielet tej książki jest interesujący i dopracowany, przydałoby się jednak obudować go bardziej literacko. To bardziej scenariusz gry – nie poznajemy szerszego tła, niewiele wiemy o uczuciach bohatera, więc trudno czasem zrozumieć, dlaczego miałby podjąć taką czy inną decyzję. Marzy mi się kolejne wydanie tej książki – poszerzone i ulepszone. Z ciekawszymi ilustracjami, pokolorowanymi zdjęciami i rozbudowaną fabułą, która pozwoliłaby współczesnemu nastolatkowi zrozumieć, dlaczego jego ówcześni rówieśnicy chcieli być wolni i wolność sobie zawdzięczać.

A gdyby jeszcze w tym wydaniu zrezygnowano ze słowa „przygoda”, którym określane są kolejne wersje losów bohatera, byłoby idealnie.

Krzysztof Mital „Powstanie Warszawskie. Pierwsze dni. Interaktywne spotkanie z historią”, ilustr.: Filip Wojciechowski, wyd.: Meandry, Gdańsk 2017

Moje cudowne dzieciństwo w Aleppo

Moje cudowne dzieciństwo w Aleppo

Wpis z 15 maja 2017 roku:

Tytuł tej książki brzmi jak oksymoron, a jednak jej bohaterowie być może kiedyś tak o tym czasie powiedzą. W całym koszmarze życia w ruinach i ciągłej obawy przed nalotami, Jasmina i jej bracia Nabil i Tarik mają dom – trochę zrujnowany, ale to i tak bardzo dużo, bo 1/3 ludności Syrii musiała swoje domy opuścić. Mają też co jeść i w co się ubrać, ale przede wszystkim mają rodziców, którzy robią wszystko, aby ich chronić, nie tylko w sensie fizycznym. Na spotkaniu promującym tę książkę Tomasz Raczek powiedział, że skojarzyła mu się ona z filmem „Życie jest piękne”. Ja odebrałam ją podobnie – tu także jest ojciec, który robi wszystko, żeby nie dopuścić do świadomości dzieci okropieństw świata, w którym zmuszone są żyć.

Dorośli są naiwni. Wydaje im się, że jak rozmawiają szeptem, dzieci nic nie usłyszą. Jest dokładnie na odwrót. Kiedy rodzice, patrząc porozumiewawczo na siebie, przy rozmowie zasłaniają dłonią usta, jakby zamierzali kichnąć, wtedy cała zamieniam się w słuch – i najczęściej udaje mi się parę słów wychwycić.

Tak naprawdę nie chodzi o to, żeby poznać ich najskrytsze tajemnice. Po prostu czasem mają problemy, z którymi sami nie potrafią sobie poradzić.

Ta książka to powieść dla dzieci, którą powinien przeczytać każdy dorosły – jak można przeczytać na okładce. Grzegorz Gortat nie chroni swoich czytelników przed prawdą o wojnie. Pokazuje życie w oblężonym i bombardowanym mieście w całym jego koszmarze, nie wyłączając śmierci osób bliskich, ale nie epatuje okrucieństwami. Wiele rzeczy pozostawia niedopowiedzianych, a każdy czytelnik zrozumie je na swoim poziomie. My dorośli, wypełnimy te niedopowiedzenia swoją wiedzą o świecie, a jeśli będziemy towarzyszyć w lekturze dzieciom, możemy odpowiedzieć na pytania, które być może będą chciały zadać.

Historii dzieci z Aleppo towarzyszą przepiękne ilustracje Marianny Sztymy. Są poważne, nie infantylne i funkcjonują trochę obok tekstu. Jednak kiedy obejrzymy je uważnie, okaże się, że opowiadają pewną historię, która się w tekście książki zawiera.

Nie dowiemy się z niej, jakie są przyczyny wojny w Syrii i kto tak konkretnie zrzuca bomby na Aleppo. Najważniejsi są w niej bezbronni ludzie, o których pan Safik powiedział: jesteśmy tylko pionkami w grze możnych tego świata. A świata nie interesuje, co się z nami stanie.

„Moje cudowne dzieciństwo w Aleppo” nie ma happy endu – właściwie trudno powiedzieć, że ma koniec, bo przecież wiemy, że wojna w Aleppo trwa nadal…

Katarzyna Szantyr – Królikowska, szefowa Wydawnictwa Bajka, powiedziała na spotkaniu promującym książkę, że kiedy przeczytała ten tekst pierwszy raz, zrozumiała dwie rzeczy: że musi ją wydać oraz że rzeczą niemoralną byłoby na niej zarabiać. Cały dochód ze sprzedaży „Mojego cudownego dzieciństwa w Aleppo” zostanie przekazany Polskiej Akcji Humanitarnej na pomoc Syrii. Może dzięki temu choć jedno dzieciństwo w Aleppo stanie się trochę lepsze…

Grzegorz Gortat „Moje cudowne dzieciństwo w Aleppo”, ilustr.: Marianna Sztyma, wyd.: Wydawnictwo Bajka, Warszawa 2017

Bracia Lwie Serce

Bracia Lwie Serce

Wpis z 16 listopada 2012 roku:

Rzadko zdarza mi się popełniać wpisy okolicznościowe i ten też nim nie jest, ale przeczytana na Facebooku informacja o przypadających przedwczoraj 105 urodzinach Astrid Lindgren była bodźcem do skończenia tego, nad czym siedziałam już od jakiegoś czasu.

Pytanie o książki oswajające dziecko z tematem śmierci jest, można powiedzieć, listopadowym pytaniem kalendarzowym. Przez długi czas odpowiedź na nie sprowadzała się w zasadzie do jednego tytułu, jednak ostatnio bardzo modne zrobiło się opisywanie w książkach dla dzieci rozmaitych tematów stanowiących dotychczas tabu, więc i książek o śmierci pojawiło się trochę. Żadna nie dorównuje jednak „Braciom Lwie Serce” mimo, że od napisania jej minęło niemal 40 lat.

Dlaczego ?

Po pierwsze – oczywiście dlatego, że Astrid Lingren była Wielką Czarodziejką. Po drugie – dlatego. że (w przeciwieństwie do nowości) nie jest to książka tylko o śmierci. W tej opowieści o życiu po życiu jest wszystko – i miłość, i nienawiść, i strach, i zdrada, i odwaga, i poświęcenie… To książka o byciu Człowiekiem.

Chciałbym Wam opowiedzieć o moim bracie. Nazywa się Jonatan Lwie Serce i o nim właśnie będzie ta historia. Mnie się ona wydaje prawie baśnią i nawet trochę, troszeczkę, opowieścią o duchach, ale przecież wszystko w niej jest prawdą. Tyle tylko, że nikt i tym nie wie poza mną i Jonatanem.

Na początku tej historii wszystko wskazywało na to, że tym który umrze będzie młodszy z braci, ciężko chory Sucharek. Jonatan, jego ukochany starszy brat opowiedział mu więc bajkę o krainie zwanej Nangijalą, gdzie wciąż są jeszcze czasy ognisk i bajek. (…) Mówił że z Nangijali pochodzą wszystkie bajki, bo właśnie tam takie rzeczy się dzieją i ten kto tam się znajdzie ma przygody od rana do wieczora, a nawet w nocy. Jonatan obiecał braciszkowi, że on tam również przybędzie, że wkrótce będą tam razem.

A także że w Nangijali nie ma c z a s u w takim sensie, jak tu na ziemi. Gdyby nawet zył dziewięćdziesiąt lat, to mnie by się wydawało, że minęły najwyżej dwa dni. Bo tak jest, jak nie ma prawdziwego czasu.

Tymczasem wydarzyło się tak, że to Jonatan pierwszy tam dotarł, a potem przysłał do brata biała gołębicę, która jego głosem opowiedziała Sucharkowi o tym, jak pięknie jest tam, w Nangilali. I o Zagrodzie Jeźdźców w Dolinie Wiśni, w której będą mieszkali razem.

No i potem stało się to. Nigdy jeszcze nie zdarzyło mi się nic tak dziwnego. Nagle znalazłem się po prostu przed furtką i zobaczyłem napis na zielonej tabliczce: „Bracia Lwie Serce”.

Jak tam przyszedłem ? Kiedy pofrunąłem ? Jak znalazłem drogę, nikogo nie pytając ? Nie wiem. Wiem tylko, ze nagle stałem tam i czytałem napis na furtce.

Dla mnie Nangijala nie jest ani Niebem, ani Piekłem, ani Czyśćcem w takim rozumieniu jak to przedstawia Biblia. Nangijala to Czas Próby – czas, w którym każdy staje przed wyzwaniem. Zostaje skonfrontowany ze Złem w czystej postaci i musi się opowiedzieć po jednej albo po drugiej stronie. Są w tej książce wyraźne echa wojny i Holokaustu – rycerze Tengila – groźni i okrutni, Dolina Dzikich Róż otoczona murem i pilnowana przez nich oraz mały chłopiec przemykający się pod murem… Ta historia niesie prawdę o tym, że najbardziej boimy się nie o siebie, ale o tych, których kochamy, a równocześnie ta miłość i ten strach mogą dawać siłę do czynów nadzwyczajnych.

Ktoś, kto kojarzy Astrid Lindgren wyłącznie jako autorkę beztroskich obrazów dzieciństwa takich jak „Dzieci z Bullerbyn”, może być bardzo zdziwiony tę książką. Razem z ”Ronją, corką zbojnika” i „Mio, mój Mio” tworzą one w jej twórczości nurt baśniowy i są to książki, o których mogę napisać: piękne, choć momentami bardzo smutne. Ale ten smutek jest w życiu dziecka też potrzebny i potrzebne mu są rozmowy o rzeczach ostatecznych.

„Bracia Lwie Serce” to jedna z tych książek, do opisania których przymierzam się od początku mojej blogowej działalności. Próbowałam już kilka razy i dochodziłam do wniosku, że wielkość tej książki mnie przerasta. I że lepiej nie napisać nic, niż nie sprostać zadaniu. Mam nadzieję, że w końcu mi się to udało…

P.S. Tak, wiem oczywiście że „Bracia Lwie Serce” są lekturą szkolną, ale uważam, że nie warto czekać z nią, aż dziecko będzie musiało ją przeczytać. Szkoda tak pięknej książki na czytanie jej z obowiązku, A poza tym – uważam, że piątoklasiści są już na nią trochę za duzi.

Astrid Lindgren „Bracia Lwie Serce”, przekł.: Teresa Chłapowska, ilustr.: Ilon Wikland, wyd.: Nasza Księgarnia, Warszawa 2000