Maleńkie królestwo

Maleńkie królestwo

Maleńkie Królestwo było naprawdę małe, niektórzy mówią, że było najmniejszym królestwem na świecie. I ze wszystkich stron świata przybywali goście, by się zdumiewać jego pięknem i maleńkością.

Było tak wąskie, że kiedy Król i jego Mądry Doradca chcieli pograć we frisbee, musieli przekraczać granice sąsiednich państw…

Tak zaczyna się „Maleńkie królestwo” Etgara Kereta, o którym Paweł Smoleński reporter i przyjaciel autora napisał na okładce, że jest ciepłe jak ulubiona poduszka, mądre jak sowa i głębokie jak morze. I to prawda, takie właśnie jest !!! W dodatku zostało ono przepięknie zwizualizowane przez Tami Bezaleli. Zachwycił mnie zarówno jej koncept królestwa jako książki, jak i wizja całego świata trochę kojarzącego się z tym z „Małego Księcia”. Fantastyczne są te państwa – planety krążące wokół siebie tak, że można się między nimi swobodnie przemieszczać, skacząc z jednej na drugą !

Ostatnie miesiące w moim życiu to był emocjonalny rollercoaster. Równolegle musiałam się zmierzyć z odchodzeniem Mamy i ślubem Najstarszej z córek, w tym wszystkim nie miałam już siły na poznawanie nowych historii i czytanie książek, szczególnie tych dla dzieci (z literatury dorosłej stać mnie było właściwie tylko na kryminały). Nie znajdywałam już w sobie miejsca na nowe światy i nowe emocje. „Maleńkie królestwo” przełamało tę niemoc. Przeczytałam je na Targach Książki w Warszawie i to dosłownie, bo przycupnęłam z tą książką na krześle w stoisku wydawnictwa. Mam więc wobec jej autorów szczególny dług wdzięczności.

Etgara Kereta kojarzyłam przede wszystkim z najmniejszym domem w Warszawie, którego jest patronem, a który opisany został w „ArchiTekturkach”. Z jego dorosłej twórczości czytałam chyba tylko „Siedem dobrych lat” – zbiór opowiadań (czy też bardziej felietonów) pisanych przez niego w pierwszych latach życia syna. Ich tematyka osnuta jest wokół rodziny, ale do mnie bardziej od tych o synu trafiały te o rodzicach i siostrze, która u progu dorosłości nawróciła się na ortodoksję. Wzruszyła mnie historia specjalnej wersji jednej z jego książek – przeznaczonej dla siostrzeńców. Nie pamiętam już, o jaki tytuł wtedy chodziło, ale myślę że (przy całym szacunku dla konsekwencji w wierze i prawie rodziców do wychowywania dzieci zgodnie z nią) szkoda by było, gdyby pozbawić ich kontaktu z mądrością zawartą w „Maleńkim królestwie”.

Ta książka to napisana prostymi słowami przypowieść o tym, co jest w życiu najważniejsze. Nie będę zdradzać, co to jest – sądzę, że sami się domyślacie i nie będzie to dla Was zaskoczeniem.

Mali ! Każcie Dużym czytać sobie „Maleńkie Królestwo”. Nie tylko otworzą oczy na dawno już zamglone własne dzieciństwo, ale zobaczą o wiele więcej w dorosłym świecie – napisał na okładce Paweł Smoleński, a ja się pod tym podpisuję obiema rękami. Dawno nie czytałam niczego równie pięknego i za te wzruszenia dziękuję i autorom, i tłumaczce, i wydawnictwu 🙂

Update 13.10.2021:

Już po napisaniu tej recenzji trafiłam na bardzo ciekawy wywiad z Etgarem Keretem (—>>> tutaj ), w którym opowiada on między innymi o ilustracjach do tej książki i ich autorce.

Historia o tym, jak nawiązałem współpracę z Tami Bezaleli, ilustratorką „Maleńkiego Królestwa”, jest dość zabawna. Miałem tekst i wyobrażałem sobie do niego obrazy, które będą wyrażały samotność, ale i nadzieję. Zazwyczaj takich emocji nie znajdzie się w izraelskich grafikach, pasują raczej do wschodnioeuropejskiego stylu. Przez rok nie mogłem znaleźć nikogo, kto zilustrowałby książkę. W końcu mój redaktor pokazał mi wideo na YouTube, w którym nie widać było twarzy artysty, tylko ręce pracujące nad szkicem. Zawołałem: o, to ta osoba!

Okazuje się, że Tami Bazaleli ilustrowała już wcześniej książkę dla dzieci, ale było to 45 lat wcześniej ! Wtedy nie była zadowolona z efektu i nie chciała już więcej to tego rodzaju twórczości wracać. Na szczęście dała się przekonać 🙂

Dowiedziałam się z tego wywiadu także, że wszystkie znajdujące się na ilustracjach postaci mają twarze autentycznych osób i przed dopasowaniem twarzy do ich książkowych odpowiedników autorzy przeprowadzili coś w rodzaju castingu tak, aby jak najlepiej ich dobrać. Na przykład księciem został bratanek żony Kereta, którego ojciec jest gwiazdorem rocka i jego syn jest przyzwyczajony do różnych przywilejów.

Etgar Keret opowiada tam również o tym, dlaczego w swojej twórczości sięga do baśni i robi to nie tylko w w wersji książkowej 😉 Niedawno powstał także krótki film „Outside”, którego był współautorem. To krótki metraż, przy którym współpracowałem, specyficzna bajka, przypominająca trochę „Jasia i Małgosię”, nawiązująca do trwającej pandemii. Film można obejrzeć online. Pracowałem przy nim z choreografką Inbal Pinto, którą podziwiam — bardzo chciałem zrealizować z nią jakiś projekt. To oznaczało też, że musiałem spróbować tańca.

Obejrzyjcie, warto !

Etgar Keret (tekst), Tami Bazaleli (ilustr.) „Maleńkie królestwo”, przekł.: Agnieszka Maciejowska, wyd.: Widnokrąg, Piaseczno 2021

Zimowa wyprawa Ollego

Zimowa wyprawa Ollego

To już jedna z ostatnich książek, które czekają, żeby je znowu wstawiła na półki Małego Pokoju z Książkami. Zwlekałam z nią, aż pogoda za oknem zrobi się odpowiednia do tej lektury i w końcu doczekałam się. Wpis z 27 stycznia 2014 roku, ale „Zimowa wyprawa Ollego” nadal jest do kupienia i warto po nią sięgnąć 🙂

Jeszcze w kwietniu, kiedy natura zafundowała nam białe święta Wielkanocne, sądziłam, że mam już śniegu po kokardę i nigdy za nim nie zatęsknię. A jednak zatęskniłam i gdzieś tak w początku stycznia stwierdziłam, że dość mam już tej listopadowo – marcowej pogody, takiego niewiadomoco, ni to jesieni, ni to przedwiośnia. Okazało się, że do równowagi psychicznej potrzebuję czterech pór roku, mimo że tamta sytuacja miała swoje dobre strony – mogłam ciągle jeździć na letnich oponach z tygodnia na tydzień odkładając zakup nowych zimówek, nie trzeba było zaczynać dnia od odśnieżania, a i rachunek za ogrzewanie zapowiadał się całkiem przyjemny.

Natura odpowiedziała na moje zapotrzebowanie, mam swój wymarzony na całej połaci śnieg i… jakby to powiedzieć ?… nie żebym już wyglądała wiosny, ale trochę obawiam się, żeby znowu gdzieś się nie zaguzdrała. Ferie w tym roku mamy w Warszawie wyjątkowo późno, z nart wrócę już w marcu i w zasadzie na tym się moje zapotrzebowanie na śnieg kończy. Dałoby się zamówić wiosnę od razu potem ???

Olle też nie mógł doczekać się zimy, bo chciał wreszcie pojeździć na swoich pierwszych prawdziwych nartach. Z tym że u niego ta długo oczekiwana zima pojawiła się na dwa tygodnie przed Bożym Narodzeniem. Taki klimat w Skandynawii 😉 Kiedy w końcu się doczekał, wyruszył na wyprawę narciarską do lasu, a tam spotkał…

… kogo ? Tego należy dowiedzieć się z książki 🙂

„Zimowa wyprawa Ollego” to książka na nasze czasy dość staroświecka (i nic dziwnego, skoro powstała w 1907 roku) jednak przyjemnie się ją czyta. Ciekawie jest zobaczyć, jak kiedyś wyglądały prawdziwe narty i jak się ubierali narciarze. Możemy też się dowiedzieć, skąd się biorą prezenty pod skandynawskimi choinkami.

Kreska Elsy Beskow skojarzyła mi się z ilustracjami, które pamiętam z przedwojennego wydania „O krasnoludkach i sierotce Marysi” – książki z dzieciństwa mojego Taty. Była to w moim życiu pierwsza tak stara książka, więc pamiętam ja dość dobrze. Niestety, gdzieś się zapodziała przy okazji którejś przeprowadzki, więc nie mogę sprawdzić, kto ją ilustrował. To podobieństwo chyba nie jest przypadkowe, bo na stronie wydawnictwa „Zakamarki” znalazłam taką informację: Ciekawostką jest fakt, że zaliczany do klasyki polskiej literatury dziecięcej poemat Marii Konopnickiej „Na jagody”, powstał właśnie do ilustracji z książki Elsy Beskow i tymi ilustracjami opatrzone były jego pierwsze wydania. Czy Maria Konopnicka znała również tekst Elsy Beskow? Specjaliści wielokrotnie spierali się, na ile polska pisarka popełniła plagiat. Jednego możemy być pewni – i ją urzekły niezwykłe ilustracje Elsy Beskow.

Dobrze, żeby współczesne dzieci, obcujące na co dzień z nowoczesnymi ilustracjami takich twórców jak Iwona Chmielewska czy Herve Tullet (że ograniczę się tylko do dwóch nazwisk, bo lista powinna być bardzo dłuuuuga), poznały także te z czasów dzieciństwa swoich (pra)dziadków, mimo że może wydają nam się one zbyt akademickie. Taki płodozmian dobrze im zrobi – uświadomi, jak różnie można widzieć i pokazywać otaczający świat.

Podobieństwa „Zimowej wyprawa Ollego” do „O krasnoludkach i o sierotce Marysi” nie kończą się na kresce ilustracji, wiele wspólnego maja one także w treści – w obu mamy połączenie świata baśniowego z realnym i w obu ważną rolę odgrywa następstwo pór roku.

No właśnie – następstwo, czyli wszystko w swoim czasie i w odpowiedniej kolejności, bo nawet Ciotka Odwilż może nie jest taka zła, pod warunkiem, że przychodzi w porę. Dlatego, proszę Cioci, prosimy zapamiętać – zapraszamy na początku marca ! Nie wcześniej ! nie później !!!

Elsa Beskow (tekst i ilustr.) „Zimowa wyprawa Ollego”, przekł.: Katarzyna Skalska, wyd.: Zakamarki, Poznań 2011

Śpiąca królewna

Śpiąca królewna

Nazwisko Vojtecha Kubasty usłyszałam po raz pierwszy w czasie zajęć na studiach podyplomowych o literaturze dla dzieci i młodzieży. Prawidłowo pisze się je z ptaszkami nad e w imieniu i s w nazwisku, ale potrafię tego tutaj zrobić 😉 Z nazwiskiem zetknęłam się wtedy po raz pierwszy, ale szybko okazało się, że znam doskonale jego twórczość – podobnie jak każde niemal dziecku wychowane w PRL. Jego książki wychodziły wtedy w dużych nakładach i nawet jeśli ktoś nie miał żadnej na własność, to prędzej czy później się z nimi zetknął. I zapamiętał, bo wtedy książek typu pop-up nie było u nas zbyt wiele.

Ja należałam właśnie do tych dzieci, które ich nie miały, ale pamiętam dobrze, bo ich posiadaczkami były moje rozmaite koleżanki (może i koledzy też, ale tego już nie pamiętam 😉 ), a ja im zazdrościłam. Do dziś pamiętam frajdę, jaką miałam, mogąc własnoręcznie wsadzić do pieca Babę Jagę !!! Trudno mi dziś powiedzieć, czemu moi rodzice nigdy mi żadnej nie kupili. Czy to była kwestia przypadku i akurat na nie w księgarniach nie trafili, czy świadomy wybór ? Sądzę, że raczej to pierwsze, bo wtedy, żeby coś kupić, nie wystarczyło tylko chcieć i mieć pieniądze. Trzeba się jeszcze było znaleźć w odpowiednim miejscu w odpowiednim momencie 😉 Moja zazdrość o te książki nie była aż tak silna, żebym mogła uznać ich nieposiadanie za traumę swojego dzieciństwa, ale pozostały jego niespełnionym marzeniem 😉

Teraz mogłam wreszcie spełnić to marzenie, bo Wydawnictwo Entliczek wznowiło je w ramach Kolekcji Retro. „Śpiąca królewna” jest w niej piątą pozycją.

Vojtech Kubasta urodził się w 1914 roku w Wiedniu, ale po zakończeniu I wojny światowej jego rodzina przeniosła się do Pragi i tam mieszkał aż do swojej śmierci w 1992 roku. Z wykształcenia był architektem, a całe swoje zawodowe życie poświęcił ilustracji i książkom pop-up, których był… może nie prekursorem (bo znano je już w średniowieczu 😉 ), ale na pewno jednym z największych i najpopularniejszych twórców w historii. Jego książki wydane zostały w 24 językach, a ich łączny nakład to 35 milionów. Niestety (nie tylko dla Kubasty osobiście) czas jego artystycznej aktywności przypadł na czasy komunizmu, więc nie mógł zrobić kariery światowej na miarę swojego talentu. Jak się domyślam, miało to dla niego także wymiar finansowy. Jego książki we wszystkich językach były drukowane i sprzedawane przez państwowe wydawnictwo Artia. Kiedy tworzył pop-upy we współpracy z Disney’em wydawane przez Hachette, na okładce nie było nawet jego nazwiska.

Mimo że od czasów kiedy te książki powstawały, bardzo rozwinęła się technika wydawnicza i mogą się w tej chwili ukazywać rzeczy dużo bardziej skomplikowane, te baśnie w wersji Kubasty nadal mają swój urok. W warstwie literackiej są dosyć proste i wyczyszczone z właściwego im okrucieństwa, nadają się więc już dla wczesnych przedszkolaków. Zapewne z dużą przyjemnością będą się one bawiły ruchomymi elementami tych książeczek, a dla rodziców (czy już bardziej dziadków ?) będzie to miły powrót do czasów dzieciństwa. A może przy tej okazji spełnią się ich niezrealizowane marzenia z tamtego czasu ? 😉

Vojtech Kubasta „Śpiąca królewna”, przekł.: Marta Bręgiel – Pant, wyd.: Entliczek, Warszawa 2020

Miasto Potwór

Miasto Potwór

Książka nominowana w Plebiscycie Blogerów LOKOMOTYWA – książka dla niedorosłych w kategorii – tekst oraz nagrodzona w Konkursie Mądra Książka w kategorii książek dla dzieci !!!

Wydawnictwo Kropka jest najmłodszym, narodzonym w tym roku, dzieckiem prężnie działającego Wydawnictwa Marginesy, a „Miasto Potwór” to (po trzech książkach przełożonych z języków obcych) ich pierwsza publikacja oryginalna. Można więc powiedzieć, że jest to ich debiut – i to debiut bardzo obiecujący 🙂

Nic nie zapowiadało katastrofy. Któregoś dnia, bez żadnego zaproszenia, z morza wyłonił się wielki potwór i ruszył w stronę miasta. Typowy przedstawiciel gatunku: długie szpony, dwa rzędy ostrych zębów i łuskowata skóra pokryta szlamem z wodorostów. Pod szyją zawiązaną miał fioletową muszkę w groszki, co sprawiało, że wyglądał jeszcze potworniej. Ryknął na próbę, a z paszczy wyleciała mu… antena satelitarna.

Któryś z mieszkańców miasta, będący akurat w pobliżu, przytomnie krzyknął: „W nogi !”. Bo jak powszechnie wiadomo, kiedy w mieście pojawia się potwór, to nie po to, żeby zrobić zakupy, oddać odkurzacz do naprawy ani by zgarnąć wakacyjną pożyczkę. Zwykle bardziej zaprzątają go kwestie zniszczenia i pożarcia miasta niczym kanapki z betonem i asfaltem…

… i pewnie taki byłby także los Miastoszewa, gdyby nie to, że okazało się kompletnie niestrawne. Może nawet potworniejsze od Potwora ? Bez zieleni i drzew, bez miejsc, w których można się spotkać – za to pełne reklam i billboardów, które kompletnie zasłaniają domy.

Brzmi znajomo ? Jakbyśmy gdzieś takie miasta widzieli ? „Miasto Potwór” to ciut przewrotnie skonstruowany poradnik urządzania przestrzeni do życia. Inaczej mówiąc – propedeutyka urbanistyki 😉 Mieszkańcy Miastoszewa przy pomocy Potwora przechodzą jej skrócony kurs w praktyce. Taka lekcja przydałaby się włodarzom i mieszkańcom wielu naszych miast. A jak to się skończyło ? Musicie sami przeczytać, ja zdradzę tylko, że dobrze 🙂

Przemek Liput, który jest autorem wizualnej strony tej ksiązki, podszedł do sprawy z dużym rozmachem. Ilustracje wypełniają całe duże strony, jest na nich mnóstwo szczegółów i dialogów w dymkach. Warto je uważnie obejrzeć i przeczytać, żeby docenić wszystkie smaczki.

A potem rozejrzyjmy się dookoła i zastanówmy nad tym, co zrobić z otoczeniem, w którym żyjemy…

Joanna Gruszta (tekst), Przemek Liput (ilustr.) „Miasto Potwór”, wyd.: Kropka, Warszawa 2020

Amelia i Kuba. Złota karta

Amelia i Kuba. Złota karta

Książka nominowana w Plebiscycie Blogerów LOKOMOTYWA – książka dla niedorosłych w kategorii – tekst !!!

Kolejny, ósmy już tom cyklu Rafała Kosika o Amelii, Kubie, Mi i Albercie. Nie czytałam poprzednich dwóch, więc nie wiem, kiedy to nastąpiło, ale w tej części młodsze rodzeństwo tytułowych bohaterów awansowało do roli postaci równorzędnych i pełnowymiarowych. Szczególnie Mi, która w tym tomie ma fantastyczne teksty oraz misia o cudownym imieniu Duhast 😉

Lektura „Złotej karty” okazała się bardzo pouczającym przeżyciem, bo zmusiła mnie do zastanowienia się nad własnymi kompetencjami recenzenckimi 😉 Lata całe temu, kiedy moje córki były całkiem małe i zaczynałam z nimi chodzić do teatrów, czytałam recenzje spektakli dla dzieci w „Gazecie Stołecznej”. Nie pamiętam już, kto je pisał, ale dość szybko zorientowałam się, że moim dzieciom zdecydowanie bardziej podobają się te przedstawienia, które nie znalazły jego uznania, jako mało odkrywcze, wręcz zachowawcze. Te, które chwalił, szczególnie za nowatorskie łączenie planu aktorskiego z lalkowym oraz inne odkrywcze zabiegi inscenizacyjne, były dla dzieci po prostu zbyt trudne i niezrozumiałe. Teraz ze mną było podobnie…

Kiedy przeczytałam tę książkę, moje pierwsze wrażenie było… takie sobie. Rozczarowało mnie, że autor ograniczył się tylko do przeniesienia baśni o Złotej Kaczce w realia współczesne (a nawet bardzo współczesne, bo znajdziemy tam, dopisane, jak się domyślam, tuż przed drukiem, nawiązania do sytuacji pandemicznej, w której wypadła premiera tego tomu). Sama nie wiem, czego się jeszcze po niej spodziewałam, ale czegoś jeszcze 😉 Na szczęście zanim zdążyłam upublicznić swoje rozczarowanie, przeczytałam parę opinii osób, które sprawdziły „Złotą kartę” na żywym materiale czytelniczym czyli skonfrontowały ją z tymi, dla których została napisana (na przykład Zosia z Małej Czcionki >>>>> tutaj ). Ja niestety takiej możliwości nie mam.

Uświadomiłam sobie, że dla przeciętnego czytelnika tego cyklu jest to prawdopodobnie pierwszy kontakt z tą, tak dobrze mi znaną, baśnią, a przecież jej przesłanie w dzisiejszych czasach jest nadal bardzo ważne. Rafał Kosik znakomicie wpisał je w realia świata, w którym żyjemy i w którym żyć będą jego czytelnicy. Świat, w którym nie ma już dukatów w złocie, są za to złote karty z wirtualnymi pieniędzmi, świat rozpasanej konsumpcji i umów pisanym drobnym drukiem… Czy doświadczenie pandemii zmieni go choć trochę ?

Rafał Kosik „Amelia i Kuba. Złota karta”, ilustr.: Jakub Grochala, wyd.: Powergraph, Warszawa 2020

Uwaga ! Poniżej filmu znajduje się coś dla osób o silnych nerwach, więc zaglądacie tam na własną odpowiedzialność 🙂

Nie wiem, w jaki sposób moje córki poznały baśń o Złotej Kaczce, nie pamiętam już. Mam w domu książkę wydaną w 2004 roku, a więc w czasach przedszkolnych Najmłodszej, ale na pewno jej tego nie czytałam. Zdecydowanie również nie ja ją kupiłam, a natychmiast po pierwszym przejrzeniu schowałam w miejsce niedostępne dzieciom, szczerze żałując, że rzeczy raz zobaczonych nie da się odzobaczyć 😉 W rankingu najgorszych książek, jakie w życiu widziałam, ta zajmuje wysoką pozycję.

Spuśćmy zasłonę milczenia na autora ilustracji, które nie są zupełnie tragiczne. Tfurca wierszowanej treści pozostał anonimowy i specjalnie się nie dziwię temu, że się pod tym dziełem nie podpisał. Dziwię się natomiast tym, którzy to wydali, bo dla nich powinien być specjalny krąg w piekle 😦

Oto początek tego dzieła:

a to, pożal się Boże !, puenta:

Księżycowy sorbet

Księżycowy sorbet

Baek Heena jest tegoroczną laureatką jednej z dwóch najbardziej prestiżowych nagród dla twórców książek dla dzieci – Astrid Lindgren Memorial Award. Jej nazwisko usłyszałam po raz pierwszy właśnie przy okazji ogłaszania wyników tej nagrody . Wtedy nic mi ono nie mówiło i bardziej skupiłam się na żalu z powodu nienagrodzenia przez jury Iwony Chmielewskiej, której kibicowałam. Dopiero później zainteresowałam się samą laureatką. Ze zdziwieniem odkryłam, że jedna z jej książek została wydana w Polsce przez dość niszowe wydawnictwo Kwiaty Orientu specjalizujące się w literaturze koreańskiej.

„Księżycowy sorbet” to krótka opowieść o pewnej upalnej nocy – tak upalnej, że aż księżyc zaczął się topić. Choć sam pomysł zrobienia sorbetu z księżyca wydał mi się fascynujący, to cała zawarta w tej książce historia jakoś do mnie nie przemówiła. Szczerze mówiąc – nie do końca zrozumiałam, o co w niej chodzi. W jednej z nielicznych znalezionych w sieci recenzji przeczytałam taką jej interpretację: kiedy my coś zyskujemy, ktoś inny traci. Świat, który nas otacza nie jest nieskończony. Musimy rozsądnie się nim dzielić i zrobić wszystko, żeby każdy miał z niego to, co najlepsze. Może i tak. Nie jestem zbyt dobra w interpretacji baśni i im dłużej o niej myślałam, tym bardziej przekombinowywałam 😉

Z posłowia dowiedziałam się, że pojawiające się tam króliki z księżyca pochodzą ze starej koreańskiej legendy. Uświadomiło mi to, ile jednak zależy od znajomości kontekstów kulturowych. Dla czytelników koreańskich obecność królików na księżycu jest zapewne tak oczywista, jak dla nas możliwość spotkania tam Pana Twardowskiego (z kogutem). Bez tej wiedzy ta historia staje się po prostu absurdalna.

Dlatego bardziej przemawia do mnie to, co napisała o tej książce autorka bloga Mała Ka(f)ka: Można też, zupełnie po prostu, nie doszukiwać się żadnych głębszych sensów, tylko cieszyć oczy tym cudem, zaglądać bezwstydnie w okna wilków, sprawdzać, jak są urządzone ich domy, podziwiać kunszt artystki przy oddawaniu najmniejszych szczegółów.

Tak, strona wizualna tej książki przemówiła do mnie zdecydowanie bardziej. Baek Heena tworzy trójwymiarowe makiety swoich ilustracji, a następnie fotografuje je. W efekcie mamy nie tylko wrażenie odczuwania dusznej, upalnej nocy, ale także wydaje nam się, ze zaglądamy przez okna do mieszkań w bloku.

Nie mogę powiedzieć, że dzięki „Księżycowemu sorbetowi” zrozumiałam werdykt jurorów nagrody ALMA, ale poczułam się zainteresowana innymi książkami tej autorki.

Poza tym chciałabym wiedzieć, czy (parafrazując Michała Rusinka) ona się po polsku deklinuje czy nie, bo bardzo ułatwiłoby mi to pisanie o jej twórczości 😉

Baek Heena „Księżycowy sorbet”, przekł: Ewa Matejko – Paszkowska, wyd.: Kwiaty Orientu, Skarżysko Kamienna 2018

Dzielny Despero

Dzielny Despero

Książka, którą poznałyśmy jako „Opowieść o Despero”, bo pod takim własnie tytułem ukazała się w Polsce najpierw. Potem jednak pojawiła się jej ekranizacja – wtedy wydawnictwo zmieniło tytuł na filmowy i wznowiło ją z filmową okładką. Od tego czasu minęło juz ponad 10 lat i książki w żadnej z tych wersji nie można kupic, ale na pewno jest w bibliotekach, które są znowu czynne !!!

Wpis z 14 listopada 2007 roku:

Ostatnie miesiące roku to dla mnie okres wytężonej logistyki 😉 Mając przed sobą perspektywę grudniowych mikołajek, Bożego Narodzenia i urodzin Najmłodszej z córek, które przypadają na początku stycznia, muszę bardzo skrupulatnie zaplanować prezenty – tak, żeby spełnić przynajmniej część marzeń moich córek i żeby każdą z tych okazji uczcić prezentami adekwatnymi do rangi zdarzenia. Oczywiście nie może wśród nich zabraknąć książek.

Działo się to dwa lata temu, więc nie pamiętam dokładnie… Jaki był powód przetasowania na mojej ściśle tajnej liście i co spowodowało, że „Opowieść o Despero” musiała znaleźć się już wśród prezentów mikołajkowych ? Grunt, że nie zdążyłam jej zawczasu przeczytać. Gdybym przeczytała, pewnie wstrzymałabym się z nią jeszcze jakiś czas. Może uznałabym, że nie jest odpowiednia dla Najmłodszej ? Może nie dałabym jej żadnej z moich córek ?

Kupiłam ją, bo nazwisko autorki kojarzyło mi się z jedną z ulubionych książek córki Środkowej – „Dzięki Tobie Winn Dixi” – pogodną historią o przyjaźni dziewczynki i psa – znajdy. Kupiłam ją również dlatego, że zaintrygowały mnie jej ilustracje – skromne, ołówkowe, ale było w nich coś fascynującego.

Nie przypominam sobie książki, której lektura zaskoczyłaby mnie tak bardzo. Wiele razy chciałam przestać ją czytać Najmłodszej, ale ona mi na to nie pozwalała i codziennie domagała się ciągu dalszego. Niedawno wróciłyśmy do niej i, mimo że wiedziałam już czego się spodziewać, znów byłam poruszona.

Jest tam wszystko, czego, jak się uważa, nie powinno być w książce dla dzieci – smutek, strach, okrucieństwo, brzydota, ciemność, cierpienie. Jest również odwaga i miłość – to dzięki nim ta historia jest piękna.

„Opowieść o Despero” to lektura trudna. Dlatego nie namawiam nikogo do niej i nie potrafię powiedzieć, dla dzieci w jakim wieku jest odpowiednia. To kwestia bardzo indywidualna – kiedy dojrzewa się do takich historii ? Warto jednak się z nią zmierzyć, bo jest to lektura fascynująca, a poza tym wszystko kończy się w niej dobrze – dobro i odwaga zostają nagrodzone, czyny podłe wybaczone i wszystko wraca na swoje miejsce.

Chyba więc dobrze się stało, że jej wcześniej nie przeczytałam…

Kate DiCamillo „Opowieść o Despero czyli Historia myszki, księżniczki, zupy i szpulki nici”, przekł.: Agnieszka Cioch, ilustr.: Timothy Basil Ering, wyd.: Philip Wilson, Warszawa 2005

O dwunastu miesiącach. Bajka słowacka

O dwunastu miesiącach. Bajka słowacka

Wpis z 27 marca 2011 roku:

Wydawnictwo Media Rodzina upodobało sobie chyba szczególnie traumy mojego dzieciństwa 😉 Najpierw smutne wspomnienia obudziła we mnie „Królowa Śniegu”, a teraz baśń „O dwunastu miesiącach” przypomniała mi o pierwszej w moim życiu dwói za wypracowanie z polskiego. A było to, moi mili , w zamierzchłych czasach, kiedy dwójka nie była oceną pozytywną. O ile dobrze pamiętam, w całej karierze szkolnej, przytrafiło mi się to tylko dwa razy, u tej samej nauczycielki. Jedna jedyna polonistka na mojej drodze, z którą nadawałyśmy na zupełnie innych falach, więc w sumie nie było tak źle 😉

„O dwunastu miesiącach” to baśń słowacka, zamieszczona również we wznowionym niedawno przez wydawnictwo Media Rodzina kultowym zbiorze „Śpiewająca lipka”.

Była raz pewna matka, która miała dwie córki; jedną własną, a drugą pasierbicę. Swoją własną bardzo kochała, zaś pasierbicy, Maruszki, nie mogła ścierpieć, bo ta była o wiele ładniejsza niż jej Holena.

Maruszka nie zdawała sobie sprawy ze swojej urody, nie domyślała się więc, dlaczego macocha ja tak źle traktuje. Musiała wykonywać wszelką robotę: zamiatać izbę, gotować, prać, szyć, prząść, tkać, dbać o krowy. Holena natomiast tylko stroiła się i leniuchowała.

W tych starych baśniach wszystko jest tak, jak trzeba. Czarno – biało, bez żadnych odcieni szarości. Pozytywna bohaterka jest i śliczna, i sympatyczna, i dobra, i biedna, i ogólnie uciśniona, natomiast negatywna – wręcz przeciwnie. Dobro zawsze zostaje nagrodzone (w tym przypadku Maruszka została panią na gospodarstwie), a zło oczywiście ukarane. I nie jest to kara symboliczna, żadna tam nauczka – macocha z Holeną zamarzają w górach i jest to wyrok bez apelacji, nikt się za nimi nie próbuje wstawić.

Kiedy pierwszy raz wzięłam tę książkę do ręki i przeczytałam tytuł – przypomniałam sobie o tym nieszczęsnym wypracowaniu. Na szczęście nie trwało to długo, bo zaraz zajęły mnie ilustracje Pawła Pawlaka i traumy odeszły na plan dalszy. Szczególnie urzekły mnie tam fiołki, poziomki i jabłka. Jak to się robi ??? Takie maciuciupusieńkie (szczególnie fiolki), a wyglądają zupełnie jak prawdziwe. Niemal czuje się ich zapach i ma się ochotę spróbować (szczególnie poziomek). Przyznam się Wam, że na widok tych ilustracji owładnęły mną uczucia niechrześcijańskie. Nie będę owijać w bawełnę – to była po prostu zazdrość.

Dlaczego ja nie umiem tak rysować ??? 😦

„O dwunastu miesiącach. Bajka słowacka”, przekład i opracowanie: Ligia Jasnosz, ilustr.: Paweł Pawlak, wyd.: Media Rodzina, Poznań 2009

Królowa śniegu

Królowa śniegu

Gwoli uczczenia wczorajszego, być może jedynego tej zimy, opadu śniegu, przypominam wpis z 14 marca 2011 roku. W ramach kategorii książki mojego dzieciństwa, ta powinna należeć do podkategorii jego koszmarów 😉 Urok tej baśni odkryłam dopiero w wieku dorosłym.

Z „Królową Śniegu” wiąże się wspomnienie jednej z największych traum mojego dzieciństwa. Miałam wtedy chyba pięć lat, była Wigilia. Moi rodzice zajęci przygotowaniami skorzystali z tego, że w telewizji leciała właśnie ekranizacja tej baśni, i posadzili mnie przed telewizorem, żebym im się nie plątała pod nogami. W tych czasach filmów dla dzieci nie było tak dużo – wychowywałam się przede wszystkim na Gąsce Balbince na zmianę z Jackiem i Agatką. Film zrobił na mnie ogromne wrażenie. Do dziś pamiętam niektóre sceny, szczególnie tę z Małą Rozbójniczką przykładającą nóż do szyi rena. Pamiętam samotność Grety. I ogromny smutek tego filmu, taki nie do udźwignięcia…

Wpadłam niemal w histerię, płacz nie do utulenia, któremu nie zaradziło nawet przedwczesne ujawnienie prezentu – pluszowego Szarika. Nigdy nie polubiłam tej maskotki. Zawsze, kiedy patrzyłam na tego (sympatycznego przecież) psiaka, przypominał mi się tamten wieczór i tamten płacz. Została mi po tej przygodzie pewna ostrożność w kontaktach z twórczością Andersena i świadomość, że nie wszystko, co napisał, nadaje się dla małych dzieci.

Z okazji przypadającej w 2005 roku dwusetnej rocznicy urodzin pisarza wydawnictwo Media Rodzina przygotowało nowe wydanie tych baśni – w nowym przekładzie Bogusławy Sochańskiej (po raz pierwszy bezpośrednio z oryginału duńskiego) i z nowymi ilustracjami. Ukazały się wtedy dwa duże wydania „Baśni” – trzytomowe, ilustrowane wycinankami samego Andersena oraz jednotomowe, z akwarelowymi ilustracjami duńskiego grafika Flemminga B. Jeppsena.

Oprócz tego wydano już sześć pojedynczych baśni w serii „Mistrzowie klasyki dziecięcej” – z ilustracjami najlepszych polskich ilustratorów (oraz z płytkami, na których czyta je Jerzy Stuhr). Jest wśród nich także „Księżniczka na ziarnku grochu” uszyta przez Ewę Kozyrę – Pawlak.

Nie wiem, jak to było w przypadku Duńczyka Flemminga B. Jeppsena, ale jestem pewna, ze polscy ilustratorzy zaproszeni do tej pracy, mieli zadanie bardzo trudne. I oni, i niemal wszyscy bez wyjątku dorośli, którzy mogliby te książki dzieciom kupić, i ja oczywiście też – należymy do pokoleń wychowanych na ilustracjach Jana Marcina Szancera. To on prawie niepodzielnie, mimo że przecież były też inne wydania tych baśni, władał naszą wyobraźnią w andersenowskim świecie.

Oderwać się od wizji Mistrza, od tych sań, na których przed laty wjechała do naszej wyobraźni Królowa Śniegu i stworzyć coś własnego, co w dodatku trafi do odbiorców również na Szancerze wychowanych – zadanie trudne, ale Elżbieta Wasiuczyńska poradziła sobie znakomicie.

Tylko proszę Was – rozważnie ! To naprawdę nie jest bajka dla maluchów !!!

ilustrację pożyczyłam z bloga Elżbiety Wasiuczyńskiej – zajrzyjcie tam, warto przeczytać, co napisała o swojej pracy nad tą książką
http://wasiuczynska.blogspot.com/2015/03/krolowa-sniegu.html

H. Ch. Andersen „Królowa Śniegu” (seria: Mistrzowie Klasyki Dziecięcej), przekł.: Bogusława Sochańska, ilustr.: Elżbieta Wasiuczyńska, wyd.: Media Rodzina, Poznań 2009

Jak szewczyk smoka pokonał

Jak szewczyk smoka pokonał

Wpis z 11 listopada 2013 roku, a do jego przypomnienia natchnęło mnie to, że w do tegorocznego tytułu Książka Roku 2019 Polskiej Sekcji IBBY nominowane były „Trochębajki o Stanisławie Wyspiańskim” wydane przez krakowskie Muzeum Narodowe, więc mi się tak jakoś krakowsko i muzealnie te książki skojarzyły 😉

Moja Mama opowiada czasami, jak będąc dzieckiem w czasie różnych wyjazdów prosiłam ją o pieniądze, bo chcę sobie kupić pamiąteczkę. Najczęściej jednak kończyło się to tak, że po powrocie z zakupów oznajmiałam: niczego ładnego nie było, kupiłam sobie książeczkę. I to mi zostało do dziś – kiedy moje córki proszą, żeby kupić im coś, najchętniej kupiłabym jakąś książkę. W ostateczności – zakładkę do niej 😉

Przez długie lata z zazdrością wspominałam przymuzealne sklepy za granicą – fantastyczne źródło rozmaitych pamiąteczek i książek – szczególnie kiedy porównywałam je z tym, co można było nabyć w warszawskim Muzeum Narodowym, gdzie długo nie mogłyśmy zrealizować marzenia o posiadaniu reprodukcji „Dziwnego ogrodu”. Ostatnio to się zmienia, co jednak nie zawsze mnie cieszy. W Centrum Nauki „Kopernik” mamy jak w tytule filmu: exit through the gift shop 😉 a właśnie ta niemożność ominięcia sklepu była jedyna rzeczą, która mnie w nich drażniła. W wiedeńskim Schoenbrunn nasz pobyt w takim sklepie, którego nie dało się ominąć, trwał chyba dłużej niż samo zwiedzanie, bo Najmłodszą niestety przerósł wtedy wybór pamiąteczki 😉

Za to przy okazji niedawnej wizyty na wystawie Marka Rothki w warszawskim Muzeum Narodowym odkryłam z radością, że tamtejszy sklep nie zmusza do wizyty, za to oferuje masę fantastycznych rzeczy, także książek dla dzieci. Muzeum Zamek Królewski na Wawelu poszło jeszcze o krok dalej i samo zaczęło książki dla dzieci wydawać. Pierwsza z nich – „Wawel. Zamek tajemnic” nie zachwyciła mnie literacko, choć jej mocna stroną są ilustracje Elżbiety Wasiuczyńskiej (jak zawsze !!!). Opisana tam historia, która ( i tu znów skojarzenie filmowe 😉 ) mogłaby mieć podtytuł „Noc w muzeum”, a jej bohaterami są postacie z wawelskich arrasów, wydała mi się wymyślona ciut na siłę. Może jednak inaczej się ją odbiera, jeśli przed lekturą odwiedzi się Wawel i zobaczy te miejsca i bohaterów na własne oczy ?

Potem został ogłoszony konkurs ilustratorski, którego uczestnicy mieli zilustrować jedną z czterech wawelskich legend. Zwyciężył w nim Piotr Socha, którego kreskę znałyśmy wcześniej z gier Granny i…

… tak powstała książka „Jak szewczyk smoka pokonał”. Strasznie dużo dzieje się na tych ilustracjach, niemal słychać ryki smoka i szczęk oręża, ale tym co najbardziej zostaje w pamięci są łuski – zielone smoka i niebieskie na zbroi króla Kraka. I ten staruszek w meloniku na okładce, taki nie do końca z epoki – czy tylko mnie kojarzy się z przekrojowym Profesorem Filutkiem, postacią arcykrakowską ?

Baśń o Smoku Wawelskim znają chyba wszyscy, przypominać jej, jak sądzę, nie trzeba. Pisząc tekst do tej książki Anna Chachulska nie dodała do niej na szczęście nic nowego (może poza osobą narratora 😉 ). Gdybym miała na podorędziu jeszcze jedno dziecko w wieku przedszkolnym, i gdybym z tym dzieckiem pojechała do Krakowa, to z radością kupiłabym mu tę książkę jako pamiąteczkę 🙂

Anna Chachulska „Jak szewczyk smoka pokonał” (seria: Legendy wawelskie), ilustr.: Piotr Socha, wyd.: Zamek Królewski na Wawelu, Kraków 2012

Magdalena Skrabska „Wawel. Zamek tajemnic”, ilustr.: Elżbieta Wasiuczyńska, wyd.: Zamek Królewski na Wawelu, Kraków 2011