Na początku był Chłopiec i był ptak. Na początku się nie znali. Chłopiec sobie szedł, szedł. A ptak sobie leciał, leciał. Dokąd Chłopiec szedł? W świat. Dlaczego ptak leciał? Bo był świata ciekawy. Czy świat był ciekaw Chłopca? Czy był ciekaw ptaka? Tego nie wiemy. W każdym razie z uwagą im się przyglądał.
Ale cóż to? Niespodzianie na ich drodze wyrosła wierzba, a na wierzbie – gruszka…
I tak się stało, że razem we trójkę – Chłopiec, szpak Notak i gruszka Klapsa powędrowali w świat w poszukiwaniu… nie wiadomo czego. Przeżyli trzynaście przygód, każda z nich niosła jakąś naukę. W końcu okazało się, że tym, czego szukali jest…
Nie, nie nie !!! Nie powiem – musicie to sami przeczytać 🙂
„Chłopiec i świat, czyli co było dalej…” to ciepła, spokojna, filozoficzna opowieść o tym, co jest w życiu najważniejsze. Nie warto próbować czytać jej z dzieckiem od razu w całości. Myślę, że zdecydowanie lepiej nadaje się do tego, żeby poznawać ją wolniej – po jednej, najwyżej kilka historii naraz, ale tak, żeby potem moc porozmawiać o tym, co z nich wynika. Jak rozumieć padające tam myśli?
Na przykład o tym,że dużo przyjemniej jest wręczać prezenty, niż je dostawać…
Albo tę, że aby spełnić swoje marzenia, trzeba być w harmonii ze sobą i ze światem…
Lub może tę, że niekiedy, aby iść naprzód, trzeba umieć się cofnąć…
Ileż tu jest tematów, ile wieczorów można o niej przegadać ! Lubię książki, w których kryje się taki potencjał. Jeśli jeszcze w dodatku towarzyszą im tak piękne, przemyślane i ekspresyjne ilustracje jak te, które stworzył do niej Piotr Rychel to jest to… po prostu BAJKA 🙂
Dziękuję Wydawnictwu Bajka za egzemplarz recenzencki tej książki !!!
Liliana Bardijewska „Chłopiec i świat, czyli co było dalej…” ilustr.: Piotr Rychel, wyd.: Bajka, Warszawa 2026
„Między sytością a wiecznością” to trzeci zbiór niezwykłych baśni Katarzyny Jackowskiej-Enemuo, które zilustrowała Nika Jaworowska-Duchlińska. Poprzednie to „Między światem a zaświatem” i „Między ziemią a niebem”.
Pożywienie jest ważne. Wszyscy o tym wiemy. Człowiek musi jeść, żeby żyć.
Przez tysiące lat ludzie żywili się bardzo, bardzo różnymi rzeczami. Najpierw tylko tym, co znaleźli, potem również tym, co upolowali, a w końcu i tym, co nauczyli się wysiewać i zbierać z pól. Niezwykłe jest to, że od samiuśkiego początku, od najdawniejszych czasów, jedzenie służyło nie tylko do tego, żeby nie umrzeć z głodu, mieć siłę i być zdrowym. Wygląda na to – i potwierdzają to znaleziska archeologiczne – że od zawsze pełniło tez inną funkcję. Świąteczną.
„Między sytością a wiecznością” to książka, która poświęcona jest jedzeniu, ale nie jest to bynajmniej książka kucharska. Nie spodziewajcie się tam przepisów, a nawet opisów potraw. Katarzyna Jackowska-Enemuo opowiada o produktach, które ludzie spożywają od najdawniejszych czasów i ich symbolicznych znaczeniach w różnych kulturach.
Jajko, ziarna, mleko, mak, miód i sól – niby rzeczy zwyczajne, trudno sobie bez nich wyobrazić życie. Używamy ich codziennie i nie myślimy o tych setkach pokoleń przed nami, które robiły to samo. Ani o tym, z czym się dla nich te produkty wiązały, jakie znaczenia im przypisywano.
Katarzyna Jackowska-Enemuo jest opowiadaczką historii i to opowiadaczką znakomitą !!! Jej baśnie mają dwa życia – jedno wtedy, kiedy je opowiada przygrywając sobie na akordeonie w towarzystwie muzyków akompaniujących jej na niezwykłych instrumentach. Opowiada – bo nie recytuje ich z pamięci, tylko za każdym razem snuje tę opowieść od nowa, za każdym razem trochę inaczej.
Drugie życie jej baśni to książki. Tu już mają one, można powiedzieć, formę ostateczną, ale za to towarzyszą jej niezwykłe malarskie ilustracje Niki Jaworowskiej-Duchlińskiej. Katarzyna i Nika nie znały się wcześniej. Ich współpracę zainicjowała wydawczyni Iwona Wierzba i po trzech wspólnych tomach zdecydowanie można powiedzieć, że był to znakomity pomysł.
Trudno mi już sobie wyobrazić te baśnie zilustrowane inaczej. Dzięki nim widać wyraźnie, że te książki nie są dla dzieci, a raczej – że nie tylko dla nich. Podobnie jak występy ich autorki ! Na promującym „Między sytością a wiecznością” spotkaniu w bibliotece na Tynieckiej nie było żadnych dzieci, a wszyscy dorośli słuchali, jak opowiadała o Maćku i ziarnku jęczmienia z przyjemnością (i śpiewali z nią też !). Przypomniał mi się przy tej okazji cytat z Karen Blixen, który przywołałam pisząc o zbiorze Marii Niklewiczowej „Bajarka opowiada” – nie będę go tu wklejać, zajrzyjcie tam !
Pod koniec tej książki Katarzyna Jackowska-Enemuo zachęca czytelników, aby spróbowali sami ułożyć baśń o świętowaniu. I jeszcze – podpowiada przepis (jednak jest !!!) na kołacz przyrządzony ze wszystkich opisywanych tu produktów. Po co nam święta? Żeby być razem. Żeby się spotkać – również z tymi, których rzadko widujemy. Żeby uczcić jakiś ważny moment. A dawniej również po to, żeby przywołać szczęście, a odwrócić nieszczęście…
Przeczytałam kiedyś w „Atramentowym sercu” słowa: Niektórych książek wystarczy skosztować, inne się połyka, a tylko nieliczne trzeba przeżuć i stawić do końca.* „Między sytością a wiecznością” należy do tych ostatnich. Warto poświęcić czas tym baśniom, a potem pozwolić myślom popłynąć tam, gdzie je te historie poprowadzą.
P.S. Ich lektura wywołała u mnie kulinarną wenę twórczą, choć kołacza nie próbowałam piec. Kiedy zastanawiałam się nad potrawą, która ma dla mnie szczególne znacznie i jest trochę magiczna, doszłam do wniosku, że byłaby to… po prostu zupa.
Lubię gotować zupy. Jest coś niezwykłego w tym, że z tak różnych produktów wrzucanych do jednego garnka powstaje nowy smak. Takie kuchenne czary-mary.W dodatku w domu robi się tak… domowo, kiedy na kuchni stoi garnek zupy i każdy, kto przychodzi, może się nią rozgrzać i nasycić.
* później dowiedziałam się, że to cytat z szesnastowiecznego eseju „O studiowaniu” Francisa Bacona
Dziękuję wydawnictwu Albus za egzemplarz recenzencki tej książki !!!
Katarzyna Jackowska-Enemuo „Między sytością a wiecznością”, ilustr.: Nika Jaworowska-Duchlińska, wyd.: Albus, Poznań 2026
Wydawnictwo Bajka wydało „Pisklaka” ponownie po 9 latach. Jak zaznaczyło na swojej stronie – na życzenie czytelników. Udało mu się z tym wznowieniem trafić w bardzo szczególny moment mojego życia. Właśnie urodziła mi się pierwsza wnuczka, więc doskonale rozumiem bohaterów tej książki 🙂
Z walizkami do zamczyska przyleciały dwa ptaszyska.
Chcemy gniazdo mieć na wieży!
Bardzo na tym nam zależy!
Ciąg dalszy łatwo przewidzieć, bo kiedy już powstaje gniazdo, to oczywiście pojawia się w nim jajo, więc…
Wszyscy chodzą na paluszkach: król, królowa, dobra wróżka.
Smok też chodzić tak zamierza, żeby się nie trzęsła wieża…
A potem…
…o tym już musicie się sami dowiedzieć z tej uroczej książki. Nie spoilerując za bardzo – jest ona o tym, że takie małe i bezbronne, świeżo wyklute (czy też urodzone) stworzenie budzi zachwyt i rozczulenie, nawet jeżeli (obiektywnie patrząc) nie jest szczególnie urocze. Ot, taka magia miłości 😉
Trochę jak w bajce „Moje, nie moje”Liliany Bardijewskiej znakomicie zilustrowanej przez Krystynę Lipkę-Sztarbałło, która adresowana jest do nieco starszych czytelników niż „Pisklak” Doroty Gellner (nie mylić z „Pisklakiem”Zuzanny Orlińskiej, którego również znajdziecie w Małym Pokoju z Książkami 😉 )
Wiersz Doroty Gellner został bardzo pomysłowo i ekspresyjnie wpisany w ilustracje przez ich autorkę Jonę Jung.
Zastanawiałam się chwilę, czy nazywać tego „Pisklaka”książką czy raczej książeczką? Nie lubię tego określenia, kiedy używane jest jako (nieco protekcjonalny) synonim publikacji dla małych dzieci, pasuje natomiast jeśli mówimy o książce niewielkich rozmiarów i z niezbyt rozbudowaną treścią. „Pisklak” ukazał się w serii, którą wydawnictwo nazwało Kartonówki dla ciut starszych. Owe kartonówki są co prawda sztywnostronicowe, zawierają pojedyncze wiersze, ale jednak rozmiarowo zaliczają się do kategorii: książki.
A nawet więcej – to kategoria: książki, które zdecydowanie warto przeczytać z dziećmi. Każda grupa wiekowa znajdzie w „Pisklaku” coś, co ją urzeknie 🙂
Dorota Gellner „Pisklak”, ilustr.: Jona Jung, wyd.: Bajka, Warszawa 2026
Są obok nas magiczne światy. Tam intensywniej pachną kwiaty. Tam dzień jest nocą, noc jest dniem, sen bywa jawą, jawa snem. Tam wszystko zwiewne jest i lśniące, ulotne, kruche, czarujące…
„Czarodziej osobisty” to książka, która jest jak brama do tych światów. Wystarczy tylko ją otworzyć i już znajdujemy się tam, gdzie można spotkać księżniczki, czarodziejów i wróżki, że o smokach nie wspomnę. Tam wszystko jest możliwe, a najbardziej to, że dobre uczucia są wszechmocne.
Twórczość Doroty Gellner towarzyszy mi od czasów, kiedy moje córki były małe, a więc (nie zaglądając im w metryki 😉 ) od dość dawna. Myślałam, że doskonale wiem, czego się mogę po jej książkach spodziewać, ale „Czarodziej osobisty” okazał się dla mnie zaskoczeniem. W porównaniu z wcześniejszymi publikacjami Autorki, mniej jest tutaj absurdalnego humoru, który bardzo lubiłyśmy, a więcej zadumy nad upływającym czasem i nad tym, co jest w życiu najważniejsze, bez czego nie możemy się obejść.
Tę atmosferę znakomicie budują ilustracje Piotra Fąfrowicza, które towarzyszą mi równie długo i nieodmiennie zachwycają.
To książka o przyjaźni, miłości, czułości, nadziei, wdzięczności, cierpliwości i uzdrawiającej mocy słów. O sile marzeń i wyobraźni. (…) Ale też o smutku, żalu, tęsknocie i rozczarowaniu, samotności i rozpaczy. O niewidzialnej granicy między jawą i snem, życiem i baśnią – możemy przeczytać na jej okładce.
Kiedy czytam zawarte w niej wiersze i baśnie, dzieje się ze mną coś dziwnego. Mam poczucie, że zapadam się w jakąś inną rzeczywistość, a świat codzienny – pełen złości, kłótni i okrutnych słów rzucanych ot tak sobie, bo internet wszystko pomieści – dokądś odpływa, oddala się i wcale nie mam ochoty do niego wracać.
Nieważne, ile macie lat – spróbujcie się tam udać !!!
Wystarczy tylko znaleźć wejście: sekretną furtkę, tajne przejście, nacisnąć nagle coś niechcący i wniknąć w świat zdumiewający, pełen cudownych niezwykłości. I świat ten chętnie nas ugości – przez chwilę lub przez okamgnienie – swoje ujawni nam istnienie.
Dziękuję Wydawnictwu Bajka za egzemplarz recenzencki tej książki !!!
Dorota Gellner „Czarodziej osobisty”, ilustr.: Piotr Fąfrowicz, wyd.: Bajka, Warszawa 2026
Trafiłam na tę książkę właściwie przypadkiem, ale urzekła mnie, jeszcze zanim ją otworzyłam. Najpierw chyba zachwycił mnie jej tytuł –chapau bas dla tłumaczki za to urocze słowo !!! Również okładkowa ilustracja, tak bardzo korespondująca z tym, co nas aktualnie otacza, była zachętą, żeby po nią sięgnąć. A potem…
… niezwykle plastyczny opis miejsca, gdzie się to wszystko dzieje – okolicy czyli klifu nad szumiącym morzem, Szumidrogi, która tam prowadziła i małego domku, w którym mieszkali bohaterowie.
Na pierwszy rzut oka sprawiał wrażenie skały porośniętej mchem. Na drugi wyglądał jak ogromne powalone drzewo, które uschło i zbutwiało. Dopiero za trzecim razem i po kilku krokach okazywało się, że to faktycznie dom. (…)
Domek miał troje mieszkańców. Dwoje z nich upodobniło się do domstwa; pomarszczone twarze staruszków były poprzecinane głębokimi bruzdami – koleinami życie, które oplatały ich ciała niczym bluszcz. Przy chodzeniu, schylaniu się lub wstawaniu sędziwe kości trzeszczały prawie tak samo jak zżarte przez korniki belki, gdy wzburzone morze nie tylko szumiało, lecz także wyło i kipiało.
Byli to stary Per i jego żona Tove. W domku na szczycie klifu mieszkali od zawsze i razem z nim się zestarzeli.(…) Trzeci mieszkaniec domu nazywał się Vilmar. Miał mniej więcej siedem lat, czego z różnych powodów nie było po nim widać…
Motyw samotnych (często starych) ludzi (dwojga lub czasem jednego) przygarniających dziecko, które pojawia się nie wiadomo skąd, jest dosyć częsty w baśniach. Znam ich kilka, z różnych stron świata, ta nie jest pierwsza. Chodzi w nich o bezwarunkową miłość, która potrafi wypełnić pustkę wcześniejszego życia oraz o akceptację dla odmienności istoty, którą się pokochało. A także o zrozumienie, że prawdziwa miłość polega również na tym, aby pozwolić odejść kochanej osobie.
To wszystko jest w tej baśni, ale jednak pozostawiła mnie ona z uczuciem pewnego niedosytu. Czegoś mi w niej zabrakło – jakby zakończenie się autorowi rozmyło. Nie było tak interesujące i wyraziste jak początek tej opowieści. Chciałoby się, żeby nieco szerzej została opowiedziana historia Hendrika, myślę, że wiele by ona wyjaśniła.
Na szczęście niczego nie brakuje ilustracjom Emilii Dziubak, które znakomicie oddają nastrój tej historii.
„Zawieruszek” to książka, która pasuje do zimowych wieczorów, szczególnie takich mroźnych jak teraz. Ogień w kominku, gorąca herbata i wspólne czytanie – nic więcej nie jest mi do szczęścia potrzebne.
Kai Lüftner (tekst), Emilia Dziubak (ilustr.) „Zawieruszek. Baśń skandynawska” przekł.: Małgorzata Słabnicka – Turpeinen, wyd.: Nasza Księgarnia, Warszawa 2024
…i jakoś tak kompletnie niezauważona przeszła, a szkoda !
Jest taki las, który pachnie słońcem. Rośnie daleko stąd, pomiędzy Rozczochraną Łąką a Łysiejącą Górką. W tym lesie mieszka bardzo mądra wiedźma. Ma piegi na nosie i lubi wspinać się na drzewa. Wskakuje we wszystkie kałuże i potrafi zachwycić się kamykiem. Czasem ściga się z wiatrem i opowiada drzewom baśnie. I choć jest malutka, dobrze opiekuje się swoim lasem. A najwspanialsze jest to, że umie wiele rzeczy wyczarować, choć nie zna żadnych zaklęć.
Tak kończy się ta historia, ale na początku był sobie po prostu tylko pewien Bardzo Mały Las – tak mały, że z daleka wyglądał jak kępka drzew. Do tego prawie zawsze unosiły się nad nim siwe mgły. Las nie szumiał, ani nie szeleścił. Nie odwiedzały go zwierzęta. Nie zaglądali do niego grzybiarze. Jedyni mieszkańcy lasu, Szczur i Pająk, byli małomówni i zajmowali się własnymi sprawami.
Potem w tym lesie zamieszkała wiedźma. Jednak zupełnie nie taka, jakiej się spodziewali. Nie miała ani kapelusza, ani siwego warkocza, ani nawet miotły. Była po prostu niedużą dziewczynką o imieniu Bazylia, która dopiero uczyła się, jak być wiedźmą. Szczurowi, który mieszkał kiedyś w bibliotece i przeczytał wiele ksiąg, wydawało się, że lepiej od niej wie, co robią wiedźmy i usiłował ją do togo namówić. Ale Bazylka w każdej kwestii miała zdanie odrębne… 😉
„Mała wiedźma Bazylka” to sympatyczna opowieść o poszukiwaniu w życiu własnej drogi i samodzielnym dochodzeniu do tego, co jest w nim dla nas najważniejsze. Oraz o tym, że rozmaite mądre (w domyśle – dorosłe 😉 ) osoby, którym się wydaje, że wiedzą to lepiej od nas, wcale nie mają racji. I dobrze jest, jeśli w końcu to zrozumieją i zaakceptują.
Historii Bazylki, opowiedzianej przez Katarzynę Szestak, towarzyszą bardzo ciekawe ilustracje Elżbiety Wasiuczyńskiej, częściowo wykonane techniką linorytu. To dzięki nim sięgnęłam po tę książkę, bo wcześniej Ela pokazywała te, jak je nazwała, SZARUSYna swoim blogu i byłam bardzo ciekawa końcowego efektu. Trochę żałuję, że wydawnictwo nie zdecydowało się na jej pierwotny pomysł, aby były one przede wszystkim szare, jednak Bazylka w wersji kolorowej też bardzo mi się podoba !
Odkryłam przy tej okazji, że mam z nią cos wspólnego. Mianowicie: też nie lubię nosić czapki. Całe życie słyszałam od rozmaitych Mądrych Osób, że powinnam i wreszcie mam na to dobrą odpowiedź: Wygodniej jest nosić we włosach wiatr, deszcz, kwiaty, pióra i liście. Wtedy do głowy wpadają najlepsze pomysły.
Dziękuję Bazylko !!!
Katarzyna Szestak „Mała wiedźma Bazylka” ilustr.: Elżbieta Wasiuczyńska, wyd.: Publicat, Poznań 2024
Książka nominowana przeze mniew Małej Edycji Plebiscytu LOKOMOTYWA 2024
oraz nagrodzona w tegorocznym Konkursie Literackim „Planeta Izabelin” !!!
a także wpisana na Listę Skarbów Muzeum Książki Dziecięcej za rok 2024
Jeśli ktoś myśli, że rekonstruuję mity słowiańskie – grubo się myli. Jeśli sądzi, że zmyślam wszystko, każde słowo – myli się również – napisała Autorka we wstępie do tej książki.
Mit jest jak kłoda – piastunka, jak stare, dawno już powalone drzewo, ne którym wyrastają nowe, młode drzewka. Możemy sobie wyobrażać, jak to drzewo wyglądało, kiedy jeszcze żyło i rosło. Ale nie możemy tego zobaczyć. Dotyczy to zwłaszcza mitów słowiańskich. Bardzo mało wiemy, zapisków mamy tyle co nic – ot, kilka wzmianek w kronikach. Troszkę można odczytać z obrzędów, pieśni, opowieści i baśni pozbieranych po wsiach. Trochę z języków. Trochę z wierzeń, przesądów oraz ludowej magii i medycyny. Ale to wszystko okruszki, z których próbujemy złożyć obraz wielkiego, rozłożystego drzewa z jego najlepszych czasów…
„Między ziemią a niebem” to trzecia książka napisana przez Katarzynę Jackowską-Enemuo i druga z nich, którą zilustrowała Nika Jaworowska-Duchlińska. Nie można jednak powiedzieć, że jest to drugi tom – raczej kolejny 😉 A kolejność, w której będziemy je czytać, zależy tylko od nas.
W „Między światem a zaświatem” Autorka dotykała spraw ostatecznych. Tutaj natomiast opowiada nam o istocie świata – tego, w którym żyjemy, a który nie zawsze rozumiemy, mimo że wydaje nam się, że jesteśmy bardzo mądrzy. O żywiołach, które nim rządzą i nad którymi ludzie chcieliby panować, ale nie bardzo im to wychodzi.
Ziemia, woda, ogień, wiatr, światła na niebie – to wszystko otacza nas i towarzyszy nam od zawsze. Dawniej ludzie uważali te elementy za żywe i mieli z nimi swoje szczególne więzi. Nie chodzi tylko o wiarę w bogów ognia, słońca lub wody. Chodzi także – albo nawet przede wszystkim – o pełną szacunku bliskość.
Nieodmiennie zachwyca mnie język, którym pisze Katarzyna Jackowska–Enemuo, bo jest w nim niezwykła melodyjność, coś co niesie nas, kiedy czytamy. Ponieważ miałam kiedyś przyjemność słuchania jej opowiadającej i akompaniującej sobie na akordeonie, to podczas lektury cały czas słyszałam w głowie jej głos. Pożałowałam nawet, że nie ukazała się ona w formie audiobooka, ale zaraz potem uświadomiłam sobie, że wtedy nie mielibyśmy okazji zobaczyć ilustracji Niki Jaworowskiej – Duchlińskiej, a bez nich te historie byłyby uboższe…
Cóż, zawsze w życiu jest coś za coś, ale jeśli przytrafiłaby się Wam okazja posłuchania Autorki, nie rezygnujcie z niej, bo to jest rzecz niezapomniana !!!
Podobnie jak w „W między światem a zaświatem” tutaj także oprócz pięknych baśni znajdziemy także uzupełnienie dla dociekliwych. Na końcu jest także słowniczek wyrazów niecodziennych. Ja sama co prawda znalazłam tam wiele słów, które dla mnie są zdecydowanie codzienne, mam jednak nadzieję, że wzbogacą wokabularzyk innych czytelników 😉
We wstępie Autorka napisała jeszcze:
Piszę książki po to między innymi, by każdy człowiek – duży i mały – wiedział, że wolno nam zmyślać i wymyślać. Że wolno nam opowiadać swoje historie. Albo stare opowieści po swojemu. Że wolno nam zmieniać – bo wszystko wokół się zmienia. Lecz że przy tym dobrze jest poczytać, poszukać, sprawdzić, jak było kiedyś tu i tam. To wspaniała przygoda, która poszukiwaczowi zawsze bardzo dużo daje.
Opowiadamy sobie siebie i świat, żeby próbować zrozumieć i żeby się z tym światem, ze sobą samym w świecie spotkać. Na tysiąc, milion sposobów, jeszcze raz i jeszcze – wciąż od nowa. I to jest bardzo piękne. Opowiadajcie i wy.
A ja mogę się tylko przyłączyć do tego wezwania 🙂
Katarzyna Jackowska-Enemuo „Między ziemią a niebem”, ilustr.: Nika Jaworowska-Duchlińska, wyd.: Albus, Poznań 2024
czyli seria baśni autorstwa Roksany Jędrzejewskiej – Wróbel, zilustrowanych przez Mariannę Oklejak, a wydanych przez Wydawnictwo Bajka.
Cały cykl został nominowany w Plebiscycie Blogerów LOKOMOTYWA 2023 w kategorii: Od A do Z !!!
Tak uzasadnialiśmy tę nominację:
Roksana Jędrzejewska-Wróbel sięgnęła po nieco już zapomniane baśnie, aby odczytać je na nowo z dziewczęcymi bohaterkami, stawiając je wobec całkiem współczesnych wyzwań.
Marianna Oklejak stworzyła je wizualnie. Każda z baśni ma ma swój kolor, wybrany nieprzypadkowo, widoczny nie tylko na grzbiecie, ale także dominujący w ilustracjach w środku, nadający im ton i wynikający z jej treści.
Ostatni tom jest nie tylko oddzielną historią, ale dopełnieniem poprzednich. Razem tworzą całość niezwykle starannie wymyśloną i wydaną – chapeau bas dla wszystkich, którzy się do tego przyczynili !
O wszystkich tomach tego cyklu pisałam w Małym Pokoju z Książkami zaraz po tym, jak się okazywały, ale pomyślałam sobie, że warto zebrać je wszystkie razem w jednym wpisie.
Pierwsze trzy części czyli „Kwiat paproci”, „Szklaną górę” i „Dziwożonę” znajdziecie —>>> tutaj
Czwartą i piątą czyli „Wodę żywą” i „Żelazne trzewiczki” —>>> tutaj
Książka nominowana i NAGRODZONA w Plebiscycie Blogerów LOKOMOTYWA w kategorii: Od A do Z !!!
To jest druga książka, jaką napisała Katarzyna Jackowska-Enemuo i druga, która w Plebiscycie Blogerów LOKOMOTYWA wygrała w kategorii: Od A do Z. I to w dodatku rok po roku !!! Ale w kolejnej edycji LOKOMOTYWY już tak nie będzie, jestem tego pewna. A to dlatego, że kolejna książka tej autorki zapowiadana jest dopiero za rok 😉
„Tkaczkę chmur”, o której pisałam —>>> tutaj , ilustrowała Marianna Sztyma, natomiast w „Między światem a zaświatem” tekstom Katarzyny Jackowskiej-Enemuo towarzyszą malarskie ilustracje Niki Jaworowskiej-Duchlińskiej. Są one nieco poważniejsze, jakby doroślejsze, bo też i ta książka jest adresowana do nieco starszych czytelników. Trudno sobie wyobrazić, że mogłoby one wyglądać inaczej i właśnie tej niezwykłej spójności tekstu i obrazu obie zawdzięczają nominacje w naszej kategorii przeznaczonej dla książek totalnych, domyślanych i dopracowanych w najdrobniejszych szczegółach.
Zanim przejdziecie przez tajemną furtkę, za którą spotykają się świat i zaświat, musimy wyjaśnić sobie kilka rzeczy.
Czy wiecie, czym jest tradycja ? Ktoś powie, że to takie stare, dziwne rzeczy nie wiadomo po co. A ja wam powiem, że tradycja to czasem po prostu zwyczaj. Ale też sposób myślenia i to, jak sobie wyobrażamy świat, jak go rozumiemy. To taki sposób, który jest przekazywany z pokolenia na pokolenia – ale nie poprzez naukę w szkole, lecz poprzez uczestnictwo, działanie i opowieści. (…)
Niektóre takie tradycyjne rzeczy czy wyobrażenia, które są bardzo stare, dzisiaj mogą nam się wydawać dziwaczne i niezrozumiałe. Wiele jest jednak bardzo interesujących. Pięknych. I warto o nich pamiętać. A może nawet czasami z nich korzystać. I zmieniać je po swojemu – bo prawdziwa, żywa tradycja to taka, która się nieustająco zmienia. Zachowuje coś z przeszłości, ale jest giętka i elastyczna, daje się formować jak glina po to, żeby nasze życie było bogatsze i piękniejsze. I pomaga nadawać sens codziennym sprawom. W tej książce znajdziecie bardzo dużo takich tradycyjnych obrazów i wątków.
Katarzyna Jackowska-Enemuo pisze o sobie: Z urodzenia – Pomorzanka, z wykształcenia – antropolog kultury po UJ, z natury – nomada, muzykantka i opowiadaczka historii. Karierę pisarki rozpoczęła dopiero niedawno, ale od wielu lat opowiada ilustrując muzyką bajki, baśnie, historie prawdziwe i zmyślone dzieciom i dorosłym…
W tej książce znajdziecie nie tylko poetyckie i opowiedziane przepięknym językiem historie – o Drzewie Świata, o Leszym – opiekunie lasu czy o Mikołaju – opiekunie wilków, ale także dodatkowe uzupełnienia dla dociekliwych. Można się z nich dowiedzieć skąd się wzięły te opowieści i jakie symboliczne znaczenie mają pojawiające się w nich osoby, stworzenia czy artefakty. Jest tam także Słownik dziwnych nazw dla jeszcze dociekliwszych – bardzo ciekawy !
A czym jest zaświat ? I co to za dziwny tytuł „Między światem a zaświatem”? Czy zaświat to piekło? Kraina umarłych? Bo świat – to wiadomo (niby). To my: nasze ręce, głowy i nogi. Nasze domy. Nasze ulice, lasy, rzeki, pola, psy i ptaki. Nasze samochody, komputery i zabawki. Słowa, dźwięki, uczucia i myśli. Atomy i czarne dziury. Mrówki i galaktyki. Cały wielki nieskończony wszechświat. Za którym nie ma nic, bo jest on nieskończony.
No to czym jest zaświat ? Zaświat to piąta strona świata. To część rzeczywistości, którą człowiek od zawsze wyłącznie przeczuwa i której nie może dotknąć. Tam według niektórych starych opowieści mieszkają dusze, stamtąd przychodzą i tam wracają. To kraina – niekraina, która rządzi się swoimi prawami. W której możliwe jest to, co na świecie nie jest możliwe. W zaświecie czas płynie inaczej lub nie ma go wcale. W zaświecie można wędrować od gwiazdy do gwiazdy, wspinać się po moście utkanym ze światła… Ale też nie każdy może się tam dostać, a tym bardziej – wydostać stamtąd. Zaświat jest blisko, bliziutko, lecz nie dla wszystkich jest dostępny. Otwiera się nagle – albo też trwa zamknięty i trzeba wiedzieć, jak go otworzyć. (…)
Ta opowieść jest właśnie o bliskości zaświata. I nie, nie jest o duchach, zmorach, zjawach i demonach, bo nie chcę pisać bestiariusza. A poza tym zjawy, zmory i inne paskudztwa powstają głównie z naszego strachu. Według starych, bardzo starych, najstarszych opowieści zaświat wcale nie jest straszny. On zwyczajnie jest. Inny niż nasz – ludzki- świat.
Podobnie jak w „Tkaczce chmur” także i tutaj Autorka dotyka spraw ostatecznych, tematów, których zazwyczaj staramy się unikać – nie tylko w rozmowach z dziećmi, ale w ogóle. Bo sami się ich boimy, nie rozumiemy i wydaje nam się, że nie mówiąc o nich, odsuwając je od siebie spowodujemy, że znikną.
Wydaje nam się też często, że nie rozmawiając o nich z dziećmi, chronimy je, ale przed czym ? Przed smutkiem ? Strachem ? Życiem ?
Nie wiemy i nie jesteśmy w stanie przewidzieć, kiedy życie przyniesie nam to, co nieuniknione. Baśnie z tego zbioru pomagają się z tą świadomością oswoić – dzieciom i dorosłym. Pozwalają zacząć rozmowę, zadać pytania, które męczą i trapią.
To jest ta droga, o której nikt nie wie, // Która się dwa razy otwiera dla ciebie, // Raz – gdy przychodzisz, // I raz – gdy powracasz, // Kiedy się w kole niebieskim obracasz.
Katarzyna Jackowska-Enemuo jest, jak wspomniałam, opowiadaczką historii. Kilka dni temu miałam ogromną przyjemność oglądać ją w tej roli, kiedy w ramach współpracy Plebiscytu Blogerów LOKOMOTYWA z Izabelińskimi Spotkaniami z Książką wystąpiła dla uczniów Szkoły Podstawowej w Izabelinie. Opowiadała dzieciom pochodzące z tej książki historie o Drzewie Świata i o Leszym – opiekunie lasu, akompaniując sobie na akordeonie. Towarzyszył jej, grający na cymbałach i lutni arabskiej Mateusz Szemraj.
To był niezwykły spektakl. Bez dekoracji, rekwizytów czy efektów specjalnych – tylko słowa, żywa muzyka i fascynująca osobowość Katarzyny Jackowskiej-Enemuo. To wystarczy 😉 Mimo że przecież znałam te historie, słuchałam zafascynowana.
Dzieci także dały się jej opowieściom uwieść i wciągnąć do wspólnego śpiewania i wygłaszania zaklęć. Jeśli będziecie mieli kiedyś możliwość posłuchania jej na żywo – skorzystajcie, nie będziecie żałować !!!
Katarzyna Jackowska-Enemuo „Między światem a zaświatem”, ilustr.: Nika Jaworowska-Duchlińska, wyd.: Albus, Poznań 2023
Cykl „Siedem szczęśliwych. Baśnie nie dość znane” został nominowany w Plebiscycie Blogerów LOKOMOTYWA 2023 w kategorii: Od A do Z !!!
czyli siódma, ostatnia z serii „Siedem szczęśliwych. Baśnie nie dość znane”. O trzech pierwszych i zamyśle, jaki towarzyszy całej, serii pisałam —>>> tutaj, o czwartej i piątej —>>> tutaj, a o szóstej —>>> tutaj
„Śpiący rycerze” to ta z części cyklu „Siedem szczęśliwych. Baśnie nie dość znane”, na którą czekałam z największym zainteresowaniem już od momentu, kiedy ukazały się jego pierwsze tomy. Zastanawiałam się, czy w zamyśle Roksany Jędrzejewskiej – Wróbel ma być to po prostu siedem oddzielnych historii o siedmiu dziewczynkach szukających szczęścia, czy też może ostatnia z nich będzie jakimś zamknięciem i podsumowaniem cyklu ? A jeśli taki jest jej zamiar – to jak to zrobi ? I czy będą to konsekwentnie historie wyłącznie o dziewczynkach ? Odpowiedź na te pytania (a raczej jej zapowiedź 😉 ) można zauważyć już patrząc na okładkę tej części.
Była raz sobie dziewczynka imieniem Ronja, która widziała i czuła więcej. Więcej niż inni, a nawet więcej niż sama sądziła, ze widzi i czuje. A do tego nie umiała udawać, że jest inaczej…
Bohaterka „Śpiących rycerzy” nieprzypadkiem nosi kojarzące się ze Skandynawią imię i również nieprzypadkowo podobna jest z twarzy do Grety Thunberg, ale czytanie tej historii tylko w kontekście tego podobieństwa i kwestii kryzysu klimatycznego byłoby sporym uproszczeniem.
Baśń tę dedykuję wszystkim wrażliwym dziewczynkom i chłopcom, którzy tak jak Ronja czują się bezsilni i samotni…
Bohaterki poprzednich sześciu części mierzyły się z problemami, które dotyczyły tylko ich, wręcz – były w nich, a ich rozwiązanie miało pomóc tylko im samym. Problem, wobec którego staje Ronja dotyczy wszystkich ludzi, całego świata – jednak wbrew pozorom to nie jest historia o zmianach klimatu, które symbolizuje płonące morze. „Śpiący rycerze” to baśń o niebyciu obojętnym, o pokonywaniu własnej bezsilności i o sile, jaką daje wspólnota.
W tym zamykającym cały cykl tomie pojawiają się oprócz Ronji nie tylko wszystkie bohaterki poprzednich części. Znaczącą rolę odgrywają w nim także tytułowi śpiący rycerze, ale wbrew temu, co stereotypowo mogło by nam się kojarzyć z ich płcią i profesją, nie siła i męstwo są ich największą mocą tylko wrażliwość.
„Śpiący rycerze” to opowieść o tym, że świat może zostać uratowany tylko przez dziewczyny, które nie boją się krzyczeć, kiedy dzieje się zło, i przez chłopców, którzy nie boją się płakać nad niegodziwością. Stanie się to jednak tylko wtedy, kiedy będą działać razem. Szczęśliwi możemy być tylko z innymi.
Teraz, kiedy już znamy wszystkie części tej serii, warto przyjrzeć się jej jako całości i docenić to, jak jej strona wizualna autorstwa Marianny Oklejak, współgra z tekstami Roksany Jędrzejewskiej – Wróbel. Każdy z tomów ma swój kolor, widoczny nie tylko na grzbiecie, ale także dominujący w ilustracjach w środku, nadający im ton, bo wynikający z treści tej baśni. Kolejność, w jakiej się te kolory w poszczególnych częściach pojawiają, też nie jest przypadkowa. W otwierającym cykl „Kwiecie paproci” mamy dość oczywistą zieleń zestawioną z trochę dziecinnym różem, a potem robi się coraz poważniej. Kolorystyka tomów odpowiada dorastaniu bohaterek do coraz trudniejszych wyzwań i dorastaniu wraz z nimi czytelniczek tej książki.
„Siedem szczęśliwych. Baśnie nie dość znane” to cykl niezwykle starannie wymyślony, stworzony i wydany – chapeau bas dla wszystkich, którzy się do tego przyczynili !!!
Dziękuję Wydawnictwu Bajka za egzemplarz recenzencki tej książki 🙂
Roksana Jędrzejewska-Wróbel „Śpiący rycerze. Baśń o wspólnocie” („Siedem szczęśliwych. Baśnie nie dość znane”), ilustr.: Marianna Oklejak, wyd.: Bajka, Warszawa 2023