Niedokończona opowieść Pepe

Niedokończona opowieść Pepe

Na Wołyniu druga wojna światowa dała o sobie znać wcale nie hukiem strzałów i bombardowaniem, ale tym, że nagle cała droga zaroiła się od uchodźców – obywateli polskich uciekających przed Niemcami na wschód. Nawet na jarmarku nie było takiego tłoku. Uciekinierzy mieli ze sobą walizki, tobołki, zawiniątka i wyglądali jak siedem nieszczęść. Opowiadali straszne rzeczy…

„Niedokończona opowieść Pepe” to czwarta książka Doroty Combrzyńskiej – Nogali wydana w serii „Wojny dorosłych – historie dzieci”, którą śledzę bardzo uważnie, a zarazem trzecia, która oddaje głos świadkom historii do niedawna słabo w przekazie pamięci o wojnie słyszanym – mieszkańcom wschodnich terenów II RP. W „Syberyjskich przygodach Chmurki” poznaliśmy losy dziewczynki zesłanej wraz z rodziną na Syberię, a w „Wysiedlonych” – historię rodziny, która po wojnie została przesiedlona na tak zwane Ziemie Odzyskane i tam budowała swoje życie od nowa. Rodzina Lali, bohaterki „Niedokończonej opowieści Pepe” także musiała po wojnie opuścić swój dom na Wołyniu, ale nie to jest głównym tematem tej książki.

Głównym jej tematem jest czas wojny i dwóch okupacji na tych terenach, czas trudny i dotychczas właściwie nieobecny w literaturze dla niedorosłych czytelników, więc zdecydowanie dobrze się stało, że taka książka się ukazała. Jako że mam tendencje do (nadmiernego zdaniem niektórych 😉 ) historykowania, pozwolę sobie zgłosić do niej parę uwag. Jednak zanim to zrobię, napiszę o tym, co mi się w niej podobało.

Tytułowa Pepe to żydowska dziewczynka, którą ukrywa rodzina Lali, jednak to nie Holokaust jest moim zdaniem w tej książce najważniejszy, mimo że historia z nią zwiążana też jest bardzo ciekawa. Po raz pierwszy w literaturze dla niedorosłych poruszony jest tu temat rzezi wołyńskiej. Były to wydarzenia tak trudne, pełne brutalności i przemocy, że dotychczas nie potrafiłam sobie wyobrazić, jak można o nich opowiedzieć, w sposób takich czyelników odpowiedni. Doświadczenie poprzedniej publikacji, która ukazała się w tej samej serii – „Dzieci, których nie ma”, pokazuje, że jednak jest taki poziom okrucieństwa, którego nie można i nie należy infantylizować. Rodziny, którą tutaj opisała Dorota Combrzyńska – Nogala, wydarzenia rzezi na szczęście nie dotknęły w sposób bezpośredni. Mimo że stracili kilka bliskich osób, to nikt z nich nie był świadkiem ich śmierci, nie wiadomo nawet jak i kiedy zginęli. Początkowo Lala z mamą i Pepe spędzały noce w lesie w obawie przed nadejściem banderowców, ale potem w ich wsi zorganizowała się samoobrona i już mogły poczuć się bezpieczniej. Autorka uniknęła czarno-białego widzenia wołyńskiej rzeczywistości i pokazała także przypadki ukraińskich sąsiadów, którzy pomagali Polakom (lub przynajmniej ich nie wydawali).

O ile podoba mi się sposób, w jaki Autorka pisze o sprawach polsko – ukraińskich, to moje duże wątpliwości budzi obraz okupacji sowieckiej, jaki widzimy w tej książce. Już na pierwszej jej stronie uciekinierzy, którzy dotarli na Wołyń, mówią Uciekamy do Związku Radzieckiego przed Niemcami. Mowa jest o pierwszych tygodniach wojny – wtedy zdecydowana ich większość po prostu szukała schronienia na terenach Rzeczpospolitej jeszcze przez najeźdźców nie zajętych, w nadziei, że wojska polskie oraz nasi sojusznicy zdołają odwrócić losy wojny. Potem (ale też jeszcze przed 17 września) do Rosji wyrusza brat bohaterki, co każe mi przypuszczać, że był komunistą, bo w tym czasie kierunkiem, w którym udawali się młodzi ludzi chcący walczyć z Niemcami, była raczej Rumunia i Węgry.

Przekroczenie przez Armię Czerwoną granic Polski 17 września bohaterowie przyjmują bez większych emocji, a dwuletni okres sowieckiej okupacji skwitowany zostaje kilkoma zdaniami: Chociaż weszli Rosjanie, w życiu wsi nic się specjalnie nie zmieniło. Lala miała ciągle mnóstwo koleżanek polskich, trochę ukraińskich i jedną żydowską Leę. Wszyscy byli równi. Nikt wtedy nie przypuszczał, że pochodzenie będzie decydowało o życiu i śmierci, ale w 1941 roku żołnierze radzieccy zaczęli wycofywać się z tych terenów.(…)

Rano okazało się, że nastąpiła zmiana i teraz znajdują się pod okupacją sowiecką. Niemcy zaczęli mówić o ludziach lepszych i gorszych, że niby oni – Aryjczycy, są tymi najlepszymi, Polacy i Ukraińcy gorszymi, a Żydzi najgorszymi. Mama mówiła, że to się nazywa nacjonalizm…

Sporo w tym uproszczeń. Tak jakby poza Holokaustem nie działy się na tych skrwawionych ziemiach (tak je nazwał w swojej książce amerykański historyk Timothy Snyder) rzeczy straszne. Trudno mi uwierzyć, że okupacja sowiecka przeszła w tej rodzinie właściwie niezauważona, skoro mama bohaterki wraz z rodziną osiedliła się na Wołyniu zaledwie 10 lat wcześniej (a przybyli z okolic Łowicza) i początkowo pracowała tam jako nauczycielka polskiego. Jej siostra była kierowniczką szkoły. W przypadku takich rodzin już w czasie pierwszej okupacji pochodzenie mogło decydować o życiu lub śmierci – na Syberii lub w Kazachstanie. O tym, że dotyczyło to nawet dzieci młodszych od Lali, czytelnicy tej serii mogli przekonać się z historii Chmurki opisanej wcześniej przez tę samą autorkę.

Mimo wszystko cieszę się, że doświadczenie mieszkańców wschodnich terenów Rzeczpospolitej, na które składają się dwie okupacje oraz repatriacja na ziemie, które przypadły Polsce w wyniku powojennego przesunięcia granic, przedostaje się pomału do pamięci zbiorowej, a ta książka właśnie temu służy. Więc już nie historykuję więcej, dodam tylko, że bardzo podobają mi się w niej ilustracje autorstwa Magdaleny Pilch, której kreskę znałam już wcześniej z „Jędrusia chłopaka ze Lwowa” oraz z nowej edycji „Darowanych kresek”, ale to nie są jedyne owoce jej współpracy z Wydawnictwem Literatura.

Dorota Combrzyńska – Nogala „Niedokończona opowieść Pepe”, ilustr.: Magdalena Pilch, wyd.: Literatura, Łódź 2020

Małe Licho i tajemnica Niebożątka

Małe Licho i tajemnica Niebożątka

oraz kolejne tomy tego cyklu i inne książki autorstwa Marty Kisiel.

Nigdy nie lubiłam ani fantasy, ani horrorów, ani wszelakich paranormalności – zarówno w literaturze, jak i w filmach. No, nie moja bajka zupełnie. Wyjątek od tej reguły robię wyłącznie dla twórczości Marty Kisiel 🙂

Nie pamiętam już, jak to się stało, że w moje ręce trafiło jej „Dożywocie”. Zachwycił mnie w tej książce przede wszystkim rozmach autorki, jej nieokiełznana wyobraźnia i zwariowane poczucie humoru. No i stało się – zakochałam się w Lichu, uroczym, naiwnym, bezgranicznie dobrym (ale nie przesłodzonym) Anielątku, które w dodatku mówi o sobie cały czas w rodzaju nijakim.

Postuluję to już nie pierwszy raz – Marcie Kisiel zdecydowanie należy się jakaś nagroda (a może nawet odznaczenie ?) za twórczy wkład w polszczyznę. Konkretnie za to, że udowodniła fantastyczną giętkość naszego języka oraz że rodzaj nijaki wcale nie jest taki nijaki i można go stosować także w pierwszej osobie liczby pojedynczej.

Nie będę się tu siliła na streszczanie Wam, o co chodzi w całym odjechanym, zwariowanym, a równocześnie ciepłym i przytulnym uniwersum Lichotki, bo mija się to z celem i jest po prostu bez sensu. To trzeba przeczytać, pomału wchodząc w ten świat i (podobnie jak bohater „Dożywocia” – Konrad) stopniowo dowiadując się, kim są dożywotnicy, których odziedziczył w spadku razem z domem. A potem albo się ich polubi, albo nie. Tertium non datur 😉

Po „Dożywociu” wiedziałam już, że na pewno sięgnę po następne książki tej autorki. Kiedy zaczynałam czytać „Nomen omen”, oczekiwałam kontynuacji znanej mi już historii i dopiero będąc gdzieś w 1/3 akcji, zorientowałam się, że nie mam co czekać na tamtych bohaterów. Zdążyłam się jednak już wciągnąć w tę nową opowieść – dużo mroczniejszą niż poprzednia, klimatem zbliżoną do horroru, ale wciągającą i w dodatku bardzo interesująco osadzoną w historii Wrocławia. W ten sposób definitywnie wsiąkłam w oba cykle książek Marty Kisiel. Pierwszy, zapoczątkowany „Dożywociem” uzupełniły potem „Siła niższa”, „Szaławiła” i „Oczy uroczne”. Na cykl wrocławski składają się (na razie !) „Nomen omen”, „Toń” i „Płacz”. Świat, który stworzyła w nich Autorka jest zdecydowanie postmodernistyczny 😉 Wymieszane są w nim motywy znane od dawien dawna, choć może nie zawsze występujące w tych samych tradycjach i mitologiach, ale często funkcjonują tu zupełnie na opak, że wspomnę tylko (pardon my french 😉 ) upierdliwego i przemądrzałego anioła.

O ile uwielbiam oba te cykle i generalnie wszystko, co Marta Kisiel pisze dla dorosłych, to równocześnie mam spory problem z jej twórczością dla czytelników niedorosłych czyli z cyklem „Małe Licho”, który, można powiedzieć, wypączkował z uniwersum „Dożywocia”.

Kiedy zaczęłam czytać „Małe Licho i tajemnicę Niebożątka” weszłam w opisywaną tam rzeczywistość jak w masło, jakbym znowu usiadła w w wygodnym i wysiedzianym fotelu u starych znajomych, z którymi niejeden wieczór przegadałam, bo są tam wszyscy – i Konrad, i Turu, i Licho, i Tsadkiel, i wszystkie różowe króliki, Zmora, Krakers i… no, po prostu wszyscy. I ja ich doskonale znam !!! Wiem, skąd się wzięli i dlaczego są tacy… jacy są 😉 Nie wiem natomiast, co z tego wszystkiego zrozumie dziecko, które się z nimi spotyka po raz pierwszy ???

Na potrzeby tego wpisu przeczytałam tę książkę jeszcze raz, ale starając się nie pamiętać tego, co wiem. Chciałam spojrzeć na tę historię okiem świeżego czytelnika. No cóż – łatwo nie było i szczerze mówiąc, nie udało mi się to wcale, więc nadal nie wiem 😉 Pytałam o to osób, które wypróbowały te książki na materiale żywym i niedorosłym, ale odpowiedzi nadal nie znalazłam. Wygląda jednak na to, że dają się oni ponieść wartkiemu tempu akcji i po prostu przyjmują tę rzeczywistość, jako coś normalnego, nie analizując jej szczególnie. I może dobrze, bo jakby się zaczęli zastanawiać nad tym, skąd się wziął na tym świecie Bożydar Antoni Niekiełłek… No cóż, ja też mam z tym pewien problem 😉 Już kwestia seksu z widmem prowadzi moją (dorosłą przecież !) wyobraźnię w rejony dość grząskie, ale tego, jak w jego wyniku poczęte zostało całkowicie realne, choć nie do końca zwyczajne dziecko, nie podejmuję się wyjaśniać osobie w żadnym wieku 😉

Ten temat w książkach o Małym Lichu na szczęście nie występuje, więc niedorosłych czytelników te rozważania ominą. Znajdą tam natomiast piękną opowieść o miłości i akceptacji, na którą zasługuje absolutnie każdy. I jeszcze, nieco zapomnianego już obecnie, „Króla elfów” Goethego, który dzięki tej historii nabrał nowego blasku. W dodatku wszystko to jest fantastycznie napisane !!!

Parafrazując znane powiedzenie o aktorach i czytaniu – myślę, że Marta Kisiel potrafiłaby napisać książkę telefoniczną tak, że byłaby to pasjonująca lektura.

Oraz bestseller 😉

Marta Kisiel „Małe Licho i tajemnica Niebożątka”, ilustr.: Paulina Wyrt, wyd.: Wilga, Warszawa 2018

Marta Kisiel „Małe Licho i anioł z kamienia”, ilustr.: Paulina Wyrt, wyd.: Wilga, Warszawa 2019 – Książka Roku IBBY 2019 w kategorii literackiej za książkę dla dzieci

oraz zapowiedź na 2 września 2020 roku – „Małe Licho i lato z diabłem” 🙂

Dzieci, których nie ma

Dzieci, których nie ma

Polen-Jugendverwahrlager der Sicherheitspolizei in Litzmanstadt – prewencyjny obóz policji bezpieczeństwa dla młodzieży polskiej w Łodzi. Nazwa to powstała na użytek zewnętrzny, miała stwarzać pozory, że obóz ma charakter zaradczy i będzie pomocny w należytym wychowaniu polskich dzieci… Zachowaniu pozorów służyło też funkcjonujące w obozie stanowisko „wychowawcy”. Ten prewencyjny z nazwy obóz nosił wszelkie znamiona obozu koncentracyjnego. Nie był tak rozbudowany, jak obóz w Oświęcimiu, nie miał komór gazowych i pieców krematoryjnych, ale nie bez powodu jest nazywany Małym Oświęcimiem… – napisała we wstępie do tej książki jej autorka.

„Dzieci, których nie ma” to próba zmierzenia się z tematem niezwykle trudnym – w sposób odpowiedni dla czytelnika niedorosłego. Próba nie do końca udana, ale ważna, bo pokazująca, że jednak są tematy, których nie da się w taki sposób opisać.

„Dzieci, których nie ma” to książka, której lektura boli. Doczytanie jej do końca sprawiło mi problem, a przecież mam już za sobą wiele trudnych lektur i wiedziałam wcześniej, czym był obóz przy ulicy Przemysłowej. Bardzo długo zbierałam się też do napisania o niej, bo nie byłam w stanie sięgnąć po nią kolejny raz.

Ten obóz, który kojarzyć się może z ostatnim kręgiem piekła, Niemcy umieścili w samym środku innego piekła – łódzkiego getta. Dlatego jego historia słabo zapisała się w pamięci zbiorowej o tych czasach. I właśnie o pamięć chodzi twórcom tej książki. Na jej okładce możemy przeczytać słowa: Nie wolno nam dopuścić, by to, co się wydarzyło w obozie dla polskich dzieci w Łodzi, poszło w zapomnienie.

By Ignacy Płażewski – Muzeum Miasta Łodzi, CC BY-SA 3.0 pl, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=64013274

„Dzieci, których nie ma” to książka przejmująco smutna, ale w taki szczególnie mocny sposób. Jest tam tłum bezimiennych dzieci i nie ma żadnego, które miałoby imię, twarz, któremu moglibyśmy towarzyszyć, współczuć i mieć nadzieję, że uda mu się przeżyć. Twarzy nie ma również na ilustracjach Macieja Szymanowicza, które towarzyszą tekstowi Renaty Piątkowskiej.

Bohaterami tej książki są CIERPIENIE i OKRUCIEŃSTWO.

Jej wygląd zewnętrzny sugeruje zupełnie co innego, niż możemy znaleźć w środku – dlatego mam z nią problem i chyba miało go też wydawnictwo. Seria „Wojny dorosłych – historie dzieci”, w ramach której się ukazała, zawiera książki adresowane do niedorosłych czytelników w różnym wieku – od najmłodszych (jak w przypadku „Asiuni”) po nastolatków. W przypadku „Dzieci, których nie ma” granicę wieku określono jako 15+. Wydaje mi się jednak, że młodzież w tym wieku raczej po nią nie sięgnie, bo jej rozmiar i wygląd sugerują, że jednak jest dla młodszych. Poza tym – młodzi ludzie w wieku licealnym, jeśli tylko są tą tematyką zainteresowani, mogą już czytać książki historyczne z półki dla dorosłych, które ten temat opisują bardziej wyczerpująco.

Renata Piątkowska „Dzieci, których nie ma”, ilustr.: Maciej Szymanowicz, wyd.: Literatura, Łódź 2020

Dwoje drzwi i dziewięcioro dzieci

Dwoje drzwi i dziewięcioro dzieci

Rabinowiczowie mieli dziewięcioro dzieci. Najstarszy z nich, Aaron, miał siedemnaście lat, ale jego być może w ogóle nie powinniśmy liczyć, bo był żonaty i już nie mieszkał w rodzinnym domu. Druga po Aaronie była Adina, a po niej kolejno Miriam, Szlomo, Estera, Noemi, Jakub i Debora; ostatnia dziewczynka była jeszcze zupełnie malutka i miała na imię Bluma. Mieszkali wszyscy w Lublinie, w domu przy ulicy Lubartowskiej, na drugim piętrze kamienicy, a do ich mieszkania prowadziło dwoje drzwi wejściowych – niebieskie i brązowe. Tak naprawdę bowiem były to dwa mieszkania, bo w jednym po prostu by się nie pomieścili.

Papa Rabinowicz był rabinem w domu modlitewnym – zwanym sztyblem – który znajdował się na parterze. Codziennie przed śniadaniem schodził na dół, żeby odprawić modlitwę. A codziennie po śniadaniu pracował w swoim biurze, czytając książki* i przyjmując odwiedzających, który przychodzili do niego po radę…

Choć mogłoby się to wydawać niemożliwe – „Dwoje drzwi i dziewięcioro dzieci” jest książką równocześnie fascynującą i rozczarowującą, a miejscami niestety nudną 😦

Fascynująca jest jej tematyka. To pierwsza taka książka od… nie wiem kiedy, na pewno od końca wojny, a i wcześniej trudno mi ją sobie taką wyobrazić – książka, która pokazuje normalne życie rodziny ortodoksyjnych Żydów żyjących w przedwojennej Polsce. Konkretnie: w Lublinie, ale ponieważ praktycznie cała akcja umieszczona jest w dzielnicy zamieszkałej przez ludność żydowską, może to być niemal każde inne ówczesne polskie miasto lub miasteczko dawnego zaboru rosyjskiego lub austriackiego. Anna Ciddor, pisarka mieszkająca w Australii, na podstawie tego, co opowiedziała jej babcia Noemi, odtworzyła codzienne (i niecodzienne) życie jej rodziny w najdrobniejszych szczegółach. W dodatku, co moim zdaniem jest najważniejsze, zrobiła to kompletnie poza kontekstem Holokaustu, w którym współcześnie umieszczamy wszystko, co jest z Żydami w Polsce związane. Dariusz Stola, dyrektor Muzeum Polin, nazwał to sytuacją , w którym Zagłada rzuca cień także wstecz. Opowiadając o swoim muzeum, powiedział: Wydobywanie czegoś z cienia Zagłady polega m.in. na tym, żeby zwiedzający, który ogląda synagogę z XVII wieku, na chwilę zawiesił swoją wiedzę o tym, że potomkowie Żydów, którzy ją zbudowali, zostali wymordowani. Ci, którzy budowali synagogę, nie wiedzieli, że ich potomkowie zostaną wymordowani. Rzutowanie Zagłady wstecz oddziela nas od ludzi, którzy żyli przed nią.

Tak ja my teraz nie wiemy, co się zdarzy w przyszłości, tak samo Rabinowiczowie żyli w przedwojennym Lublinie nie przeczuwając nadchodzącego Holokaustu. Jedyna wzmianka o nim pojawia się w posłowiu. Obchodzili święta, wychowywali dzieci, żenili je i wydawali za mąż. Akcja tej książki osnuta jest właśnie wokół zamążpójścia najstarszej z ich córek Adiny, której męża zgodnie z tradycją wybierają dla niej rodzice, a ona pierwszy raz zobaczy go dopiero w dniu ślubu. Zanim jednak to nastąpi, czytelnicy towarzyszą rodzinie w przygotowaniach do szabasu…

„Dwoje drzwi i dziewięcioro dzieci” mogłabym określić mianem powieści etnograficznej 😉 Zasady i zwyczaje regulujące życie w ortodoksyjnej rodzinie żydowskiej opisane są tam szczegółowo i ta drobiazgowość, dla mnie interesująca, może być nużąca dla jej współczesnych odbiorców. Czytając opis przygotowywania gefilte fisz miałam wrażenie, że śledzę je w czasie rzeczywistym 😉 Warto jednak zauważyć, że przy całej tej staranności, autorka w jednym miejscu nagięła zwyczaj do potrzeb akcji, tak aby zakończyć ją ślubem. Tymczasem golenie głowy panny młodej miało miejsce już po nim i nie zostawiano jej wtedy na głowie żadnych loczków.

Równocześnie zabrakło mi w tej opowieści jakiejś podbudowy psychologicznej, która pozwoliłaby żyjącemu w XXI wieku czytelnikowi zrozumieć sytuację aranżowanego małżeństwa, bo cała ta sprawa opisana jest tam niemal kompletnie bez emocji. Adina i inne dzieci Rabinowiczów oswajały się z taką sytuacją od dziecka, dookoła miały same pary, które pobrały się w ten sposób (z rodzicami i bratem włącznie), więc zapewne nie budziło to ich zdziwienia. Jednak przez sto lat, które minęły od czasu, w którym żyli, świat zmienił się bardzo – także (czego sobie często nie uświadamiamy) w kwestii tego, na jakich fundamentach tworzymy obecnie związki (nie zawsze) małżeńskie 😉 Przydałaby się tam choćby jedna scena na przykład rozmowy Adiny z mamą czy szwagierką, która zapewne sama niedawno była panną młodą, o obawach, jakie miały przed ujrzeniem przyszłego męża i o początkach życia z kompletnie nieznanym człowiekiem.

Akcja tej książki umieszczona jest, jak wspomniałam, w Lublinie, w bliżej nieokreślonym momencie dwudziestolecia międzywojennego. Rabinowiczowie żyją tam w zamkniętym, żydowskim świecie, w którym mówi się w jidysz nawet z polską służącą Lidią i często nie zna się w ogóle języka polskiego. Dla australijskich czytelników, do których pierwotnie była adresowana „Family with Two Front Doors”, to świat odległej przeszłości gdzieś na antypodach, równie daleki jak opisywani przez tę samą autorkę w innych książkach Wikingowie czy mieszkańcy starożytnego Rzymu. Dla polskich odbiorców ani czasy, ani miejsce akcji nie są jednak tak odległe i chyba szkoda , że to wydanie nie zostało uzupełnione o jakiś wstęp czy posłowie rozszerzające nieco ich wiedzę.

* wydaje mi się , że bardziej odpowiednim określeniem byłoby tu studiując księgiczytanie książek brzmi jednak trochę niepoważnie

Anna Ciddor „Dwoje drzwi i dziewięcioro dzieci”, przekł.: Grażyna Chamielec, wyd.: Mamania, Warszawa 2019

Czarodzieje wyobraźni. Portrety polskich ilustratorów

Czarodzieje wyobraźni. Portrety polskich ilustratorów

Polska ilustracja dla dzieci – i ta współczesna, i tak zwana Polska Szkoła Ilustracji sprzed lat – staje się obecnie tematem modnym. W zeszłym roku ukazała się książka Barbary Gawryluk „Ilustratorki, ilustratorzy. Motyle z okładki i smoki bez wąsów”

oraz monumentalne wydawnictwo w języku angielskim (polska edycja zapowiadana jest w tym roku) „Captains of Illustration. 100 Years of Children’s Books from Poland”

Obie są znakomite, więc poprzeczka, jaką ustawiły kolejnym publikacjom na ten temat, znajduje się bardzo wysoko. Niestety – im większe oczekiwania wobec książki, tym większe także rozczarowanie, kiedy im nie sprosta.

„Czarodzieje ilustracji” powstawali równolegle z książką Barbary Gawryluk i w znaczącej części dotyczą tych samych osób. Od samego początku lektury nie sposób więc było uciec od porównań. Zdecydowanie lepiej czytało mi się te fragmenty „Czarodziejów”, które dotyczyły twórców w poprzedniej publikacji niewystępujących. Cały czas jednak miałam wrażenie, że Autorka nie do końca wiedziała, o czym chce z nimi rozmawiać. Pozwalała więc, aby rozmowy wędrowały w kierunku narzucanym przez rozmówcę, a często niedotyczącym tematu książki. O ile opowieści Andrzeja Heidricha o projektowaniu banknotów były interesujące, choć luźno powiązane z ilustracją dziecięcą, o tyle sięgając po taką publikację niekoniecznie chcę znać (ocierające się miejscami o Pudelka) kulisy rozstania pewnej pary ilustratorów. Nie wszystko, co rozmówca powie, musi znaleźć się w wywiadzie. Rola dziennikarza nie polega tylko na włączeniu magnetofonu i spisaniu rozmowy. Czasem szacunek dla rozmówcy objawia się właśnie tym, że nie publikuje się wszystkiego, co mówił.

Kiedy mam po raz pierwszy w ręku interesującą książkę, czytam ją dość szybko i nieuważnie, więc na ogół nie zauważam zwykłych literówek. Tak było i w tym przypadku. Przez sporą część „Czarodziei” wydawało mi się, że największym zastrzeżeniem, jakie będę miała, są pewne niezręczne sformułowania w biogramach – na przykład o tym, że ktoś otrzymał srebrną Glorię Artis, podczas gdy według mojej wiedzy nazwy tego medalu się nie odmienia (i w innych biogramach tak było).

Lampka ostrzegawcza zapaliła mi się po raz pierwszy, gdy przeczytałam takie zdanie włożone w usta Edwarda Lutczyna: Świetna jest też Emilia Dudziak, ilustrowała m.in. książki Basi Kozłowskiej. Nazwisko tej ilustratorki pojawia się na jednej stronie trzy razy, wraz z informacją, że debiutowała w 2011 roku, więc zdziwiłam się bardzo, że nigdy o niej nie słyszałam. Dopiero podany tam tytuł („Rok w lesie”) naprowadził mnie na właściwe skojarzenie – chodzi o Emilię Dziubak i ilustrowane przez nią książki Barbary Kosmowskiej. Od tego momentu zaczęłam czytać uważniej i zwracać uwagę na pisownię. Niestety – tak niestarannie wydanej publikacji o ambicjach naukowych chyba nigdy nie miałam w ręku 😦

Anita Wincencjusz – Patyna jest zapewne przyzwyczajona, że jej nazwisko sprawia ludziom trudność, bo trzeba przyznać – łatwe nie jest 😉 Jednak czym innym jest przejęzyczenie w rozmowie, a zdecydowanie innym – puszczenie takiej pomyłki do druku. I to dwa razy – w samym tekście i w (niezbyt długiej przecież !) bibliografii. W dodatku chodzi o osobę należącą do bardzo wąskiego kręgu specjalistów i znawców tematu, któremu poświęcona jest ta publikacja.

Szkoda, że ta, tak dopieszczona edytorsko książka, została tak niechlujne przygotowana. Literówek w nazwiskach (czasem pisanych kilka razy w różny sposób) oraz błędów w datach jest więcej, a pewnie nie wszystkie udało mi się wyłapać. Może więc dobrze, że ukazała się w aptekarskim nakładzie zaledwie 300 egzemplarzy ?

Z różnych stron słyszałam pytania o dodruk. Mam nadzieję, że, jeśli on nastąpi, to tym razem wydawnictwo zadba o staranniejszą redakcję.

Eliza Leszczyńska – Pieniak „Czarodzieje wyobraźni. Portrety polskich ilustratorów”, wyd.: Ośrodek „Brama Grodzka – teatr NN”, Lublin 2019

Ilustratorki i ilustratorzy: Antoni Boratyński, Bohdan Butenko, Stasys Eidrigevicius, Maria Ekier, Elżbieta Gaudasińska, Janusz Grabiański, Andrzej Heindrich, Adam Kilian, Edward Lutczyn, Krystyna Michałowska, Elżbieta i Marian Murawscy, Wanda i Bogusław Orlińscy, Zbigniew Rychlicki, Olga Siemaszko, Janusz Stanny, Andrzej Strumiłło, Jan Marcin Szancer, Bożena Truchanowska, Teresa Wilbik, Józef Wilkoń, Zdzisław Witwicki, Bohdan Wróblewski

Chłopiec znikąd

Chłopiec znikąd

Książka nominowana w Plebiscycie Blogerów Lokomotywa w kategorii: fabuła i nagrodzona w tej kategorii !!!

Tego, co chcę napisać na jej temat, nie da się powiedzieć bez spoilerów, dlatego zawczasu uprzedzam, że czytając dalej, można się ich spodziewać 😉

„Chłopiec znikąd” to powieść bardzo aktualna, odwołująca się do wydarzeń sprzed kilku zaledwie lat, z akcją umieszczoną w konkretnym miejscu i czasie. W opisanej tam historii Katherine Marsh zawarła własne doświadczenia z pobytu z rodziną w Brukseli, gdzie mieszkała w domu przy ulicy Alberta Jonnarta, a jej nieznające francuskiego dzieci poszły tam do belgijskiej szkoły. W 2015 roku w Parku Maksymiliana w centrum Brukseli koczowali nielegalni emigranci, a miasto żyło w strachu wywołanym atakami terrorystycznymi. To wszystko znalazło się w tej książce.

Czułam, ze opisanie strachu, który czuli ludzie, jest czymś ważnym. – powiedziała autorka w wywiadzie kończącym tę książkę – Podczas ataku w Brukseli pobiegłam do szkoły moich dzieci, jak matka Maksa, i zabrałam je stamtąd. W ciągu następnych tygodni wiele myślałam o moim lęku, że coś może się przydarzyć mnie lub moim bliskim, i o tym, jak łatwo pozwolić, aby ten lęk zniekształcał percepcję i fakty…

Duże wrażenie zrobiła na mnie historia Ahmeda. Opowieść o nim zaczyna się w łodzi, którą wraz z ojcem i grupą nielegalnych emigrantów usiłują przepłynąć z Turcji do Grecji, co niestety kończy się tragicznie i chłopiec zostaje sam. O tym, co wydarzyło się wcześniej w Aleppo, jak wyglądała wojna tam i życie podczas niej oraz jak zginęła reszta rodziny chłopca dowiadujemy się już później i są to najbardziej przejmujące fragmenty tej książki. Na razie Ahmed dociera do Brukseli, a następnie, oszukany przez przemytników, którzy mieli mu ułatwić przedostanie się do Anglii, uciekając, chowa się w piwnicy domu przy ulicy Jonnarta.

W tym domu mieszka Max – amerykański chłopiec, który właśnie przyjechał do Brukseli na rok ze swoją rodziną. Czuje się tam wyobcowany, bo rodzice zdecydowali się posłać go do belgijskiej szkoły, mimo że nie zna francuskiego i w dodatku uznali, że będzie mu łatwiej, kiedy powtórzy tam szóstą klasę. Gdy odkrywa obecność Ahmeda w piwnicy, decyduje się mu pomóc…

… ale sposób, w którym to robi jest właśnie największym problemem, jaki mam z tą książką.

Rozumiem i podzielam jej przesłanie: że nie należy oceniać ludzi po pozorach i że Nie można poznać niczyjej wartości, póki nie da mu się szansy, jednak w przeciwieństwie do jej bohaterów nie jestem już nastolatką i wiem, że nie zawsze jest to możliwe. W cytowanym wywiadzie autorka deklaruje, że chciała uczciwie przedstawić racje obu stron konfliktu, którego sednem jest lęk, ale wyraźnie widać, z którą z nich się zgadza. Co prawda pokazuje osoby, które obawiają się konsekwencji niekontrolowanego napływu emigrantów do Europy (niebezpodstawnie, skoro właśnie wtedy mają miejsce ataki terrorystyczne w Brukseli i w Paryżu, a dokonują ich często ludzie już tam urodzeni i wychowani), ale taką postawę nazywa niechęcią do zmierzenia się ze swoim lękiem kompletnie pomijając to, na ile jest on uzasadniony. Czytając „Chłopca znikąd” nie mamy wątpliwości, że serce autorki jest po stronie Maxa i jego szkolnych kolegów Oskara i Farah, którzy aby (w swoim rozumieniu) pomóc Ahmedowi przez długi czas oszukują rodziców i nauczycieli. Łamią także prawo i to w sposób poważny. Podrabianie dokumentów i kłamanie policjantom (że o ucieczce po dachach nie wspomnę) w warunkach wprowadzonego wówczas w Brukseli stanu wyjątkowego to nie są rzeczy, nad którymi można przejść do porządku dziennego tylko dlatego, że robią to w słusznej sprawie.

Nasuwa się też pytanie – czy na pewno ta sprawa była słuszna ??? Czy naprawdę ta pomoc była pomocą ? Katherine Marsh porównuje postawę Maxa do historii Alberta Jonnarta, Sprawiedliwego Wśród Narodów Świata, który podczas okupacji w swoim domu przy tej samej ulicy ukrywał żydowskiego chłopca. Moim zdaniem to porównanie nie jest do końca uprawnione. Pomijając już różnice między sytuacją Żydów w ówczesnej Europie a obecnymi uchodźcami, Ahmedowi nie groziła śmierć w komorze gazowej, a jedynie pobyt w ośrodku. Gdyby nie jego próba dotarcia do Anglii przy pomocy przemytników, co skończyło się utratą pieniędzy i telefonu oraz szukaniem schronienia w przypadkowej piwnicy oraz gdyby przy pomocy Maxa nie spędził w niej kilku miesięcy, dużo szybciej dowiedziałby się, że jego ojciec jednak żyje i spotkałby się z nim. Również jego ojcu oszczędziłoby to kilku miesięcy niepewności co do losu syna. Na szczęście wszystko skończyło się dobrze.

„Chłopiec znikąd” to książka poruszająca ważne problemy współczesnego świata. Choć robi to w sposób, z którym nie do końca się zgadzam, może być punktem wyjścia do ciekawych rozmów. A rozmawiać zawsze warto…

Katherine Marsh „Chłopiec znikąd”, przekł.: Anna Klingofer – Szostakowska, Sara Monasterska, wyd.: Widnokrąg, Piaseczno 2019

Mama zniosła jajko

Mama zniosła jajko

Wpis z 15 marca 2007 roku:

Nie tak dawno pisałam tutaj o książeczce, której bohaterem był pewien kret z kupą na głowie. Radziłam wtedy, aby przed zakupem uważnie przeglądać książki, które wybieramy dla naszych dzieci, bo mogą się w nich kryć nieoczekiwane kwiatki 😉 „Mama zniosła jajko” była chyba ostatnią, którą kupiłam na niewidzianego, kierując się tylko jej opisem na stronie wydawnictwa. Leży już jakiś czas w moim tajnym schowku, a ja, zupełnie jak Kubuś Puchatek, im bardziej do niej zaglądam, tym więcej mam wątpliwości z nią związanych 😉

Dorosłym na ogół trudno jest o tym rozmawiać z dziećmi o tym, skąd się wzięły na świecie. Trochę dlatego, że ich rodzice nie potrafili rozmawiać o tym z nimi, trochę też z powodów językowych – w języku polskim brakuje neutralnego słownictwa dotyczącego tych spraw. Mamy do wyboru język medyczny albo określenia wulgarne – jedne i drugie nie bardzo pasują do rozmów z dziećmi. Problemem jest też wyczucie odpowiedniego momentu na taką rozmowę. Najlepiej jeśli dziecko samo o to zapyta, a dorosły odpowie w sposób zrozumiały dla niego, ale przekazując tylko taką część tej wiedzy, jak jest dziecku potrzebna.

W książce Babette Cole wszystko jest na odwrót. Tu rodzice przychodzą do dzieci z własnej inicjatywy, żeby im opowiedzieć, skąd się biorą dzieci. Właściwie nie wiadomo, dlaczego wybrali właśnie ten moment. Następnie zaczynają wciskać im głodne kawałki o lepieniu dzieci z gliny, znajdywaniu w kapuście czy wykluwaniu się z jajka zniesionego przez mamę. Zdegustowane dzieci przejmują pałeczkę w tej rozmowie i uświadamiają rodziców. Tu mam pierwszy problem – skoro rodzice SAMI przychodzą do dzieci, to czemu nie mówią prawdy ? Może sytuacja wyglądałaby bardziej prawdopodobnie, gdyby tę rozmowę zaczęły dzieci… Ale po co, skoro wszystko już wiedzą ?

Ani ta nieprawdopodobna sytuacja wyjściowa, robiąca z rodziców kłamców albo debili, ani bałaganiarska kreska Babette Cole (uzasadniona, bo udająca przecież rysunki dzieci), ani nawet słynna kontrowersyjna strona z kamasutrą dla przedszkolaków 😉 nie są powodem, dla którego ta książka nadal spoczywa w naszej pralni. Od strony „technicznej” nie można nic jej zarzucić, a największym problemem nie jest to, co w niej jest, ale to, czego w niej nie ma. A nie ma w niej ani słowa o MIŁOŚCI – jest wyłącznie świetna zabawa seksem.

Rozmawiając o tym z moimi córkami zawsze mówiłam przede wszystkim o tym, jak poznaliśmy się, zakochaliśmy w sobie i z tej naszej miłości wynikła potrzeba bliskości, czułości i pieszczot, a w końcu seks. Jestem przekonana, że dla każdego dziecka (niezależnie od tego, czy jego rodzice nadal są razem) bardzo ważna jest świadomość, że powstało z miłości.

O seksie dla przyjemności mogę rozmawiać z nastolatkami, choć (mimo że to może staroświeckie) nadal nie potrafię oddzielić go od miłości. Dlatego dużo lepsza do tego celu, choć mniej wyposażona w szczegóły techniczne wydaje mi się książka Marcina Brykczyńskiego z sympatycznymi ilustracjami Pawła Pawlaka „Skąd się biorą dzieci”. Tam się wszystko zaczyna tak, jak być powinno czyli od miłości.

„Mama zniosła jajko” to książka, która na pierwszy rzut oka wygląda na przeznaczoną dla małych dzieci – sugeruje to choćby stosunek ilościowy tekstu i obrazków. Równocześnie jej zawartość zupełnie mi do maluchów nie pasuje. Spotkałam się ostatnio ze zdaniem, że jest to znakomity żartobliwy prezent na osiemnastkę… Wtedy to już chyba dla odmiany trochę za późno, ale może byłby to niezły wstęp do rozmowy z nastolatkiem ? Rozmowy, która odwrotnie niż w przypadku malucha, nie ma służyć uświadomieniu, że prokreacja wiąże się z seksem, ale przypomnieć, że seks może być brzemienny w skutki 😉

Babette Cole „Mama zniosła jajko !”, przekł.: Hanna Baltyn, wyd.: Nasza Księgarnia, Warszawa 2004

Marcin Brykczyński „Skąd się biorą dzieci ?”, ilustr.: Paweł Pawlak, wyd.: Nasza Księgarnia, Warszawa 2004

O małym krecie, który chciał wiedzieć, kto mu narobił na głowę

O małym krecie, który chciał wiedzieć, kto mu narobił na głowę

Wpis z 6 kwietnia 2006 roku. Niebawem minie 15 lat od wydania historii o tym krecie – ktoś jeszcze pamięta burzę, jaką wtedy ta książka wywołała ?

Taki malutki kret, a tyle zamieszania narobił … 🙂

Nie przypominam sobie książeczki dla dzieci, która wzbudziła by tyle kontrowersji wśród rodziców i wywołała taki zamęt w mediach. Doczekała się kilku bardzo krytycznych artykułów w prasie i programu w telewizji. Burza przeszła też przez internetowe fora dla rodziców – obok słów zachwytu padały tam sformułowania o obrzydzeniu i pragnieniu umycia rąk po jej przejrzeniu.

Wszystko to razem – moim zdaniem – wiele hałasu o nic. Mała książeczka dla małych dzieci – można ją przeczytać, ale nie jest to lektura obowiązkowa.

My, dorośli mamy głęboko zakodowane przekonanie, że fizjologia stanowi temat tabu. Jest jednak w życiu dziecka taki okres, kiedy niemal cały jego świat kreci się właśnie wokół kupy i wtedy to, co maluch zrobi, jest przez dorosłych poddawane gruntownej analizie (i jakoś nie jest to tabu 😉 ), a to – gdzie zrobi, staje się tematem akcji wychowawczej pod kryptonimem „NOCNIK”. Równocześnie jest to czas bardzo intensywnego poznawania świata, także od d… strony (że pozwolę sobie użyć popularnego ostatnio kolokwializmu 😉 ). My dorośli nie obdarzamy szczególną uwagą psich kup czy krowich placków (dopóki nie wdepniemy 😉 ) – dla malucha jest to rzecz tak samo intrygująca jak kwiatek czy samochód. Właśnie dla dzieci na tym etapie przeznaczona jest książeczka o krecie z kupą.

Przyzwyczajeni jesteśmy do książek dla dzieci, w których morał jest ewidentny i przekazany wprost. Ta jest inna – pozostawia dorosłym wybór tematu, na jaki będziemy w związku z nią rozmawiali z dzieckiem. Paradoksalnie – rozmowa o krecie z kupą na głowie może nas doprowadzić do konkluzji, że w przeciwieństwie do wszystkich wymienianych tam zwierząt, człowiek NIE ROBI tego publicznie i gdzie popadnie (można też przy tej okazji wyjaśnić konieczność sprzątania po własnym psie).

Sporo kontrowersji wzbudziło zakończenie tej historii – podobno uczy dzieci zemsty. Moim zdaniem, proporcja między rozmiarem głowy psa a dziełem kreta spuszczonym na nią, nakazuje wziąć ową zemstę w potężny cudzysłów. Warto jednak przy tej okazji zastanowić się z dzieckiem nad słusznością postępowania kreta – przecież pies nie działał złośliwie, nie narobił mu na głowę specjalnie. Ot, przypadek – pies robił (bo akurat miał taką potrzebę) tam, gdzie go ta potrzeba dopadła, a kret pechowo wystawił łepek właśnie w tym momencie i miejscu.

Jestem w stanie zrozumieć zaskoczenie dorosłych, że ktoś mógł napisać książkę na taki temat. Dziwi mnie natomiast zdziwienie osób, które nabyły ją, nie wiedząc, o czym jest. „O małym krecie…” to książka, która już dzięki tytułowi i obrazkowi na okładce, nie pozostawia wątpliwości co do swojej zawartości. Ilustracje w środku są hiperrealistyczne, a rozmiar całości pozwala na przejrzenie jej w pół minuty (dokładna lektura zajmuje minut… może trzy). Należy po prostu nieco uważniej oglądać książki, zanim się je kupi swoim dzieciom – można wtedy uniknąć dużo poważniejszych zaskoczeń, przy których kret i to, co ma on na głowie, to naprawdę drobiazg. Na przykład kamasutra dla przedszkolaków w pewnej  bardzo chwalonej książeczce, która na pierwszy rzut oka wygląda, jakby była dla trzylatków…

Werner Holzwarth / Wolf Erlbruch „O małym krecie, który chciał wiedzieć, kto mu narobił na głowę”, przekł.: Łukasz Żebrowski, wyd.: Hokus-Pokus, Warszawa 2005

P.S. Nieodmiennie uwielbiam tę historię w wersji czeskiej. W tym języku jest podwójnie urocza 🙂

Bombka z gwiazdką

Bombka z gwiazdką

Pierwszy raz sięgnęłam po tę książkę dwa lata temu, ale to nie był na nią odpowiedni moment. Walczyliśmy wtedy z remontem domu, w którym równocześnie mieszkaliśmy (jest to rozwiązanie, którego nikomu nie rekomenduję 😉 ) i w dodatku oczywiście trwał on dłużej, niż było to pierwotnie planowane. W tym szaleństwie z trudem ogarniałam przygotowania do Świąt, a na pewno nie miałam głowy do świątecznych książek. Już po Nowym Roku opisałam „Bajkę o rozczarowanym rumaku Romualdzie” – drugą książkę tej samej spółki autorskiej, natomiast „Bombka z gwiazdką” czekała na swój czas aż do dziś, bo miałam pewien problem z jej odbiorem.

Pierwsze wrażenie jakie ma się w kontakcie z nią to „WOW !!!” (wiem – amerykanizm czy też anglicyzm, ale żadne polskie „O rany !” nie ma tego efektu 😉 ). Jest po prostu piękna !!! Granatowe jak zimowa noc karty i cudowne dekoracje, które wyszły spod ręki Jagi Słowińskiej, zachwycają i samo jej przeglądanie jest fantastyczną przyjemnością, natomiast treść…

Po pierwszej lekturze nie bardzo wiedziałam, co o tym myśleć – czegoś mi tam brakowało, ale nie bardzo wiedziałam, czego. Teraz przeczytałam ją ponownie, już spokojniej i zrozumiałam, że to są święta, jakie zapewne obchodzi się w wielu domach w Polsce czyli Boże Narodzenie ze wszystkim świątecznymi zwyczajami, ale bez religijnego kontekstu. Pierwsza gwiazdka musi pojawić się na niebie, żeby dzieci mogły dostać prezenty przynoszone przez Mikołaja. Jest tam też Mikołajowa, która dba o dietę Mikołaja, bo jak on zanadto utyje, to się w kominie nie zmieści. W wannie pływa karp (choć to akurat już chyba się coraz rzadziej zdarza), na stole stają tradycyjne, jedzone tylko raz do roku potrawy, pod obrusem leży sianko, przy stole zostaje puste krzesło, ale po co to wszystko ? Dlaczego ?

Spotkałam się gdzieś ze zdaniem, że ta książka to Święta widziane oczami dziecka. Takie, w których dorośli w ferworze przygotowań nie bardzo mają czas i ochotę na wyjaśnienia. Trochę zwariowane – z potworem, który bardzo chce być choinką i psem, którym można porozmawiać… po angielsku. Znów przypomniał mi się stary czechosłowacki świąteczny film o Panu Tau, w którym zwierzęta z szopki ożyły i biegały po mieszkaniu, a karp w wannie protestował na próby wyłowienia go, twierdząc, że ma łaskotki 😉

„Bombka z gwiazdką” to lektura, w której chodzi przede wszystkim o świąteczną ATMOSFERĘ i znakomicie się w nią wpisuje. A kontekst ? No cóż – trzeba go poszukać w innych książkach 🙂

Malina Prześluga (tekst) & Jaga Słowińska (ilustr.) „Bombka z gwiazdką”, wyd.: Tashka, Warszawa 2016

Grzeczna

Grzeczna

Wpis z 8 marca 2011 roku:

– Madzia była dziś tak grzeczna, jakby jej wcale nie było !

Taką pochwałę swojej córki usłyszała z ust przedszkolanki autorka felietonu w miesięczniku „Dziecko”, której nazwiska już nie pomnę. Czytałam go dawno temu, ale przypomniał mi się, kiedy zobaczyłam tę książkę:

Mam alergię na określenie grzeczne dziecko. Co to właściwie znaczy ? Grzeczne… czyli jakie ?

Grzeczne to słowo – wytrych, które zawiera w sobie to wszystko, co aktualnie jest wygodne dla dorosłego. Grzeczne dziecko jest ciche (jakby go wcale nie było), bez dyskusji wykonuje wszystkie polecenia (bo dzieci i ryby głosu nie mają), nie brudzi sięnie hałasuje (ponieważ dzieci powinno się widzieć, ale nie słyszeć),  nie przerywa dorosłym i nie odzywa się niepytane (siedź w kącie – znajdą Cię !) oraz ( last but not least 😉 ) ładnie je.

Przy czym ładne jedzenie w tym rozumieniu nie oznacza wcale, że owo grzeczne dziecko biegle posługuje się nożem i widelcem, tudzież nie garbi się przy stole. To oczywiście też, ale przede wszystkim – grzeczne i ładnie jedzące dziecko to takie, które (jak w przedszkolnej piosence) zjada wszystko z talerzyka.

Popatrz na Lusię ! No popatrz na Lusię ! Zobacz, jaka jest cichutka !

Cichutka jak biała kreda i cienki papier. Cichutka jak błyszczące szkło w szafie.

Bo Lusia robi wszystko, jak należy. Zobacz jak się uśmiecha. Ładnie pisze, czyta z książki, przytakuje, uśmiecha się i zgłasza, podnosząc ładną rączkę.

Lusia – dziecko idealne do tego stopnia, że można jej nie zauważyć. Można też nie zauważyć tego, że zniknęła. I tylko ona sama może się z tego stanu wyrwać, ale do tego musi odkryć, że potrafi przestać być cicha. Podobnie jak Ella zaklęta musi odnaleźć w sobie siłę, która pozwoli jej żyć tak, aby zadowolić siebie, a nie innych.

„Grzeczna” to książka niegrzeczna 😉 Książka, która podważa fundamenty tradycyjnego systemu wychowania grzecznych dzieci. Dlatego obawiam się, że zyska u nas status książki kontrowersyjnej – bo przecież pokazuje, że w życiu można (a nawet trzeba) być niegrzecznym, a bez niej oczywiście dzieci same by na to nie wpadły 😉

Ponieważ ten system zdecydowanie łatwiej akceptuje niegrzeczność u chłopców, można ją (szczególnie dziś 😉 ) odczytywać jako rodzaj manifestu feministycznego. Przecież wiadomo nie od dziś, że grzeczne dziewczynki idą do nieba, a niegrzeczne tam, gdzie chcą. 😉 I powinny się uczyć mądrej niegrzeczności.

„Grzeczna” to druga wydana w Polsce książką duetu małżeńskiego Gro Dahle i Sveina Nyhusa. Poprzednią były „Włosy mamy”poruszające trudny temat depresji. Ilustracje Svena Nyhusa znamy też z jego autorskiej książki „Tato !”.

Gro Dahle (tekst), Svein Nyhus (ilustracje) „Grzeczna”, przekł.: Helena Garczyńska, wyd.: EneDueRabe, Gdańsk 2011