Wieczór pełen cudów

Wieczór pełen cudów

„Wieczór pełen cudów” to książka, która trochę kojarzyła mi się ze świątecznymi filmami, jakich wiele można zobaczyć na platformach steramingowych. Ich oglądanie to taka moja adwentowa guilty pleasure, a najbardziej lubię wyłapywać w nich stałe punkty, choć czasem są wciśnięte w akcję na siłę i, jak to się mówi, zupełnie od czapki 😉 Ale muszą być, bo bez nich nie byłoby świątecznej atmosfery.

Kiedy zaczęłam czytać tę, drugą już w tym roku świąteczną książkę Joanny Jagiełło, początkowo czułam się trochę, jakby oglądała taki film. Podobnie jak Zwierz Popkulturalny w tym zestawieniu odhaczałam kolejne punkty: czy ktoś nie żyje/ odszedł ? Tak, choć początkowo nie jest dla nas jasne, co stało się z mamą Marcela i Irenki. Czy jest urocze rezolutne dziecię ? Tak, młodsza siostra bohatera. Czy pada śnieg ? Oczywiście. Czy bohaterowie najpierw darzą się niechęcią/ dystansem ? Tak, ale tutaj chodzi o starszą panią z sąsiedztwa. Mamy też Mikołaja z saniami i reniferami, narodziny w wigilijny wieczór oraz całą serię świątecznych cudów…

Jednak im dalej zagłębiałam się w lekturę, tym bardziej poruszała mnie ta historia. Docierało do mnie, że mimo tych wszystkich elementów, nie jest to cukierkowa bajeczka o idealnych świętach, tylko całkiem poważna opowieść o życiu po stracie i o tym, co jest w nim naprawdę ważne. Bolała mnie samotność jej bohatera, który tak nieustępliwie stara się, aby mimo straty Mamy i psychicznej nieobecności Ojca jego mała siostra miała Święta, o jakich marzy. Bardzo mu w tym kibicowałam i zupełnie nie przeszkadzało mi to, że w pewnym momencie zaczęły się tam dziać rzeczy nie do końca prawdopodobne. Należało mu się to !

Nie zawsze możemy mieć dokładnie to, co byśmy chcieli. Ale zawsze możemy znaleźć sobie coś, czym możemy się cieszyć. I sami zadbać o to, by świat był piękniejszy…

Joanna Jagiełło „Wieczór pełen cudów”, ilustr.: Joanna Kolibaj, wyd.: Zielona Sowa, Warszawa 2022

Boże Narodzenie z Manią i Tyniem; Góralskie święta z Manią i Tyniem

Boże Narodzenie z Manią i Tyniem; Góralskie święta z Manią i Tyniem

Na ogół nie piszę tu o podobnych publikacjach, bo w książkach szukam przede wszystkim ciekawego literacko tekstu oraz pięknych i intrygujących ilustracji, do których ma się ochotę wracać. W tej tego nie ma, ale za to są OKIENKA do otwierania i różne inne atrakcje, które na pewno spodobają się małym dzieciom. W dodatku wykonane są na tyle solidnie, że wytrzymają niejeden kontakt z małymi paluszkami 😉

Te książki to nieskomplikowana opowieść o zwykłych rodzinnych świętach w Polsce – w pierwszej części w domu w mieście, w drugiej – w Zakopanem. Razem z rodziną Mani i Tynia ubieramy choinkę, zaglądając do licznych pudeł z ozdobami, pieczemy pierniczki, a w Wigilię możemy otworzyć drzwi cioci z daleka, która się tego wieczoru niespodziewanie pojawiła.

Obie te książeczki pokazują nie tylko zwyczaje świąteczne, ale także osadzają te święta w ich religijnym kontekście. Trudno, żeby było inaczej, skoro wydało je wydawnictwo katolickie. Mamy więc nie tylko choinkę z prezentami pod nią, ale także bożonarodzeniową szopkę…

… a święta w Zakopanem to nie tylko narty, zabawy na śniegu i kulig, ale także góralskie kolędowanie i wzmianka o tym, że dorośli wybierają się na pasterkę.

Te sztywnostronicowe, solidnie wykonane książki to dobry wstęp nie tylko do przygotowań do świąt z małymi dziećmi, ale także do kolejnych świątecznych lektur, których propozycje znajdziecie w zakładce Książki Świąteczne – Boże Narodzenie. Zapraszam —>>> tutaj 🙂

Magdalena Młodnicka „Boże Narodzenie z Manią i Tyniem. Świąteczna opowieść z ruchomymi elementami”, ilustr.: Agnieszka Matz, wyd.: Wydawnictwo Jedność, Kielce 2021

Magdalena Młodnicka „Góralskie święta z Manią i Tyniem. Świąteczna opowieść z ruchomymi elementami”, ilustr.: Agnieszka Matz, wyd.: Wydawnictwo Jedność, Kielce 2022

Świąteczny kalendarz Gabrysi

Świąteczny kalendarz Gabrysi

… czyli moje największe tegoroczne zaskoczenie w kategorii lektur świątecznych. Bardzo miłe zaskoczenie 🙂

W ogóle kategoria książkowych kalendarzy adwentowych rozwija się w całkiem interesujący sposób. Najpierw były to historie mniej lub bardziej związane ze Świętami i podzielone na 24 rozdziały. W kolejnych akcja była umieszczana już wyraźniej w kolejnych dniach grudnia, a ostatnio pojawiły się takie, które skrupulatnie rozpisują przygotowania świąteczne od 1 grudnia do Wigilii (na to, że Adwent może zacząć się zarówno wcześniej jak i później, spuśćmy tym razem zasłonę milczenia). Moim zeszłorocznym odkryciem było „W grudniu po południu”. Jedynym zastrzeżeniem, jakie miałam do tej książki, było to, że przeciętnej rodzinie trudno jest podporządkować cały grudzień wyłącznie przygotowaniom do Świąt …

i o tym właśnie jest „Świąteczny kalendarz Gabrysi”.

Gabrysię i jej rodziców – Ewę i Krzysztofa Jeżyków poznajemy 30 listopada. Już pierwsze spotkanie z nimi pokazuje, że tej rodzinie daleko jest do przedświątecznej sielanki rodem filmów Netflixa. Mama w dość zaawansowanej ciąży i zapracowany Tata kompletnie nie mają głowy do przygotowań, których oczekuje od nich córka, więc Gabrysia sama przygotowuje adwentowy kalendarz z zadaniami. Żeby było jak co roku czyli wspaniale.

Bardzo polubiłam całą tę rodzinę, bo są tacy zwyczajni. Rozmawiają ze sobą normalnie, czasem żartują, czasem się złoszczą czy kłócą, ale potrafią się dość szybko pogodzić. Zapracowany Tata nie jest zaniedbującym rodzinę pracoholikiem i naprawdę stara się wszystkiemu sprostać. Widzę w nim odpowiedzialnego mężczyznę, który z jednej strony chciałby spędzać więcej czasu z żona i córką, ale z drugiej – wie, że w ich życiowej sytuacji nie może sobie pozwolić na stratę pracy, nawet jeśli jego pracodawca zdecydowanie przekracza granice. Naprawdę się stara ! Czyta Gabrysi wieczorem świąteczne książki (przygotowanie ich listy jest zadaniem na jeden z dni), ale największą tajemnicą tego adwentu pozostanie dla mnie odpowiedź na pytanie, jak udało mi się zdobyć jemiołę, żeby się jego córce kalendarzowy harmonogram nie posypał 😉

Mama w ciąży jest taka jak… normalne kobiety w ciąży. Trochę szczęśliwa, trochę zmęczona, trochę pełna obaw o to, czy wszystko dobrze się skończy. Cieszy się, ale równocześnie rozumie, że Gabrysia musi się to tej sytuacji przyzwyczaić.

Gdy rodzice powiedzieli jej, że będzie miała rodzeństwo, bardzo się ucieszyła. Znajomym dzieciakom przybywało braci i sióstr i Gabrysia też chciała, żeby w ich domy pojawił się dzidziuś. Nie wiedziała jednak, że ciąża trwa tak długo, tak niesłychanie długo i że jest taka… NUDNA. Gabrysi zdawało się, że ten stan będzie trwał już zawsze, a pęczniejąca mama w końcu zamieni się w balon i odfrunie. W dodatku mama nie czuła się zbyt dobrze i ciągle odpoczywała, zamiast jeździć na rowerze i wygłupiać się wieczorami. Od dwóch tygodni była na zwolnieniu i wcale nie chodziła do pracy. I to też było dziwne.

W tej historii są także Babcia i Dziadek, którzy zjawiają się wtedy, kiedy są najbardziej potrzebni. To właśnie babciom i dziadkom Autorka zadedykowała też książkę, bo zawsze wiedzą, kiedy przybyć z odsieczą.

Grudniowe życie Gabrysi to nie tylko dom, ale też szkoła i tam się także sporo dzieje. Emocje związane z przygotowaniami do świątecznego spektaklu trochę blakną, kiedy okazuje się, że Majka, którą dotychczas uważała za swoją najlepszą przyjaciółkę, woli siedzieć w ławce i bawić się na przerwach z kim innym. Z Kaśką, która jest typem takiej klasowej królowej, bez zmrużenia oka rozstawiającej po kątach wszystkich i wygłaszającej złośliwości pod adresem tego, kogo akurat ma na celowniku. W każdej klasie jest taka Kaśka, nieważne, jak ma na imię 😉 Warto jednak rozejrzeć się uważnie, bo może w kącie czeka ktoś inny…

Napisałam, że „Świąteczny kalendarz Gabrysi” był moim największym tegorocznym zaskoczeniem, jakoś podświadomie nie spodziewałam się, że ta książka może zawierać w sobie tak głęboką historię. Myślę, że problemem była okładka, bo bardzo nie lubię tego koloru, gryzie mi się z czerwienią sukienki i ozdób choinkowych 😉 W ogóle ilustracje trochę mnie rozczarowały. Bardzo ładne są choinkowo – pierniczkowe winietki zaczynające każdy dzień, ale nie do końca trafia do mnie kreska, jaką rysowane są tutaj postacie ludzkie i ich twarze. Jednak nie zawsze, bo na przykład cała rodzina przy wigilijnym stole podoba mi się bardzo.

Dzięki temu odległemu od oczekiwań grudniowi Gabrysia (a wraz z nią także czytelnicy tej książki) zrozumiała, że (jak tłumaczyła jej Mama) w życiu nie zawsze jest tak, jak sobie zaplanujemy. I rzadko kiedy jest idealnie. Ale czy w ogóle musi być idealnie i zgodnie z planem ?

Ważne, żeby wszystko się dobrze skończyło i wszystkim było dobrze.

Anna Włodarkiewicz „Świąteczny kalendarz Gabrysi”, ilustr.: Katarzyna Bukiert, wyd.: Wydawnictwo BIS, Warszawa 2022

Miziołki wracają czyli Kaszydło rządzi !

Miziołki wracają czyli Kaszydło rządzi !

„Dynastia Miziołków” Joanny Olech to książka, którą można już zaliczyć do klasyki polskiej literatury dla niedorosłych. Powstała w poprzednim wieku (a nawet tysiącleciu !) i najpierw ukazywała się w odcinkach w Świecie Młodych. Był to rok 1993 i pismo właśnie kończyło swój wieloletni żywot (absolutnie nie z winy Miziołków !!!). Tę wersję zilustrowała Magda Jasny (która stworzyła także Wiercipiętka z rodziną). Potem było wiele wydań książkowych w kilku wydawnictwach. Większość ilustrowała chyba sama Joanna Olech, ale ja mam do dziś wersję z ilustracjami Pawła Pawlaka , wydaną przez nieodżałowane Wydawnictwo Plac Słoneczny 4, zaczytaną przez moje córki.

O tym, że ta książka pomału staje się klasyką, świadczyć może choćby to, że jej fragmenty wielokrotnie były umieszczane w podręcznikach. Wydaje mi się też, że przez krótki czas cała „Dynastia Miziołków” była lekturą szkolną, ale nie jestem tego pewna. A teraz po prawie trzydziestu latach doczekaliśmy się kolejnej części…

Nie wiem, co było dla mnie większym zaskoczeniem – czy to, że się w ogóle ukazała, czy też fakt, że trzyma poziom poprzedniej ? Ma dobre tempo, ciekawie i prawdziwie skonstruowane postaci i sytuacje, a przede wszystkim – jest dowcipna. Pierwszy raz popłakałam się ze śmiechu, kiedy czytałam o wcześniejszym powrocie rodziny z ferii, drugi – podczas poloneza na studniówce Miziołka, potem przestałam już liczyć… szczególnie odkąd w rodzinie pojawiło się mocno nietypowe zwierzątko domowe imieniem Franio. Nie chciałabym spoilerować za bardzo, ale każdy, kto widział okładkę, może zauważyć, że Franio jest szopem. Nie powiem nic więcej, sami możecie się domyślić, że nudno z nim nie jest 😉

Autorka dokonała pewnego zakrzywienia czasoprzestrzeni, bo co prawda w świecie Miziołków od poprzedniej części minęło jakieś osiem lat, ale akcja kolejnej rozgrywa się nie w realiach początku wieku, tylko całkiem współcześnie. Ale w tych książkach nie chodzi o realia (one pozostają tłem), tylko o relacje – między członkami rodziny oraz między nimi a światem zewnętrznym.

Pamiętam, że byłam bardzo zdziwiona, kiedy dowiedziałam się, że „Dynastia Miziołków” była krytykowana za (rzekomy) antyfeminizm. Dla mnie był to zapis świadomości i widzenia świata nastolatka w apogeum jego krytycznego stosunku do wszystkich i wszystkiego. Taki wiek po prostu. Miziołek opisywał równie złośliwie zarówno koleżanki jak i kolegów. Tak samo postrzegał rodziców, ich znajomych, sąsiadów i nauczycieli. Podobny ogląd świata prezentuje teraz Kaszydło.

Ostatni wpis Kaszydła w sposób niespecjalnie zaowalowany zapowiada możliwość kolejnej części. Rodzina przecież na niej się nie kończy. Mam tylko nadzieję, że Autorka nie każe nam czekać na nią kolejne trzydzieści lat !!!

Joanna Olech „Miziołki wracają czyli Kaszydło rządzi !” z ilustracjami Autorki wyd.: Literatura, Łódź 2022

Joanna Olech „Dynastia Miziołków”, ilustr.: Paweł Pawlak, wyd.: Plac Słoneczny 4, Warszawa 1997

Za duży na bajki

Za duży na bajki

Premiera filmu „Za duży na bajki” w reżyserii Kristoffera Rusa miała miejsce 18 marca 2022 roku i wtedy też nakładem wydawnictwa Agora dla dzieci ukazała się książka z okładką filmową. Polskie filmy dla widzów niedorosłych nie zdarzają się często, a takie, które są ekranizacją książek, to już w ogóle rzadkość, więc się tym zjawiskiem zainteresowałam. Najpierw przeczytałam książkę, film obejrzałam kilka miesięcy później, kiedy znalazł się na Netflixie, a jeszcze później dowiedziałam się, że wcześniejsze wydanie tej powieści różnie się znacząco od tego, które już znałam, więc…

Ok, to może jest zbyt skomplikowane, więc jednak spróbujmy chronologicznie, bo okazało się, że moja znajomość z Waldkiem, jego zwariowaną ciotką Mariolką i pozostałymi bohaterami tej historii odbywała się, można powiedzieć, w przeciwnym kierunku.

W 2017 roku nakładem krakowskiego wydawnictwa Wysoki Zamek ukazała się powieść „Za duży na bajki”, a jej autorka podpisała się jako Agnorszka Bloska.

Potem tę powieść poszerzyła (m.in. o wątek e-gamingowy) i tak powstał scenariusz, na podstawie którego został nakręcony film.

Drugie wydanie książki to wersja napisana na podstawie tego scenariusza i niemal dwukrotnie dłuższa od pierwotnej. Autorka podpisała się tym razem jako Agnieszka Dąbrowska. Nie wnikam w to, dlaczego tak, ale kiedy wyjęłam z paczkomatu nabyte na Allegro pierwsze wydanie, byłam zaskoczona i objętością tej książki, i nazwiskiem autorki, na które, przyznam się, nie zwróciłam uwagi przy zakupie. Przez chwilę obawiałam się, że omyłkowo kupiłam coś zupełnie innego, ale nie, więc uprzedzam, żebyście się ewentualnie nie dziwili 😉

Poznałam więc tę historię w jej wszystkich trzech wersjach i wiecie co ? Ta chronologicznie pierwsza, którą przeczytałam na końcu podobała mi się zdecydowanie bardziej !!!

Agnorszka Bloska napisała kameralną historię przede wszystkim o mierzeniu się z doświadczeniem choroby mamy. Trochę też o dorastaniu, bo Waldek jest na takim etapie życiowym, że przestaje być dzieckiem, ale trudno go jeszcze traktować jak nastolatka. Nie znam się na filmach, więc nie wiem, czy ta wersja nadawała się do sfilmowania. Spotkałam się ze zdaniem, że nie był to materiał na kino familijne, a raczej (cytuję:) rodzinną psychodramę dla jakichś pogrobowców Kieślowskiego. Może tak, choć w zamierzchłych czasach mojego dzieciństwa takie filmy powstawały. Czy oglądaliśmy je jednak tylko dlatego, że innych nie było ?

Mam wrażenie, że tworząc scenariusz tego filmu Autorka, mówiąc obrazowo, postanowiła rozkręcić potencjometry na full 😉 Ze wszystkim, co można było przerysować, tak właśnie zrobiono. Waldek z fajnego, rozsądnego chłopaka, do którego pasowało określenie padające w filmie z ust ciotki: to jest kumaty gość, stał się rozpieszczonym maminsynkiem, który nie wie, że herbatę zalewa się wrzątkiem. Słyszałam o chłopcu, który po obejrzeniu tego filmu sam z własnej woli zaczął pomagać w domu, żeby nie być takim leniem jak Waldek. Ciekawa jestem, na jak długo mu tego zapału wystarczyło ? 😉

Jego mama w pierwszej książce była nieco (ale tylko nieco !) nadopiekuńcza, tu – jest nadopiekuńcza do sześcianu. Ciotka natomiast – wyjściowo ciepła i mądra, może niezupełnie przystająca do wyobrażeń Waldka o tym, jak powinna zachowywać się osoba w jej wieku, ale mieszcząca się w pojęciu niekonwencjonalna – staje się wręcz karykaturalna. W filmie ratowało ją to, że grała tę postać Dorota Kolak, którą bardzo lubię, jednak z jej wersji książkowych zdecydowanie wolę tę pierwotną.

Mimo że grający w filmie Waldka Maciej Karaś jest naprawdę świetny (podobnie jak inne występujące tam dzieci), miałam problem z tym, jak ta postać została pokazana. W obu wersjach książkowych jest on opisany jako zbyt gruby, ale stopień jego nadwagi pozostawiony został wyobraźni czytelnika. Widzom natomiast podano kawę na ławę, a zestawienie Waldka z jego nadmiernie chudym przyjacielem Staszkiem dało efekt Flipa i Flapa. To plus słodycze, którymi karmi go mama, plus godziny spędzane przed komputerem powodują, że na padające w filmie słowa: jestem e-sportowcem widz może zareagować tylko śmiechem (albo politowaniem). Nie do końca rozumiem zamysł, jaki temu przyświecał, bo z jednej strony dzięki tej postaci jego rówieśnicy widzą, że otyłość nie jest powodem, aby takiego dzieciaka skreślać jako fajnego kumpla, z drugiej jednak – parę razy uderzyły mnie tam sytuacje, które można uznać za body shaming, co jest nie do końca w porządku wobec widzów tego filmu, których część ma na pewno podobne problemy z wagą.

Zastanawiam się też nad tym, czemu służy takie przerysowanie postaci w filmie adresowanym do widzów wieku wczesnonastoletnim ? Czy przekonanie, że taki widz nie zrozumie nieco subtelniejszego przekazu, nie jest przypadkiem protekcjonalne i ciut nadopiekuńcze ?

Mam wrażenie, że rozbudowując tę historię na potrzeby filmowe, Autorka trochę zgubiła to, co było tam ważne i mądre. Przekaz o tym, jak potrzebna w życiu jest bliskość innych ludzi, dzięki którym mamy odwagę realizować marzenia, a w trudnych chwilach możemy dzielić swój lęk na pół, jest tam nadal, ale trzeba trochę uwagi, żeby go nie przeoczyć.

P.S. Dziękuję moim przyjaciołom z grupy jurorów Plebiscytu Blogerów LOKOMOTYWA za inspirującą dyskusję o tej książce 🙂

Agnorszka Bloska „Za duży na bajki”, ilustr.: Paweł Dąbrowski, wyd.: Wysoki Zamek, Kraków 2017

Agnieszka Dąbrowska „Za duży na bajki”, ilustr.: Marta Krzywicka, wyd.: Agora dla dzieci, Warszawa 2022

Potworak i inne ko(s)miczne opowieści

Potworak i inne ko(s)miczne opowieści

To nie jest nowość, tylko (kolejne już) wznowienie. Według tego, co udało mi się znaleźć, ta książka była wydana pierwszy raz w 2006 roku, ale jej tytułowego bohatera można było poznać jeszcze wcześniej. To, co tutaj jest pierwszym rozdziałem, ukazało się w 2004 roku w serii Moje Poczytajki jako „Wakacje Potworaka”. Najmłodsza z moich córek lubiła tę serię, a Potworak należał do jej ulubionych bohaterów.

Istnieje teoria mówiąca, że jeśli nieskończona ilość małp będzie w sposób przypadkowy stukała w klawisze nieskończonej ilości maszyn do pisania, to prędzej czy później któraś napisze „Makbeta”.

A co stanie się, jeśli dwoje nieumiejących pisać dzieci będzie stukać w klawiaturę komputera ? O – takie dzieci są bardzo zdolne a ich paluszki bardzo sprytne… Doświadczenie uczy, że takie paluszki zawsze trafią celnie akurat w ten jedyny przycisk, którego pod żadnym pozorem wciskać nie należy 😉 Takie zdolne dzieci mogą na przykład… umieścić swoje mieszkanie w ofercie kosmicznego biura podróży. I co wtedy ?

Wtedy może się w ich domu zjawić listonosz z paczką zaadresowaną do niejakiego Potworaka, a zawierającą w sobie Potworaka we własnej osobie… – pisałam o tej książce w marcu 2008 roku.

Wydawana przez Naszą Księgarnię w na przełomie tysiącleci (i niestety dosyć krótko) seria Moje Poczytajki stanowiła, można powiedzieć, kontynuację serii Poczytaj mi mamo. Adresowana była do dzieci starszych, zaczynających już czytać samodzielnie. Dla takich właśnie początkujących czytelników znakomicie nadaje się jest również ta, nieco dłuższa, książka.

Na tym etapie ważne jest, aby dziecko (szczególnie takie, któremu te początki idą opornie) miało lektury na tyle interesujące, żeby uznało, że warto jest podjąć wysiłek brnięcia przez te rzędy liter. Te historie takie są ! Wciągające, dowcipne, zaskakujące, a ilustracje dodają im dynamiki. Jeśli macie na stanie początkującego czytelnika, który jeszcze nie miał okazji poznać Potworaka, to nie ma na co czekać. Jest to lektura tyleż ciekawa, co pouczająca, bo można się z niej dowiedzieć nie tylko, z czym wiążą się dwuletnie wakacje kosmity w ludzkim domu, ale także – co to są zarumieńce, poprztykańce, bososzczęki i przymule (te ostatnie koniecznie słone !).

Ponieważ znałam dotychczas tylko wersję ilustrowaną przez Agnieszkę Sadurską, w mojej pamięci Potworak istniał jako stworek z wydatnym nosem czy tez może bardziej trąbą. Ale ten uszaty Daniela de Latour też jest sympatyczny, szybko go polubiłam 🙂

Grzegorz Kasdepke „Wakacje Potworaka” (seria: Moje Poczytajki), ilustr.: Agnieszka Sadurska, wyd.: Nasza Księgarnia, Warszawa 2003

Grzegorz Kasdepke „Potworak i inne ko(s)miczne opowieści”, ilustr.: Daniel de Latour, wyd.: Nasza Księgarnia, Warszawa 2022

Drań czyli moje życie z jamnikiem

Drań czyli moje życie z jamnikiem

Książka nominowana w Plebiscycie Blogerów LOKOMOTYWA 2022 w kategorii: tekst !!!

Książka wyróżniona w konkursie Książka Roku Polskiej Sekcji IBBY w kategorii literackiej !!!

Historie opisane w tej książce wydarzyły się naprawdę, chociaż – jak to z opowieściami bywa – nie są prostym zapisem wydarzeń. Na pewno jednak Drań z książki to mój własny pies: pierwszy w życiu, wyczekany i ukochany. Wierny towarzysz dzieciństwa i powiernik w trudach dorastania. Cierpliwy nauczyciel wrażliwości na psi język i sprawy. To o nim pisałam swoje pierwsze książki, takie jak komiks „O pozycjach jamnika w łóżku”, ofiarowywane rodzinie pod choinkę. Pisząc teraz do Draniu, chciałam choć odrobinę spłacić dług wobec niego. Bo w czasach, gdy było mi źle, pocieszał mnie mądrym spojrzeniem i obecnością. A gdy było mi dobrze, cieszył się całym sobą razem ze mną…

W zeszłym roku w książce „Lotta czyli jak wychować ludzkie stado” Zofia Stanecka opisała swoje życie z aktualnie miłościwie panującą w jej rodzinie Principiessą. Teraz sięgnęła do swoich wspomnień z dzieciństwa, do trudnych lat osiemdziesiątych, kiedy w jej życiu pojawił się pierwszy pies.

Skąd imię Drań ? Z piosenki Kabaretu Starszych Panów „Tanie dranie”. Mój tata i bracia bardzo ją lubili. A skoro oni, to ja również – wpatrzona w nich córka i dużo młodsza siostra. Drań, bo w niewielkim jamniczym ciele dźwigał silny, niezłomny charakter . Szczekał basem, miał na każdy temat własne zdanie, kochał po swojemu i był wszystkim, tylko nie pieskiem salonowym. A że miał empatyczne serce i bardzo go kochaliśmy, nazywaliśmy go najczęściej Draniuszkiem. Bywał również Dranisławem, bo poza charakterem i wrażliwością cechowała go ogromna godność. Był psem, którego nie tylko się kocha, ale też szanuje.

Rodzinna historia Autorki opisana w tej książce ściśle spleciona była z tą pisaną wielką literą. Akcja rozpoczyna się w nocy 12 grudnia 1981 roku, kiedy małą Zosię najpierw budzą hałasy za ścianą i jest przekonana, że to nie pierwsza w jej domu milicyjna rewizja: Funkcjonariusze szukali dowodów na to, że moja rodzina konspiruje przeciwko władzom: nielegalnie drukowanych gazet, wydawanych za granicą i zakazanych w kraju książek … Zawsze wpadali bez zapowiedzi, hałasowali, tupali, wyrzucali ubrania z szaf i książki z półek na podłogę, deptali, niszczyli i niemal za każdym razem zabierali ze sobą kolejną maszynę do pisania. Nigdy ich nie oddawali. Po ich wyjściu w mieszkaniu zostawał zapach strachu i okropny bałagan. Tym razem jednak było inaczej – okazało się, że milicja zabrała Tatę, a w kraju został wprowadzony stan wojenny. Jednak o tym, co to ma wspólnego z psem nie zdradzę, musicie sami o tym przeczytać…

W tej książce wielka Historia jest tylko tłem dla tego, co zawarte zostało w jej tytule – życia z psem od pierwszego spotkania, kiedy to maleńki szczeniaczek sam wybrał sobie właścicielkę, do końca, którego Zofia Stanecka nie dopowiada. Jest w niej wiele momentów śmiesznych (choć wtedy, kiedy się to przydarzało zapewne nikomu do śmiechu nie było), są chwile wzruszające i są poruszające (jak te, kiedy Autorka bardzo oględnie dotyka problemu alkoholizmu Ojca). Jest w tej historii wielka miłość i tęsknota, jest wdzięczność, za rolę, jaką Drań odegrał w jej życiu i jest też ogromny szacunek. Bo chociaż jamnik to stworzenie, które wygląda dość pociesznie i może wzbudzać śmiech oraz skłaniać do traktowania protekcjonalnego, należy pamiętać, że Jamnik to osoba o zdecydowanych poglądach i silnym poczuciu własnej wartości, więc potrzebuje poważnego traktowania.

Podobnie jak w książce o Lotcie, także w tej za stronę wizualną odpowiadała Marianna Sztyma. Tym razem nie mogła portretować z natury, ale na podstawie rodzinnych zdjęć Autorki znakomicie oddała jamniczą naturę bohatera oraz nastrój tej opowieści.

Z pierwszym psem jest jak z pierwszą miłością: nigdy się go nie zapomina – napisała Zofia Stanecka. Miałam szczęście, bo mój pierwszy pies był prawdziwym przyjacielem, zgranym ze mną, pasującym do mnie jak łupinka do orzecha. Nikt nigdy go nie zastąpił i przez wiele lat nie mógł się z nim równać. Dopiero Lotta, złocista Principiessa, wypełniła część pustki po Draniu i stała się równie ważna. Lubię myśleć, że ta dwójka zaprzyjaźniłaby się ze sobą. Psy bywają zazdrosne i pilnują hierarchii w stadzie, ale jestem dziwnie spokojna, że ta dwójka znalazłaby wspólny język.

Zofia Stanecka „Drań czyli moje życie z jamnikiem”, ilustr.: Marianna Sztyma, wyd.: Kropka, Warszawa 2022

Bajek paka dla przedszkolaka

Bajek paka dla przedszkolaka

Książka pod patronatem medialnym Małego Pokoju z Książkami !!!

To nie jest pierwsza książka, która może pomóc w adaptacji przedszkolnej dzieci, jaka stanęła na półkach Małego Pokoju z Książkami, ale pierwsza, która łączy w sobie treści adresowane i do dzieci, i do dorosłych. Jej autorka – Marta Chrościcka jest psycholożką i terapeutką dzieci, młodzieży i rodzin. Współpracuje z wieloma przedszkolami oraz prowadzi w sieci miejsce, które nazwała Pracownia Dobrych Relacji. Jest także mamą trójki dzieci, więc problemy adaptacji przedszkolnej zna z obu stron.

„Bajek Paka dla Przedszkolaka” to zbiór historii, które można określić mianem bajek adaptacyjnych i które krok po kroku pomagają przeprowadzić dziecko przez tę, często pierwszą w życiu, Wielką Zmianę.

Trzylatek z całego świata zna tylko swoją rodzinę i zasady w niej panujące. Przedszkole to jakaś obca planeta, a życie na niej jest niezwykle trudne do wyobrażenia. Dlatego debiut przedszkolny to w jego życiu zmiana tak wielka i przeżycie tak ogromne, że często pamięta się je przez całe życie.

Najpierw nie wiadomo nic – jest tylko to groźne słowo: przedszkole (kiedy będziesz juz chodzić do przedszkola, to…) Potem okazuje się, że jest to taki dom otoczony płotem i są tam też zjeżdżalnie i piaskownice , ale gdy wchodzi się do środka, to dalej nic nie wiadomo. Maluch wie tylko, że nie będzie Mamy, Taty, ani Babci – są za to jakieś obce Panie, które nie zajmują się tylko nim, ale też całą gromadą obcych dzieci – pisałam kilkanaście lat temu o książce „Lulaki, Pan Czekoladka i przedszkole” Beaty Ostrowickiej. Miałam już wtedy za sobą debiuty przedszkolne wszystkich trzech córek. Niestety, w stosownym czasie nie dysponowałam odpowiednimi książkami, które by nam w tym pomogły. Jedynym wsparciem były dla mnie wtedy teksty w miesięczniku „Dziecko” – mojej rodzicielskiej Biblii 😉

Marta Chrościcka w swoich bajkach pokazuje dorosłym, jak mądrze rozmawiać z dziećmi nie tylko o technicznych szczegółach związanych z życiem przedszkolaka, ale przede wszystkim o ich obawach i wątpliwościach. Nie zawsze w momencie, w którym pojawi się problem, można sięgnąć po książkę i zaserwować dziecku stosowną bajkę. Dlatego warto, żeby dorośli zaczęli od jej samodzielnej lektury, zanim zaczną ją czytać z maluchami. Rozpoczyna ją przedmowa: Jak najlepiej korzystać z tej książki?, a potem każdej bajce towarzyszy wstęp, wyjaśniający dorosłym problem, którego dotyczy.

Pierwsza historia, którą znajdziemy w tym zbiorze, w ogóle nie dotyczy przedszkola, opowiada natomiast o radzeniu sobie ze zmianami, które są naturalną częścią życia. Wszystkie pokazują, jak ważne jest, aby w rozmowach z dziećmi nie bagatelizować ich problemów i wątpliwości, tylko dać im do nich prawo. Jedynie wtedy można z jednej strony zrozumieć, o co dziecku chodzi, czego nie rozumie lub czego się boi, a z drugiej – pomóc mu sobie z tym wszystkim poradzić. W Sosnowym lesie, gdzie żyją bohaterowie bajek Marty Chrościckiej, nikt nie mówi dziecku: Eeee tam, przesadzasz !, ani Nie histeryzuj !

Jeśli wspólnie zastanowimy się, na czym polega problem i skąd się bierze, łatwiej go będzie potem razem rozwiązać. Tego właśnie uczą te bajki i warto o tym pamiętać nie tylko w kontekście przedszkola.

Marta Chrościcka „Bajek Paka dla Przedszkolaka. Wspieraj swoje dziecko w adaptacji do przedszkola”, ilustr.: Joanna Jarząbkowska, wyd.: MB Press, Radzymin 2022

P.S. 12.09.2022

Marta Chrościcka była gościem Silver TV – posłuchajcie, co mówiła o tym, jak pomóc dziecku w trudnym okresie adaptacji do przedszkola a także o książce i opracowanych przez nią pomocach – wszystko można kupić na stronie Pracowni Dobrych Relacji czyli —->>> tutaj

Tyle miłości nie może umrzeć

Tyle miłości nie może umrzeć

Książka nominowana w Plebiscycie Blogerów Lokomotywa 2021 w kategorii: tekst



Dopóki żyją nasze matki, ciągle jesteśmy dziewczynkami. / Cóż z tego, że wielu mężczyzn odeszło, / a nasze córki podorastały ? – od tych słów rozpoczyna się wiersz Anny Piwkowskiej „Dopóki żyją nasze matki”, który ostatnio często mi się przypomina.

A co jeśli matka umiera, kiedy jej córka jest jeszcze właściwie dzieckiem, a jej własna matka żyje nadal ? „Tyle miłości nie może umrzeć” to na półkach Małego Pokoju trzecia książka, w której mamy taką sytuację, a równocześnie za każdym razem jest ona inna. W „Świecie do góry nogami” Beaty Ostrowickiej mama bohaterki ginie w wypadku samochodowym – to sytuacja nagła, której nikt nie mógł przewidzieć. W „Comedy queen” mamy do czynienia z samobójstwem poprzedzonym długą depresją. Natomiast mama Lei, której historię opisuje Moni Nilsson, umiera długo, świadomie i robi wszystko, aby ten ostatni czas przeżyć z rodziną jak najpiękniej.

Wszystkie inne mamy są w pracy. Moja prawie cały czas siedzi w domu. Tak jest, odkąd zaczęłam pierwszą klasę. Mama mówi, że jej praca polega na tym, żeby wyzdrowieć. I żeby mnie kochać przez okrągłą dobę. (…)
Prawie nie pamiętam, jak to było, zanim mama zachorowała i zaczęła mieć czas, żeby kochać mnie przez okrągłą dobę. Wcześniej kochała też swoją pracę w gazecie. Teraz nie ma siły pracować. Za to ma siłę mnie kochać nawet wtedy, gdy budzę się w środku nocy i wślizguję do jej łóżka. Albo gdy zapodzieję gdzieś klucze lub strój na wuef.
Czasami jest bardzo chora i wymiotuje do sedesu, i gubi włosy, przez co robi się bardziej łysa od ryby. Wtedy biorę pisaki i rysuję na jej głowie tatuaże. Czasami jest zdrowa i włosy jej odrastają. Chciałabym, żeby moja mama zawsze była zdrowa. Bo kiedy jest zdrowa, staramy się robić fajne rzeczy.


„Tyle miłości nie może umrzeć” to historia odchodzenia, ale jest to odchodzenie heroiczne i pełne troski o tych, którzy zostają. Mama Lei dzielnie walczy o to, żeby ten ostatni wspólny czas był jak najdłuższy i jak najpiękniejszy, ale troszczy się także o to, co będzie z jej najbliższymi potem. Planuje prezenty na kolejne urodziny dzieci, nagrywa audiobooka ze swojej ulubionej książki i w najdrobniejszych szczegółach wymyśla swój pogrzeb. Chce być obecna w ich życiu także po śmierci, chce żeby czuli się otoczeni jej miłością.

Przywołany przeze mnie wiersz Anny Piwkowskiej opowiada sytuację, rzekłabym, normalną. Dopóki żyją nasze matki (i ojcowie), a my sami jesteśmy już dorośli, stanowią oni taki rodzaj buforu między nami a śmiercią. Kiedy oni odchodzą, my przejmujemy tę rolę wobec naszych dzieci. W tej książce nie tylko Lea i Lukas tracą mamę. Ich babcia i dziadek tracą swoją córkę, to jest kompletne odwrócenie naturalnego porządku rzeczy. Babci jest mi chyba w tej całej historii najbardziej żal, bo jakoś tak tam jest, że jej ból wydaje się być przez wszystkich traktowany z najmniejszą empatią

Rodzina Lei przeżywa wszystkie etapy żałoby jeszcze zanim jej Mama umrze. Przechodzą razem od szoku, przez zaprzeczanie, smutek, aż do ukojenia.

Usypiamy spokojne i budzimy się ufne, / dopóki żyją nasze matki.

„Tyle miłości nie może umrzeć” to wzruszająca (jest kilka scen, przy których płaczę za każdym razem !) opowieść o miłości tak wielkiej, że przeżyje śmierć i będzie dawać Lei i Lukasowi siłę na całe ich życie. Jest też pięknym obrazem rodziny, która przezywa to razem, razem bojąc się, tego, co będzie potem i wreszcie razem dając mamie przyzwolenie na to, żeby już dłużej nie walczyła. Pozwolić komuś odejść, to najtrudniejsze doświadczenie miłości.

Moja mama kochała mnie jak stąd do wszechświata . Każdego dnia, przez całe nasze życie. Tyle miłości nie może umrzeć…

Moni Nilsson „Tyle miłości nie może umrzeć”, ilustr.: Joanna Hellgren, przekł.: Agnieszka Stróżyk, wyd.: Zakamarki, Poznań 2021

Felcia czyli szkice z kichającym berecikiem

Felcia czyli szkice z kichającym berecikiem

Spotkałem kiedyś małą dziewczynkę.

– Narysuj mi mnie ! – poprosiła, gdy usłyszała, że ilustruję książki.

– Czyli co dokładnie ? – Nie byłem pewien, co ma na myśli.

– Jak robię „widoczki” albo jak znajduję BMW, albo jak przeganiam pana Pudla, albo jak…- i tak zaczęła opowiadać mi różne historie.

Z początku wszystko rysowałem (to umiem najlepiej), ale dziewczynka mówiła tak dużo, że nie nadążałem i zacząłem jej opowieści spisywać (bo pisze się krócej i łatwiej niż rysuje).

Dziewczynka miała na imię Felcia, a ta książka jest spełnieniem jej prośby – napisał na okładce Paweł Pawlak.

Myślę, że spotkał swoją bohaterkę we wspomnieniach z dzieciństwa pewnej osoby, która ma na imię trochę inaczej, ale wygląda podobnie 😉 A jej dzieciństwo przypadło na czas, który przypadkiem był także czasem mojego dzieciństwa, więc poczułam się w tej książce całkiem swojsko. Choć jestem od Felci nieco młodsza, bo do szkoły poszłam dwa lata później, realia tych czasów pamiętam bardzo dobrze.

Tak samo jak ona chodziłam po zakupy z siatką z siatki i zarzucałam ją sobie na plecy. Kiedyś zrobiłam to z dużym rozmachem, a siatce niestety nie było Serabiałegopełnotłustegoniekwaśnegowkostcenapierogipółkilo tylko truskawki mocno dojrzałe, więc miałam na plecach wielką czerwoną plamę, a w domu… Lepiej nie wspominać 😉

Tak samo jak ona wisiałam też na trzepaku – czasem na górnej jego części i kompletnie nie rozumiałam, czemu Babcia, widząc to z okna, złościła się na mnie.

„Felcia czyli szkice z kichającym berecikiem” to opowieść o dzieciństwie – szczęśliwym i bezpiecznym, takim jakie może się przydarzyć w każdych czasach. Ale to, że takie było, widzi się i docenia dopiero z perspektywy wielu lat. To jednak także opowieść o czasach bardzo konkretnych – latach sześćdziesiątych i wczesnych siedemdziesiątych, może bez zbytniego zagłębiania się w realia społeczno-polityczne, za to z wieloma szczegółami, które bez trudu rozpozna każdy, kto wtedy żył w PRL. Szczególnie wiele takich smaczków można znaleźć na ilustracjach. Kiedy zobaczyłam mieszkanie rodziców Felci, poczułam się trochę tak, jakbym wróciła na ulicę Bukową w Bydgoszczy, gdzie wtedy mieszkaliśmy. U nas też były takie fotele, jeden nawet jest do dziś u mnie w domu. Szafka i lampa pod sufitem także wyglądają znajomo, a na ścianach też mieliśmy podobny kilimek. Tylko reprodukcja Chełmońskiego się nie zgadza, u nas wisiał (o ile dobrze pamiętam) Wyspiański.

Roksana Jędrzejewska-Wróbel napisała w przedmowie to tej książki: Zapraszam was do świata tej niezwykłej dziewczynki. A jeśli chcecie dowiedzieć się o nim czegoś więcej, na przykład, dlaczego ugniatało się zwierzątka z czerwonego wosku pokrywającego kostki żółtego sera, to zapytajcie swoich babć i dziadków. Na pewno będą mieli Wam mnóstwo do opowiedzenia. A może oni też zaprzyjaźnią się z Felcią ? Bardzo możliwe. Dziś byłaby przecież ich rówieśnicą…

Ja co prawda wnuków jeszcze nie mam, ale myślę, że ta książka może być dobrym punktem wyjścia do powspominania naszego dzieciństwa także z innymi dziećmi. A na wnuki sobie spokojnie poczeka…

P.S. I bardzo jestem wdzięczna Autorowi za przypomnienie zapomnianego już, telewizyjnego teatrzyku z Kubusiem i Agnieszką !!! To właśnie dzięki nim mam na imię, tak jak mam. A gdybym się urodziła chłopcem, byłabym Kubusiem 🙂

Paweł Pawlak „Felcia czyli szkice z kichającym berecikiem”, wyd.: Wilga, Warszawa 2022