Moje Bullerbyn

Moje Bullerbyn

i kolejne części krakowsko – szwedzko – lwowskiego cyklu Barbary Gawryluk

Wpis z 11 listopada 2010 roku:

Zrobili to ! Nie mogłam uwierzyć, że to zrobili ! Jeszcze niedawno wydawało mi się to niemożliwe. (…) W środku wakacji dowiedziałam się, ze nie wrócę już do nowej szkoły. Że nowy rok szkolny zacznę w nowej szkole, w nowym mieście i… w nowym kraju !

Natalka ma 9 lat, dwóch młodszych braci – bliźniaków i rodziców, którzy są lekarzami. Odział szpitalny, na którym pracowali, ma zostać zlikwidowany, a oni zdecydowali się wyjechać na dwa lata do Szwecji. Z dziećmi oczywiście, choć Natalka wolałaby zostać z babcią i dziadkiem w Krakowie, w swojej szkole i na swoich zajęciach tanecznych …

W nowej, szwedzkiej szkole dziewczynka spotyka dzieci z Ukrainy, Australii, Boliwii i… Polski. Jej krakowski kolega wrócił niedawno z Irlandii, a drugi – wyjechał z mamą do Londynu. Takich dzieci jest i będzie coraz więcej, bo coraz więcej ludzi decyduje się na życie za granicą, czasem z konieczności, a czasem z wyboru.

„Moje Bullerbyn” to książka polsko (czy też dokładniej: krakowsko) – szwedzka i… trochę lwowska. Jak to jest możliwe i co wyszło z takiej mieszanki ? Wyszła po prostu świetna książka. I mimo że nie sprawdziłam jej jeszcze na żywym materiale, czyli na Najmłodszej, nie mogłam się powstrzymać, żeby się nie podzielić z Wami radością z jej odkrycia 🙂

Barbara Gawryluk jest pisarką, dziennikarką i skandynawistką. Napisała m.in. „Dżoka”,  „W zielonej dolinie”, cykl o świstaku Gwizdku (który nota bene powiększył się o dwie kolejne pozycje, więc są już książki o każdej porze roku w Tatrach). Tłumaczy ze szwedzkiego książki dla wydawnictwa „Zakamarki” – cykl o Lassem i Mai  oraz o chłopcu imieniem Tsatsiki. Prowadzi w Radiu Kraków niedzielny „Alfabet” i jest to (poprawcie mnie jeśli się mylę !) bodaj jedyna cykliczna audycja radiowa poświęcona literaturze dziecięcej.

W „Moim Bullerbyn” też nie zapomina o literaturze szwedzkiej, a jeden z rozdziałów w całości poświęcony jest wizycie rodziny Majewskich w Junibacken w Sztokholmie. Teraz jeszcze bardziej chciałabym tam pojechać !

Chociaż miejscowość, w której zamieszkała rodzina Natalki oczywiście nie nazywa się Bullerbyn, jest w tej książce coś z tamtej atmosfery. Wszyscy są dobrzy i sympatyczni (nawet jeśli z początku robią inne wrażenie), problemy (jeśli się pojawiają) dają się rozwiązać i oczywiście wszystko zawsze dobrze się kończy.

Kiedy tu przyjechałam, wszystko było źle. I tak bardzo tęskniłam za moimi przyjaciółkami, za babcią i dziadkiem, za tańcem, za Krakowem, za moim pokojem, nawet za szkołą. I dalej tęsknię. Ale minęło kilka miesięcy i nie wyobrażam sobie, co by było, gdybym nie poznała ciebie, Matsa czy Selmy. W szkole dalej jest ciężko, ale w Rabarbarze – super. (…) „Będzie dobrze, Natalko” – tak mi wszyscy mówili. I chyba już jest dobrze !

Barbara Gawryluk „Moje Bullerbyn”, wyd.: Akapit Press, Łódź 2010

Wpis z 26 lutego 2012 roku:

Tak się jakoś ostatnimi czasy porobiło, że wszystko co dobre, musi mieć koniecznie ciąg dalszy…

Spędziłam niedawno dłuższą chwilę przed półką z literaturą młodzieżową w Empiku – książki „pojedyncze”, nie będące częścią żadnej serii, sagi, cyklu występowały tam w charakterze rzadkich rodzynków. Moja dwunastoletnia Najmłodsza w ciągu ostatnich kilku miesięcy przeczytała tylko jedną książkę nie będącą częścią większej całości i to tylko dlatego, że „Sposób na Alcybiadesa” był jej lekturą szkolną. Następną była już „Ania z Zielonego Wzgórza” 😉

Jeśli jakiś film odniesie sukces, natychmiast kręci się jego sequel. Seriale mają swoje kolejne sezony i każdy z nich kończy się tak, żeby zostawić jego twórcom furtkę do realizacji następnego. W sklepach mamy nie tylko serie kosmetyków, ale też zabawek czy sosów do potraw. Nawet reklamy są już najczęściej serialami…

Wśród książek na jednym biegunie tego zjawiska mamy rozpisane na kilka tomów historie, które jednakowoż konsekwentnie od początku zmierzają do definitywnego końca, a na drugim – cykle oddzielnych historii powiązanych ze sobą wyłącznie osobą głównego bohatera (bohaterów), a kolejność czytania nie ma najmniejszego znaczenia. Gdzieś pośrodku plasują się serie opowieści typu neverending story 😉 , w których kolejny tom jest kontynuacją poprzedniego i odwołuje się do wydarzeń tam opisanych, a więc należy je czytać w odpowiedniej kolejności. A jak się już przeczyta, należy czekać na kolejny. Do tej kategorii należy cykl rozpoczęty książką „Moje Bullerbyn”. Potem były „Kolczyki Selmy” a niedawno ukazała się kolejna (i z całą pewnością nie ostatnia 😉 część – „Dziewczynka z fotografii”

Te trzy niepozorne książeczki obejmują trochę ponad rok z życia Natalki, która wraz z rodzicami i dwójką młodszych braci przeprowadziła się z Krakowa do niewielkiego szwedzkiego miasteczka. Tylko rok, a tyle się w tym czasie wydarzyło… Nowy dom, nowy język, nowa szkoła, nowi znajomi z różnych stron świata, nowa grupa taneczna, a równocześnie odwiedziny u Dziadków w Krakowie i przyjazd do Szwecji jej krakowskich przyjaciółek… Jeżdżąca na wózku Karina i jej powrót do sprawności… I wreszcie – znajomość z Selmą – samotną staruszką, która kiedyś była światowej sławy tancerką, jej śmierć i niespodziewany spadek po niej, a w ostatniej części – wyprawa do Lwowa, w którym Selma spędziła dzieciństwo i młodość.

Czytając „Dziewczynkę z fotografii” uświadomiłam sobie, że jest to wśród książek dla dzieci i młodzieży pierwsza, w której pojawia się problem dawnych Kresów Rzeczpospolitej – współcześnie. To trudny temat, ale Barbara Gawryluk jak zawsze zdołała znaleźć właściwy ton, aby pisać o tym w sposób odpowiedni dla wczesnych nastolatków, a równocześnie pokazała współczesny Lwów jako miasto ukraińskie, w którym Natalka i Karina odwiedzają swoją serdeczną przyjaciółkę Elenę, poznaną w Szwecji i serdecznie kibicują w jej meczu piłki ręcznej. Nie zapomina jednak o tym, że przed wojną Lwów był trzecim miastem Rzeczpospolitej i że nadal mieszkają tam Polacy, a na Cmentarzu Łyczakowskim są groby wielu sławnych polskich artystów, profesorów i znanych osobistości. Może ta książka będzie dobrym wstępem do zainteresowania się tą częścią naszej historii ?

A kiedy już ją przeczytacie, zaczniecie czekać na kolejny tom tej serii… 😉

Barbara Gawryluk „Kolczyki Selmy”, wyd.: Akapit Press, Łódź 2011

Barbara Gawryluk „Dziewczynka z fotografii”, wyd.: Akapit Press, Łódź 2012

Wpis z 17 listopada 2013 roku:

Kiedy zobaczyłam okładkę tej książki (jeszcze w zapowiedziach) przestraszyłam się – naprawdę ! Obawiałam się, że ten rozdarty na dwoje dom na okładce może oznaczać rozwód rodziców Natalki, a zdążyłam już polubić całą jej rodzinę. Z drugiej strony wydawało mi się to nierealne, bo jej rodzice robiła wrażenie stabilnego związku.

Ale na szczęście nie o to chodziło…

… choć może sformułowanie na szczęście nie jest tu na miejscu. Rodzina Natalki musi stawić czoła innemu poważnemu problemowi – chorobie Dziadka, nieuleczalnej i postępującej. Dlatego właśnie jej rodzice zdecydowali się na powrót do Krakowa, co szczęśliwie zbiegło się z propozycją pracy w ich dawnym szpitalu.

I znów, jak przed rokiem, Natalka postawiona została przed faktem dokonanym – wtedy dowiedziała się, że wyjeżdżają do Szwecji, teraz – że wracają do Polski. Z jednej strony cieszy się, bo przecież tęskniła do swojej poprzedniej klasy, przyjaciółek i Ósemki, ale w Szwecji też ma już przyjaciół: Karinę, Maję, Matsa, radzi sobie z językiem i odnalazła swoje miejsce w Rabarbarze. Choć rozumie, że tak musi być, że są potrzebni Dziadkom w Krakowie, jednak jest jej ciężko…

Ten wątek wydaje mi się bardzo ważny. Zarówno rodzice Natalki jak i ona sama ani przez chwilę nie dopuszczają do siebie myśli, że mogliby zostawić Babcię samą z tym problemem w Polsce, wspierając ją na odległość wyłącznie finansowo, bo w Szwecji żyje im się wygodniej. Są takie momenty w życiu, kiedy rodzina powinna trzymać razem. Teraz, kiedy trendy jest raczej hedonistyczny egoizm, taki przykład odpowiedzialności ma ogromną wartość.

„Dwa domy” to ostatni tom cyklu, którego początkiem było „Moje Bullerbyn”. Cztery pozornie niepozorne książki, a znalazło się w nich miejsce dla tylu ważnych spraw !!! Problemy związane z przeprowadzką do innego kraju i powrotem na Ojczyzny łono nie dotyczą tylko naszej bohaterki. Elena wróciła ze Szwecji do Lwowa, a do klasy w Krakowie przybył nowy kolega – repatriant z Hiszpanii. Znajdziemy tam także przyjaźń, pierwsze nieśmiałe zakochanie, tajemnicza historię z przeszłości, Kraków, Sztokholm, Lwów, Tatry, Wieliczkę, TOPR, psy, granie w filmie, hip – hop… aż się w głowie mąci 😉

Miałyśmy niestety z tym cyklem problem 😦 Co prawda miedzy pierwszym a ostatnim tomem w życiu Natalki minął tylko rok, ale w realu trwało to ponad trzy lata. Moja Najmłodsza, która na początku była tylko trochę starsza od niej, z zainteresowaniem przeczytała jedynie pierwsze dwie części. Potem już uznała, że są dla niej za dziecinne. Szkoda 😦

Barbara Gawryluk „Dwa domy”, wyd.: Akapit Press, Łódź 2013

Powiem Julce

Powiem Julce

„Powiem Julce” to była ostatnia książka Krystyny Siesickiej, pisarki na której twórczości się wychowałam. Nie pierwszy raz sięgnęła w niej do swoich wspomnień wojennych, choć akurat o tym szczególnym okresie wcześniej nie pisała.

„Powiem Julce” zostało wyróżnione w konkursie Książka Roku IBBY 2008.

Wpis z 4 stycznia 2009 roku:

Dwór w Pastuszkach nie był duży. Parterowy, położony na niewielkim wzniesieniu, bielił się widoczny między drzewami, trochę soplicowski, trochę serbinowski, jeśli coś ci to mówi, Julko. Z ganku wchodziło się do sporego holu i dopiero tu, za brązowymi, wysokimi drzwiami zaczynały się trochę mroczne korytarze prowadzące do środka domu. Dlaczego przypominam sobie to wszystko ? No, bo tak było, po prostu, a teraz po dworze nie ma śladu.

„Powiem Julce” to najnowsza książka Krystyny Siesickiej, o której sama autorka tak pisze na okładce: Nie wiem, jakimi słowami zaprosić Was do przeczytania tej książki. Może w ogóle tego nie zrobię, wdzięczna każdemu, kto bez specjalnego zaproszenia uda się na spotkanie z Julką, Zośką i Teresą. „Powiem Julce” jest opowieścią o pierwszej miłości, którą każda z nich przeżywa inaczej…

Teresa, Karol i Zośka… Pierwsza miłość, opisana w tej książce, była taka… nie do końca udana, ale stała się początkiem wspaniałej dziewczęcej (a później kobiecej) przyjaźni na całe życie. Ta miłość to tylko pretekst, aby powrócić pamięcią do tamtych miejsc i tamtego czasu.

Czas to był szczególny – koniec okupacji niemieckiej, kilka jesiennych i zimowych miesięcy między upadkiem Powstania Warszawskiego a początkiem ofensywy w styczniu. Był to czas, kiedy na prawym brzegu Wisły już tworzyła się nowa rzeczywistość, natomiast brzeg lewy zamarł w oczekiwaniu na to, co nadejdzie. Czas zawieszenia, niepewności, strachu…

Autorka wraca w tej książce do własnych wspomnień, bo to właśnie ona mając 16 lat jechała z Pruszkowa do Auschwitz transportem, który musiał poczekać w polu, bo tego dnia obóz nie przyjmował. To właśnie ją i 16 innych kobiet zabrał stamtąd dziedzic pobliskiego dworu Jarosław Tymowski. Dał im schronienie, otoczył opieką, aby we dworze przeczekały ten trudny czas. *

Jest też „Powiem Julce” opowieścią o dworze w Pastuszkach (…). I o ludziach o których warto pamiętać.

Nie tylko po tym dworze nie pozostał ślad. Z krajobrazu polskiego zniknęły wtedy niemal wszystkie dwory – splądrowane, rozgrabione, często spalone, a w najlepszym razie przejęte na szkoły czy mieszkania. Dwory były nie tylko instytucją, filarem, na którym opierała się struktura społeczna wsi – były też po prostu domami rodzinnymi. Od pokoleń ludzie mieszkali tam, kochali się, rodziły się dzieci, umierali. Domy te były wypełnione przedmiotami gromadzonymi przez lata, które oprócz wartości materialnej, widocznej dla każdego, miały też inną, bezcenną – sentymentalną.

Powiem Julce” to requiem dla świata, którego już nie ma, a który skończył sie właśnie wtedy.


Na twórczości Krystyny Siesickiej wychowała się cała żeńska część mojego pokolenia (i parę roczników starszych, że o młodszych nie wspomnę). „Zapałka na zakręcie”, „Jezioro Osobliwości”, „Beethoven i dżinsy”, „Czas Abrahama” czy „Przez dziurkę od klucza” to książki, które można nazwać naszym przeżyciem pokoleniowym.

Ja zaczęłam od „Jeziora Osobliwości”. O ile dobrze pamiętam – najpierw widziałam film, a potem dowiedziałam się od koleżanek, że jest też książka, która w dodatku zupełnie inaczej się kończy. Sięgnęłam po nią i tak się zaczęło. Ostatnią, którą czytałam będąc w wieku targetu tych książek, była „Moja droga Aleksandro”.

Potem przez wiele lat uważałam się za zbyt dorosłą na takie lektury (choć czasem zdarzało mi się wracać do kilku ulubionych). Zainteresowałam się nimi dopiero niedawno – z myślą o moich córkach i ze zdziwieniem odkryłam, że przez ten czas Krystyna Siesicka napisała wiele książek. Jeszcze większe zdziwienie odczułam, kiedy po nie sięgnęłam. Te, które czytałam jako nastolatka, to były proste historie, najczęściej dotyczące pierwszej miłości, mocno osadzone w wielkomiejskich (warszawskich) realiach tamtych czasów. Ten okres w twórczości Krystyny Siesickiej można nazwać matczynym. Jej dzieci, a ma ich pięcioro, były wtedy w wieku jej czytelników i nawet jeśli (co zawsze podkreśla) nie pisała o nich, to sprawy nastolatków były jej codziennością.

Książki z okresu babciowo – prabaciowego (stan aktualny: trzynaścioro wnuków i siedmioro prawnuków ) najczęściej dzieją się w małych miasteczkach, w starych domach, umeblowanych równie starymi meblami, w których pija się herbatę w porcelanowych filiżankach. Wśród bohaterów pierwszoplanowych, obok nastolatków, pojawiają się ludzie starsi, a same historie są… najkrócej mówiąc.. pokręcone 😉 Często przenikają się w nich plany realne i fikcyjne, czasem trudno się zorientować, co jest powieścią właściwą, a co – powieścią w powieści.

Krystyna Siesicka opisuje w nich świat widziany z perspektywy osoby starszej. To w literaturze młodzieżowej rzadko spotykany punkt widzenia. We współczesnym świecie, zdominowanym przez kult młodości i pogoń za nowoczesnością, to również zbyt często pomijany punkt widzenia.

Krystyna Siesicka „Powiem Julce”, wyd.: Akapit Press, Łódź 2008

korzystałam z artykułu Aliny Gutek „Miła starsza pani to nie ja”, „Zwierciadło” 12/2008 – niestety nie można go przeczytać w internecie 😦

Róże w garażu

Róże w garażu

Wczoraj na Targach miałam w ręku kolejne wydanie książki, którą wiele lat temu bardzo lubiły moje córki. Tym razem towarzyszą jej ilustracje Marianny Jagody – są bardzo radosne, pełne słońca, wesołe i wakacyjne, podobnie jak historia w niej opisana 🙂

(wpis z 31 maja 2006 roku:)

Czas akcji: wakacje.

Miejsce: działka po lasem.

Dramatis personae:

na działce: dwie Mamy – szkolne przyjaciółki; ich dzieci – w sumie szóstka, od nastolatki Karoliny do dwuletniego Karola zwanego Lolem; a ponadto: Dziobak (czyli przytulanka Lola), Rysiek (fioletowy królik), Tygrysy (niewidzialne, liczba bliżej nieokreślona) i Owadek (choć nie wszyscy wierzyli w jego istnienie 😉 );

za płotem – koty (czarne, nie wiadomo ile ich było, ale sporo) i jeszcze KTOŚ.

Wszystko wskazywało na to, że to będą bardzo nudne wakacje – no bo co może się wydarzyć na działce pod lasem ? Szczególnie, że pierwotnym planem wakacyjnym była Grecja, ale z jakiś powodów nic z tych planów nie wyszło.

Skąd wzięły się cukierki na płocie ? A puszki po „Whiskas” za płotem – skąd ? Kto porwał Lola ? Jaką TAJEMNICĘ kryje garaż za płotem ? Czy możliwe jest, że ktoś w nim mieszka ? Duch, Baba Jaga, Czarownica czy może samotny Mechanik, który nie lubi spóźniać się do pracy ?

Okazuje się, że nawet takie z pozoru nieciekawe miejsce może być intrygujące i to wcale nie z powodu kosmitów czy mocy nadprzyrodzonych 😉 Okazuje się też, że nie trzeba koniecznie wyjechać nad ciepłe morza, żeby przeżyć fajne wakacje.

Opowieść o tych wydarzeniach została rozpisana na głosy wszystkich dzieci. Każde z nich ma swoją koncepcję rozwiązania Tajemnicy Garażu i każde dąży do tego na swój sposób. Nawet Lolo wtrąca swoje trzy grosze i właśnie te jego wstawki lubię najbardziej. Każdemu z narratorów przypisany jest symbolizujący go piktogram, którym oznaczona jest jego część opowieści (edit: w najnowszym wydaniu piktogramów nie ma). Ważną rolę w tej historii odgrywają smsy i one również są tam cytowane.

„Róże w garażu” znakomicie nadają się dla początkującego czytelnika – całość jest niezbyt długa. Górnej granicy wieku nie ma – ja też czytałam z przyjemnością 🙂 Sympatyczna i ciepła lektura znakomicie wprowadzająca w nastrój wakacyjny.

Agnieszka Tyszka „Róże w garażu”, ilustr.: Monika Kanios – Stańczyk, wyd.: Literatura, Łódź 2004

Agnieszka Tyszka „Róże w garażu”, ilustr.: Marianna Jagoda, wyd.: Akapit Press, Łódź 2019

Matka Polka

Matka Polka

Skoro już zaczęłam wstawiać na wirtualne półki Małego Pokoju książki Zuzanny Orlińskiej, to proszę bardzo – przypomnienie jej debiutu pisarskiego i mojego wpisu z 2 lutego 2014 roku:

Tytuł przewrotny, bo tytułowa bohaterka jest absolutnym zaprzeczeniem skojarzeń, jakie może on wywoływać. Myśląc o Matce Polce widzimy od razu matkę heroiczną, całkowicie zdominowaną przez swoje macierzyństwo, a w tej książce spotykamy się nie z nią, tylko z kompletnie niestereotypową matką Polka – syna o oryginalnym imieniu Apolinary.

Matka – nie mama, mamusia, mamcia, mamunia czy mami.

„Moja matka” – mówi o niej Polek, a w jego głosie słychać wtedy dumę. Bo nie każda matka, możecie mi wierzyć, jest taka jak matka Polka.

Matka – także dlatego, że nie pasują do niej żadne zdrobnienia.

Wygląda jak mogłaby wyglądać Pippi Pończoszanka, jeśli okazałoby się, że zaklęcie Pigułko z arbuza ja nie chcę być duza jednak nie było skuteczne.

Ma długie nogi i ręce. Jej włosy – dużo włosów koloru rdzawobrązowego – skręcone w maleńkie sprężynki fruwają swobodnie wokół głowy. Nos ma spory, ale nie haczykowaty jak u Baby Jagi, lecz miękko i łagodnie zakończony, pokryty mnóstwem drobniutkich, brązowych piegów (matka Polka lubi te piegi – twierdzi, że każdy z nich jest pamiątką jakiegoś słonecznego dnia). Jej usta także są duże – mówi nimi szybko i głośno, a kiedy milczy, ładnie się uśmiecha. Oczka za to ma małe, jasne – bystro i trochę jakby kpiąco łypiące.

Chłopcy z klasy Polka sądzą, że jego matka jest dziwna. Ubiera się śmiesznie, nie tak jak inne mamy. Na wielkich stopach nosi zawsze stare, sfatygowane trampki, nawet zimą, ale nigdy nie marznie.

To skojarzenie z Pippi nasuwa się przede wszystkim przez piegi i burzę rudych włosów (bo dorosła pewnie nie nosiłaby już sterczących warkoczyków), choć sama autorka przyznaje, że ta fryzura pojawiła się już pod koniec pracy nad książką. Być może zadziałała tu podświadomość, bo moim zdaniem matka Polka zachowuje się często tak, jak zachowywałaby się Pippi, gdyby była czyjąś mamą.

Mam przy okazji tej książki jeszcze jedno skojarzenie odnoszące się do lektur mojego dzieciństwa – dla mnie matka Polka to Mama Czarodziejka tylko z XXI wieku. Sądzę, że była to również książka dzieciństwa Zuzanny Orlińskiej, bo o pokoleniu obecnych rodziców (i dużej części dzisiejszych babć i dziadków również) można powiedzieć, że wszyscy jesteśmy dziećmi Mamy Czarodziejki z książki Joanny Papuzińskiej. Absolutnie nie chcę przez to powiedzieć, że „Matka Polka” to książka wtórna, wręcz przeciwnie !!!

Od czasów, w których czarowała tamta mama minęło kilkadziesiąt lat. Matka Polka nie musi organizować dzieciom przejażdżki samochodem przy pomocy kryształowej popielniczki i zabawkowej ciężarówki, zagniatać ciasta, aby dokleić księżycowi utrącony rożek czy ratować zabytkowej dzwonnicy czapeczką zrobioną na drutach. Ona potrafi za to znakomicie odnaleźć się wśród bohaterów gry komputerowej. Świetnie radzi sobie też z wciągającym światem reklam telewizyjnych – nota bene to moja ulubiona historia z tej książki.

Ale mimo że świat, w którym żyją, zmienił się bardzo, czary obu tych mam są bardzo podobne i nie mają nic wspólnego z czarną magią. Sposób jest bardzo (bajecznie wręcz !) prosty – wystarczy użyć wyobraźni…

Tylko tyle 🙂

Zuzanna Orlińska (tekst & ilustr.) „Matka Polka” (seria: Kolekcja w złotej ramce), wyd.: Akapit Press, Łódź 2011

Zuzanna Orlińska „Matka Polka” (seria: To lubię !), ilustr.: Mikołaj Kamler, wyd.: Literatura, Łódź 2017

Pisklak

Pisklak

„Pisklak” Zuzanny Orlińskiej to książka, która po raz pierwszy ukazała się w 2012 roku nakładem wydawnictwa Akapit Press. Obecne wznowienie Naszej Księgarni różni się od tamtego tylko okładką – w środku jest oczywiście sama historia i na szczęście te same ilustracje Mamy Autorki – Wandy Orlińskiej.

Tak pisałam o tej książce 27 lutego 2014 roku:

Jedyna rzecz, jaka nie podlega przegłosowaniu przez większość, to sumienie człowieka. – cytat z książki „Zabić drozda”, która odgrywa niebagatelną rolę w „Pisklaku”

Kim jest ów tytułowy pisklak ? Czy chodzi o prawdziwe, wypadnięte z gniazda pisklę, które Klara znalazła i był to w jej życiu pierwszy moment, kiedy stanęła oko w oko z tajemnica życia i śmierci ? Czy jest nim Piotruś – jej maleńki, przedwcześnie urodzony braciszek, walczący o życie w szpitalu ? Czy może sama Klara – piskle już podrośnięte, jedna nogą w dzieciństwie, ale coraz bardziej gotowe do rozłożenia skrzydeł i poszybowania w dorosłość ?

Tobie się wydaje, że jak skończysz osiemnaście lat, od razu staniesz się dorosła. A to wcale tak nie jest. Można mieć lat dwadzieścia albo czterdzieści i dalej być dzieckiem Dziecko myśli: upadnę, stłukę kolano, mamusia podmucha i przejdzie. Nic złego nie może się stać. I ja też tak myślałem, bardzo długo – powiedział jej ojciec, kiedy rozmawiali o dorosłości. Można też wydorośleć wcześniej, kiedy życie postawi przed nami pierwsze dorosłe wyzwania, a nam uda się im sprostać nie oglądając się na pomoc dorosłych…

„Pisklak” to druga książka Zuzanny Orlińskiej – zupełnie inna niż „Matka Polka”. Adresowana jest do nieco starszego czytelnika (rówieśnika jej nastoletnich bohaterów), do bólu realistyczna oraz taka trochę… oldskulowa 😉 Czytając ją miałam wrażenie, że napisał ja któryś z autorów mojego dzieciństwa.

Rzecz dzieje się co prawda współcześnie i widać to nie tylko w tym, że bohaterowie używają laptopów czy telefonów komórkowych. Książka w otwarty sposób nawiązuje do „Tego obcego” – lektury szkolnej i mojej, i moich córek. Ku mojemu zdziwieniu dzieciaki nadal czytają ja chętnie, a Julka z zaciekawieniem sięgnęła także po jej kontynuacje czyli „Inną”. W „Pisklaku” współcześni uciekinierzy z domu zamiast do wujka w Tczewie wędrują jednak do mamy, która wyjechała do pracy w Irlandii – smutne signum naszych temporis 😉 Poza tym jego bohaterowie spotykają się w niedzielę na mszy w kościele, co w czasach mojego dzieciństwa raczej im się na kartach książki przydarzyć nie mogło. Dość przypomnieć jakich ekwilibrystycznych wygibasów musiała dokonywać Małgorzata Musierowicz, żeby w pierwszych tomach „Jeżycjady” dać czytelnikom do zrozumienia, że Borejkowie chodzą do kościoła.

Jednak mimo dwudziestopierwszowiecznych realiów życia bohaterów sposób narracji „Pisklaka” jest taki jakiś staroświecki, niespieszny, uporządkowany…

To wrażenie potęgują także dawno niewidziane w obecnie wydawanych książkach ilustracje pani Wandy Orlińskiej – mamy autorki. Pamiętam tę kreskę z wielu lektur, które lubiłam – najbardziej chyba ze zbioru opowiadań Anny Frankowskiej „Zatańcz z moją dziewczyną”, bo wracam do niego także i teraz.

Miałam, czytając „Pisklaka” jeszcze jedno skojarzenie z książką mojego dzieciństwa, ale nie wiem, czy autorka byłaby z niego zadowolona 🙂 Otóż ta atmosfera podmiejskiego letniska i te dzieci – już nie dzieci, które muszą sobie radzić ze swoimi problemami same, bo dorośli są zajęci swoimi ważnymi sprawami i właściwie ich nie ma – to wszystko jest jak z „Timura i jego drużyny”. Wróciłam do tej książki jakiś czas temu po wielu latach i stwierdziłam, że (pomijając kwestie polityczne, które obecnie wymagałby bardzo rozbudowanych przypisów) jest ona całkiem dobrze napisana.

Okazuje się więc, że niezależnie od czasów, systemu politycznego czy gadżetów, których używamy, emocje jakie towarzyszą czasowi dojrzewania i pierwszych miłości pozostają niezmienne…

Zuzanna Orlińska „Pisklak”, ilustr.: Wanda Orlińska, wyd.: Akapit Press, Łódź 2012

Zuzanna Orlińska „Pisklak”, ilustr.: Wanda Orlińska, wyd.: Nasza Księgarnia, Warszawa 2019