Lotta, czyli jak wychować ludzkie stado

Lotta, czyli jak wychować ludzkie stado

Ta książka została napisana dla Lotty z okazji jej dziesiątych urodzin. Nie wiem, czy Principiessa ją doceni. Obawiam się, że wolałaby tort z psich parówek albo porządną wyżerkę w śmieciach. Ponieważ jednak mam to nieszczęście, że jestem człowiekiem, nie psem, miłość wyrażam też słowami. A tym jest właśnie ta książka – wyrazem miłości. Nie bójmy się wielkich słów, gdy mówimy o najważniejszych dla nas „osobach”: psach.

Kiedy pierwszy raz zobaczyłam tę książkę (jeszcze nawet nie zaczęłam jej czytać), od razu przypomniały mi się nasze z Najmłodszą z córek rozkminy nad imieniem psiny, która miała się w naszym domu pojawić. Szukałyśmy tropów literackich i Lotta była jedną z poważnie rozważanych możliwości. Potem przypomniałyśmy sobie, że nosząca to imię bohaterka Astrid Lindgren była uparta jak stary kozioł, istniały więc obawy, że coś z tego spłynie na nosicielkę tego imienia. W końcu stanęło na Nice, ona była zdecydowanie bardziej zrównoważona 😉

Czytając „Lottę” Zofii Staneckiej wróciłam myślami do początków naszego życia z Niką. Pewne rzeczy, które tu opisuje, brzmiały bardzo znajomo, niektóre nas na szczęście nie dotyczyły. Są tam przygody wesołe i smutne, ale najważniejsza jest więź, która z czasem nawiązuje się między ludźmi a psem. To niepotrzebujące słów porozumienie, dzięki któremu my wiemy, co mówi każde spojrzenie psa, jego pochylenie głowy czy ogon. Pies natomiast nie tylko doskonale rozumie różne słowa we wszystkich językach świata (Nika reaguje nie tylko na spacer i Spaziergang, ale także na prohazku i progułku 😉 ), wyczuwa też pewne rzeczy, jeszcze zanim cokolwiek powiemy.

Lottę i jej ludzkie stado zwizualizowała w tej książce Marianna Sztyma. Pierwszy raz zauważyłam jej ilustracje w „Moim cudownym dzieciństwie w Aleppo” i od tego czasu uważnie obserwuję jej twórczość. Rzadko ilustruje książki dla dzieci – z tym większą radością odnotowałam, że w ostatnim czasie ukazały się aż trzy (w tym dwie autorstwa Zofii Staneckiej). Widziałam bohaterkę tej książki na zdjęciach, więc mogę docenić, że została pokazana w niej jak żywa – nie tylko na okładce i ilustracjach wewnątrz, ale także na wyklejce.

Zofia Stanecka napisała we wstępie: Nie opisuję życia mojej rodziny. Tak więc ani mama nie jest dokładnie mną, anie dzieci nie są moimi dziećmi. Nasze ludzkie życie jest tylko tłem dla Principiessy, dlatego to jej przygody, nie nasze, są w tej książce prawdziwe. Podobnie jak prawdą jest , że Lotta jak mało kto potrafi wychować ludzkie stado. Z nami poradziła sobie bezbłędnie. Co niniejszym zaświadczam, nisko się przy tym kłaniając do jej psich stópek, pachnących trawą, suszonym grzybkiem i starą skarpetką.

A ja się do tych ukłonów przyłączam i dodaję pozdrowienia od Niki!

Zofia Stanecka „Lotta czyli jak wychować ludzkie stado”, ilustr.: Marianna Sztyma, wyd.: Kropka, Warszawa 2021

Już, już !

Już, już !

Wiosną 2019 roku na portalu Gazeta.pl przeczytałam wstrząsającą rozmowę Anny Kaliny z mamą dziesięcioletniej Zuzi, dziewczynki, która trafiła na odwyk. Poraziła mnie siła uzależnienia behawioralnego, gdzie nawet w kochającej i uważnej rodzinie możliwa jest utrata czujności rodziców i wycofanie dziecka w świat gier. Wiedziałam, że muszę o tym napisać, ta historia stała się moim koszmarem we śnie i na jawie, przede wszystkim dlatego, że sama jestem mamą, a zagrożenie nigdzie się nie czai, tylko żyje sobie po pańsku pod każdym dachem. Opowieść o Zosi stała się luźną inspiracją. Tuż po ukończeniu powieści wybuchła epidemia koronawirusa, nastał czas powszechnej izolacji i nagle ogromna część codziennego życia przeniosła się do internetu – napisała w posłowiu Autorka.

Ja także jestem mamą i przy lekturze tej książki nie raz towarzyszyła mi myśl, jak bardzo cieszę się, że moje córki są już dorosłe. W czasach, kiedy one dorastały, zagrożenia, które obecnie czyhają na dzieci w internecie, dopiero raczkowały. Początkowo mieliśmy w ogóle tylko jeden komputer w domu, potem przez jakiś czas miały jeden na spółkę, a pierwszego laptopa Najstarsza z córek dostała na osiemnaste urodziny. Podobnie późno, jak na obecne standardy, stawały się posiadaczkami telefonów komórkowych, a poza tym były one nieporównywalnie słabiej wyposażone w gry i aplikacje. Dlatego, kiedy w odpowiedzi na wezwanie na obiad czy wyjście z pokoju w innej sprawie, słyszałam od którejś z nich tytułowe Już, już ! mogłam być prawie pewna, że albo się zaczytała w papierowej książce, albo najzwyczajniej w świecie gada z kimś przez telefon.

Oczywiście to się z czasem zmieniało, ale na szczęście w ich życiu był czas i na zajęcia dodatkowe, i na normalne życie towarzyskie z rówieśnikami, i na lekcje informatyki w szkole, na których dowiedziały się o wielu zagrożeniach zanim było za późno na ich uświadomienie.

Lula, bohaterka tej książki, ma dziewięć lat. Jest uzdolniona plastycznie, świetnie się uczy, chodzi na zajęcia sportowe, pamięta o obowiązkach domowych i odrabianiu lekcji – po prostu dziecko marzeń. Wszystko to jednak zmienia się, kiedy jej starsza siostra dostaje na urodziny laptopa. Wtedy jej stary komputer zostaje przeniesiony do pokoju Luli, żeby mogła z niego korzystać na potrzeby zadań szkolnych. Początkowo tak jest, dziewczynka przestrzega ustalonych z rodzicami reguł, ale potem (wzorem niemal wszystkich koleżanek z klasy) zaczyna grać w (na szczęście wymyśloną przez Autorkę, aczkolwiek całkiem prawdopodobną) grę Kryształowy zamek, stworzoną i dystrybuowaną w sieci przez (na szczęście wymyśloną przez Autorkę, aczkolwiek całkiem prawdopodobną) firmę o znaczącej nazwie Devil’s Media. I pomału zaczyna ją ten wirtualny świat wciągać…

Akcja tej książki to zaledwie parę jesiennych miesięcy, a Lula zdoła w tym czasie przejść wszystkie fazy uzależnienia. Zapytacie – jak to możliwe, że rodzice tego w porę nie zauważyli ? Niestety – może tak się zdarzyć. Tata Luli pracuje za granicą i w domu bywa od czasu do czasu. Bardzo się wtedy stara nadrobić zaległości rodzinne, ale przecież tak się nie da. Na co dzień Mama jest sama z trójką dzieci, psem, domem i pracą. Przyzwyczaiła się do tego, że w przeciwieństwie do starszej siostry i brata, najmłodsza z rodzeństwa nie sprawiała jeszcze kłopotów. Początkowo bagatelizowała więc różne (nazwijmy to) wybryki córki, przyjmowała przeprosiny i zapewnienia, że to się nie powtórzy, a potem było już za późno.

„Już, już !” to książka, o której jedna z jurorek Plebiscytu Blogerów Lokomotywa powiedziała, że powinna mieć na okładce apel do rodziców, aby koniecznie przeczytali ją razem z dzieckiem !!! Dorośli mogą w niej znaleźć wiele tematów do zastanowienia się i rachunku sumienia. Nie tylko rodzice, ale także nauczyciele, którzy niespodziewanie dla siebie musieli się zmierzyć z nauczaniem zdalnym. Ja mogłam się tylko (gorzko) zaśmiać, kiedy słyszałam o dzieciach robiących komputerowe prezentacje o rozmaitych dyscyplinach sportu… w ramach lekcji wychowania fizycznego lub oglądające na tych lekcjach filmy o szkodliwości zbyt długiego siedzenia przed ekranem, ale nie wiem, jak bym się znalazła w tej rzeczywistości, gdybym miała dzieci w wieku szkolnym.

„Już, już !” to bardzo dobrze skonstruowana i napisana opowieść. Rodzina Luli jest zupełnie zwyczajna, ale opisana bardzo prawdziwie – relacje między rodzeństwem, ojciec, który w czasie krótkich urlopów w domu aż za bardzo stara się nadrobić czas swojej nieobecności, babcia nie nadążająca za światem swoich wnuków i pies. Tak, wątek psa (a szczególnie ostatnia scena) wyjątkowo mnie poruszył. Poznajemy ich wszystkich pod koniec lata, na początku roku szkolnego i na razie wszystko jest porządku. Katarzyna Wasilkowska z aptekarską dokładnością, niemal jakby odmierzając je kroplomierzem, wprowadza w świat Luli niewielkie, początkowo wręcz niewidoczne gołym okiem zmiany i problemy. Długo jest tak, że kibicujemy jej i mamy nadzieję, że uda jej się (może nawet kosztem niewielkiego kłamstwa, ale jednak) wybrnąć z nich i że wszystko wróci do normy. W okolicach Bożego Narodzenia już jest na to za późno, choć (tu mały spoiler) zakończenie pozostawia jednak nadzieję dla niej i dla całej rodziny.

Zaczęłam od tego, co Autorka napisała w posłowiu, więc zakończę jej słowami otwierającymi tę książkę:

Najstraszniejsze w tej historii jest to, że dzieje się bez poważnej przyczyny. Nie było żadnego wypadku, nikt nie wygrał miliona w lotto ani nikt nie umarł. Nie spadł też meteoryt, nie przeprowadzono się do nawiedzonego domu, ani nie ujawniono mrocznego sekretu sprzed lat. Nie odkryto ani jednych tajemniczych drzwi.

Najstraszniejsze w tej historii jest to, że dzieje się naprawdę.

Katarzyna Wasilkowska „Już, już !” (seria: To lubię), ilustr.: Robert Konrad, wyd.: Literatura, Łódź 2021

Free lunch. Darmowy obiad

Free lunch. Darmowy obiad

Ostrzeżenie – recenzja niestety zawiera spoilery, ale nie potrafiłam napisać o tym, co moim zdaniem jest w tej historii ważne, nie odnosząc się do jej zakończenia.

Właśnie skończyłem pisać historię, którą wy właśnie skończyliście czytać. Jestem wykończony, smutny i jest mi trochę niedobrze. (Nie bójcie się, nie puszczę na was pawia). Czuję się tak, bo wszystko, co opisałem w tej książce, zdarzyło się naprawdę. Tak wyglądało moje dzieciństwo. Każdy śmiech, każdy obiad w szkole, każde uderzenie, o których czytaliście, jest efektem głębokiego nurkowania w moją prywatną przeszłość.

Podobnie jak większość szóstoklasistów, interesowali mnie głównie kumple, oceny i kombinacje do szafek. Ale martwiłem się też o inne rzeczy – kiedy znowu coś zjem, w jakim nastroju będzie moja mama czy ojczym, kiedy wrócę ze szkoły, i kiedy inne dzieciaki odkryją mój najmroczniejszy sekret – że jestem biedny jak mysz kościelna – napisał Autor tej książki w posłowiu.

„Free lunch. Darmowy obiad” to nie jest lektura przyjemna. Towarzysząc bohaterowi w jego niełatwym i niesprawiedliwym życiu, odczuwałam przede wszystkim bezradność i bezsilną złość. Adresatami tej ostatniej byli dorośli – przede wszystkim matka i ojczym Rexa, ale także jego nieobecny, choć płacący alimenty ojciec oraz wszyscy ci, którzy go codziennie spotykali, na przykład nauczyciele ze szkoły. W najmniejszym stopniu obwiniałam Abuelę – babcię chłopca, bo ona jednak usiłowała coś dla niego zrobić.

Im dłużej myślę o tej książce, tym większe mam poczucie, że największym problemem Rexa wcale nie była bieda. Ta historia opowiedziana jest z punktu widzenia jej jedenastoletniego bohatera i mimo że pisał ją już jako człowiek dorosły, mam wrażenie, że nadal w głębi duszy jest tym skrzywdzonym przez życie chłopcem. Brakuje mi tam refleksji dorosłego, patrzącego na to wszystko z dystansu.

Dlatego w tej opowieści na pierwszym planie jest bieda – brak jedzenia w domu i tytułowy darmowy obiad w szkole, którego ceną jest wstyd przed kolegami, używane ciuchy, dziurawy plecak czy niemożność zapisania się na zajęcia dodatkowe – bo to są te kwestie, w których Rex porównywał się z rówieśnikami. Są tam też problemy dla polskiego czytelnika niezrozumiałe, na przykład to, jak jest postrzegany bohater z racji swojego meksykańskiego pochodzenia i jak go to sytuuje w strukturze społecznej.

W tle i właściwie bez żadnego odautorskiego komentarza pozostaje to, co działo się w jego domu, a co chłopiec uważał za normę.

Czyli przemoc.

Przemoc słowna i fizyczna, zarówno między dorosłymi, jak też w stosunku do niego, czego skutkiem był z jednej strony brak poczucia bezpieczeństwa, a z drugiej – typowe dla takich sytuacji wchodzenie przez dziecko w rolę osoby dorosłej i branie na siebie odpowiedzialności za brata i mamę.

Mam w związku z tym problem z zakończeniem tej książki, bo (tu następuje zapowiadany spoiler) kończy się ona happyendem. Mama znajduje pracę, rodzice wykupują z lombardu zastawione tam wcześniej rzeczy i wreszcie są normalne święta (czyli z prezentami). Od tego momentu zaczyna się nowe lepsze życie. Ok, być może naprawdę tak było w tej rodzinie, ale we mnie po tej lekturze pozostała obawa. Czy naprawdę tylko brak pieniędzy był w tej rodzinie problemem ? A co jeśli Mama Rexa straci pracę i znowu zaczną się problemy finansowe ? Tyle czasu była bezrobotna, może był jakiś tego inny powód ? A jeśli restauracja splajtuje ? Czy związek mamy z ojczymem przetrwa i co, jeśli nie ? Obawiam się, że ten strach pozostał z Rexem do dziś.

Dlatego napisał tę książkę – dla dzieci, które są w jego sytuacji, ale też dla tych, które takich problemów nie mają. Żeby zrozumiały, że ich biedniejsi koledzy nie są temu winni. A także, że oni sami wcale nie są lepsi dlatego, że ich rodzice (i rodziny) są życiowo zaradniejsi.

Żadne dziecko nie powinno czuć się osamotnione, zawstydzone czy bezwartościowe. Dzieci muszą wiedzieć, że to w jakich warunkach żyją, nie jest ich winą. (…) Napisałem „Darmowy obiad”, bo naprawdę wierzę, że mam coś wartościowego do przekazania. I nie chodzi tylko o wyjawienie prawdy na temat moich najbardziej intymnych doświadczeń, by dać innym do zrozumienia, że nie są sami. Chciałbym również wyrazić solidarność z tymi młodymi czytelnikami, którzy desperacko jej potrzebują.

Tak, życie potrafi być naprawdę, naprawdę ciężkie. Dla niektórych kończy się nawet tragicznie. Ale świat potrafi być też piękny, cudowny i pełny radości. Zazwyczaj jest tak gdzieś pośrodku.

Rex Ogle „Free lunch. Darmowy obiad”, przekł.: Alicja Laskowska, wyd.: Mamania, Warszawa 2020

Irenka dziewczynka z Wilna

Irenka dziewczynka z Wilna

Wielkie dzięki dla mojej kuzynki Ireny, która wyraziła zgodę na opisanie Jej przeżyć w czasie wojny na Wileńszczyźnie oraz na opublikowanie zdjęć i niektórych faktów z pamiętnika Jej ojca – napisał na początku Autor.

W ramach serii Wojny dorosłych – historie dzieci ukazują się książki oparte na autentycznych losach dzieci żyjących wtedy, ale pisane najczęściej przez osoby urodzone już po wojnie na podstawie wspomnień i opowieści bohaterów. Wyjątek stanowią trzy pozycje autobiograficzne – „Asiunia” Joanny Papuzińskiej, „Ostatnie piętro” Ireny Landau i „Jędruś chłopak ze Lwowa” Andrzeja Perepeczki. Autor tej ostatniej sięgnął teraz po losy swojej kuzynki, która mieszkała wraz z rodzicami w Wilnie i w Szumsku, gdzie jej ojciec – lekarz kierował szpitalem.

Jest to w tej serii czwarta historia (po „Syberyjskich przygodach Chmurki”, „Wysiedlonych” i „Niedokończonej opowieści Pepe”), której bohaterowie żyli na terenach, które pod okupacją niemiecką znalazły się dopiero w połowie 1941 roku. Jest to też pierwsza publikacja adresowana do czytelników niedorosłych wydana po 1989 roku (a więc wtedy, kiedy przestał to już być temat niecenzuralny) opisująca ten czas w Wilnie i na Wileńszczyźnie. Ta część Rzeczpospolitej Polskiej miała wtedy aż trzech okupantów. Wcześniej, jeszcze w PRL ta część naszej historii znalazła swoje odbicie tylko w jednej powieści dla młodzieży – „Dziewczęta szukają drogi” Elżbiety Jackiewiczowej. Ogólny jej wydźwięk był zgodny z linią ówczesnej władzy, a tytułową odnalezioną drogą jej bohaterki – uczennice jednej klasy łódzkiego liceum w końcu lat czterdziestych, miały iść w czerwonych krawatach i pod czerwonym sztandarem. Jednak otwartość, z jaką autorka opisywała ich wcześniejsze, wojenne losy, była jak na owe czasy zaskakująca. Książka ukazała się w 1958 roku, na fali popaździernikowej odwilży i wznowiono ją tylko raz, kilka lat później.

Jedna z bohaterek, Maryla Bartówna mieszkała przed wojną i w czasie okupacji w Wilnie, a jej opisane przez Jackiewiczową losy były dla mnie przez długi czas jedynym źródłem wiedzy o tym, co się w tym mieście działo:

A historia przeskakiwała przez Wilno siedmiomilowymi butami. Władza zmieniała się z roku na rok.

– Litwini jeszcze nogów nie zagrzali, a już przyszli Sowieci – mówiła babcia do licznych słuchaczy obierając kartofle na kuchennym ganku. – Jeszcze Sowieci paczków nie rozpakowali, a już ich Niemcy pognali. Poczekajcie, i tych przegonią… *

Te same wydarzenia były udziałem Irenki, choć jej rodzina większość tego czasu spędziła w Szumsku, gdzie jej ojciec kierował szpitalem. Wojna była końcem tego świata, rozbiła struktury społeczne istniejące tam od wieków. Najpierw były wywózki na (umownie mówiąc) Syberię, które o mały włos nie objęły by także jej rodziny, a ci, którzy je przeżyli albo opuścili nieludzką ziemię z Armią Andersa i już do Polski nie wrócili, albo repatriowali się już po wojnie szukając swojego miejsca w nowych granicach Polski, które przesunięte zostały na zachód. Byli też tacy, a wśród nich ojciec naszej bohaterki, którzy w tę podróż na wschód wyruszyli wtedy, kiedy całemu światu wydawało się, że wojna właśnie się kończy. Potem część polskich mieszkańców Wileńszczyzny wyruszyła w drugą stronę, do nowej Polski, osiedlając się w różnych miejscach, zrywając dotychczasowe więzi sąsiedzkie i często rozluźniając także te rodzinne. W oficjalnym przekazie pamięci o wojnie nie było miejsca na wspominanie tamtego życia i kolejnych okupacji, pozostawało on o jedynie w sferze rodzinnej.

Andrzej Perepeczko opisuje wszystko tak, jak to widziała i rozumiała dziewczynka, która w chwili wybuchu wojny miała siedem lat. Nie tłumaczy zawiłości wielkiej polityki, ani nie wnika w kwestie narodowościowe. Czytelnik nie dowie się, dlaczego właściwie w pierwszym roku okupacji Wilno zostało włączone do Litwy, ani też, jakie nieproste mechanizmy historii doprowadziły do tego, że w tej historycznej stolicy Wielkiego Księstwa Litewskiego tylko niewielki procent mieszkańców uważał się za Litwinów. Irenka patrzy, czasem pyta i przyjmuje wyjaśnienia, które dostaje – na przykład takie, że Sowieci (określani przez jej najbliższych mianem bolszewików) to Rosjanie, ale bardzo niedobrzy dla innych ludzi, nawet dla innych Rosjan.

„Irenka dziewczynka z Wilna” to historia rodziny, wydawało by się, stosunkowo mało dotkniętej przez wojnę. Jej ojciec wrócił bez szwanku z kampanii wrześniowej, wszystkie kolejne okupacje przeżyli całą rodziną. NKWD aresztowało go dopiero w 1945 roku, ale po blisko czterech latach sowieckich łagrów udało mu się odnaleźć najbliższych, którzy już w tym czasie mieszkali w Toruniu. Nie wiemy, jaki był los wywiezionych w 1941 roku ciotki i kuzynek, ale tego być może nie wie także sama Irenka.

Autorowi udało się znaleźć właściwy ton dla opisania tego wszystkiego – wyważony, ale nie pomijający niczego. Ta książka to dobry wstęp do zrozumienia nieprostej historii XX wieku – wieku dwóch totalitaryzmów, pomiędzy którymi mieliśmy pecha się znaleźć.

Andrzej Perepeczko „Irenka dziewczynka z Wilna” (seria: Wojny dorosłych – historie dzieci), ilustr.: Magdalena Pilch, wyd.: Literatura, Łódź 2021

* Elżbieta Jackiewiczowa „Dziewczęta szukają drogi”, wyd.: Nasza Księgarnia, Warszawa 1958 s. 225

Wojna skowronków

Wojna skowronków

Ponad sto lat temu, w epoce świec i latarni gazowych, drewnianych kontuarów w sklepach i koni na ulicach, przyszła na świat pewna dziewczynka. Nie ucieszyło to nikogo, prócz jej matki. Ojciec nie lubił dzieci, nawet swoich, a Peter, starszy brat, miał dopiero trzy lata i nie rozumiał, na co mu potrzebni jacyś inni ludzie poza rodzicami.

Ale mama cieszyła się bardzo. Dała córce na imię Clarissa, po własnej nieżyjącej matce.

„Jasna i czysta” – szepnęła do ucha nowo narodzonej. – Oto co znaczy twoje imię: „Jasna i czysta”.

Clarry miała trzy dni, gdy jej matka umarła…

Kiedy pierwszy raz wzięłam do ręki „Wojnę skowronków”, skojarzyła mi się z „Rokiem, w którym nauczyłam się kłamać” Lauren Wolk. To skojarzenie wywołane było przez okładki obu książek zaprojektowane przez Aleksandrę Cieślak, ale okazało się, że łączy je coś więcej. Mimo że czas ich akcji dzieli jakieś trzydzieści lat, w obu mamy cień I wojny światowej, która zmieniła świat bohaterów. W obu też mamy dorastające bohaterki, które konfrontują się z niesprawiedliwością i okrucieństwem świata.

Clarry urodziła się w 1902 roku (czyli jeszcze właściwie w XIX wieku, bo za właściwy początek następnego uznaje się obecnie I wojnę światową), a więc w świecie zupełnie innym niż ten, w którym żyją czytelnicy tej książki, w którym dziewczynkom wolno było zdecydowanie mniej niż chłopcom wtedy i niż ich rówieśniczkom teraz.

Zdążyła się już przyzwyczaić, że chłopców obowiązują inne reguły. Chłopcy dostawali kieszonkowe, a dziewczynki nie. Chłopcy musieli się uczyć różnych rzeczy w szkole, a dziewczynki potrzebowały tylko jakiegoś zajęcia. Peter miał rower i mógł na nim jeździć po całym mieście, a granicami jej świata była szkoła (dwie minuty piechotą) i dom panny Vane (po drugiej stronie ulicy).

A przede wszystkim: chłopcy wiedzieli lepiej. I byli lepsi. To była oczywistość, z którą się nie dyskutowało. Naturalna kolej rzeczy.

Może i tak, pomyślała Clarry bez przekonania.

Ojciec mówił jej: Nawet jeśli nie wyjdziesz za mąż, nigdy nie będziesz musiała być samodzielna, więc jego zdaniem nauka nie była jej do niczego potrzebna. Na tym kończyło się jego zaangażowanie w edukację córki, mimo że dziewczynka chciała się uczyć i była nie mniej zdolna od brata. Zresztą w przypadku syna ojciec też ograniczył się tylko do wysłania go do szkoły z internatem, w której go ani razu nie odwiedził, a wcześniej ignorował strach i niechęć chłopca do tego wyjazdu. Strach i niechęć tak wielkie, że pchnęły Petera do czynu desperackiego, który zaważył potem na całym jego życiu.

W ich domu panował chłód emocjonalny, niezrozumiały i wręcz bolesny dla nas sto lat później. Tylko częściowo był on skutkiem żałoby przeżywanej przez ojca, a w dużej mierze wynikał z ówczesnych reguł wychowywania dzieci nie tylko w Wielkiej Brytanii. On sam był wychowywany podobnie i trudno powiedzieć, czy ta obojętność we wspólnym domu była dla dzieci gorsza od zupełnego porzucenia, które stało się udziałem ich ukochanego brata ciotecznego Ruperta, którego rodzice wyjechali do Indii pozostawiając go z dziadkami. Paradoksalnie jednak, ten brak zainteresowania ojca stał się dla Clarry szansą, bo udało jej się zorganizować sobie naukę w szkole, w której mogła naprawdę zdobyć wykształcenie i potem studiować.

Lady Margaret Hall – pierwszy college w Oxfordzie, w którym mogły studiować kobiety. Może właśnie tam uczyła się potem Clarry ? (zdjęcie własne)

Miała wtedy dwanaście lat, był rok 1914 i zaraz potem w Europie zaczęła się wojna. Początkowo nie miała ona wpływu na życie rodziny Penrose’ów w Plymouth i Kornwalii. Nawet wtedy, kiedy Rupert, po skończeniu szkoły, wstąpił do wojska, wydawało się, że to nic nie zmieni, bo powszechnie uważano, że do Bożego Narodzenia wojna się skończy. Tak się jednak nie stało. Ta wojna była początkiem nowej epoki, zmieniła świat i ludzi – także tych, którzy nie brali w niej bezpośredniego udziału. Trwała długie cztery lata i nic już po niej nie było takie samo.

Po obu stronach stały armie. Żadna nie wygrywała, choć obie bardzo się starały i próbowały coraz to nowych sposobów walki. Niemcy jako pierwsi użyli gazów trujących, a Brytyjczycy czołgów. Zupełnie rozsądni ludzie, którzy w poprzednim życiu wypuszczali osy przez okno, czytali dzieciom bajki na dobranoc, naśladując przy tym różne głosy, i krzywili się, słysząc fałszywy ton, ludzie, którym prawie nigdy nie zdarzało się krzyczeć, upijać ani zapomnieć o urodzinach matki, słowem, całkiem zwyczajni ludzie, wkładali teraz wiele wysiłku w zabijanie innych całkiem zwyczajnych ludzi, których widzieli po raz pierwszy w życiu.

Hilary McKay opisuje wojnę i to, jak wchodziła w życie ludzi, w sposób absolutnie mistrzowski. Najpierw jest normalnie, jakby nic się nie zmieniło, a potem nagle pojawi się coś, co wali jak obuchem. Tak jak w jednej z pierwszych scen z Francji – z końmi, o które dbano w miarę możliwości – szczotkowano je, pojono i karmiono (choć paszy zawsze brakowało i trzeba było dosypywać do niej trocin, by zwierzęta za szybko nie zgłodniały). (…) Koni były setki. Ciągnęły zaopatrzenie, działa, worki z piaskiem, ambulanse i truchła innych koni… a dalej jest jeszcze bardziej realistycznie i nagle uświadamiamy sobie, że to wcale nie o konie chodzi…

O tej porze roku znad pół często dobiegał śpiew skowronków. Żołnierze dziwili się obecności ptaków, lecz one były tam od wieków.

O wiele dziwniejsza była w tym miejscu obecność żołnierzy.

Ludziom niezwykłe wydawało się coś jeszcze: że skowronki śpiewały w ich ojczystych językach. Anglikom po angielsku, Francuzom po francusku, Holendrom po niderlandzku.

A co bardziej zdumiewające, po drugiej stronie okopów, parę kilometrów dalej, skowronki śpiewały po niemiecku.

Była to wojna, na której absolutnie nic nie miało sensu.

Tę wojnę nazywano potem Wielką, bo jeszcze takiej w historii ludzkości nie było. Pamięć o niej ginie w tej chwili w cieniu następnej, która zaczęła się dwadzieścia lat później i była jeszcze większa, jeszcze bardziej absurdalna i jeszcze straszniejsza. Ale o tym jeszcze bohaterowie tej książki nie wiedzą…

Hilary McKay „Wojna skowronków”, przekł.: Łukasz Witczak, wyd.: Dwie Siostry, Warszawa 2021

Comedy Queen

Comedy Queen

Książka nominowana w Plebiscycie Blogerów LOKOMOTYWA – książka dla niedorosłych w kategorii: tekst

oraz uznana za najlepszą szwedzką powieść dla młodzieży ostatnich lat !!!

Na śmierć mamy nie ma w życiu dobrego momentu.

Szczególnie na śmierć samobójczą.

W dodatku poprzedzoną długim okresem depresji.

I na pewno nie wtedy, kiedy ma się jedenaście lat.

To nie powinno spotkać nikogo, a stało się doświadczeniem bohaterki tej książki. Sasha zaraz skończy dwanaście lat. Usiłuje radzić sobie z sytuacją, w której się znalazła, najlepiej jak potrafi. Ale przecież nie potrafi – nikt nie potrafiłby.

Czasami na chwilę zapominam, że ona nie żyje. Tak jak przed chwilą, gdy napisałam „Kiedy mama jest”.

To oczywiście dobrze, że nie myślę o niej przez cały czas, ale gdy potem sobie to wszystko przypominam, ogarnia mnie mrok. Ten mrok jest jak otchłań bez dna rozciągająca się we wszystkich kierunkach. Mam wrażenie, ze wpadają do niej kawałki mojego serca. Wpadają i znikają. Nie wiem, czy kiedykolwiek je odzyskam. Czy kiedykolwiek uda mi się je poskładać w jedną całość…

Aby sobie z tym poradzić i aby nigdy nie stać się taka jak mama, Sasha tworzy LISTĘ RZECZY, KTÓRE MUSI ZROBIĆ, BY PRZEŻYĆ. Zapisuje na niej te rzeczy, które mama robiła (i które zdaniem dziewczynki przyczyniły się do jej depresji), a których ona w związku z tym robić nie będzie. Każdy dorosły, który przeczytałby ją, wiedziałby od razu, że nie ma to sensu, ale ona tego nie rozumie. Oprócz sześciu punktów na nie, jest też jeden na tak – zostać stand-uperką, aby rozśmieszać ludzi zamiast ich zasmucać. Czy uda jej się to ?

„Comedy Queen” to książka kameralna, bo taki jest świat jej bohaterki. Sasha nie ma rodzeństwa (jak Ola ze „Świata do góry nogami”, która też mierzy się z nagłą śmiercią mamy), jej rodzina składa się tylko z taty, babci i wujka Ossiego. Ten ostatni jest, jak na wujka, kompletnie niestereotypowy, ale bez niego i ona, i tata nie poradziliby sobie z tym, co na nich spadło. Ma też przyjaciółkę – jedną jedyną osobę, która, kiedy to się wydarzyło, potrafiła z nią po prostu być. Potem w jej życiu pojawia się tez Linn – psycholożka w poradni, do której prowadzi Sashę tata.

O pewnych sprawach tak trudno rozmawiać, że się je przemilcza. Samobójstwo to jedna z nich. Zdrowie psychiczne to druga. Bardzo chciałabym, żeby to się zmieniło, ponieważ podobnie jak psycholożka Lina występująca na kartach tej książki uważam, że takie emocje jak smutek, wściekłość czy nie pokój, nie są same w sobie niczym złym. Niebezpiecznie robi się dopiero wtedy, gdy człowiek zostaje z tymi wszystkimi trudnymi myślami i emocjami sam, bo wtedy może się mu wydawać, że jego problem jest nie do rozwiązania, że już zawsze będzie czuł się źle i że jest na świecie zupełnie sam. Wtedy trudno mu sobie wyobrazić, że wszystko może się zmienić, że kiedyś znowu się będzie uśmiechał. Napisałam tę książkę, ponieważ chciałam, by trochę łatwiej się nam rozmawiało o samobójstwie i różnych zaburzeniach psychicznych. Takie rozmowy są niesamowicie ważne. – napisała Autorka w posłowiu.

„Comedy Queen” to książka – rollercoaster zupełnie jak huśtawka uczuć Sashy. Są momenty, w których wpadamy razem z nią w czarną rozpacz, ale zaraz potem dzieją się tam rzeczy takie, że nie możemy powstrzymać się od śmiechu. Mądra, wzruszająca, zabawna – jak powiedziała o niej w swoim programie „Czytam bo lubię” Magda Mikołajczuk, dzięki której trafiłam na tę książkę. Warto po nią sięgnąć nawet wtedy, kiedy wydaje nam się, że problemy bohaterki zupełnie nas nie dotyczą, bo może dzięki niej będziemy dla kogoś jak Marta albo Ossi. Po prostu być obok – tak niewiele, a takie to trudne…

Jenny Jagerfeld „Comedy Queen”, przekł.: Patrycja Włóczyk, wyd.: Stara Szkoła, Rudno 2020

Miasto pamięci. Czternaście rodzinnych spacerów po Powązkach

Miasto pamięci. Czternaście rodzinnych spacerów po Powązkach

To już ponad rok, jak żyjemy w mocno specyficznym czasie pandemii. Jaki ma to wpływ na kwestie książkowe ? No cóż – najprościej mówiąc: dwojaki. Z jednej strony – podobno rośnie czytelnictwo, co jest o tyle zrozumiałe, że czytanie książek pozostało jedną z niewielu aktywności, którym w tych warunkach można się oddawać analogowo. Z drugiej jednak – książki, które ukazały się w tym czasie, mają niestety pod górkę. Trudniej jest z nimi dotrzeć do czytelników, nie odbywają się targi książki, a spotkania autorskie online to zdecydowanie nie to samo. Nie da się tego nadrobić, jak już się to wszystko skończy (a skończy ???), bo przecież cały czas wydawane są kolejne nowości.

„Miasto pamięci” to jedna z takich publikacji, których ukazanie się przeszło niemal kompletnie bez echa, mimo że książka bardzo na nie zasługuje. Jej premiera miała miejsce na początku listopada zeszłego roku. Moment wybrany został bardzo trafnie, bo jest to okres, który szczególnie kojarzy się z wizytami na cmentarzach – niestety nie w zeszłym roku. W normalnych czasach zapewne moglibyśmy w ramach promocji pójść na spacer po Powązkach razem z Autorką, ale cmentarze akurat zostały zamknięte.

Teraz mamy wiosnę, więc warto to nadrobić. Galerie i muzea nadal są zamknięte. Nie wiem, jak Wy, ale ja tęsknię do nich bardzo. Oglądanie dzieł sztuki na ekranie komputera to jak lizanie lodów przez szybę. Cmentarz Powązkowski łączy w sobie walor i parku, i muzeum, a dzięki książce Zuzanny Orlińskiej możemy do odwiedzin tam dołożyć jeszcze atrakcyjność gry miejskiej. „Miasto pamięci” to spacerownik – razem z jego bohaterami: rodzeństwem Kubą i Mają oraz ich Dziadkiem, emerytowanym przewodnikiem możemy wędrować po Powązkach czternastoma trasami. Autorka prowadzi nas przez ten najstarszy w Warszawie cmentarz opowiadając nie tylko o ludziach na nim pochowanych i roli, jaką odegrali w naszej historii i kulturze, ale także o ich nagrobkach, które często są niezwykłymi dziełami sztuki. Te spacery są też czasem pretekstem do opowieści o tym, co się wydarzyło na Powązkach w przeszłości – na przykład w czasie Powstania Warszawskiego.

Tej książki nie da się czytać po prostu od deski do deski. Trzeba robić przerwy, bo nagromadzenie faktów historycznych, ciekawostek, ilustracji Autorki i zdjęć jest zbyt duże, żeby wszystko przyswoić. Optymalnie byłoby, gdyby po każdy rozdziale udało się pojechać tam, żeby zobaczyć to, o czym się czytało, w tak zwanym realu. Można też stworzyć sobie własny plan wycieczki, wybierając z kolejnych spacerów te miejsca, które nas najbardziej zainteresują.

Na miejscu na pewno znajdziemy też groby osób, dla których miejsca w tej książce nie starczyło, a które nas z jakiś przyczyn zainteresują. Dawniej, gdy natrafiłam na coś takiego, zapisywałam sobie dane w notesie, żeby po powrocie do domu poszukać informacji (na przykład w encyklopedii – ktoś jeszcze pamięta, co to było ? 😉 ). Żyjemy jednak w czasach, kiedy każdy z nas nosi w kieszeni urządzonko dające dostęp do wiedzy całego świata. Jest to więc znakomita okazja, aby pokazać młodzieży, że może służyć ono do czegoś więcej niż tylko do pokazywania zdjęć śmiesznych kotków (i innych memów).

Oprowadzając nas po Powązkach jak po muzeum Zuzanna Orlińska nie zapomina jednak o tym, że jest to cmentarz czyli miejsce smutku, zadumy i tęsknoty za tymi, którzy już odeszli. Bohaterowie tej książki pojawiają się tam co miesiąc – w dniu, w którym umarła ich Babcia, przede wszystkim po to, żeby odwiedzić jej grób.

Zmietli z nagrobka liście, zapalili znicze. Dziadek długo ustawiał kwiaty. Kuba ułożył na gładkim granicie krzyżyk z kasztanów. Pomilczeli chwilę w zadumie.

Myślisz, że babcia naprawdę nie wie, że ją odwiedzamy ? – zapytał Kuba.

To trudne pytanie – odezwał się dziadek po chwili zastanowienia. – Bo tak naprawdę pytasz mnie o sprawę zasadniczą: czy śmierć wszystko przerywa, czy nie. Odpowiem pytaniem: czy kochasz babcię, mimo że nie żyje ?

– No pewnie.

– To znaczy, że śmierć nie kończy wszystkiego. Naszych uczuć nie zakończyła.

– No tak – zgodził się Kuba. – Ale co z uczuciami babci ? Czy mogą istnieć, kiedy jej już nie ma ?

– Mogą – zapewnił dziadek uroczystym tonem. – Dopóki o nich pamiętamy. (…)Dlatego lubię tutaj przychodzić – powiedział. Bo tu się czuje te wszystkie nieumarłe uczucia.

„Miasto pamięci” to nie tylko przewodnik – spacerownik. To także książka, która zachęca nas do zadumy nad sprawami trudnymi i ostatecznymi. Warto dać się jej do tego namówić. A potem odwiedzić Powązki.

Czytelników spoza Warszawy oczywiście także zapraszamy do wizyty tam, ale pamiętajmy o tym, że podobnie można zwiedzić także stare cmentarze w innych miastach. Każdy z nich to lekcja historii – może bardziej lokalnej, ale nie mniej ważnej.

Zuzanna Orlińska „Miasto pamięci. Czternaście rodzinnych spacerów po Powązkach”, wyd.: Literatura, Łódź 2020

Kilka niedużych historii

Kilka niedużych historii

Ta książka jest dokładnie tym, co zapowiada jej tytuł – zbiorem kilku (dokładnie – ośmiu) niezbyt długich historii, których właściwie nic (poza osobą autorki i ilustracjami) nie łączy. Można by powiedzieć, że są to historie o dzieciach i że łączy je to, że dzieją się współcześnie, ale dotyczy to tylko siedmiu z nich. Jest tam też jedno opowiadanie, którego bohaterka jest Mama – kobieta, która dziecka jeszcze nie ma, ale bardzo chce być mamą, utrzymane w zupełnie innym, baśniowym klimacie, jakby trochę z innej bajki.

To jest częsty problem takich zbiorów, że składają się z elementów nie do końca do siebie pasujących, choć każdy z nich oddzielnie jest interesujący. Taka bardziej mozaika niż puzzle. Może jeśli się ich nie czyta od razu wszystkich tak, jak ja to zrobiłam, będzie to mniej rażące ? Na przykład – po jednej historii na wieczór ? Tak żeby mogła ona wybrzmieć i może stała się tematem do rozmowy ? Bo jest o czym rozmawiać, a może też przy tej okazji dowiemy się czegoś o problemach, z jakimi musi sobie radzić nasze dziecko, a których nie zauważamy ?

Poza tą jedną o Mamie (która też może być tematem do rozmowy !) historie, opowiadane tu przez Katarzynę Wasilkowską dotyczą problemów zrozumiałych i bliskich każdemu dziecku w wieku przedszkolnym. Wyprowadzka bliskiej przyjaciółki, trudne układy z rodzeństwem, pierwszy ruszający się mleczak – to sytuacje, które mogą przydarzyć się każdemu.

Podoba mi się sposób, w jaki Autorka pokazuje dorosłych. W tych opowiadaniach są oni bardzo różni i to właśnie jest prawdziwe – czasem złoszczą się, czasem nie rozumieją dzieci, ale potrafią też im mądrze doradzić i pomóc. Jak w życiu.

Podobają mi się w tej książce także ilustracje Joanny Rusinek. Może nie są odkrywcze, ani rewolucyjne, raczej zwyczajne – tak jak jej bohaterowie i ich problemy, ale jest w nich ciepło i życzliwość.

Gdybym miała wybrać jedną scenę, która zrobiła na mnie największe wrażenie, to była to wyprawa Szczepcia i Borysa na plażę, moment, w którym między braćmi nawiązuje się więź. Ilustracja pokazująca ich obu, morze i wiatr, oraz ten dialog:

-Czy mógłbym być twoim kolegą, Borys ? – pyta Szczepcio.

-No coś ty ? – dziwi się Borys. – Przecież jesteś moim bratem. Kolegów mam na pęczki. Ty jesteś jeden.

Wzruszyłam się, naprawdę. Dziękuję !!!

Katarzyna Wasilkowska „Kilka niedużych historii”, ilustr.: Joanna Rusinek, wyd.: Adamada, Gdańsk 2021

Cyferkowa książka

Cyferkowa książka

Cyfry, liczby i działania

są jak szyfr do rozwikłania.

Ta książeczka to zachęta,

by cyferki zapamiętać.

„Cyferkowa książka” to młodsza siostra wydanej w zeszłym roku „Literkowej”. Mamy tu znowu włóczkowe ilustracje wydziergane przez Annę Salamon i wierszyki Alicji Krzanik, ale w roli głównej tym razem występują cyfry – wszystkie, jakie mamy, a więc w sumie dziesięć. Akcja tej książki umieszczona jest w otoczeniu znanym i oczywistym dla każdego dziecka, czyli w domu i jego okolicy, a liczyć uczymy się na przedmiotach codziennego użytku. To książka nie tylko domowa, ale też bardzo rodzinna. Członkowie rodziny odgrywają w niej ważną rolę także jako elementy działań matematycznych. Dowiadujemy się też, że nie wszystko da się policzyć 🙂

Czy jest jeszcze coś, co mogłabym dodać, a czego nie napisałam przy okazji poprzedniej książki tego duetu ? Chyba nie, więc najlepiej będzie, jak oddam głos samej Annie Salamon 🙂

Alicja Krzanik (tekst), Anna Salamon (ilustr.) „Cyferkowa książka”, wyd.: Nasza Księgarnia, Warszawa 2021

Przygody Wiercipiętka

Przygody Wiercipiętka

Wpis sprzed prawie dokładnie 15 lat – z 28 marca 2006 roku. Książki już raczej dostać nie można, ale pewnie jest w bibliotekach. Warto po nią sięgnąć, bo ma nadal dużo uroku.

Parę lat temu (edit: teraz to już dwadzieścia parę 😉 ), kiedy moje starsze córki były jeszcze w wieku przedprzedszkolnym, Telewizyjna Jedynka nadawała bardzo sympatyczny program dla 3-4-latków – “Mama i ja”. Dobrze w domu być z Mamą, i wieczorem i rano… – pamiętacie może ??? Kto nie oglądał, niech żałuje.

W tym programie miły, nieco gapciowaty Miś i przekorna, rudowłosa lalka Margolcia dziwili się światu tak, jak to potrafią tylko kilkuletnie dzieci. Słuchali bajeczek, uczyli się piosenek i przekomarzali się zupełnie tak samo, jak moje córeczki. Ze wszystkich opowiadanych tam historyjek (a były różne – o kredkach, szczotkach, zwierzątkach), najbardziej lubiłyśmy te o rodzinie dziwnych Wiercistworków z ogonkami.

Niestety komuś to przeszkadzało. Do roboty wzięli się telewizyjni ulepszacze i wszystko poszło zgodnie z zasadą, że lepsze jest wrogiem dobrego. Kiedy Najmłodsza z moich córek dorosła do tego wieku, Misia i Margolcię zastąpiła już Jedyneczka. Wtedy, jak na zamówienie, pojawiła się książka o Wiercipiętku i jego rodzinie. (edit: szukając teraz tych piosenek trafiłam na nową wersję Misia i Margolci w TVP ABC, ale Wiercipiętka chyba tam nie ma)

Rodzina składa się z rodziców: Wiercimamy i Wiercitaty oraz trójki dzieci: Wiercipiętka, Wierciłapki i Wiercinoska. Żyją sobie w domku na skraju lasu, przyjaźniąc się z Wiewiórką i Zającem. Ich życie jest bardzo podobne do naszego – obchodzą urodziny, szykuja niespodzianki na Dzień Mamy i Dzień Dziecka, ubierają choinkę. Dzieci czasem sie kłócą, czasem bywają niegrzeczne, ale wszyscy bardzo się kochają.

Wiercipiętek wędruje ze swoimi przyjaciółmi po lesie i poznaje jego mieszkańców. Razem z nim dowiadujemy się: które z ptaków odlatują na zimę, kto nosi podkowy i kto w lesie jest naprawdę mały.

Kiedy Wiercipietek obraża się na swoją rodzinę i postanawia się wyprowadzić z domu, przymierza się kolejno do domków różnych zwierzaków. Dzięki temu czytelnicy poznają nie tylko różnice między mieszkaniem sroki i zająca, ale również prawdę najważniejszą – że mimo wszystko najlepiej jest we własnym domu.

Historyjkom towarzyszą bardzo sympatyczne ilustracje Magdy Jasny – te same, które ilustrowały te opowieści w telewizji. Proste, bez udziwnień, wesołe – w sam raz dla kilkuletnich czytelników.

Znakomita książka dla małych wiercipiętków, którzy podobnie jak tytułowy bohater z ciekawością poznają świat – czyli (tak samo jak program) dla 3-4-latków.

Edit: szukając po latach informacji o tej książce (i ewentualnych jej wznowieniach) trafiłam na recenzję, w której były takie słowa: Jego świat jest ciepły i bezpieczny, co nie znaczy, że Wiercipiętek jest uosobieniem cnót, bo tak nie jest – łobuzuje, od czasu do czasu – jak każdy przedszkolak. Opowieści o jego przygodach są podlane dydaktycznym „sosikiem”, co raczej przydaje książce zalet niż je umniejsza – w sumie lepiej uczyć dziecko prawidłowych
zachowań na przykładzie Wiercipiętka niż własnego gderania.

P.S. Inne bajeczki z tego programu zostały wydane w zbiorze “Bajki Misia i Margolci” (wyd. Publicat S.A., Poznań 2003, seria: “Biblioteczka ”Mamo to ja”).

Mateusz Galica “Przygody Wiercipiętka”, ilustr. Magdalena Jasny, wyd. Egmont Warszawa 2003