Zaczarowane baletki

Zaczarowane baletki

„Zaczarowane baletki” właśnie pojawiły się w księgarniach, ale pisałam o tej książce już 22 września 2008 roku 😉

Znacie film „Masz wiadomość” ?

Jest w nim scena, która zawsze kojarzy mi się z tą książką. Kathleen Kelly (grana przez Meg Ryan) właścicielka małej księgarni z książkami dla dzieci, którą odziedziczyła po matce, wie już, że przegrała konkurencję z siecią książkowych supermarketów i że będzie musiała zamknąć swój „Shop around the corner”. Idzie do megaksięgarni „Fox Books” i siada sobie w dziale dziecięcym. Jest tam świadkiem rozmowy sprzedawcy z klientką, która pyta go o książki o butach – słyszała o nich od znajomej. Sprzedawca nie wie, o czym mowa i kto napisał te książki. Wtedy do rozmowy włącza się Kathleen Kelly i mówi: Noel Streatfield. Napisał  „Buty baletowe”, i „Buty do łyżew” i „Teatralne buty”, i „Tańczące buty” … Ja najbardziej lubię „Buty baletowe” i „Buty do łyżew”, ale… (tu następuje pełne wyrazu chlipnięcie)... nakład jest już wyczerpany. Sprzedawca na to: Streatfield ? Może Pani przeliterować ?, a przysłuchujący się temu ukradkiem Joe Fox (czyli Tom Hanks) niemal wali z rozpaczą głową w balustradę, bo to trochę tak, jakby w polskiej księgarni sprzedawca spytał przez jakie „u” pisze się Tuwim 😉

Bardzo lubię ten film, ale minęło trochę czasu zanim skojarzyłam, że owa rozmowa dotyczy jednej z ulubionych od lat książek Najstarszej z moich córek. Przy okazji wyszła też na jaw niedoróbka tłumacza dialogów w filmie, bo Mary Noel Streatfield zdecydowanie była kobietą 😉 „Zaczarowane baletki” to w oryginale „Ballet shoes” czyli przywoływane tam buty baletowe. Oprócz książek wymienianych w filmie, napisała jeszcze„Tennis…”, „Circus…”, „Movie…”, „Family..”, „New..” i „Travelling Shoes” oraz wiele innych książek, już bez butów w tytule 😉 W tej samej serii, co „Zaczarowane baletki”ukazała się jeszcze jej „Złota jabłoń”, ale nie spodobała się już tam tak bardzo.

Siostry Fosyl mieszkały na samym końcu ulicy Cromwella, wciąż jednak dostatecznie blisko muzeum Wiktorii I Alberta, by w deszczowe dni móc tam oglądać domki lalek. W dni pogodne zabierano je tam, aby „oszczędzić parę groszy… – Najstarsza przypomniała to sobie, kiedy  byłyśmy w tym muzeum w zeszłym roku, ale nie udało nam się ich znaleźć (domków, nie dziewczynek 😉 ) .

Paulinka, Pietrowna i Pusia tak naprawdę nie były siostrami, mimo że wszystkie nosiły nazwisko Fosyl – nazwisko, którego nie zawdzięczały dziadkom i które było tylko ich. Wszystkie trzy zostały przywiezione do Londynu przez pewnego kolekcjonera skamielin jako swego rodzaju znaleziska z podróży. Ów pan, zwany przez dziewczynki Dziamem, adoptował je, a nastepnie zostawił pod opieką swojej stryjecznej wnuczki i wyruszył w długą podróż po świecie. Iście po męsku – jak by niewątpliwie powiedziała panna Kornelia Bryant 😉

„Zaczarowane baletki” to książka, która ma wiele wspólnego z drugą ukochaną książką Najstarszej – Cukiernią pod Pierożkiem z Wiśniami”. W obu jest Londyn w okresie międzywojennym, w obu są dziewczynki bez rodziców pozostające pod opieką życzliwych dorosłych i w obu te dziewczynki występują w teatrze. W obu też pojawia się Zarząd Miejski Londynu, który wydaje dzieciom zezwolenia na pracę w teatrze. W pewnym stopniu tym właśnie lekturom zawdzięczamy zainteresowanie Najstarszej teatrem i tańcem.

W „Cukierni” jej bohaterka (i imienniczka Najstarszej) dowiaduje się ze zdziwieniem od Zofii, że istnieją specjalne szkoły, w których dzieci uczą się grać. (…) Ania nigdy o takich szkołach nie słyszała, a do niedawna nie przyszłoby jej nawet do głowy, ze dzieci mogą grać w czymś innym niż przedstawienia szkolne urządzane dla rodziców. Siostry Fosyl trafiły do takiej szkoły – Dziecięcej Akademii Tańca i Sztuki Aktorskiej przez przypadek, dzięki nauczycielce z tej szkoły, która wynajmowała u nich pokój. Był to zdecydowanie szczęśliwy przypadek, który pomógł im zarobić na swoje utrzymanie, kiedy pieniądze pozostawione przez Dziama zaczęły się kończyć. Potem jednak okazało się, że tylko dla jednej z nich taniec stanie się życiem, pozostałe znajdą sobie inne drogi…

Widząc mnie ostatnio z tą książką w ręku Najstarsza powiedziała: Za każdym razem, kiedy ją czytam widzę wyraźniej, jak kiepsko jest przetłumaczona, ale mimo wszystko ciągle ją lubię. Rzeczywiście – tłumaczenie miejscami kuleje, bywa nieco chropowate. Są to jednak drobiazgi, pomimo których książka ma nadal wiele uroku. Zrozumieć natomiast nie mogę, dlaczego tytułowe baletki miały być zdaniem tłumaczki zaczarowane ???

Noel Streatfield „Zaczarowane baletki”, przekł.: Ewa Fiszer, wyd.: Oficyna Wydawnicza Rytm, Warszawa 2003

„Zaczarowane baletki” ukazały się właśnie wznowione przez Wydawnictwo Dwie Siostry w serii „Mistrzowie Światowej Ilustracji”. Trochę zdziwiłam się, że w tym wydaniu zachowany został przekład Ewy Fiszer z jego wszystkimi jego chropowatościami oraz tym, że Piotruś Królik z książki Beatrix Potter jest tam Piotrem Króliczkiem, ale mimo to książka nadal ma swój urok 😉

Urocze są również oryginalne ilustracje Ruth Gervis – proste i syntetyczne, utrzymane w duchu Art Deco, a z dzisiejszej perspektywy: staroświeckie jak opowiadana w tej książce historia. Ich autorka była siostrą Noel Streatfield, ale wydawca podobno nie wiedział o tym, kiedy proponował jej pracę nad książką debiutantki. Ilustrowała także m.in. książki Enid Blython, ale to „Ballet Shoes” pozostają do dziś najbardziej znane.

Noel Streatfield „Zaczarowane baletki”, przekł.: Ewa Fiszer, wyd.: Dwie Siostry, Warszawa 2019

Latający detektyw

Latający detektyw

i kolejne części cyklu o Ture Sventonie i jego latającym dywanie 🙂

Wpis z 3 listopada 2012 roku:

Jakieś dziesięć lat temu, na campingu w Dueodde na Bornholmie, zaczęłam przeglądać książki stojące na półce w jadalni. Taki nie dający się powstrzymać odruch – mimo że wszystkie były w języku, którego nie rozumiem 😉 W pierwszej, do której zajrzałam, zauważyłam znajome nazwisko – Ture Sventon. Spojrzałam na kartę tytułową – zgadza się: autor Ake Holmberg, ale, zabijcie mnie, nie wiem, którą z książek o tym detektywie tam znalazłam. Jednak poczułam się tak, jakbym gdzieś w tłumie na plaży zobaczyła znajomego z bardzo dawnych lat…

Detektyw Ture Sventon należy do grona ulubionych bohaterów literackich mojego dzieciństwa. Pierwszą książką z jego przygodami, jaka wpadła mi w ręce, była druga część cyklu czyli „Detektyw na pustyni”. Pamiętam, że dokładnie wyobraziłam sobie zapach wielbłąda, którym pachniał jego latający dywan, Doskonale wiedziałam też, jak wyglądało metalowe pudełko, w którym zabierał w podróż swoje ulubione ptysie, bo przecież było takie samo jak to, w które moja Mama pakowała jedzenie, kiedy wyjeżdżaliśmy pod namiot. I te ptysie… na jakiś czas stały się moimi ulubionymi ciastkami. Po wielu latach dowiedziałam się, że w oryginale wcale nie chodziło o ptysie, tylko o bułeczki cynamonowe, bardzo popularne w Szwecji, za to w Polsce w chwili ukazywania się przekładu właściwie nieznane, a dodatku ich polska nazwa nie pozwalała na zademonstrowanie jednej z charakterystycznych cech bohatera. Przecież naprawdę nazywał się on Sture Svensson, ale wada wymowy nie pozwalała mu przedstawiać się należycie. A ptysie w jego ustach stawały się psysiami i ja też czasem je tak nazywam.

„Latającego detektywa” przeczytałam później. W szwedzkich okolicznościach przyrody znany mi już detektyw nie miał niestety takiego uroku – zabrakło pustynnej egzotyki. Dlatego zdecydowanie zachęcam do czytania tego w odpowiedniej kolejności. Wtedy w pierwszym tomie poznamy Turego, dowiemy się, kim jest i skąd ma ten niezwykły dywan, aby w drugim towarzyszyć mu jak dobremu znajomemu w egzotycznej podróży. Ponieważ we wszystkich tomach w rozwiązywaniu zagadki pomagają mu dzieci, młodym czytelnikom łatwiej jest odnaleźć na kartach książki swoje alter ego.

Kiedy moje córki dorosły do znajomości z Latającym Detektywem kupiłam im nowe wydanie, bo moje stare książki powędrowały gdzieś w świat. Niestety – bez ilustracji Anny Kołakowskiej, które pamiętałam, ten dywan nie pachniał mi już tak, jak wcześniej 😉 Dlatego z radością przyjęłam fakt wznowienia tych książek przez wydawnictwo „Dwie Siostry” w ich kanonicznej wersji.

A teraz w zapowiedziach pojawił się również „Ture Sventon w Sztokholmie” czyli trzeci tom, który ominął nas wszystkie. Szkoda, że dopiero teraz, bo moje córki już z tych książek wyrosły, a miałabym znakomity prezent mikołajkowy…

Ake Holmberg „Latający detektyw” , przekł.: Teresa Chłapowska, ilustr.: Anna Kołakowska, wyd.: Dwie Siostry, Warszawa 2011

Ake Holmberg „Detektyw na pustyni” , przekł.: Teresa Chłapowska, ilustr.: Anna Kołakowska, wyd.: Dwie Siostry, Warszawa 2012

Ake Holmberg „Ture Sventon w Sztokholmie” , przekł.: Teresa Chłapowska, ilustr.: Anna Kołakowska, wyd.: Dwie Siostry, Warszawa 2012

P.S. Kolejne tomy cyklu czyli „Ture Sventon w Londynie” i „Ture Sventon w Paryżu” niepublikowane wcześniej w Polsce ukazały się w serii „Mistrzowie Światowej Ilustracji” z oryginalnymi ilustracjami Svena Hemmela.

Widziałem pięknego dzięcioła

Widziałem pięknego dzięcioła

A lato było piękne tego roku…

Lato roku 1939 było niezwykle piękne, a przynajmniej takie pozostało we wspomnieniach. Trudno powiedzieć, czy rzeczywiście takie było, czy sprawił to kontrast z koszmarem, który potem nastąpił i który przyniósł koniec całego dotychczasowego świata. Myślę też, że jednak nie było ono takie beztroskie, jak mogłoby się dziś wydawać, natomiast przeczucie tego, co nadchodziło, powodowało, że ludzie wówczas żyjący potrafili bardziej docenić jego urok. A później hołubili w pamięci wspomnienie tych wakacji, bo były ostatnie. Chociaż nikt wtedy nie mógł jeszcze przypuszczać, jak zupełnie skończy się ich świat…

Lato 1939 roku stało się obecnie tematem bardzo modnym – już ukazały się o nim trzy książki: „Pokój z widokiem. Lato 1939” Marcina Wilka, „Lato ’39. Jeszcze żyjemy” Marcina Zaborskiego i „Wakacje 1939” Anny Lisieckiej (ta ostatnia, moim zdaniem najciekawsza i ujmująca temat najszerzej), a zapowiadane są kolejne. Nadal jednak najpiękniejszym literackim opisem tego lata pozostaje dla mnie drugi tom gdyńskiej trylogii „Tak trzymać” Stanisławy Fleszarowej – Muskat, w której niemal czuje się zapachy wiatru od morza, rozgrzanego piasku na plaży i niedzielnej, porannej kawy. Z lektur mojego dzieciństwa zapamiętałam to lato (i wrzesień, który po nim nastąpił) z dwóch – „Na niby i naprawdę” Zofii Lorentz i „Marszu ołowianych żołnierzy” Macieja Słomczyńskiego.

„Widziałem pięknego dzięcioła” to książka – dokument. Ośmioletni w 1939 roku Michał Skibiński dostał w szkole zadanie prowadzenia w czasie wakacji dziennika i codziennie zapisywał w nim jedno zdanie o tym, co się tego dnia wydarzyło. Lipiec i sierpień spędzał wraz z bratem na podwarszawskim letnisku i rzeczy, które wtedy opisywał były typowo wakacyjne – spacery, liszka znaleziona w lesie, tytułowy dzięcioł, balon i szybowiec latające nad Aninem, odwiedziny rodziców i odprowadzanie gości na stację. Pod koniec sierpnia chłopcy wrócili do Warszawy.

29.8.1939 Odwiedził mnie tatuś

Ten ostatni wpis chwyta za serce, jeśli się wie, że to było ostatnie spotkanie chłopca z tatą – lotnikiem, który 9 września zginął.

1.9.1939 Rozpoczęła się wojna

Jednozdaniowym zapisom Michała towarzyszą ilustracje Ali Bankroft. Są one trochę takie, jak niezbyt wprawne malunki dziecka farbami plakatowymi i dość grubym pędzlem, ale kiedy przyjrzymy im się bliżej, zobaczymy, że nic w nich nie jest przypadkowe, a znakomicie oddają nastrój opisywanych chwil. W książce można zobaczyć także wygląda autentycznego zeszytu autora.

Ostatni zapis, jaki poczynił Michał, informuje o bombach zrzuconych przez samoloty angielskie i jest odbiciem plotki, która musiała wówczas krążyć po Milanówku, obrazującej nadzieje Polaków na spełnienie przez naszych sojuszników ich zobowiązań. Potem są tylko daty – 16 i 17 września i trudno powiedzieć, czy autor nie miał już głowy do pisania, czy uznał, że wakacje się skończyły i zadanie wykonał ? Muszę jednak przyznać, że nie do końca rozumiem wybór wpisów dokonany przez wydawnictwo – szczególnie w części wrześniowej. Podobne odczucia miała też autorka bloga „Mała czcionka”.

„Widziałem pięknego dzięcioła” to książka, którą czyta się szybko, ale myśli o niej długo. Zastanawiam się jednak, co z niej zrozumie dziecięcy czytelnik, który nie dysponuje wiedzą niezbędną do wypełnienia niedopowiedzeń, z których ona się składa ? Dlatego uważam, że nie jest to lektura, z którą można zostawić dziecko same, bo po prostu niewiele z niej wyniesie.

„Widziałem pięknego dzięcioła” to książka, która powinna stać się wstępem do rozmowy – może z odwołaniem do rodzinnych wspomnień, do tego, co w tym samym czasie robili dziadkowie (czy też częściej już pradziadkowie) dziecka ? To książka, która może być znakomitym materiałem na lekcję czy zajęcia biblioteczne.

To wreszcie książka, która powinna stać się wstępem do kolejnych lektur. Mam nadzieję, że tak będzie 🙂

Michał Skibiński „Widziałem pięknego dzięcioła”, ilustr.: Ala Bankroft, wyd.: Dwie Siostry, Warszawa 2019

Mała księżniczka

Mała księżniczka

Wpis z 1 stycznia 2016 roku:

Pewnego pochmurnego dnia zimowego, kiedy gęsta, żółta mgła zalegała ulice Londynu tak szczelnie, że zapalono latarnie, a szyby wystawowe sklepów jarzyły się oświetleniem gazowym, jakby to już był wieczór; mała, osobliwie wyglądająca dziewczynka jechała wolno ulicami miasta, siedząc w powozie przy boku swego ojca.

„Mała księżniczka” zalicza się do elitarnego grona ulubionych książek mojego dzieciństwa. Była tak bardzo ukochana, że zaczytałam ją kompletnie i nie dotrwała już do moich córek. W stosownym momencie nabyłam więc kolejne wydanie z myślą o Najstarszej z córek i… przeżyłam ogromne rozczarowanie. Od pierwszych słów nie spodobał mi się nowy przekład, jakiś taki toporny i bez wdzięku, w którym ten pierwszy akapit składał się z trzech zdań. W dodatku Rózia miała tam na imię Becky, co może jest zgodne z oryginałem, ale kompletnie nie pasuje do niej 😉

Na okładce sportretowana była dziewczynka – blada, wymoczkowata i z rudawymi włosami, o której na pewno nie można było powiedzieć, że miała swoisty, oryginalny urok. Tymczasem Sara Crewe została opisana przez autorkę jako dziewczynka smukła i wiotka, wysoka jak na swój wiek, o wyrazistej, pociągłej twarzyczce. Włosy miała gęste, kruczoczarne i lekko podwinięta na końcach, oczy szarozielone, to prawda, były to jednak ogromne, cudowne oczy o długich, czarnych rzęsach i chociaż jej samej nie podobał się ich kolor, wiele osób uważało, że są piękne. Ilustracje w środku też nie zachwycały, a ich podstawową wadą było to, że nie wyszły spod ręki Antoniego Uniechowskiego.

Później okazało się, że i tak nie była to najgorsza wersja tej książki, na jaką mogłyśmy trafić. Na szczęście udało mi się zdobyć to stare wydanie i jest to obecnie ukochana książka Najmłodszej, zaczytana podobnie jak ta moja sprzed lat. Ze zdziwieniem policzyłam, że oprócz okładki jest tam tylko sześć ilustracji. Tylko sześć, ale wystarczyło to, aby wspaniale zbudować cały świat tej książki !

„Mała księżniczka” nie była chyba moim pierwszym kontaktem z kreską Antoniego Uniechowskiego. Miałam też inne ulubione i ilustrowane przez niego książki – na przykład „Przyjaciel na zawsze” Miry Jaworczakowej czy zapomniana „Dorota i jej towarzysze”. Potem, buszując na półkach rodziców znalazłam wspomnienia „Antoni Uniechowski o sobie i innych” i zatonęłam w opisywanym przez niego przedwojennym świecie. Bodaj pierwsze wspomnienia, jakie czytałam, a upodobanie do tego rodzaju literatury pozostało mi do dziś.

Pod tegoroczną choinką znalazłam książkę Joanny Olczak – Ronikier „Wtedy. O powojennym Krakowie” – fantastyczne uzupełnienie jej wcześniejszej historii rodzinnej „W ogrodzie pamięci”. Kilka pierwszych powojennych lat w Krakowie widzianych oczami dziecka, dom na Krupniczej zamieszkały przez ludzi książki i rozmaici odwiedzający je tam znajomi mamy Hanny Mortkowicz – Olczakowej i babci Janiny Mortkowiczowej. A wśród nich także, ku mojej radości: Antoni Uniechowski – słynny rysownik, który ilustrował dwie książki mojej mamy: „Jesień niezapomniana” – wiersze o oblężonej Warszawie i wierszowaną opowieść „Jak się wszystko zmieniło”. Przyprowadzał ze sobą swoją córką Krysię, ale zamiast się bawić, wolałyśmy patrzeć, jak otwiera buteleczkę z tuszem, wyjmuje z kieszeni piórko, które zawsze nosił przy sobie, i wyczarowuje na świstku papieru koronkowe, zwiewne rysunki na zadany temat.

Koronkowe i zwiewne – takie właśnie są te ilustracje i bardzo się cieszę, że nieocenione Dwie Siostry wznowiły „Małą księżniczkę” właśnie w tej najpiękniejszej dla mnie wersji 🙂

Frances Hodgson Burnett „Mała księżniczka” (seria: Mistrzowie Ilustracji), przekł.: Wacława Komarnicka, ilustr.: Antoni Uniechowski, wyd.: Dwie Siostry, Warszawa 2015

Cukiernia pod Pierożkiem z Wiśniami

Cukiernia pod Pierożkiem z Wiśniami

Wpis z 1 listopada 2007 roku:

To była ukochana książka mojego dzieciństwa. No, może niezupełnie dzieciństwa, bo miałam już wtedy jedenaście lat, ale pozostała ze mną na długo i była niezawodną lekturą na wszystkie smutki.

Najpierw utraciła uroczą kolorową obwolutę, a z czasem zaczęła się coraz bardziej rozsypywać. Kiedy zorientowałam się, że raczej nie można spodziewać się jej wznowienia, udałam się do introligatora, zabierając także, równie zaczytane  ”Dlaczego kąpiesz się w spodniach wujku ?”. Książki zostały ładnie oprawione  („Cukiernia” oczywiście w okładkę wiśniową) i służą nam nadal znakomicie. Obie należą teraz do ulubionych lektur moich córek.

„Cukiernia pod Pierożkiem z Wiśniami” to historia jedenastoletniej Ani, która wraz z młodszą siostrzyczką Kicią przyjeżdża do Londynu, aby tam zamieszkać na czas półrocznej nieobecności Taty. Ich Mama nie żyje i dziewczynki zostają pod opieką swojej ciotecznej babki Zofii, której nigdy wcześniej nie widziały. Ania bardzo boi się tego, co je czeka, ale okazuje się to wspaniałą przygodą. Zofia (mimo groźnie brzmiącego tytułu Ciotecznej Babki) jest bardzo miła, a w dodatku prowadzi tytułową cukiernię, w której tak miło pachnie świeżo upieczonym ciastem.

Czy to ten zapach, który wręcz unosi się z jej kartek, sprawił, że tak ją polubiłyśmy ? Po zamknięciu książki ma sie ochotę pobiec do kuchni i samodzielnie coś upiec – można skorzystać z zamieszczonych tam przepisów na słodycze, które robiła sama Ania. W końcu (jak mówiła Zofia): Nic tak łatwo nie pozwala zapomnieć o troskach, jak spokojna godzina spędzona w kuchni.

W porównaniu z moimi córkami, standardy zachowania których wyznaczane są raczej przez bohaterów Astrid Lindgren, książkowa Ania jest wręcz obrzydliwie grzeczna. Jeśli nawet (choć bardzo rzadko) zdarzy jej się dać upust negatywnym emocjom, to zaraz mityguje się i przeprasza. W tej książce od początku do końca pojawiają się wyłącznie ludzie życzliwi i dobrzy. Od Zofii i Kloci, pod których opieką pozostają dziewczynki, przez kelnerki w cukierni, poznanego na ulicy chłopca – Larry’ego aż po wielkich aktorów, u boku których Ania wystąpi w teatrze. W tym niedzisiejszym świecie opisanym w „Cukierni” – w którym dorośli zawsze mają rację, a dzieci są posłuszne – jest ład, który daje poczucie bezpieczeństwa.

Dodajcie do tego jeszcze ilustracje  Marii Orłowskiej – Gabryś – również sympatyczne, spokojne i trochę staroświeckie – i już wiecie, jaka jest „Cukiernia pod Pierożkiem z Wiśniami” 🙂

Piszę o niej teraz nie tylko dlatego, że właśnie wykurowałam się z wyjątkowo zjadliwej grypy, a pierwszą książką, po którą sięgnęłam, gdy już mogłam czytać była właśnie „Cukiernia”. Piszę o niej teraz – ponieważ już całkiem niedługo ukaże się jej wznowienie !!! Ukaże się w serii „Mistrzowie ilustracji”, do której należy już między innymi „Babcia na jabłoni” Miry Lobe z ilustracjami Mirosława Pokory i „Gałka z łóżka” Mary Norton z ilustracjami Jana Marcina Szancera.

P.S. Zajrzałam ostatnio na stronę wydawnictwa i ze zdziwieniem zauważyłam tam swoją własną wypowiedź o „Cukierni” z jakiegoś forum. Chyba, że jest jeszcze ktoś, kto ma te książkę w wiśniowej okładce ?

Clare Compton „Cukiernia pod Pierożkiem z Wiśniami”, przekł.: Krystyna Tarnowska, ilustr.: Maria Orłowska – Gabryś, wyd.: Nasza Księgarnia, Warszawa 1976

Wznowienie ukazało się wkrótce po tym, jak napisałam tę recenzję, ale moje córki jednak nadal wolały tę książkę w naszej wiśniowej oprawie. Nowa natomiast znakomicie nadawała się (i nadaje nadal) na prezenty. Nie znam dziewczynki, której by się ona nie spodobała 🙂

I zupełnie nie przeszkadza mi to, że tytułowy Cherry Pie zdecydowanie nie jest pierożkiem 🙂

Clare Compton „Cukiernia pod Pierożkiem z Wiśniami”, przekł.: Krystyna Tarnowska, ilustr.: Maria Orłowska – Gabryś, wyd.: Dwie Siostry, Warszawa 2007

My dwie, my trzy, my cztery

My dwie, my trzy, my cztery

Oryginalny tytuł tej książki brzmi „Apple and Rain”. Apple naprawdę nazywa się Apollinia Apostolopoulou, ale jak sama mówi: nikt nie potrafi tego wymówić. Dlatego od razu mówię, że jestem Apple. Ma trzynaście lat, mieszka z babcią, jej tata ma nową żonę, a mama zniknęła z jej życia jedenaście lat temu. Apple cały czas ma nadzieję, że wróci. Natomiast Rain

Rain pojawia się dopiero mniej więcej w połowie książki, więc każde wyjaśnienie jej obecności będzie spoilerem. Powiem tylko, że jest mocno specyficzna, a reszty musicie dowiedzieć się z książki.

W okładkowych blurbach można przeczytać, że jest to książka o dorastaniu do miłości i odpowiedzialności oraz o sile miłości i przebaczaniu. Dla mnie jest ona przede wszystkim o dorosłych, którzy nie zasługują na własne dzieci, bo to właśnie dzieci znajdują w sobie odpowiedzialność i siłę do przebaczania mimo wszystko. Trochę podobnie było w „Kasieńce”, ale ten problem pojawiał się też w innych angielskich książkach, które czytałam. Na przykład u Jacqueline Wilson, która była kiedyś ulubioną pisarką córki Środkowej, a obecnie już nie jest chyba chętnie czytana. Problem rodziców, którzy nie potrafią stworzyć swoim dzieciom domu dającego im poczucie bezpieczeństwa i stabilizacji, nie jest oczywiście tylko problemem brytyjskim, choć w polskiej literaturze rzadko się pojawia, a jeżeli już – to raczej w książkach dla starszych nastolatków.

Kasieńka”, pierwsza książka tej autorki, była utworem z gatunku verse novel czyli zbiorem białych wierszy. Spodziewałam się, że ta będzie podobna, ale tym razem jest to klasyczna powieść – choć poezja pełni w niej ważną rolę. W ramach lekcji angielskiego klasa Apple zapoznaje się z poezją i próbuje tworzyć własne wiersza. To właśnie poezja pomaga dziewczynce zrozumieć i uporządkować swoje uczucia oraz nabrać wiary w siebie. Czytając o tych jej lekcjach, o tym jak pan Gaydon, nauczyciel rozmawia z nimi o wierszach i tych znanych poetów, które przynosi na lekcje, i tych, które uczniowie piszą sami, poczułam zazdrość. Można tak ? Bez sprawdzianów ze znajomości lektury i jedynie słusznej interpretacji tego, co autor chciał przez to powiedzieć ? Pozostawiając uczniom pole dla ich własnej wyobraźni ? Moja wyobraźnia nie sięga tak daleko 😉

(Tutaj powinny rozbrzmieć oklaski dla tłumaczki za to, jak przełożyła wiersze Apple, a szczególnie za ten, który powstał po lekturze „Dżabbersmoka” Lewisa Carolla. Chapeau bas !!! 🙂 )

„My dwie, my trzy, my cztery” to także książka o pierwszym zakochaniu (a nawet dwóch 😉 ), pierwszym pocałunku (a nawet dwóch 😉 ), przyjaźni i problemach, jakie mają wszyscy, którzy dorastają. Jak napisał o niej „The Guardian” to powieść inna niż większość książek dla młodzieży. Nie ma w niej seksu ani przemocy, wątek miłosny pojawia się dopiero pod koniec – a jednak wzrusza i trzyma w napięciu.

Sarah Crossan „My dwie, my trzy, my cztery”, przekł.: Małgorzata Glasenapp, wyd.: Dwie Siostry, Warszawa 2018

Kasieńka

Kasieńka

„Kasieńka” to pierwsza książka tej autorki, która ukazała się w Polsce. Pisałam o niej 9 kwietnia 2016 roku, a niebawem napiszę o kolejnej 🙂

Mam dwanaście lat.

Prawie trzynaście.

Rosną mi piersi,

I mam miesiączkę.

A jestem w klasie z

Jedenastolatkami.

Kasieńka do niedawna mieszkała w Gdańsku – z Mamą, bo Tata dwa lata temu odszedł od nich.

Olu, wyjechałem do Anglii.

To wszystko, co napisał.

Mnie nie zostawił listu.

I nie wspomniał o mnie w liściku do Mamy.

Mama płakała przez dwa lata,

A Babcia przez cały ten czas trzymała ją w ramionach.

Ja nie płakałam, chociaż Tata o mnie zapomniał,

Chociaż miałam prawo płakać.

Po jakimś czasie przyszedł od niego czek, a pieczątka na liście wskazywała na to, że został wysłany z Coventry. Wtedy Mama spakowała ostatnią walizkę, jaka im została i pojechały tam, aby go odnaleźć. Jednak to nie jest takie proste, a na razie muszą sobie radzić z życiem w obcym kraju. Z problemami z językiem, z powodu których Kasia trafia do niższej klasy. Z biedą, brakiem pieniędzy, mieszkaniem w pokoju ze wspólnym łóżkiem.

Nic nie mówi.

Udaje, że śpi.

Ale gdy na zewnątrz przejeżdża samochód,

Zauważam w ciemności

Błysk łzy

Na policzku Mamy.

I choć chciałabym ją pocieszyć,

Nie wiem, jak to zrobić,

Żeby jej nie rozzłościć.

„Kasieńka” to nie tylko historia dziewczynki, która staje wobec rozstania rodziców. To także opowieść o dojrzewaniu, dorastaniu, pierwszej miłości, problemach z rówieśnikami oraz o odnajdywaniu tego, co we własnym życiu najważniejsze.

Woda to inny świat.

Kraina z własnym językiem.

Którym mówię płynnie.

Muszę zaufać sobie.

Zaufać terytorium i

Swojemu ciału,

Sile każdej kończyny.

Chcę tej ciszy.

Chcę czuć ciężar wody

Na sobie –

Dookoła –

Bezpieczną ciszę zanurzenia.

Może na brzegu jestem brzydka,

Ale gdy mówię językiem wody

Jestem piękna.

„Ciężar wody” („The Weight of Water”) to oryginalny tytuł tej książki, bo (co w pierwszej chwili może być zaskakujące) powstała ona po angielsku, a jej autorka jest Irlandką, która studia ukończyła w Wielkiej Brytanii, a potem przez jakiś czas pracowała jako nauczycielka w USA. Jednak problemy, które porusza są uniwersalne, a sposób w jaki to robi jest fascynujący.

„Kasieńka” jest chyba pierwszą wydaną po polsku książką z gatunku verse novel – to właściwie zbiór białych wierszy. Prostych, lapidarnych, często skupiających się na jakimś szczególe, ale właśnie dzięki temu znakomicie oddających emocje bohaterki.

Jeżeli mam jakąś wątpliwość z nią związaną, to dotyczy ona wieku bohaterki – trudno mi uwierzyć, że ma zaledwie niespełna trzynaście lat. Wydaje mi się, że wszystko, co w tej książce robi, myśli i jak się zachowuje, byłoby bardziej prawdopodobne, gdyby dodać je jakieś dwa lata.

„Kasieńka” to zdecydowanie książka inna niż wszystkie. Gdyby ktoś zapytał mnie o grono jej potencjalnych czytelników, odpowiedziałabym, że jest ona dla każdego, kto zechce ją przeczytać i zrobi to z przyjemnością – w tym samym stopniu dla dorosłych, co dla rówieśników jej bohaterki.

Sarah Crossan „Kasieńka”, przekł.: Katarzyna Domańska, wyd.: Dwie Siostry, Warszawa 2015