A ja czekam

A ja czekam

Na pierwszy dzień adwentu (który w tym roku trwa 24 dni czyli akurat tyle, ile jest czekoladek w sklepowym kalendarzu adwentowym 😉 ) wpis z 19 grudnia 2007 roku.

Adwent. Czas oczekiwania.

Wszyscy na coś czekamy. Na Święta, na prezenty, na spotkanie z kimś rzadko widywanym, na potrawy jedzone tylko raz w roku. Na śnieg. Potem będziemy czekać na Nowy rok, na ferie zimowe, na wakacje… Dzieci czekają na kolejne etapy dorastania, dorośli – na kolejne etapy doroślenia dzieci. Na tym czekaniu upływa nam życie.

Czy w tej pogoni za tym, co przed nami, nie gubimy tego, co dzieje się teraz ? Czy potrafimy dostrzec i uszanować tę jedną chwilę, która lśni (jak śpiewa w mojej ulubionej piosence zespół „Pod Budą”) ? Czy nie przegapiamy gdzieś tych momentów, w których chciałoby się zawołać jak Faust: Trwaj chwilo ! Chwilo, jesteś piękna !

„A ja czekam…” to książka (książeczka raczej 😉 podobna do opisywanej już przeze mnie wcześniej  ”Kiedyś”. Ascetyczne ilustracje plus aptekarska ilość tekstu dają razem materiał do myślenia na długo. Przemawia i do siedmiolatki (Najmłodsza nawet przeczytała ją sama ! 😉 ), i do jedenastolatki, która ten prezent na Mikołajki zrecenzowała jako bardzo dobrą książkę. Osoby dorosłe może też zadumają się chwilę nad życiem i tym, co z niego zostaje.

Carpe diem ! – drogi czytelniku. Szkoda czasu na czekanie – nie wiemy przecież, ile go nam dano.

Davide Cali, Serge Bloch „A ja czekam…”, przekł.: Julian Kutyła, wyd.: Hokus – Pokus, Warszawa 2007 (wznowienie – 2013)

Jeleń

Jeleń

Pisząc tutaj niedawno o „Pracowni Aurory”, uświadomiłam sobie, że w ferworze obu niedawnych przeprowadzek – i tej w realu do nowego domu, i wirtualnej – blogowej, która nadal trwa 😉 przegapiłam poprzednią książkę Roksany Jędrzejewskiej – Wróbel. Tymczasem „Jeleń” bardzo ładnie wpisuje się w zmiany, które ostatnio nastąpiły w moim życiu i doskonale rozumiem dedykację, która rozpoczyna tę książkę: Wszystkim, którzy się nie mieszczą.

Przez całe dotychczasowe życie mieszkałam w mieście, choć ostatnie 20 lat był to już jego skraj, z lasem pod bokiem. Teraz mieszkam w lesie i choć od poprzedniego domu dzieli mnie w linii prostej tylko jakieś 7 kilometrów, zmiana jest ogromna. Kiedy odwiedzam stare kąty, jakoś mi tam ciasno, a co dopiero wtedy, kiedy jadę do centrum… Staram się jak najszybciej załatwić to, po co przyjechałam, aby móc wrócić do siebie.

Ja już wiem to, co bohater tej książki dopiero odkrywa – że to w lesie, a nie w środku miasta jestem u siebie 😉

Ogromnie podobają mi się w niej ilustracje Grażyny Rigall – klaustrofobiczne (duszne wręcz) w części, która dzieje się w mieście, z rozmaitymi zwierzęcymi bohaterami pomysłowo upchniętymi do samochodów oraz tchnące spokojem, leśne, kończące książkę. I te wyklejki, tak fantastycznie korespondujące z jej treścią – inna na początku i na końcu !!!

Gdybym była w mieście, po przeczytaniu „Jelenia” niewątpliwie poczułabym nieprzepartą chęć wsiąścia do auta (lub jakiegokolwiek innego środka komunikacji) i udania się gdzieś w siną dal, do najbliższego lasu. Szczęśliwie – nie muszę. Wystarczy tylko, że spojrzę przez okno 🙂

Roksana Jędrzejewska – Wróbel „Jeleń”, ilustr.: Grażyna Rigall, wyd.: Bajka, Warszawa 2018

Pooby i Dingan

Pooby i Dingan

Przypomniała mi się książka, o której pisałam 18 maja 2009 roku. Ciekawa jestem, czy ktoś oprócz mnie jeszcze ją pamięta ? 😉

Australia. Lighting Ridge – osada poszukiwaczy opali, miejsce pełne dziur, kryminalistów i pomyleńców. Wszyscy tam znają małą Kellyanne i jej przyjaciół Pobby’ego i Dingan. Wszyscy też wiedzą, że Pobby i Dingan nie istnieją, Kellyanne ich sobie wymyśliła. Mimo to, kiedy Kellyanne była przeziębiona, Dingan zastąpiła ją w konkursie na Księżniczkę Opali i zajęła trzecie miejsce. A kiedy pewnego dnia Pobby i Dingan zaginą, wszyscy w miasteczku będą ich szukać…

W Lighting Ridge wszyscy znali wszystkich. A niektórzy znali wszystkich i jeszcze niektórych. Pobby i Dingan pasowali do tego miasteczka.

Pobby i Dingan” to książka niezwykła. Zaskakująca. Lapidarna. Wciągająca. Poruszająca.

To książka, która zmusza do myślenia o sobie jeszcze długo po jej zamknięciu. Książka, która pozostaje w pamięci.

Najbardziej niezwykła w tej powieści jest nieprzewidywalność fabuły, w której zdarzenia biegną wartko naprzód, dużo dalej niż można się tego spodziewać. („The New York Times Book Review”)

Ben Rice „Pobby i Dingan”, przekł.: Lech Jęczmyk, wyd.: Media Rodzina, Poznań 2003

Leon i kotka

Leon i kotka

Kiedy moje (obecnie już pełnoletnie) córki były małe – a więc w sumie nie tak dawno, zaledwie kilkanaście lat temu – rynek książki dziecięcej w Polsce wyglądał zupełnie inaczej niż teraz. Patrząc na obecną klęskę urodzaju pięknych książek, która powoduje, że trudno jest wybrać i nie da się przeczytać wszystkiego, co jest tego warte, aż trudno uwierzyć, że wtedy każda dobrze napisana i zilustrowana oraz ładnie wydana pozycja była na wagę złota.

Wtedy, w początku XXI wieku, rzec można na gruzach dawnego porządku i wydawnictw rodem z PRL, powstawały nowe, małe oficyny, zakładane przez ludzi, których nazwałabym szczególnymi maniakami książek. Niektóre z nich istnieją do dziś, niektóre nawet przestały być małe, ale były też takie, które nie przetrwały. Dwóch z nich nie mogę odżałować – jednym było Wydawnictwo Plac Słoneczny 4, które wydało między innymi „Wierzbową 13”, a drugim – Wydawnictwo FRO9. Jego nakładem ukazały się tylko cztery pozycje i wszystkie były zachwycające. Dziś przypomnę pierwszą z nich, o której pisałam 25 września 2006 roku:

Ta książka to czysta poezja, choć napisana jest prozą. Każdy, kto chodził do szkoły wie, że najgorsza rzecz, jaką można zrobić z poezją, to zacząć zastanawiać się co autor chciał przez to powiedzieć ;-). Dlatego „Leona i kotki” nie należy analizować. Trzeba usiąść z dzieckiem w spokoju i dać się unieść jej nastrojowi, budowanemu w równym stopniu przez tekst Grażyny Ruszewskiej i ilustracje Piotra Fąfrowicza. Nie znam drugiej książki dla kilkulatka, przy lekturze której ogarniałby mnie taki spokój i która tak wyciszałaby Najmłodszą z moich córek.

Książki „z obrazkami” dzielą się na takie, które składają się z efektu pracy pisarza i ozdabiających go ilustracji oraz te, w których ilustracje i tekst dopełniają się, tworząc nierozdzielną całość. Ta należy do tych drugich – nie istniałaby bez ilustracji Piotra Fąfrowicza. Są one odmienne od dominującej obecnie quasi-disnejowskiej stylistyki obrazków dla dzieci – niedopowiedziane, pozostawiające pole dla wyobraźni oglądającego.

Historyjka o kocie, który niechętnie przyjął pojawienie się w jego domu kotki – znajdy, jest urzekającą w swojej prostocie opowieścią o rodzącej się przyjaźni (a nawet miłości). Jest to też opowieść o tym, że zmiany, które nieuchronnie przynosi życie, wcale nie muszą być zmianami na gorsze. Sześcioletnia Marysia, której recenzję zamieszczono na stronie wydawnictwa, znalazła w niej jeszcze coś: To przecież bajka o mnie ! Jak urodziła mi się siostrzyczka, to jej nie chciałam, a potem sie okazało, że żyć bez siebie nie możemy ! Może Wy odkryjecie w niej jeszcze coś innego ?

Wiem, że dzieci nieprzyzwyczajone do takiej poetyki początkowo podchodzą do „Leona i kotki” nieufnie. Nie znam jednak żadnego, którego by ta książka nie uwiodła. A jakie piękne sny ma się po niej… Takie poetyckie… 🙂

Wyróżnienie literackie i graficzne w konkursie Książka Roku IBBY 2004

Książka wpisana przez Internationale Jugendbibliothek na listę Białych Kruków – White Ravens

Grażyna Ruszewska „Leon i kotka czyli jak rozumieć mowę zegara”, ilustr.: Piotr Fąfrowicz, wyd.: „FRO9”, Łódź 2004

Edit: nakładem tego samego wydawnictwa ukazała się jeszcze jedna książka tej spółki autorskiej – „Wielkie zmiany w dużym lesie”. Składają się na nią trzy historie, ale nie urzekły nas tak bardzo jak „Leon i kotka”. Chyba Najmłodsza była już na nią za duża…

Grażyna Ruszewska publikuje obecnie jako Grażyna Lutosławska 🙂

Atramentowe serce

Atramentowe serce

czyli pierwsza część „Atramentowej Trylogii”, której kolejnymi tomami są „Atramentowa krew” i „Atramentowa śmierć”. Było dla mnie pewnym rozczarowaniem, kiedy okazało się, że dwie ostatnie to po prostu typowe fantasy, ale pierwsza z cyklu zdecydowanie jest wymykającą się gatunkom książką inną niż wszystkie 🙂

Wpis z 17 września 2007 roku:

Tamtej nocy padał deszcz – drobny, szemrzący deszcz. Jeszcze wiele lat później wystarczyło, że Meggie zamknęła oczy, a znów go słyszała, jakby ktoś stukał w szybę delikatnymi paluszkami. Dziewczynka nie mogła zasnąć, więc wyciągnęła książkę, którą miała pod poduszką. Podeszła do okna, żeby zapalić świecę i wtedy usłyszała kroki na zewnątrz. Ujrzała postać, kryjącą się w mroku…

Kim był ten człowiek ?

Po co przybył i dlaczego nazywał jej Ojca Czarodziejskim Językiem ???

Nic z tego. 🙂 Ode mnie się tego nie dowiecie – musicie przeczytać „Atramentowe serce”. Uchylając tu choć rąbka tajemnicy, odebrałabym Wam całą przyjemność lektury, a takiego świństwa nie potrafię zrobić nikomu. Nic na to nie poradzę 😦

Nie potrafię – i dlatego mam teraz spory problem. Jak, nie ujawniając nic z treści książki opisać jej niezwykły urok, który kryje się przede wszystkim w pomyśle fabuły ? Jednak spróbuję… Przede wszystkim jest to książka o książkach i o ludziach, którzy je tworzą. Książka o miłości do książek i o radościach, które się z nimi wiążą, ale także o niebezpieczeństwach, jakich mogą stać się przyczyną „Atramentowe serce” jest także próbą odpowiedzi na pytanie – czy pisarz, który opisuje na kartach swoich książek odrębny świat, tworzy go od nowa, czy jedynie ujawnia jego istnienie ? Czy świat ów istnieje tylko w tej części, którą znamy z książki, czy może autor opisał jedynie jego wycinek, a całość funkcjonuje gdzieś poza nią ? Kto ma decydujący wpływ na wydarzenia – pisarz czy postaci, które powołał do życia ?

Każdy rozdział zaczyna się cytatem z jakiejś klasycznej książki dziecięcej czy młodzieżowej, a cytat ów łączy się z tym, co wydarzy się w tym rozdziale. Dzięki temu zabiegowi uświadamiamy sobie, że w książkach właściwie wszystko już było. Mimo to autorce udało się stworzyć z tych znanych od dawna motywów opowieść zupełnie nową i zaskakującą.

Na drzwiach pracowni introligatorskiej Mo, ojca Meggie widniał  napis: Niektórych książek wystarczy skosztować, inne się połyka, a tylko nieliczne trzeba przeżuć i strawić do końca. „Atramentowe serce” należy do tych ostatnich. Obie z Najstarszą z córek czytałyśmy je niejeden raz, bo jest to jedna z tych książek dla młodzieży, po którą z przyjemnością sięgną również dorośli. Dla Środkowej z nich jest to jeszcze lektura zbyt trudna do samodzielnego przeczytania. Nie odważyłabym się jednak czytać jej tego na głos… 

Dlaczego ? Niestety – ode mnie się tego nie dowiecie…   😉

Cornelia Funke „Atramentowe serce” (z ilustracjami autorki), przekł.: Jan Koźbiał, wyd.: Egmont, Warszawa 2005

P.S. Książka została zekranizowana i ten film także był jednym z ulubionych przez moje córki 🙂

Naciśnij mnie

Naciśnij mnie

Wpis z 20 stycznia 2012 roku. To była pierwsza książka Tulleta, którą miałam w ręku. Potem były kolejne, ale żadna już nie spodobała mi się tak bardzo. Nie wiem, czy to kwestia tego, że ta była pierwsza, czy jest ona najbardziej uniwersalna ?

… czyli książka, która nie służy do czytania ! 😉

Co więcej – nie służy ona również li i jedynie do oglądania. A do czego ?

Do naciskania, przekręcania potrząsania, klaskania

A z resztą – co będę mówić ? Zobaczcie sami:

„Naciśnij mnie” to książka, którą można określić jako aplikację z iPada przeniesioną na papier. Tak właśnie napisał o niej w Merlinie niejaki MarcoPolo, dodając jeszcze: to jest genialne w swojej prostocie! Dziecko bawi się z książką, która – prawie jak tablet/komputer – odpowiada na jego klaskanie, wciskanie, chuchanie..

I nie tylko dziecko 😉 Fajnie jest patrzeć na dorosłych, którzy mając ją w ręku po raz pierwszy nie mogą się powstrzymać i także potrząsają nią i klaszczą. Dlatego bardzo zaskoczyła mnie reakcja moich nastoletnich córek. Obejrzały, pokiwały głową, powiedziały Fajne !, ale na moje zachęty do bardziej zaangażowanych działań popatrzyły z politowaniem i odpowiedziały: przecież to jest narysowane.

Wygląda na to, że one są w takim okresie życia, w którym już się wyrasta z bycia dzieckiem, a jeszcze nie dorosło, do szukania do w głębi swojego jestestwa… Ale myślę, że wszystko przed nimi 😉

Herve Tullet „Naciśnij mnie”, wyd.: Babaryba, Warszawa 2011

Oro

Oro

Wpis z 13 września 2015 roku:

Marcel A. Marcel to pseudonim, pod którym ukryły się dwie (!) autorki tej książki – Dana Łukasińska i Olga Sawicka. Zastanawiam się, jak się pisze książkę w dwie osoby ? Zawsze miałam wrażenie, że pisanie to czynność bardzo intymna – ujawnianie światu czegoś bardzo własnego. Pisząc razem trzeba to własne uczynić wspólnym tak, aby książka stanowiła całość, nie robiła wrażenie czegoś sklejonego. Czy to właśnie fakt, że napisały tę książkę dwie osoby sprawił, że jest ona tak wyjątkowa ?

„Oro” to książka z gatunku tych, o których bardzo trudno pisać, bo ma się wrażenie, że ujawniając choć trochę z jej treści, odbierze się innym przyjemność z czytania. Dlatego nie będę Wam pisać, kim jest bohaterka tej książki, co się wydarzyło w jej życiu przed tym, kiedy ją poznacie, ani tym bardziej, co się będzie działo potem.

Nie powiem również, kim (a może czym ?) jest tytułowy (tytułowa, a może tytułowe ?) Oro ? Na to pytanie będziecie sobie musieli odpowiedzieć sami. Powiem jedynie, że jest to książka niezwykła, niepodobna do żadnej czytanej wcześniej – wciągająca i zaskakująca. Książka która czasem wzrusza, a czasem wręcz fizycznie boli…

Jak dojrzewanie. Jak świat, w którym żyjemy.

Zarówno okładka, jak i komiksowe ilustracje Krzysztofa Ostrowskiego, mogą sugerować, że jej adresatem są rówieśnicy Leny czyli nastolatki. Nic bardziej mylnego ! To książka nie tylko dla nich. Mogą, a nawet powinni czytać ją dorośli – szczególnie ci, którzy z problemami młodych ludzi mierzą się na co dzień.

Powiedzieć, że „Oro” ma zakończenie otwarte to mało 😉 Jest ono chyba najbardziej otwarte ze wszystkich znanych mi z innych książek. Na ogół w takich sytuacjach zostajemy z dwiema możliwościami ciągu dalszego i brakiem odpowiedzi na pytanie, czy będzie tak czy tak ? Tutaj na pytanie co będzie dalej ? odpowiedzi jest tyle, ilu czytelników tej książki. Najmłodsza z moich córek opowiadała mi, że kiedy doczytała do ostatniej kropki, aż krzyknęła z żalu, że nie znalazła tam tego, na co czekała, choć (jak przyznała) nie jest to wykluczone…

Tytuł Książki Roku, który przyznała „Oro” Polska Sekcja IBBY w 2012 roku jest ze wszech miar zasłużony 🙂

Marcel A. Marcel „Oro”, ilustr.: Krzysztof Ostrowski, wyd.: Marginesy, Warszawa 2012