Świat według Vanessy

Świat według Vanessy

Wpis z 20 września 2012 roku. Książki już, zdaje się, kupić nie można, ale biblioteki są znowu otwarte 😉

„Świat według Vanessy” to pamiętnik licealistki – posiadaczki tego wyszukanego imienia. Jego autorka wychowała się w kiosku z prasą prowadzonym przez jej Mamę i czytać nauczyła się na kolorowych czasopismach. Są one jej główną lekturą i źródłem wiedzy o świecie, dlatego swój pamiętnik ubrała również w formę takiego magazynu.

Każdy numer „Świata według Vanessy” podzielony jest na działy tematyczne: LUDZIE, MODA, KARIERA, PORADY, ZWIĄZKI, WNĘTRZA etc.

Środkowa z moich córek (podówczas piętnastoletnia) czytała tę książkę podczas wakacji i co jakiś czas jęczała głośno „O rany, jak mnie wnerwia ta laska !!!” 😉

Nie dziwię jej się za bardzo, bo Vanessa rzeczywiście (przynajmniej na pierwszy rzut oka) nie jest postacią z jej bajki i trudno byłoby mi sobie wyobrazić przyjaźń między nimi. Mimo że tamta jest o rok starsza, to w porównaniu ze Środkową i jej przyjaciółkami wydaje się być… żeby użyć dobrego określenia… ciut ograniczona ?

No, ale zastanówmy się – kto miałby jej te horyzonty rozszerzyć ? Matka, której ambicje nie obejmują matury, a świat ogranicza się do kiosku, kolorowych pism i solarium ? Ojciec wykładający na półki towar w supermarkecie gdzieś w Anglii ? Szkoła ucząca głownie kompilowania wypracowań z cytatów ? Pisma, które czyta, a które robią wrażenie jakby były pisane dla idiotów przez idiotów (a spotkany przez nią dziennikarz tylko to wrażenie potwierdza) ?

Ludzie, z którymi styka się Vanessa, szufladkują ją natychmiast na podstawie jej wyglądu. Trudno przecież przypuszczać, że spalona w solarium nastolatka, z rozjaśnionymi włosami i tipsami, snująca się po galeriach handlowych i pachnąca drogimi perfumami, którymi spryskuje sie w drogeriach, może kryć w sobie interesującą osobowość 😉 Co gorsza – także ona sama widzi siebie jedynie poprzez pryzmat tej szuflady.

Na szczęście los stawia na jej drodze pewną starszą panią, która z racji wieku i życiowego doświadczenia umie zobaczyć w niej coś więcej…

Katarzyna Majgier „Świat według Vanessy”, wyd.: Akapit Press, Łódź 2012

Z Bożej łaski Jadwiga, król

Z Bożej łaski Jadwiga, król

Jadwiga Andegaweńska była pierwszą postacią historyczną, którą poznałam bliżej, a stało się to za sprawą powieści „Jadwiga i Jagienka” Czesławy Niemyskiej – Rączaszkowej, jednej z ukochanych książek mojego dzieciństwa. Dzięki niej dowiedziałam się najpierw ja, a potem Najstarsza z moich córek o tym, co wiedzą teraz już wszyscy, którzy choćby zobaczyli okładkę książki Zuzanny Orlińskiej – że Jadwiga nie była królową, tylko królem Polski. Pamiętam rozpaczliwy telefon Najstarszej z wycieczki szkolnej do Krakowa i jej żądanie, żebym natychmiast wyjaśniła to pani przewodniczce, która nie uznała w jakimś konkursie jej odpowiedzi na pytanie o królów właśnie 😉

Sięgnęłam po „Z Bożej łaski Jadwiga, król” z pewnymi obawami, choć znając twórczość Zuzanny Orlińskiej mogłam przypuszczać (a nawet być pewna), że uda jej się sprostać tej konkurencji. Te obawy wzrosły nieco, kiedy stwierdziłam, że zaczęła swoją opowieść w tym samym momencie co Niemyska – Rączaszkowa czyli w czasie podróży Jadwigi do Polski. Poczułam się jednak trochę swojsko spotykając w jej orszaku dobrze znane osoby – jak Spytka z Melsztyna czy biskupa Radlicę. I też, podobnie jak w tamtej powieści, do orszaku Jadwigi ktoś w tej podróży dołączył. Tym razem jednak nie była to Jaga, córka Jamroża Króla z Lipnicy Małej, tylko Formoza – nieznająca swojego pochodzenia akrobatka z wędrownej trupy. Jak wspomina w przedmowie autorka, natknęła się w dokumentach na taką postać wymienioną jako: Formoza de Wanszwoja, niegdyś panna dworska przy boku naszym, teraz zaś narzeczona Stanisława Gamrata, której Jadwiga ufundowała posag. Na tej podstawie wymyśliła jej historię. Panna Formoza z fraucymeru królowej pojawiła się także w „Jadwidze i Jagience”, ale była tam tylko postacią w tle. Tytuł powieści Niemyskiej – Rączaszkowej pokazuje, jak ważny jest tam, opierający się na Jagience wątek ludowy. Czytając ją teraz, po latach i z moją obecną wiedzą, dostrzegłam wyraźnie, jak bardzo naznaczona jest przez czasy, w których powstała.

Jest w tych książkach więcej podobieństw, wynikających przede wszystkim z tego, że opisują te same wydarzenia. Zuzanna Orlińska poszerzyła akcję o wątek litewski, dzięki któremu czytelnicy wiedzą trochę więcej o kraju, z którego przybywa Jagiełło. Bardzo polubiłam jej Skirgiełłę, główną postać tego wątku, który trochę kojarzy mi się z panem Zagłobą 😉

Jest też tam wątek zupełnie nowy, drugi plan czasowy, w którym pojawia się postać prawie nieznana – Anna Cylejska, druga żona Jagiełły, którą ponoć sama Jadwiga do tej roli wskazała. Uważny czytelnik zauważy zresztą na kartach tej książki także jego trzecią żonę, ale ona pojawia się tylko na dalszym planie. Losy tych dwóch dziewczynek, kuzynek – Jadwigi i Anny, (wydawać by się mogło – księżniczek z bajki) uświadamiają nam, w jak niewielkim, mimo swego urodzenia, stopniu miały one wpływ na własne życie i jak bardzo było ono zależne od decyzji opiekujących się nimi mężczyzn.

Jadwiga jest także jedną z dam, dziewuch, dziewczyn w wydanej niedawno książce Anny Dziewit – Meller, do której miałam trochę zarzutów o ahistoryczność (oraz o opowiadanie o królu Polski per Jadźka 😉 ). Zuzanna Orlińska nie spoufala się ze swoją bohaterką, starannie odtwarza natomiast średniowieczny obyczaj, sposób myślenia i życie na dworze. Doceniła to także dr hab. Bożena Czwojdak – mediewistka i konsultantka historyczna tej książki pisząc: Autorka ukazała Jadwigę nie tylko jako poważną królową i świętą, ale jako zagubioną w zupełnie nowym świecie dziewczynkę, która dorasta do powierzonej jej roli. Zuzanna Orlińska odkryła przed nami ludzką twarz Jadwigi.

Z niecierpliwością czekam teraz na jej kolejną historyczną powieść, bo wiem, że powstaje, że także poprzedzona została solidną kwerendą i że zaprowadzi nas w czasy, w których jeszcze z tą autorką nie byliśmy 🙂

Zuzanna Orlińska „Z Bożej łaski Jadwiga, król” (seria: A to Historia), wyd.: Literatura, Łódź 2017

Czesława Niemyska – Rączaszkowa „Jadwiga i Jagienka”, ilustr.: Leonia Janecka, wyd.: Nasza Księgarnia, Warszawa 1967

Flawia de Luce

Flawia de Luce

Wpis z 30 października 2010 roku, w którym opisałam pierwsze dwa tomy cyklu o Flawii de Luce. Do dziś ukazało się ich osiem, ale przyznam, że swoją przygodę z tą bohaterką zakończyłam chyba na tomie czwartym, bo z każdym kolejnym robiło się niestety coraz mniej ciekawie 😦 Autor zahibernował swoją bohaterkę jako podlotka i z tomu na tom nie pozwalał jej dorosnąć, mimo że czas dookoła niej ewidentnie sobie normalnie płynął. Ale pierwsze dwa tomy zdecydowanie warto !!!

Gdzieś na angielskiej prowincji leży sobie cicho miejscowość Bishop’s Lacey. Malowniczo położona- nad rzeczką, wśród lasów, niezbyt daleko od kolei. Na pozór zupełnie zwyczajna, a jednak właśnie tam latem roku 1950 ginie śmiercią nagłą dwóch przyjezdnych, pozornie nikomu nieznanych ludzi. Świadkiem obu tych zdarzeń (za drugim razem – w licznym towarzystwie) jest jedenastoletnia Flawia de Luce i to jej właśnie udaje się rozwikłać tajemnice tych śmierci, które, jak się okazuje, powiązane są z wydarzeniami sprzed lat. Roztajemnicza przy tej okazji również tajemnice tamtych zbrodni i radzi sobie z tym dużo sprawniej od miejscowej policji.

Flawia de Luce jest dziewczynką… zdecydowanie nietuzinkową. Niewiele znam jedenastolatek, które potknąwszy się o świcie o wystającą z grządki ogórków rękę nieznajomego mężczyzny, który następnie w tychże ogórkach wydał ostatnie tchnienie, zareagowałyby w następujący sposób:

Chciałabym powiedzieć, że pękło mi serce, ale nie pękło. Chciałabym powiedzieć, że instynkt podpowiadał mi, abym dała drapaka, ale nie podpowiadał. Zamiast biec z krzykiem, dokąd oczy poniosą, wpatrywałam się z trwogą w umierającego, chłonąc każdy szczegół: drgające palce, ledwo widoczne brązowo – metaliczne tchnienie, jakie powlekło jego skórę, niczym oddech śmierci.

I wreszcie całkowity bezruch.

Chciałabym powiedzieć, że się bałam, ale nie. Przeciwnie. Była to ze wszech miar najciekawsza rzecz, jaka mi się przydarzyła w całym dotychczasowym życiu.

Prawdę mówiąc – nie znam żadnej dziewczynki zdolnej do takiej reakcji. Podobnie jak nie znam żadnej, której pasją byłyby trucizny. I chyba nie żałuję 😉

Flawia jest najmłodszą z trzechm córek właściciela Buckshaw – ogromnej, choć w ostatnim czasie podupadłej rezydencji rodziny de Luce, położonej na skraju Bishop’s Lacey. Jej matka, Harriet zginęła w górach rok po jej narodzinach i można powiedzieć, że Buckshaw nadal jest pogrążone w cieniu jej śmierci. Ojciec dziewcząt większość czasu spędza w zaciszu swojego gabinetu pogrążony w klaserach ze znaczkami, a ulubionym zajęciem starszych sióstr jest pastwienie się nad najmłodszą. Ona też, w miarę swoich możliwości, nie pozostaje im dłużna.

Flawia jest dziewczynką odrębną. Jej azylem i królestwem jest znakomicie wyposażone laboratorium, odziedziczone (podobnie jak wybitny talent chemiczny) po przodku Tankredzie de Luce. Tam zupełnie sama zgłębia tajniki chemii. Tam obmyśla i realizuje plany zemsty na Ofelii i Dafne.

Jest bardzo samotna – samotnością geniusza i samotnością dziecka niekochanego. Z nikim nie łączy jej głębsza więź. No, może z wyjątkiem Doggera, który jest w Buckshaw kierowcą, ogrodnikiem i człowiekiem do wszystkiego, ale Dogger też jest… specyficzny.

Nie ma żadnych koleżanek (że o przyjaciółkach nie wspomnę). Można wręcz odnieść wrażenie, że Flawia jest jedynym dzieckiem w okolicy. Co prawda są wakacje, ale przecież jedenastolatka musi chodzić do jakiejś szkoły (o nauce w domu też nie ma wzmianek). Tymczasem jedynym jej rówieśnikiem, który pojawia się na kartach tych książek jest Robin Ingelby, który jednakowoż nie żyje już od pięciu lat.

Jej zdolność kojarzenia, przenikliwość i nieustępliwość w dążeniu do rozwiązania tajemnicy powodują, że może być uznana za (sporo młodszą) emanację Miss Marple, choć z wyglądu przypomina raczej Wednesday Adams 😉

Z książkami dla młodzieży jest na ogół tak, że nastolatki chętnie czytają o bohaterach trochę starszych od siebie. Flawia ma jedenaście lat, ale jej przygody raczej nie są dla jej rówieśników. Stopień skomplikowania intrygi, wiedza ogólna konieczna do jej zrozumienia i wreszcie ciemna strona ludzkiej duszy, która się w tych powieściach odsłania, umieszcza je w kategorii: dla dorosłych i starszych nastolatków. Pierwszy tom ukazał się z resztą w dwoch okładkach – bardziej młodzieżowej i bardziej dorosłej, do wyboru.

Alan Bradley, autor tych książek, całe życie przemieszkał w Kanadzie – a jednak udało mu się stworzyć klimat zbliżony do książek Agathy Christie. Poza tym (i to dochodzi do głosu moje skrzywienie historyczne 😉 ) znakomicie oddał realia Anglii powojennej – ciągle liżącej wojenne rany i będącej już tylko cieniem dawnego Imperium.

P.S. Nie byłabym jednak sobą, gdybym nie wytknęła wydawnictwu małej obsuwy redaktorskiej 😉 Tytuł pierwszej z tych książek „The Sweetness at the Bottom of the Pie” nawiązuje do jej motta Jeśli ciasteczko nie słodkie u dna, cóz po tym, że kryzy ma ? i bardziej pasuje tu wersja tytułu „Ciasteczko słodkie u dna”, która nota bene (przez, jak mniemam, przeoczenie redaktorskie) znalazła się w posłowi autora.

Pomińmy już kwestię tego, że pie to nie jest ciasteczko (podobny problem ze spolszczeniem pojawił się w przypadku książki „Harriet and a Cherry Pie” ) – ważniejsze jest to, że ciasto w tej książce wcale nie było zatrute, a sugerowanie tego nie było zamysłem autora !

Na koniec chciałabym zachęcić Was do obejrzenia programu„Połykacze książek” poświęconego książkom o Flawii de Luce – z udziałem ich autora, tłumacza oraz Padmy, autorki bloga Miasto książek i znawczyni literatury angielskiej. Oto część pierwsza

i część druga. Warto !!!

Alan Bradley „Flawia de Luce. Zatrute ciasteczko”, przekł.: Jędrzej Polak, wyd.: Vesper, Poznań 2010

Alan Bradley „Flawia de Luce. Badyl na katowski wór”, przekł.: Jędrzej Polak, wyd.: Vesper, Poznań 2010

Eileen Grey. Dom pod słońcem

Eileen Grey. Dom pod słońcem

Książka nominowana w Plebiscycie Blogerów LOKOMOTYWA 2019 w kategorii KOMIKS

Nie znam się na komiksach, nie jest i nie był to nigdy mój ulubiony rodzaj literatury. Moje córki tez jakoś w nich nie gustowały. Od czasów szkoły podstawowej, kiedy czytywałam „Świat Młodych”, prawie nie miałam z komiksami kontaktu, ale teraz uświadamiam sobie, jak wiele w tej kwestii zawdzięczam właśnie temu pismu. Dla tych, co są za młodzi, żeby pamiętać – była to gazeta dla młodszej młodzieży, która ukazywała się trzy razy w tygodniu (!!!). Z dzisiejszej perspektywy patrząc – siermiężna, jak wszystko wówczas, ale wtedy nie mieliśmy za bardzo z czym jej porównywać. Na ostatniej stronie był komiks w odcinkach i właśnie tam miałam okazję zetknąć się z twórczością niemal wszystkich najważniejszych ówczesnych rysowników. Oprócz znanych mi z wydań książkowych Tytusa, Romka i Atomka Papcia Chmiela, pamiętam też Kajka i Kokosza Janusza Christy, Jonka, Jonkę i Kleksa Szarloty Pawel (przyznam, że długie lata byłam przekonana, że jest to podpisujący się najpierw nazwiskiem, a potem imieniem facet – Paweł Szarlota 😉 ) oraz, już pod koniec mojej przygody z tym pismem, absurdalne komiksy Tadeusza Baranowskiego. Miałam poza tym w ręku oczywiście zeszytowe wydania przygód Kapitanów Klossa i Żbika, ale zawsze towarzyszyło temu poczucie, że to taka mniej poważna gałąź literatury, która dojrzałym czytelnikom nie przystoi 😉

Po książkę „Eileen Grey. Dom pod słońcem” sięgnęłam ze względu na architektoniczny temat i (rzecz można) POMIMO tego, że jest komiksem, ale trochę też z ciekawości – jak można taką historię opowiedzieć obrazkami i dialogami w dymkach ???

Eileen Grey nazywana bywa obecnie pierwszą damą designu, mimo że przez długie lata, jeszcze za jej życia, jej twórczość pozostawała w zapomnieniu. Tworzyła meble, które dziś zachwycają swoją funkcjonalnością i nowoczesna linią. Mimo braku wykształcenia architektonicznego zaprojektowała także dom, który wpisał się do historii architektury i który jest drugim bohaterem tej książki.

W jego nazwie – E 1027 zaszyfrowane są inicjały Eileen Grey oraz Jeana Badoviciego, bo ten dom był jej podarunkiem miłości dla niego. W tej historii jest jednak także trzeci bohater – papież modernizmu Le Corbusier. Jego zachwyt nad tym domem, potem zazdrość o niego, a nawet jego śmierć do dziś kładzie się cieniem na historii E 1027.

„Eileen Grey. Dom pod słońcem” to książka, w której znajdziemy historię życia niezwyklej kobiety, której udało się odnieść sukces w dziedzinie zdominowanej przez mężczyzn, historię miłości, której owocem był niezwykły dom oraz kawałek historii architektury i designu, a wszystko to w starannie wyważonych proporcjach. Jak w dziełach samej Eileen 😉

A ja dzięki niej przekonałam się, że komiks może być całkiem poważną lekturą 🙂

P.S. Ta historia stała się także kanwą filmu „The Price of Desire” („Cena pragnień”) z 2015 roku.

Charlotte Malterre – Barthes (tekst), Zosia Dzierżawska (ilustr.) „Eileen Grey. Dom pod słońcem”, przekł.: Jacek Żuławnik, wyd.: Marginesy, Warszawa 2019

Anyżowa warownia

Anyżowa warownia

Wpis z 18 stycznia 2012 roku:

Mitologiczny Świr Mojej Najmłodszej Córki stracił był ostatnio nieco na intensywności. Powód pierwszy to z brak pożywki, bo pomału wyczerpują nam się lektury na ten temat. Powód drugi – bo (poniekąd z powodu pierwszego 😉 ) zmuszona była sięgnąć po książki o innej tematyce i padło na Atramentową Trylogię Cornelii Funke, co skutecznie zajęło ją na dobrych kilku tygodni. Co tam zajęło ? Zassało zupełnie tak jak wcześniej książki Ricka Riordana i skłoniło do konstatacji, że to właśnie Cornelia Funke jest nieodmiennie jej ulubioną pisarką.

Uświadomiłam sobie przy tej okazji, że jest jeszcze jedna książka tej autorki, którą lubimy, a której tu nie opisałam – „Anyżowa Warownia”.

Każdego ranka karmienie węży, w środy i soboty wycieranie kurzu z czarodziejskich ksiąg, raz w tygodniu zdrapywanie mchu z grzyw kamiennych lwów. A tylko raz w roku turniej w Mrocznej Skale. Tutaj nigdy nie dzieje się nic ciekawego – tak przynajmniej uważała Igerna. Rzeczywiście – można by pomyśleć, że nie ma na świecie nudniejszego miejsca niż Anyżowa Warownia !!!

Anyż należał do rodziny Igerny od trzystu lat. Wybudował go praprapraprapradziadek jej matki. (Może i tych „pra” było trochę więcej, ale tego dziewczynka dokładnie nie wiedziała). Zamek nie był duży, miał tylko jedną krzywą basztę, mury zaś miały dokładnie metr grubości. Dla Igerny była to jednak najpiękniejsza warownia na świecie. Anyżowy dziedziniec zdobiły polne kwiatki, które wyrastały spomiędzy kostek bruku. Pod dachem baszty gnieździły się jaskółki, a w fosie porośniętej białymi liliami mieszkały węże wodne. Bramy zamku strzegły dwa kamienne lwy, trzymając wartę wysoko, na gzymsie murów. Gdy Igerna zdrapywała im z grzyw mech, mruczały jak małe kotki, ale gdy zbliżał się ktoś obcy, szczerzyły kamienne kły i ryczały tak przeraźliwie, że truchlały nawet wilki w pobliskim lesie.

Lwy nie były jedynymi strażnikami Anyżowej Warowni. Z szarych murów na przybyszy spoglądały również kamienne maszkarony, które na widok obcych robiły potworne miny. Lecz gdy Igerna łaskotała je w nos jaskółczym piórem, straszydła chichotały tak, że grzechotały kamienie w murach twierdzy. Przepastne pyski maszkaronów potrafiły połykać armatnie kule, a płonącymi strzałami delektowały się, jakby na świecie nie było lepszego przysmaku.

Jednak maszkarony już dawno nie chrupały strzał, bo nikt od wielu lat nie atakował Anyżowej Warowni. Kiedyś, jeszcze przed narodzinami Igerny, zamek często bywał szturmowany, jej rodzina posiadała bowiem czarodziejskie księgi, o których marzył niejeden możnowładca. Chcąc zagarnąć magiczny księgozbiór, Anyż najeżdżali rozbójnicy, książęta, baronowie, a nawet dwóch króli. Ale nastały spokojniejsze czasy.

Te spokojniejsze czasy skończyły się jak na zawołanie tuż przed dziesiątymi urodzinami Igerny. Piękna Melisanda i sir Lamorak – jej rodzice, wyczarowując prezenty urodzinowe dla córki omyłkowo zamienili się w prosięta, a tymczasem pojawił się ktoś, kto bardzo chciał zająć ich zamek i wejść w posiadanie Śpiewających Ksiąg. Inny Ktoś musiał więc szybko zdobyć włosy olbrzyma, niezbędne do odczarowania rodziców, a tym kimś musiała być właśnie ona, mimo że młodsza i że dziewczynka…

Albert, starszy brat Igerny chciał zostać czarodziejem jak rodzice. Ale Igernie magia wydawała się nudna. Zaklęcia, czarodziejskie formułki, listy składników magicznych proszków i nalewek – wkuwanie tego wszystkiego przyprawiało ją o ból głowy. Wolała, jak jej pradziadek Pellas z Anyżu, być szlachetnym rycerzem, ktory walczył na turniejach i od rana do wieczora przeżywał przygody. Albert śmiał się z Igerny, ale tak to już bywa czasem ze starszymi braćmi, a tymczasem teraz on był potrzebny w Anyżu, a jego młodsza siostra musiała wyruszyć na samotną wyprawę.

„Anyżowa warownia” to opowieść o mniejszym ciężarze gatunkowym niż inne znane nam książki Cornelii Funke. Lekka, żartobliwa i w żadnym momencie nie pozostawiająca wątpliwości co do tego, że wszystko skończy się dobrze. A w dodatku pokazująca wyraźnie, że jeśli dziewczynka o czymś naprawdę marzy, to nie ma powodu, aby w realizacji tych marzeń ograniczał ją fakt, że jest dziewczynką 😉 Czyli – jest to kolejna książka o dziewczynach – wbrew stereotypom – ale to wcale nie znaczy, że jest to lektura wyłącznie dla nich…

Cornelia Funke „Anyżowa warownia” (ilustracje Autorki), przekł.: Małgorzata Słabicka, wyd.: Nasza Księgarnia, Warszawa 2008

W głębokim, ciemnym lesie…

W głębokim, ciemnym lesie…

Wpis z 22 października 2006 roku:

Co by było gdyby… Wziąć starą baśń o królewnie porwanej przez smoka i uwolnionej przez dzielnego księcia, dodać do niej sporo absurdalnego humoru jak z Monty Pythona. Dorzucić dwuznaczności jak ze „Shreka”, bo pamiętajmy, że nie każda królewna jest tym, kim się wydaje. Dołożyć ociupinkę postmodernistycznego sosu a la Tarantino (ale nie ostro, więc wyrzucimy pikantne papryczki). Do tego wszystkiego włożyć dialogi jak z filmu Barei. Energicznie zamieszać i „W głębokim, ciemnym lesie…” gotowe do czytania. (Nie, nie – to nie ja… Tak opisał tę książkę Leszek T. Talko w recenzji zamieszczonej na jej okładce.)

Wziąć starą baśń o królewnie porwanej przez smoka… Z tym porwaniem i księciem jest tu co prawda trochę inaczej niż w znanych baśniach, ale za to Królewny mamy aż dwie – krańcowo różne przedstawicielki dwóch wzorców kobiecości.

Henrietta Rozalinda Aurora reprezentuje model tradycyjny, dla którego jedynie słuszna ścieżka kariery kobiety to ta, która prowadzi ją prosto do zamążpójścia. Oczywiście musi być to związek na na odpowiednim poziomie, mezalianse nie wchodzą w rachubę. Henrietta Rozalinda Aurora jest królewną – musi więc poślubić księcia, nawet jeśli dla osiągnięcia tego celu miałaby dać się porwać groźnej bestii. Chodzi tylko o to, żeby ta bestia nie była zbyt groźna, a już w żadnym wypadku krwiożercza…

Simplinella, mimo że w bajce jest jej rówieśnicą, mentalnie pochodzi już z innej epoki. To nowoczesna dziewczyna, która nie przyjmuje do wiadomości ograniczeń zwyczajowo przypisanych jej płci. Kiedy okazuje się, że żaden z jej braci nie ma ochoty narażać życia, aby zdobyć rękę królewny i połowę królestwa, co przecież jest uświęconym tradycją obowiązkiem księcia, bez oporów decyduje się ich zastąpić. Nie, nie – do ręki królewny nie pretenduje, ta bajka nie jest aż tak nowoczesna 😉 , ale połowa królestwa może rozwiązać problemy lokalowe i materialne jej rodziny. Swój cel osiąga, a przy okazji, zupełnie niespodziewanie i niejako mimochodem, zdobywa także rękę księcia. Czyli wszystko jest tak, jak być powinno, z tą tylko różnicą, że na odwrót 😉

Wydawnictwo przewidziało tę książkę dla dzieci od siedmiu lat. Ja czytałam ją Najmłodszej z córek jeszcze przed jej szóstymi urodzinami, a po kilku miesiącach zaczęła domagać się jej ponownej lektury. Tłumacząc, o którą książkę chodzi, streściła mi całą owczą intrygę Henrietty Rozalindy Aurory, czym dowiodła, że znakomicie ją zrozumiała. W odbiorze nie przeszkodziły jej skromne, wyraźnie adresowane do starszego czytelnika ilustracje Vereny Ballhaus.

Zapytana niedawno, która z księżniczek bardziej jej sie podoba, odpowiedziała bez wahania, że oczywiście Simplinella. Mogę więc być spokojna o nasz byt – w razie problemów któraś z dziewczyn zdobędzie połowę jakiegoś królestwa 😉 Odkąd przeczytałyśmy tę książkę, Henrietta Rozalinda Aurora stała się w naszym domu najgorszym z możliwych epitetów – zdetronizowała w tej roli nawet Gryzeldę i Anastazję z filmowej wersji Kopciuszka.

„W głębokim, ciemnym lesie…” jest kolejną książką, którą mogę umieścić w zakładce: O dziewczynach – wbrew stereotypom.

Paul Maar „W głębokim, ciemnym lesie…”, przekł. Anna Garmoth, ilustr. Verena Ballhaus, wyd. Nasza Księgarnia, Warszawa 2005

Amelka

Amelka

Wpis z 28 lutego 2007 roku. W 2014 wznowiło tę książkę wydawnictwo Akapit Press i ta wersja ma okładkę zdecydowanie przyjemniejszą dla oka 😉

Życzenia wypowiadane nad tortem urodzinowym mają niezwykłą moc. Zdmuchując dziesięć świeczek ze swojego tortu Amelka pomyślała, że chciałaby zostać słynną aktorką. W jej wieku to zupełnie normalne – moje córki też mają takie marzenia. Dla dziesięciolatki z Bolków Małych wydawać by się one mogły niemożliwe do spełnienia (a w każdym razie nieprędko), a jednak…

….w jej wsi zjawiła się ekipa filmowa kręcąca ekranizację „Panny z mokrą głową” !!! Nastoletnia gwiazda, która miała grać rolę tytułową, niespodziewanie zrezygnowała i Pani Reżyser zdecydowała się szukać zastępstwa na miejscu. Do castingu przystąpiły wszystkie dziewczynki ze wsi i okolic, ale to właśnie Amelka – elokwentna i oczytana, a przy tym najstarsza z szóstki rodzeństwa i cała w siniakach od łażenia po drzewach – dostała tę rolę. Wkrótce okazało się, że zadania aktorskie nie będą wcale najtrudniejszą z rzeczy, które ją czekają. Dużo trudniejszy był późniejszy powrót do szarej codzienności i szkolnych obowiązków. Musiała też sprostać ciężarowi sławy i stawić czoła zazdrości rówieśników. Na szczęście udało jej się w końcu odróżnić popularność od prawdziwej przyjaźni – być może dzięki życzeniu pomyślanemu przez kogoś nad innym tortem 😉

Amelia, Tycjan, Oktawian, Lukrecja, August, Emma. Kiedy spotykamy się z takim zestawem (i ilością !) imion w rodzinie, szczególnie wiejskiej, natychmiast wyobrażamy sobie dom ocierający się o patologię i niewydolny wychowawczoNie wiem, czy celem twórczości pisarskiej pani Katarzyny Majgier jest obalanie stereotypów związanych z wielodzietnością, czy wychodzi jej to „przy okazji”, ale po rodzinie z bloków w ”Trzynastce na karku” (edit: ten cykl także niebawem przypomnę ! 🙂 ) w tej książce upada stereotyp wielodzietnej rodziny wiejskiej. Rodzice Amelki nie są bezmyślnymi dzieciorobami z marginesu – tworzą w pełni wydolną wychowawczo i kochającą się (choć niezamożną) rodzinę. W dodatku czytają książki, co w ich środowisku nie jest takie częste. Ich marzenia tez są z książkami związane: Mamusia marzy o dużej bibliotece pełnej książek, bo lubi czytać. Tatuś marzy o ciekawej pracy, w której mógłby zarabiać tyle, żeby wyremontować nasz dom i kupić książki, o których marzy mamusia. 😉 Równocześnie poznajemy zamożne rodziny w których kuleje wychowanie jedynaków. Może trochę szkoda, że autorka wpada z jednego stereotypu w drugi – chyba, że zostawia sobie temat do następnych powieści. Kiedy już wyczerpie jej się tematyka wielodzietności, wtedy rozprawi się ze stereotypami jedynaków 😉

Jedyną rzeczą, która mi się w tej książce nie podoba, są ilustracje. Kojarzą się z najgłupszymi kreskówkami na Cartoon Network 😦 Za każdym razem, kiedy mam okazję poobcować trochę z tymi filmami, zastanawiam się – w czyim umyśle mogą powstać takie idiotyczne pomysły ? Doszłam wreszcie do tego, że ich twórcami są zapewne ludzie, którzy sami wychowali się już wyłącznie na kreskówkach. Jak będą wyglądały dzieła tych, którzy wyrosną na ich twórczości ? Boję się nawet pomyśleć.

Jeśli jednak te piękne inaczej ilustracje, zachęcą do lektury „Amelki” klientelę Cartoon Network, to niech już sobie takie będą. Czasami cel uświęca środki. Dzieciom o bardziej rozwiniętych gustach jednorazowy kontakt z tą poetyką nie zaszkodzi. Środkowa z moich córek oprócz „Amelki” znalazła pod choinką jeszcze piękny album ”Sztuka nie tylko dla dzieci” wydany przez „Znak”. Tak na wszelki wypadek 😉

Katarzyna Majgier „Amelka” (seria: Magnes), ilustr.: Wojciech Stachyra, wyd.: Egmont, Warszawa 2006

Bezdomny ptak

Bezdomny ptak

Wpis z 24 sierpnia 2008 roku, ale książka została wznowiona przez Wydawnictwo Dwie Siostry w 2015 roku i nadal można ja kupić.

Środkowa z moich córek skończyła w czerwcu dwanaście lat. Koli, bohaterka książki, którą dostała na urodziny, ma lat trzynaście. Są rówieśniczkami, ale poza wiekiem i płcią nic ich nie łączy. Żyją w dwóch różnych światach.

Środkowa po wakacjach zacznie szóstą klasę, a przed nią jeszcze ładnych parę lat nauki. Koli do szkoły nie chodziła wcale, bo jak tłumaczyła jej Maa: Na nic ci się to nie przyda, jak wyjdziesz za mąż. Pieniądze, które wydalibyśmy na podręczniki i czesne, lepiej odłożyć na twój przyszły posag, byśmy mogli znaleźć ci odpowiedniego męża.

Ciepła woda w kranie, pralka i centralne ogrzewanie to dla mojej córki rzeczy oczywiste. Bez nich nie wyobraża sobie życia. Koli codziennie nosi wodę z rzeki, pierze tam ubranie i myje naczynia, pali w piecu i ma masę innych obowiązków. Czytając o jej życiu można mieć wrażenie, że akcja tej książki dzieje się dawno temu – dopiero wzmianki o telewizji i komputerze uświadamiają nam, że jest inaczej.

W naszej kulturze nastolatka to właściwie jeszcze dziecko. W Indiach trzynaście lat to wiek, w którym dziewczynka gotowa jest do małżeństwa. Po ślubie opuszcza swój dom rodzinny i staje się częścią rodziny męża, poddaną władzy męża i jego rodziców.

Czytałam tę książkę z perspektywy matki córek i trudno mi sobie wyobrazić, że oddaję moje dziecko w ciemno do obcego domu i pod władzę obcych ludzi i tracę z nią kontakt. Czytając nie mogłam się pogodzić z tym, że Koli nie może zrobić tego, co nam wydawałoby się naturalne… Kiedy okazało się, że ich oszukano, że jej mąż jest śmiertelnie chory, a jej posag potrzebny był na ostatnią próbę jego wyleczenia, potem kiedy Hari umarł, a ona została wdową i wreszcie kiedy Sass zostawiła ją w mieście wdów – w żadnym z tych momentów nie myślała o powrocie do rodzinnego domu pod opiekę rodziców. Wiedziała, że byłoby to hańbą dla jej rodziny. Musiała radzić sobie sama. I poradziła sobie.

Koli jest prostą dziewczyną i dlatego opowieść o jej życiu też jest prosta. Jest w niej jednak ogromna potrzeba obcowania z pięknem. Przy pomocy Sassura udało jej sie nauczyć czytać, a odziedziczony po nim tom wierszy Rabindranatha Tagore stał się jej największym skarbem. Ta prosta, niewykształcona dziewczyna jest też artystką, obdarzoną niezwykłym talentem – potrafi haftować i tworzyć piękne, niespotykane wzory. Dzięki temu udało jej się przeżyć w mieście wdów, znaleźć pracę i poznać Radżiego.

Na  swojej stronie internetowej Gloria Whelan napisała: Często jestem pytana o to, czy napiszę dalszy ciąg „Bezdomnego ptaka”. Nie mam takich planów. Myślę, że Koli i Radżi są szczęśliwi i bardzo zajęci swoim ogrodem i dziećmi. Jestem pewna, że Koli nadal haftuje swoje przepiękne sari… Ja również tak sądzę. Mam też nadzieję, ze mogła wreszcie spotkać się z rodzicami – już bez obawy, że swoim powrotem do domu zhańbi rodzinę.

P.S. Przeczytajcie również  artykuł w „Wysokich Obcasach” o Wrindawanie – mieście wdów  – mnie się otwiera w całości, mimo że nie mam wykupionej subskrybcji.

Gloria Whelan „Bezdomny ptak”, przekł.: Jadwiga Jędryas, wyd.: Wydawnictwo Dwie Siostry, Warszawa 2008

Boom herstoryczny czyli subiektywny przegląd książek o ważnych kobietach

Boom herstoryczny czyli subiektywny przegląd książek o ważnych kobietach

W 31 numerze kwartalnika „Ryms” ukazał się mój artykuł, o książkach stanowiących swoiste przeglądy kobiet znanych z historii – zapraszam do czytania 🙂

Boom Herstoryczny ???

Puryści językowi i oddani idei prawdy etymolodzy mogą wpaść w furie, słysząc ten termin: herstoria. Święte oburzenie jest po części uzasadnione, pod względem językowym „herstoria” ma się do „historii” jak „feminoteka” do „biblioteki”, stanowi sztuczny twór o fałszywej etymologii, fantazję słowotwórczą, która ma jednak czelność bronić się w inteligentny, przemyślny i nie pozbawiony humoru sposób. [1]

Herstoria to termin, który powstał na skutek zabawy słowami – angielskie HISTORY można też czytać jak dwa słowa HIS STORY czyli Jego Historia (albo opowieść czy też wręcz bajka).

Przez długi czas w historii – tej uprawianej i nauczanej tradycyjnie dominowały kwestie polityczne. Skupiała się ona na wielkich postaciach i przełomowych datach, pomijając kompletnie te obszary życia, których tradycyjnie dotyczyła aktywność kobiet. Tak pojmowana historia była rzeczywiście historią mężczyzn, kobiety pojawiały się w niej tylko wtedy, kiedy wchodziły w role i zadania tradycyjnie uznawane za męskie. Zaczęło się to zmieniać już w XX wieku, kiedy (przede wszystkim pod wpływem francuskiej szkoły „Annales”) zwrócono się ku historii społecznej.

Odpowiedzią na tak postrzeganą HIStorię jest HERstoria rozumiana jako taki rodzaj narracji historycznej, w której ważnym (jeśli nie najważniejszym) punktem odniesienia będą kobiety – ich sprawy, problemy i osiągnięcia. Oczywiście termin ten nie ma zastosowania w poważnym dyskursie historycznym, ale, moim zdaniem, znakomicie nadaje się do opisania pewnego trendu, z którym od niedawna mamy do czynienia w świecie książek dla dzieci młodzieży. Z pewną przesadą nazwałabym go nawet herstorycznym boomem.

W 2017 roku ukazały się w Polsce trzy książki będące zbiorami opowieści o niezwykłych kobietach, które zmieniały świat: „Opowieści na dobranoc dla młodych buntowniczek”, „Superbohaterki” oraz „Damy, dziewuchy, dziewczyny”. Spróbujmy im się przyjrzeć – o czym i w jaki sposób opowiadają ?

„Opowieści na dobranoc dla młodych buntowniczek” to polski przekład książki „Good Night Stories for Rebel Girls”, która ukazała się w 2016 roku, a jej autorkami są Elena Favilli i Francesca Cavallo. Wydano ją dzięki największej dotychczas akcji crowdfundingowej dotyczącej książek, w której zebrano ponad milion dolarów. W poprzedzającym ją motcie autorki tak zwracają się do swoich czytelniczek: Do młodych buntowniczek ze wszystkich stron świata: wyzwólcie marzenia, mierzcie wysoko, stawiajcie opór, a w chwilach zwątpienia pamiętajcie: macie rację.

Opisano tam historie 100 kobiet żyjących na przestrzeni trzech i pół tysiaca lat na całej ziemi. Chciałyśmy przedstawić kobiety z tylu krajów, z ile to tylko możliwe, ponieważ w produkcjach mediów dla dzieci brakuje różnorodności nie tylko pod względem płci, ale także pod względem rasy, orientacji seksualnej czy wyznania. Naszym celem było również przedstawienie kobiet różnych zawodów; chciałyśmy mieć: puzonistki, oceanolożki, sędzie, działaczki polityczne, szpiegów, szefowe kuchni, surferki, poetki i piosenkarki rockowe. I na koniec, wybierałyśmy kobiety, których życie osobiste miało w sobie coś, co mogło zainteresować dzieci, na przykład Julia Child, sławna szefowa kuchni, która zaczęła swoją karierę jako szpieg i gotowała ciastka, które miały za zadanie podczas drugiej wojny światowej odstraszać rekiny od podwodnych materiałów wybuchowych. – powiedziały autorki w wywiadzie dla pisma „Kosmos”.[2]

Swego rodzaju paradoksem tej (i innych podobnych) publikacji jest to, że opowiadając o życiu kobiet przełamujących schematy sama wtłacza je w swój własny schemat. Opowieść o każdej z nich, utrzyma jest w konwencji bajki (Dawno, dawno temu żyła dziewczyna imieniem...) i mieści się na jednej stronie, drugą zajmuje jej portret. Jest to w tym samym stopniu dobrą stroną tej książki, co jej słabością. Z jednej strony – nie wyróżnia nikogo, pokazuje, że każda ze stu bohaterek jest tak samo ważna, z drugiej – w wielu przypadkach wymusza spłycenie opowieści, bo trudno jest opisać dokonania takich postaci jak Maria Skłodowska – Curie na jednej stronie i w efekcie często skupia się tylko na tym, w czym wychodziły poza tradycyjną rolę kobiety.

Portrety bohaterek zostały stworzone przez 60 artystek z całego świata, w tym Zosię Dzierżawską z Polski. Wybór kobiet graficzek był celowy. Uważamy, że to nasz obowiązek, by pozwolić dojść do głosu tym wspaniałym dziełom, które tworzą na co dzień artystki z każdego zakątka świata. Zależało nam również na przedstawieniu szerokiego wachlarza stylów każdej z nich, który wynika z ich różnych osobowości. Media mają skłonność do pokazywania kobiet w bardzo uproszczony sposób. My chcemy pokazać, że kobiecość ujawnia się bardzo różnorodnie, tak jak nie ma jednego sposobu bycia kobietą, lub dziewczynką – buntowniczką. [3]

Zastanawiałam się nad tym, jakie były kryteria doboru setki bohaterek i trudno mi znaleźć jakiś klucz (poza płcią oczywiście). Na jednym końcu osi czasu mamy faraona Hatszepsut, która żyła ok. 1500 lat p.n.e. i była pierwszą kobietą zasiadającą na egipskim tronie, a na drugim – Coy Mathis, dziesięcioletnią obecnie transseksualną dziewczynkę, której rodzice wywalczyli dla niej w sądzie prawo do korzystania z damskich toalet w przedszkolu. Pomiędzy nimi – artystki, działaczki społeczne, naukowczynie i władczynie, żyjące w różnych czasach, różnych krajach i różnych sytuacjach społecznych. Ponieważ ułożone są alfabetycznie, więc powstaje misz masz, w którym, obawiam się, czytelnicy słabiej zorientowani w historii i nie zawsze kojarzący konteksty kulturowe, mogą się pogubić. Dlatego nie jest to książka z którą można zostawić dziecko sam na sam i oczekiwać, że ją sobie samodzielnie przeczyta. To raczej 100 historii, które powinny być wstępem do rozmowy z dzieckiem.

Elena Favilli i Francesca Cavallo powiedziały: Od kobiet oczekuje się mówienia o pokoju i harmonii, nawet w sytuacji gdy są wiktymizowane i odmawia im się podstawowych praw. Czujemy, że nie ma potrzeby pisania kolejnych książek dla kobiet o tym jak unikać nieporozumień. Świat potrzebuje książek, które będą zachęcały kobiety do bycia sobą, nawet jeśli to oznacza bycie nielubianą. Właśnie dlatego użyłyśmy słowa „buntowniczka” w tytule książki. [4] Trudno się wobec tego dziwić, że wśród jej bohaterek znalazła się Katarzyna II, choć zarówno sama jej osoba, jak i sposób, w jaki została opisana wydają mi się dyskusyjne (szczególnie w kontekście polskiego wydania „Opowieści”). To również może być ciekawy punkt wyjścia do rozmowy – czy zawsze robiąc to, co się chce, ma się rację ?

Niedawno pojawiła się angielska edycja drugiego tom z kolejną setką niezwykłych kobiet. Tym razem kandydatury zgłaszali sami czytelnicy.

„Superbohaterki” Małgorzaty Frąckiewicz różnią się od „Opowieści na dobranoc” zarówno ilością bohaterek (jest ich tylko 14), jak i kluczem ich doboru (kobiety, które dokonały ważnych, a równocześnie mało znanych odkryć naukowych) oraz sposobem ich opisywania. Autorka dość skrótowo traktuje życie opisywanych przez siebie kobiet, wyjaśnia natomiast szerzej znaczenie oraz sens ich odkryć i wynalazków. Udaje jej się zrobić to w sposób przystępny i zrozumiały dla młodych czytelników także dzięki interesującej, nowoczesnej formie graficznej książki, która zawiera także propozycje doświadczeń możliwych do przeprowadzenia w domu.

Anna Dziewit – Meller w książce „Damy, dziewuchy, dziewczyny. Historia w spódnicy” ograniczyła się do kobiet znanych z historii Polski. Narratorką uczyniła Annę Henrykę Pustowójtównę, która walczyła w Powstaniu Styczniowym i była adiutantem jego dyktatora Mariana Langiewicza. Poza nią poznajemy kilkanaście kobiet – od Świętosławy, córki Mieszka I po Wandę Rutkiewicz. Są wśród nich takie, o których pamięta się do dziś nie tylko w Polsce jak Irena Sendlerowa czy Maria Skłodowska – Curie (nota bene – jedyna bohaterka, która znalazła się we wszystkich tych trzech książkach), ale też zupełnie zapomniane jak poetki Elżbieta Drużbacka i Maria Komornicka (pisząca pod pseudonimem Piotr Włast).

Mnie najbardziej zainteresował rozdział o architektkach Warszawy, bo są to osoby, o których rzadko się pamięta. Uświadomiłam sobie przy tej okazji, że z czterech wspomnianych tam kobiet tylko Halina Skibniewska pracowała na własne nazwisko, pozostałe trzy znane są niemal wyłącznie jako część małżeńskich duetów. Mówi się albo o Oskarze Hansenie, albo o Hansenach, a żeby przypomnieć sobie jak miała na imię jego żona, musiałam się chwilę zastanowić. Podobnie jest z Barbarą Brukalską i Heleną Syrkusową.

Kwestią dyskusyjną jest konwencja tej książki, którą albo się kupuje od razu albo nie. Ja, muszę przyznać, miałam z nią dwa problemy. Pierwszym był pomysł, aby narratorką została bohaterka z XIX wieku, która opowiada zarówno o bohaterkach z odległej przeszłości, jak i o tych, które żyły już po niej (a jedna nawet żyje nadal). Drugim, może nawet większym, okazał się na wskroś współczesny język, którym się ona posługuje i nadmiar bezpośredniości, taka kumplowska maniera, z jaką zwraca się do czytelników. Z trudem byłam w stanie zaakceptować to, że sama siebie nazywa Heńką, przerosło mnie natomiast pisanie o królu Polski per Jadźka… Zastanawiam się – czy cel, jakim jest dotarcie do współczesnych czytelników, uświęca środek w postaci kompletnej ahistoryczności przekazu ? Jest to zresztą problem nie tylko tej książki, pojawia się też często w filmach na tematy historyczne. Mamy w nich dekoracje i kostiumy z przeszłości, a w nich bohaterów, którzy mówią, myślą i zachowują się całkiem współcześnie. Stwarzać to może wrażenie, że co prawda z upływem czasu zmieniały się warunki życia, natomiast sposób myślenia i mentalność ludzi zawsze były takie, jak teraz.

Mówiąc o herstorycznym boomie w literaturze dla dzieci młodzieży miałam na myśli nie tylko te trzy zbiory. W ostatnim czasie ukazuje się coraz więcej książek historycznych, których bohaterkami są kobiety. Kiedy opisuje się biografię tylko jednej osoby można o niej napisać bardziej wyczerpująco i pokazać jej życie na szerszym tle, niż wtedy, kiedy ogranicza to schemat zbioru.

Prekursorką tego nurtu na gruncie polskim można nazwać Annę Czerwińską- Rydel i te z jej książek biograficznych, które poświęcone są kobietom. Bohaterami pierwszej Gdańskiej Trylogii byli bardzo znani gdańszczanie – Jan Heweliusz, Daniel Gabriel Fahrenheit i Artur Schopenhauer, ale kolejną poświęciła zdecydowanie mniej znanym gdańszczankom – Elżbiecie Heweliusz, Konstancji Czirenberg i Joannie Schopenhauer. W ramach trylogii „Bo góry są” obok biografii Jerzego Kukuczki napisała też „Pięć skarbów pod wielkim śniegiem. Opowieść o Wandzie Rutkiewicz”. „W poszukiwaniu światła” to historia Marii Skłodowskiej – Curie, a niebawem ukaże się także książka „Listy w butelce” poświęcona Irenie Sendlerowej.

„Z Bożej łaski Jadwiga, król” Zuzanny Orlińskiej opowiada historię Jadwigi Andegaweńskiej i początków jej panowania w Krakowie. Autorka nie spoufala się ze swoją bohaterką, starannie odtwarza natomiast średniowieczny obyczaj, sposób myślenia i życie na dworze, aby na tym tle ukazać sytuację ówczesnych dziewcząt nie tylko z królewskich rodów. Wprowadza do tej opowieści także kolejną, mniej niż Jadwiga znaną żonę Władysława Jagiełły, Annę Cylejską. Uświadamia, w jak niewielkim stopniu miały one wpływ na swoje życie i jak bardzo było ono zależne od decyzji opiekujących się nimi mężczyzn.

Książki o dziewczętach i kobietach w historii nie są lekturami tylko dla dziewczynek, podobnie jak wcześniej książki o historii z mężczyznami w roli głównej nie były tylko dla chłopców. Przeszłość mamy wspólną, nie dzieli się na męską i żeńską i wspólne powinny być doświadczenia z niej płynące.

Elena Favilli i Francesca Cavallo „Opowieści na dobranoc dla młodych buntowniczek. 100 historii niezwykłych kobiet”, wyd. Debit, Katowice 2017

Małgorzata Frączek „Superbohaterki. Świat i wielkie odkrycia”, wyd. Ezop, Warszawa 2017

Anna Dziewit – Meller „Damy, dziewuchy, dziewczyny. Historia w spódnicy”, wyd. Znak, Kraków 2017

[1] Lucyna Marzec „Herstoria żywa, nie tylko jedna, nie zawsze prawdziwa”, „Czas kultury” 5/2010

[2], [3], [4] https://fundacjakosmos.org/marzymy-by-ta-ksiazka-znalazla-sie-na-polce-kazdej-dziewczynki-autorki-opowiesci-na-dobranoc-dla-mlodych-buntowniczek-pierwszy-polski-wywiad

Pasztety, do boju !

Pasztety, do boju !

Myślę, że to już najwyższa pora, żeby wstawić na półkę w Małym Pokoju „Pasztety, do boju !”, bo to książka znakomita – świetnie napisana dowcipna, pełna energii oraz ucząca dystansu i pozytywnego myślenia 🙂

Wpis z 13 października 2017 roku:

Obraz widziany w tym lustrze może być zniekształcony przez powszechnie uznane kanony piękna – taki napis zobaczyłam w łazience jednego z campingów, który odwiedziliśmy w czasie wakacji. Czytałam wtedy akurat „Pasztety, do boju !” i ta naklejka bardzo dobrze korespondowała z treścią tej książki.

Trochę żałuję, że nie udało mi się napisać o niej latem, bo to książka bardzo wakacyjna – taka lipcowa powieść drogi. Jednak z drugiej strony – problem, którego dotyczy nie jest tylko problemem letnim.

Kanony piękna zmieniają się od wieków i to, co w jednym stuleciu budziło zachwyt, w innym już niekoniecznie… Jednak czasy, w których żyjemy są pod tym względem wyjątkowe, bo jeszcze nigdy wcześniej dyktatura jednego wzorca nie była tak dominująca. Nie ma ucieczki od obrazu idealnie pięknych i idealnie szczupłych kobiet, a żadna z nich nie wygląda w realu tak, jak na billboardach, w prasie czy na reklamach, która atakują nas kiedy tylko włączymy telewizor czy komputer.

Czasy, w których żyjemy są wyjątkowe także dlatego, że nigdy wcześniej nie było internetu – medium hiperdemokratycznego, które daje KAŻDEMU prawo do wyrażenia KAŻDEJ opinii na KAŻDY temat. Jest to w dodatku medium, rzec można, eksterytorialne, funkcjonujące obok czy też poza tak zwanym realem, ale wywierające na niego ogromny wpływ.

Dlatego nigdy wcześniej nie było możliwe, aby w jakiejś szkole odbyły się (już po raz trzeci) wybory Złotego, Srebrnego i Brązowego Paszteta czyli najbrzydszych dziewczyn, w których KAŻDY chłopak może napisać KAŻDEJ dziewczynie w sposób dowolnie obraźliwy, a szkoła mogła umyć od tego ręce, bo rzecz dzieje się w internecie czyli nigdzie. Słowa napisane w internecie ranią tak samo, jak te wypowiedziane prosto w twarz, tylko łatwiej je napisać niż powiedzieć wprost, bo w internecie wydaje się one jakoś tak jakby oderwane od rzeczywistości. A przecież przemoc jest przemocą niezależnie od medium…

No i wyniki są na fejsie: jestem Brązowym Pasztetem.

Trochę słabo. Przez dwa lata miałam tytuł Złotego Paszteta i myślałam, że nikt mi go nie odbierze, a tu co ? Figa.

Tytułowe Pasztety są trzy – Astrid, Hakima i Mireille, ale najlepiej poznajemy tę ostatnią. To ona, jako najbardziej doświadczony Pasztet wspiera debiutantki na podium, ona jest narratorką tej książki i spiritus movens wszystkiego, co się w niej wydarza. Mireille to dziewczyna fantastycznie inteligentna, bystra i złośliwa, także pod swoim adresem. Brak urody zgodnej z aktualnymi kanonami nie jest jej jedynym życiowym problemem, ale ze wszystkimi radzi sobie podobnie – uczyniła sobie pancerz ze swojej inteligencji, bezpośredniości i zjadliwego poczucia humoru.

Okazuje się, że w powiedzeniu: nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło, jest jakieś ziarno prawdy, bo dzięki rzeczy tak paskudnej jak te wybory rodzi się fajna przyjaźń między dziewczynami i przydarza im się fantastyczna przygoda, której początkiem są trzy rowery w garażu u Mireille i pomysł, żeby razem pojechać do Paryża. Każda z dziewczyn ma inny powód, żeby tam się udać, a towarzyszy im na swoim wózku Kader – brat Hakimy, inwalida wojenny.

„Pasztety, do boju !” to książka, która wpisuje się w nurt tzw. body positivity. Dziewczyny nie wyruszają ani po to, żeby schudnąć, ani po to, żeby tym, którzy je wybrali, udowodnić cokolwiek, ani w żadnym innym celu, który by z wynikał z tego nieszczęsnego konkursu, który je połączył. Jadą z sobie tylko znanych powodów, a ta wyprawa, jak to w powieściach drogi bywa, pomaga im znaleźć w sobie te skrzydła, o których mówi Hakima w ostatnim zdaniu książki.

Clementine Beauvais „Pasztety, do boju !”, przekł.: Bożena Sęk, wyd.: Dwie Siostry, Warszawa 2017