Denim blue

Denim blue

Najmłodsza z moich córek, tegoroczna maturzystka, ma obecnie fazę na ciuchy vintage. Kupuje, zdobywa, wymienia, a jedną z pereł jej kolekcji jest moja dżinsowa kurtka sprzed ponad trzydziestu lat, o którą notabene stoczyła bój z siostrą Środkową, która też miała na nią ochotę. To jedyny ciuch z czasów studenckich, który zachowałam. Kiedy dziewczyny kłóciły się o nią, opowiedziałam im historię o tym, jak w Pradze czeskiej chodziłam koło niej z zachwytem, aż wreszcie Tata kupił mi ją za całą rezerwę pieniędzy, jaką na ten wyjazd mieliśmy. Pamiętam swoją radość i potem zazdrosne spojrzenia na ulicy w Warszawie, bo naprawdę jest fajna 😉 Ta historia to opowieść nie tylko o moim Tacie i jego stosunku do pieniędzy (i do mnie 😉 ) ale także marzeniach, jakie mieliśmy żyjąc w PRL, a których moje córki już zrozumieć nie są w stanie.

Opowieścią o takim marzeniu jest też „Denim blue”, bo właśnie wokół gorącego pragnienia posiadania prawdziwych dżinsów Katarzyna Ryrych zbudowała swoją opowieść o życiu w tamtych czasach. Zygmunt, syn dozorczyni i hutnika z Nowej Huty nie mógł liczyć na to, że rodzice kupią mu takie spodnie, próbował więc sam zdobyć na nie pieniądze. „Denim blue” to w pewnym sensie powieść inicjacyjna. W pogoni za swoim marzeniem Zyga poznaje życie od rozmaitych stron, z którymi uczeń ostatnich klas podstawówki na ogól nie miewał do czynienia i dzięki temu dorasta.

Lubię w tej książce postać ciotki, bo takich kobiet już teraz nie ma, a pamiętam je z domów, w których wtedy bywałam. Samotne wiejskie kobiety, bezdzietne wdowy albo stare panny, które mieszkały kątem u dalszej rodziny w mieście i pomagały w domu i opiece nad dziećmi. Zyga bardzo kochał ciotkę, bo gdy chorował opowiadała mu o wojnie i o Niemcach, jak to wujek zawsze zdołał ich wyprowadzić w pole i tylko raz mu się nie udało, i biedak został w polu. Ta niepiśmienna kobieta, która nowohuckim ciasnym mieszkaniu siostrzeńca spała w przedpokoju, a na każdą wzmiankę o tym, że może wybuchnąć kolejna wojna szła do kolejki zrobić zapasy cukru, ma w sobie mądrość prostego, doświadczonego życiem człowieka. Z całej tej książki chyba najlepiej zapamiętałam historię z jej chustą, wzruszyła mnie ona bardzo.

Nie byłabym jednak sobą, gdybym nie znalazła w niej okazji do historykowania. Określenie to stworzyła moja Najmłodsza i oznacza ono wszystkie te sytuacje, kiedy albo ja albo Najstarsza, która też jest historyczką, albo obie razem i z udziałem ich Taty jeszcze 😉 , zaczynamy zbytnio analizować filmy czy książki, które dzieją się w przeszłości i czepiać się (jej zdaniem niepotrzebnie) niezgodności z faktami i realiami.

Pohistorykuję więc sobie trochę i poskarżę się, że sporym dyskomfortem podczas lektury „Denim blue” było dla mnie dość swobodne obchodzenie się autorki z realiami życia w PRL, które powodowało, że nie bardzo mogłam umieścić tę historię w konkretnym czasie. Rozumiem, że chodziło o przekazanie wiedzy o życiu w tamtych czasach i umieszczenie w tekście jak największej ilości ciekawostek i artefaktów (z wyjaśnieniami w przypisach), ale nie mogę się oprzeć poczuciu, że jest to ahistoryczne. W kilku recenzjach, które znalazłam w sieci, czas akcji określony jest na lata siedemdziesiąte i rzeczywiście sporo by na to wskazywało, gdyby nie to, że od czasu do czasu pojawia się tam coś, co już się wtedy zdarzyć nie mogło. Jeśli miałabym umieścić te kilka lat akcji książki konkretnie w czasie, powiedziałabym, że trwały one gdzieś od połowy lat pięćdziesiątych (bo w tekście pojawia się wzmianka o ZMP rozwiązanym w 1956 roku i bikiniarzach) do późnych siedemdziesiątych (raczej przed 1976, bo wtedy wprowadzono kartki na cukier). Można by uznać, że dla współczesnych nastolatków nie ma to większego znaczenia i potraktować tę książkę jako swoistą propedeutykę wiedzy o życiu w PRL, ale ja tak nie potrafię.

Pozostawia ona czytelnikowi wrażenie, że życie w PRL było stanem constans trwającym kilkadziesiąt lat, a przecież tak nie było – także w kwestii kluczowej dla akcji czyli dostępności dżinsów (i innych towarów z tzw. Zachodu), handlu walutą i sklepów, w których można było kupować za tzw. bony. Szkoda, że autorka nie zechciała opowiedzieć tej historii tak, żeby zachować jej sens i uszanować realia 😦

Katarzyna Ryrych „Denim blue” (seria: Plus minus 16), wyd.: Literatura, Łódź 2015

Wszystkie lajki Marczuka

Wszystkie lajki Marczuka

Wpis z 2 kwietnia 2013 roku:

Marczuk nie lubił Żydów. Konkretnie dwóch: Joska Wyszkowera i Aarona Goldberga. Wkurzali go. Josek rzucił kiedyś w Marczuka zgniłą ulęgałką, a Aaron powiedział, że Marczuk jest zbyt brzydki, żeby jakaś dziewczyna chciała się z nim całować. Ale Marczuk lubił Żydów. Dokładnie trzech: Heńka, Dawida i Berka. Szczególnie tego ostatniego, odkąd wyjaśnili sobie pięściami wszystkie nieporozumienia, a potem z powagą uścisnęli dłonie. Co do pozostałych Żydów Marczuk nie miał wyrobionego zdania. Chyba więc to nie sympatia, a zwykły ludzki odruch sprawił, że ten niewysoki, jasnowłosy chłopak z Choszczówki został bohaterem.

Bohaterem najczęściej zostaje się przypadkiem i niespodziewanie. Nie można tego zaplanować, po prostu – życie stawia przed człowiekiem wyzwanie i albo mu się sprosta, albo nie. I tak było z kilkunastoletnim Jankiem Marczukiem…

Najpierw był impuls, który kazał mu spróbować uprzedzić ludzi wydanych przez szmalcownika, że za chwilę będą u nich Niemcy. Chwilę potem został obarczony odpowiedzialnością za trzy Żydówki – matkę i dwie córeczki. I choć jeszcze godzinę wcześniej w ogóle by się po sobie takiego zachowania nie spodziewał, jednak wykazał się zimną krwią i odwagą niezbedną, aby je uratować

„Wszystkie lajki Marczuka” to książka która opowiada dwie historie, a łączy je miejsce – podwarszawska Choszczówka. Losy Janka Marczuka uświadamiają czytelnikom, że wojna i okupacja były wszędzie i nawet w takiej malutkiej miejscowości działy się rzeczy straszne i było miejsce na czyny odważne. O tytułowych lajkach natomiast opowiada wątek całkiem współczesny.

Pasuje on do dzisiejszego dnia, bo jest ciut primaaprilisowy 😉 Niestety, jego sensem jest suspens, więc niewiele mogę o tym napisać, żeby nie psuć nikomu radości z czytania. Mnie niestety ta frajda została odebrana – Najmłodsza była łaskawa zdradzić mi puentę, bo, jak twierdzi, była pewna, że już to czytałam.

Zdradzić mogę tyle, że jest to książka o manowcach… Nie tylko o tych, na które może nas zaprowadzić zbyt silne pragnienie zemsty, ale także o manowcach internetu i pułapkach, jakie czyhają na osoby zbytnio wierzące w to, co tam się znajduje 😉

Paweł Beręsewicz „Wszystkie lajki Marczuka”, ilustr.: Olga Reszelska, wyd.: Literatura, Łódź 2012

Paweł Beręsewicz „Wszystkie lajki Marczuka”, ilustr.: Elżbieta Chojna, (seria: Plus Minus 16) wyd.: Literatura, Łódź 2018

Biały teatr panny Nehemias

Biały teatr panny Nehemias

Wpis z 22 listopada 2017:

Wyobraź sobie, że żyjesz w ponurym świecie, bez komórki, tabletu, komputera. Przed sklepami wiją się kolejki, choć na półkach brakuje towarów. W telewizji są tylko dwa programy,a z obu sączą się te same kłamstwa…

„Biały teatr panny Nehemias” to książka, która poruszyła bardzo czułe nuty w mojej duszy. Przenosi nas w smutny rok 1984 – pamiętam go jako czas zupełnie bez nadziei, taki listopad, który trwał niezależnie od tego, jaką porę roku mieliśmy w kalendarzu. Po szaleństwie karnawału Solidarności, traumie stanu wojennego, następne lata przyniosły ponurą, szarą stagnację, kolejki po wszystko i cyniczną, brutalną propagandę wylewającą się z massmediów.

Katarzyna, bohaterka tej książki, ma dwanaście lat i chodzi do szóstej klasy. Ja byłam wtedy starsza, już studiowałam, ale spora część mojej ówczesnej aktywności umiejscowiona była w okolicy, w której toczy się jej życie. Poczułam się swojsko wracając w okolice Placów: Unii Lubelskiej i Zbawiciela, do miejsc, których już nie ma – Supersamu czy lodziarni „Palermo”. W jednej ze scen prawie poczułam zapach, który wydobywał się z piekarni na Polnej…

Oczywiście nie warszawskie realia są w tej książce najważniejsze, ale atmosfera tamtych czasów, którą znakomicie udało się autorce odtworzyć. Mityczny Zachód wydawał się wtedy inną planetą, nie do końca realną. Decyzja o wyjeździe z Polski nie była łatwa ani do podjęcia, ani do zrealizowania, szczególnie, że najczęściej oznaczała bilet w jedną stronę i zerwanie z całym dotychczasowym życiem. Było ponuro, było szaro, było smutno, ale z drugiej strony – to było nasze życie, innego nie znaliśmy. Kiedy Katarzyna ma napisać w szkolnym wypracowaniu, jak wyobraża sobie siebie za 10 lat, widzi kolejkę po parówki i ludzi jak z Kolędy Nocki.

Za czym kolejka ta stoi ? Po szarość, po szarość, po szarość…

Na co w kolejce tej czekasz ? Na starość, na starość, na starość…

Ale w książce Zuzanny Orlińskiej znajdziemy nie tylko smutek. Jest tam też trochę magii – to tytułowy biały teatr, ale nie zdradzę, czym on jest. Myślę, ze każdy czytelnik tej książki zinterpretuje go inaczej i każdy będzie miał rację.

Jest w niej także nadzieja, choć może trudno ją zauważyć. W końcu – musiało minąć tylko pięć lat i zaczęliśmy żyć w zupełnie innym świecie. Wtedy, w orwellowskim roku 1984 nikt tego nie wiedział. Niektórzy marzyli o tym, a tylko nieliczni wierzyli, że to nastąpi…

Bądź jak kamień, stój, wytrzymaj, kiedyś te kamienie drgną i polecą jak lawina przez noc, przez noc, przez noc…

P.S. „Biały teatr panny Nehemias” został nominowany do tegorocznej nagrody Książka Roku IBBY.

Zuzanna Orlińska „Biały teatr panny Nehemias” (seria: Plus Minus 16), wyd.: Literatura, Łódź 2017