Szopięta

Szopięta

Wpis z 25 lipca 2016 roku:

Była sobie raz rodzina szopów praczy. Pani Szop, Pan Szop i ich dzieci. Szopięta Praczęta…

Na wirtualnych półkach mojego Małego Pokoju z Książkami stoją już książki o psach, kotach i misiach. Są także o koniach, o łosiu, o fokach, a nawet o świstaku (edit: o nim jeszcze nie, ale niedługo także jego przypomnę 😉 ) – natomiast o szopach jeszcze nie było 🙂

Pan i Pani Szop bez przerwy prali i sprzątali. Oczywiście bardzo dbali także o to, żeby ich dzieci były czyste i miały pełne brzuchy.

Ale ich dzieci bez przerwy marudziły:

– Pobawcie się z nami !

– Nie możemy ! Nie mamy czasu – odpowiadali zwykle rodzice. – Umyjcie natychmiast łapy i nosy, bo są czarne jak smoła.

Początkowo widziałam w tej książce tylko pretekst do zabawy materiałami, ich kolorami, wzorami i fakturami. Do pewnego stopnia tak jest – sznur z praniem daje do takiej zabawy możliwości nieograniczone, a Ewa Kozyra – Pawlak umie z nich fantastycznie* korzystać 😉

Potem zobaczyłam tam jednak historię o tym, co w życiu rodzinnym jest najważniejsze. I nie jest to zdecydowanie ani idealny porządek, ani kryształowo czyste prania. Państwo Szopowie tez do tego doszli, ale do sprawy musiała się wtrącić pewna (pozornie 😉 groźna Lisica…

„Szopięta” to bajecznie kolorowy hymn na cześć bycia RAZEM – bo tylko wtedy WSZYSTKO NAPRAWDĘ JEST W PORZĄDKU 🙂

Ewa Kozyra – Pawlak (tekst i ilustr.) „Szopięta”, wyd.: Nasza Księgarnia, Warszawa 2016

* w sprawie zachwytów nad ilustracjami Ewy Kozyry – Pawlak zapraszam >>>tu, i >>tu,, bo wyczerpałam już wszystkie dostępne mi środki wyrazu. Po prostu – słów mi brak 🙂

Świat według Vanessy

Świat według Vanessy

Wpis z 20 września 2012 roku. Książki już, zdaje się, kupić nie można, ale biblioteki są znowu otwarte 😉

„Świat według Vanessy” to pamiętnik licealistki – posiadaczki tego wyszukanego imienia. Jego autorka wychowała się w kiosku z prasą prowadzonym przez jej Mamę i czytać nauczyła się na kolorowych czasopismach. Są one jej główną lekturą i źródłem wiedzy o świecie, dlatego swój pamiętnik ubrała również w formę takiego magazynu.

Każdy numer „Świata według Vanessy” podzielony jest na działy tematyczne: LUDZIE, MODA, KARIERA, PORADY, ZWIĄZKI, WNĘTRZA etc.

Środkowa z moich córek (podówczas piętnastoletnia) czytała tę książkę podczas wakacji i co jakiś czas jęczała głośno „O rany, jak mnie wnerwia ta laska !!!” 😉

Nie dziwię jej się za bardzo, bo Vanessa rzeczywiście (przynajmniej na pierwszy rzut oka) nie jest postacią z jej bajki i trudno byłoby mi sobie wyobrazić przyjaźń między nimi. Mimo że tamta jest o rok starsza, to w porównaniu ze Środkową i jej przyjaciółkami wydaje się być… żeby użyć dobrego określenia… ciut ograniczona ?

No, ale zastanówmy się – kto miałby jej te horyzonty rozszerzyć ? Matka, której ambicje nie obejmują matury, a świat ogranicza się do kiosku, kolorowych pism i solarium ? Ojciec wykładający na półki towar w supermarkecie gdzieś w Anglii ? Szkoła ucząca głownie kompilowania wypracowań z cytatów ? Pisma, które czyta, a które robią wrażenie jakby były pisane dla idiotów przez idiotów (a spotkany przez nią dziennikarz tylko to wrażenie potwierdza) ?

Ludzie, z którymi styka się Vanessa, szufladkują ją natychmiast na podstawie jej wyglądu. Trudno przecież przypuszczać, że spalona w solarium nastolatka, z rozjaśnionymi włosami i tipsami, snująca się po galeriach handlowych i pachnąca drogimi perfumami, którymi spryskuje sie w drogeriach, może kryć w sobie interesującą osobowość 😉 Co gorsza – także ona sama widzi siebie jedynie poprzez pryzmat tej szuflady.

Na szczęście los stawia na jej drodze pewną starszą panią, która z racji wieku i życiowego doświadczenia umie zobaczyć w niej coś więcej…

Katarzyna Majgier „Świat według Vanessy”, wyd.: Akapit Press, Łódź 2012

Kocie historie – trylogia

Kocie historie – trylogia

Wpis z 19 lipca 2007 roku. Lato było wtedy deszczowe, a w związku z remontem razem z Najmłodszą spędzałyśmy je w domu i wesoło nam raczej nie było. Chyba, że poczytałyśmy coś fajnego… 😉

Po tym, jak opisałam tu  ”Dżoka” i  „Świat do góry nogami”,  ktoś zapytał: Czy to ma związek z pogodą, że czytacie takie smętne książki ? Nie za smętne jak na wakacje ? Czytamy rozmaite rzeczy – ale w niewątpliwym związku z pogodą pozostawało to, że tylko o takich smętnych książkach chciało mi sie wtedy pisać.

Za to opowieści Tomasza Trojanowskiego o Zofii, Gienku i Hermanie są lekturą na każdą pogodę. Poprawiają humor: i w czasie deszczu, i w czasie tropikalnych upałów – takich jakie nas teraz nękają. Czytałyśmy je już nie jeden raz. Wystarczy, że otworzymy którąkolwiek z tych książek w dowolnym miejscu i zaczniemy czytać, a… wybuchy śmiechu murowane, mimo że doskonale wiemy co będzie następnej stronie.

Zaliczyłam je do książek kocich. Zrobiłam to z pewnym wahaniem, bo koty w nich opisywane są… jak by to powiedzieć.. mało kocie ? To nie są miłe futrzaki, chodzące własnymi drogami, a czasami pozwalające się poglaskać i mruczące przy tym miło. Kocuraki Tomasza Trojanowskiego przypominają raczej wygadane (żeby nie powiedzieć – wyszczekane 😉 ) dzieci, z masą szalonych pomysłów. Ich zabawy nie znają żadnych ograniczeń, a kończą się… No – z tym bywa różnie 😉 Oprócz wymienionej już trójki uczestniczą w nich jeszcze często Chłopaki zza Rogu i Brodacz Bogdan, a czasami także Króliki Dziadka. W następnych częściach, kiedy na świecie pojawia się imienniczka Najmłodszej z moich córek robi się jeszcze bardziej odjazdowo 😉

„Kocie historie” to lektura mocno nasycona humorem mocno absurdalnym – raczej dla dzieci starszych (z okolic zerówki), które są już w stanie go zrozumieć i docenić. Na potrzeby domowe zaadoptowałyśmy sobie stamtąd bardzo przydatne pojęcie: sytuacja kongo-bongo. Według słowa samego autora: Sytuacja kongo-bongo jest zawsze wtedy, kiedy tak jak teraz wdaję się z moim dzieckiem i z moimi kotami w dyskusję, z której na sto procent nic dobrego dla mnie nie wyniknie. Znam i ja takie momenty nie od dziś, a teraz już wiem, jak się nazywają 😉

Gwoli prawdy historycznej muszę jednak dodać, że trzecia część „Kocich historii” rozczarowała nas poważnie. Nie tyle samą swoją treścią, co jej ilością 😦 To jest kpina z pingwina, proszę Autora ! To jest nieliczenie się z rozbuchanymi apetytami czytelników ! Przeczytałyśmy w dwa wieczory i Najmłodsza zapytała – kiedy będzie następna część ? Też chciałabym to wiedzieć 😉

Edit: kolejnej części już się nie doczekałyśmy, ale wszystkie razem ukazały się jako audiobook w fantastycznej interpretacji Jarosława Boberka. Posłuchajcie !!!

Tomasz Trojanowski „Kocie historie”, ilustr.: Monika Frątczak, wyd.: Literatura, Łódź 2001

Tomasz Trojanowski „Juka i koty. Kocich historii część druga”, ilustr.: Monika Frątczak, wyd.: Literatura, Łódź 2004

Tomasz Trojanowski „Kocie historie – nowe przygody”, ilustr.: Monika Frątczak, wyd.: Literatura, Łódź 2006

8+2 i ciężarowka

8+2 i ciężarowka

Wpis z 6 lutego 2008 roku, który dotyczył wydania tej powieści w ramach kolekcji „Polityki” i fundacji „ABCXXI – Cała Polska czyta dzieciom”. Teraz i ta pierwsza część, i kolejne tomy cyklu (na razie pięć z siedmiu) z ilustracjami Marianny Oklejak ukazały się nakładem Wydawnictwa Dwie Siostry.

Dziwię się sama sobie, że w ogóle kupiłam tę książkę, ale nie żałuję 😉 Akcja Cała Polska czyta dzieciom od dawna budziła we mnie uczucia ambiwalentne. Z jednej strony – oczywiście nie mam nic przeciw czytaniu dzieciom. Z drugiej – miałam poczucie, że w tej akcji zbyt wiele pary poszło w gwizdek gwiżdżący hasło: 20 minut dziennie. Codziennie., a zbyt mało w niej było refleksji nad tym, co właściwie czytać w tym czasie.

Poza tym bardzo nie lubię wszelkich serii, kolekcji, sprzedaży wiązanych i innych metod namawiania klientów do kupowania rzeczy, których w innej sytuacji by nie kupili. Tutaj zachętą do kupienia całej kolekcji jest napis CAŁA POLSKA CZYTA DZIECIOM, który ułoży nam się na grzbietach książek – oczywiście pod warunkiem, że będą sobie grzecznie stały na półce w odpowiedniej kolejności.

Dlaczego więc ją kupiłam ? Może dlatego, że okładka z wesołą czerwoną ciężarówką, z rodzicami w szoferce i ósemką dzieci na pace wyglądała tak sympatycznie… Uświadomiłam sobie również, że rodziny do tego stopnia wielodzietnej jeszcze chyba w literaturze nie spotkałam.

Mieszkają w dużym mieście, w pokoju z kuchnią na ostatnim piętrze kamienicy. Żyją skromnie – dzieci początkowo śpią na materacach na podłodze, a odwiedzająca ich babcia na szafkach w kuchni. Mimo to są szczęśliwą, zgraną rodziną, która dobrze się czuje razem i potrafi miło spędzać czas. Zwykłe wydarzenia – wyjazd na wakacje, wesele sąsiadów, znalezienie psa czy przeprowadzka stają się niezwykłe dzięki ich pogodzie ducha i miłości, która ich łączy.

Wszystko w tej książce dzieje się zgodnie z zasadą: Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Nawet kradzież ciężarówki – żywicielki rodziny kończy się wręcz lepiej niż dobrze 😉 Nie tylko odnajdują samochód, ale jeszcze zyskują przyjaciela dla całej rodziny.

Brakowało mi w niej jedynie pewnej indywidualizacji dzieci. Cała ósemka nosi imiona na literę M i w dodatku są to imiona w większości w Polsce nie używane – Maren, Marcin, Marta, Mads, Mona, Milly, Mina i Morciszek. Dlatego trudno odróżnić te dzieci i zapamiętujemy tak naprawdę tylko Morciszka – bo jest najmłodszy i przez to najbardziej wyrazisty. Może gdyby tłumacz posłużył się tu imionami, które są w Polsce popularne, czytelnikom byłoby łatwiej, a tak – postrzegamy ich jak ośmioosobową całość.

Seria Fundacji ABCXXI i tygodnika POLITYKA stanowi krok w dobrą stronę – od uświadamiania dorosłym samej potrzeby czytania dzieciom w kierunku promowania dobrych książek do tego służących. Jednak, sądząc po stosach książek z tej serii zalegających w Empiku, czytelnicy Polityki nie są chyba odpowiednim targetem takiej akcji – mam nadzieję, że czytają swoim dzieciom bez specjalnego namawiania. Co innego, gdyby dokładano je do „Faktu” czy „Super Expressu”….

P.S. Nie rozumiem tylko kombinacji z tytułem tej książki. Spotkałam się już wcześniej z dwoma: „Ośmioro małych, dwoje dużych i ciężarówka” (to jest chyba dosłowny przekład oryginalnego tytułu) oraz „Sekret taty i ciężarówka”, pod którym wydała ją jakiś czas temu „Nasza Księgarnia”. Dlaczego tym razem wymyślono kolejny ???

Anne – Cath. Vestly „8+2 i ciężarówka”( Kolekcja książkowa CAŁA POLSKA CZYTA DZIECIOM Fundacji „ABCXXI – Cała Polska czyta dzieciom” oraz tygodnika POLITYKA, tom V), przeł.: Adela Skrentini, wyd.:POLITYKA Spółdzielnia pracy, Warszawa 2007

Anne – Cath. Vestly „8+2 i ciężarówka”, przeł.: Adela Skrentini, ilustr.: Marianna Oklejak wyd.: Dwie Siostry, Warszawa 2007

Klasa pani Czajki; LO-teria; Licencja na dorosłość

Klasa pani Czajki; LO-teria; Licencja na dorosłość

czyli cykl Małgorzaty Karoliny Piekarskiej, w którym przeprowadza ona swoich bohaterów od pierwszej klasy w saskokępskim gimnazjum, przez licea i studia do dorosłości 🙂

Co prawda między wydaniem części pierwszej i ostatniej minęło piętnaście lat, a w tak zwanym międzyczasie nastąpiła reforma likwidująca gimnazja, więc można się zastanawiać, czy te książki się nie zdezaktualizowały, ale problemy, jakie się ma w tym wieku są ponadczasowe i niezależne od tego, jak się nazywa szkoła, w której się je przeżywa. O „Klasie pani Czajki” pisałam 29 kwietnia 2006 roku, to była dwunasta książka, która stanęła na ówczesnych półkach Małego Pokoju z Książkami 🙂

Znowu piszesz o książkach ? Napisz o „Klasie pani Czajki” ! – mówiła często Najstarsza z moich córek, widząc mnie przy komputerze. Dlaczego akurat o niej ? – pytałam. Bo jest fajna – taka prawdziwa i życiowa. No, skoro tak, to proszę bardzo… 🙂

„Klasa pani Czajki” opowiada trzy lata życia uczniów pewnego gimnazjum na warszawskiej Saskiej Kępie – poznajemy ich w dniu rozpoczęcia roku w pierwszej klasie, a żegnamy, gdy kończą szkołę i rozchodzą się do różnych liceów. Małgosia, Kamila, Maciek, Kaśka, Kinga, dwóch Michałów, Aleks, Wojtek i inni – ich kłopoty szkolne i problemy domowe, radości i smutki, pierwsze miłości i rozczarowania, sympatie i antypatie… Zwyczajna klasa, przeciętne dzieciaki, normalne życie.

Czas gimnazjum to taki trudny i głupi wiek – z podstawówki przychodzą dzieci (z pretensjami do bycia młodzieżą), a po trzech latach szkołę opuszcza młodzież (z pretensjami do dorosłości). Na pierwszy rzut oka wyglądają już niemal jak dorośli, ale w głowach mają groch z kapustą, a głęboko w środku siedzą w nich jeszcze małe dzieciaki, które bardzo potrzebują czułości i oparcia w dorosłych.

Bohaterowie tej książki są w sumie dość grzeczni – nie mają większych konfliktów z rodzicami (którzy, z małymi wyjątkami, też wyglądają rozsądnie i sympatycznie), uczą się, nie rozrabiają, nawet wagary niespecjalnie im wychodzą 😉

W klasie pani Czajki chyba nikt nie pali i (poza jednym klasowym „wyrzutkiem”) nikogo nie ciągnie do alkoholu. Z narkotykami i ich dealerami uczniowie nie spotykają nawet przypadkiem i to jest moje podstawowe zastrzeżenie do rzetelności kronikarskiej tej książki. Trudno mi uwierzyć, że przez całe trzy lata nikt z klasy nie ma najmniejszego kontaktu z narkotykami w żadnej postaci, nikt nie jest namawiany na spróbowanie, nie widzi nikogo „zaćpanego”. Szkoda – bo byłaby to niezła okazja, żeby pokazać, jak odmawiać, nie tracąc przy tym twarzy.

Szkoła, do której chodzą bohaterowie – normalna, państwowa i rejonowa, w niczym nie przypomina piekła opisywanego przez panią Musierowicz w Jeżycjadzie, a nauczyciele (z tytułową wychowawczynią klasy na czele) też mają ludzkie oblicza. Pani Barbara Czajka jest zresztą postacią autentyczną – była ukochaną polonistką autorki, choć w rzeczywistości nie uczy w gimnazjum. W książce jest dość surową, ale sprawiedliwą wychowawczynią klasy i wymagającą, ale uczącą w sposób interesujący polonistką. Najstarsza zauważyła kiedyś, że w kilku czytanych przez nią współczesnych książkach młodzieżowych bohaterki (lub autorki) bardzo lubią swoje nauczycielki polskiego. Zapytała mnie, czy jest to warunek sine qua non zostania pisarką, bo jeśli tak, to ona na razie chyba nie ma szans. Teraz już ma, bo polubiła swoją polonistkę 😉

Ta książka nie jest powieścią – składają się na nią felietony, które przez trzy lata ukazywały się w piśmie „Victor. Gimnazjalista”. Z tego wynika brak jednolitej akcji i trochę denerwujące powtórzenia – przypomnienia, bo każdy rozdział zajmuje się inną sprawą, sygnalizuje inny problem.

„Klasa pani Czajki” była przebojem wśród koleżanek Najstarszej pod koniec piątej i na początku szóstej klasy mimo, że (a może właśnie dlatego, że… 😉 ) opowiada o gimnazjalistach. W tym wieku chętniej czyta się o perypetiach osób trochę starszych od siebie i problemach, do których się dopiero pretenduje. Sama wtedy zaczytywałam się Siesicką i wydawało mi się, że jej bohaterowie są okropnie dorośli i mają bardzo dorosłe problemy 😉

Małgorzata Karolina Piekarska „Klasa Pani Czajki”, ilustr. Paweł Włodarczyk, wyd.: Agencja Wydawnicza AGA-PRESS, Warszawa 2004

Małgorzata Karolina Piekarska „Klasa Pani Czajki”,  wyd.: Nasza Księgarnia, Warszawa 2016

Klasa pani Czajki skończyła gimnazjum i rozeszła się do szkół średnich. Część z nich trafiła do (również saskokępskiego) liceum imienia Bolesława Prusa i grono bohaterów kolejnej części cyklu powiększy się ich koleżanki i kolegów z klasy pani Janeckiej, ale nie tylko… Nowi coraz starsi bohaterowie, nowe problemy, które stawia przed nimi życie… Nieuchronne wchodzenie w dorosłość – dla jednych łagodniejsze, dla innych trudniejsze, bo nie zawsze mogą liczyć na wsparcie rodziców, a czasem sami muszą wejść w ich rolę.

Jakiś czas temu na jednym z książkowy forów w sieci zadano pytanie o książki opisujące życie młodzieży 18+ czyli takie rzeczywiste wchodzenie w dorosłość już pod skończeniu szkoły. Okazało się, że prawie nie ma takich 😦 Ja sama kojarzę tylko owocowy cykl Izabeli Sowy oraz „Przyjaciół” i „Ślimaki z ogródka” Marty Madery, ale są to pozycje sprzed kilkunastu lat. Z nowości – przez chwilę miałam nadzieję, że taką powieścią będzie „Hodowla” Katarzyny Ryrych, jednak tam bohater co prawda jest już po studiach, ale powraca do miasteczka, w którym chodził do liceum, żeby się wewnętrznie rozliczyć z tamtym czasem.

Wynika z tego, że „Licencja na dorosłość” jest w kategorii literatury Young Adult zdecydowanym wyjątkiem, bo jej bohaterowie rzeczywiście mierzą się z problemami dorosłości. Niektórzy z nich mogą jeszcze funkcjonować w rodzinnych domach na prawach dzieci, nie troszcząc się specjalnie o materialną stronę życia, ale są też tacy, którzy studiują w innych miastach i tam (na przykład w konfrontacji z osobami, od których wynajmują miejsce do mieszkania) są zdani głównie na siebie. Ich związki to już nie są pierwsze nastoletnie miłości, konflikty z prawem też już grożą dorosłymi konsekwencjami – robi się coraz poważniej, ale też coraz ciekawiej.

Żegnamy się z bohaterami tego cyklu, kiedy obie klasy – i ta pani Czajki, i ta pani Janeckiej spotykają się w parku Skaryszewskim. Być może to ich ostatnie spotkanie w takim gronie, choć już kilku osób zabrakło. Część z nich za chwilę będzie pisało licencjat, ale czy to znaczy, że mają już tytułową licencję na dorosłość ?

Co to jest ten licencjat ? Maciek wiedział, że nie dla wszystkich oznacza koniec studiów. Nie jest też żadnym patentem na to, jak żyć, ani co robić ze swoim życiem. Jest etapem w podróży. Jednym z wielu takich, które nie rozwiązują niczego. Jest jak stacja przesiadkowa. Tylko który pociąg teraz wybrać ? Dokąd ? I jaki ? Nie dla wszystkich jazda ekspresem jest korzystna. Można przegapić jakieś ważne stacje.

Małgorzata Karolina Piekarska „LO-teria”,  wyd.: Nasza Księgarnia, Warszawa 2017

Małgorzata Karolina Piekarska „Licencja na dorosłość”,  wyd.: Nasza Księgarnia, Warszawa 2019

Trzynastka na karku

Trzynastka na karku

i jej kontynuacja: „Marzycielki”, „Po co mi chłopak ?”, „Miłość Ci wszystko wypaczy” i „Gdybym była czekoladą” – czyli tak zwany cykl nowohucki 🙂

zdjęcie pożyczone ze strony Autorki 🙂

Przypominam go dopiero teraz, bo w czasie przenosin zawartości bloga z dawnej miejscówki przepadła mi gdzieś recenzja pierwszej części. Udało mi się ją wreszcie odzyskać i proszę !!!

Cykl zasadniczy stanowią części pierwsza, trzecia, czwarta i piąta napisane w formie pamiętnika Ani Szuch. „Marzycielki” są trochę obok, ale warto mimo to czytać te książki w kolejności.

„Trzynastka na karku” należała do ulubionych książek Najstarszej z moich córek. Pamiętam, że na targach książki podsunęłam pani Katarzynie Majgier do podpisu nasz nieco sfatygowany egzemplarz, tłumacząc, że wygląda tak, bo córka czytała w wannie i wpadł jej do wody. Pani Katarzyna odpowiedziała, że taki stan zaczytania książki jest największym komplementem dla autorki 🙂

Wpis z 1 października 2006 roku:

Spadło mi toto jak z nieba tuż przed trzynastymi urodzinami Najstarszej z córek. Właśnie zostałam na lodzie – bez prezentu dla niej, bo premierę „Atramentowej krwi”, na którą niecierpliwie czekałyśmy obie, przesunięto o pół roku. Kupiłam w desperacji – głównie z powodu tytułu i trochę dlatego, że bohaterka jest imienniczką Najstarszej. Zakup okazał się strzałem w dziesiątkę znalazłam to, czego od dawna szukałam i na co już straciłam nadzieję: dobrą, współczesną powieść obyczajową dla młodzieży, mocno osadzoną w polskich realiach. Autorka konsultowała się z nastolatkami, piszącymi na prowadzonym przez Nią (edit: dziś już nieistniejącym) forum Junior Reporter – miała więc z pierwszej ręki informacje o tym, co lubią i czym się zajmują obecne trzynastolatki.

Ania z tej książki jest typową przedstawicielką swojej grupy wiekowej, może tylko trochę inteligentniejszą i bardziej oczytaną niż norma przewiduje. Z nieubłaganą logiką dostrzega wszystko, co dorośli chcieliby ukryć, i konsekwentnie punktuje każdą ich niekonsekwencję. Czasem jest nad wiek dojrzała i rozumie więcej niż, jak się wydaje, powinna rozumieć, a chwilę później reaguje w sposób godny przedszkolaka. Taki wiek… Mam podobny egzemplarz w domu, to wiem 😉 Problemy też ma typowe dla swojego wieku trądzik, biust (a właściwie jego brak), szkoła, rodzice i młodsze rodzeństwo. Jej rodzice dostrzegają w niej wyłącznie wady, podczas gdy u cudzych dzieci widzą same zalety i stawiają ich córce za wzór. Co gorsza stawiają za wzór również samych siebie, kiedy byli w jej wieku 😉

Dużo ważniejszym niż rodzice punktem odniesienia dla trzynastolatki są już jednak rówieśnicy. Anka ma przyjaciółki z tej samej klatki, z którymi zaprzyjaźniła się jeszcze w wieku przedszkolnym, a teraz chodzą do tej samej klasy. Z piaskownicy już wyrosły wszystkie ważne sprawy omawiają przy śmietniku, co czasem skutkuje rzeczą niezwykłą – szlabanem na wynoszenie śmieci. Bohaterka mieszka w bloku, tak jak pewnie ponad połowa jej rówieśników w tym kraju. Na hasło bloki wszyscy na ogół myślą o blokersach, ale ich mieszkańcy stanowią pełen przekrój społeczeństwa. W nowohuckim bloku z tej książki – tata Ani jest naukowcem, rodzice Marii z parteru są lekarzami, a rodzice Niki pracują w agencji reklamowej. Najbliższa blokowym stereotypom jest rodzina Blondi, a szczególnie jej brat Shrek i jego ziomy, ale znajomość z nimi nie musi od razu prowadzić na margines. Nie trzeba chodzić do prywatnej szkoły, żeby mieć poukładane w głowie. Mieszkając w zwykłym bloku i ucząc się w rejonowej podstawówce też można uzyskać 40 punktów (czyli maksimum) na teście kompetencji. Blok to nie wyrok.

Moje życie jest nudne: szkoła, dom, zwyczajne kumpelki, zwyczajna rodzina może trochę bardziej zakręceni niż większość społeczeństwa, ale każdy ma jakichś ekscentryków w rodzinie albo wśród przyjaciół, więc pewnie niczym się nie wyróżniam. I nigdy nic się nie dzieje…

No, jak na to, że nic się nie dzieje, to dzieje się całkiem dużo i naprawdę fajnie się o tym czyta 😉

Katarzyna Majgier „Trzynastka na karku” ilustr.: Karina Znamirowska, wyd.: Akapit Press Łódź 2006

Wpis z 2 kwietnia 2007 roku:

Kontynuacja ”Trzynastki na karku” i jeśli jednak ktoś, tak jak Najstarsza z moich córek, liczy na ponowne spotkanie z Marią z parteru (która okazała się być jej idolką 😉 ), to się trochę rozczaruje, bo pojawia się ona tylko przelotnie. Większość akcji w ogóle nie dzieje się w bloku, ani nawet w Nowej Hucie…

Nika Rosińska wraz z rodzicami wyprowadziła się do domku na przedmieściach, a do jej mieszkania wprowadzają się Monika i Liliana z Mamą. Początkowo miała zamieszkać z nimi jeszcze Kaśka z Zielonymi Włosami ale… A zresztą, co Wam będę mówić – przeczytajcie sami ;-). Dotychczas, czyli do rozwodu rodziców, mieszkały w miasteczku Jasne, w eleganckiej willi przy snobistycznej ulicy Kasztanowej. W Jasnem wszystko było jasne 😉 i wszyscy o wszystkich wszystko wiedzieli. Wiadomo było, kto należy do dobrej, a kto – do nieco gorszej rodziny i to tworzyło klucz przyjaźni i kontaktów towarzyskich. Rodzina Moniki i Liliany zaliczała się do tych lepszych – rozwód i przeprowadzka wyrzucają je poza nawias tej skostniałej społeczności i powodują, że Monika zaczyna postrzegać świat zupełnie inaczej niż dotąd.

Autorka tych książek pisze na  swojej stronie (edit: a raczej – pisała, bo teraz tego odnaleźć nie mogę) ze zdziwieniem: raz po raz dowiaduję się, że moje książki „walczą ze stereotypami rodziny w bloku (a nawet czasem owe stereotypy obalają)”. Zauważa również: Wychowałam się w Nowej Hucie, mieszkałam w dziesięciopiętrowym „mrowiskowcu”, a co więcej – teraz też mieszkam w bloku. (…) Większość moich znajomych też mieszka w blokach i w blokach się wychowała. Nikt z nas nie jest bandziorem, dresem, tipsiarą, blacharą itp. Nie ganiamy z bejsbolami i nie wyrywamy sobie szalików, ani nawet nie kradniemy fur. Ani komór.

Skąd to zdziwienie, pani Katarzyno, skoro Pani własna bohaterka – Monika, na początku postrzega swoje nowe miejsca zamieszkania właśnie przez pryzmat tych stereotypów ? Nie rozwód, który obie z siostrą przyjęły ze spokojem, tylko właśnie przeprowadzka wywraca jej widzenie świata do góry nogami. Stwierdza ze zdziwieniem: wierzyłam, że patologiczna rodzina to taka, która nie składa się z mamy, taty i dzieci i nie mieszka w zadbanym domu. Żadnej z nas nie przychodziło do głowy, że właśnie takie rodziny bywają jeszcze bardziej patologiczne, wystarczyło spojrzeć na nas same. W Jasnem wszystko było jasne, a w bloku trudno przewidzieć, co się kryje za jednakowymi drzwiami mieszkań i czego można się spodziewać po sąsiadach.

Ja również wychowałam się w bloku i w moim bloku też wyrósł jeden pisarz. Blok zresztą blokowi nierówny. Są bloki małe, kameralne, zatopione w zieleni – bloczki właściwie ;-), gdzie na jednej klatce jest najwyżej kilkanaście mieszkań. Są też bloki – monstra, w których w pionie mieszka tyle ludzi, ile w poziomie zamieszkiwałoby dużą wieś czy niewielkie miasteczko. Takie bloki stoją w poprzek struktur społecznych. W miasteczku, w którym wcześniej mieszkały Monika i Lilianna, te struktury były bardzo sztywne, a pozycję w nich w dużym stopniu wyznaczało miejsce zamieszkania. W bloku, obok siebie, drzwi w drzwi żyje pełen przekrój społeczeństwa. W tym moim przed laty dyplomata z dalekiego kraju i profesor zwyczajny sąsiadowali przez ścianę z miejscowym pijaczkiem zwanym przez lokatorów Marginesem. W nowohuckim bloku z tych książek obok zupełnie normalnych ludzi ( i normalnych Pipścińskich 😉 ) można spotkać osoby tak zaskakujące jak Przystojny Harleyowiec czy mama Desmonda, a rodziny pozornie patologiczne okazują się zadziwiająco normalne.

Jakość życia nie zależy od jego poziomu materialnego. Można wegetować mając: duży, piękny dom, dwa samochody i trzy telewizory, w tym dwa plazmowe. Można też znaleźć spełnienie w małym mieszkanku w bloku. Trzeba tylko zrozumieć, co tak naprawdę jest w życiu ważne i odważyć się spełnić swoje marzenia.

Katarzyna Majgier „Marzycielki”, wyd.: Akapit Press, Łódź 2006

Wpis z 15 listopada 2008 roku:

Najstarsza z moich córek, wielbicielka poprzednich części (ze szczególnym uwzględnieniem Marii z Parteru) rzuciła się na tę książkę z wielkim entuzjazmem. Przeczytała i stwierdziła ze smutkiem: Chyba już wyrosłam z tych książek 😦 Faktycznie – kiedy czytała „Trzynastkę na karku”, była dokładną rówieśniczką jej bohaterek. Od tego czasu w ich życiu minęło jakieś pół roku, a w jej – dwa i pół. One właśnie przeżywają początek nauki w gimnazjum, ona – głowi się już nad wyborem liceum.

No i piknie, jak mawia moja kochana prababcia. Za cztery dni idziemy do szkoły, a wszystkie moje przyjaciółki powariowały. Z pozoru nic się nie zmieniło – trochę urosły przez wakacje, do szkoły wchodzą innym wejściem, bo są już w gimnazjum, ale nadal ich ulubionym miejscem spotkań jest ławka przy śmietniku. Z pozoru nic się nie zmieniło, tylko ich rozmowy stały się jakby monotematyczne i wszystko kręci się wokół miłości. Ania (ta książkowa, nie moja 😉 zupełnie ich nie rozumie…

Po co mi chłopak ?” to (podobnie jak „Trzynastka”) pamiętnik Ani Szuch, a ona zdołała się tej monotematyczności oprzeć i dzieki temu sporo się w tej książce dzieje.

Znalazłam tam też echo  mojej wiosennej rozmowy jej autorką (edit: czyli wywiadu, który niestety odpłynął w niebyt razem z portalem, dla któreg go przeprowadzałam). Na pytanie: czym różni się dorastanie w czasach internetu od tego, które było udziałem dzisiejszych rodziców ? pani Katarzyna odpowiedziała: Dawniej młoda osoba o nietypowych zainteresowaniach była w swoim środowisku osamotniona, trudno było jej znaleźć kogoś, z kim mogła dzielić tę pasję. Dziś – bez problemu może znaleźć w sieci odpowiednie forum i spotkać tam podobnych do siebie „maniaków” w różnym wieku. Dzięki obcowaniu ze starszymi od siebie (czasem o kilka lat, a czasem wręcz dorosłymi) internautami, nastolatki rozwijają się, poszerza im sie zasób słownictwa, „podciągają się” intelektualnie. Największy problem książkowej Ani polega na tym, że jej rodzice tego nie rozumieją, za to wiele słyszeli o zagrożeniach jakie czekają na nastolatki w sieci.

Ta książka nie powstałaby bez nastolatków z Forum Juniora, dzięki którym mam wyobrażenie, jak wygląda ich świat… – napisała autorka w dedykacji na pierwszej stronie tej książki. Niedawno z portalu Junior Reporter wypączkował kolejny – przeznaczony dla nieco starszych nastolatków, który już zaczęli z tamtego wyrastać. Nazywa się ”Amanita” (ale nie pytajcie mnie, dlaczego, bo nie wiem 😉 ) i jest bardzo sympatycznym miejscem dla myślących i czytających nastolatków. Znajdziecie tam sporo (w tej chwili 135, ale niewątpliwie będzie więcej) recenzji książek – w większości są opinie z pierwszej ręki, bo pisane przez ludzi kilkunastoletnich. Jest też forum – na razie jeszcze niezbyt tłumnie odwiedzane.

W słowie wstępnym do „Amanity” pani Katarzyna Majgier wyraża nadzieję, że wokół niej zgromadzi się duże grono fantastycznych osób z fantazją i pomysłami. I że tak jak Junior będzie rozwijana przy udziale użytkowników. Życzę tego serdecznie nowemu serwisowi i jego twórcom 🙂

Edit: oba te miejsca już nie istnieją. W ogóle – w ciągu kilkunastu lat, które upłynęły od czasu, kiedy to pisałam, fora internetowe też stały się przeszłością. Zastąpiły je grupy na Facebooku oraz… inne miejsca i formy aktywności w internecie, których ja już nie ogarniam.

Katarzyna Majgier „Po co mi chłopak ?”, wyd.: Akapit Press, Łódź 2008

Kolejne części pamiętnika Ani Szuch to „Miłość Ci wszystko wypaczy”

i „Gdybym była czekoladą” 🙂

7 dni

7 dni

Wpis z 14 października 2015 roku:

Tydzień to tylko 7 dni, jednak w ciągu nich może wydarzyć się bardzo wiele dobrych i złych rzeczy.

Jest to 168 godzin, podczas których każdy z bohaterów – a także każdy z czytelników – może znaleźć czas, by podjąć tę jedną, być może najważniejszą decyzję, która zmieni całe jego życie.

Jessica i Keren mają po 14 lat, mieszkają niedaleko od siebie i chodzą do tej samej szkoły. Obie mają też (mówiąc eufemistycznie) pokręconą sytuację rodzinną. Pozornie wiele je łączy, pozornie również wiele je dzieli. Dzieli je (i łączy) przede wszystkim to, że jedna z nich jest ofiarą przemocy szkolnej, a druga – jej prześladowczynią.

Jess i Kez są równoległymi narratorkami tej książki, której akcja zamyka się w tytułowych siedmiu dniach, a każdy z tych dni poznajemy z dwóch perspektyw.

„7 dni” to kolejna po „Grze Bailey’a” i „Dziewiętnastu minutach” książka o przemocy szkolnej, które mną wstrząsnęła. Stawia pytania – przede wszystkim o to, co powoduje, że ktoś staje się prześladowcą, a ktoś ofiarą ? Co o tym decyduje ? Przeznaczenie czy wybór ? Czy to kwestia charakteru ? A może przypadek i w innej sytuacji byłoby odwrotnie ?

Przykład Jess i Kez pokazuje zresztą, że paradoksalnie to rola ofiary wymaga większej odwagi, siły charakteru i nonkonformizmu. Im więcej o nich wiemy, tym wyraźniej widzimy, że w tym układzie nikt nie jest górą i trudno powiedzieć, kto płaci wyższą cenę.

„7 dni” to także książka o rodzinie, bo chociaż jedna jej bohaterek żyje w teoretycznie pełnym domu, to obie nie mają w swoich najbliższych oparcia. Są rozpaczliwie samotne, a świat, w którym żyją, jest smutny, nie tylko dlatego, że ciągle pada deszcz (jak to w Anglii jesienią). Dorośli, którzy powinni być ich oparciem, sami nie radzą sobie ze swoją dorosłością, z odpowiedzialnością, którą ona ze sobą niesie. Szkoła również nie potrafi im pomóc, mogą to zrobić tylko one same…

Eve Ainsworth „7 dni”, przekł.: Marcin Mortka, wyd.: Zielona Sowa, Warszawa 2015