Rok, w którym nauczyłam się kłamać

Rok, w którym nauczyłam się kłamać

Książka nominowana w Plebiscycie Blogerów LOKOMOTYWA 2019 w dwóch kategoriach: Fabuła i Przekład

Tamtego roku, kiedy skończyłam dwanaście lat, nauczyłam się kłamać.

Nie mówię tu o niewinnych kłamstewkach, które zdarzają się dzieciom. Mówię o prawdziwych kłamstwach wyrosłych z prawdziwego strachu – o słowach i czynach, które wyrwały mnie z dotychczasowego życia i bez pardonu rzuciły w zupełnie nową rzeczywistość.

Zawirowania w moim spokojnym życiu zaczęły się jesienią 1943 roku, nie tylko z powodu wojny, która wciągnęła cały świat w straszliwą burdę, lecz również z powodu dziewczynki o mrocznym sercu, której pojawienie się w naszej pagórkowatej okolicy zmieniło wszystko na zawsze…

W świecie Annabelle, bohaterki tej książki, wojna, która objęła już prawie całym świat, jest czymś odległym. Życie jej rodziny na farmie w Pensylwanii toczy się zupełnie normalnie, a jedynym jej śladem są gwiazdki naszywane na flagę – niebieskie, kiedy ktoś z okolicy zostanie powołany do armii i złote, kiedy zginie na froncie. „Rok w którym nauczyłam się kłamać” nie jest opowieścią ani o II wojnie światowej, ani o wojnie w ogóle, choć jednym z jej bardzo ważnych bohaterów jest człowiek, który ćwierć wieku po zakończeniu poprzedniej nadal boryka się z jej skutkami. W naszej współczesnej świadomości pamięć II wojnie przykryła wspomnienie tej pierwszej, początkowo nazywanej Wielką i nie zdajemy już sobie sprawy, jak wielkim szokiem była ona wówczas.

Lauren Wolk opowiada tu uniwersalną historię o konfrontacji dobra ze złem, ale nietypowe w niej jest to, że zło uosabia w niej pozornie niewinna dziewczynka, natomiast dobro – człowiek, który także wcale na to nie wygląda.

Tak bywa w normalnym życiu, że pozory mogą zwieść i trzeba spojrzeć na człowieka uważniej, żeby zobaczyć to, co w nim jest naprawę. Tylko w westernach dobry bohater zawsze nosi biały kapelusz, a jak, ktoś ma czarny, to wiadomo, że jest zły. W normalnym życiu bywa też tak, że zło nie zostaje ukarane, a dobro nagrodzone. Zdarza się też, że trzeba skłamać po to, żeby prawda wyszła na jaw. Tego wszystkiego Annabelle dowiedziała się jesienią 1943 roku.

„Rok w którym nauczyłam się kłamać” można nazwać powieścią inicjacyjną, mimo że jej bohaterka ma dopiero 12 lat. Wydarzenia, których początkiem był przyjazd na farmę Glenngarrych ich wnuczki Betty, zmieniły nie tylko Annabelle. Odcisnęły piętno na wszystkich, którzy brali w nich udział i nic już potem nie było takie samo…

Tamtego roku, kiedy skończyłam dwanaście lat, nauczyłam się, że moje słowa i czyny mają wagę.

I bywały tak ciężkie, że wcale nie miałam pewności, czy chcę ten ciężar dalej dźwigać.

A jednak dźwigałam go i niosłam dalej – najlepiej, jak umiałam.

Lauren Wolk „Rok w którym nauczyłam się kłamać”, przekł.: Sebastian Musielak, wyd.: Dwie Siostry Warszawa 2019

Awaria elektrowni

Awaria elektrowni

Książka nominowana w Plebiscycie Blogerów LOKOMOTYWA 2019 w kategorii Od A do Z

Gdyby ktoś tamtej nocy spojrzał w dół z samolotu, zobaczyłby na ziemi czarną plamę w kształcie serca. To awaria elektrowni pogrążyła w ciemności całe miasto, a wraz z nim okoliczne miasteczka, wsie i domy rozsypane wśród pól. Kawałek świata nagle zmienił się nie do poznania…

Żyjemy w świecie pozbawionym ciemności, boimy się jej i staramy się ją rozświetlić. Nawet w miejscach odległych o ludzkich siedzib trudno jest zobaczyć gwiazdy na niebie, bo zagłusza je łuna bijąca od ziemi, ale jesteśmy do tego stanu tak przyzwyczajeni, że nie zauważamy tego. Rzadko patrzymy w nocy w niebo, bo po co, skoro i tak niczego na nim nie widać ?

Pogasły lampy, latarnie, podświetlane reklamy, sygnalizacja świetlna i neony nad witrynami sklepów. Znieruchomiały ruchome schody, windy stanęły pomiędzy piętrami. Z cichym pyknięciem wyłączyły się komputery, telewizory zgasły w pół słowa, umilkło radio, elektryczne czajniki nie zdążyły zagotować wody, pralki zatrzymały się w połowie wirowania, a lodówki zaczęły się rozmrażać. Na pozbawionym prądu obszarze zapanowała cisza i ciemność…

Trwająca jedną noc awaria elektrowni, która pogrąża okolicę w ciemności, pozwala zauważyć jak wiele tracimy przez jej brak. Nie widzimy nie tylko gwiazd, ale także zwierząt, które żyją obok nas, ale chowają się tam, gdzie nie dociera światło.

Kiedy czytałam tę książkę przypomniały mi się dawne czasy moich pierwszych obozów harcerskich, pierwsze nocne warty w ciemnym lesie i to, jak trudno było zrozumieć, że w ciemności lepiej widzi się bez światła. Kiedy zapalamy latarkę, widzimy bardzo dobrze tylko to, co ona oświetla, natomiast wszystko, co znajduje się poza strumieniem światła, ginie w jeszcze ciemniejszej ciemności. Kiedy ją zgasimy i poczekamy chwilę, aż oczy przyzwyczają się do nowych warunków, okaże się, że możemy zobaczyć dużo więcej – na przykład zwierzęta, które na co dzień kryją się przed nami i nawet nie wiemy, że są tak blisko.

„Awaria elektrowni” została wyróżniona w kategorii literackiej konkursu Książka Roku IBBY, natomiast (ku mojemu zdziwieniu i żalowi) w kategorii graficznej zdaniem jury nie zasłużyła nawet na nominację. Nie dyskutuję z werdyktami jurorów w takich sytuacjach, bo wiem, że ich rola jest niebywale trudna – nie sposób jest porównywać rzeczy nieporównywalnych 😉 Myślę jednak, że warto jest docenić nie tylko tych ilustratorów, którzy starają się wnieść do tego świata coś nowego, ale także tych, którzy sięgają do tradycji i robią to znakomicie. My, dorośli czytelnicy książek dla niedorosłych, widzieliśmy w swoim życiu dużo więcej niż ich dziecięcy adresaci i to, co nam może wydać się zachowawcze i mało odkrywcze, dla nich może być odmienne od tego, co już znają.

Opowieść Tiny Oziewicz o ciemności, która trwała jedną noc, zamknięta jest w książce, która cała – od okładki przez wyklejki i całostronicowe ilustracje Rity Kaczmarskiej – utrzymana jest w ciemnych, nocnych barwach. Świat pozbawiony sztucznego oświetlenia okazuje się być fascynujący i pełen niespodzianek.

Tina Oziewicz „Awaria elektrowni”, ilustr.: Rita Kaczmarska, wyd.: Dwie Siostry, Warszawa 2019

Tippi i ja

Tippi i ja

Książka nominowana w Plebiscycie Blogerów LOKOMOTYWA 2019 w kategorii PRZEKŁAD

Grace i Tippi mają 16 lat i są siostrami.

Więcej – są bliźniczkami, a nawet jeszcze więcej – bo siostrami syjamskimi.

Są dwie, ale równocześnie są jednością, nie mogą się rozstać ani na chwilę. Są jednością, ale równocześnie są odrębnymi osobami, które oddzielnie myślą i czują.

„Tippi i ja” to druga powieść gatunku verse novel, która ukazała się po polsku. To bardzo trudny gatunek, nie tylko dla autora, ale także później dla tłumacza – ascetyczny, zmuszający do lapidarności i bardzo starannego doboru słów, bo każde jest ważne. To nie są książki, które mogą być przegadane. Wręcz przeciwnie – wydawać by się mogło, że da się je przeczytać szybko, ale ta pusta przestrzeń na ich kartkach też jest treścią, zmusza do namysłu, otwiera pole do własnych refleksji. W tych utworach niebagatelną rolę gra także układ słów i wersów względem siebie – niestety format, w którym powstaje mój blog, nie pozwala na odtworzenie tego, więc więcej cytatów nie będzie.

Historia opisana w tej książce porusza i zostaje w pamięci, nie da się jej przeczytać bez wzruszenia. Nie jest tylko historią dziewczynek, ale całej ich rodziny – rodziców, siostry i babci, a także innych ludzi, którzy są dla nich ważni i dla których one są ważne. Choć wiedza pozaksiążkowa podpowiada niestety, że w przypadku takich rodzeństw trudno liczyć na: żyły długo i szczęśliwie, ale jednak chciałoby się dla nich dobrego zakończenia…

„Tippi i ja” to trzecia po „Kasieńce” i „My dwie, my trzy, my cztery” książka irlandzkiej pisarki Sarah Crossan wydana przez Wydawnictwo Dwie Siostry. Druga po „Kasieńce” z gatunku verse novel i druga po „My dwie, my trzy, my cztery” przetłumaczona znakomicie przez Małgorzatę Glassenapp. W polskim wydaniu zachwyciła mnie też okładka autorstwa Zosi Frankowskiej, ale trzeba przeczytać tę książkę, żeby zrozumieć, dlaczego taka jest i że nic w niej nie jest przypadkowe.

Każda z tych trzech książek Sarah Crossan była inna i każda zaskakująca i fascynująca. Z ciekawością czekam na kolejne.

Sarah Crossan „Tippi i ja”, przekł.: Małgorzata Glasenapp, wyd.: Dwie Siostry, Warszawa 2019

Oto jest Paryż

Oto jest Paryż

Wpis z 15 lutego 2014 roku:

Ze wszystkich miejsc, w których nie byłam, najbardziej tęsknię do Paryża. Z jednej strony bardzo chciałabym tam pojechać, a z drugiej – obawiam się, że to, co zobaczę, nie dorówna moim wyobrażeniom o tym mieście. Utkałam je sobie z tego, co wyczytałam w książkach, zobaczyłam na obrazach, w filmach i wyobraziłam na podstawie muzyki, a zupełnie nie uwzględniam w swoich wizjach wielojęzycznych tłumów i zakorkowanych ulic.

Paryż z tej książki już nie istnieje. Jej autor – czeski emigrant, z wykształcenia architekt, od 1948 roku mieszkający w Monachium, gdzie pracował w Radiu Wolna Europa, w 1950 roku pojechał na urlop do Paryża. Tam przyszedł mu do głowy pomysł takiej książki – przewodnika dla dzieci.

Przed nami Paryż, stolica Francji. A w nim: pięć milionów mieszkańców, wielka rzeka – Sekwana, dziesiątki pomników, zabytkowych kościołów, muzeów i… tysiące kotów.

Przenosi nas ona w czasy, kiedy w każdym paryskim domu była konsjerżka, a policjanci w czarnych pelerynach jeździli po ulicach na rowerach i co drugi nazywał się Dupont 😉 Najlepsze jedzenie kupowało się w Halach, a na dziedzińcu Luwru nikt jeszcze nie przeczuwał szklanej piramidy. Tamtego Paryża już nie ma, ale może warto zobaczyć na własne oczy na ile ten obecny różni się od niego ?

Paryż jeszcze przede mną, natomiast z miast, w których byłam – najbardziej chciałabym wrócić do Londynu i Pragi. Dlatego z radością przywitałam kolejną książkę z cyklu zapoczątkowanego przez „Oto jest Paryż” 🙂 (Edit: do dziś ukazało się w sumie sześć części – także o Nowym Jorku, Wenecji, Rzymie i Monachium)

Smutnym paradoksem historii jest to, że tworząc książki o najpiękniejszych i najciekawszych miastach świata, Miroslav Sasek nie poświęcił żadnej temu, w którym się urodził i wychował. Dzieci, do których je adresował, żyły po drugiej stronie żelaznej kurtyny i szansa, że kiedyś odwiedzą Pragę jako turyści, była niewielka.

On sam nie dożył takich czasów, a ja cieszę się, że moje dzieci mogą bez problemu zwiedzać zarówno Pragę, jak i wszystkie miasta opisywane i narysowane przez niego.

Miroslav Sasek (tekst & ilustr.) „Oto jest Paryż”, przekł.: Maciej Byliniak, wyd.: Dwie Siostry, Warszawa 2013

Baśń o rumaku zaklętym

Baśń o rumaku zaklętym

Wpis z 1 października 2007 roku z aktualizacją 😉

Książka – widmo. Gdyby nie to, że leży przede mną, mogłabym zwątpić w to, że w ogóle istnieje 😉

Kupiłyśmy ją zimą w Zachęcie, kiedy zwiedzałyśmy wystawę „Arki” Józefa Wilkonia. Ach, co to była za wystawa !!! Na zewnątrz stała wspaniała szopka, którą normalnie można podziwiać przed bielańskim kościołem pokamedulskim. W środku – arka, zwierzaki i mnóstwo przepięknych ilustracji książkowych. Dziewczyny do dziś ją wspominają, podobnie jak wcześniejszą wystawę „Zachęta dzieciom”, z której zapamiętały niesamowity labirynt i przechodzenie przez szafę. Szkoda, że takie wystawy adresowane do dzieci trafiają się tylko raz na kilka lat 😦

Niedługo potem Najmłodsza z córek została zaproszona na przyjęcie urodzinowe i chciałam kupić tę książkę dla solenizanta. Poprosiłam o pomoc moją niezawodną księgarnię osiedlową. Okazało się jednak, że nie tylko nie ma jej w hurtowniach, ale też nikt tam nie słyszał o wydawnictwie, które ją wydało. Google ujawniły, że jest do dostania w kilku miejscach w internecie, a w realu – w jednej takiej księgarni specjalizującej się w książkach dla dzieci, od której dzieli mnie całe miasto (nie pierwszy raz tego żałuję !). Nie starczyło mi już czasu i solenizant musiał zadowolić się innym książkowym prezentem. A szkoda…

… bo „Baśń o rumaku zaklętym” to książka – marzenie, łącząca w sobie wszystko, co książka mieć powinna – piękny tekst, fantastyczne ilustracje i staranność wydania.

Ta książka to spotkanie dwóch mistrzów – mistrza języka i mistrza obrazu. „Klechdy sezamowe” (do których należy „Baśń o rumaku zaklętym”) powstały niemal sto lat temu, a czyta się je zupełnie współcześnie. Wcześniej czytałyśmy leśmianowskie „Przygody Sindbada Żeglarza” i już wtedy byłam zdziwiona, że wytrzymały próbę czasu i czyta się je nadal nie tylko bez przykrości, ale często z zachwytem. W prozie Leśmiana jest poezja, która uwodzi i czaruje – bogactwem języka i melodią, która sprawia, że głośne czytanie nie nuży, a wręcz sprawia przyjemność.

Uwodzą i czarują również wilkoniowe ilustracje – nie tylko w tej książce. Jeszcze zanim wybrałyśmy się do Zachęty, znalazł sie w naszym domu gazetowy album „Bóg się rodzi”. To druga z trzech książek z Jego ilustracjami, które ukazały się u nas po wieloletniej przerwie. Z podziwem patrzyłam na te szalenie wyraziste obrazki – mimo że namalowane pozornie niedbale, bez cyzelowania szczegółów. Taki zając na przykład – zaledwie kilka pociągnięć pędzla, a wyraźnie widać jaki ma wyraz twarzy 😉 W „Baśni” zachwycił mnie nie tylko cały bliskowschodni sztafaż – te minarety, kopuły, pałace i stroje (wszystko pozłacane), ale przede wszystkim tytułowy rumak. Każdy kto choć trochę próbował rysować wie, że koń to wyższa szkoła jazdy i niewielu jest malarzy, którzy to naprawdę potrafili. Ci nieliczni potrafiący przeszli do historii jak Juliusz i Wojciech Kossakowie. Koń na ilustracjach Wilkonia naprawdę jest rumakiem – nie szkapą czy chabetą tylko wspaniałym wierzchowcem. Czystej krwi arabskiej 😉

Czytałyśmy „Baśń o rumaku zaklętym” kilka razy zaraz po tym, jak została kupiona. Ostatnio wyciągnęłam ją z półki, żeby opisać tutaj i Najmłodsza natychmiast kazała ją sobie przeczytać. Na okładce tej książki znalazłam zapowiedź wydania dalszych. Niestety mimo, że minął już prawie rok – nic o nich nie słychać. Szkoda by było, gdyby na tym się skończyło 😦

Bolesław Leśmian „Baśń o rumaku zaklętym”, ilustr.: Józef Wikoń, wyd.: Oficyna Olszynka, Warszawa 2006

Warto wspomnieć, że ta baśń ukazała się także we wznowionym przez Wydawnictwo Dwie Siostry zbiorze „Klechdy sezamowe” z ilustracjami Jana Lenicy. Tam ilustracji (w przeliczeniu na jedną baśń) jest mniej i są one zupełnie inne niż wilkoniowe, ale też zdecydowanie warto po tę książkę sięgnąć. A najlepiej – porównać jak różnie dwaj Twórcy podeszli do tej samej baśni 🙂

Bolesław Leśmian „Klechdy sezamowe”, ilustr.: Jan Lenica, wyd.: Dwie Siostry, Warszawa 2017

Milion miliardów świętych mikołajów

Milion miliardów świętych mikołajów

O tym, jak bardzo świat się zglobalizował, najdobitniej świadczy to, co stało się z naszymi prezentami pod choinkę – a konkretnie z tym, kto je przynosi 😉 Kiedy ja byłam dzieckiem, święty Mikołaj odpowiadał jedynie za drobiazgi, które 6 grudnia znajdowałam w (specjalnie na tę okazję porządnie wyczyszczonych) butach. Pojawiał się on też (zamiennie z Gwiazdorem) na rozmaitych choinkowych imprezach – w przedszkolu, szkole czy zakładzie pracy rodziców. O tym, że moje prezenty pod choinką w Wigilię kładli tam rodzice, wiedziałam chyba od samego początku. Innym dzieciom przynosił je wtedy, w zależności od tego gdzie mieszkały (lub skąd pochodziła ich rodzina), Gwiazdor, Aniołek, Dzieciątko, Gwiazdka albo krasnoludki. W innych krajach (np. w Hiszpanii) prezenty były dopiero po świętach, bo przynosili je (zgodnie z ewangeliczną tradycją) Trzej Królowie.

Świętego Mikołaja w wersji: rubaszny, brzuchaty, przerośnięty krasnal z czerwonym nosem, w opiętym wdzianku i czapce z pomponem, podróżujący latającymi saniami zaprzężonymi w renifery, poznałam… nawet nie wiem kiedy. Pierwszy raz chyba musiałam go zobaczyć na plastikowej torbie – reklamówce, które wtedy można było kupić od osób handlujących nimi na ulicy. Przypominam sobie, jak dbałam o tę moją torbę, w której nosiłam do szkoły cymbałki, a kiedy urwały jej się uszy, obcięłam je i przez długi czas była workiem do pakowania różnych drobiazgów na wyjazdy 😉

Dzieciństwo moich córek przypadło już na czasy wszechobecności tego gościa, którego w przypływie złości nazwałam kiedyś Uzurpatorem i niestety, nie ma już przed nim (oraz jego reniferami z Rudolfem na czele) ucieczki. Myślące dzieci, karmione historyjką o facecie, który latając tym swoim zaprzęgiem, jest w stanie w jeden wieczór podrzucić prezenty pod wszystkie choinki świata, muszą zadać sobie pytanie: jak to jest możliwe ? Moje córki też o to pytały i miałam spory problem z takim sformułowaniem odpowiedzi, żeby z jednej strony nie odbierać im zbyt szybko atmosfery magii, a z drugiej – znaleźć tam jakieś miejsce na prawdziwego świętego Mikołaja. Łatwo nie było i przyznam, że ulżyło mi kiedy Najmłodsza z córek też już przestała w tę świętomikołajową ściemę wierzyć 😉

„Milion miliardów świętych mikołajów” to książka, która w całości (zarówno jej tekst, jak i ilustracje, jak i wreszcie tytuł, który brzmi, jakby ktoś nieduży i nieumiejący jeszcze dobrze liczyć chciał powiedzieć: bardzo, bardzo dużo) – robi wrażenie, jakby wyszła spod ręki dziecka, które usiłuje odnaleźć w tym wszystkim jakiś sens i stara się wyjaśnić (sobie, a może jeszcze komuś ?) skąd się te wszystkie prezenty biorą ? Całkiem nieźle mu to wychodzi, podoba mi się ta wersja. Szkoda, że nie było tej książki wtedy, kiedy pytały mnie o to moje córki, ale, jak widać, potrzebna do tego była autorska koprodukcja japońsko – fińska 😉

Choć oczywiście nie byłabym sobą, gdybym tego wpisu nie zakończyła apelem o to, żebyśmy jednak nie zapominali, czyje urodziny obchodzimy w Boże Narodzenie !!!

P.S. Jeśli kogoś dziwią małe litery w tytule – wyjaśniam za Wikipedią, w której jest bardzo ciekawe hasło poświęcone Świętemu Mikołajowi w kulturze masowej, co następuje: 5 maja 2004 Rada Języka Polskiego zaleciła, że pomimo iż nazwę imienia (Mikołaj) lub świętego (św. Mikołaj) piszemy wielką literą, to w znaczeniu postaci przynoszącej prezenty z okazji Bożego Narodzenia należy ją pisać małą literą: święty mikołaj (np. Tata przebrał się za świętego mikołaja).

Hiroki Motai (tekst), Marika Maijala (ilustr.) „Milion miliardów świętych mikołajów”, przekł.: Karolina Iwaszkiewicz, wyd.: Dwie Siostry, Warszawa 2019

Wigilia Małgorzaty

Wigilia Małgorzaty

Wpis z 29 grudnia 2015 roku:

Czyli kolejna nietypowa książka świąteczna, która ukazała się w zeszłym (edit: to znaczy – 2014) roku 🙂 W przeciwieństwie do „Prezentu dla Cebulki” – ta jest ewidentnie świąteczna, jej akcja rozgrywa się w Wigilię, ale jednak wymyka się temu, co zazwyczaj kojarzy się z tą tematyką.

Jej zeszłoroczna lektura poruszyła mnie bardzo, wręcz zabolała. W tym roku sięgnęłam po nią znów i tym razem, wiedząc już, co w niej znajdę, doceniłam jej mądrość i głębię. „Wigilia Małgorzaty” to jedna z najlepszych książek o starości, jakie znam.

Tytułowa bohaterka to starsza pani, która mieszka w ogromnym, eleganckim domu – sama, także w Święta Bożego Narodzenia. Ta sytuacja skojarzyła mi się z samotną Wigilią rybaka Elisa w „Wyspie Trolli”, ale życie Małgorzaty jest inne.

Wcale nie jest tak, że wszyscy ją opuścili i trzeba się nad nią litować. Ma dwoje dzieci i wnuki. Ale rodzinne święta ją męczą. Mimo to co roku mówi sobie, że musi się zdobyć na mały wysiłek, by dzieci nie czuły się winne, że świętują Boże Narodzenie bez niej. Zdają się nie dowierzać, gdy zapewnia, że nie ma nic przeciwko samotnej Wigilii.

Stale im powtarza:

Odpocznijcie ! Bawcie się dobrze ! Nie martwcie się o mnie, ja sobie przyjemnie spędzę wieczór.

Nie kłamie. Cieszy ją świadomość, że mają udane życie.

Postęp medycyny skutkuje wydłużeniem życia, ale tym, czego w nim przybywa najbardziej, jest starość – choć nie tylko, bo równocześnie wydłużył nam się czas młodości, a okres dojrzałości przesunął się nieco w czasie. Współczesne dzieci mają najczęściej jeszcze całkiem młode i aktywne życiowo babcie (i dziadków oczywiście też 😉 ). Kobiety pięćdziesięcio czy sześćdziesięcioletnie dalekie są jeszcze od stereotypowego wizerunku babci, który kojarzy się z siwizną, przygarbieniem, okularami oraz ograniczeniem aktywności do pieczenia ciast i opowiadania wnukom bajek. Babcie pracują zawodowo, prowadzą samochód, uprawiają sporty i często też… mają jeszcze rodziców, którzy są ich wnuków pradziadkami. W czasach mojego dzieciństwa posiadanie pradziadków należało wręcz do anomalii 😉 , ale teraz dzieci mają ich często kilkoro i to oni właśnie wpisują się w te babciowe i dziadkowe stereotypy.

Starość polskich pradziadków jest najczęściej trochę inna niż bohaterki tej książki. Małgorzata mieszka w dużym domu, stać ją na wynajęcie osób, które jej pomagają – sprzątaczki, firmy kateringowej dostarczającej jedzenie, a nawet regularnie odwiedzającej ją fryzjerki. Polscy emeryci nie opływają w takie luksusy, ale poza tym starość na całym świecie wygląda podobnie. Kolejno umierają najbliższe osoby – przyjaciele, rodzeństwo, małżonkowie, człowiek robi się coraz mniej sprawny, coraz więcej rzeczy zaczyna stanowić problem i pojawia się STRACH.

Choć od paru lat porusza się z coraz większą trudnością, wmawiała sobie, że to lenistwo, nic więcej, bo nigdy nie była amatorką ćwiczeń. Ale kiedy próbowała przyspieszyć, a ból kości ją powstrzymał, zrozumiała, że jej ciało się starzeje i już za nią nie nadąża.

By nie martwić swoich bliskich, nie podzieliła się z nimi tym odkryciem. Nie może jednak przestać o tym myśleć.

Od tamtej pory nie wychodzi.

„Poza domem” stało się dla niej synonimem zagrożenia. Mogłaby się poślizgnąć. Mogłaby złapać grypę. Mogłaby zostać potrącona na przejściu dla pieszych przez rozpędzonego kierowcę. Jakiś rzezimieszek mógłby wykorzystać to, że Małgorzata nie ma siły się bronić, i wyrwać jej torebkę albo nawet zadźgać ją nożem.

Dobrze jej u siebie. Kocha ten dom – pełen kojących wspomnień i znajomych zapachów. Tu czuje się bezpiecznie.

Tę Wigilię Małgorzata planowała spędzić jak zwykle – sama, w domu, przed telewizorem, ze smaczną kolacją dostarczoną przez firmę. I wszystko poszłoby zgodnie z planem, gdyby nie samochód, który właśnie przed jej domem wpadł w poślizg i utknął w zaspie…

To jest to miejsce w książce, od którego zaczynamy oczekiwać, że doprowadzi nas ona do typowego, świątecznego happy endu jak z reklam kawy czy czekoladek. Czy nastąpi ? Tego nie zdradzę, choć chyba nie trudno jest się domyślić, że byłoby to za proste 😉

„Wigilia Małgorzaty” to książka nie tylko dla dzieci. Także dorosłych czytelników zmusi do chwili refleksji nad sprawami, o których normalnie wolimy nie myśleć…

India Desjardins „Wigilia Małgorzaty”, ilustr.: Pascal Blanchet, przekł.: Jadwiga Jędryas, wyd.: Dwie Siostry, Warszawa 2014