Księżycowy sorbet

Księżycowy sorbet

Baek Heena jest tegoroczną laureatką jednej z dwóch najbardziej prestiżowych nagród dla twórców książek dla dzieci – Astrid Lindgren Memorial Award. Jej nazwisko usłyszałam po raz pierwszy właśnie przy okazji ogłaszania wyników tej nagrody . Wtedy nic mi ono nie mówiło i bardziej skupiłam się na żalu z powodu nienagrodzenia przez jury Iwony Chmielewskiej, której kibicowałam. Dopiero później zainteresowałam się samą laureatką. Ze zdziwieniem odkryłam wtedy, że jedna z jej książek została wydana w Polsce przez dość niszowe wydawnictwo Kwiaty Orientu specjalizujące się w literaturze koreańskiej.

„Księżycowy sorbet” to krótka opowieść o pewnej upalnej nocy – tak upalnej, że aż księżyc zaczął się topić. Choć sam pomysł zrobienia sorbetu z księżyca wydał mi się fascynujący, to cała zawarta w tej książce historia jakoś do mnie nie przemówiła. Szczerze mówiąc – nie do końca zrozumiałam, o co w niej chodzi. W jednej z nielicznych znalezionych w sieci recenzji przeczytałam taką jej interpretację: kiedy my coś zyskujemy, ktoś inny traci. Świat, który nas otacza nie jest nieskończony. Musimy rozsądnie się nim dzielić i zrobić wszystko, żeby każdy miał z niego to, co najlepsze. Może i tak. Nie jestem zbyt dobra w interpretacji baśni i im dłużej o niej myślałam, tym bardziej przekombinowywałam 😉

Z posłowia dowiedziałam się, że pojawiające się tam króliki z księżyca pochodzą ze starej koreańskiej legendy. Uświadomiło mi to, ile jednak zależy od znajomości kontekstów kulturowych. Dla czytelników koreańskich obecność królików na księżycu jest zapewne tak oczywista, jak dla nas możliwość spotkania tam Pana Twardowskiego (z kogutem). Bez tej wiedzy ta historia staje się po prostu absurdalna.

Dlatego bardziej przemawia do mnie to, co napisała o tej książce autorka bloga Mała Ka(f)ka: Można też, zupełnie po prostu, nie doszukiwać się żadnych głębszych sensów, tylko cieszyć oczy tym cudem, zaglądać bezwstydnie w okna wilków, sprawdzać, jak są urządzone ich domy, podziwiać kunszt artystki przy oddawaniu najmniejszych szczegółów.

Tak, strona wizualna tej książki przemówiła do mnie zdecydowanie bardziej. Baek Heena tworzy trójwymiarowe makiety swoich ilustracji, a następnie fotografuje je. W efekcie mamy nie tylko wrażenie odczuwania dusznej, upalnej nocy, ale także wydaje nam się, ze zaglądamy przez okna do mieszkań w bloku.

Nie mogę powiedzieć, że dzięki „Księżycowemu sorbetowi” zrozumiałam werdykt jurorów nagrody ALMA, ale poczułam się zainteresowana innymi książkami tej autorki.

Poza tym chciałabym wiedzieć, czy (parafrazując Michała Rusinka) ona się po polsku deklinuje czy nie, bo bardzo ułatwiłoby mi to pisanie o jej twórczości 😉

Baek Heena „Księżycowy sorbet”, przekł: Ewa Matejko – Paszkowska, wyd.: Kwiaty Orientu, Skarżysko Kamienna 2018

Dzielny Despero

Dzielny Despero

Książka, którą poznałyśmy jako „Opowieść o Despero”, bo pod takim własnie tytułem ukazała się w Polsce najpierw. Potem jednak pojawiła się jej ekranizacja – wtedy wydawnictwo zmieniło tytuł na filmowy i wznowiło ją z filmową okładką. Od tego czasu minęło juz ponad 10 lat i książki w żadnej z tych wersji nie można kupic, ale na pewno jest w bibliotekach, które są znowu czynne !!!

Wpis z 14 listopada 2007 roku:

Ostatnie miesiące roku to dla mnie okres wytężonej logistyki 😉 Mając przed sobą perspektywę grudniowych mikołajek, Bożego Narodzenia i urodzin Najmłodszej z córek, które przypadają na początku stycznia, muszę bardzo skrupulatnie zaplanować prezenty – tak, żeby spełnić przynajmniej część marzeń moich córek i żeby każdą z tych okazji uczcić prezentami adekwatnymi do rangi zdarzenia. Oczywiście nie może wśród nich zabraknąć książek.

Działo się to dwa lata temu, więc nie pamiętam dokładnie… Jaki był powód przetasowania na mojej ściśle tajnej liście i co spowodowało, że „Opowieść o Despero” musiała znaleźć się już wśród prezentów mikołajkowych ? Grunt, że nie zdążyłam jej zawczasu przeczytać. Gdybym przeczytała, pewnie wstrzymałabym się z nią jeszcze jakiś czas. Może uznałabym, że nie jest odpowiednia dla Najmłodszej ? Może nie dałabym jej żadnej z moich córek ?

Kupiłam ją, bo nazwisko autorki kojarzyło mi się z jedną z ulubionych książek córki Środkowej – „Dzięki Tobie Winn Dixi” – pogodną historią o przyjaźni dziewczynki i psa – znajdy. Kupiłam ją również dlatego, że zaintrygowały mnie jej ilustracje – skromne, ołówkowe, ale było w nich coś fascynującego.

Nie przypominam sobie książki, której lektura zaskoczyłaby mnie tak bardzo. Wiele razy chciałam przestać ją czytać Najmłodszej, ale ona mi na to nie pozwalała i codziennie domagała się ciągu dalszego. Niedawno wróciłyśmy do niej i, mimo że wiedziałam już czego się spodziewać, znów byłam poruszona.

Jest tam wszystko, czego, jak się uważa, nie powinno być w książce dla dzieci – smutek, strach, okrucieństwo, brzydota, ciemność, cierpienie. Jest również odwaga i miłość – to dzięki nim ta historia jest piękna.

„Opowieść o Despero” to lektura trudna. Dlatego nie namawiam nikogo do niej i nie potrafię powiedzieć, dla dzieci w jakim wieku jest odpowiednia. To kwestia bardzo indywidualna – kiedy dojrzewa się do takich historii ? Warto jednak się z nią zmierzyć, bo jest to lektura fascynująca, a poza tym wszystko kończy się w niej dobrze – dobro i odwaga zostają nagrodzone, czyny podłe wybaczone i wszystko wraca na swoje miejsce.

Chyba więc dobrze się stało, że jej wcześniej nie przeczytałam…

Kate DiCamillo „Opowieść o Despero czyli Historia myszki, księżniczki, zupy i szpulki nici”, przekł.: Agnieszka Cioch, ilustr.: Timothy Basil Ering, wyd.: Philip Wilson, Warszawa 2005

O dwunastu miesiącach. Bajka słowacka

O dwunastu miesiącach. Bajka słowacka

Wpis z 27 marca 2011 roku:

Wydawnictwo Media Rodzina upodobało sobie chyba szczególnie traumy mojego dzieciństwa 😉 Najpierw smutne wspomnienia obudziła we mnie „Królowa Śniegu”, a teraz baśń „O dwunastu miesiącach” przypomniała mi o pierwszej w moim życiu dwói za wypracowanie z polskiego. A było to, moi mili , w zamierzchłych czasach, kiedy dwójka nie była oceną pozytywną. O ile dobrze pamiętam, w całej karierze szkolnej, przytrafiło mi się to tylko dwa razy, u tej samej nauczycielki. Jedna jedyna polonistka na mojej drodze, z którą nadawałyśmy na zupełnie innych falach, więc w sumie nie było tak źle 😉

„O dwunastu miesiącach” to baśń słowacka, zamieszczona również we wznowionym niedawno przez wydawnictwo Media Rodzina kultowym zbiorze „Śpiewająca lipka”.

Była raz pewna matka, która miała dwie córki; jedną własną, a drugą pasierbicę. Swoją własną bardzo kochała, zaś pasierbicy, Maruszki, nie mogła ścierpieć, bo ta była o wiele ładniejsza niż jej Holena.

Maruszka nie zdawała sobie sprawy ze swojej urody, nie domyślała się więc, dlaczego macocha ja tak źle traktuje. Musiała wykonywać wszelką robotę: zamiatać izbę, gotować, prać, szyć, prząść, tkać, dbać o krowy. Holena natomiast tylko stroiła się i leniuchowała.

W tych starych baśniach wszystko jest tak, jak trzeba. Czarno – biało, bez żadnych odcieni szarości. Pozytywna bohaterka jest i śliczna, i sympatyczna, i dobra, i biedna, i ogólnie uciśniona, natomiast negatywna – wręcz przeciwnie. Dobro zawsze zostaje nagrodzone (w tym przypadku Maruszka została panią na gospodarstwie), a zło oczywiście ukarane. I nie jest to kara symboliczna, żadna tam nauczka – macocha z Holeną zamarzają w górach i jest to wyrok bez apelacji, nikt się za nimi nie próbuje wstawić.

Kiedy pierwszy raz wzięłam tę książkę do ręki i przeczytałam tytuł – przypomniałam sobie o tym nieszczęsnym wypracowaniu. Na szczęście nie trwało to długo, bo zaraz zajęły mnie ilustracje Pawła Pawlaka i traumy odeszły na plan dalszy. Szczególnie urzekły mnie tam fiołki, poziomki i jabłka. Jak to się robi ??? Takie maciuciupusieńkie (szczególnie fiolki), a wyglądają zupełnie jak prawdziwe. Niemal czuje się ich zapach i ma się ochotę spróbować (szczególnie poziomek). Przyznam się Wam, że na widok tych ilustracji owładnęły mną uczucia niechrześcijańskie. Nie będę owijać w bawełnę – to była po prostu zazdrość.

Dlaczego ja nie umiem tak rysować ??? 😦

„O dwunastu miesiącach. Bajka słowacka”, przekład i opracowanie: Ligia Jasnosz, ilustr.: Paweł Pawlak, wyd.: Media Rodzina, Poznań 2009

Królowa śniegu

Królowa śniegu

Gwoli uczczenia wczorajszego, być może jedynego tej zimy, opadu śniegu, przypominam wpis z 14 marca 2011 roku. W ramach kategorii książki mojego dzieciństwa, ta powinna należeć do podkategorii jego koszmarów 😉 Urok tej baśni odkryłam dopiero w wieku dorosłym.

Z „Królową Śniegu” wiąże się wspomnienie jednej z największych traum mojego dzieciństwa. Miałam wtedy chyba pięć lat, była Wigilia. Moi rodzice zajęci przygotowaniami skorzystali z tego, że w telewizji leciała właśnie ekranizacja tej baśni, i posadzili mnie przed telewizorem, żebym im się nie plątała pod nogami. W tych czasach filmów dla dzieci nie było tak dużo – wychowywałam się przede wszystkim na Gąsce Balbince na zmianę z Jackiem i Agatką. Film zrobił na mnie ogromne wrażenie. Do dziś pamiętam niektóre sceny, szczególnie tę z Małą Rozbójniczką przykładającą nóż do szyi rena. Pamiętam samotność Grety. I ogromny smutek tego filmu, taki nie do udźwignięcia…

Wpadłam niemal w histerię, płacz nie do utulenia, któremu nie zaradziło nawet przedwczesne ujawnienie prezentu – pluszowego Szarika. Nigdy nie polubiłam tej maskotki. Zawsze, kiedy patrzyłam na tego (sympatycznego przecież) psiaka, przypominał mi się tamten wieczór i tamten płacz. Została mi po tej przygodzie pewna ostrożność w kontaktach z twórczością Andersena i świadomość, że nie wszystko, co napisał, nadaje się dla małych dzieci.

Z okazji przypadającej w 2005 roku dwusetnej rocznicy urodzin pisarza wydawnictwo Media Rodzina przygotowało nowe wydanie tych baśni – w nowym przekładzie Bogusławy Sochańskiej (po raz pierwszy bezpośrednio z oryginału duńskiego) i z nowymi ilustracjami. Ukazały się wtedy dwa duże wydania „Baśni” – trzytomowe, ilustrowane wycinankami samego Andersena oraz jednotomowe, z akwarelowymi ilustracjami duńskiego grafika Flemminga B. Jeppsena.

Oprócz tego wydano już sześć pojedynczych baśni w serii „Mistrzowie klasyki dziecięcej” – z ilustracjami najlepszych polskich ilustratorów (oraz z płytkami, na których czyta je Jerzy Stuhr). Jest wśród nich także „Księżniczka na ziarnku grochu” uszyta przez Ewę Kozyrę – Pawlak.

Nie wiem, jak to było w przypadku Duńczyka Flemminga B. Jeppsena, ale jestem pewna, ze polscy ilustratorzy zaproszeni do tej pracy, mieli zadanie bardzo trudne. I oni, i niemal wszyscy bez wyjątku dorośli, którzy mogliby te książki dzieciom kupić, i ja oczywiście też – należymy do pokoleń wychowanych na ilustracjach Jana Marcina Szancera. To on prawie niepodzielnie, mimo że przecież były też inne wydania tych baśni, władał naszą wyobraźnią w andersenowskim świecie.

Oderwać się od wizji Mistrza, od tych sań, na których przed laty wjechała do naszej wyobraźni Królowa Śniegu i stworzyć coś własnego, co w dodatku trafi do odbiorców również na Szancerze wychowanych – zadanie trudne, ale Elżbieta Wasiuczyńska poradziła sobie znakomicie.

Tylko proszę Was – rozważnie ! To naprawdę nie jest bajka dla maluchów !!!

ilustrację pożyczyłam z bloga Elżbiety Wasiuczyńskiej – zajrzyjcie tam, warto przeczytać, co napisała o swojej pracy nad tą książką
http://wasiuczynska.blogspot.com/2015/03/krolowa-sniegu.html

H. Ch. Andersen „Królowa Śniegu” (seria: Mistrzowie Klasyki Dziecięcej), przekł.: Bogusława Sochańska, ilustr.: Elżbieta Wasiuczyńska, wyd.: Media Rodzina, Poznań 2009

Jak szewczyk smoka pokonał

Jak szewczyk smoka pokonał

Wpis z 11 listopada 2013 roku, a do jego przypomnienia natchnęło mnie to, że w do tegorocznego tytułu Książka Roku 2019 Polskiej Sekcji IBBY nominowane były „Trochębajki o Stanisławie Wyspiańskim” wydane przez krakowskie Muzeum Narodowe, więc mi się tak jakoś krakowsko i muzealnie te książki skojarzyły 😉

Moja Mama opowiada czasami, jak będąc dzieckiem w czasie różnych wyjazdów prosiłam ją o pieniądze, bo chcę sobie kupić pamiąteczkę. Najczęściej jednak kończyło się to tak, że po powrocie z zakupów oznajmiałam: niczego ładnego nie było, kupiłam sobie książeczkę. I to mi zostało do dziś – kiedy moje córki proszą, żeby kupić im coś, najchętniej kupiłabym jakąś książkę. W ostateczności – zakładkę do niej 😉

Przez długie lata z zazdrością wspominałam przymuzealne sklepy za granicą – fantastyczne źródło rozmaitych pamiąteczek i książek – szczególnie kiedy porównywałam je z tym, co można było nabyć w warszawskim Muzeum Narodowym, gdzie długo nie mogłyśmy zrealizować marzenia o posiadaniu reprodukcji „Dziwnego ogrodu”. Ostatnio to się zmienia, co jednak nie zawsze mnie cieszy. W Centrum Nauki „Kopernik” mamy jak w tytule filmu: exit through the gift shop 😉 a właśnie ta niemożność ominięcia sklepu była jedyna rzeczą, która mnie w nich drażniła. W wiedeńskim Schoenbrunn nasz pobyt w takim sklepie, którego nie dało się ominąć, trwał chyba dłużej niż samo zwiedzanie, bo Najmłodszą niestety przerósł wtedy wybór pamiąteczki 😉

Za to przy okazji niedawnej wizyty na wystawie Marka Rothki w warszawskim Muzeum Narodowym odkryłam z radością, że tamtejszy sklep nie zmusza do wizyty, za to oferuje masę fantastycznych rzeczy, także książek dla dzieci. Muzeum Zamek Królewski na Wawelu poszło jeszcze o krok dalej i samo zaczęło książki dla dzieci wydawać. Pierwsza z nich – „Wawel. Zamek tajemnic” nie zachwyciła mnie literacko, choć jej mocna stroną są ilustracje Elżbiety Wasiuczyńskiej (jak zawsze !!!). Opisana tam historia, która ( i tu znów skojarzenie filmowe 😉 ) mogłaby mieć podtytuł „Noc w muzeum”, a jej bohaterami są postacie z wawelskich arrasów, wydała mi się wymyślona ciut na siłę. Może jednak inaczej się ją odbiera, jeśli przed lekturą odwiedzi się Wawel i zobaczy te miejsca i bohaterów na własne oczy ?

Potem został ogłoszony konkurs ilustratorski, którego uczestnicy mieli zilustrować jedną z czterech wawelskich legend. Zwyciężył w nim Piotr Socha, którego kreskę znałyśmy wcześniej z gier Granny i…

… tak powstała książka „Jak szewczyk smoka pokonał”. Strasznie dużo dzieje się na tych ilustracjach, niemal słychać ryki smoka i szczęk oręża, ale tym co najbardziej zostaje w pamięci są łuski – zielone smoka i niebieskie na zbroi króla Kraka. I ten staruszek w meloniku na okładce, taki nie do końca z epoki – czy tylko mnie kojarzy się z przekrojowym Profesorem Filutkiem, postacią arcykrakowską ?

Baśń o Smoku Wawelskim znają chyba wszyscy, przypominać jej, jak sądzę, nie trzeba. Pisząc tekst do tej książki Anna Chachulska nie dodała do niej na szczęście nic nowego (może poza osobą narratora 😉 ). Gdybym miała na podorędziu jeszcze jedno dziecko w wieku przedszkolnym, i gdybym z tym dzieckiem pojechała do Krakowa, to z radością kupiłabym mu tę książkę jako pamiąteczkę 🙂

Anna Chachulska „Jak szewczyk smoka pokonał” (seria: Legendy wawelskie), ilustr.: Piotr Socha, wyd.: Zamek Królewski na Wawelu, Kraków 2012

Magdalena Skrabska „Wawel. Zamek tajemnic”, ilustr.: Elżbieta Wasiuczyńska, wyd.: Zamek Królewski na Wawelu, Kraków 2011

Anyżowa warownia

Anyżowa warownia

Wpis z 18 stycznia 2012 roku:

Mitologiczny Świr Mojej Najmłodszej Córki stracił był ostatnio nieco na intensywności. Powód pierwszy to z brak pożywki, bo pomału wyczerpują nam się lektury na ten temat. Powód drugi – bo (poniekąd z powodu pierwszego 😉 ) zmuszona była sięgnąć po książki o innej tematyce i padło na Atramentową Trylogię Cornelii Funke, co skutecznie zajęło ją na dobrych kilku tygodni. Co tam zajęło ? Zassało zupełnie tak jak wcześniej książki Ricka Riordana i skłoniło do konstatacji, że to właśnie Cornelia Funke jest nieodmiennie jej ulubioną pisarką.

Uświadomiłam sobie przy tej okazji, że jest jeszcze jedna książka tej autorki, którą lubimy, a której tu nie opisałam – „Anyżowa Warownia”.

Każdego ranka karmienie węży, w środy i soboty wycieranie kurzu z czarodziejskich ksiąg, raz w tygodniu zdrapywanie mchu z grzyw kamiennych lwów. A tylko raz w roku turniej w Mrocznej Skale. Tutaj nigdy nie dzieje się nic ciekawego – tak przynajmniej uważała Igerna. Rzeczywiście – można by pomyśleć, że nie ma na świecie nudniejszego miejsca niż Anyżowa Warownia !!!

Anyż należał do rodziny Igerny od trzystu lat. Wybudował go praprapraprapradziadek jej matki. (Może i tych „pra” było trochę więcej, ale tego dziewczynka dokładnie nie wiedziała). Zamek nie był duży, miał tylko jedną krzywą basztę, mury zaś miały dokładnie metr grubości. Dla Igerny była to jednak najpiękniejsza warownia na świecie. Anyżowy dziedziniec zdobiły polne kwiatki, które wyrastały spomiędzy kostek bruku. Pod dachem baszty gnieździły się jaskółki, a w fosie porośniętej białymi liliami mieszkały węże wodne. Bramy zamku strzegły dwa kamienne lwy, trzymając wartę wysoko, na gzymsie murów. Gdy Igerna zdrapywała im z grzyw mech, mruczały jak małe kotki, ale gdy zbliżał się ktoś obcy, szczerzyły kamienne kły i ryczały tak przeraźliwie, że truchlały nawet wilki w pobliskim lesie.

Lwy nie były jedynymi strażnikami Anyżowej Warowni. Z szarych murów na przybyszy spoglądały również kamienne maszkarony, które na widok obcych robiły potworne miny. Lecz gdy Igerna łaskotała je w nos jaskółczym piórem, straszydła chichotały tak, że grzechotały kamienie w murach twierdzy. Przepastne pyski maszkaronów potrafiły połykać armatnie kule, a płonącymi strzałami delektowały się, jakby na świecie nie było lepszego przysmaku.

Jednak maszkarony już dawno nie chrupały strzał, bo nikt od wielu lat nie atakował Anyżowej Warowni. Kiedyś, jeszcze przed narodzinami Igerny, zamek często bywał szturmowany, jej rodzina posiadała bowiem czarodziejskie księgi, o których marzył niejeden możnowładca. Chcąc zagarnąć magiczny księgozbiór, Anyż najeżdżali rozbójnicy, książęta, baronowie, a nawet dwóch króli. Ale nastały spokojniejsze czasy.

Te spokojniejsze czasy skończyły się jak na zawołanie tuż przed dziesiątymi urodzinami Igerny. Piękna Melisanda i sir Lamorak – jej rodzice, wyczarowując prezenty urodzinowe dla córki omyłkowo zamienili się w prosięta, a tymczasem pojawił się ktoś, kto bardzo chciał zająć ich zamek i wejść w posiadanie Śpiewających Ksiąg. Inny Ktoś musiał więc szybko zdobyć włosy olbrzyma, niezbędne do odczarowania rodziców, a tym kimś musiała być właśnie ona, mimo że młodsza i że dziewczynka…

Albert, starszy brat Igerny chciał zostać czarodziejem jak rodzice. Ale Igernie magia wydawała się nudna. Zaklęcia, czarodziejskie formułki, listy składników magicznych proszków i nalewek – wkuwanie tego wszystkiego przyprawiało ją o ból głowy. Wolała, jak jej pradziadek Pellas z Anyżu, być szlachetnym rycerzem, ktory walczył na turniejach i od rana do wieczora przeżywał przygody. Albert śmiał się z Igerny, ale tak to już bywa czasem ze starszymi braćmi, a tymczasem teraz on był potrzebny w Anyżu, a jego młodsza siostra musiała wyruszyć na samotną wyprawę.

„Anyżowa warownia” to opowieść o mniejszym ciężarze gatunkowym niż inne znane nam książki Cornelii Funke. Lekka, żartobliwa i w żadnym momencie nie pozostawiająca wątpliwości co do tego, że wszystko skończy się dobrze. A w dodatku pokazująca wyraźnie, że jeśli dziewczynka o czymś naprawdę marzy, to nie ma powodu, aby w realizacji tych marzeń ograniczał ją fakt, że jest dziewczynką 😉 Czyli – jest to kolejna książka o dziewczynach – wbrew stereotypom – ale to wcale nie znaczy, że jest to lektura wyłącznie dla nich…

Cornelia Funke „Anyżowa warownia” (ilustracje Autorki), przekł.: Małgorzata Słabicka, wyd.: Nasza Księgarnia, Warszawa 2008

Smoczy jeździec

Smoczy jeździec

Wpis z 4 grudnia 2007 roku:

„Smoczy jeździec” był trzecią po  ”Atramentowym sercu” i „Królu złodziei” książką Cornelii Funke, która ukazała się w Polsce. Tamte dwie bardzo się spodobały się Najstarszej z córek, więc czekała na nią niecierpliwie. Żeby ją dostać na Mikołajki dwa lata temu, musiałam urządzić niemal polowanie z nagonką, ale udało się ! I tu niestety nastąpiło rozczarowanie 😦 Okazało się, że jest ona adresowana do czytelnika zdecydowanie młodszego, więc nie bardzo przypadła Najstarszej (wówczas trzynastoletniej) do gustu. Za to dwaj znajomi, niespełna dziesięcioletni chłopcy byli nią zachwyceni.

Nauczona tym doświadczeniem zabrałam „Smoczego jeźdźca” na zeszłoroczne wakacje i zaczęłam czytać Najmłodszej – podówczas sześcioipółletniej. Tym razem książka odniosła zasłużony sukces 🙂 Wystarczyło nam czytania na całe dwutygodniowe wczasy – w końcu to ponad 400 stron. Po jakimś czasie wróciłyśmy do niej, a dziś skończyłyśmy czytanie trzecie 🙂

„Smoczy jeździec” to powieść drogi. Razem ze srebrnym smokiem Lungiem, koboldką Siarczynką i chłopcem Benem odbywamy podróż ze Szkocji w Himalaje w poszukiwaniu Skraju Nieba – mitycznej ojczyzny smoków i miejsca, gdzie będą mogły ukryć się przed wszechobecnymi ludźmi. Jest to podróż przez świat, jakiego istnienia nawet się nie domyślamy. Wędrowcy musieli unikać ludzi (gdyby było inaczej pewnie nie dotarliby do celu), za to spotkali wiele baśniowych stworzeń – mniej i bardziej sympatycznych. Bazyliszek, Dżin o Tysiącu Oczu, Wąż morski – to tylko nieliczne z nich (że o gadającym szczurze – kartografie i jego kuzynce pilotce nie wspomnę 😉 ).

„Smoczy jeździec” to opowieść o przyjaźni, lojalności i współpracy. Tylko dzięki nim wędrowcom udało się nie tylko odnaleźć Skraj Nieba, ale również pokonać Parzymorta Złotego – odwiecznego wroga smoków.

Złoto będzie mniej warte niż srebro, gdy powróci Smoczy Jeździec– tak głosiła przepowiednia powtarzana w legendach i tak się stało. – Ale to nie opowieści go pokonały – powiedział Ben.   – Prawda, my to zrobiliśmy – krzyknęła Siarczynka, rozkładając szeroko ramiona. – My wszyscy razem. Koboldy, smoki, człowiek, homunkulus, krasnal i szczur. Niezła z nas mieszanka rozpuszczająca !

Smoczy jeździec” to także opowieść o przeznaczeniu – to co nam jest pisane, wydarzy się, jeśli tylko odważymy się podążyć za jego głosem, nawet gdyby wydawało się to nierozsądne. Jeśli Ben zachowywałby się rozsądnie, to uciekłby ze starego spichrza w którym spotkał Lunga i Siarczynkę, a juz na pewno nie wsiadłby na smoka i nie wyruszył w podróż w nieznane. Gdyby zachował się rozsądnie… nie dowiedziałby się, że jest Smoczym Jeźdźcem, nie zyskałby dozgonnej przyjaźni homunkulusa i nie znalazłby rodziny.

Czasem w życiu warto zaryzykować – ale czy naprawdę było warto, wiedzieć będziemy dopiero wtedy, kiedy to zrobimy 😉

Cornelia Funke „Smoczy jeździec” (ilustrowała Autorka), przekł.: Anna i Miłosz Urban, wyd.: Media Rodzina, Poznań 2005