Roślinkowa książka

Roślinkowa książka

Zioła, trawy barwne kwiatki, / bujne łąki i rabatki. / Drzewa szumią nam nad głową, / wszystko wzrasta, daję słowo !

Tyle różnych roślin wokół ! / Inne w każdej porze roku. / Spotykamy je co krok, / dziś w tę zieleń zróbmy skok !

To będzie wpis pełen zachwytu nad tym, co w tej książce wyczarowała Anna Salamon – nie mogę się na to napatrzeć !!! Z całym szacunkiem dla wierszy Alicji Krzanik i przyrodniczych tekstów Katarzyny Piętki, ale jeśli towarzyszyłyby im inne ilustracje, to byłaby po prostu książka jakich wiele, o tym, co rośnie na łące i w lesie. A tak powstała jedyna w swoim rodzaju !

To jest już trzecia książka, w której Anna Salamon wyczarowuje z włóczki ilustracje do wierszy Alicji Krzanik. Po literkach i cyferkach przyszła pora na rośliny i nie tylko 😉 Okazuje się, że nie ma rzeczy, której nie dałoby się wykonać przy pomocy szydełka i drutów. Mamy tutaj nie tylko rozmaite kwiaty i liście oraz moc roślinności w różnych stopniach zbliżenia. Są także motyle, ptaki, grzyby, a nawet ludziki z kasztanów. Przyszłoby wam do głowy, że można zrobić wełnianą zupę szczawiową ? I to w dodatku z jajkiem na twardo ? Anna Salamon potrafi nawet to 🙂

„Roślinkowa książka” to pozycja do nieśpiesznego oglądania, wyszukiwania szczegółów oraz (last but not least ! 😉 ) czytania towarzyszących ilustracjom tekstów. Jest to także zachęta, żeby następnie sprawdzić, jak te wszystkie cuda wydziergane przez Annę Salamon wyglądają w naturze. Podobnie jak wydane także przez Naszą Księgarnię atlasy stworzeń rozmaitych Ewy i Pawła Pawlaków znakomicie nadaje się do tego, żeby ją zabrać ze sobą na spacer do lasu czy ogrodu – wytrzyma wiele i da masę radości !

Alicja Krzanik (wiersze), Katarzyna Piętka (tekst), Anna Salamon (ilustracje) „Roślinkowa książka”, wyd.: Nasza Księgarnia, Warszawa 2022

Abecadło krakowskie; Abecadło warszawskie

Abecadło krakowskie; Abecadło warszawskie

Myślałam, że to nigdy nie nastąpi, a jednak doczekałam się…

Abecadło krakowskie”, które na liście Najważniejszych Książek Mojego Dzieciństwa zajmuje chronologicznie pierwsze miejsce, zastało właśnie wznowione !!!

A wraz z nim „Abecadło warszawskie”, o którego istnieniu dowiedziałam się, kiedy już byłam dorosła, natomiast o tym, że także zilustrował je Jan Marcin Szancer – dopiero teraz.

To nie była moja pierwsza książka w życiu, ale jest pierwszą, którą do dziś pamiętam. Myślę, że nie będzie przesadą, jeśli powiem, że od „Abecadła” zaczęło się wszystko, co w moim życiu ważne, czyli maniackie czytanie i zainteresowanie historią.

Uwielbiałam ją, znałam ją na pamięć i na niej właśnie nauczyłam się czytać. Jak opowiadała moja Mama – jeszcze zanim posiadłam tę umiejętność, po mistrzowsku ją udawałam i ”czytałam” na głos recytując z pamięci, ale palcem cały czas wodziłam po tekście utrzymując tempo 😉 Dzięki „Abecadłu” nie tylko nauczyłam się alfabetu, ale także poznałam Kraków na długo przedtem, zanim tam pojechałam. Kiedy wreszcie zobaczyłam to miasto na własne oczy… rozczarowałam się srodze. W tzw. realu wczesnych lat siedemdziesiątych nie dorastał do tego z ilustracji Jana Marcina Szancera, szczególnie w mroźną, ale bezśnieżną zimę.

Tamta książka z mojego dzieciństwa przepadła już dawno. Być może ówczesne broszurowe wydanie nie przetrwało mojego uwielbienia. Jeśli nie, to zapewne padła ofiarą naszej przeprowadzki do Warszawy, kiedy rodzice stojący wobec konieczności spakowania i przewiezienia własnego, niemałego księgozbioru, drastycznie ograniczyli mój, oddając wszystkie książki, z których już wyrosłam. Pamiętałam ją doskonale – jej tytuł, ilustratora (bo kreska Szancera jest nie do pomylenia), ale nie wiedziałam, kto był autorem. Dopiero po wielu latach odkryłam, że napisała ją Wanda Chotomska.

Kilka lat temu, kiedy w Muzeum Narodowym w Krakowie zwiedzałam z córkami wystawę #dziedzictwo, z radością odkryłam na niej oryginały wszystkich ilustracji z tej książki. Niestety aparat w moim ówczesnym telefonie robił bardzo kiepskie zdjęcia…

Czytam tę książkę dziś i mam wrażenie, że jednak wytrzymała próbę czasu. W końcu co to jest pięćdziesiąt lat dla takiego miasta jak Kraków ? Tyle co nic 😉 Wszystkie te miejsca istnieją nadal – od Akademii Sztuk Pięknych po dzwon Zygmunta przez Muzeum Czartoryskich, Rynek i Teatr Słowackiego. Nie wiem tylko jak z Fafikiem, czy nadal jest w Krakowie POSTACIĄ ?

Swój urok ma nadal także jej zakończenie – z przymrużeniem oka łączące krakowski genius loci z duchem czasów, w których powstawało: Zachwycony Krakowem i uroczą wycieczką, wszystkim padam do nóżek – Obywatel Słoneczko.

Jedyne, co mnie rozczarowało, to nowa wersja okładki. Taka kolorowa, żeby nie powiedzieć – oczowalista 😦 Strasznie dużo się na niej dzieje, za dużo. Kiedy ją zobaczyłam, aż bałam się zajrzeć do środka. Na szczęście tam wszystko jest tak, jak stworzył Mistrz Szancer. No prawie wszystko, bo mam wrażenie, że numeracja stron wyglądała inaczej, ale to drobiazg.

„Abecadło warszawskie” nie należało do książek mojego dzieciństwa. Dowiedziałam się o jego istnieniu kilkanaście lat temu, ale wydaje mi się, że wydanie, które znalazłam wtedy w bibliotece, było ilustrowane przez kogoś innego. W tym – ilustracje Szancera stanowią miłe zaskoczenie, ale całość wypada jakoś blado, bez wyrazu. Nie wiem, czy to z powodu tego, że czytam tę książkę bez sentymentu z dzieciństwa, czy po prostu Warszawa lat sześćdziesiątych miała zdecydowanie mniej uroku niż Kraków ? A może po prostu brakuje tutaj Obywatela Słoneczko z jego podróżnym, żółtym pledem i dlatego to wszystko jakoś się nie klei ?

Wanda Chotomska „Abecadło krakowskie”, ilustr.: Jan Marcin Szancer, wyd.: G&P, Poznań 2022

Wanda Chotomska „Abecadło warszawskie”, ilustr.: Jan Marcin Szancer, wyd.: G&P, Poznań 2022

Wybór wierszy Natalii Usenko

Wybór wierszy Natalii Usenko

Kiedy moje córki były małe, a wybór książek na rynku był bez porównania mniejszy niż teraz, do ich ulubionych należały takie małe, kwadratowe, sztywnostronicowe, a każda zawierała jeden wiersz. Wydawało je chyba wydawnictwo Wilga, ale tego nie jestem pewna, a nie udało mi się teraz znaleźć tej informacji. Ilustracje miały… mówiąc oględnie – takie sobie, ale to nie były czasy, w których można było mieć przesadnie wysokie wymagania 😉 Była wśród ich oczywiście klasyka klasyk czyli Konopnicka, Brzechwa i Tuwim, ale także poetki bardziej współczesne, a wśród nich – Dorota Gellner z naszą ukochaną „Piłką”, która do dziś umiem na pamięć oraz Natalia Usenko.

W jej wierszach często pojawiała się rodzina w składzie: Mama, Tata, Kacper i pies Pucek. Ostatnią trójkę najlepiej pamiętam z wiersza „Bałwanki” zaczynającego się od słów Do przedszkola szły przez skwerek trzy bałwany… Te wiersze były takie zwyczajne – sympatyczne i ciepłe, ale bez morału, bez przesłania – można powiedzieć, że w sumie po nic 😉

Teraz po latach, kiedy toniemy wręcz w klęsce urodzaju książek pięknych, wartościowych, mądrych, pełnych wiedzy i niosących głębokie przesłania, dochodzę do wniosku, że bardzo brakuje mi wśród nich takich, które właśnie byłyby po nic. I dlatego z taką radością przyjęłam ten „Wybór wierszy” Natalii Usenko.

Bo powiedzcie – jaką przydatną w szkole wiedzę można wynieść z wiersza o kotku, który uwielbiał patrzeć w księżyc, albo o tycich kosmitach spóźnionych na Zjazd Kosmiczny, albo z mojego ulubionego – Czarodzieju i jego czterech smokach ? Żadną, ale czy to znaczy, że takie wiersze nie są w życiu potrzebne?

Są potrzebne i to jeszcze jak ! Do czego ?

Na przykład do przewietrzenia czasem umysłu bombardowanego wciąż wiedzą konieczną i niezbędną (głównie do tego, żeby zdać egzaminy i skończyć wreszcie szkołę 😉 ).

Są potrzebne do tego, żeby puścić wodze nieprzyzwyczajonej do tego wyobraźni.

I wreszcie – do kompletnie nieutylitarnego poobcowania z pięknem.

Towarzyszące im ilustracje Marianny Jagody bardzo dobrze wpisują się w ten klimat i znakomicie go współtworzą. Są trochę baśniowe, trochę naiwne, trochę zwariowane i po prostu piękne.

Warto wejść w ten świat – tak po prostu po nic. Spróbujcie tylko, a zobaczycie, jakie to przyjemne 🙂

Edit: Już po tym, jak napisałam wszystko, co powyżej, Małgorzata Narożna, twórczyni szczecińskiej księgarni FIKA, przypomniała mi cytat z „Gry na wielu bębenkach” Olgi Tokarczuk:

– Musimy, droga pani, robić rzeczy bezcelowe. Inaczej nasze życie byłoby płaskie i nijakie (…) – Potrzeba irrealna jest tym, co różni nas od zwierząt. Nie nasze myślenie, nie mądre książki. Musimy robić rzeczy niepotrzebne, nieprzydatne, których żywot jest krótki, lecz olśniewający, rzeczy, które zadziwiają, nawet jeśli zaraz się je zapomni. Nasze istnienie musi być pełne takich fajerwerków. Inaczej popadlibyśmy w niepokój i stali się bezpłodni.

Bardzo mi on pasuje do tego co napisałam o wierszach Natalii Usenko 🙂

Natalia Usenko „Wybór wierszy”, ilustr.: Marianna Jagoda, wyd.: Wydawnictwo Olesiejuk, Ożarów Mazowiecki 2022

Toffi

Toffi

Książka nominowana w Plebiscycie Blogerów LOKOMOTYWA 2021 w kategorii: tekst !!!

Prawie dwa lata temu, w początku marca 2020 roku wybrałam się odwiedzić Najstarszą z moich Córek w Oxfordzie. Spędziłyśmy tam razem cudowny czas, nie przypuszczając jeszcze, że jest to Ostatni Weekend Świata, Który Znamy. Ostatnia wystawa w muzeum zwiedzana bez maseczek 😉 afternoon tea w kawiarni na dachu Ashmolean Museum, różne miejsca związane z Lewisem Carollem, C.S.Lewisem czy J.R.R. Tolkienem, że o dziedzińcu, na którym Harry Potter uczył się latać na miotle nie wspomnę…
Latarnia, którą podobno kiedyś C.S. Lewis zobaczył w śniegu i pierwowzór Pana Tumnusa

Wędrując pomiędzy nimi wstąpiłyśmy na chwilę do księgarni, żeby odpocząć. Zauważyłam wtedy nieznaną mi książkę Sarah Crossan i zaczęłam ją podczytywać. Zainteresowała mnie na tyle, że nabrałam ochoty, aby się z nią zmierzyć w oryginale. To była właśnie „Toffi”.

Już w drodze na lotnisko przypomniałam sobie, że miałam przed wyjazdem wstąpić jeszcze do tej księgarni, żeby ją kupić, ale zapomniałam. Pocieszyłam się jednak tym, że na pewno niebawem ukaże się po polsku, a tymczasem musiałam na nią czekać aż półtora roku. W końcu doczekałam się.

„Tofii” to czwarta książka Sarah Crossan, która ukazała się po polsku, a trzecia z gatunku verse novel. W porównaniu z poprzednimi określiłabym ją jako bardziej fabularną. Jest w niej więcej akcji, zdarzeń, które autorka opowiada, a zdania/wersy i rozdziały są często dłuższe niż w poprzednich takich jej powieściach. Jednak historia, w niej opisana jest równie mocna i przejmująca. Znajdziemy w niej starość i samotność opuszczonej kobiety oraz samotność niekochanego, krzywdzonego dziecka.

Alison i Marla – nastolatka i staruszka, obie samotne na dwóch biegunach dorosłego życia, wyrzucone poza jego nawias. To sytuacja trochę podobna jak w „Stanie splątania” Roksany Jędrzejewskiej-Wróbel, ale życie Alison jest zdecydowanie trudniejsze niż było to w przypadku Leny, Marii i Miłosza. Jej Mama umarła zaraz po urodzeniu Alison, a ojciec w trudnych momentach chętnie sięga po przemoc. Dlatego dziewczynka uciekła, a jemu chyba jej nieobecność jest na rękę…

Marla natomiast, inaczej niż Bertand, Eldia i Jarmiła, mieszka we własnym domu, a nie ośrodku. Przychodzi do niej codziennie opiekunka, a syn odwiedza co jakiś czas, ale żadne z nich nie poświęca jej swojej uwagi, nie słucha, po prostu niezbyt chętnie spełniają swój obowiązek.

A tytułowa Toffi ? Tym imieniem, należącym do jej dawnej przyjaciółki, Marla nazwie Alison, kiedy się pierwszy raz spotkają, a ona schowa się za nim, bo tak będzie się czuła bezpieczniej.

Czy to wszystko może się skończyć dobrze ? O tym musicie przekonać się sami, ja tylko uprzedzę, że jak zawsze u tej autorki nie jest to lektura lekka, łatwa i przyjemna, Będzie bolało, ale warto.

W tegorocznym Plebiscycie Blogerów Lokomotywa, w którym głosować można do końca stycznia, „Toffi” została nominowana w kategorii: tekst. Dwa lata temu „Tippi i ja” – poprzednia verse novel Crossan zdobyła nominację za przekład. Nie znaczy to, że teraz nie doceniamy pracy tłumaczki Małgorzaty Glasenapp, a poprzednio nie doceniliśmy autorki, bo obie są tutaj równie ważne. Autor jest twórcą całej historii, bez niego nie byłoby książki – to oczywiste. Ale rola tłumacza, szczególnie w przypadku literatury dla czytelników niedorosłych, którzy raczej nie sięgną po wersję oryginalną, jest nie do przecenienia.

Sarah Crossan „Toffi”, przekł.: Małgorzata Glasenapp , wyd.: Dwie Siostry, Warszawa 2021

Gdzie jest noc

Gdzie jest noc

Książka nominowana w Plebiscycie Blogerów LOKOMOTYWA – książka dla niedorosłych w kategorii: tekst

Gdzie jest noc? zapytała pewnego dnia nasza córka. Miała wtedy ponad dwa lata.
Od tamtej pory to pytanie zagościło w naszym życiu na dobre. W dzień pytała, gdzie jest noc, a nocą, gdzie jest dzień. Pomysły, które podsuwałam córce bardzo szybko się wyczerpały. A przecież chcieliśmy szukać nocy dalej.
I wtedy pojawił się impuls: z tego warto zrobić książkę! Pierwszą osobą, która przyszła mi do głowy była Agnieszka Wolny-Hamkało. Agnieszka, jak mało kto, potrafi z szalonego pomysłu, który pojawia się w mojej głowie, stworzyć tekst na miarę, dokładnie taki, jaki sama bym napisała, gdybym tylko umiała pisać wiersze.
Tak powstał gęsty, złożony, współczesny wiersz „Gdzie jest noc”. Agnieszka prowadzi nas w nim przez ulice miast, zagląda do ciemnych okien, pustych sklepów, na stacje benzynowe – tam bywa noc.
Ilustracje wykonała Maria Ekier, która z delikatnością ale podszytą sporą dozą drapieżności i humoru potrafi oddać niuanse przejścia z mroku w jasność. To artystka, która rozumie ciemną gramatykę nocy, jest czuła na rytm słów.
I tak oto dwie wspaniałe, bliskie mi artystki, stworzyły książkę marzenie. A tą najważniejszą artystką jest moja córka Maja. To dzięki niej zaczęłam szukać nocy…
– tak napisała o tej książce Marta Lipczyńska-Gil, szefowa i twórczyni wydawnictwa Hokus Pokus.

Wydawnictwo Hokus Pokus obchodziło niedawno swoje 18 urodziny. Powstało na początku nowego tysiąclecia, było jedną z tych niewielkich oficyn, które wywołały tak zwaną lilipucią rewolucję i podniosły polski rynek książek dla dzieci z zapaści lat dziewięćdziesiątych. Różne były ich późniejsze losy – niektóre dość szybko przestały istnieć (jak Plac Słoneczny 4 czy FRO9), są takie, które stały się rynkowymi potęgami (jak Dwie Siostry czy Zakamarki), a Hokus Pokus pozostał takim, jakim był od początku czyli niewielkim jednoosobowym wydawnictwem wydającym książki będące odbiciem gustów swojej twórczyni.

Trzynaście lat temu, wiosną 2008 roku przeprowadziłam z Martą Lipczyńską – Gil wywiad dla nieistniejącego już portalu MUS. Opowiedziała mi wtedy, skąd wziął się w ogóle pomysł na stworzenie wydawnictwa:

Marzyłam o tym, żeby mieć własną galerię sztuki. W czasie studiów pracowałam w takiej galerii w Toruniu i bardzo mi się ta praca podobała. Po studiach trafiłam do dużego wydawnictwa edukacyjnego, które wydawało scenariusze lekcji. Chciałam robić coś bardziej ambitnego i twórczego. Chciałam też mieć coś własnego. Galeria sztuki odpadała, ponieważ jest to przedsięwzięcie wymagające bardzo dużych pieniędzy. Wybór padł na wydawnictwo, bo ten rodzaj pracy już znałam. Ma ona jednak wiele wspólnego ze sztuką – wydaję książki takich autorów jak Wolf Erlbruch, Iwona Chmielewska czy Maria Ekier, a są to po prostu dzieła sztuki.

Zaczynała od twórców zagranicznych, a pierwszą publikacją, która odbiła się echem w mediach nie tylko specjalistycznych był słynny do dziś Kret z kupą na głowie 😉

W tym wywiadzie sprzed lat znalazłam jeszcze takie słowa: Zawsze chciałam wydawać polskich autorów, ale obawiałam się, ze ci najlepsi, w których celowałam, nie będą chcieli rozmawiać z kimś, kto dopiero debiutuje. Pierwszą książką autorską polskiego autora było „O wędrowaniu przy zasypianiu” Iwony Chmielewskiej, która robi znakomite rzeczy – niestety wydaje je głownie w Korei i tam jest bardzo znana. Marzyłam o wydaniu książki z ilustracjami Józefa Wilkonia i właśnie pracujemy nad jego pierwszą książką autorską na rynku polskim – będzie to „Kocia kołysanka” dla maluchów.

Iwona Chmielewska na szczęście wydaje już ksiązki także w Polsce (choć w innych wydawnictwach), a współpraca Hokusa Pokusa z Józefem Wilkoniem i Marią Ekier i innymi polskim twórcami trwa do dziś.

Pierwszą publikacja przygotowaną w całości przez to wydawnictwo była autorska książka Marii Ekier „Kocur mruży ślepia złote”, która uzyskała tytuł Najpiękniejszej książki roku. Potem ukazało się jeszcze jej „Złotouste zero w zenicie”, a teraz zilustrowała przepięknie i tajemniczo „Gdzie jest noc” (choć trzeba tu dodać, że pewien udział miała tutaj także Maja Gil, spod ręki której wyszedł kończący tę książkę bazgroł 😉 ).

„Gdzie jest noc” to książka, która bardzo wyraźnie ilustruje konsekwencję wydawniczą Marty Lipczyńskiej – Gil. Od początku wydaje ona rzeczy piękne i oryginalne, nie podążające za aktualnymi modami rynkowymi, a raczej je wyprzedzające i kreujące gusta. Są to także książki, z których się nie wyrasta i w których czytelnicy w każdym wieku znajdą coś dla siebie.

Dlatego ta książka musiała znaleźć się w puli nominacji Plebiscytu Blogerów LOKOMOTYWA, a w jej uzasadnieniu napisaliśmy, co następuje:

Jest w tym wierszu — otwierającym przed czytelnikiem intymny nocny mikrokosmos — delikatność i świeżość, mrok i tajemnica. Bo taka jest noc, czasem niepokojąca i głośna w swojej ciszy, czasem bliska, ciepła i otulająca. To pełna luźnych i zaskakujących skojarzeń liryczna wędrówka po różnych miejscach i zakamarkach w poszukiwaniu nocy. Tekst Agnieszki Wolny-Hamkało jest doskonałym wprowadzeniem młodego (i starszego!) czytelnika w świat poezji, w której nie ma oklepanych rymów, jest za to melodia, której nie chce się przestać słuchać.

Agnieszka Wolny-Hamkało (tekst), Maria Ekier (ilustr.) „Gdzie jest noc”, wyd.: Hokus Pokus, Warszawa 2019

Cyferkowa książka

Cyferkowa książka

Cyfry, liczby i działania

są jak szyfr do rozwikłania.

Ta książeczka to zachęta,

by cyferki zapamiętać.

„Cyferkowa książka” to młodsza siostra wydanej w zeszłym roku „Literkowej”. Mamy tu znowu włóczkowe ilustracje wydziergane przez Annę Salamon i wierszyki Alicji Krzanik, ale w roli głównej tym razem występują cyfry – wszystkie, jakie mamy, a więc w sumie dziesięć. Akcja tej książki umieszczona jest w otoczeniu znanym i oczywistym dla każdego dziecka, czyli w domu i jego okolicy, a liczyć uczymy się na przedmiotach codziennego użytku. To książka nie tylko domowa, ale też bardzo rodzinna. Członkowie rodziny odgrywają w niej ważną rolę także jako elementy działań matematycznych. Dowiadujemy się też, że nie wszystko da się policzyć 🙂

Czy jest jeszcze coś, co mogłabym dodać, a czego nie napisałam przy okazji poprzedniej książki tego duetu ? Chyba nie, więc najlepiej będzie, jak oddam głos samej Annie Salamon 🙂

Alicja Krzanik (tekst), Anna Salamon (ilustr.) „Cyferkowa książka”, wyd.: Nasza Księgarnia, Warszawa 2021

Logopedyczne prztyczki

Logopedyczne prztyczki

Książka wpisana na pokonkursową Listę BIS Polskiej Sekcji IBBY

Ćwierć wieku temu, kiedy moje starsze córki był jeszcze małe (Najmłodszej z nich jeszcze nawet nie było w planach), a ja dopiero zaczynałam swoja dorosłą przygodę z literaturą dla dzieci, istniało w Warszawie wydawnictwo Plac Słoneczny 4. Istniało niezbyt długo, ale należało do ekskluzywnego grona małych wydawnictw, które rozpoczęły w Polsce tak zwaną lilipucią rewolucję i doprowadziły do odrodzenia się w naszym kraju rynku książek dla niedorosłych czytelników po zapaści początku lat dziewięćdziesiątych.

Wspominam je, bo to właśnie ono wydało nasze ukochane „Wierszyki łamiące języki” Małgorzaty Strzałkowskiej zilustrowane fantastycznie przez Elżbietę Wasiuczyńską. Był to nasz pierwszy kontakt z twórczością obu Pań, ale zdecydowanie nie ostatni. Obie mają już swoje własne pokaźne półki w Małym Pokoju z Książkami. Zapraszam —>>>> tutaj do Małgorzaty Strzałkowskiej, a —>>> tutaj do Elżbiety Wasiuczyńskiej – są tam jeszcze dwa ich wspólne tytuły 🙂

Z wierszyków zawartych w tym zbiorze najbardziej utkwił mi w pamięci ten muszce spod Łopuszki, a pochodzące stamtąd wezwanie Ruszże móżdżkiem a nie różdżką ! okazało się mieć zastosowanie wszechstronne 🙂

Kiedy Wydawnictwo Plac Słoneczny 4 przestało istnieć, „Wierszyki łamiące języki” ukazały się nakładem Wydawnictwa Media Rodzina i tym razem zilustrowała je kolażami sama Autorka.

Ta książka przypomniała mi się teraz z dwóch powodów. Po pierwsze dlatego, że jakiś czas temu dowiedziałam się o tym, że inne wydawnictwo wydało niedawno zbiór wierszy innej, nieżyjącej już poetki i opatrzyło go tym samym tytułem. Na list otwarty, w którym Małgorzata Strzałkowska zaprotestowała przeciw takim praktykom, odpowiedziało: Naszą intencją nie było wykorzystanie „czyjegoś pomysłu”, ale nawiązanie do istniejącego od wielu lat w języku polskim połączenia wyrazowego: „wierszyki łamiące języki”.

Nie ulega wątpliwości, że wiele powiedzeń, haseł reklamowych, tytułów audycji czy filmów z czasem wchodzi do współczesnej polszczyzny i żyje własnym życiem. Warto przytoczyć takie połączenia wyrazowe, jak: dialogi na cztery nogi, powtórka z rozrywki, biegam, bo lubię, mieć jasność w temacie, z pewną taką nieśmiałością… Przeglądając strony internetowe oraz analizując liczne publikacje opatrzone tytułem „Wierszyki łamiące języki” (zawierające rymowanki ćwiczące wymowę), uznaliśmy, że po 24 latach to połączenie wyrazowe funkcjonuje na prawach związku frazeologicznego i jego użycie nie narusza praw autorskich Pani Małgorzaty Strzałkowskiej. Tytuł ten potraktowaliśmy jako synonim określenia „rymowanki do ćwiczeń wymowy” – chcieliśmy też, by określał on rodzaj publikacji, tak jak: „Baśnie i legendy”, „Atlas zwierząt”, „Opowieści biblijne”, „Łamigłówki”.

No cóż – mimo, że od pierwszego wydania tych wierszy minęło już tyle czasu, dla mnie (i myślę, że nie tylko dla mnie) ten tytuł nierozerwalnie wiąże się z nazwiskiem Małgorzaty Strzałkowskiej. Podobnie mam z paroma innymi tytułami, często starszymi od tego.

Powód drugi natomiast jest taki, że właśnie ukazały się bardzo podobne do nich „Logopedyczne prztyczki”. Tym razem zilustrował je Piotr Rychel i zrobił to równie brawurowo jak przed laty Elżbieta Wasiuczyńska. Nie mogło być inaczej, bo te wierszyki nie tylko łamią języki – one je wyginają, pętlą i supłają w węzły bez mała gordyjskie.

Jest ich w tym zbiorze równo pięćdziesiąt i stanowią właśnie tyle absurdalnych asumptów do fantastycznej zabawy dla małych i dużych. Przyda się to każdemu niezależnie od wieku – także tym z dobrą dykcją. Spotkacie tam i gang wikingów, i Anastazego Długaśnego z Wierzchosławiczek, i dzierzby w wierzbach, i trzyszcza Teofila, że o czyżyku ze strzyżykiem nie wspomnę. W takim towarzystwie nie sposób się nudzić !!!

A mnie po tej lekturze przyszło do głowy, że Małgorzata Strzałkowska jest jedyną poetką, która potrafiłaby znaleźć w wierszu miejsce dla mojego ulubionego zamku Tropsztyn, który znajduje się w miejscowości Wytrzyszczka. Mam nadzieję, ze kiedyś to nastąpi.

(Edit: moje marzenie spełniło się szybciej, niż mogłam to sobie wyobrazić !!! Jeszcze tego samego dnia otrzymałam od pani Małgorzaty Strzałkowskiej taki wiersz:

W lasach Wytrzyszczki w pobliżu Czchowa
uroczy zamek Tropsztyn się chowa.
Uroczy zamek Tropsztyn w Wytrzyszczce
brzmi szeleszcząco oraz prześlicznie,
a więc zobaczyć go nie omieszkam,
po czym w Tropsztynie sobie zamieszkam
i z wieży zamku będę wrzeszczała:
– W zamku w Wytrzyszczce mieszka M. Strzała!

To jest dowodem na to, że nie ma rzeczy, osoby ani miejsca, o których pani Małgorzata nie byłaby w stanie stworzyć wiersza 🙂 )

P.S. Wydawnictwo dodaje do tej książki trzy piękne zakładki – oto jedna z nich 😉

Małgorzata Strzałkowska „Logopedyczne prztyczki” ilustr.: Piotr Rychel, Wyd.: Bajka, Warszawa 2021

Była raz starsza pani

Była raz starsza pani

Książka nominowana w Plebiscycie Blogerów LOKOMOTYWA – książka dla niedorosłych w kategorii – przekład !!!

Była raz starsza pani, która połknęła muchę.

Chaps ! Jednym ruchem muchę pożarła.

Dziwne, że nie umarła.

Poezja dla dzieci stanowi sporą część tego, co się obecnie na naszym rynku wydawniczym ukazuje, ale do rzadkości należą tu przekłady z języków obcych. Jeżeli już się pojawiają, to są to pozycje z absolutnej klasyki literatury. Tak było w przypadku wydanej dwa lata temu przez Wydawnictwo Bajka „Mamy Gęsi”, w której Małgorzata Strzałkowska udostępniła polskim czytelnikom tradycyjne nursery rhymes, i taka również jest ta książka.

Była raz starsza pani, która połknęła pająka.

A ten się wiercił i kręcił, i po jej wnętrzu się błąkał.

Połknęła tego pająka, by upolował muchę.

Bo jednym ruchem muchę pożarła.

Dziwne, że nie umarła.

„Była raz starsza pani” to dokonane przez Emilię Kiereś spolszczenie tradycyjnej angielskiej rymowanki „There was an Old Lady Who Swallowed the Fly” (ewentualnie: I knew an Old Lady, bo, jak to z takim tekstami bywa, krąży on w różnych wersjach). Wydawnictwo Kropka wydało ten wiersz z ilustracjami Abnera Graboffa – też już niemal klasycznymi, bo pochodzącymi sprzed pół wieku, a jednak robiącymi wrażenie bardzo nowoczesnych. Ich rozmach, swoboda w operowaniu plamami i pewna niedbałość kreski dobrze korespondują z absurdalną, aczkolwiek tragikomiczną treścią. Szczególnie zachwyciła mnie ilustracja z koniem 😉

Struktura „Była raz starsza pani” kojarzyć się nam może z „Rzepką” Juliana Tuwima. Zabieg powtarzania coraz dłuższej wyliczanki (tu – kolejnych zwierząt połkniętych przez bohaterkę) fantastycznie sprawdza się w głośnym czytaniu z dziećmi, które szybko zaczynają się do tego wymieniania włączać. Kiedy czytałam z moimi córkami „Rzepkę”, naszą tradycją stało się to, że razem z jej końcowymi słowami wszyscy na siebie poupadali my także się przewracałyśmy. Zakończenie tej książki też daje pole do stworzenia własnych czytelniczych zwyczajów.

Emilia Kiereś jest doświadczoną tłumaczką (oraz autorką), ale wydaje mi się, że ta książka jest jej debiutem w dziedzinie poezji. Mimo to znakomicie poradziła sobie z rytmem tego wiersza. Oczywiście w tej sytuacji nie sposób jest uciec od skojarzeń rodzinnych, bo jest ona w końcu siostrzenicą absolutnego mistrza przekładu Stanisława Barańczaka. Można by powiedzieć, że ma to w genach, ale myślę, ze takie sformułowanie jest trochę krzywdzące, bo odbiera tłumaczce osobistą zasługę niewątpliwej ciężkiej i sumiennej pracy. Chciałam jednak skorzystać z tej rodzinnej koneksji, żeby zachęcić do sięgnięcia po bardzo ciekawy tekst mistrza Barańczaka na temat specyfiki przekładu poezji dla dzieci „Rice pudding” i kaszka manna —–>>>> tutaj

W tym momencie przechodzę do działu Podziękowania, bo ja sama trafiłam na niego dzięki recenzji tej książki na blogu Mała czcionka, mojej koleżanki i jurorki Lokomotywy —->>> tutaj . Wielu ciekawych rzeczy, także o Abnerze Graboffie dowiedziałam się też z recenzji drugiej jurorki Lokomotywy na blogu Maki w Giverny —–>>> tutaj oraz trzeciej – na blogu W Nieparyżu —->>> tutaj

I tak to się ta nasza sieć blogerska plecie… 😉

„Była raz starsza pani” ilustr.: Abner Graboff, przekł.: Emilia Kiereś, wyd.: Kropka, Warszawa 2020

Lokomotywa; Rzepka

Lokomotywa; Rzepka

Wpis z 22 lutego 2016 roku – nie tylko o „Lokomotywie” z ilustracjami Katarzyny Boguckiej i „Rzepce” zilustrowanej przez Emilię Dziubak, ale także o wystawie „Tu czy tam ?” w Zachęcie i księgarni „Dwa Koty” na warszawskiej Saskiej Kępie.

Uświadomiłam sobie przy tej okazji, że minęły już cztery lata od tamtej wystawy i przez ten czas nie było w Warszawie kolejnej, równie spektakularnej i poświeconej książkom dla dzieci. Natomiast kameralna księgarnia „Dwa Koty” trwa niewzruszenie na Saskiej Kępie i mam nadzieję, że mimo pandemii będzie trwać nadal 🙂

Od soboty w warszawskiej „Zachęcie” można zwiedzać wystawę „Tu czy tam. Współczesna polska ilustracja dla dzieci”. Wydarzenie w ostatnich latach bez precedensu, bo (o ile dobrze pamiętam) ostatnią wystawą adresowaną do dzieci była wilkoniowa Arka – ile to lat temu ? Co najmniej 10. Kilka lat wcześniej córki moje starsze (bo najmłodsza była jeszcze za mała) bawiły się świetnie na „Zachęcie dzieciom”, ale potem już nic podobnego nie było. Łapbakcylowe wystawy w Stu Pociechach to też chyba mniej więcej wtedy. Ależ ten czas leci…

Na sobotnie otwarcie przybyły do Zachęty tłumy dorosłych (z dziećmi i bez nich), więc niestety niewiele można było zobaczyć i jedynym wrażeniem, jakie wyniosłam stamtąd, jest pewność, że koniecznie muszę tam wrócić. Czasu jest sporo, wystawa potrwa do 8 maja. Na pewno zdążę i jeszcze córki, choć najmłodsza już kończy gimnazjum, zabiorę 🙂

Okazuje się jednak, że byli tacy, którzy przyszli wcześniej i nie tylko spokojnie wszystko zobaczyli, ale jeszcze złapali się na pokaz ilustracji na żywo w wykonaniu Katarzyny Boguckiej. Wszystko potem pięknie opisali na blogu „Maki w Giverny” ilustrując licznymi zdjęciami, więc kto ciekaw, niech tam zajrzy >>> tutaj proszę 🙂

Wystawa pozostawia pewien niedosyt, bo nie jest (wbrew temu, co sugeruje tytuł) panoramą tego, co się obecnie w polskiej ilustracji dzieje – a dzieje się dużo. Określiłabym ją jako przyczynek – obraz gustu i zainteresowań jej kuratorek: Magdy Kłos – Podsiadło i Ewy Solarz – czyli wydawnictwa „Wytwórnia”, choć książki tam prezentowane nie pochodzą tylko z tego wydawnictwa.

W sali trzeciej można obejrzeć m.in. tuwimową „Lokomotywę” Katarzyny Boguckiej wydaną przez Visart. Kiedy pierwszy raz wzięłam ją do ręki, zadałam sobie pytanie: po co ? Po Szancerze, po Lenicy – wydaniach na których wychowały się pokolenia – po co robić to kolejny raz ? A jednak warto – choćby po to, żeby dziecięcy czytelnicy zobaczyli, jak różnie można postrzegać i przedstawiać to samo. Taka jest także rola ilustracji w książkach dla dzieci – przyzwyczajać do rozmaitych stylów i konwencji, uczyć, że to samo można widzieć bardzo rozmaicie.

„Lokomotywie” Katarzyny Boguckiej towarzyszą puzzle, z których można ułożyć narysowany przez nią pociąg. Wszystkie elementy pasują do siebie i tylko od decyzji i fantazji układającego zależy, czy umieści wagony tak, jak to opisał Tuwim czy w zupełnie innej kolejności.

Wydawnictwo Visart wydało także „Rzepkę” zilustrowaną przez Emilię Dziubak, którą także zaproszono do udziału w wystawie „Tu czy tam”. Jej wersja jest zupełnie inna niż ta, która narysował Mistrz Szancer, inna niż ta, która wyszła spod igły Ewy Kozyry Pawlak – to jest dopiero zabawa konwencją !!! Na ilustracjach Emilii Dziubak widzimy dzieci, które wystawiają „Rzepkę” na scenie, przebrane za wszystkich jej bohaterów – od tytułowej rzepki począwszy, a kawce skończywszy (i nie tylko – bo mamy jeszcze żywe dekoracje – drzewa, krzaczki czy chmurki).

Obie te książki można kupić m.in. w warszawskiej księgarni „Dwa Koty”. Mieści się ona na Saskiej Kępie, w niewielkim lokalu wypełnionym książkami po brzegi. To jedno z tych miejsc, o które warto dbać, żeby nie przepadły w konkurencji z pewną sieciówką, której nazwy nie muszę wymieniać 😉 Nie znajdziecie tam wszystkiego, co jest rynku, ale możecie być pewni, że wszystko, co tam znajdziecie, warte jest przeczytania 🙂

Edit 2020: oba tytuły można nadal nabyć w „Dwóch Kotach” – także w sprzedaży wysyłkowej 🙂

Julian Tuwim „Lokomotywa”, ilustr.: Katarzyna Bogucka, wyd.: Visart, Warszawa 2013

Julian Tuwim „Rzepka ”, ilustr.: Emilia Dziubak, wyd.: Visart, Warszawa 2015

Rzepka

Rzepka

To była pierwsza książka zilustrowana przez Ewę Kozyrę-Pawlak, która stanęła na półce Małego Pokoju z Książkami, a zdarzyło się to 2 czerwca 2008 roku. Ciekawa jestem, ile kolejnych wersji „Rzepki” ukazało się od tego czasu ? 😉

Julian Tuwim i Jan Brzechwa to bodaj jedyni twórcy literatury dziecięcej, których nazwiska znane są w Polsce powszechnie. Muszę przyznać, że sama zdecydowanie preferuję twórczość pierwszego z nich. Wiersze Brzechwy jakoś do mnie nie trafiały – ani teraz, ani kiedy sama byłam dzieckiem. „Rzepka” jest jednym najczęściej z wydawanych wierszy Tuwima. W naszym domu można by znaleźć co najmniej 5 jej egzemplarzy w różnych wydaniach – jeden zapewne kupiłam sama, a pozostałe to prezenty i spadki po innych dzieciach.

Czytałam moim córkom „Rzepkę” tyle razy, że znam ją już na pamięć po wsze czasy. Jeszcze za czasów Najstarszej z nich nabrałyśmy zwyczaju odgrywania przy tym pantomimy polegającej na tym, że ciągnęłyśmy naszą wyimaginowaną rzepkę wtedy, kiedy oni ciągnęli swoją w książce, a na końcu przewracałyśmy się razem z nimi. Potem tak samo czytałam z córkami Środkową i Najmłodszą. Nie wiem, czy potrafiłabym już nie przewrócić się przy: Aż wstyd powiedzieć, co było dalej – wszyscy na siebie poupadali ! 😉

Teraz, kiedy (jak mi się wydaje) prawa autorskie do twórczości Tuwima już wygasły, mamy lawinowy wysyp wydań jego wierszy na rynku. Ten autor to pewniak: zawsze się sprzeda, w przeciwieństwie do dużo mniej znanych twórców współczesnych, a w dodatku nie trzeba nikomu płacić za prawo do druku… Ostatnio naliczyłam pięć różnych wydań „Rzepki” leżących obok siebie w księgarni. Ich ilustracje można z grubsza podzielić na: kiepskie i haniebne, a na ich tle „Rzepka” zilustrowana  krawiecko  przez Ewę Kozyrę – Pawlak jawi się niemal jak cud świata.

Mój podziw dla twórczości Ewy Kozyry – Pawlak jest tym większy, że sama stanowię przykład osoby kompletnie pozbawionej zdolności manualnych, ze szczególnym uwzględnieniem talentów krawieckich. Takie cudeńka znajdują się zdecydowanie poza zasięgiem moich możliwości. Babcia ma fartuch zawiązany na porządną kokardkę (widoczną na każdym obrazku), Dziadek – brodę i wąsy, kotek – sympatyczny wyraz pyszczka, ale to wszystko jeszcze nic. W szczególny zachwyt wprawiły mnie delikatne, koronkowe chmurki na niebie. Ta dbałość o szczególiki detalicznie wyhaftowane czy też wyaplikowane zachwyciła mnie już wcześniej – kiedy wpadła w moje ręce książeczka „Jedzie pociąg z daleka” .

Jedyną rzeczą, która mi się w „Rzepce” nie podobała to oczowaliste (że użyję ulubionego określenia Najstarszej z moich córek) logo wydawnictwa (czy też serii) na okładce. Dziarski krasnal na jadowicie niebieskim tle rzeczywiście daje po oczach i pasuje do wysmakowanej całości jak… Pomińmy to milczeniem. Szkoda że wydawnictwo nie poprosiło ilustratorki, żeby wyszyła również jego 😦

Julian Tuwim „Rzepka”, ilustr.: Ewa Kozyra – Pawlak, wyd.: Publicat, Poznań 2008

„Jedzie pociąg z daleka”, ilustr.: Ewa Kozyra – Pawlak, wyd.: Muchomor, Warszawa 2004