Zośka i Rudy. O miłości, przyjaźni i Polsce

Zośka i Rudy. O miłości, przyjaźni i Polsce

Rzadko piszę tutaj o książkach, które są adresowane do dorosłych. Wyjątek robię dla tych, które tematycznie wiążą się z literaturą dla dzieci i młodzieży, a „Kamienie na szaniec” Aleksandra Kamińskiego od wielu lat są lekturą szkolną. Pisałam już o nich w 2014 roku, ale wtedy skupiałam się bardziej na ekranizacji, która właśnie pojawiła się w kinach i wywołała we mnie silną potrzebę dyskusji tamtą wersją historii Alka, Rudego i Zośki.

Teraz w podobny stan wprawiła mnie publikacja Kornelii Sobczak „Zośka i Rudy. O miłości, przyjaźni i Polsce”, która ukazała się nakładem Krytyki Politycznej. Zdecydowałam się napisać ten tekst, bo w dyskusjach o niej umyka to, co jest dla mnie najważniejsze – ahistoryczność myślenia i dość nonszalancki stosunek do źródeł historycznych.

„Zośka i Rudy. O miłości, przyjaźni i Polsce” to publikacja, na którą składa się pięć esejów, z których, jak możemy przeczytać we wstępie do niej, każdy stanowi odrębną całość, choć rozdziały czwarty i piąty są ze sobą powiązane ściślej niż trzy pozostałe. Nie trzeba jednak czytać ich w ustalonej kolejności. (s.12) Jednak wbrew tytułowi i zamieszaniu, jakie wywołała, w mniejszym stopniu opowiadają one o Tadeuszu Zawadzkim i Janie Bytnarze, a w większym – o Kornelii Sobczak. Nie znalazłam informacji o tym, ile ma lat, ale na podstawie biogramu i zdjęcia można domniemywać, że urodziła się co najmniej pół wieku po wydarzeniach opisywanych w „Kamieniach na szaniec”. W jednym z wywiadów mówi o sobie: Aleksander Kamiński, „Kamienie na szaniec” oraz ich bohaterowie byli i są dla mnie bardzo ważni, bliscy. Ta książka miała na mnie ogromny wpływ, jej lektura skłoniła mnie, żeby zapisać się do harcerstwa. Cały mój krytyczny namysł bierze się z tej miłości, która powoduje potrzebę szczerego przedyskutowania tej książki, przyjrzenia się temu, co w niej jest.


Paradoksalnie – można powiedzieć, że jej eseje to swoisty sukces Aleksandra Kamińskiego. Niewiele jest książek, które po tylu latach budzą w swoich czytelnikach takie emocje, potrzebę stawiania pytań i w ogóle – rozmawiania o nich. Zastrzegam – nie mam problemu z pytaniami, jakie Kornelia Sobczak stawia, natomiast mam go z odpowiedziami, które… No właśnie, trudno powiedzieć, że je znajduje, bo wszystkie jej eseje zbudowane są w taki sposób, że zadaje pytania, podaje możliwe wyjaśnienia, które jej jednak nie zadowalają. Ponawia więc pytania, mnoży wątpliwości i krąży wokół odpowiedzi, które chciałaby znaleźć. To, że nie znajduje dla nich potwierdzenia, nie przeszkadza jej jednak w ich udzieleniu.


Eseje, które składają się na tę książkę noszą tytuły: O miłości, O przyjaźni, O dziewczynach, O Polsce, O polityce. Najszerszym echem odbił się ten pierwszy, w którym Kornelia Sobczak analizuje relację między tytułowymi bohaterami czyli szuka odpowiedzi na pytanie „Byli czy nie byli? (gejami)”, które kilkanaście lat temu po raz pierwszy (chyba) postawiła w książce „Festung Warschau” Elżbieta Janicka. Szukając jej, Sobczak analizuje spisane kilka tygodni po akcji pod Arsenałem wspomnienia Zośki oraz tekst „Kamieni na szaniec”, które Aleksander Kamiński napisał na ich podstawie. Korzysta tu z edycji powojennej, a więc trzeciej jego wersji, po dwóch wydaniach okupacyjnych. Pierwsze, z lipca 1943 roku, było opowieścią tylko o nieżyjących już Alku i Rudym (występujących pod zmienionymi pseudonimami Wojtek i Czarny). Zośka pojawia się tam kilka razy na drugim planie jako Stach. Kamiński bardzo pilnował się, żeby nie zdradzić zbyt wielu tajemnic konspiracji i jak najmniej pisać o tych, którzy jeszcze żyli. Z tej przyczyny podał też bardzo niewiele szczegółów organizacyjnych samego odbicia Rudego. Po śmierci Zośki pod Sieczychami w sierpniu 1943 roku dopisał kolejne rozdziały i zmienił tekst wcześniejszy tak, aby szerzej wprowadzić tam Zośkę (w tej wersji – Staśkę).

„Kamienie na szaniec” na których wychowały się kolejne pokolenia i które nadal omawiane są w szkole podstawowej, to wersja tekstu, która ukazała się w 1956 roku i była potem wielokrotnie wznawiana. Wtedy po raz pierwszy wszyscy bohaterowie wystąpili pod swoimi autentycznymi nazwiskami i pseudonimami.

Szukając prawdy o relacji Zośki i Rudego Kornelia Sobczak nie dysponowała żadnym źródłami pochodzącymi od nich obu, a więc z czasu, kiedy żył Rudy. Nie zachowały się żadne ich listy, ani inne zapiski ich dotyczące. Zośka napisał swoją relację kilka tygodni po śmierci Rudego i Alka w celach, rzec można terapeutycznych. Namówił go do tego ojciec zaniepokojony jego stanem psychicznym. Poza tym Sobczak przywołuje w tym eseju relacje podkomendnych Zośki: Danuty Rossman i Stanisława Nowakowskiego spisane wiele lat po zakończeniu wojny oraz wydaną w 1983 roku autobiograficzną nowelę Jerzego Narbutta ”Fenomen: Zośka”. Co do tego ostatniego pisze co prawda: Nie udało mi się ustalić, w jakich okolicznościach poznał Tadeusza Zawadzkiego i na czym polegały ich kontakty (s.48), ale nie przeszkadza jej to w traktowaniu najzupełniej poważnie wszystkiego, co napisał. Podobnie jak biografii Rudego napisanej w końcu lat osiemdziesiątych przez harcmistrza Janusza Krężela* (urodzonego w 1936 roku, który w ogóle Rudego nie znał) w oparciu o materiały przekazane mu przez matkę Rudego. Mimo że jej zdaniem jest okropnie egzaltowana (s.50), cytuje ją na równi z relacjami świadków. Ponieważ jednak z tych wszystkich „źródeł” nie wynika prosta odpowiedź na pytanie „Byli czy nie byli?”, Kornelia Sobczak sięga w tym eseju po ostateczny argument, a jest nim jej osobisty gaydar, na który powołuje się trzykrotnie (s.40, 43 i 64). No cóż – przyznam, że z takim narzędziem badawczym spotykam się pierwszy raz, więc nie bardzo wiem, jak to rozumieć.

W cytowanym już tu wywiadzie powiedziała: Nawet, jeżeli przyjmiemy, że Rudy i Zośka byli homoseksualnymi mężczyznami, jest bardzo mało prawdopodobne, by zdawali sobie z tego sprawę. Jeszcze mniej prawdopodobne, by byli w stanie to sobie zakomunikować. I niekoniecznie mieliby zresztą taką potrzebę, bo homospołeczna rama przyjaźni dawała im dużo możliwości do bycia razem. Tej konkluzji nie znajdziemy w książce, ale skoro tak, to nasuwa się pytanie – po co w ogóle całe te rozważania rozpisane na 60 stron ???

Pozostałe problemy, jakie Kornelia Sobczak ma z „Kamieniami na szaniec” dotyczą głównie tego, czego Kamiński nie napisał, a czego jej tam brakuje – przede wszystkim dziewcząt oraz krytycznego spojrzenia na II RP, a szczególnie na problem antysemityzmu. Bardzo trudno jest polemizować ze zarzutami dotyczącymi tego, czego w książce nie ma. Warto jednak pamiętać o tym, że miała być ona wydana w podziemiu, co wymuszało jej niewielki rozmiar, ułatwiający zarówno druk, jak i późniejszy kolportaż. Autor skupiał się na swoich bohaterach i ich losach, ich poświęceniu, odwadze i służbie. Pisał dla czytelników, dla których realia okupacji były codziennością, więc niewiele miejsca poświęcał tłu wydarzeń. Nie opisywał szczegółów życia ani po jednej, ani po drugiej stronie dzielącego Warszawę muru. Równocześnie – jako redaktor naczelny „Biuletynu informacyjnego” zamieszczał tam informacje o wydarzeniach w getcie. Dzięki jego wsparciu Maria Kann mogła napisać broszurę „Na oczach świata” – wydane następnie w podziemiu unikalne świadectwo Zagłady i Powstania w Getcie.

Przypomnę – tekst „Kamieni na szaniec”, do którego się odwołuje się Kornelia Sobczak, został opracowany przez Kamińskiego w 1956 roku. Od opisywanych tam wydarzeń minęło 13 lat i był to czas w Polsce bardzo trudny. Tuż po ukazaniu się drugiego podziemnego wydania książki wybuchło Powstanie Warszawskie. Harcerski batalion „Zośka” (w składzie którego walczyła kompania „Rudy”, do której należał pluton „Alek”) poniósł w nim straty sięgające 70% stanu. Warszawa została niemal kompletnie zniszczona. Po zakończeniu wojny część z tych, którzy przeżyli, pozostała na Zachodzie (m.in. jeden z bohaterów „Kamieni na szaniec” Henryk Ostrowski „Heniek”), a tych, którzy byli w Polsce, spotykały represje ze strony aparatu bezpieczeństwa (m.in. jednego z uczestników Akcji pod Arsenałem Jana Rodowicza „Anodę”).

Aleksander Kamiński przez całe Powstanie wydawał (już jawnie) „Biuletyn Informacyjny”, a po wojnie rozpoczął pracę naukową na Uniwersytecie Łódzkim i włączył się w organizowanie harcerstwa. Nie trwało to jednak długo. Z ZHP został usunięty w 1949 roku, z uczelni – w następnym, a w kolejnym – jego książki znalazły się na liście zakazanych w bibliotekach. Nie został aresztowany, ale cały czas pozostawał pod obserwacją UB. Dopiero rok 1956 umożliwił mu powrót do pracy naukowej i harcerstwa. Wtedy też mogły się w końcu ukazać „Kamienie na szaniec”. Na stronie tytułowej widnieje jeszcze Stalinogród – książka została wydrukowana w ostatnim miesiącu, w którym Katowice tak się nazywały. W przedmowie autor zapowiedział kolejną – zawierająca dalsze losy opisywanego zespołu młodzieży i rzeczywiście – „Zośka i Parasol” ukazała się w następnym roku.

Obie te książki Kamiński adresował do czytelników żyjących w PRL, a nie do tych hipotetycznych, którzy być może sięgną po nie za 50 lat w zupełnie innej rzeczywistości. Wtedy, po wszystkim, co się wydarzyło przez te 13 lat, problemy II RP przestały być już aktualne i raczej nikogo nie interesowało ich rozliczanie. Szczególnie że w poprzednich latach robiła to z upodobaniem komunistyczna propaganda. Po Zagładzie słowa: antysemityzm i getto nabrały innego ciężaru gatunkowego, trudno więc dziwić się np. Annie Zawadzkiej, że po latach nader oględnie pisała o getcie ławkowym na Politechnice i roli, jaką w tej sprawie odegrał ich ojciec.

Esej O polityce poświęcony jest domniemanej licealnej przynależności Rudego do ONR. To domniemanie oparte jest wyłącznie na dwóch powojennych relacjach, w których jego nazwisko pojawia się w tym kontekście. Pierwsza to spisane w 1989 roku wspomnienia Gustawa Potworowskiego, szefa Grup Szkolnych ONR. Druga – kolegi z klasy Rudego, Kazimierza Sułkowskiego – zamieszczona została w wydanej w 1992 roku biografii Krzysztofa Kamila Baczyńskiego autorstwa Wiesława Budzyńskiego. Kornelia Sobczak pisze w przypisie: Problem w tym, że nie znamy dobrze okoliczności pozyskania tej relacji przez Budzyńskiego od Sułkowskiego. Czy była to relacja ustna, pisemna, a może parafraza relacji ustnej? Budzyński tego nie wyjaśnia, pisze tylko we wstępie do książki, że zbierał informacje na temat Baczyńskiego od 1979 roku.(s.319) Nie było jednak problemem, żeby na tych dwóch świadectwach stworzonych pół wieku po wydarzeniach, których dotyczą, zbudować całą narrację.

Esej O Polsce opowiada o przedwojennym antysemityzmie w Polsce i getcie ławkowym na uczelniach. Z „Kamieniami na szaniec” łączy się to wyłącznie osobą profesora Józefa Zawadzkiego, rektora Politechniki Warszawskiej. To właśnie on podpisał zarządzenie wprowadzające na tej uczelni getto ławkowe. Zośka chodził wtedy do liceum. Kornelia Sobczak zadaje w związku z tym pytania z gatunku: co by było, gdyby…

Co by było, gdyby wojna nie wybuchła, a Zośka i Rudy zaczęli studia na Politechnice, gdzie ojciec Zośki wprowadził getto ławkowe? Czy włączyliby się w bicie Żydów ?

Z różnych odpowiedzi, które nasuwają mi się w tym momencie, najodpowiedniejsza wydaje mi się ta:

gdyby wojna nie wybuchła we wrześniu 1939 roku, to wszystko potoczyłoby się inaczej. Być może nie byłoby Akcji pod Arsenałem, a Aleksander Kamiński nie napisałby „Kamieni na szaniec”.

Wtedy Kornelia Sobczak musiałaby swoją książkę poświęcić komuś innemu.

Na okładce „Zośki i Rudego” możemy przeczytać takie słowa: z antropologiczną biegłością dekonstruuje wszystkie przeinaczenia, idealizacje i uproszczenia, które od samego początku towarzyszyły utworowi Kamińskiego, a przez które zatracono prawdę o przeszłości. Kornelia Sobczak tę prawdę przywraca.

Moim zdaniem: nie – nie przywraca. Jedyną prawdą, do jakiej możemy dojść, jest ta, że nie wiemy.

I już się nie raczej nie dowiemy. No, chyba że pojawią się jakieś nieznane źródła z epoki, co oczywiście nie jest niemożliwe, choć bardzo mało prawdopodobne.

Kornelia Sobczak „Zośka i Rudy. O miłości, przyjaźni i Polsce”, wyd.: Krytyka Polityczna, Warszawa 2026

*tak to nazwisko jest odmieniane w książce – moim zdaniem powinno być: Krężla

Skąd się wzięła Polska ?

Skąd się wzięła Polska ?

Zapowiadało się świetnie…

Duet autorski Boguś Janiszewski & Max Skorwider, których znałam już z ich wcześniejszych książek na niełatwe tematy, tym razem powiększył się do rozmiarów trio, dokooptowując do siebie Agnieszkę Jankowiak-Maik znaną jako Babka od histy. Czytałam wcześniej jej „Historię, której nie było” i bardzo spodobała mi się wtedy lekkość stylu i klarowność wywodu. Doceniłam również skrupulatność w konfrontowaniu tego, co przywykło się o wydarzeniach z przeszłości myśleć i mówić, z ustaleniami historyków.

Do tego jeszcze ze wszystkich stron słyszałam i czytałam o „Skąd się wzięła Polska?” bardzo pozytywne opinie*, więc przystąpiłam do lektury z dużymi nadziejami i… no cóż… jednak się nią rozczarowałam 😦

Zarówno w tym, co mogłam przeczytać na jej okładce, jak i w rozmaitych komentarzach w necie podkreślano humor i brak podręcznikowego nadęcia. Babka od histy na swoim facebookowym profilu określiła target tej książki na 9+, więc natychmiast skojarzyła mi się ona z serią „Strrraszna historia”, którą lata temu bardzo lubiły moje córki. Na ten cykl składały się przełożone z angielskiego części serii „Horrrible histories” oraz napisane przez polskich autorów tomiki poświęcone historii Polski. Lekkie, dowcipne, bez zadęcia, ale skupiające się raczej na ciekawostkach historycznych – bez ambicji, żeby stanowić kompendium wiedzy o danym temacie. Stanowiły dobry wstęp i zachętę do tego, żeby zainteresować się nim i sięgnąć po rzeczy poważniejsze.

Skoro tak mi się wtedy podobały i chętnie kupowałam córkom kolejne tomy tej serii – dlaczego rozczarowałam się czytając „Skąd się wzięła Polska?” ? Paradoksalnie – wydaje mi się, że problemem tej książki jest nadmiar humoru, który w takim stężeniu po prostu przestaje być śmieszny – przynajmniej dla mnie.

Nie znaczy to, że jestem przeciwna pisaniu o przeszłości z przymrużeniem oka, ale taki opis wydarzenia, które znajdziemy w każdym podręczniku historii, wydał mi się właśnie śmieszny trochę na siłę: Pod Cedynią to nie była jakaś wielka bitwa. Margrabia Hodon przekroczył Odrę, bo chciał trochę skubnąć Mieszkowej ziemi, a może tylko odebrać to, co uważał za swoje. Polscy wojowie udali, że uciekają, wciągnęli Niemców w pułapkę i urządzili im słowiańską masakrę piłą mechaniczną. Wojskami naszego księcia dowodził jego brat, Czcibor. Po tej aferze obaj panowie, Hodon i Mieszko, musieli tłumaczyć się na dywaniku u cesarza, który ostro się wkurzył. Niemcy zrobili dramę, że ich Polak bije...

Co dzieciakom 9+ mówią podkreślone przeze mnie sformułowania? Jak je zrozumieją?

Chyba właśnie przy bitwie pod Cedynią doszłam do wniosku, że trio autorskie bawiło się przy tworzeniu tej książki zbyt dobrze i w tej świetnej zabawie zapomnieli po prostu, dla kogo ją piszą. Obawiam się, że ten rodzaj humoru docenią dopiero ci, którzy przyswoili już te nudne i nadęte podręczniki. W dodatku w ferworze zabawy Autorzy pozwolili sobie na kilka niefortunnych skrótów myślowych czy też uproszczeń, zapewne zrozumiałych dla znających historię. Jednak dla czytelników z targetu mogą one być bardzo mylące – na przykład stwierdzenie, że w czasach Mieszka chrześcijaństwo było już podzielone – na wschodnie i zachodnie. Bo z jednej strony – faktycznie już tak było. Kościół na wschodzie i na zachodzie niemal od początku rozwijał się odmiennie. Jednak z drugiej – formalnie za datę schizmy wschodniej przyjmuje się rok 1054 czyli moment, kiedy papież Leon IX ekskomunikował Patriarchę Konstantynopola, a więc już zdecydowanie po czasach Mieszka.

Na samym początku książki rzucił mi się w oczy taki passus: Kiedy zaczęła powstawać Polska, dookoła były już inne państwa: na zachodzie Cesarstwo Niemieckie, na południu Czechy i Państwo Madziarów, a na wschodzie Wikingowie właśnie rozkręcali swoje państwo ruskie. Wystarczyłoby nie używać w podkreślonych przeze mnie nazwach wielkich liter i już nie mogłabym się przyczepić do tego, że Cesarstwo Niemieckie powstało dopiero w 1871 roku. Państwo, o które tutaj chodzi nazywane było Świętym Cesarstwem Rzymskim, a nieoficjalny dodatek: Narodu Niemieckiego pojawił się dopiero w XV wieku. Nie istniał również twór państwowy o nazwie: Państwo Madziarów, natomiast Madziarowie stworzyli państwo, które nosiło nazwę Księstwa, a potem Królestwa Węgier.

Na pojawiające się tu i ówdzie żarty nawiązujące do obecnej polityki, które śmieszyć będą czytelników raczej tylko z jednej bańki (z tych dwóch, na które jesteśmy podzieleni), spuśćmy zasłonę milczenia. Myślę, że w tym przypadku mają takie samo znaczenie, jak dowcipy bardziej dla dorosłych w filmach animowanych – młodsza część widowni (tu: czytelników) w ogóle ich nie zauważa.

Wśród uproszczeń, które zauważyłam w tekście, jedno wydaje mi się szczególnie ważne. Na osi czasu kończącej tę książkę, przy dacie 991 lub 992 możemy przeczytać: Mieszko wystawia specjalny dokument, w którym oddaje swoją krainę pod opiekę Stolicy Apostolskiej czyli Kościołowi. Dokument nazywa się „Dagome iudex” i Kościół wciąż ten dokument ma (podkreślenie moje). A przecież cały problem, jaki historycy mają z tym dokumentem, polega na tym że się NIE zachował !!! Agnieszka Jankowiak-Maik tak pisze o tym w „Historii, której nie było”: Jerzy Strzelczyk mówi nawet o „nieszczęsnym dokumencie”, gdyż niemal każde zapisane w nim słowo budzi spory. Brakuje oryginału, a data jego powstania jest niezweryfikowana. Znane są jedynie odpisy pochodzące z XI wieku. Powstało o nim wiele prac naukowych, a mediewiści nie zakończyli jeszcze dyskusji na jego temat. I nieprędko zakończą 😉

Szkoda, że nie miałam takich książek o historii, gdy chodziłam do szkoły! Żeby do kogoś trafić, trzeba mówić jego językiem. Ta ekipa wie, jak trafić do młodzieży – życiowo i bez nadęcia – napisała w blurbie na okładce Anna Stasiak, popularyzatorka wiedzy o słowiańszczyźnie. O ile zgadzam się z: życiowo i bez nadęcia, to jednak nie jestem pewna, czy język autorów jest naprawdę językiem, do którego mogą się przyznać współczesne nastolatki ? Pamiętam, że kiedy sama byłam w tym wieku, bardzo śmieszyli mnie i denerwowali dorośli, którzy próbowali mówić i zachowywać się jak my.

Poza tym – czy naprawdę trzeba mówić do nich ich językiem??? Bo co ? Bo nie zrozumieją inaczej? Dzieciaki w okresie największej chłonności umysłowej, uczące się nie tylko języka ojczystego, ale także obcych, naprawdę są w stanie wiele zrozumieć, jeśli tylko widzą tego sens. W jednej z wielu rozmów, które przeprowadziłam na temat tej publikacji, ktoś użył stwierdzenia, że taki styl pisania, to spuszczenie powietrza z poważnej historii i że ma to swoje zalety. Owszem – często ma, ale (trzymając się tego porównania) jak się tego powietrza spuści za dużo, to zostanie pusta dętka 😉 Dlatego zastanawiam się – co wyniosą z lektury tej książki jej nastoletni czytelnicy? Tylko kabaret czy także jakąś wiedzę oraz chęć, żeby ją poszerzać? Mam nadzieję, że jednak także trochę tego drugiego…

Reasumując: to fajna książka, ale raczej nie dla tej grupy wiekowej, dla której jest (że że użyję modnego obecnie anglicyzmu, mimo że go bardzo nie lubię) dedykowana 😉

* Trudno w tej chwili znaleźć w internecie wzmianki (informacje, recenzje itp.) o książkach wychodzące poza informacje z okładki czy strony wydawnictwa oraz obowiązkowy zachwyt. Staram się, żeby tutaj było inaczej, więc dzielę się wątpliwościami, jakie ta książka we mnie wzbudziła, mimo że… nie, nie mimo że, ale właśnie dlatego, że jest to egzemplarz recenzencki, który otrzymałam od Wydawnictwa Agora dla dzieci.

Dziękuję, bo był to dla mnie powód, żeby sięgnąć do wiedzy z dawno ukończonych studiów 😉

Boguś Janiszewski & Agnieszka Jankowiak-Maik (tekst), Max Skorwider (ilustr.) „Skąd się wzięła Polska?”, wyd.: Agora dla dzieci, Warszawa 2024

Agnieszka Jankowiak-Maik „Historia, której nie było”, wyd.: Wydawnictwo Otwarte, Kraków 2022

Lot jaskółek

Lot jaskółek

To jest chyba najdłuższy tekst, jaki tutaj umieściłam – mam nadzieję, że ktoś go przeczyta do końca 😉

„Lot jaskółek” to kontynuacja wydanej dwa lata wcześniej „Wojny skowronków”, o której pisałam ––>>> tutaj.

Pierwsza część bardzo mi się podobała, była też nominowana w Plebiscycie Blogerów LOKOMOTYWA w kategorii: przekład. Kiedy zobaczyłam zapowiedź kolejnego tomu, byłam pewna, że i on będzie mocnym kandydatem do nominacji w następnej edycji. Niestety – tym razem bardzo się rozczarowałam, choć sprawiedliwiej będzie, jeśli napiszę, że wzbudził w mnie uczucia mieszane.

W „Wojnie skowronków” zachwycił mnie sposób, w jaki Hilary McKay opisywała pierwszą wojnę światową. Napisałam wówczas: Tę wojnę nazywano potem Wielką, bo jeszcze takiej w historii ludzkości nie było. Pamięć o niej ginie w tej chwili w cieniu następnej, która zaczęła się dwadzieścia lat później i była jeszcze większa, jeszcze bardziej absurdalna i jeszcze straszniejsza. Ale o tym jeszcze bohaterowie tej książki nie wiedzą.

W „Locie jaskółek” McKay powraca do tych samych bohaterów, aby opisać kolejną wojnę, ale zdążyło się już pojawić kolejne pokolenie. Mamy więc dwie bohaterki pierwszoplanowe – mieszkającą w Oxfordzie Kate czyli Katherinę Clarissę Penrose, córkę znanych z poprzedniej części Vanessy i Petera, oraz Ruby Amarylis z Plymouth, córkę Violet. Mamą chrzestną obu dziewczynek jest Clarry.

Ponieważ wspomniałam o tym, że ta książka wzbudziła we mnie uczucia mieszane, zacznę od tego, co mi się w niej podobało. Są to właśnie Kate i Ruby Amarylis, a także ich najbliżsi. Ucieszyłam się, że Peter i Vanessa mają taką fajną, kochającą się rodzinę i że mimo braku wzoru wyniesionego z dzieciństwa, Peter potrafi być dobrym ojcem. Podoba mi się też wątek Clarry i Ruperta, choć tu miałam wątpliwości, czy happy end, który zafundowała im Autorka, nie jest za bardzo harlekinowaty ? Ojciec Clarry i Petera jest w tej części dużo bardziej interesującą postacią, widać, że nieco lepiej (z naciskiem na nieco) odnajduje się w roli dziadka niż ojca. To co działo się w trakcie jego wizyty świątecznej rozśmieszyło mnie – obawiam się jednak, że może to być odbierane jako swego rodzaju bagatelizowanie alkoholizmu. Niemniej – duże brawa dla tłumacza za przekład przeróbek kolęd śpiewanych przez Charliego po bliższym zapoznaniu się z zawartością piersiówki dziadka !!!

Bohaterem pierwszoplanowym „Lotu jaskółek” jest także pies, początkowo bezimienny, i on także ma swój ciekawie poprowadzony wątek. Szczególnie spodobała mi się scena, w której Rupert go znajduje – choć odpowiedniej będzie powiedzieć, że to pies znalazł Ruperta 😉

Na tym kończy się lista rzeczy, które mi się w tej książce podobały i gdyby Autorka na tych wątkach poprzestała, wszystko byłoby w porządku. W „Wojnie skowronków” opisywała wojnę widzianą tylko z jednej strony frontu, w tej – postanowiła pokazać ją z obu jego stron. Nie ma w tym pomyśle nic złego, problemem jest jedynie to, jak to zrobiła.

Dalej będą spoilery, więc tu się żegnamy z tymi, którzy nie mają na nie ochoty.

W „Locie jaskółek” równorzędnymi bohaterami pierwszoplanowymi są, obok dwóch angielskich dziewczynek i ich rodzin (oraz psa), dwaj niemieccy chłopcy – Erik i Hans, obaj z Berlina. Ich ojcowie walczyli na wojnie sprzed dwudziestu lat. Konsekwencje dla obu rodziny były odczuwalne jeszcze długo. Tata Erika po zatruciu gazem bojowym na froncie nigdy nie wrócił do pełni zdrowia. Umarł młodo na dwa miesiące przed narodzinami syna. Tata Hansa też był słabego zdrowia, a jego lewa noga kończyła się za kolanem. Zrobiono mu drewnianą protezę i chodził na niej sztywno, a pracował w urzędzie pocztowym, co miał tę zaletę, że spędzał prawie cały dzień w pozycji siedzącej. Matka Hansa nie pracowała, w odróżnieniu od matki Erika.

Obu chłopców oraz ich rodziny mieszkające w tym samym domu poznajemy w latach trzydziestych. Hans i Erik są rówieśnikami, chodzą razem do szkoły i tym, co ich łączy, poza przyjaźnią jest ich konsekwentna niechęć do wszelkich form, jakie w ich otoczeniu przybiera narodowy socjalizm. Te uczucia podzielają także ich rodziny – z wyjątkiem Lisy, starszej siostry Hansa, która wstąpiła do BDM, ale dość szybko przestało jej się tam podobać. Lisa jednak przedstawiona jest tam jako dziewczyna niespecjalnie myśląca i dość szybko znika na dalszym planie, aby w końcu zginąć. Nawet ich nauczyciel, przekonując chłopców, aby dla dobra swojego i swoich rodzin zapisali się do Hitlerjugend, argumentem: To są nowe Niemcy (…) Otwórzcie oczy. Koniec z bujaniem w obłokach ma w głosie jakiś przeraźliwy smutek.

To są już wszyscy Niemcy, jacy pojawiają się na kartach tej książki w Berlinie w pierwszych latach III Rzeszy. Nie ma nikogo, kto słuchałby z przejęciem i wiarą przemówień Hitlera, kto maszerowałby z wyciągniętą ręką podczas nazistowskich parad, kto w jakikolwiek sposób popierałby NSDAP.

Jest jeszcze Fräulein Trisk – ich żydowska sąsiadka, niezbyt zamożna, samotna staruszka, która w pewnym momencie znika, jakoś tak w 1935 albo 1936 roku. Potem okazuje się, że ukrywa ją mama Erika (i z pomocą rodziny Hansa przechowuje ją do końca wojny).

Naprawdę ?

Zaraz po ustawach norymberskich i jeszcze przed Kristallnacht ?

Ograniczenia prawne w tym okresie dotyczyły małżeństw mieszanych, wykonywania zawodu lekarza czy posiadania majątku i jakoś trudno mi przypuszczać, żeby bardzo dotknęły takiej osoby jak Fräulein Trisk, szczególnie że już wcześniej prawie nie wychodziła z domu. Trudno wtedy jeszcze było przypuszczać, że dojdzie do tego, do czego w końcu doszło.

Mamy więc z jednej strony bohaterów niemieckich stawiających opór nazistom od pierwszych dni po ich dojściu do władzy (w tym jedną Sprawiedliwą Wśród Narodów Świata antycypującą ostateczne rozwiązanie kwestii żydowskiej jakieś 6 lat przed konferencją w Wannsee), a z drugiej… no właśnie, nikogo kto miałby twarz i nazwisko. Są jakieś bezimienne nazistowskie zbiry, z którymi biją się gdzieś Hans i Erik, ale generalnie całe dziejące się wówczas zło opisane jest bezosobowo. Na przykład Kristallnacht, tak odebrana przez Erika który przyjechał na przepustkę z wojska dzień czy dwa potem:

Tym razem jednak wszystko wyglądało inaczej. Berlin był niespokojny. Na miejskich placach dochodziło do brutalnych ekscesów, widmo przemocy krążyło nad ulicami. W powietrzu czuć było spaleniznę. Wszędzie leżało potłuczone szkło, pozgarniane na kupki, które przypominały spłachetki brudnego śniegu. Erik patrzył z niedowierzaniem na sterty odłamków przed sklepami i warsztatami Żydów, którzy jeszcze niedawno uważali to miasto za swój dom. (podkreślenia moje)

Czytając to, czułam się trochę jak wtedy, jeszcze w czasach NRD, kiedy zwiedzałam tam jakieś muzeum w zamku, którego nazwy już nie pamiętam. Ekspozycja była bardzo interesująca dopóki nie doszliśmy do lat trzydziestych i czterdziestych. Z tego, co tam było pokazane, można było wywnioskować, że w tej części Niemiec mieszkali WYŁĄCZNIE antyfaszyści, natomiast wszyscy naziści zamieszkiwali tereny ówczesnych Niemiec zachodnich 😉

Hans i Erik pojawili się na stronach tej książki, aby (jak to możemy przeczytać na okładce) pokazać wojnę z bardzo różnych perspektyw. W ich przypadku jest to perspektywa oficerów Luftwaffe i to właśnie jest dla mnie najtrudniejsze do zaakceptowania. Chłopcy znaleźli się w lotnictwie dzięki pomocy wujka jednego z nich, który służył w lotnictwie w czasach, kiedy ich ojcowie byli żołnierzami. O ile jednak tamci dwaj zapamiętali ten okres jak najgorzej, o tyle wuj Karl miał głównie miłe wspomnienia. Dlatego i on, i ich rodzice uznali, że tak będzie dla chłopców lepiej. Jak mówił ojciec jednego z nich: lepiej bujać w przestworzach niż leżeć w błocie.

Jednak ta wojna, która nadchodziła, miała być zupełnie inna i dla osób tak dobrze zorientowanych jak ów wuj Karl powinno to być już wtedy oczywiste. Próbą generalną do niej była wojna domowa w Hiszpanii – szczególnie to, co zaprezentował niemiecki Legion Condor w Guernice w kwietniu 1937 roku. Nasi bohaterowie rozpoczęli służbę w Luftwaffe w styczniu roku następnego, a w 1939 roku byli już oficerami. Kampanię wrześniową Autorka skwitowała jednym zdaniem o tym, że Erik musiał wsiąść do myśliwca i eskortować niemieckie bombowce w czasie nalotów na Polskę. W tej kampanii lotnictwo niemieckie po raz pierwszy nie tylko zrzucało bomby na cele cywilne, ale także ostrzeliwało ludzi na ziemi z karabinów maszynowych. Amerykański dziennikarz Julien Bryan zrobił wtedy wstrząsające zdjęcie dziewczynki rozpaczającej nad ciałem siostry zabitej przez pilota niemieckiego myśliwca podczas kopania ziemniaków…

Potem mamy rok 1940 – wojnę z Francją i bitwę o Anglię, w której Hans i Erik biorą udział, ale Hilary McKay tak to opisuje, że możemy tylko im (a wraz z nimi wszystkim innym niemieckim żołnierzom) współczuć:

Erik po raz pierwszy ujrzał morze w pewien szary sierpniowy poranek. Było to nad kanałem La Manche. Francja znalazła się pod niemiecką okupacją, więc jego dywizjon znów przeniesiono. Stacjonowali teraz w sadzie jabłoniowym niedaleko francuskiego wybrzeża. Zaimprowizowane lądowiska były grząskie, poczty kazano im się spodziewać nie częściej niż raz w miesiącu, a rolnik, do którego należała ziemia, szczerze ich nie znosił, podobnie zresztą jak cała miejscowa ludność. W miasteczku byli oszukiwani i znienawidzeni. Nowo przybyłym opowiadano historię z innego obozu kilka kilometrów dalej, gdzie pewnego ranka znaleziono wartownika z podciętym gardłem… (podkreślenia moje)

Autorka bardzo podkreśla to, że tej wojnie chodzi wyłącznie o zniszczenie francuskiego lotnictwa (…). Nie Francuzów, tylko ich samolotów. I jeszcze lotnisk, hangarów, pasów startowych i zakładów lotniczych (…). I linii zaopatrzenia tych zakładów. Czyli dróg i torów kolejowych. Podobnie w Anglii. Na celowniku Luftwaffe znalazł się teraz RAF, czyli Królewskie Siły Powietrzne. Rozpoczęto naloty na lotniska w południowej Anglii. Zadaniem messerschmittów było zwalczanie brytyjskich myśliwców Hurricane i Spitfire, które zrywały się do obrony kraju. Dochodziło do walk powietrznych, w których jedna niewielka maszyna usiłowała zniszczyć drugą, tłukąc do niej z działek, kręcąc zawijasy pod błękitnym letnim niebem. Czasem pilot rozplątywał te zawijasy i wracał do bazy w jednym kawałku. A czasem pętla się rwała, niebo kołysało, a rudy płomień i czarny dym buchały tam, gdzie ich być nie powinno. Często pojawiał się spadochron, opadający powoli niczym puchata kula dmuchawca, obserwowany w milczącym bezruchu przez ludzi na ziemi. Między wrogami obowiązywał niepisany kodeks honorowy: nigdy nie strzelało się do lotnika na spadochronie. Przez tych kilka minut, zawieszony między niebem a ziemią, mógł się czuć bezpieczny.

Bardzo romantyczna wizja. Niestety, według mojej wiedzy – bardzo odległa od prawdy. I w dodatku zrównująca tych, którzy lecieli zrzucać bomby, z tymi, którzy swojego kraju, swoich domów i bliskich bronili. Jej ukoronowaniem jest scena z brytyjskim lotnikiem którego samolot zestrzelono, ale on sam miał dużo szczęścia i zdołał wylądować ze spadochronem na ich wyboistym lądowisku. Wszyscy go tutaj polubili: na kilka godzin został bohaterem całego obozu, niemalże ich towarzyszem. Częstowali go papierosami, czekoladą i prawdziwym niemieckim piwem. Opowiadał o premierze Churchillu i cholernym Hitlerze i zapewniał ich, że Brytyjczycy nigdy się nie poddadzą.

– Gdybyście się poddali – usłyszał od nich w odpowiedzi – nasze kraje mogłyby ze sobą współpracować.

– Tak, ale nie poddamy się – odparł brytyjski lotnik i pokręcił głową. – No i tak.

Był równie uparty, jak reszta jego rodaków. Po kilku godzinach, wielu uściskach dłoni i życzeniach szczęścia odwieziono go do obozu dla jeńców. (podkreślenia moje)

Tak, wiem, że jeńców brytyjskich Niemcy traktowali inaczej niż polskich i jest to do pewnego stopnia prawdopodobne, choć wniosek, jaki z tej sceny płynie dla młodych czytelników jest taki, że winny wojnie jest niezrozumiały opór Brytyjczyków przed współpracą z Niemcami. Autorka nie wyjaśniła jednak, jak ta współpraca miałaby wyglądać…

Wiele rzeczy w tej historii budzi mój opór, mimo że oddzielnie być może są prawdopodobne. Nasuwają mi się tu słowa biskupa Krasickiego z jego „Wstępu do bajek”: A cóż to jest za bajka? Wszystko to być może! // Prawda, jednakże ja to między bajki włożę.

Nie mam nic przeciwko bajkom, choć wolę kiedy zaczynają się od Dawno, dawno temu, za górami i za lasami… 😉 Jednak jako historyczka nauczona zostałam tego, aby opisywać to, co się zdarzyło, w sposób najbardziej zgodny z tym, co mówią źródła. Mówi się, że historia magistra vitae est. Zastanawiam się, czego ma uczyć taka wygładzona i wypolerowana wersja historii, w której wszyscy są ofiarami, tylko nie wiadomo czyimi ? Jaką lekcję o tym, skąd się biorą totalitaryzmy, wyniosą z tej książki jej czytelnicy ? Czy znajdą w niej odpowiedź na postawione na okładce pytania: Co jest najcenniejsze ? Kto naprawdę jest wrogiem ? Na czym polega odwaga ?

Nie wiem, co jeszcze mogę tu napisać i jak zawsze w takich sytuacjach przypomina mi się niezawodny Jacek Kaczmarski: I pamiętaj, że dana Ci pamięć – nie kłam sobie, a nikt Ci nie skłamie…

I z tym Was zostawię, jeśli w ogóle doczytaliście aż dotąd.

Hilary McKay „Lot jaskółek”, przekł.: Łukasz Witczak, wyd.: Dwie Siostry, Warszawa 2023

Niedokończona opowieść Pepe

Niedokończona opowieść Pepe

Na Wołyniu druga wojna światowa dała o sobie znać wcale nie hukiem strzałów i bombardowaniem, ale tym, że nagle cała droga zaroiła się od uchodźców – obywateli polskich uciekających przed Niemcami na wschód. Nawet na jarmarku nie było takiego tłoku. Uciekinierzy mieli ze sobą walizki, tobołki, zawiniątka i wyglądali jak siedem nieszczęść. Opowiadali straszne rzeczy…

„Niedokończona opowieść Pepe” to czwarta książka Doroty Combrzyńskiej – Nogali wydana w serii „Wojny dorosłych – historie dzieci”, którą śledzę bardzo uważnie, a zarazem trzecia, która oddaje głos świadkom historii do niedawna słabo w przekazie pamięci o wojnie słyszanym – mieszkańcom wschodnich terenów II RP. W „Syberyjskich przygodach Chmurki” poznaliśmy losy dziewczynki zesłanej wraz z rodziną na Syberię, a w „Wysiedlonych” – historię rodziny, która po wojnie została przesiedlona na tak zwane Ziemie Odzyskane i tam budowała swoje życie od nowa. Rodzina Lali, bohaterki „Niedokończonej opowieści Pepe” także musiała po wojnie opuścić swój dom na Wołyniu, ale nie to jest głównym tematem tej książki.

Głównym jej tematem jest czas wojny i dwóch okupacji na tych terenach, czas trudny i dotychczas właściwie nieobecny w literaturze dla niedorosłych czytelników, więc zdecydowanie dobrze się stało, że taka książka się ukazała. Jako że mam tendencje do (nadmiernego zdaniem niektórych 😉 ) historykowania, pozwolę sobie zgłosić do niej parę uwag. Jednak zanim to zrobię, napiszę o tym, co mi się w niej podobało.

Tytułowa Pepe to żydowska dziewczynka, którą ukrywa rodzina Lali, jednak to nie Holokaust jest moim zdaniem w tej książce najważniejszy, mimo że historia z nią zwiążana też jest bardzo ciekawa. Po raz pierwszy w literaturze dla niedorosłych poruszony jest tu temat rzezi wołyńskiej. Były to wydarzenia tak trudne, pełne brutalności i przemocy, że dotychczas nie potrafiłam sobie wyobrazić, jak można o nich opowiedzieć w sposób takich czytelników odpowiedni. Doświadczenie poprzedniej publikacji, która ukazała się w tej samej serii – „Dzieci, których nie ma”, pokazuje, że jednak jest taki poziom okrucieństwa, którego nie można i nie należy infantylizować. Na szczęście rodziny, którą tutaj opisała Dorota Combrzyńska – Nogala, wydarzenia rzezi nie dotknęły w sposób bezpośredni. Mimo że stracili kilka bliskich osób, to nikt z nich nie był świadkiem ich śmierci, nie wiadomo nawet jak i kiedy zginęli. Początkowo Lala z mamą i Pepe spędzały noce w lesie w obawie przed nadejściem banderowców, ale potem w ich wsi zorganizowała się samoobrona i już mogły poczuć się bezpieczniej. Autorka uniknęła czarno-białego widzenia wołyńskiej rzeczywistości i pokazała także przypadki ukraińskich sąsiadów, którzy pomagali Polakom (lub przynajmniej ich nie wydawali).

O ile podoba mi się sposób, w jaki Autorka pisze o sprawach polsko – ukraińskich, to moje duże wątpliwości budzi obraz okupacji sowieckiej, jaki widzimy w tej książce. Już na pierwszej jej stronie uciekinierzy, którzy dotarli na Wołyń, mówią Uciekamy do Związku Radzieckiego przed Niemcami. Mowa jest o pierwszych tygodniach wojny – wtedy zdecydowana ich większość po prostu szukała schronienia na terenach Rzeczpospolitej jeszcze przez najeźdźców nie zajętych, w nadziei, że wojska polskie oraz nasi sojusznicy zdołają odwrócić losy wojny. Potem (ale też jeszcze przed 17 września) do Rosji wyrusza brat bohaterki, co każe mi przypuszczać, że był komunistą, bo w tym czasie kierunkiem, w którym udawali się młodzi ludzi chcący walczyć z Niemcami, była Rumunia i Węgry.

Przekroczenie przez Armię Czerwoną granic Polski 17 września bohaterowie przyjmują bez większych emocji, a dwuletni okres sowieckiej okupacji skwitowany zostaje kilkoma zdaniami: Chociaż weszli Rosjanie, w życiu wsi nic się specjalnie nie zmieniło. Lala miała ciągle mnóstwo koleżanek polskich, trochę ukraińskich i jedną żydowską Leę. Wszyscy byli równi. Nikt wtedy nie przypuszczał, że pochodzenie będzie decydowało o życiu i śmierci, ale w 1941 roku żołnierze radzieccy zaczęli wycofywać się z tych terenów.(…)

Rano okazało się, że nastąpiła zmiana i teraz znajdują się pod okupacją niemiecką. Niemcy zaczęli mówić o ludziach lepszych i gorszych, że niby oni – Aryjczycy, są tymi najlepszymi, Polacy i Ukraińcy gorszymi, a Żydzi najgorszymi. Mama mówiła, że to się nazywa nacjonalizm…

Sporo w tym uproszczeń. Tak jakby poza Holokaustem nie działy się na tych skrwawionych ziemiach (tak je nazwał w swojej książce amerykański historyk Timothy Snyder) rzeczy straszne. Trudno mi uwierzyć, że okupacja sowiecka przeszła w tej rodzinie właściwie niezauważona, skoro mama bohaterki wraz z rodziną osiedliła się na Wołyniu zaledwie 10 lat wcześniej (a przybyli z okolic Łowicza) i początkowo pracowała tam jako nauczycielka polskiego. Jej siostra była kierowniczką szkoły. W przypadku takich rodzin już w czasie pierwszej okupacji pochodzenie mogło decydować o życiu lub śmierci – na Syberii lub w Kazachstanie. O tym, że dotyczyło to nawet dzieci młodszych od Lali, czytelnicy tej serii mogli przekonać się z historii Chmurki opisanej wcześniej przez tę samą autorkę.

Mimo wszystko cieszę się, że doświadczenie mieszkańców wschodnich terenów Rzeczpospolitej, na które składają się dwie okupacje oraz repatriacja na ziemie, które przypadły Polsce w wyniku powojennego przesunięcia granic, przedostaje się pomału do pamięci zbiorowej, a ta książka właśnie temu służy. Więc już nie historykuję więcej, dodam tylko, że bardzo podobają mi się w niej ilustracje autorstwa Magdaleny Pilch, której kreskę znałam już wcześniej z „Jędrusia chłopaka ze Lwowa” oraz z nowej edycji „Darowanych kresek”, ale to nie są jedyne owoce jej współpracy z Wydawnictwem Literatura.

Dorota Combrzyńska – Nogala „Niedokończona opowieść Pepe”, ilustr.: Magdalena Pilch, wyd.: Literatura, Łódź 2020

Dzieci, których nie ma

Dzieci, których nie ma

Polen-Jugendverwahrlager der Sicherheitspolizei in Litzmanstadt – prewencyjny obóz policji bezpieczeństwa dla młodzieży polskiej w Łodzi. Nazwa to powstała na użytek zewnętrzny, miała stwarzać pozory, że obóz ma charakter zaradczy i będzie pomocny w należytym wychowaniu polskich dzieci… Zachowaniu pozorów służyło też funkcjonujące w obozie stanowisko „wychowawcy”. Ten prewencyjny z nazwy obóz nosił wszelkie znamiona obozu koncentracyjnego. Nie był tak rozbudowany, jak obóz w Oświęcimiu, nie miał komór gazowych i pieców krematoryjnych, ale nie bez powodu jest nazywany Małym Oświęcimiem… – napisała we wstępie do tej książki jej autorka.

„Dzieci, których nie ma” to próba zmierzenia się z tematem niezwykle trudnym – w sposób odpowiedni dla czytelnika niedorosłego. Próba nie do końca udana, ale ważna, bo pokazująca, że jednak są tematy, których nie da się w taki sposób opisać.

„Dzieci, których nie ma” to książka, której lektura boli. Doczytanie jej do końca sprawiło mi problem, a przecież mam już za sobą wiele trudnych lektur i wiedziałam wcześniej, czym był obóz przy ulicy Przemysłowej. Bardzo długo zbierałam się też do napisania o niej, bo nie byłam w stanie sięgnąć po nią kolejny raz.

Ten obóz, który kojarzyć się może z ostatnim kręgiem piekła, Niemcy umieścili w samym środku innego piekła – łódzkiego getta. Dlatego jego historia słabo zapisała się w pamięci zbiorowej o tych czasach. I właśnie o pamięć chodzi twórcom tej książki. Na jej okładce możemy przeczytać słowa: Nie wolno nam dopuścić, by to, co się wydarzyło w obozie dla polskich dzieci w Łodzi, poszło w zapomnienie.

By Ignacy Płażewski – Muzeum Miasta Łodzi, CC BY-SA 3.0 pl, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=64013274

„Dzieci, których nie ma” to książka przejmująco smutna, ale w taki szczególnie mocny sposób. Jest tam tłum bezimiennych dzieci i nie ma żadnego, które miałoby imię, twarz, któremu moglibyśmy towarzyszyć, współczuć i mieć nadzieję, że uda mu się przeżyć. Twarzy nie ma również na ilustracjach Macieja Szymanowicza, które towarzyszą tekstowi Renaty Piątkowskiej.

Bohaterami tej książki są CIERPIENIE i OKRUCIEŃSTWO.

Jej wygląd zewnętrzny sugeruje zupełnie co innego, niż możemy znaleźć w środku – dlatego mam z nią problem i chyba miało go też wydawnictwo. Seria „Wojny dorosłych – historie dzieci”, w ramach której się ukazała, zawiera książki adresowane do niedorosłych czytelników w różnym wieku – od najmłodszych (jak w przypadku „Asiuni”) po nastolatków. W przypadku „Dzieci, których nie ma” granicę wieku określono jako 15+. Wydaje mi się jednak, że młodzież w tym wieku raczej po nią nie sięgnie, bo jej rozmiar i wygląd sugerują, że jednak jest dla młodszych. Poza tym – młodzi ludzie w wieku licealnym, jeśli tylko są tą tematyką zainteresowani, mogą już czytać książki historyczne z półki dla dorosłych, które ten temat opisują bardziej wyczerpująco.

Renata Piątkowska „Dzieci, których nie ma”, ilustr.: Maciej Szymanowicz, wyd.: Literatura, Łódź 2020

Projekt Breslau

Projekt Breslau

Kiedy zaczynałam pisać o książkach w Małym Pokoju z Książkami, ten blog miał podtytuł: książki, które lubią moje córki. Minęło kilkanaście lat i nawet Najmłodsza z nich wyrosła już z tego rodzaju literatury, więc ten podtytuł się zdezaktualizował. Jednak cały czas starałam się pisać o książkach, które mi się podobały. Na inne szkoda mi było czasu. Bywa jednak tak, że jakaś książka rozczaruje mnie, mimo że jej temat wydawał mi się bardzo obiecujący i wtedy po prostu szkoda mi go. Tak jest właśnie w tym przypadku 😦

A ! I uprzedzam, że recenzja zawiera spoiler, bo poprzednio Autorka miała do mnie żal, że ujawniłam zakończenie i nie uprzedziłam o tym wcześniej. Więc uprzedzam, choć moim zdaniem jest ono tak przewidywalne, że raczej nikogo nie zaskoczy.

Wpis z 16 lutego 2017 roku:

Szóstka gimnazjalistów z Wrocławia odkrywa w swojej szkole nieużywany przedsionek. Znajdują tam stary kufer oraz zeszyt zapisany po niemiecku – pamiętnik ich rówieśnika sprzed lat Hugona Harnischa. Okazuje się, że Hugo chodził kiedyś do szkoły, która mieściła się w tym samym budynku, co ich gimnazjum, a kufer… Kufer jest mocno tajemniczy, nie daje się otworzyć, a od czasu do czasu… przenosi kogoś w przeszłość.

To mogła być bardzo dobra książka…

„Projekt Breslau” przełamuje swoistą nie-pamięć, którą przez ostatnie 70 lat otoczona była przeszłość Wrocławia. Pamiętam książki z akcją w tym mieście (np. Stanisławy Platówny) ale zawsze to było „tu i teraz”. Nawet w „Zawsze jakieś jutro” Wieczerskiej, gdzie mamy koniec lat czterdziestych i ruiny, brakuje odwołań do całkiem wtedy niedalekiej przeszłości. W literaturze dla dorosłych tę nie-pamięć przełamał jako pierwszy chyba Marek Krajewski cyklem o komisarzu Mocku.

Wrocław jest fascynujący właśnie ze względu na swoją historię. To miasto stanowi niezwykłą mieszankę tradycji – tego co pozostało z czasów niemieckich z tym, co przynieśli ze sobą jego nowi powojenni mieszkańcy oraz tego, co sami stworzyli, bo przecież wyrosło już kilka pokoleń, dla których to Wrocław a nie Breslau jest małą ojczyzną, innej nie znają. Przykładem tego przenikania jest na przykład pomnik Aleksandra Fredry, przywieziony ze Lwowa i stojący na rynku w miejscu, gdzie kiedyś był pomnik króla Prus Fryderyka Wilhelma III. Albo obecna prawosławna katedra Narodzenia Przenajświętszej Bogurodzicy, zbudowana jako katolicki kościół św. Barbary, która potem przez kilka wieków była ewangelickim kościołem garnizonowym

To mogła być bardzo dobra książka…

Niestety jest jednowymiarowa, bo sięgając do przeszłości pokazuje jedynie jej część niemiecką. Opowieść Hugona dotyczy czasów, kiedy do Wrocławia przybywali już pierwsi nowi mieszkańcy, ale w jego pamiętniku mamy niemal wyłącznie wyprawy w przeszłość. Odniesień do ówczesnej codzienności jest niewiele – gruzy, głód, konieczność wyprzedawania rzeczy i niepewność co do dalszego losu.

Współcześni gimnazjaliści, tak przejęci odkrywaniem przeszłości, ani przez chwilę nie zadają sobie pytania, skąd we Wrocławiu wzięły się ich rodziny i gdzie wcześniej były domy ich przodków ? Kiedy zjawili się we Wrocławiu i co wtedy tam zastali ? Aż prosi się o wplecenie w akcję opowieści rówieśnika Hugona o tym, jak po tygodniach podróży wagonem towarowym wysiedli w obcym, zrujnowanym mieście, a tam, gdzie nie było ruin, wszystko wyglądało inaczej niż w Lwowie, Stanisławowie czy Buczaczu.

To mogła być bardzo dobra książka…

I byłaby, gdyby autorce udało się tchnąć w opisywaną historię trochę życia i emocji, gdyby wszystko, co opisane, nie było takie jakieś… papierowe 😦

Mamy szóstkę bohaterów, ale wcale ich nie poznajemy. Maks gra na gitarze, Olga interesuje się ciuchami i nie lubi czytać książek, a Ada i Adam to bliźnięta – ona jest lepiej zorganizowana i trochę pilnuje roztrzepanego brata. Leon kocha się w Natalii, która jest narratorką tej książki, ale nawet o niej nie dowiadujemy się zbyt wiele, poza tym, że czyta książki (a czasem streszcza Oldze lektury) i że po jakimś czasie zaczęła odwzajemniać uczucie Leona. To wszystko.

Bohaterowie przeżywają rzeczy naprawdę niesamowite, a przyjmują je tak, jakby chodziło o obejrzenie filmu na youtubie. Naturalną reakcją młodzieży na opowieść kolegi o tym, że właśnie odbył wycieczkę do przeszłości, będzie raczej niedowierzanie, i propozycja, żeby zmienił dilera 😉 tymczasem oni uwierzyli Leonowi niemal od razu, bez zastrzeżeń. O samym kufrze też w zasadzie nic nie wiemy – na przykład skąd się wziął tam, gdzie go znaleźli po wielu latach funkcjonowania w tym budynku szkoły i dlaczego dopiero im się taka przygoda przytrafiła ?

Potem wszyscy kolejno przenoszą się w czasie, a po powrocie (poza tym że mają coś w rodzaju jet lag) zachowują się tak, jakby nie zdarzyło się nic szczególnego. Jedynie Natalia, której kufer zafundował przeżycie nalotu i doświadczenie pobytu w zasypanej piwnicy, z większym trudem powraca do rzeczywistości XXI wieku. Nawet (i to jest właśnie ten spoiler) niespodziewane pojawienie się w przedsionku szkoły Hugona Harmischa we własnej osobie nie robi na nich większego wrażenia. Mimo że musi być to człowiek wiekowy (na pewno po osiemdziesiątce) rozmawiają z nim tak, jak z widywanym codziennie sąsiadem. Spotykają się, dowiadują o jego losach, razem odbywają jeszcze jedną wycieczkę w przeszłość, żegnają się i już. Żadnych emocji, żadnych głębszych refleksji, ot tak, po prostu.

To mogła być bardzo dobra książka, a nie jest. Szkoda…

Magdalena Zarębska „Projekt Breslau”, wyd.: BIS, Warszawa 2016

My i nasza historia

My i nasza historia

Wpis z 11 grudnia 2017 roku, napisany dla portalu „Ryms”:

Kiedy byłam mała, telewizja miała tylko jeden kanał (potem dwa, ale to i tak niewiele zmieniało), a o internecie nawet nie marzyliśmy, jedną z moich rozrywek było oglądanie Wielkiej Encyklopedii PWN, ze szczególnym uwzględnieniem kolorowych tablic. Do najbardziej ulubionych należała ta z nich, która przedstawiała pary ludzi w strojach z rozmaitych epok – od starożytności do (ówczesnej) współczesności.

Przypomniało mi się to, kiedy zobaczyłam okładkę książki „My i nasza historia”, a jeszcze bardziej zachęcona do niej poczułam się po przeczytaniu tekstu zamieszczonego na ostatniej okładce:

Opowiemy wam naszą historię. Historię nie królów, królowych, przywódców, emirów, cesarzowych, prezydentów, dyktatorów, ale naszą. Mężczyzn, kobiet i dzieci zaludniających Ziemię.

Wszyscy jesteśmy bohaterami tej opowieści, która rozpoczęła się 150 tysięcy lat temu i trwa. Mijały wieki, a my pracowaliśmy, tworzyliśmy cuda i zmienialiśmy swój świat…

Pomysł pokazania historii z perspektywy zwykłych ludzi, bez wielkich wodzów, królów i cesarzy wydał mi się całkiem ciekawy i rzeczywiście wyszło to interesująco. Niektórzy z nich znaleźli się w zamykającej książkę galerii Sławni w naszej historii, a już decyzją samego czytelnika będzie, czy zechce ich skojarzyć z konkretnym momentem w dziejach.

Nie ma w tej książce także dat (poza orientacyjnie umieszczonymi początkami stuleci) oraz jednej geograficznej perspektywy. Czasem oglądamy świat oczyma europejczyków, innym razem – Chińczyków czy mieszkańców Ameryki Południowej

Gdyby książka skończyła się razem z XIX wiekiem, nie miałabym do niej większych zastrzeżeń. Niestety sposób, w jaki ukazany został wiek XX, nieprzyjemnie mnie zaskoczył. Był to bodaj najtrudniejszy i najbardziej krwawy czas w dziejach ludzkości – czas DWÓCH totalitaryzmów. Oba mają na swoim koncie niewyobrażalne ilości ofiar na całym świecie i oba położyły się na dziejach świata cieniem, który sięga do dziś. W tej książce sporo miejsca (choć paradoksalnie – mniej niż wojnie secesyjnej) poświecono nazizmowi, a komunizm (trwający przecież zdecydowanie dłużej) nie doczekał się żadnej, nawet najmniejszej wzmianki. Nazwa Związek Radziecki pojawiła się dopiero w kontekście zimnej wojny , którą skwitowano w następująco: Dwa modele społeczeństwa, dwa systemy ekonomiczne konkurują ze sobą przez pół wieku. Ostatecznie triumfuje demokratyczny model społeczeństwa gwarantujący wolność ekonomiczną i osobistą. Czy jest najlepszy ? No cóż – może i nie jest najlepszy, ale lepszego na razie jakoś nie udało się ludzkości wymyślić, a wszelkie próby jego tworzenia kończyły się tragicznie.

Gdyby takie pominięcie czy też uproszczenie dotyczyło odległej przeszłości, mogłabym je potraktować jako błąd, który jednak nie odbiera tej publikacji wartości. Dotyczy ono jednak spraw nadal żywych, dotyczących świata, w którym żyć będą jej czytelnicy i dlatego niestety w moich oczach ją dyskwalifikuje.

Yvan Pommaux, Christophe Ylla – Somers „My i nasza historia”, przekł.: Katarzyna Rodak, wyd.: Tatarak, Warszawa 2017