Free lunch. Darmowy obiad

Free lunch. Darmowy obiad

Ostrzeżenie – recenzja niestety zawiera spoilery, ale nie potrafiłam napisać o tym, co moim zdaniem jest w tej historii ważne, nie odnosząc się do jej zakończenia.

Właśnie skończyłem pisać historię, którą wy właśnie skończyliście czytać. Jestem wykończony, smutny i jest mi trochę niedobrze. (Nie bójcie się, nie puszczę na was pawia). Czuję się tak, bo wszystko, co opisałem w tej książce, zdarzyło się naprawdę. Tak wyglądało moje dzieciństwo. Każdy śmiech, każdy obiad w szkole, każde uderzenie, o których czytaliście, jest efektem głębokiego nurkowania w moją prywatną przeszłość.

Podobnie jak większość szóstoklasistów, interesowali mnie głównie kumple, oceny i kombinacje do szafek. Ale martwiłem się też o inne rzeczy – kiedy znowu coś zjem, w jakim nastroju będzie moja mama czy ojczym, kiedy wrócę ze szkoły, i kiedy inne dzieciaki odkryją mój najmroczniejszy sekret – że jestem biedny jak mysz kościelna – napisał Autor tej książki w posłowiu.

„Free lunch. Darmowy obiad” to nie jest lektura przyjemna. Towarzysząc bohaterowi w jego niełatwym i niesprawiedliwym życiu, odczuwałam przede wszystkim bezradność i bezsilną złość. Adresatami tej ostatniej byli dorośli – przede wszystkim matka i ojczym Rexa, ale także jego nieobecny, choć płacący alimenty ojciec oraz wszyscy ci, którzy go codziennie spotykali, na przykład nauczyciele ze szkoły. W najmniejszym stopniu obwiniałam Abuelę – babcię chłopca, bo ona jednak usiłowała coś dla niego zrobić.

Im dłużej myślę o tej książce, tym większe mam poczucie, że największym problemem Rexa wcale nie była bieda. Ta historia opowiedziana jest z punktu widzenia jej jedenastoletniego bohatera i mimo że pisał ją już jako człowiek dorosły, mam wrażenie, że nadal w głębi duszy jest tym skrzywdzonym przez życie chłopcem. Brakuje mi tam refleksji dorosłego, patrzącego na to wszystko z dystansu.

Dlatego w tej opowieści na pierwszym planie jest bieda – brak jedzenia w domu i tytułowy darmowy obiad w szkole, którego ceną jest wstyd przed kolegami, używane ciuchy, dziurawy plecak czy niemożność zapisania się na zajęcia dodatkowe – bo to są te kwestie, w których Rex porównywał się z rówieśnikami. Są tam też problemy dla polskiego czytelnika niezrozumiałe, na przykład to, jak jest postrzegany bohater z racji swojego meksykańskiego pochodzenia i jak go to sytuuje w strukturze społecznej.

W tle i właściwie bez żadnego odautorskiego komentarza pozostaje to, co działo się w jego domu, a co chłopiec uważał za normę.

Czyli przemoc.

Przemoc słowna i fizyczna, zarówno między dorosłymi, jak też w stosunku do niego, czego skutkiem był z jednej strony brak poczucia bezpieczeństwa, a z drugiej – typowe dla takich sytuacji wchodzenie przez dziecko w rolę osoby dorosłej i branie na siebie odpowiedzialności za brata i mamę.

Mam w związku z tym problem z zakończeniem tej książki, bo (tu następuje zapowiadany spoiler) kończy się ona happyendem. Mama znajduje pracę, rodzice wykupują z lombardu zastawione tam wcześniej rzeczy i wreszcie są normalne święta (czyli z prezentami). Od tego momentu zaczyna się nowe lepsze życie. Ok, być może naprawdę tak było w tej rodzinie, ale we mnie po tej lekturze pozostała obawa. Czy naprawdę tylko brak pieniędzy był w tej rodzinie problemem ? A co jeśli Mama Rexa straci pracę i znowu zaczną się problemy finansowe ? Tyle czasu była bezrobotna, może był jakiś tego inny powód ? A jeśli restauracja splajtuje ? Czy związek mamy z ojczymem przetrwa i co, jeśli nie ? Obawiam się, że ten strach pozostał z Rexem do dziś.

Dlatego napisał tę książkę – dla dzieci, które są w jego sytuacji, ale też dla tych, które takich problemów nie mają. Żeby zrozumiały, że ich biedniejsi koledzy nie są temu winni. A także, że oni sami wcale nie są lepsi dlatego, że ich rodzice (i rodziny) są życiowo zaradniejsi.

Żadne dziecko nie powinno czuć się osamotnione, zawstydzone czy bezwartościowe. Dzieci muszą wiedzieć, że to w jakich warunkach żyją, nie jest ich winą. (…) Napisałem „Darmowy obiad”, bo naprawdę wierzę, że mam coś wartościowego do przekazania. I nie chodzi tylko o wyjawienie prawdy na temat moich najbardziej intymnych doświadczeń, by dać innym do zrozumienia, że nie są sami. Chciałbym również wyrazić solidarność z tymi młodymi czytelnikami, którzy desperacko jej potrzebują.

Tak, życie potrafi być naprawdę, naprawdę ciężkie. Dla niektórych kończy się nawet tragicznie. Ale świat potrafi być też piękny, cudowny i pełny radości. Zazwyczaj jest tak gdzieś pośrodku.

Rex Ogle „Free lunch. Darmowy obiad”, przekł.: Alicja Laskowska, wyd.: Mamania, Warszawa 2020

Miasto pamięci. Czternaście rodzinnych spacerów po Powązkach

Miasto pamięci. Czternaście rodzinnych spacerów po Powązkach

To już ponad rok, jak żyjemy w mocno specyficznym czasie pandemii. Jaki ma to wpływ na kwestie książkowe ? No cóż – najprościej mówiąc: dwojaki. Z jednej strony – podobno rośnie czytelnictwo, co jest o tyle zrozumiałe, że czytanie książek pozostało jedną z niewielu aktywności, którym w tych warunkach można się oddawać analogowo. Z drugiej jednak – książki, które ukazały się w tym czasie, mają niestety pod górkę. Trudniej jest z nimi dotrzeć do czytelników, nie odbywają się targi książki, a spotkania autorskie online to zdecydowanie nie to samo. Nie da się tego nadrobić, jak już się to wszystko skończy (a skończy ???), bo przecież cały czas wydawane są kolejne nowości.

„Miasto pamięci” to jedna z takich publikacji, których ukazanie się przeszło niemal kompletnie bez echa, mimo że książka bardzo na nie zasługuje. Jej premiera miała miejsce na początku listopada zeszłego roku. Moment wybrany został bardzo trafnie, bo jest to okres, który szczególnie kojarzy się z wizytami na cmentarzach – niestety nie w zeszłym roku. W normalnych czasach zapewne moglibyśmy w ramach promocji pójść na spacer po Powązkach razem z Autorką, ale cmentarze akurat zostały zamknięte.

Teraz mamy wiosnę, więc warto to nadrobić. Galerie i muzea nadal są zamknięte. Nie wiem, jak Wy, ale ja tęsknię do nich bardzo. Oglądanie dzieł sztuki na ekranie komputera to jak lizanie lodów przez szybę. Cmentarz Powązkowski łączy w sobie walor i parku, i muzeum, a dzięki książce Zuzanny Orlińskiej możemy do odwiedzin tam dołożyć jeszcze atrakcyjność gry miejskiej. „Miasto pamięci” to spacerownik – razem z jego bohaterami: rodzeństwem Kubą i Mają oraz ich Dziadkiem, emerytowanym przewodnikiem możemy wędrować po Powązkach czternastoma trasami. Autorka prowadzi nas przez ten najstarszy w Warszawie cmentarz opowiadając nie tylko o ludziach na nim pochowanych i roli, jaką odegrali w naszej historii i kulturze, ale także o ich nagrobkach, które często są niezwykłymi dziełami sztuki. Te spacery są też czasem pretekstem do opowieści o tym, co się wydarzyło na Powązkach w przeszłości – na przykład w czasie Powstania Warszawskiego.

Tej książki nie da się czytać po prostu od deski do deski. Trzeba robić przerwy, bo nagromadzenie faktów historycznych, ciekawostek, ilustracji Autorki i zdjęć jest zbyt duże, żeby wszystko przyswoić. Optymalnie byłoby, gdyby po każdy rozdziale udało się pojechać tam, żeby zobaczyć to, o czym się czytało, w tak zwanym realu. Można też stworzyć sobie własny plan wycieczki, wybierając z kolejnych spacerów te miejsca, które nas najbardziej zainteresują.

Na miejscu na pewno znajdziemy też groby osób, dla których miejsca w tej książce nie starczyło, a które nas z jakiś przyczyn zainteresują. Dawniej, gdy natrafiłam na coś takiego, zapisywałam sobie dane w notesie, żeby po powrocie do domu poszukać informacji (na przykład w encyklopedii – ktoś jeszcze pamięta, co to było ? 😉 ). Żyjemy jednak w czasach, kiedy każdy z nas nosi w kieszeni urządzonko dające dostęp do wiedzy całego świata. Jest to więc znakomita okazja, aby pokazać młodzieży, że może służyć ono do czegoś więcej niż tylko do pokazywania zdjęć śmiesznych kotków (i innych memów).

Oprowadzając nas po Powązkach jak po muzeum Zuzanna Orlińska nie zapomina jednak o tym, że jest to cmentarz czyli miejsce smutku, zadumy i tęsknoty za tymi, którzy już odeszli. Bohaterowie tej książki pojawiają się tam co miesiąc – w dniu, w którym umarła ich Babcia, przede wszystkim po to, żeby odwiedzić jej grób.

Zmietli z nagrobka liście, zapalili znicze. Dziadek długo ustawiał kwiaty. Kuba ułożył na gładkim granicie krzyżyk z kasztanów. Pomilczeli chwilę w zadumie.

Myślisz, że babcia naprawdę nie wie, że ją odwiedzamy ? – zapytał Kuba.

To trudne pytanie – odezwał się dziadek po chwili zastanowienia. – Bo tak naprawdę pytasz mnie o sprawę zasadniczą: czy śmierć wszystko przerywa, czy nie. Odpowiem pytaniem: czy kochasz babcię, mimo że nie żyje ?

– No pewnie.

– To znaczy, że śmierć nie kończy wszystkiego. Naszych uczuć nie zakończyła.

– No tak – zgodził się Kuba. – Ale co z uczuciami babci ? Czy mogą istnieć, kiedy jej już nie ma ?

– Mogą – zapewnił dziadek uroczystym tonem. – Dopóki o nich pamiętamy. (…)Dlatego lubię tutaj przychodzić – powiedział. Bo tu się czuje te wszystkie nieumarłe uczucia.

„Miasto pamięci” to nie tylko przewodnik – spacerownik. To także książka, która zachęca nas do zadumy nad sprawami trudnymi i ostatecznymi. Warto dać się jej do tego namówić. A potem odwiedzić Powązki.

Czytelników spoza Warszawy oczywiście także zapraszamy do wizyty tam, ale pamiętajmy o tym, że podobnie można zwiedzić także stare cmentarze w innych miastach. Każdy z nich to lekcja historii – może bardziej lokalnej, ale nie mniej ważnej.

Zuzanna Orlińska „Miasto pamięci. Czternaście rodzinnych spacerów po Powązkach”, wyd.: Literatura, Łódź 2020

O kolędach. Gawęda

O kolędach. Gawęda

Książka nominowana w Plebiscycie Blogerów LOKOMOTYWA – książka dla niedorosłych w kategorii – Od A do Z !!!

Nie doceniłam Emilii Kiereś – stwierdzam to z ogromnym zadowoleniem, a nawet z radością 😉

Zainteresowałam się tą książką ze względu na ilustracje Marianny Oklejak, ale poza tym spodziewałam się, że będzie to coś w rodzaju świątecznego śpiewnika jakich wiele już widziałam – czyli teksty kolęd, nuty oraz krótki tekst informujący o historii każdej z nich. Tymczasem „O kolędach. Gawęda” okazała się publikacją nie tylko piękną wizualnie (co mnie absolutnie nie zaskoczyło), ale także zaskakująco interesującą 😉

Gdybym Was zapytała, o czym zwykle śpiewamy pod choinką, odparlibyście na pewno, że o narodzinach Jezusa. To prawda – większość kolęd mówi właśnie o tym. Ale na ile różnych sposobów ! Czy zauważyliście kiedyś, że każda kolęda ma inny nastrój, a betlejemska stajenka bywa opisywana z bardzo różnych punktów widzenia ? Zwykle nie zwracamy na to uwagi, bo przecież kolęd się nie czyta – tylko się je śpiewa. A kiedy śpiewamy, nie zastanawiamy się nad każdym słowem.

Ta książka służy właśnie temu, żebyśmy się nad nimi zastanowili. Oprócz nut, chwytów gitarowych i tekstów kolęd, zawierających także zwrotki obecnie już zapomniane, znajdziemy w niej również wyjaśnienie słów, które w nich występują, a które mogą być dla współczesnych czytelników nie do końca zrozumiałe. Opowieść, którą Emilia Kiereś snuje wokół tych dwudziestu kolęd, nie jest wykładem, a właśnie gawędą dotykającą wielu związanych z nimi tematów. Znajdziemy więc tam nie tylko wyjaśnienie tego, o czym każda z kolęd opowiada, z odwołaniem zarówno do realiów Palestyny z czasów narodzin Jezusa, jak też tego, w jaki sposób odbiły się w niej czasy, w których powstała. Znajdziemy również historię kolędowania oraz obchodzenia świąt Bożego Narodzenia w Polsce przez wieki, z nawiązaniami do tego, co w tej tradycji pozostało jeszcze z czasów przedchrześcijańskich. Wszystkie te wątki przeplatają się ze sobą, łączą z tekstami pieśni i z ilustracjami Marianny Oklejak jak w najstaranniej utkanej materii. „O kolędach. Gawęda” nie jest książką do przeczytania na jeden raz. Podobnie jak kolędy, które przecież towarzyszą nam nie tylko wigilijny wieczór, ale śpiewa się je w kościołach do 2 lutego, ona także może być lekturą na niejeden świąteczny i poświąteczny wieczór.

Jest to także (druga już w tym roku!) książka osadzająca te święta w ich pierwotnym, religijnym kontekście, który coraz bardziej zagłuszany jest przez donośne pohukiwanie Uzurpatora, nazywającego siebie Świętym Mikołajem. Tymczasem żaden prezent wyjęty spod choinki nie może się równać z magią tej jednej w roku chwili, kiedy wszyscy stoimy wokół stołu, na którym leży opłatek, a jedna z córek czyta W owym czasie wyszło rozporządzenie Cezara Augusta, żeby przeprowadzić spis ludności w całym państwie. Pierwszy ten spis odbył się wówczas, gdy wielkorządcą Syrii był Kwiryniusz… (oraz z tym momentem o północy, kiedy w ciemnym kościele nagle zapalają się światła, rozlegają organy i śpiewamy Bóg się rodzi, moc truchleje !).

I takich wzruszeń życzę wszystkim także w tym trudnym i dość smutnym roku !

Emilia Kiereś „O kolędach. Gawęda”, ilustr.: Marianna Oklejak, wyd.: Kropka, Warszawa 2020

Polska. Na tropie historii

Polska. Na tropie historii

Ubocznym skutkiem koronawirusa jest to, że po raz kolejny odczuwam niekłamaną radość z faktu, że wszystkie moje córki od Najstarszej przez Środkową po Najmłodszą zdążyły już zakończyć swoje (i moje przy okazji też) przygody z polskim systemem oświatowym.

Chcę równocześnie przekazać wyrazy współczucia dla tych rodziców, którzy muszą teraz stawić czoła zdalnemu nauczaniu swoich dzieci w czasie przymusowych korona-nie-ferii, szczególnie jeśli mają tych dzieci więcej niż jedno, a sami też muszą pracować zdalnie. Z tego, co z różnych stron słyszę, łatwo nie jest.

Może w tej walce przyda się taka pomoc naukowa ? Można jej używać analogowo, oglądając pełne szczegółów ilustracje oraz czytając zamieszczone tam teksty i wykonując polecenia. Można też ściągnąć z sieci pliki audio (kod dostępu podany jest w książce) i już offline wysłuchać komentarza historycznego.

12 rozkładówek wypełniają kipiące szczegółami ilustracje Zuzy Wollny, której kreskę miałam okazję poznać, kiedy ilustrowała książki swojego ojca Mariusza Wollnego (m.in. smoczy przewodnik po Krakowie), ukazujące życie codzienne w różnych okresach historii od czasów wczesnopiastowskich po okres PRL-u. Nie zobaczycie tam znanych postaci, ani ważnych wydarzeń historycznych tylko codzienne życie zwyczajnych ludzi, to czym się zajmowali, jakich przedmiotów używali i jak się ubierali.

I choć na ogół piszę tu o książkach, które służą do czytania, tym razem, w wyjątkowej sytuacji robię wyjątek, bo naprawdę warto sięgnąć po tę publikację 🙂

Dr Sebastian Adamkiewicz (tekst), Zuza Wollny (ilustr.) „Polska. Na tropie historii” (seria: Kapitan Nauka”), wyd.: Edgard, Warszawa 2020

Dzieje się je. Mała historia kuchni

Dzieje się je. Mała historia kuchni

Książka nominowana w Plebiscycie Blogerów LOKOMOTYWA – książka dla niedorosłych w kategorii – fakt !!!

Czytaj duszkiem albo smakuj z wyrafinowaniem !

Takim hasłem Wydawnictwo Bajka zachęca do lektury swojej nowej książki „Dzieje się je. Mała historia kuchni” Łukasza Modelskiego. Autor jest historykiem i dziennikarzem, w radiowej Dwójce prowadzi audycje kulinarno – literackie, a niedawno ukazała się także ich książkowa wersja – „Droga przez mąkę czyli literatura dla kucharek”. Przeczytałam ją z ogromną przyjemnością – to przegląd kulinarnych wątków w dziełach literatury światowej od starożytności do współczesności. Odkąd Wydawnictwo Bajka zapowiedziało jego książkę dla młodych czytelników, czekałam na nią z zainteresowaniem.

I nie zawiodłam się ! Kiedy trafiła w moje ręce, zgodnie z hasłem przywołanym na początku, najpierw (duszkiem 😉 ) przejrzałam ją od deski do deski, aby potem już na spokojnie oddać się smakowaniu szczegółów 😉 Ta książka to przegląd historii kuchni od starożytnego Egiptu po współczesność. Można powiedzieć, że jest to zbiór arcyciekawych ciekawostek kulinarnych, ale razem tworzą one kompendium wiedzy o tym, co i jak jadano na przestrzeni wieków i jak to się zmieniało w czasie. Plus przewidywanie na przyszłość czyli Siedem dań, które na pewno będziemy jedli. Z tym ostatnim rozdziałem mam najwięcej problemu, pocieszam się jednak, że może już tych zmian nie dożyję 😉

„Drogę przez mąkę” zilustrowała bardzo finezyjnie Zofia Różycka, natomiast ta książka nie istniałaby bez ilustracji Adama Pękalskiego, które są równie erudycyjne jak tekst 🙂 Podobnie jak w poprzednich ilustrowanych przez Niego publikacjach Wydawnictwa Bajka („Dawniej czyli drzewiej” czy „Mamie Gęsi”) zachwyca mnie z jednej strony staranność w doborze najdrobniejszych szczegółów, aby nic nie zgrzytało historycznie, a z drugiej – rozmach i swoboda kreski.

„Dzieje się je” to lektura na długo, tak wypełniona szczegółami i ciekawostkami, że nie da się poprzestać na jej jednorazowym przeczytaniu. Szkoda, że skutkiem ubocznym koronawirusa są także problemy z dotarciem do nowowydanych książek, bo ten czas przymusowych nieferii sprzyjałby zapewne niespiesznemu delektowaniu się nią. Ale także potem, kiedy już (mam nadzieję !) wrócimy do normalności, zdecydowanie warto po nią sięgnąć. Jest po prostu ponadczasowa 🙂

Łukasz Modelski „Dzieje się je. Mała historia kuchni”, ilustr.: Adam Pękalski, wyd.: Bajka, Warszawa 2020

Łukasz Modelski „Droga przez mąkę czyli literatura dla kucharek”, ilustr.: Zofia Różycka, wyd.: Znak, Kraków 2019

Orzeł Biały. Znak państwa i narodu

Orzeł Biały. Znak państwa i narodu

Wpis z 12 lipca 2006 roku i książki bardzo odpowiednie na nadchodzące Narodowe Święto Niepodległości 🙂

Polskim godłem jest wizerunek orła z koroną na głowie.

Herbem Rzeczypospolitej Polskiej jest godło, czyli wizerunek tego orła umieszczony w czerwonym polu tarczy herbowej.

Zarówno nasze godło, jak i herb noszą nazwę Orzeł Biały.

Jest w Muzeum Powstania Warszawskiego taki fragment ekspozycji – na pierwszy rzut oka niepozorny, ale zawierający to, co najcenniejsze. W szybie windy na trzech kondygnacjach wyeksponowane są opaski powstańcze, ofiarowane Muzeum przez powstańców i ich rodziny. Zawsze zatrzymuję się tam z grupami, które oprowadzam, bo te niepozorne, wypłowiałe kawałki materiału miały (i mają) ogromne znaczenie – to one były jedynym umundurowaniem powstańców, one świadczyły o tym, że byli żołnierzami Wojska Polskiego.

Trudno wyjaśnić współczesnym nastolatkom, jak odbierali to ówcześni warszawiacy, którym przez ostatnie pięć lat za posiadanie flagi polskiej groziły kary. Dla nich polskie flagi wiszące na budynkach są przecież czymś normalnym. Jak im wytłumaczyć, jakie znaczenie miała akcja Szarych Szeregów, kiedy Rudemu udało się powiesić na dachu Zachęty flagę biało-czerwoną, zamiast tej hitlerowskiej, która tam od początku okupacji powiewała ? Nawet jeżeli tylko niewielu mieszkańców Warszawy zdołało ją zobaczyć, to wiadomość o tym stugębną plotką szybko rozeszła się nie tylko wśród mieszkańców miasta. Po co jednak narażać życie dla czegoś, co ma znaczenie wyłącznie symboliczne ? Jak mają to zrozumieć dzieci, które codziennie widzą na ścianie w klasie Orła Białego i jest to dla nich normalny element wystroju – tak normalny, że go wręcz nie zauważają ?

Może ta książka trochę w tym pomoże ?

„Orzeł Biały” Alfreda Znamierowskiego to niezwykle starannie wydane kompendium wiedzy o naszym godle i barwach narodowych – począwszy od tego, dlaczego przed wiekami orzeł został uznany za symbol zwycięstwa dobra nad złem, a na słowniczku niezbędnych pojęć, pozwalającym nie pomylić flagi z banderą czy chorągwią, skończywszy.

Kiedy orzeł pojawił się na pieczęciach polskich władców ? Jak się zmieniał ? Co symbolizuje jego korona ? Od kiedy za polskie barwy narodowe uznajemy biel i czerwień ?

To książka nie tylko dla dzieci. Myślę, że wielu dorosłych z przyjemnością uzupełni swoją wiedzę – nie tylko tę historyczną, ale także praktyczną, bo znajdziemy tam np. informacje o tym, w jakiej kolejności wieszamy flagi wtedy, gdy jest ich więcej.

Orzeł Biały – znak państwa i narodu” stanowi w pewnym sensie komplet z wydaną w zeszłym roku książką Małgorzaty Strzałkowskiej, która zawiera równie wyczerpującą wiedzę o naszym hymnie narodowym.

Alfred Znamierowski „Orzeł Biały. Znak państwa i narodu”, wyd.: Bajka, Warszawa 2016

Małgorzata Strzałkowska „Mazurek Dąbrowskiego. Nasz hymn narodowy”, ilustr.: Adam Pękalski, wyd.: Bajka, Warszawa 2015

Gdybym była jak… balerina

Gdybym była jak… balerina

Wpis z 12 sierpnia 2007 roku i ostatnia z książek tanecznych, jakie stały na półkach Małego Pokoju.

Przyzwyczailiśmy się, że książki sztywnostronicowe, wyposażone w rozmaite okienka i klapki przeznaczone są dla maluchów. Tę Środkowa z córek dostała na ostatnie Mikołajki i okazała się ona bardzo odpowiednia właśnie dla dziesięciolatki zainteresowanej tańcem. Bo chociaż w tym wieku ma się już pewne pretensje do bycia niemal dorosłą młodzieżą 😉 , to czasem jeszcze przyjemnie jest się trochę pobawić.

W tej książce (podobnie jak w „Różowych baletkach”) wspólnie z uczniami szkoły baletowej wędrujemy za kulisami teatru i poznajemy jego tajemnice. Trwają przygotowanie do inscenizacji „Śpiącej królewny”, a w przedstawieniu wezmą udział także uczniowie. Uczestniczymy w lekcji tańca i przy tej okazji poznajemy nie tylko pozycje baletowe, ale też podstawowe pojęcia (jak pas de deux) oraz takie nazwiska jak Margot Fonteyn czy Michaił Barysznikow. Zaglądamy do garderoby i obserwujemy próbę kostiumową, aby w końcu wziąć udział w spektaklu.

Jak we wszystkich książkach z tej serii (edit: była jeszcze na pewno taka o rycerzu, innych już nie pamiętam), także i w tej przednia okładka jest trójwymiarowa – możemy podnieść kurtynę i wprawić w ruch tancerkę na scenie.

Myślę, że ta książka może być też znakomitym wstępem do pierwszej wyprawy na spektakl baletowy – na „Śpiącą królewnę” albo na „Dziadka do orzechów”. Najstarsza i Środkowa były już na tym ostatnim przedstawieniu w Teatrze Wielkim – w tym roku chyba już jest pora, abyśmy się tam wybrały z Najmłodszą. Wszystkie razem oczywiście 😉

P.S. Byłyśmy potem z Najmłodszą na tym „Dziadku do orzechów”, ale minęło już znowu parę lat i mam ochotę wybrać się znowu. Tylko że w tym roku już chyba za późno, żeby dostać bilety 😦

„Gdybym była jak… Balerina” tekst: Rosie McCormick, ilustr.: John Shelley, wyd.: Firma Księgarska Jacek i Krzysztof Olesiejuk – Inwestycje Sp.z o.o., Warszawa 2006

Mały atlas zwierzaków Ewy i Pawła Pawlaków

Mały atlas zwierzaków Ewy i Pawła Pawlaków

Książka nominowana w Plebiscycie Blogerów LOKOMOTYWA 2019 w kategorii OBRAZ i nagrodzona w tej kategorii !!!

Własny ogród ! I to miłe uczucie, że można mieć własne mrówki i nadać im imiona. Zresztą nie tylko im ! Również własnym ślimakom, jeżom i innym zwierzętom żyjącym zaskakują blisko człowieka.

„Mały atlas zwierzaków Ewy i Pawła Pawlaków” to trzecia po atlasach ptaków i motyli publikacja poświęcona tym co skaczą i fruwają w naszym najbliższym otoczeniu. Te książki nie pretendują do miana kompendium wiedzy ani ornitologicznej, ani lepidopterologicznej (Ha ! Kto wiedział, że tak się nazywa nauka o motylach ???), ani tym bardziej zoologicznej. One po prostu zachęcają do tego, żeby się uważniej rozejrzeć i dostrzec, kto mieszka całkiem niedaleko nas.

Kiedy pisałam tu o ilustracjach Ewy Kozyry – Pawlak do „Księżniczki na ziarnku grochu”, twierdziłam, że wiedziałam, że tak będzie (że będą zachwycające). Teraz mówię – nie przypuszczałam, że to jest możliwe.

Po cudownych ptakach i przepięknych motylach nie wydawało mi się, że coś może być jeszcze piękniejsze. A jednak…

… zwierzaki w trzecim z atlasów właśnie takie są 🙂 Występują w wersjach: namalowanej akwarelą, wyaplikowanej z materiałów, ulepionej z masy papierowej (plus patyczki i inne takie – np. fragment wycieraczki 😉 ), fotograficznej oraz (tak jak w poprzednich tomach) narysowanej przez Hanię – małą znajomą Autorów. We wszystkich tych wersjach są zachwycające !!!

Zastanawiałam się, jak to się stało, że bohaterowie tego atlasu są tacy wyraziści i sympatyczni i doszłam do wniosku, że tu po raz pierwszy modele portretowani przez Autorów mogli mieć wyraz twarzy (sympatyczny oczywiście). Trudno go osiągnąć u posiadacza dzioba, że o poważnym braku – braku twarzy u motyli nie wspomnę (choć niektóre wyaplikowane przez Ewę Kozyrę – Pawlak jednak posiadają coś jakby cień jej wyrazu 😉 ).

Zawadiackie spojrzenie bobra, zaciekawiony pyszczek zająca, ociężała dostojność ropuchy, odbity w wodzie rzęsorek…

Tego się nie da opisać !

To po prostu trzeba zobaczyć !!!

„Mały atlas zwierzaków Ewy i Pawła Pawlaków”, wyd.: Nasza Księgarnia, Warszawa 2019

Edit: Paweł Pawlak został nominowany do Nagrody ALMAAstrid Lindgren Memorial Award gratulacje !!!

Leśne wędrówki

Leśne wędrówki

Książka nominowana w Plebiscycie Blogerów LOKOMOTYWA 2019 w kategorii OBRAZ

Po kilkuletniej przerwie wróciliśmy tego lata żeglować na Mazury. Nigdy nam się to nie znudzi, mimo że znamy te jeziora jak własną kieszeń. Przecież tam nigdy nie jest tak samo ! Za każdym razem wiatr wieje trochę inaczej, a woda i zieleń nad nią wyglądają przeróżnie w zależności od tego, jak pada na nie światło, które też codziennie się zmienia. Zatrzymać się tego nie da. Żadne zdjęcie robione telefonem nie odda tej cudownej gry światła, cienia i kolorów (mimo że przecież ograniczają się tylko do palety odcieni zieleni i niebieskiego).

Patrzyłam sobie na to przez tydzień, oczy mi odpoczywały i myślałam o tym, że jedyną osobą, która potrafiłaby namalować te światłocienie jest Elżbieta Wasiuczyńska. Wiedziałam, że to potrafi, już od dawna, odkąd zobaczyłam ilustrację do „Jasia i Małgosi” (w serii bajek „Dziecka”) na której szli sobie oni brzegiem jeziora, a cały las cudownie odbijał się w wodzie. Potem były kalendarze z Panem Kuleczką, a ostatnio na swoim blogu Ela demonstrowała proces powstawania nowej wersji „Leśnych wędrówek” Marii Dunin – Wąsowicz.

„Leśne wędrówki” wydane były pierwszy raz w latach sześćdziesiątych i wtedy ilustrowała je Hanna Czajkowska. Dla mnie pozostanie ona na zawsze autorką Bullerbyn mojego dzieciństwa, natomiast jej las w tej książce… no cóż… zdecydowanie nie umywa się do tego, który wyczarowała Ela. W tym wydaniu jest taki późnoletni, kiedy słońce jeszcze świeci całkiem mocno, ale wędruje niżej i daje długie cienie.

Skan okładki pożyczyłam ze strony „Chatka na sowich nóżkach”, a więcej ilustracji z tej książki znajdziecie tu -> http://chatkanasowichnozkach.blogspot.com/2015/09/lesne-wedrowki.html

Zamysł tej książki jest taki, że na ilustracjach mamy pusty las, a zwierzęta, o których opowiada autorka znajdziemy na dodatkowych kartach. Trzeba je wyciąć i wkleić w odpowiednie miejsca. Bardzo ucieszyłam się, kiedy stwierdziłam, że wyciąć oznacza tu naprawdę wyciąć nożyczkami, a nie wypchnąć z karty nadcięte elementy, jak w większości tego rodzaju publikacji teraz. Jak trudno jest znaleźć wycinanki, które naprawdę służą do wycinania, przekonałam się, kiedy kolejne z moich córek miały problemy z tak zwaną małą motoryką i powinny były ją ćwiczyć właśnie z nożyczkami w ręku. Tym większa jest moja wdzięczność dla twórców tej książki, że nie pozwalają czytelnikom pójść na wypychankową łatwiznę, choć pewnie tak przygotowane zwierzęta wyglądałyby w efekcie ładniej.

Czy lubisz chodzić po lesie ? A może chciałbyś dziś jeszcze , choćby zaraz, wybrać się na leśne wędrówki ? A więc w drogę !

Maria Dunin – Wąsowicz „Leśne wędrówki”, ilustr.: Elżbieta Wasiuczyńska, wyd.: Muchomor, Warszawa 2019

Dawniej czyli drzewiej

Dawniej czyli drzewiej

Wpis z 25 października 2015 roku:

Przez wieki, które dzielą Daj ać ja pobruszę, a ty poczywaj od Elo ziom, posłuchaj mej nawijki język polski rozwijał się i zmieniał. Słowa pojawiały się w nim, często zapożyczane z innych języków (łaciny, francuskiego, niemieckiego, rosyjskiego, jidisz czy ostatnio z angielskiego), czasem zmieniały znaczenie, a czasem odchodziły w zapomnienie.

Małgorzata Strzałkowska wybrała kilkadziesiąt z nich i stworzyła oryginalny dykcjonarz czyli leksykon słów i zwrotów czasem już zapomnianych, a czasem używanych kompletnie bez świadomości ich pierwotnego znaczenia czy pochodzenia.

Praszczur na początku, a na koniec szczątek !

Co robili Szwedzi w kaszy, a Hiszpanka na twarzy ? Kim byli jętrew , świekier i wnęka ? Jakie szaraczki siedziały na szarym końcu ?

„Dawniej czyli drzewiej” to książka pełna anegdot i ciekawostek historycznych, których próżno by szukać w szkolnych podręcznikach historii. Fascynująco zilustrował ją Adam Pękalski, który nie tylko narysował obrazki wyjaśniające słowa i pojęcia, bawiąc się przy tym stylistyką różnych epok, ale także opracował ją graficznie.

W pierwszym odruchu chciałam napisać, że stworzył tzw. layout. To kolejne zapożyczenie, ale nie mieliśmy chyba wcześniej słowa, które zawierałoby w sobie i rozplanowanie tekstu i obrazu, i krój użytej czcionki, i kolorystykę, i wszystko inne, co składa się na wygląd strony. Layout oznacza jednak pewien szablon, więc nie do końca tutaj pasuje, bo w tej książce każda strona wygląda inaczej. Przy pierwszym, pobieżnym jej przejrzeniu może to zrobić wrażenie nieco bałaganiarskie, ale kiedy zaczniemy czytać okaże się, że wygląd kolejnych stron doskonale koresponduje z ich treścią, a czytając, przekładamy kartki z ogromną ciekawością – co też nas czeka po drugiej stronie ?

Co za szok – w sieci jest milion ok !

Autorka nie ogranicza się tylko do zapoznania czytelników ze słowami, które odeszły już do lamusa – zmusza ich także do zastanowienie się, jak oni sami używają ojczystego języka. Uświadamia to choćby strona, pokazująca ile obrazowych określeń bywa zastępowanych przez jedno słowo – wytrych: fajny.

Ja sama dowiedziałam się z tej książki, że w dawnej polszczyźnie istniała (oprócz liczby mnogiej) także liczba podwójna, której pozostałością są dwie formy odmiany takich słów jako oko czy ucho. Człowiek uczy się całe życie, pod warunkiem jednak, że chce i ma do dyspozycji takie fantastyczne, ciekawe, nietuzinkowe, arcyciekawe i urokliwe (czyli po prostu fajne 😉 ) książki 🙂

Małgorzata Strzałkowska „Dawniej czyli drzewiej”, ilustr.: Adam Pękalski, wyd.: Bajka, Warszawa 2015