Leon i kotka

Leon i kotka

Kiedy moje (obecnie już pełnoletnie) córki były małe – a więc w sumie nie tak dawno, zaledwie kilkanaście lat temu – rynek książki dziecięcej w Polsce wyglądał zupełnie inaczej niż teraz. Patrząc na obecną klęskę urodzaju pięknych książek, która powoduje, że trudno jest wybrać i nie da się przeczytać wszystkiego, co jest tego warte, aż trudno uwierzyć, że wtedy każda dobrze napisana i zilustrowana oraz ładnie wydana pozycja była na wagę złota.

Wtedy, w początku XXI wieku, rzec można na gruzach dawnego porządku i wydawnictw rodem z PRL, powstawały nowe, małe oficyny, zakładane przez ludzi, których nazwałabym szczególnymi maniakami książek. Niektóre z nich istnieją do dziś, niektóre nawet przestały być małe, ale były też takie, które nie przetrwały. Dwóch z nich nie mogę odżałować – jednym było Wydawnictwo Plac Słoneczny 4, które wydało między innymi „Wierzbową 13”, a drugim – Wydawnictwo FRO9. Jego nakładem ukazały się tylko cztery pozycje i wszystkie były zachwycające. Dziś przypomnę pierwszą z nich, o której pisałam 25 września 2006 roku:

Ta książka to czysta poezja, choć napisana jest prozą. Każdy, kto chodził do szkoły wie, że najgorsza rzecz, jaką można zrobić z poezją, to zacząć zastanawiać się co autor chciał przez to powiedzieć ;-). Dlatego „Leona i kotki” nie należy analizować. Trzeba usiąść z dzieckiem w spokoju i dać się unieść jej nastrojowi, budowanemu w równym stopniu przez tekst Grażyny Ruszewskiej i ilustracje Piotra Fąfrowicza. Nie znam drugiej książki dla kilkulatka, przy lekturze której ogarniałby mnie taki spokój i która tak wyciszałaby Najmłodszą z moich córek.

Książki „z obrazkami” dzielą się na takie, które składają się z efektu pracy pisarza i ozdabiających go ilustracji oraz te, w których ilustracje i tekst dopełniają się, tworząc nierozdzielną całość. Ta należy do tych drugich – nie istniałaby bez ilustracji Piotra Fąfrowicza. Są one odmienne od dominującej obecnie quasi-disnejowskiej stylistyki obrazków dla dzieci – niedopowiedziane, pozostawiające pole dla wyobraźni oglądającego.

Historyjka o kocie, który niechętnie przyjął pojawienie się w jego domu kotki – znajdy, jest urzekającą w swojej prostocie opowieścią o rodzącej się przyjaźni (a nawet miłości). Jest to też opowieść o tym, że zmiany, które nieuchronnie przynosi życie, wcale nie muszą być zmianami na gorsze. Sześcioletnia Marysia, której recenzję zamieszczono na stronie wydawnictwa, znalazła w niej jeszcze coś: To przecież bajka o mnie ! Jak urodziła mi się siostrzyczka, to jej nie chciałam, a potem sie okazało, że żyć bez siebie nie możemy ! Może Wy odkryjecie w niej jeszcze coś innego ?

Wiem, że dzieci nieprzyzwyczajone do takiej poetyki początkowo podchodzą do „Leona i kotki” nieufnie. Nie znam jednak żadnego, którego by ta książka nie uwiodła. A jakie piękne sny ma się po niej… Takie poetyckie… 🙂

Wyróżnienie literackie i graficzne w konkursie Książka Roku IBBY 2004

Książka wpisana przez Internationale Jugendbibliothek na listę Białych Kruków – White Ravens

Grażyna Ruszewska „Leon i kotka czyli jak rozumieć mowę zegara”, ilustr.: Piotr Fąfrowicz, wyd.: „FRO9”, Łódź 2004

Edit: nakładem tego samego wydawnictwa ukazała się jeszcze jedna książka tej spółki autorskiej – „Wielkie zmiany w dużym lesie”. Składają się na nią trzy historie, ale nie urzekły nas tak bardzo jak „Leon i kotka”. Chyba Najmłodsza była już na nią za duża…

Grażyna Ruszewska publikuje obecnie jako Grażyna Lutosławska 🙂

Atramentowe serce

Atramentowe serce

czyli pierwsza część „Atramentowej Trylogii”, której kolejnymi tomami są „Atramentowa krew” i „Atramentowa śmierć”. Było dla mnie pewnym rozczarowaniem, kiedy okazało się, że dwie ostatnie to po prostu typowe fantasy, ale pierwsza z cyklu zdecydowanie jest wymykającą się gatunkom książką inną niż wszystkie 🙂

Wpis z 17 września 2007 roku:

Tamtej nocy padał deszcz – drobny, szemrzący deszcz. Jeszcze wiele lat później wystarczyło, że Meggie zamknęła oczy, a znów go słyszała, jakby ktoś stukał w szybę delikatnymi paluszkami. Dziewczynka nie mogła zasnąć, więc wyciągnęła książkę, którą miała pod poduszką. Podeszła do okna, żeby zapalić świecę i wtedy usłyszała kroki na zewnątrz. Ujrzała postać, kryjącą się w mroku…

Kim był ten człowiek ?

Po co przybył i dlaczego nazywał jej Ojca Czarodziejskim Językiem ???

Nic z tego. 🙂 Ode mnie się tego nie dowiecie – musicie przeczytać „Atramentowe serce”. Uchylając tu choć rąbka tajemnicy, odebrałabym Wam całą przyjemność lektury, a takiego świństwa nie potrafię zrobić nikomu. Nic na to nie poradzę 😦

Nie potrafię – i dlatego mam teraz spory problem. Jak, nie ujawniając nic z treści książki opisać jej niezwykły urok, który kryje się przede wszystkim w pomyśle fabuły ? Jednak spróbuję… Przede wszystkim jest to książka o książkach i o ludziach, którzy je tworzą. Książka o miłości do książek i o radościach, które się z nimi wiążą, ale także o niebezpieczeństwach, jakich mogą stać się przyczyną „Atramentowe serce” jest także próbą odpowiedzi na pytanie – czy pisarz, który opisuje na kartach swoich książek odrębny świat, tworzy go od nowa, czy jedynie ujawnia jego istnienie ? Czy świat ów istnieje tylko w tej części, którą znamy z książki, czy może autor opisał jedynie jego wycinek, a całość funkcjonuje gdzieś poza nią ? Kto ma decydujący wpływ na wydarzenia – pisarz czy postaci, które powołał do życia ?

Każdy rozdział zaczyna się cytatem z jakiejś klasycznej książki dziecięcej czy młodzieżowej, a cytat ów łączy się z tym, co wydarzy się w tym rozdziale. Dzięki temu zabiegowi uświadamiamy sobie, że w książkach właściwie wszystko już było. Mimo to autorce udało się stworzyć z tych znanych od dawna motywów opowieść zupełnie nową i zaskakującą.

Na drzwiach pracowni introligatorskiej Mo, ojca Meggie widniał  napis: Niektórych książek wystarczy skosztować, inne się połyka, a tylko nieliczne trzeba przeżuć i strawić do końca. „Atramentowe serce” należy do tych ostatnich. Obie z Najstarszą z córek czytałyśmy je niejeden raz, bo jest to jedna z tych książek dla młodzieży, po którą z przyjemnością sięgną również dorośli. Dla Środkowej z nich jest to jeszcze lektura zbyt trudna do samodzielnego przeczytania. Nie odważyłabym się jednak czytać jej tego na głos… 

Dlaczego ? Niestety – ode mnie się tego nie dowiecie…   😉

Cornelia Funke „Atramentowe serce” (z ilustracjami autorki), przekł.: Jan Koźbiał, wyd.: Egmont, Warszawa 2005

P.S. Książka została zekranizowana i ten film także był jednym z ulubionych przez moje córki 🙂

Naciśnij mnie

Naciśnij mnie

Wpis z 20 stycznia 2012 roku. To była pierwsza książka Tulleta, którą miałam w ręku. Potem były kolejne, ale żadna już nie spodobała mi się tak bardzo. Nie wiem, czy to kwestia tego, że ta była pierwsza, czy jest ona najbardziej uniwersalna ?

… czyli książka, która nie służy do czytania ! 😉

Co więcej – nie służy ona również li i jedynie do oglądania. A do czego ?

Do naciskania, przekręcania potrząsania, klaskania

A z resztą – co będę mówić ? Zobaczcie sami:

„Naciśnij mnie” to książka, którą można określić jako aplikację z iPada przeniesioną na papier. Tak właśnie napisał o niej w Merlinie niejaki MarcoPolo, dodając jeszcze: to jest genialne w swojej prostocie! Dziecko bawi się z książką, która – prawie jak tablet/komputer – odpowiada na jego klaskanie, wciskanie, chuchanie..

I nie tylko dziecko 😉 Fajnie jest patrzeć na dorosłych, którzy mając ją w ręku po raz pierwszy nie mogą się powstrzymać i także potrząsają nią i klaszczą. Dlatego bardzo zaskoczyła mnie reakcja moich nastoletnich córek. Obejrzały, pokiwały głową, powiedziały Fajne !, ale na moje zachęty do bardziej zaangażowanych działań popatrzyły z politowaniem i odpowiedziały: przecież to jest narysowane.

Wygląda na to, że one są w takim okresie życia, w którym już się wyrasta z bycia dzieckiem, a jeszcze nie dorosło, do szukania do w głębi swojego jestestwa… Ale myślę, że wszystko przed nimi 😉

Herve Tullet „Naciśnij mnie”, wyd.: Babaryba, Warszawa 2011

Oro

Oro

Wpis z 13 września 2015 roku:

Marcel A. Marcel to pseudonim, pod którym ukryły się dwie (!) autorki tej książki – Dana Łukasińska i Olga Sawicka. Zastanawiam się, jak się pisze książkę w dwie osoby ? Zawsze miałam wrażenie, że pisanie to czynność bardzo intymna – ujawnianie światu czegoś bardzo własnego. Pisząc razem trzeba to własne uczynić wspólnym tak, aby książka stanowiła całość, nie robiła wrażenie czegoś sklejonego. Czy to właśnie fakt, że napisały tę książkę dwie osoby sprawił, że jest ona tak wyjątkowa ?

„Oro” to książka z gatunku tych, o których bardzo trudno pisać, bo ma się wrażenie, że ujawniając choć trochę z jej treści, odbierze się innym przyjemność z czytania. Dlatego nie będę Wam pisać, kim jest bohaterka tej książki, co się wydarzyło w jej życiu przed tym, kiedy ją poznacie, ani tym bardziej, co się będzie działo potem.

Nie powiem również, kim (a może czym ?) jest tytułowy (tytułowa, a może tytułowe ?) Oro ? Na to pytanie będziecie sobie musieli odpowiedzieć sami. Powiem jedynie, że jest to książka niezwykła, niepodobna do żadnej czytanej wcześniej – wciągająca i zaskakująca. Książka która czasem wzrusza, a czasem wręcz fizycznie boli…

Jak dojrzewanie. Jak świat, w którym żyjemy.

Zarówno okładka, jak i komiksowe ilustracje Krzysztofa Ostrowskiego, mogą sugerować, że jej adresatem są rówieśnicy Leny czyli nastolatki. Nic bardziej mylnego ! To książka nie tylko dla nich. Mogą, a nawet powinni czytać ją dorośli – szczególnie ci, którzy z problemami młodych ludzi mierzą się na co dzień.

Powiedzieć, że „Oro” ma zakończenie otwarte to mało 😉 Jest ono chyba najbardziej otwarte ze wszystkich znanych mi z innych książek. Na ogół w takich sytuacjach zostajemy z dwiema możliwościami ciągu dalszego i brakiem odpowiedzi na pytanie, czy będzie tak czy tak ? Tutaj na pytanie co będzie dalej ? odpowiedzi jest tyle, ilu czytelników tej książki. Najmłodsza z moich córek opowiadała mi, że kiedy doczytała do ostatniej kropki, aż krzyknęła z żalu, że nie znalazła tam tego, na co czekała, choć (jak przyznała) nie jest to wykluczone…

Tytuł Książki Roku, który przyznała „Oro” Polska Sekcja IBBY w 2012 roku jest ze wszech miar zasłużony 🙂

Marcel A. Marcel „Oro”, ilustr.: Krzysztof Ostrowski, wyd.: Marginesy, Warszawa 2012

O słodkiej królewnie i pięknym księciu

O słodkiej królewnie i pięknym księciu

Wpis z 5 października 2008 roku, ale książka nadal jest w ofercie wydawnictwa i naprawdę warto po nią sięgnąć 🙂

Zaczyna się jak każda bajka: była sobie Królewna (całkiem ładna, inteligentna i zdolna) i był sobie oczywiście Piękny Książę. Spotkali się i pokochali, a potem… Potem powinno paść sakramentalne: i żyli długo i szczęśliwie…

Tak przynajmniej kończą się normalne bajki.

Ale ta – nie.

Ta bajka jest inna niż wszystkie, ponieważ tak naprawdę zaczyna sie tam, gdzie inne się kończą.

O słodkiej królewnie…” to opowieść o związku dwojga ludzi i o tym, jak on sie zmienia. Pokazuje moment zakochania z całą jego irracjonalnością – bo czy tak naprawdę jest jakieś logiczne wytłumaczenie tego, dlaczego właśnie w tym momencie i dlaczego właśnie w tej osobie ? Potem mamy etap fruwania nad ziemią (na skrzydłach miłości oczywiście) oraz nieuchronne twarde lądowanie, kiedy (również nieuchronnie) pojawia się Nuda i Wątpliwości. Bo gdy pojawiają się Wątpliwości, to nic juz nie jest takie samo jak przedtem. A jeszcze potem…

Roksana Jędrzejewska – Wróbel oferuje czytelnikom aż trzy zakończenia i sami możemy zdecydować, co będzie potem. Możemy też wymyślić własne. Żadne z nich nie jest happy endem, bo pod tym określeniem rozumiemy na ogół szczęście, które przychodzi samo, bez wysiłku. Nawet rozwiązanie drugie (to z założenia najszczęśliwsze) wymaga od Królewny i Księcia gotowości do zmian i pracy nad sobą. Uświadamia też ważną prawdę, że aby podobać się innym musimy najpierw podobać się sobie samym i samych siebie polubić.

Najmłodsza z moich córek wybrała właśnie zakończenie drugie czyli to w którym Królewna z Księciem podejmują próbę uratowania miłości i potem pielęgnują ją troskliwie. Mam nadzieję, ze dzięki temu łatwiej jej będzie zrozumieć, że my – rodzice czasem potrzebujemy samotności we dwoje, bez dzieci 😉

Pięcioletni Leo, którego rodzice właśnie się rozwiedli, odebrał tę książkę inaczej. Jego Mama napisała na jednym z forów dla rodziców: Na początku Leo w ogóle nie chciał, żebym ją czytała. Po pierwszych stronach kazał mi przerywać. Dopiero niedawno dotarliśmy do końca. Leo zawsze wybiera jedno i to samo zakończenie – pierwsze. I tak sobie myślę, jak wiele ten jego wybór mówi o jego oczekiwaniach. Zburzyliśmy jego świat. Tylko to się liczy. Że sami mamy własne chciejstwa i niechciejstwa – on jeszcze nie dostrzega.

„O słodkiej królewnie…” to moim zdaniem książka dla dzieci nieco starszych niż sugerowałby to jej rozmiar oraz baśniowy entourage. Świadczą o tym również ilustracje Agnieszki Żelewskiej – bardziej schematyczne i pozornie mniej dopracowane niż w innych książkach przez nią ilustrowanych (np. w  ”Gęboludzie”,  ”Rynnie” czy „Bajkach na krótką metę”). Jest to książka dla dzieci, których rodzice są na wszystkich etapach związku opisanych w niej – bo (mam nadzieję) pomaga zrozumieć, dlaczego jest tak, jak jest. Warto, żeby przeczytali ją również dorośli, ponieważ w krótkich słowach zmusza do zastanowienia nad tym, gdzie jesteśmy i dlaczego jest tak jak jest.

Myślę że powinna być ona obowiązkową lekturą dla narzeczonych. Uświadamia bowiem, że zakochanie nie jest stanem wiecznym, a miłość, której owo zakochanie jest początkiem, nie jest nam dana na zawsze i wymaga troskliwej pielęgnacji.

Roksana Jędrzejewska – Wróbel „O słodkiej królewnie i pięknym księciu. Opowieść z 3 zakończeniami do wyboru”,  ilustr.: Agnieszka Żelewska, wyd.: Media Rodzina, Poznań 2008

Najstarsza z moich córek i Harry P.

Najstarsza z moich córek i Harry P.

Nie, to nie jest tytuł książki…

To wpis z 24 lipca 2011 roku, który przypominam, bo wczoraj dowiedzieliśmy się o śmierci Andrzeja Polkowskiego – wybitnego tłumacza, któremu polscy czytelnicy zawdzięczają przede wszystkim, ale przecież nie wyłącznie „Opowieści z Narnii” i świat Harrego Pottera . 8 lat temu tak pisałam o mojej córce i książkach, które dzięki Niemu kształtowały jej świat:

Pojutrze czyli 26 lipca Najstarsza z moich córek obchodzi imieniny. Będzie to równocześnie taki mały jubileusz – oto kończy się w jej życiu dekada z Harrym Potterem 😉

10 lat temu bardzo martwiłam się tym, że moja (wówczas ośmioletnia) pierworodna ma problemy z czytaniem. Podsuwałam jej różne, w moim przekonaniu interesujące książki, ale nic jakoś nie było w stanie zainteresować jej na tyle, żeby chciała przeczytać samodzielnie. Na imieniny kupiłam jej pierwszy tom Harrego Pottera, o którym wiedziałam tylko, że dzieci czytają to chętnie i że za dwa miesiące zapowiadana jest premiera tomu czwartego. To było to !!! Sukces przerósł moje najśmielsze oczekiwania 😉 Przez dwa miesiące moja nieczytająca dotąd córka pochłonęła wszystkie trzy tomy i czekała niecierpliwie na czwarty. I tak się zaczęło…

Czekanie na kolejne tomy, które pan z zaprzyjaźnionej księgarni dawał jej spod lady (i na kredyt 😉 ) jeszcze przed oficjalną premierą. Ostatni tom przeczytała po angielsku, zanim ukazało się polskie wydanie.

Czekanie na kolejne filmy. Nocne premiery i emocje z tym związane. Pamiętam, jak wybierała się do kina w różowej bluzie, podobnej to noszonej przez Hermionę w tej części, i z fryzurą na Hermionę uzyskaną przez zaplecenie na mokro wielu warkoczyków (jak myślicie, kto je zaplatał ? 😉 ). Na jednym z bali karnawałowych w szkole przebrała się za Cho Chang – Szukającą Krukonów (na tym etapie chyba jeszcze nie było wiadomo, jak znaczącą postacią będzie ona w kolejnych tomach). Herb Ravenclaw, który Najstarsza zrobiła sama do tego przebrania, był chyba najstaranniejszą pracą plastyczną, jaką wykonała na potrzeby szkoły 😉

No i oczywiście – w dniu 11 urodzin czekała z nadzieją na list z Hogwartu 🙂

Miała potem jeszcze kilka fascynacji książkowych – największa była chyba ta związana z Tolkienem, ale żadna nie była tak silna. Żadna również nie była dzielona z taką ilością rówieśników. Harry Potter jest ich globalnym przeżyciem pokoleniowym. Kiedy z Kanady przyjechała do nas kuzynka, jej rówieśniczka, bez problemu znalazły wspólny temat.

Kilka dni temu poszła do kina na ostatnią część filmu. Po powrocie powiedziała: „Wiesz Mamo, to jest prawdziwy koniec mojego dzieciństwa. Bardziej niż 18 urodziny.”

P.S. Córki Środkowa i Najmłodsza oczywiście także czytały i oglądały wszystko, co się z tym cyklem wiąże, ale tylko Najstarsza naprawdę dorastała z Harrym.

Rutka

Rutka

Wpis z 19 stycznia 2017 roku:

Z „Rutką” było tak:

najpierw przeczytałam gdzieś (a może usłyszałam ?), że wyszła książka nawiązująca do historii łódzkiego getta. Dotychczas ten temat poruszała tylko „Bezsenność Jutki”, a jest i fascynujący, i mało znany, więc zaczęłam jej szukać.

Nabyłam, zaczęłam czytać i… bardzo mi nie szło. Spodziewałam się chyba czegoś kompletnie innego i jakoś nie wciągnęła mnie. Nawet nie pamiętam, kiedy porzuciłam jej lekturę. Przypomniałam sobie o niej dopiero, kiedy pakując książki przed remontem doszłam do przyłóżkowego stosika i odkryłam ją na samym jego spodzie.

Jakiś czas potem okazało się, że „Rutka” została „Książką Roku IBBY” !!! Chyba jeszcze nigdy żaden werdykt mnie tak nie zaskoczył. Kompletnie nie rozumiałam, co jury w niej zobaczyło, ale postanowiłam dać jej jeszcze jedną szansę.

Nie było łatwo ją znaleźć, bo nie wszystkie nasze książki doczekały się już swoich półek, część nadal jest w kartonach, a Rutka wyraźnie chowała się przede mną. Wreszcie udało się.

Przeczytałam.

I zrozumiałam, czym zachwyciła jurorów IBBY.

„Rutka” to książka niezwykła, wymykająca się gatunkom. Można ją przeczytać kompletnie obok kontekstu historycznego – wtedy będzie czymś w rodzaju onirycznej, choć nieco zwariowanej baśni o samotnej dziewczynce i jej niewidzialnej przyjaciółce – i dopiero z posłowia dowiedzieć się, co autorka miała na myśli.

Bałuty to stara dzielnica Łodzi o długiej i trudnej tradycji – w czasie wojny było tu getto. Niektóre ulice, całe kwartały przetrwały w niezmienionym stanie do dziś.

Jako dziecko lubiłam dotykać ręką murów tamtejszych kamienic – zdawało mi się, że czuję, jak oddychają. Zaglądałam w okna domów i zastanawiałam się, kto w nich wcześniej mieszkał. Jakie dzieci się tu bawiły, czyje stopy biegały po „kocich łbach” bałuckich uliczek ? Wyobrażałam sobie całe rodziny, razem z ich sąsiadami i domowymi zwierzątkami.

Mimo tak wyraźnego umocowania w czasie i przestrzeni trudno nazwać „Rutkę” książką o getcie, wojnie, czy Holokauście. Nie znajdziemy tam ani realiów ówczesnego życia, nie usłyszymy określenia Wielka Szpera, nie dowiemy, kim był Biały Pan. Także ilustracje Mariusz Andryszczyka nie przywołują przeszłości, kreują atmosferę baśni.

O czym więc jest ?

O pamięci ? Czy też może raczej o jej braku – czyli o zapomnieniu ? Pokazuje Łodź (ale przecież nie tylko o nią tu chodzi, to może być każde inne miasto i miejscowość) jako palimpsest, w którym kolejne pokolenia pozostawiają po sobie kolejne warstwy, łatwe do odkrycia, jeśli się trochę poskrobie.

Bo każde miejsce ma do opowiedzenia własną historię. Wystarczy tylko przyłożyć ucho i słuchać…

Joanna Fabicka „Rutka”, ilustr.: Mariusz Andryszczyk, wyd.: Agora, Warszawa 2016

Książka wpisana przez Internationale Jugendbibliothek na listę Białych Kruków – White Ravens