Truchlin

Truchlin

Książka nominowana w Plebiscycie Blogerów LOKOMOTYWA 2020 w kategorii: przekład !!!

oraz druga część trylogii

Jeszcze sto pięćdziesiąt lat temu Truchlin był jedną z najwspanialszych dzielnic Pragi. Na dwóch pagórkach pomiędzy dzisiejszym placem Wacława a placem Karola budowano eleganckie domy, sadzono parki i brukowano ulice. Wszystko zmieniło się pod koniec dziewiętnastego stulecia. W całej Pradze rozbłysły pierwsze latarnie elektryczne, na ulicach pojawiły się pierwsze tramwaje, a nad ulicami pierwsze linie wysokiego napięcia. Tymczasem Truchlin z dnia na dzień tracił swój dawny splendor. Kto mógł, przeprowadzał się gdzie indziej, a opuszczone domy zaczęły przyciągać tych, którzy unikali świata lub nie mieli innego wyboru: żebraków, przestępców i dziwaków. Pałacyki i wille niszczały, podwórka i ogrody zarastały chwastami, sklepy jeden po drugim bankrutowały. Czas zatrzymał się na zawsze. Truchlin pozostał ciemny i cichy, niebezpieczny, przesycony tajemnicą i pełen niepokojących opowieści…

Praga to miejsce, z którym wiążą mnie wyłącznie miłe wspomnienia. Ukochane miasto Taty – znał je znakomicie i był kopalnią informacji o zdawałoby się każdym miejscu (przynajmniej w jej historycznym centrum), choć byli tacy, którzy podejrzewali, że je na bieżąco wymyśla 😉 Dawno już tam nie byłam i ciągle mam nadzieję, że uda mi się wrócić…

Kiedy usłyszałam, że jest powieść dla młodzieży z akcją właśnie w Pradze, ucieszyłam się bardzo. Potem dowiedziałam się, że nie do końca tak jest, bo wszystko dzieje się w nieistniejącej naprawdę części miasta i to trochę ostudziło mój zapał. Wyobraziłam sobie, że ten tytułowy wymyślony Truchlin mieści się gdzieś na peryferiach Pragi, gdzie ptaki zawracają, a turyści się nie zapuszczają i tu przeżyłam pierwsze zdziwienie. Vojtech Matocha umieścił tę dzielnicę w samym środku miasta, lokalizując ją bardzo dokładnie, choć w sposób oczywisty nie może jej tam być. Robi to wrażenie, jakby gdzieś pomiędzy dzisiejszym placem Wacława a placem Karola, realna Praga rozsunęła się, wypączkowując z siebie owe dwa pagórki, na których mieści się wymyślony Truchlin. Za drugim razem czytałam obie części cyklu z mapą w ręku, zaznaczając na niej wszystkie punkty realnej Pragi, które tam się pojawiają i myślę, że z dokładnością do 100 metrów jestem w stanie wskazać to miejsce.

Przypomniała mi się moja wyprawa do Pragi tylko z Najstarszą z córek dawno temu. Miała wtedy jakieś 10 lat i przed wyjazdem dałam jej „Pana Samochodzika i tajemnicę tajemnic” czyli ten tom, którego akcja częściowo umieszczona jest właśnie tam. Ona do dziś pamięta, jakim przeżycie było dla niej to, że siedząc na cmentarzu żydowskim czytała sceny, które działy się w tym miejscu. Myślę, że dla obecnych nastolatków, wycieczka po Pradze w celu zlokalizowania Truchlina oraz tych książkowych miejsc, które istnieją naprawdę, może być czymś podobnym.

Truchlin do dzielnica dziwna – czas jakby w niej stanął w miejscu. Nie ma tam prądu, ale nie tylko w sensie braku instalacji. Po prostu prąd tam nie płynie, nawet urządzenia na baterie przestają działać, kiedy przekroczy się niewidzialną granicę, a po powrocie stamtąd znowu funkcjonują normalnie. Nie ma więc też tam wszystkich życiowych udogodnień, które przyniósł XX wiek, że o internecie nie wspomnę. A jednak żyją tam ludzie, zupełnie dobrowolnie wybierając to miejsce do mieszkania. Dlaczego ???

Truchlin do dzielnica dziwna – tajemnicza, ponura, pełna opuszczonych domów, krętych ulic, tajemniczych zaułków i jakby odwracająca się tyłem do przybysza z zewnątrz. Akcja obu części rozgrywa się w porze, kiedy dzień jest krótki, ale może się wydawać, że tam jest zawsze ciemno i nigdy nie świeci słońce. To wrażenie potęgują też ilustracje Karela Osohy, nie tylko dlatego, że są czarno-białe (z przewagą szarości). Widzimy na nich wyraźnie osoby znajdujące się w centrum, ale tło jest nie tylko ciemne, ale też jakieś takie rozmazane, domy zlewają się ze sobą, trudno wyodrębnić szczegóły. Taka mroczna jest też atmosfera tych książek. Dzieją się tam rzeczy, do których nie jesteśmy w powieściach dla tak młodych czytelników przyzwyczajeni. Na 10 stronie pierwszego tomu ginie człowiek, część druga zaczyna się od sceny przejmująco brutalnej, a niebezpieczeństwa które grożą bohaterom są bardzo realne. Truchlin stopniowo odsłania przed nimi swoje tajemnice, a ja jestem bardzo ciekawa jak ta cała historia się w kolejnym tomie zakończy.

Jeśli nasłuchaliście się o złotej Pradze i szukacie kolorowych widoczków rodem z folderów dla turystów, to źle trafiliście. Bohaterowie ani razu nie zahaczają o typowe turystyczne atrakcje tego miasta. A jednak jest w tym, co ich spotyka, sporo z jego ducha, atmosfery, tradycji i legend (szczególnie w drugiej części, która bardzo wyraźnie nawiązuje do historii o Golemie).

No właśnie – bohaterowie. Na okładce pierwszej części mamy ich trójkę, dwóch chłopaków i dziewczynę. To zestaw sprawdzony nieraz, choćby w cyklu o Harrym Potterze czy o Felixie, Necie i Nice. Jirka, En i Tonda są jednak inni. Wbrew temu, co sugerować może okładka, nie tworzą jak tamci zgranego trio, które poradzi sobie w każdych okolicznościach. Wręcz przeciwnie – dość szybko okazuje się, że sytuacja ich przerosła i Tonda mógł się poczuć zdradzony (z wzajemnością). Nie tylko Truchlin jest pełen tajemnic, także nasi bohaterowie ukrywają przed sobą rozmaite rzeczy. Dlatego na okładce drugiej części są tylko En i Jirka i ciekawa jestem, co wydarzy się między nimi w trzeciej, która już ukazała się po czesku, a polskie wydanie zapowiadane jest jesienią tego roku. Na jej okładce, która tym razem nie jest tak ciemna, jak poprzednie i pojawia się na niej światło słoneczne, bo rzecz będzie działa się latem, widzimy samą En, a chłopcy (więc chyba obaj ?) czają się gdzieś w tle, jakby ją śledzili.

W oryginale ten cykl zatytułowany jest „Prašina”. Tłumaczka polskiego wydania Anna Radwan-Żbikowska nie tylko zdecydowała się przetłumaczyć nazwy praskich ulic i placów, ale także interesująco spolszczyła nazwę dzielnicy. Oryginalnie pochodzi ona od słowa prašivý – parszywy, gnijący, więc Truchlin jest trafionym synonimem. Nie udało się jednak oddać szczególnej gry słów, wynikającej z tego, że Prašina brzmi podobnie do słowa: pražska (czyli przymiotnika oznaczającego wszystko co związane jest z Pragą), ale tak to niestety jest z przekładami.

No i oczywiście nie byłabym sobą, gdybym nie znalazła okazji do pohistorykowania 😉 O ile to wszystko, co w tych powieściach dzieje się w końcu XIX wieku, jest dobrze wymyślone i mieści się w ramach gatunku literackiego, o tyle trwanie Truchlina przez cały wiek XX już wzbudziło mój opór. Taka odcięta od świata, tajemnicza i rządząca się swoimi prawami dzielnica w samym środku stolicy komunistycznej Czechosłowacji ??? No jakoś nie. Jestem jednak pewna, że nastoletni czytelnicy tych książek, niesieni przez ich karty rwącym nurtem wydarzeń, nie poświęciliby ani odrobiny uwagi moim wątpliwościom. Nic więc już nie mówię, tylko czekam niecierpliwie na ostatni tom tej trylogii.

Vojtech Matocha „Truchlin”, przekł.: Anna Radwan-Żbikowska, ilustr.: Karel Osoha, wyd.: Afera, Wrocław 2020

Vojtech Matocha „Truchlin. Czarny merkuryt”, przekł.: Anna Radwan-Żbikowska, ilustr.: Karel Osoha, wyd.: Afera, Wrocław 2021

Comedy Queen

Comedy Queen

Książka nominowana w Plebiscycie Blogerów LOKOMOTYWA – książka dla niedorosłych w kategorii: tekst

oraz uznana za najlepszą szwedzką powieść dla młodzieży ostatnich lat !!!

Na śmierć mamy nie ma w życiu dobrego momentu.

Szczególnie na śmierć samobójczą.

W dodatku poprzedzoną długim okresem depresji.

I na pewno nie wtedy, kiedy ma się jedenaście lat.

To nie powinno spotkać nikogo, a stało się doświadczeniem bohaterki tej książki. Sasha zaraz skończy dwanaście lat. Usiłuje radzić sobie z sytuacją, w której się znalazła, najlepiej jak potrafi. Ale przecież nie potrafi – nikt nie potrafiłby.

Czasami na chwilę zapominam, że ona nie żyje. Tak jak przed chwilą, gdy napisałam „Kiedy mama jest”.

To oczywiście dobrze, że nie myślę o niej przez cały czas, ale gdy potem sobie to wszystko przypominam, ogarnia mnie mrok. Ten mrok jest jak otchłań bez dna rozciągająca się we wszystkich kierunkach. Mam wrażenie, ze wpadają do niej kawałki mojego serca. Wpadają i znikają. Nie wiem, czy kiedykolwiek je odzyskam. Czy kiedykolwiek uda mi się je poskładać w jedną całość…

Aby sobie z tym poradzić i aby nigdy nie stać się taka jak mama, Sasha tworzy LISTĘ RZECZY, KTÓRE MUSI ZROBIĆ, BY PRZEŻYĆ. Zapisuje na niej te rzeczy, które mama robiła (i które zdaniem dziewczynki przyczyniły się do jej depresji), a których ona w związku z tym robić nie będzie. Każdy dorosły, który przeczytałby ją, wiedziałby od razu, że nie ma to sensu, ale ona tego nie rozumie. Oprócz sześciu punktów na nie, jest też jeden na tak – zostać stand-uperką, aby rozśmieszać ludzi zamiast ich zasmucać. Czy uda jej się to ?

„Comedy Queen” to książka kameralna, bo taki jest świat jej bohaterki. Sasha nie ma rodzeństwa (jak Ola ze „Świata do góry nogami”, która też mierzy się z nagłą śmiercią mamy), jej rodzina składa się tylko z taty, babci i wujka Ossiego. Ten ostatni jest, jak na wujka, kompletnie niestereotypowy, ale bez niego i ona, i tata nie poradziliby sobie z tym, co na nich spadło. Ma też przyjaciółkę – jedną jedyną osobę, która, kiedy to się wydarzyło, potrafiła z nią po prostu być. Potem w jej życiu pojawia się tez Linn – psycholożka w poradni, do której prowadzi Sashę tata.

O pewnych sprawach tak trudno rozmawiać, że się je przemilcza. Samobójstwo to jedna z nich. Zdrowie psychiczne to druga. Bardzo chciałabym, żeby to się zmieniło, ponieważ podobnie jak psycholożka Lina występująca na kartach tej książki uważam, że takie emocje jak smutek, wściekłość czy nie pokój, nie są same w sobie niczym złym. Niebezpiecznie robi się dopiero wtedy, gdy człowiek zostaje z tymi wszystkimi trudnymi myślami i emocjami sam, bo wtedy może się mu wydawać, że jego problem jest nie do rozwiązania, że już zawsze będzie czuł się źle i że jest na świecie zupełnie sam. Wtedy trudno mu sobie wyobrazić, że wszystko może się zmienić, że kiedyś znowu się będzie uśmiechał. Napisałam tę książkę, ponieważ chciałam, by trochę łatwiej się nam rozmawiało o samobójstwie i różnych zaburzeniach psychicznych. Takie rozmowy są niesamowicie ważne. – napisała Autorka w posłowiu.

„Comedy Queen” to książka – rollercoaster zupełnie jak huśtawka uczuć Sashy. Są momenty, w których wpadamy razem z nią w czarną rozpacz, ale zaraz potem dzieją się tam rzeczy takie, że nie możemy powstrzymać się od śmiechu. Mądra, wzruszająca, zabawna – jak powiedziała o niej w swoim programie „Czytam bo lubię” Magda Mikołajczuk, dzięki której trafiłam na tę książkę. Warto po nią sięgnąć nawet wtedy, kiedy wydaje nam się, że problemy bohaterki zupełnie nas nie dotyczą, bo może dzięki niej będziemy dla kogoś jak Marta albo Ossi. Po prostu być obok – tak niewiele, a takie to trudne…

Jenny Jagerfeld „Comedy Queen”, przekł.: Patrycja Włóczyk, wyd.: Stara Szkoła, Rudno 2020

Zabójstwo Brangwina Kąkola

Zabójstwo Brangwina Kąkola

Książka nominowana w Plebiscycie Blogerów LOKOMOTYWA – książka dla niedorosłych w kategorii – Od A do Z !!!

Skądże możemy wiedzieć, jak naprawdę wygląda świat ?

W mglisty dzień nawet wzgórza Elfilandu są szare i posępne. A jeśli spojrzysz przez pryzmat klejnotu, najzwyklejsza ulica będzie skrzyć się blaskiem.

Gobliny wyłupiły mi oboje oczu, toteż dla mnie świat jest dogłębnie mroczny.

(Lemuel z Chartibrande „O elfiej nauce i sztukach magicznych”)

Od takiego motta rozpoczyna się ta książka, a dalej jest jeszcze ciekawiej, bo potem zaczyna się nie tekst tylko ciąg ilustracji opowiadający początek historii misji tytułowego bohatera w odległej i groźnej krainie Goblinów. Misji trudnej i niebezpiecznej (począwszy od wyboru środka lokomocji, a na kwestii tego, czy w ogóle uda mu się stamtąd wrócić, skończywszy), której celem jest…

… no właśnie, z czasem okaże się, że nawet sam Brangwin Kąkol nie został poinformowany, po co tam został naprawdę wysłany. Przewrotność tej historii polega właśnie na tym, że wszystko okazuje się być inne, niż mogło się na początku bohaterom (oraz czytelnikom) wydawać.

Cieszę się, że mamy w Plebiscycie Blogerów Lokomotywa kategorię „Od A do Z”, bo inaczej trudno byłoby nam znaleźć dla „Zabójstwa Brangwina Kąkola” miejsce wśród nominowanych książek. Nie pasuje ona do kategorii tekst, bo gdyby skupić się tylko na tej części narracji, która opowiedziana jest przy pomocy liter, to historia byłaby dalece niepełna. W tej książce ilustracje opowiadają rzeczy, których w tekście nie znajdziemy, tworząc razem z nim nierozerwalną całość. Pisząc to, uświadomiłam sobie, że nie da się jej przerobić na audiobook, bo nie może ona istnieć bez wątku, który jest opowiedziany obrazami. Świat, stworzony w nich przez rosyjskiego rysownika Eugene’a Yelchina jest niezwykły, pełno tam szczegółów, których nie da się tak po prostu opowiedzieć słowami.

Jak doszło do powstania tak niezwykłej książki, możemy dowiedzieć się z zamieszczonej na końcu rozmowy autorów:

Misję elfickiego historyka Brangwina Kąkola śledzimy z trzech perspektyw – tekst opowiada o niej z punktu widzenia Werfla, historyka goblińskiego, który od swoich władz otrzymał zadanie ugoszczenia we własnym domu tego szczególnego gościa. Gość ów natomiast systematycznie transmituje w formie ciągu obrazów swoje wrażenia do ojczyzny, a konkretnie do tych, którzy go wysłali, czyli tajemniczego Zakonu Czystej Ręki. Oni wreszcie komentują to, co zobaczyli, w tajnej korespondencji, która również jest częścią tekstu. Mając do dyspozycji te trzy punkty widzenia możemy uzmysłowić sobie, jak różnie można widzieć i rozumieć te same rzeczy.

I o tym tak naprawdę jest ta książka.

Elfy i gobliny, cały ten fantastyczny anturaż jest tylko kostiumem, przy pomocy którego autorzy opowiadają nam o świecie, w którym żyjemy obecnie, świecie, który coraz bardziej dzieli się na szczelnie od siebie oddzielone bańki.

Lewactwo i naziole, tęczowa zaraza i katotaliban, komuchy, platfusy i pisiory, wykształciuchy, patologia… Długo można ciągnąć litanię szyldów, za którym nie widzimy już ludzi tylko figurki pasujące do tych etykietek. Sami też je sobie chętnie przyczepiamy, choćby przy pomocy nakładek na zdjęcia na FB. Coraz bardziej zamykamy się w bańkach, których granice często są trudniejsze do przebycia niż Góry Kościokrótne oddzielające od siebie krainy Elfów i Goblinów. Ale jeśli wyjdziemy ze strefy, w której wszystko jest oczywiste, świat prosty i zrozumiały, a inni ludzie łatwi do zdefiniowania, jeśli wykonamy wysiłek zajrzenia pod te etykietki, to okaże się, że ludzie, którzy się za nimi kryją są do nas zadziwiająco podobni. Jak elf Brangwin i goblin Werfel…

P.S. Czytając ilustracje Eugene’a Yelchina miałam silne skojarzenie z „Przybyszem” Shauna Tana (którego wznowienie, notabene, zapowiadane jest niebawem !!!) i to nie tylko z powodu ich monochromatyczności. Myślę, że pokazując to, jak zmieniało się postrzeganie świata goblinów przez bohatera, wykorzystał on własne doświadczenia z początku emigracji do USA.

Szukając informacji o nim trafiłam także na jego autorską książkę „Breaking Stalin’s Nose” wydaną w 2012 roku i przetłumaczoną na wiele języków. Niestety nie ukazała się w Polsce. Mam nadzieję, że to nastąpi, bo uświadomiłam sobie, że młodzi polscy czytelnicy wiedzą o tym, co działo się (i dzieje) za naszą wschodnią granicą, jeszcze mniej niż młodzież elficka o życiu goblinów i odwrotnie…

M.T. Anderson (tekst) i Eugene Yelchin (ilustr.) „Zabójstwo Brangwina Kąkola”, przekł.: Rafał Lisowski, wyd.: Dwie Siostry, Warszawa 2020

Małe

Małe

Książka nominowana w Plebiscycie Blogerów LOKOMOTYWA – książka dla niedorosłych w kategorii Od A do Z !!!

Popatrz !

To jest małe, które nazywa się Małe.

I dwoje dużych, którzy nazywają się Jedno i Drugie.

Bywają takie książki – niewielkie, niepozorne, a jednak walą w czytelnika jak obuchem.

„Świat Mundka”, o którym pisałam niedawno, ma 278 stron gęstego tekstu. „Małe” to zaledwie 15 kartek, a cały tekst tej książki zmieściłby się zapewne na jednej. Czy to jednak znaczy, że pisze się o nim 278 razy łatwiej ???

Nie, zdecydowanie nie, a nawet – wręcz przeciwnie.

„Małe” to książka, która wygląda, jakby była dla małych dzieci, ale ostrożnie z nią !!! To nie jest lektura do poduszki, którą można przeczytać każdemu dziecku i zostawić je same z myślami, które wywołuje. Kontakt z nią boli, nawet bardzo i dlatego trzeba się z nią obchodzić ostrożnie. Ale są takie dzieci i takie sytuacje, kiedy może bardzo pomóc…

Dziś jest wesoły dzień. Dobry wesoły dzień w przedszkolu.

Lecz w domu nie będzie wesoło…

Drugie mówi, że Małe zrobiło coś nie tak.

W domu wybucha jeszcze większa awantura.

U Małego w domu kłótnie robią się zawsze takie duże. Za duże.

„Małe” to opowieść o tym, co czuje dziecko doznające przemocy ze strony dorosłych. Ta przemoc może być różna – zarówno fizyczna, na którą wskazuje choćby ciemniejsza plama wokół oka Małego, której w pierwszej chwili można nie zauważyć, jak i psychiczna. Są nią nie tylko kłótnie dorosłych, za które jest ono obwiniane, ale też ich późniejsza obojętność.

Stina Wirsen opowiada o tym nie tylko ascetycznym tekstem, ale także (czy może przede wszystkim ?) przejmującymi ilustracjami. Wszyscy mali i duzi na nich są trochę niezgrabnymi stworkami, a poza nimi jest tam tylko trochę (na pozór !) niedbałych bazgrołów. Mimo to widzimy na nich wyraźnie wszystkie emocje, które Autorka chce nam przekazać – również dzięki temu, że im bardziej emocje kipią, tym większy bałagan robi się dookoła nich, a kropki z tapety na ścianach przestają stać w równych rządkach.

Jest więcej małych, które przeżywają to, co Małe.

Jest więcej małych, którzy boją się w domu.

Jeśli się o tym opowie, znajdą się duzi, którzy pomogą.

Bo duzi powinni opiekować się tymi, którzy są mali.

Tak po prostu jest.

Stina Wirsen zilustrowała także „Żadnej przemocy !” Astrid Lindgren. Te książki stanowią, można powiedzieć, komplet, nie tylko ze względu na te ilustracje. Obie mają pomóc małym, aby nie byli krzywdzeni przez dużych.

Książka zawiera numery do telefonów zaufania zarówno dla dzieci i młodzieży (—>> 116 111), jak i dla dorosłych, którzy potrzebują wsparcia w zakresie pomocy psychologicznej dzieciom oraz reagowania na przemoc wobec dzieci (—>> 800 100 100) prowadzonych przez Fundację Dajemy Dzieciom Siłę.

Niestety, obawiam się, że czas pandemii i lockdownów spowodował, że problem nasilił się. Coraz więcej dużych zamkniętych z najbliższymi w domach ma problemy z własnymi emocjami. Coraz więcej małych zamkniętych w domach z takimi dużymi nie może o tym opowiedzieć Pani, która mogłaby im pomóc…

Stina Wirsen „Małe”, przekł.: Katarzyna Skalska, wyd.: Zakamarki, Poznań 2020

Misiu Szpeniolek

Misiu Szpeniolek

Książka nominowana w Plebiscycie Blogerów LOKOMOTYWA w kategorii: przekład !!!

Z sześciu kategorii, w jakich nominujemy książki w Plebiscycie Blogerów LOKOMOTYWA, przekład jest tą najbardziej dyskusyjną. Zdajemy sobie sprawę, że aby dobrze ocenić pracę tłumacza powinno się znać oryginał utworu oraz bardzo dobrze oba języki – ten, w którym został napisany, i ten, na który go przełożono. W przypadku większości nominowanych w tej kategorii książek tak nie jest, ale mimo to zależy nam na docenieniu roli tłumaczy w przybliżaniu polskiemu czytelnikowi tego, co ukazuje się w innych krajach. Zdajemy sobie sprawę z tego, że nie jesteśmy w stanie zauważyć i dobrze ocenić wszystkich niuansów przekładu, dlatego skupiamy się przede wszystkim na efekcie końcowym – czyli na tym, jak ten tekst brzmi po polsku i jak się go czyta.

Wśród tegorocznych nominacji znalazła się jedna szczególna – „Misiu Szpeniolek” czyli przekład „Kubusia Puchatka” na gwarę wielkopolską. Postanowiliśmy w ten sposób docenić nie tyle może kunszt tłumacza, ile sam fakt wydania klasyki literatury w tej wersji językowej. Dodajmy, że nie jest to pierwsza taka edycja w polskim języku regionalnym, bo wcześniej ukazała się edycja śląska czyli „Niedźwiodek Puch” i kaszubska „Miedzwiôdk Pùfôtk”. Podobne zabiegi translatorskie wykonywane są także wobec Małego Księcia (ukazał się w przekładzie śląskim, wielkopolskim i góralskim) i Alicji w Krainie Czarów (na razie powstała wersja śląska). Pozwólcie, że nie będę tu wchodzić rozważania na temat tego, czym się różni język od gwary, co nim jest, a co nie jest i dlaczego, nic to albowiem do rzeczy nie przyda 😉 Ciekawszą kwestią natomiast jest to, po co to się robi, skoro i tak wszyscy potencjalni czytelnicy znają język polski i zapewne także znają tę książkę ? Czy podtrzymywanie takich regionalności ma sens i wartość ???

Ma i to głęboki. Na naszą tożsamość składa się nie tylko tradycja narodowa, ogólnopolska, ale też wszystko to, co przynależy do naszych małych ojczyzn – pamięć lokalna miejsc, w których dorastamy i skąd wywodzi się nasza rodzina, specyfika kuchni i języka właśnie. Język ujednolica się najszybciej – dzięki szkole, telewizji i mediom społecznościowym, ale to w melodii tego, którym mówiła babcia i w pewnych, nieznanych w reszcie kraju określeniach, mieści się nasza tożsamość. Tłumacz tej książki Juliusz Kubel tak o tym opowiada:

Tutaj widzimy dwa jakby wykluczające się trendy, bo z jednej strony ludzie bardzo chcą tą mową się cieszyć, a z drugiej strony nasza gwara jest bardzo hermetyczna. To znaczy mocno związana z regionem i poza ten region nosa nie wyściubia. Na dodatek, gdyby zapytać, czy w ogóle istnieje jednolita „gwara wielkopolska” to trudno odpowiedzieć twierdząco. Pewnie są rozmaite jej odmiany. Ja mogę wiele mówić tylko o tej poznańskiej, dlatego, że tę gwarę dość dokładnie znam.

Nieco inaczej mówi się w Lesznie, a jeszcze inaczej mówi się w Szamotułach. Są też wątki łączące, a i różnice nie aż tak duże, skoro takie książki „Książe Szaranek” czy „Misiu Szpeniolek” równie chętnie są czytane i w Lesznie, i w Szamotułach, i w Strzałkowie. A dlaczego nasza gwara jest mało znana i mało popularna poza Wielkopolską? Bo język codzienny się unifikuje, a przyczyniają się do tego Internet i telewizja. Młodzi mówią żargonem internetowym. Dorośli wspierają się jakimiś slangami zawodowymi. Zmienia się to, rozwija i zanika.

Dlaczego właśnie „Kubuś Puchatek” ? Bo jest to książka, którą znamy bardzo dobrze i czytając ją w takim przekładzie wiemy od razu, o co w niej chodzi. Ja sama najpierw, dzięki dwujęzycznemu polsko – angielskiemu wydaniu Naszej Księgarni uczyłam się na niej angielskiego, a przy okazji podglądałam (na ile potrafiłam) jak przyswoiła ja polszczyźnie Irena Tuwim. Jej przekład jest w tym samym stopniu kongenialny co kontrowersyjny 😉 ale nie można mu odebrać tego, że niepodzielnie panuje nad naszą wyobraźnią. Naszą – czyli roczników wychowanych na książce, a nie na disney’owskiej kreskówce.

Tłumacze przekładający „Winnie The Pooh” na polskie języki lokalne korzystali oczywiście z tekstu oryginalnego, ale nie mogli zapomnieć także o wersji Ireny Tuwim. Bardzo ciekawa byłam jak zabrzmi po wielkopolsku moja ulubiona kwestia: takie bzyczące bzykanie nie bzyka bez powodu i oto proszę:

Juliusz Kubel powiedział: Zajmując się „Kubusiem Puchatkiem”, szukałem też odnośników do pochodzącego z roku 1938 tłumaczenia Ireny Tuwim. Chciałem zobaczyć, jak sobie poradziła z takimi rafami językowymi. I tutaj odkryłem kilka rzeczy, które mnie zastanawiały, ale starałem się jakoś odszukać tok jej myślenia i snuć domysły, dlaczego np. niektóre rzeczy pominęła? Dlaczego napisała gdzieś cały akapit inaczej niż w oryginale. Tak było na przykład z historią (jak ją nazwała Irena Tuwim) Przyprawy do Bieguna Północnego, ale o tym więcej przeczytacie —->>>> tutaj

Ja odnalazłam w „Misiu Szpeniolku” wspomnienia z wczesnego dzieciństwa, które spędziłam w Bydgoszczy. Moi rodzice przyjechali tam po studiach na tak zwany nakaz pracy, a kiedy miałam 10 lat wróciliśmy do Warszawy. A raczej, mówiąc dokładniej – oni wrócili, a ja się z nimi przeprowadziłam 😉 Mieszkając w Bydgoszczy kontakt z gwarą miałam ograniczony, bo nie mówili nią ani rodzice, ani ich znajomi, którzy znaleźli się tam w podobny sposób. Jednak zawsze była gdzieś w tle i nie wiem jak to się stało, ale odkrywam jej ślady w naszych rodzinnych rozmowach. Kiedy przeczytałam w „Misiu Szpeniolku” frazę o tabliczce, co mioł ją wisieć na drzwiach, poczułam się bardzo swojsko. Choć nigdy nie miałam do czynienia z tą gwarą w takim stężeniu, te wszystkie tej, zaś, giyry i knipy, spowodowały, że zatęskniłam do dzieciństwa. I tak mi się jakoś zachciało szneki z glancą 😉

P.S. Książka zawiera w sobie słownik wielkopolsko – polski wyjaśniający użyte w tekście słowa. Dodano do niej też płytę, na której „Misia Szpeniolka” czyta sam tłumacz.

A.A. Milne „Misiu Szpeniolek”, obrozki narysowoł E.H. Shepard, przetmitnął na gwarę wielkopolską Juliusz Kubel, wyd.: Media Rodzina, Poznań 2019

Świat Mundka

Świat Mundka

Książka nominowana w Plebiscycie Blogerów LOKOMOTYWA – książka dla niedorosłych w kategorii – tekst

oraz wyróżniona w konkursie Książka Roku Polskiej Sekcji IBBY

Z badań nad czytelnictwem dzieci i młodzieży, które od lat prowadzi dr Zofia Zasacka wynika wyraźnie, że spora część tych dzieci, które w początkach szkoły podstawowej czytały książki, przestaje to robić w wieku około 13 lat (czyli do niedawna na progu gimnazjum). Dlaczego tak się dzieje ? Przyczyn jest kilka: jedną z nich jest to, że w tym wieku dzieci osiągają większą samodzielność w wybieraniu sposobów spędzania czasu, większą rolę w ich życiu zaczynają tez odgrywać media społecznościowe, więc, można powiedzieć, że mają inne, bardziej atrakcyjne zajęcia 😉 Poza tym mają oni już za sobą parę lat szkoły, która skutecznie przekonuje ich przy pomocy lektur szkolnych, że czytanie jest czynnością nudną. Wreszcie – last but not least – wkraczają w wiek dojrzewania. To czas wielu rozterek, trudnych pytań stawianych samemu sobie i poszukiwania odpowiedzi na nie. Niestety, tych odpowiedzi współcześni nastolatkowie raczej nie znajdą w literaturze do nich adresowanej.

Próbowałam wśród książek wydanych w ostatnim czasie znaleźć takie, które opowiadałyby o problemach dorastania w sposób interesujący dla nastolatków i na ogół były to pozycje tłumaczone z języków obcych. Realia życia opisywane w nich nie zawsze odpowiadały polskim, choć te problemy są uniwersalne. Z wielką radością odkryłam „Świat Mundka” – książkę z historią dziejącą się współcześnie na polskiej prowincji, w której ani bohaterowie, ani tym bardziej dialogi między nimi nie szeleszczą papierem.

Masz trzynaście lat, a za sobą kilka potyczek przy domowym stole ? To może znasz Mundka, który chce rysować komiksy, ale jego ojciec nie widzi w tym przyszłości ? Może jest w twojej klasie jakaś Inga, która trzyma marzenia w tekturowym pudle na dnie szafy ? Albo łysi bliźniacy o imionach wielkich twórców, którzy chcą robić małe rzeczy ? Oddaję ci „Świat Mundka”, bo pewnie trochę przypomina twój – napisała Autorka na ostatniej okładce tej książki.

W „Świecie Mundka”, trochę wbrew tytułowi mamy dwoje głównych bohaterów. Jest to więc nie tylko świat Mundka, ale także Ingi, ich historie są oddzielne, choć czasami się krzyżują, bo chodzą oni do tej samej klasy. W takiej sytuacji można się spodziewać wątku miłosnego, ale mimo że obydwoje czują coś do siebie, cała opowieść nie jest o tym.

Nie jest to też, jak w przypadku młodzieżowych powieści obyczajowych bywa najczęściej, historia rozgrywająca się w grupie rówieśniczej z rodzicami gdzieś w odległym tle. W tym wieku dom rodzinny stanowi jeszcze centrum świata młodego człowieka, a rodzice mają na jego życie ogromny wpływ. Pokazanie tego jest wielkim plusem „Świata Mundka”, bo właściwie każdy z bohaterów, także drugoplanowych nie ma ze swoimi rodzicami łatwo.

Czytałam tę książkę dwa razy i za drugim razem zobaczyłam w niej przed wszystkim opowieść o dorosłych. Trudno się oczywiście spodziewać, że jej nastoletni czytelnicy będą potrafili spojrzeć z takiej perspektywy, ale może warto, żeby sięgnęli po nią także ich rodzice ? Choćby po to, żeby potem nie mówili swoim dzieciom takich rzeczy:

– Weź ty zrób coś pożytecznego, chłopie – zrzędził ojciec przekopując widelcem jajecznicę na talerzu. – Smarujesz i smarujesz… Jeszcze nie spotkałem takiego, który by wyżył ze smarowania głupot. Nic wam nie zadają ?

Ta wypowiedź to taka kwintesencja częstego stosunku rodziców do dzieci. Jest w niej zarówno pogardliwe deprecjonowanie tego, co jest pasją syna (czyli rysowanie komiksów, do czego chłopak ma wyraźny, choć konsekwentnie niedostrzegany przez ojca talent), jak też sprowadzanie jego aktywności życiowej tylko do szkoły (dodajmy, że rzecz dzieje się w czasie wakacji). Jest też przekonanie, że to ojciec wie najlepiej, jaka powinna być przyszłość jego dziecka. Oczywiście – taka, w której powtórzyłoby ono życiową drogę swoich rodziców, z tym że powinno zrobić to lepiej, bo słuchając ich rad, nie popełniłoby błędów, które oni zrobili.

Ta wypowiedź pokazuje też, jak bardzo ów ojciec zamknięty jest w wizji świata, w którym on sam żyje. Tymczasem (podobno) ponad połowa obecnych nastolatków będzie pracować w zawodach, których jeszcze nie ma. Ojciec Mundka nie wie też, że z tego smarowania głupot można obecnie całkiem dobrze żyć, a storyboardziści i motion designerzy, jeśli tylko są dobrzy w swoim fachu, zarabiają lepiej od niego 😉

To jest niestety problem, który pogłębia się w miarę tego, jak coraz szybciej zmienia się nasza rzeczywistość. Zawsze było tak, że dzieci wychowywało się do świata, w którym żyli ich rodzice, a nie do tego, w którym one same potem żyły. Obecni nastolatkowie, w tym także bohaterowie tej książki to roczniki z pierwszej dekady XXI wieku, nie pamiętający świata bez internetu. Ich rodzice urodzili się u schyłku PRL-u, dorastali w czasie transformacji ustrojowej, a wychowywani byli przez rodziców, którzy całe życie przeżyli w słusznie minionym systemie. Każde z tych pokoleń stawało wobec wyzwań nieznanych poprzednikom. Tak będzie także z następnymi, a świat będzie się zmieniał coraz szybciej

Katalog rodzicielskich win wobec dzieci jest w tej książce naprawdę szeroki – od zwykłej bezradności, przez przemoc fizyczną i psychiczną po obojętność, a przyczyn często należy szukać w ich dzieciństwie. Warto się przejrzeć w tym zwierciadle, choć byłabym niesprawiedliwa, gdybym pozostawiła Was z przekonaniem, że nie ma tam fajnych dorosłych. Są, ale raczej w wieku emerytalnym – przede wszystkim ciotka Mundka i jej przyjaciółka (oraz ich cudowne dialogi 😉 ), a także (ukazująca pod koniec zaskakujące oblicze) dyrektor jego szkoły. To z jej ust Mundek usłyszy słowa, które powinien usłyszeć każdy nastolatek: Nie przyjmuj do wiadomości, że twój cel jest niemożliwy do osiągnięcia. Nikt, Raj-mun-dzie, nikt nie ma pojęcia, co jest dla ciebie możliwe, a co nie.

Świat Mundka, świat Ingi, świat Kazika i innych zależy przede wszystkim od nich, a nas dorosłych rolą jest im tego nie popsuć…

Katarzyna Wasilkowska „Świat Mundka”, wyd.: Literatura, Łódź 2020

Lokomotywa dojechała

Lokomotywa dojechała

Plebiscyt Blogerów LOKOMOTYWA – książka dla niedorosłych zakończył się. Na następną edycję zapraszamy w przyszłym roku.

Gratulacje dla zwycięzców, ale pamiętajcie, że WSZYSTKIE nominowane książki są znakomite i warte poznania. IMO to właśnie to pula sześćdziesięciu tytułów zauważonych przez blogerów jest największą wartością Plebiscytu.

A tak podsumowała tegoroczną edycję pomysłodawczyni i spiritus movens LokomotywyZosia Gwardyś, autorka bloga Mała czcionka:

Lokomotywa to dla nas radocha, ale i nieprzespane noce, mnóstwo rozterek, ale radość wspólnego zachwytu, kiedy inni też czują to co my. U nas nie ma miejsca na trendy, nie premiujemy konkretnych wydawnictw. Plebiscyt zdejmuje z nas odpowiedzialność za listę laureatów, ale obarcza obowiązkiem roztropności przy formułowaniu listy nominacji. Za każdym tytułem stoi konkretny bloger, każda z 60 nominacji to wyróżnienie, które warte jest zauważenia.  —->>>> tutaj

Co robią uczucia ?

Co robią uczucia ?

Książka nominowana i NAGRODZONA w Plebiscycie Blogerów LOKOMOTYWA – książka dla niedorosłych w kategorii – Od A do Z !!!

Oraz nagrodzona w Konkursie Przecinek i Kropka w kategorii 0 – 5 lat !

Radość, duma, zachwyt, niepokój, lęk… Wszyscy znamy te uczucia – i wiele innych. Ale czy wiemy, co robią, kiedy mają wolne ?

Tina Oziewicz znalazła na opisanie uczuć pomysł genialny w swojej prostocie. Każdemu z nich przypisała tylko jedną, ale za to najlepiej je oddającą czynność, taki moment, który najtrafniej je definiuje. I tak na przykład:

Ciekawość zawsze wspina się najwyżej jak może – na czubek drzewa, na dach lub na komin.

Wyobraźnia wędruje niewydeptaną ścieżką.

Kompleksy budują klatki.

Przeglądając tę książkę po raz pierwszy nie raz zachwycałam się trafnością skojarzeń Autorki, myśląc sobie: Tak ! To właśnie tak jest ! Znakomicie zobrazowała je Ilustratorka – Aleksandra Zając, pokazując uczucia jako małe, czasem sympatyczne, a czasem trochę mniej, stworki.

W Plebiscycie Blogerów Lokomotywa nominowaliśmy tę książkę w kategorii Od A do Z, bo tekst i ilustracje stanowią w niej nierozłączną całość. Oddzielnie mówią zdecydowanie mniej i nie robią takiego wrażenia. Za to razem…

„Co robią uczucia ?” to książka, do której się wraca, o której się myśli i której się nie zapomina. Książka, która nie tylko dzieciom może pomóc w zrozumieniu własnych uczuć. Myślę, że każdy znajdzie w niej to jedno uczucie, które pasuje do niego w tym momencie najbardziej. Ja też znalazłam. Czy kogoś dziwi, że jest to właśnie to ?

Zachwyt biegnie do kolegi z nowo odkrytą książką. Zupełnie tak jak ja 🙂

Tina Oziewicz „Co robią uczucia ?”, ilustr.: Aleksandra Zając, wyd.: Dwie Siostry, Warszawa 2020

Przyjaciele

Przyjaciele

Książka nominowana w Plebiscycie Blogerów LOKOMOTYWA – książka dla niedorosłych w kategorii – komis !!!

„Przyjaciele” to komiks Janka Kozy i ukrywającego się za pseudonimem Mykupyku Adama Gawędy. Wydała go Kultura Gniewu w przeznaczonej dla młodych czytelników linii wydawniczej Krótkie Gatki.

„Przyjaciele” to opowieść o przygodach trójki bohaterów – Świnki, Żyrafy i Słonika w… komiksie. Wieczorem po wspaniałym dniu wszyscy troje położyli się do łóżek, a rano okazało się, że zniknął nie tylko cały ich świat, ale także przepadł gdzieś Słonik. Wkrótce okazało się, że nie przepadł, tylko jest po drugiej stronie kartki, a powrót stamtąd nie jest taki prosty. Od czego jednak ma się przyjaciół ?

„Przyjaciele” to przewrotna, piętrowa, inteligentna zabawa konwencją i formą. W pewnym momencie do komiksu zostają wprowadzeni także jego scenarzysta i rysownik, którzy w ten sposób stają się jego bohaterami pozostając jednak nadal jego twórcami. Znawcy komiksu powiedzą zapewne, że nie jest to zabieg szczególnie oryginalny 😉 Wykorzystał go już dawno temu nieodżałowany, zmarły przed kilkoma dniami Papcio Chmiel, pamiętam też podobna historię w którymś z komisów Tadeusza Baranowskiego. To prawda, ale pamiętajmy, że to już klasyka, której młodzi czytelnicy „Przyjaciół” zapewne nie znają. Może jednak po nią sięgną zachęceni tą lekturą do komiksów w ogóle ?

Ja wychowałam się na tej (wtedy jeszcze nie) klasyce dzięki pismu „Świat Młodych”. Pamiętacie ? Aż trudno uwierzyć, że wychodziło trzy (!!!) razy w tygodniu. O ile sobie dobrze przypominam – we wtorki, czwartki i soboty. Gazetowy format i papier, raptem 16 (często nierozciętych) stron, w których na początku oddawano cesarzowi co cesarskie (czyli władzy to, co akurat w jej propagandzie było grane), a dalej już było ciekawie 😉 Na ostatniej stronie – komiks i powieść w odcinkach. Dzięki temu poznałam kreskę nie tylko Papcia Chmiela (który w „Świecie Młodych” pracował od samego początku), ale także Janusza Christy, Szarloty Pawel (o której długo myślałam, że jest facetem – Pawłem Szarlotą, ale to chyba nie tylko ja 😉 ) i w końcu Tadeusza Baranowskiego.

Przyzwyczaiłam się dzięki nim do klasycznej komiksowej formy czyli strony podzielonej na wiele małych okienek i napisów starannie wykaligrafowanych w dymkach. Dlatego poczułam się trochę zaskoczona tym, jak wyglądają „Przyjaciele” – ale tylko trochę 😉 Swobodna, zamaszysta i ciut karykaturalna kreska Janka Kozy znakomicie współbrzmi z absurdalną historią wymyśloną przez Mykupyku, tworząc całość, po którą, jak sądzę, sięgną z przyjemnością nie tylko początkujący czytelnicy komiksów.

A na końcu jest miejsce, gdzie można spróbować własnych sił w roli scenarzysty i rysownika…

Janek Koza (rysunki), Mykupyku (scenariusz) „Przyjaciele”, wyd.: Kultura Gniewu, Warszawa 2020

Lokomotywa 2020 ruszyła

Lokomotywa 2020 ruszyła

Najpierw — powoli — jak żółw — ociężale,
Ruszyła — maszyna — po szynach — ospale,
Szarpnęła wagony i ciągnie z mozołem,
I kręci się, kręci się koło za kołem…

Ruszyliśmy !!! Na stronie Plebiscytu Blogerów LOKOMOTYWA – książka dla niedorosłych czyli —->>> tutaj można już nie tylko zapoznać się ze wszystkimi nominacjami, ale także oddać swój głos. Nie trzeba się jednak śpieszyć – głosowanie potrwa do końca stycznia.

6 kategorii, a w każdej 10 nominowanych książek – razem 60 tytułów. Niezależnie od tego, które z nich zostaną laureatkami, WSZYSTKIE nominowane są znakomite i warte poznania. IMO to właśnie to pula sześćdziesięciu tytułów zauważonych przez blogerów jest największą wartością Plebiscytu.

Z książek, które już stoją na półkach Małego Pokoju z Książkami nominowane zostały:

i „Miasto Potwór” Joanny Gruszty

oraz „Gdzie jest moja córka ?” Iwony Chmielewskiej

„Wszyscy się liczą” Kristin Roskifte

„O kolędach. Gawęda” Emilii Kiereś z ilustracjami Marianny Oklejak

i „Dziura” Oywinda Torsetera

A ja szykuję już miejsca na półkach dla kolejnych nominowanych książek…