Król złodziei

Król złodziei

Wpis z 27 stycznia 2011 roku:

Gdy Wiktor po raz pierwszy usłyszał o Prosperze i Bo, w księżycowym mieście była jesień. Słońce odbijało się w kanałach i zalewało stare mury złotem, ale od morza wiał lodowaty wiatr, jak gdyby chciał przypomnieć ludziom o zbliżającej się zimie. W powietrzu czuło się już przedsmak śniegu, a jesienne słońce ogrzewało tylko skrzydła aniołom i smokom na dachach.

Wiktor Getz, detektyw. Śledztwa każdego rodzaju. – taki napis mieścił się na drzwiach jego biura. Estera i Max Hartlibowie właśnie kogoś takiego szukali. Kogoś, kto w labiryncie weneckich kanałów, zaułków, placów i mostów będzie potrafił odnaleźć dwóch małych uciekinierów. Po śmierci Mamy ich jedyną krewną była właśnie Estera, ale ona chciała zaopiekować się tylko młodszym z chłopców, starszego umieszczając w internacie. Bracia nie chcieli zostać rozdzieleni i uciekli – najprawdopodobniej do Wenecji.

Dlaczego akurat tam – przez całą Europę ? Bo ich Mama bez przerwy opowiadała chłopcom o tym mieście. Że są tu skrzydlate lwy i kościoły ze złota, że na dachach stoją anioły i smoki, a po schodach przy kanałach wychodzą nocami wodniki. (…) Wenecja, Wenecja, Wenecja ! Mały Bo ciągle malował skrzydlate lwy, a Prosper dosłownie chłonął każde słowo matki.

Wiktor sceptycznie podszedł do tego zlecenia. Nie wierzył, że chłopcom udało się dotrzeć do miasta, jednak okazało się to prawdą. Razem z kilkorgiem innych bezdomnych dzieci mieszkali w nieczynnym kinie „Pod gwiazdami”, a cała grupa pozostawała pod opieką tajemniczego Króla złodziei

Tak zaczyna się ta książka, o której Najmłodsza z moich córek (lat obecnie 11) mówi moja ulubiona, a która wcześniej była też ukochaną lekturą córki Najstarszej. Książka niezwykła, na poły realna, na poły magiczna – tak jak niezwykłe, na poły realne, na poły magiczne jest to miasto.

Jeśli mogę tak stwierdzić na podstawie dwuosobowej próby moich córek – ta lektura rozpala apetyt na Wenecję i pozostawia jej niedosyt… Kiedy Najstarsza zaczęła domagać się kolejnych weneckich książek odkryłam z żalem, że ich właściwie nie ma 😦 Znalazłam jedną, ale w streszczeniu na okładce była mowa o walce armii weneckiej z silami egipskimi pod wodzą zmartwychwstałego z mumii faraona. W XIX wieku !!! Jest jeszcze „Vendela w Wenecji”, ale „Zakamarki” jakoś nie kwapią się z jej wydaniem 😦

Znalazłam też wtedy coś dla siebie – serię weneckich kryminałów Donny Leon i było to jedno z moich fajniejszych odkryć książkowych, a komisarz Guido Brunetti jest nadal moim ulubionym policjantem. Z każdym kolejnym tomem z radością spotykam się z nim, z jego żoną Paolą i ich dziećmi oraz jego współpracownikami z weneckiej komendy. W napięciu czekam na informację, co tym razem Paola przyrządziła na kolację, oraz na wzmianki o kreacjach signoriny Elettry. Wątki kryminalne są tam dla autorki – Amerykanki od lat mieszkającej w Wenecji jedynie pretekstem do opowieści o prawdziwym życiu w tym mieście – poza sezonem i w miejscach, gdzie nie docierają turyści. Oczywiście nie są to lektury dla nastolatków, ale jeśli prawie pełnoletnia Najstarsza będzie szukała czegoś do czytania, podsunę jej chyba „Śmierć w La Fenice”.

Najmłodsza na Donnę Leon będzie musiała jeszcze poczekać, ale dla niej „Król złodziei” miał inny ciąg dalszy. Jakiś czas temu trafiłam przypadkiem na ekranizację tej książki pod mylącym polskim tytułem„Złodziejaszki” (w oryginale i książka, i film noszą tytuł „Herr der Diebe”). Film na szczęście nie jest produkcją hollywoodzką tylko niemiecką i generalnie trzyma się treści książki. Wenecja jest tam prawdziwa, a nie zbudowana w atelier, a postaci wyglądają tak, jak je wymyśliła Cornelia Funke. Nie policzę, ile razy Najmłodsza go oglądała, ale jest to zdecydowanie jeden z jej ulubionych filmów.

Cornelia Funke „Król złodziei” (z ilustracjami autorki), przekł.: Anna i Miłosz Urban, wyd.: Egmont, Warszawa 2003

Amelka

Amelka

Wpis z 28 lutego 2007 roku. W 2014 wznowiło tę książkę wydawnictwo Akapit Press i ta wersja ma okładkę zdecydowanie przyjemniejszą dla oka 😉

Życzenia wypowiadane nad tortem urodzinowym mają niezwykłą moc. Zdmuchując dziesięć świeczek ze swojego tortu Amelka pomyślała, że chciałaby zostać słynną aktorką. W jej wieku to zupełnie normalne – moje córki też mają takie marzenia. Dla dziesięciolatki z Bolków Małych wydawać by się one mogły niemożliwe do spełnienia (a w każdym razie nieprędko), a jednak…

….w jej wsi zjawiła się ekipa filmowa kręcąca ekranizację „Panny z mokrą głową” !!! Nastoletnia gwiazda, która miała grać rolę tytułową, niespodziewanie zrezygnowała i Pani Reżyser zdecydowała się szukać zastępstwa na miejscu. Do castingu przystąpiły wszystkie dziewczynki ze wsi i okolic, ale to właśnie Amelka – elokwentna i oczytana, a przy tym najstarsza z szóstki rodzeństwa i cała w siniakach od łażenia po drzewach – dostała tę rolę. Wkrótce okazało się, że zadania aktorskie nie będą wcale najtrudniejszą z rzeczy, które ją czekają. Dużo trudniejszy był późniejszy powrót do szarej codzienności i szkolnych obowiązków. Musiała też sprostać ciężarowi sławy i stawić czoła zazdrości rówieśników. Na szczęście udało jej się w końcu odróżnić popularność od prawdziwej przyjaźni – być może dzięki życzeniu pomyślanemu przez kogoś nad innym tortem 😉

Amelia, Tycjan, Oktawian, Lukrecja, August, Emma. Kiedy spotykamy się z takim zestawem (i ilością !) imion w rodzinie, szczególnie wiejskiej, natychmiast wyobrażamy sobie dom ocierający się o patologię i niewydolny wychowawczoNie wiem, czy celem twórczości pisarskiej pani Katarzyny Majgier jest obalanie stereotypów związanych z wielodzietnością, czy wychodzi jej to „przy okazji”, ale po rodzinie z bloków w ”Trzynastce na karku” (edit: ten cykl także niebawem przypomnę ! 🙂 ) w tej książce upada stereotyp wielodzietnej rodziny wiejskiej. Rodzice Amelki nie są bezmyślnymi dzieciorobami z marginesu – tworzą w pełni wydolną wychowawczo i kochającą się (choć niezamożną) rodzinę. W dodatku czytają książki, co w ich środowisku nie jest takie częste. Ich marzenia tez są z książkami związane: Mamusia marzy o dużej bibliotece pełnej książek, bo lubi czytać. Tatuś marzy o ciekawej pracy, w której mógłby zarabiać tyle, żeby wyremontować nasz dom i kupić książki, o których marzy mamusia. 😉 Równocześnie poznajemy zamożne rodziny w których kuleje wychowanie jedynaków. Może trochę szkoda, że autorka wpada z jednego stereotypu w drugi – chyba, że zostawia sobie temat do następnych powieści. Kiedy już wyczerpie jej się tematyka wielodzietności, wtedy rozprawi się ze stereotypami jedynaków 😉

Jedyną rzeczą, która mi się w tej książce nie podoba, są ilustracje. Kojarzą się z najgłupszymi kreskówkami na Cartoon Network 😦 Za każdym razem, kiedy mam okazję poobcować trochę z tymi filmami, zastanawiam się – w czyim umyśle mogą powstać takie idiotyczne pomysły ? Doszłam wreszcie do tego, że ich twórcami są zapewne ludzie, którzy sami wychowali się już wyłącznie na kreskówkach. Jak będą wyglądały dzieła tych, którzy wyrosną na ich twórczości ? Boję się nawet pomyśleć.

Jeśli jednak te piękne inaczej ilustracje, zachęcą do lektury „Amelki” klientelę Cartoon Network, to niech już sobie takie będą. Czasami cel uświęca środki. Dzieciom o bardziej rozwiniętych gustach jednorazowy kontakt z tą poetyką nie zaszkodzi. Środkowa z moich córek oprócz „Amelki” znalazła pod choinką jeszcze piękny album ”Sztuka nie tylko dla dzieci” wydany przez „Znak”. Tak na wszelki wypadek 😉

Katarzyna Majgier „Amelka” (seria: Magnes), ilustr.: Wojciech Stachyra, wyd.: Egmont, Warszawa 2006

Wszystko, tylko nie mięta; Diupa

Wszystko, tylko nie mięta; Diupa

czyli pierwsze dwa tomy cyklu książek Ewy Nowak, o których pisałam 16 maja 2007 roku. Od tego czasu cykl rozrósł się do 17 części (nie jestem pewna czy dobrze liczę ?), a obecnie wydawany jest przez wydawnictwo „Prószyński i spółka”. Zyskał też wspólną nazwę „serii miętowej” 🙂 Jedna z jego części – „Bardzo biała wrona” została Książką Roku IBBY w 2009 roku.

Po lekturze tych dwóch książek (a czytałam je, kiedy ukazały się po raz pierwszy nakładem wydawnictwa o uroczej nazwie „Pracownia Słów”) wpadłam w zachwyt. Miałam ogromną nadzieję, że staną się one niejako następcami „Jeżycjady” Małgorzaty Musierowicz (która zresztą pojawia się tam często jako ulubiona lektura bohaterek) w kategorii: współczesne, dobrze obsadzone w realiach i dowcipne książki dla nastolatków. Niestety następne tomy już takiego jednoznacznego zachwytu nie wzbudzały 😦 ale zdania o nich są wśród osób, które o to pytałam , podzielone i każda znajduje u kogoś uznanie. Książki należące do tego cyklu łączy to, że ich bohaterami są warszawscy licealiści (najczęściej zamieszkali po prawej stronie Wisły), a kolejne tomy opisują problemy osób, które w poprzednich pojawiały się gdzieś w tle (natomiast bohaterowie poprzednich przemykają się mniej lub bardziej dyskretnie gdzieś w następnych częściach;-)

Swoją drogą – przydałaby się jakaś wspólna dla tych książek nazwa. Coś jak „Jeżycjada”. Coś – co w świadomości społecznej łączyłoby je w całość (oprócz szaty graficznej). Przydałoby się to tym bardziej, że Ewa Nowak pisuje również książki adresowane do nieco młodszych czytelników, nie związane z tym cyklem.

Zbiorowym bohaterem „Wszystko, tylko nie mięta” i „Diupy” są rodziny Gwidoszów (w pierwszej) i Rybackich (w drugiej z tych książek). Rodziny fantastyczne, z gatunku takich, jakie każdy chciałby mieć na własność, albo przynajmniej przyjaźnić się z nimi. Rodziców z obu tych domów łączy przyjaźń jeszcze z lat studenckich, poza tym mieszkają po sąsiedzku na Bródnie. Obie rodziny mają po dwoje dzieci w liceum, po jednej arcysympatycznej Babci i po jednym fantastycznym kilkulatku (choć u Rybackich jest to siostrzeniec). Jest w tych domach mnóstwo miłości – zarówno między rodzicami (mimo blisko dwudziestoletniego stażu małżeńskiego), jak i rodziców do dzieci (i wzajemnie), a także (o co najtrudniej) między dziećmi.

W tych domach rozmowy nie ograniczają się do zdawkowych pytań o szkołę i oceny. Tematów nie brakuje, rodzice na ogół wyczuwają, kiedy dzieci mają jakieś problemy i potrafią znaleźć sposób, żeby o nich pogadać. Gwidoszowie lubują się w humorze absurdalnym, ale nie przeszkadza im to w przekazywaniu rzeczy naprawdę ważnych. Jest tam mój ukochany dialog ojca z synem o miłości: – Wal synu, co ci leży na wątrobie, zanim nam zamkną sklepy.  Czy ty kochasz mamę ? – Jezu przenajświętszy, a jakże inaczej bym z nią wytrzymał ? – wzniósł ręce do nieba ojciec. Czy można prościej wytłumaczyć, na czym polega miłość ?

Niedawno zdarzyło mi się obejrzeć w telewizji wywiad z Małgorzatą Niezabitowską. Na pytanie, czy kocha się za coś, czy pomimo czegoś, odpowiedziała, że ona kocha po prostu – ani za, ani pomimo. Rodziny w tych książkach też kochają się po prostu. W następnych tomach już takich fajnych rodzin nie spotykamy, a w ostatnim (edit: który wówczas czytałam) – „Kiedyś na pewno” mamy do czynienia z sytuacją odwrotną czyli rodziną w rozsypce, w której rodzice, zajęci międzynarodową karierą, w ogóle nie interesują się swoimi córkami. Czyżby autorka uznała, że tamte domy były zbyt idealne, a przez to nierealne ?

Jest jeszcze coś, co łączy wszystkie książki tego cyklu – we wszystkich znajdujemy nawiązania do poezji Jacka Kaczmarskiego, z którym (jak mogę przypuszczać) łączyła autorkę bliska znajomość, może przyjaźń.„Wszystko, tylko nie mięta” jest mu nawet dedykowana – z podziękowaniami. Ja osobistą znajomością pochwalić się nie mogę, ale piosenki Jacka Kaczmarskiego towarzyszyły mi i moim przyjaciołom od czasów licealnych, kształtowały nasze widzenie świata, uczyły historii.

Kaczmarski wielkim poetą był 😉 Coraz częściej przekonuję się, że nie ma takiej sytuacji, zjawiska czy wydarzenia, których nie dałoby się skomentować Kaczmarskim. Największą krzywdą, jaką można by wyrządzić jego poezji, byłoby wstawienie go do kanonu lektur i przerabianie w szkole. Ewa Nowak przemyca fragmenty jego piosenek do swoich książek, co sympatyczniejsi z ich bohaterów (zarówno z pokolenia rodziców, jak i obecnych nastolatków) okazują się być jego wielbicielami, a Jacek Kaczmarski pojawia się osobiście w „Krzywym 10” – bohaterowie tej książki udają się na jego koncert.

„A ty siej, a nuż coś wyrośnie”  – śpiewał. Ewa Nowak sieje i mam nadzieję, że na jej książkach wyrośnie kolejne pokolenie wsłuchane w jego piosenki i odnajdujące w nich coraz aktualniejsze treści.

Ewa Nowak „Wszystko, tylko nie mięta”, wyd. Egmont, Warszawa 2005 (I wyd.: Pracownia Słów, Warszawa 2002)

Ewa Nowak „Diupa”, wyd. Egmont, Warszawa 2005 (I wyd.: Pracownia Słów, Warszawa 2002)

Ewa Nowak „Kiedyś na pewno”, wyd. Egmont, Warszawa 2007

Atramentowe serce

Atramentowe serce

czyli pierwsza część „Atramentowej Trylogii”, której kolejnymi tomami są „Atramentowa krew” i „Atramentowa śmierć”. Było dla mnie pewnym rozczarowaniem, kiedy okazało się, że dwie ostatnie to po prostu typowe fantasy, ale pierwsza z cyklu zdecydowanie jest wymykającą się gatunkom książką inną niż wszystkie 🙂

Wpis z 17 września 2007 roku:

Tamtej nocy padał deszcz – drobny, szemrzący deszcz. Jeszcze wiele lat później wystarczyło, że Meggie zamknęła oczy, a znów go słyszała, jakby ktoś stukał w szybę delikatnymi paluszkami. Dziewczynka nie mogła zasnąć, więc wyciągnęła książkę, którą miała pod poduszką. Podeszła do okna, żeby zapalić świecę i wtedy usłyszała kroki na zewnątrz. Ujrzała postać, kryjącą się w mroku…

Kim był ten człowiek ?

Po co przybył i dlaczego nazywał jej Ojca Czarodziejskim Językiem ???

Nic z tego. 🙂 Ode mnie się tego nie dowiecie – musicie przeczytać „Atramentowe serce”. Uchylając tu choć rąbka tajemnicy, odebrałabym Wam całą przyjemność lektury, a takiego świństwa nie potrafię zrobić nikomu. Nic na to nie poradzę 😦

Nie potrafię – i dlatego mam teraz spory problem. Jak, nie ujawniając nic z treści książki opisać jej niezwykły urok, który kryje się przede wszystkim w pomyśle fabuły ? Jednak spróbuję… Przede wszystkim jest to książka o książkach i o ludziach, którzy je tworzą. Książka o miłości do książek i o radościach, które się z nimi wiążą, ale także o niebezpieczeństwach, jakich mogą stać się przyczyną „Atramentowe serce” jest także próbą odpowiedzi na pytanie – czy pisarz, który opisuje na kartach swoich książek odrębny świat, tworzy go od nowa, czy jedynie ujawnia jego istnienie ? Czy świat ów istnieje tylko w tej części, którą znamy z książki, czy może autor opisał jedynie jego wycinek, a całość funkcjonuje gdzieś poza nią ? Kto ma decydujący wpływ na wydarzenia – pisarz czy postaci, które powołał do życia ?

Każdy rozdział zaczyna się cytatem z jakiejś klasycznej książki dziecięcej czy młodzieżowej, a cytat ów łączy się z tym, co wydarzy się w tym rozdziale. Dzięki temu zabiegowi uświadamiamy sobie, że w książkach właściwie wszystko już było. Mimo to autorce udało się stworzyć z tych znanych od dawna motywów opowieść zupełnie nową i zaskakującą.

Na drzwiach pracowni introligatorskiej Mo, ojca Meggie widniał  napis: Niektórych książek wystarczy skosztować, inne się połyka, a tylko nieliczne trzeba przeżuć i strawić do końca. „Atramentowe serce” należy do tych ostatnich. Obie z Najstarszą z córek czytałyśmy je niejeden raz, bo jest to jedna z tych książek dla młodzieży, po którą z przyjemnością sięgną również dorośli. Dla Środkowej z nich jest to jeszcze lektura zbyt trudna do samodzielnego przeczytania. Nie odważyłabym się jednak czytać jej tego na głos… 

Dlaczego ? Niestety – ode mnie się tego nie dowiecie…   😉

Cornelia Funke „Atramentowe serce” (z ilustracjami autorki), przekł.: Jan Koźbiał, wyd.: Egmont, Warszawa 2005

P.S. Książka została zekranizowana i ten film także był jednym z ulubionych przez moje córki 🙂

110 ulic i 220 linii

110 ulic i 220 linii

czyli dwie pierwsze książki Małgorzaty Gutowskiej – Adamczyk, które stanęły na półkach Małego Pokoju 23 maja 2008 roku:

Jolanta i Krzysztof Wierzbiccy mogli czuć się ludźmi sukcesu – prestiżowe stanowiska, wysokie zarobki, mieszkanie w ekskluzywnym apartamentowcu, nowiutkie Volwo, pani do pomocy w domu…

Ich synowie – licealista Michał i piątoklasista Mikołaj przyzwyczajeni byli do życia na wysokim poziomie – markowe stroje i sprzęt sportowy, płyty, wakacje w Portugalii, obóz językowy w Londynie…

Wszystko to kończy się z dnia na dzień, kiedy okazuje się, że Ojciec od kilku miesięcy ukrywa przed rodziną, że stracił pracę w międzynarodowej korporacji i nie może znaleźć innej. Jedynym wyjściem jest wyjazd z Warszawy i wzięcie w ajencję stacji benzynowej koło Grajewa. Dla Michała to niemal koniec świata. Zresztą przyznajcie się bez bicia – kto wie gdzie leży Grajewo ? No własnie 🙂 Chłopak nie wyobraża sobie życia tam i wstydzi się przyznać kolegom do takiej degradacji rodziny. Mówi więc, że wyjeżdżają do Finlandii…

„110 ulic” (podobnie jak „220 linii”, które dzieje się już po powrocie całej rodziny do Warszawy i dawnego życia) to trochę powieść inicjacyjna. Michał (w pierwszej z nich) i Mikołaj (w drugiej) dojrzewają gwałtownie w zetknięciu z prawdziwym życiem, z którym wcześniej mieli niewielki kontakt. Wyjazd do Grajewa stawia całą rodzinę wobec zupełnie nowych warunków i wyzwań oraz powoduje, ze zaczynają siebie nawzajem postrzegać zupełnie inaczej niż przedtem.

220 linii” można też określić jako powieść drogi, bo dojrzewanie Mikolaja odbywa się m.in. przez pozornie bezcelowe jeżdżenie autobusami i zaliczanie kolejnych pętli. Chłopak eksploruje miasto, które oglądał dotychczas zza szyb samochodów rodziców. Ta książka osadzona jest mocno w realich warszawskich (nie znam Grajewa, więc trudno mi to ocenić w przypadku „110 ulic”) – do niedawna mogła wręcz służyć z przewodnik po liniach autobusowych, teraz juz się nieco zdezaktualizowała.

Podoba mi się sposób, w jaki Małgorzata Gutowska – Adamczyk opisuje rodzinę Wierzbickich. Podoba mi się nie tylko dlatego, że pokazuje męski świat, którego nie mam na co dzień 😉 Wierzbickim daleko do ideałów – szczególnie Michał może być przez osoby postronne postrzegany jako klęska wychowawcza rodziców. Bracia kłócą się ze sobą, mają bałagan w pokojach (to akurat znam dobrze z autopsji 😉 ), a ich mama też niespecjalnie przepada za zajęciami domowymi. Nie jest to dom w którym wszyscy mówią „Kocham Cię” 😉 Sytuacja musi otrzeć się niemal o ostateczność, żeby ojciec usłyszał takie wyznanie z ust syna. Jednak dom Wierzbickich to dom, w którym się ze sobą rozmawia naprawdę, a nie tylko wydaje dzieciom polecenia i odbiera komunikaty o ich realizacji. Rodzice od czasu do czasu wznoszą okrzyki typu: Nie, ja biorę od was urlop, czasem być może dają swoim synom zbyt wiele swobody, ale wtedy, kiedy trzeba, potrafią stanąć za nimi murem.

Michał i Mikołaj nie mają młodszego rodzeństwa, więc zastanawiam się, czy czytelnicy mogą liczyć na ciąg dalszy tego cyklu. A jeśli tak, to jaki tytuł będzie mieć ewentualna trzecia część ? 330… czego ? Ot, ciekawostka… 😉

Małgorzata Gutowska – Adamczyk „110 ulic”, wyd.: Nasza Księgarnia, Warszawa 2007 (I wyd.: Akapit Press, Łódź 2002, kolejne: Nasza Księgarnia, Warszawa 2016)

Małgorzata Gutowska – Adamczyk „220 linii”, wyd.: Egmont, Warszawa 2006 (kolejne wydanie: Nasza Księgarnia, Warszawa 2016)

Całus na dobranoc

Całus na dobranoc

oraz „Czy źle się czujesz, Sam ?”

Wpis z 18 kwietnia 2007 roku:

Czyli kolejne moje zaskoczenie z serii: A myślałam, że dla Najmłodszej to już będzie za dziecinne…  😉 (edit: Miała wtedy 7 lat) Sama sobie wynalazła te książeczki na półce w bibliotece, więc nie protestowałam.

Wieczorne rytuały maluchów… Przedsenne porządkowanie świata – określone czynności w określonej kolejności (książeczka, kocyk, przytulanka, mleczko 😉 ), ukochane przytulanki siedzące obok poduszki i oczywiście całus na dobranoc. Czy można zasnąć bez całusa ?

Na ulicy Mirabelkowej zapada noc, a wiatr huczy i szarpie gałęziami drzew. W domku małego misia Sama jest ciepło i zacisznie. W piecyku wesoło trzaska ogień. Czerwony kocyk w łóżeczku Sama i jego niebieski szlafroczek też oczywiście grzeją, ale głównym źródłem ciepła emanującego z kart tych książeczek jest jego Mama – misiowy archetyp wszystkich Mam świata. Duża, miękka, przytulna i spokojna – nawet wtedy, kiedy jej kaszlący synek nie chce wypić syropu. Ilekroć czytam drugą z tych książeczek, zachwyca mnie ta jej czuła konsekwencja w kwestii syropu. Najmłodsza najczęściej odmawia przyjmowania jakichkolwiek lekarstw doustnie (na szczęście choruje rzadko), a ja w takich sytuacjach tracę niestety całą swoją przytulność. Znacie może jakiś syrop w czopkach ? 😉

Pisząc teraz o tych książeczkach muszę się bardzo pilnować, żeby nie nadużywać słowa ciepły w różnych formach i przypadkach. Uporczywie pcha mi się pod palce – również gdy chcę napisać o ilustracjach Anity Jeram. Spod jej ręki wyszli też Duży Brązowy Zając razem z Małym Brązowym Zajączkiem i, choć na pierwszy rzut oka wydają się zupełnie odmienni od Sama i jego Mamy, jest coś, co ich łączy.

Miłość. Po prostu – miłość. Pokazana bez egzaltacji – nadmiaru ozdóbek, różowych serduszek i świergotu. Wystarczy popatrzeć na obrazek z okładki „Całusa” albo na ten kończący drugą z książeczek, gdzie Sam i Mama śpią przytuleni, a za oknem pada śnieg, a ogarnie nas błogie poczucie bezpieczeństwa.

Te książeczki są jak łyk ciepłego mleka przed snem, są jak… całus na dobranoc 😉

Amy Hearst „Całus na dobranoc”, ilustr.: Anita Jeram, przekł.: Liliana Bardijewska, wyd.: Egmont, Warszawa 2004

Amy Hearst „Czy źle się czujesz Sam ?”, ilustr.: Anita Jeram, przekł.: Liliana Bardijewska, wyd.: Egmont, Warszawa 2004

U nas w Ammerlo

U nas w Ammerlo

oraz „Lato w Ammerlo” – czyli dwie kolejne książki wakacyjne, które mi się po wielu latach przypomniały. 29 sierpnia 2007 roku pisałam o nich, bo wyglądały obiecująco, a okazały się rozczarowujące 😦

Tegoroczne wakacje upłynęły nam pod znakiem remontu domu. Remont ów wymagał mojej obecności na miejscu, a Najmłodsza z córek (edit: wówczas siedmioletnia) zmuszona była mi towarzyszyć. Najstarsza i Środkowa były na swoich obozach, ale ona jest jeszcze za mała na samodzielny wyjazd, więc spędziła prawie całe wakacje w domu.

Nie mogłyśmy wyjechać, ale za to czytałyśmy sobie o tym, jak fajnie może być wszędzie tam gdzie nas nie ma 😉 Jedną z takich naszych lektur wakacyjnych miały być książeczki o Ammerlo. Na pierwszy rzut oka wyglądały bardzo sympatycznie. Poza tym przeczytałam sporo pochwał na ich temat, więc nie wgłębiając się wcześniej w ich treść zaczęłam czytać je Najmłodszej. Niestety – ich lektura zaskoczyła mnie in minus… 😦

Na pierwszy rzut oka – to miłe historyjki o przygodach gromadki dzieciaków, jednego psa i jednego strasznie spasionego królika w bardzo wakacyjnej scenerii małej wioski nad morzem. Dzieciaki myszkują po wszystkich zakamarkach Ammerlo, remontują żaglówkę, a później nią pływają (nie raz i nie dwa kończy się to kąpielą w ubraniu), rozwikłują rozmaite zagadki – krótko mówiąc: bawią się świetnie. Na pierwszy rzut oka, głównie dzięki nadmorskiemu anturażowi, ta książka kojarzy się z  ”My na wyspie Saltkrakan”.

Na drugi rzut oka – można w tych książeczkach dostrzec wiele sytuacji… jak by to powiedzieć… dwuznacznych moralnie. Generalnie mieszkańcy Ammerlo w tych książeczkach dzielą się na fajnych (do nich należą przede wszystkim mali bohaterowie tych książek – Luisa, Mandy, Aik i Luklas oraz ich rodziny z przyległościaminiefajnych. Niefajni są… po prostu niefajni i z definicji można ich traktować również niefajnie.

Kiedy Luisa ma sprawę do Aika, który mieszka nad sklepem sportowym, nie będzie się przecież fatygowała po schodach na piętro. Po co, skoro można rzucić czymś w okno ? Za każdym razem, kiedy Luisa celowała kamykiem w okno Aika, kamyk trafiał w szybę wystawy. Awantury właściciela sklepu stały się swego rodzaju prywatnym sygnałem, który dla wszystkich członków rodziny Aika oznaczał, że przyszła Luisa. Jakie to śmieszne, prawda ? Właściciel sklepu jest oczywiście niefajny.

Najniefajniejszym z całej wsi jest niejaki Ponurak, który nie lubi nikogo poza swoim psem, więc jego też można nie lubić. Kiedyś podczas malowania stoiska w kanapkami, będącego własnością taty Luisy, dzieciaki narozlewały farby i umazały się w nich razem z psem i królikiem. Następnie zwierzaki przespacerowały się po zadbanej łodzi Ponuraka, zostawiając tam masę śladów. Ponurak oczywiście miał o te ślady (niewątpliwie trudne do usunięcia) pretensje, ale tata Luisy potraktował go tak, jak na to zasłużył (swoją niefajnością oczywiście). Sprytnie ubrudził łapy jego psa w farbie i zwalił winę na niego. (Tu następuje śmiech z offu 😉 )

Bardzo wesoło było również wtedy, kiedy niedopilnowana przez Mamę i starszego brata Aika trzyletnia Lenka (wespół w zespół z niedopilnowanym przez Luisę i jej rodzinę psem – panem Mechatym) rozkopała wypielęgnowany klomb w (zadbanym równie jak łódź) ogródku Ponuraka. Tutaj też nikomu fajnemu nie przyszło do głowy tak trywialne rozwiązanie jak zadośćuczynienie za wyrządzone szkody. Po co, skoro było tak śmiesznie ? Najpierw wyglądał tylko na niebywale zdumionego, ale po kilku sekundach, kiedy spojrzał na usmarowanych ziemią intruzów i zrujnowany klomb, jego twarz powoli zmieniła się z bladej na krwiście czerwoną. A potem Ponurak wydał z siebie wściekły, rozdzierający uszy ryk. Lenka i pan Mechaty zrozumieli wreszcie, ze lepiej opuścić miejsce akcji. We czwórkę rzucili się do znanej już dziury w płocie. (…) Tymczasem Ponurak ryczał dalej i coraz bliżej, ale miotająca nim wściekłość nie pozwalała zrozumieć słów. (HA HA HA !!!)

Na akcję polegającą na ściągnięciu (przy pomocy wędki) nakryć głowy gości kawiarni i zorganizowaniu następnie ich licytacji, spuśćmy litościwie zasłonę milczenia, bo tam pojawił się choć cień wątpliwości, czy rzecz cała jest w porządku.

Być może starzeję się i z wiekiem zaczynam być nadmiernie czepialska. Nie wykluczam tego 😉 Czytając Najmłodszej „U nas w Ammerlo” niemal każdy rozdział okraszałam pogadanką moralizatorską (z wtrętami prawniczymi 😉 ). Efekt ? Drugiego tomu już nie czytałyśmy – moja córka zdecydowanie odmówiła współpracy.

Antonia Michaelis „U nas w Ammerlo”, przekł.: Izabella Korsak, ilustr.: Julia Ginsbach, wyd.: Egmont, Warszawa 2007

Antonia Michaelis „Lato w Ammerlo”, przekł.: Izabella Korsak, ilustr.: Julia Ginsbach, wyd.: Egmont, Warszawa 2007