Gdzie jest noc

Gdzie jest noc

Książka nominowana w Plebiscycie Blogerów LOKOMOTYWA – książka dla niedorosłych w kategorii: tekst

Gdzie jest noc? zapytała pewnego dnia nasza córka. Miała wtedy ponad dwa lata.
Od tamtej pory to pytanie zagościło w naszym życiu na dobre. W dzień pytała, gdzie jest noc, a nocą, gdzie jest dzień. Pomysły, które podsuwałam córce bardzo szybko się wyczerpały. A przecież chcieliśmy szukać nocy dalej.
I wtedy pojawił się impuls: z tego warto zrobić książkę! Pierwszą osobą, która przyszła mi do głowy była Agnieszka Wolny-Hamkało. Agnieszka, jak mało kto, potrafi z szalonego pomysłu, który pojawia się w mojej głowie, stworzyć tekst na miarę, dokładnie taki, jaki sama bym napisała, gdybym tylko umiała pisać wiersze.
Tak powstał gęsty, złożony, współczesny wiersz „Gdzie jest noc”. Agnieszka prowadzi nas w nim przez ulice miast, zagląda do ciemnych okien, pustych sklepów, na stacje benzynowe – tam bywa noc.
Ilustracje wykonała Maria Ekier, która z delikatnością ale podszytą sporą dozą drapieżności i humoru potrafi oddać niuanse przejścia z mroku w jasność. To artystka, która rozumie ciemną gramatykę nocy, jest czuła na rytm słów.
I tak oto dwie wspaniałe, bliskie mi artystki, stworzyły książkę marzenie. A tą najważniejszą artystką jest moja córka Maja. To dzięki niej zaczęłam szukać nocy…
– tak napisała o tej książce Marta Lipczyńska-Gil, szefowa i twórczyni wydawnictwa Hokus Pokus.

Wydawnictwo Hokus Pokus obchodziło niedawno swoje 18 urodziny. Powstało na początku nowego tysiąclecia, było jedną z tych niewielkich oficyn, które wywołały tak zwaną lilipucią rewolucję i podniosły polski rynek książek dla dzieci z zapaści lat dziewięćdziesiątych. Różne były ich późniejsze losy – niektóre dość szybko przestały istnieć (jak Plac Słoneczny 4 czy FRO9), są takie, które stały się rynkowymi potęgami (jak Dwie Siostry czy Zakamarki), a Hokus Pokus pozostał takim, jakim był od początku czyli niewielkim jednoosobowym wydawnictwem wydającym książki będące odbiciem gustów swojej twórczyni.

Trzynaście lat temu, wiosną 2008 roku przeprowadziłam z Martą Lipczyńską – Gil wywiad dla nieistniejącego już portalu MUS. Opowiedziała mi wtedy, skąd wziął się w ogóle pomysł na stworzenie wydawnictwa:

Marzyłam o tym, żeby mieć własną galerię sztuki. W czasie studiów pracowałam w takiej galerii w Toruniu i bardzo mi się ta praca podobała. Po studiach trafiłam do dużego wydawnictwa edukacyjnego, które wydawało scenariusze lekcji. Chciałam robić coś bardziej ambitnego i twórczego. Chciałam też mieć coś własnego. Galeria sztuki odpadała, ponieważ jest to przedsięwzięcie wymagające bardzo dużych pieniędzy. Wybór padł na wydawnictwo, bo ten rodzaj pracy już znałam. Ma ona jednak wiele wspólnego ze sztuką – wydaję książki takich autorów jak Wolf Erlbruch, Iwona Chmielewska czy Maria Ekier, a są to po prostu dzieła sztuki.

Zaczynała od twórców zagranicznych, a pierwszą publikacją, która odbiła się echem w mediach nie tylko specjalistycznych był słynny do dziś Kret z kupą na głowie 😉

W tym wywiadzie sprzed lat znalazłam jeszcze takie słowa: Zawsze chciałam wydawać polskich autorów, ale obawiałam się, ze ci najlepsi, w których celowałam, nie będą chcieli rozmawiać z kimś, kto dopiero debiutuje. Pierwszą książką autorską polskiego autora było „O wędrowaniu przy zasypianiu” Iwony Chmielewskiej, która robi znakomite rzeczy – niestety wydaje je głownie w Korei i tam jest bardzo znana. Marzyłam o wydaniu książki z ilustracjami Józefa Wilkonia i właśnie pracujemy nad jego pierwszą książką autorską na rynku polskim – będzie to „Kocia kołysanka” dla maluchów.

Iwona Chmielewska na szczęście wydaje już ksiązki także w Polsce (choć w innych wydawnictwach), a współpraca Hokusa Pokusa z Józefem Wilkoniem i Marią Ekier i innymi polskim twórcami trwa do dziś.

Pierwszą publikacja przygotowaną w całości przez to wydawnictwo była autorska książka Marii Ekier „Kocur mruży ślepia złote”, która uzyskała tytuł Najpiękniejszej książki roku. Potem ukazało się jeszcze jej „Złotouste zero w zenicie”, a teraz zilustrowała przepięknie i tajemniczo „Gdzie jest noc” (choć trzeba tu dodać, że pewien udział miała tutaj także Maja Gil, spod ręki której wyszedł kończący tę książkę bazgroł 😉 ).

„Gdzie jest noc” to książka, która bardzo wyraźnie ilustruje konsekwencję wydawniczą Marty Lipczyńskiej – Gil. Od początku wydaje ona rzeczy piękne i oryginalne, nie podążające za aktualnymi modami rynkowymi, a raczej je wyprzedzające i kreujące gusta. Są to także książki, z których się nie wyrasta i w których czytelnicy w każdym wieku znajdą coś dla siebie.

Dlatego ta książka musiała znaleźć się w puli nominacji Plebiscytu Blogerów LOKOMOTYWA, a w jej uzasadnieniu napisaliśmy, co następuje:

Jest w tym wierszu — otwierającym przed czytelnikiem intymny nocny mikrokosmos — delikatność i świeżość, mrok i tajemnica. Bo taka jest noc, czasem niepokojąca i głośna w swojej ciszy, czasem bliska, ciepła i otulająca. To pełna luźnych i zaskakujących skojarzeń liryczna wędrówka po różnych miejscach i zakamarkach w poszukiwaniu nocy. Tekst Agnieszki Wolny-Hamkało jest doskonałym wprowadzeniem młodego (i starszego!) czytelnika w świat poezji, w której nie ma oklepanych rymów, jest za to melodia, której nie chce się przestać słuchać.

Agnieszka Wolny-Hamkało (tekst), Maria Ekier (ilustr.) „Gdzie jest noc”, wyd.: Hokus Pokus, Warszawa 2019

Cyferkowa książka

Cyferkowa książka

Cyfry, liczby i działania

są jak szyfr do rozwikłania.

Ta książeczka to zachęta,

by cyferki zapamiętać.

„Cyferkowa książka” to młodsza siostra wydanej w zeszłym roku „Literkowej”. Mamy tu znowu włóczkowe ilustracje wydziergane przez Annę Salamon i wierszyki Alicji Krzanik, ale w roli głównej tym razem występują cyfry – wszystkie, jakie mamy, a więc w sumie dziesięć. Akcja tej książki umieszczona jest w otoczeniu znanym i oczywistym dla każdego dziecka, czyli w domu i jego okolicy, a liczyć uczymy się na przedmiotach codziennego użytku. To książka nie tylko domowa, ale też bardzo rodzinna. Członkowie rodziny odgrywają w niej ważną rolę także jako elementy działań matematycznych. Dowiadujemy się też, że nie wszystko da się policzyć 🙂

Czy jest jeszcze coś, co mogłabym dodać, a czego nie napisałam przy okazji poprzedniej książki tego duetu ? Chyba nie, więc najlepiej będzie, jak oddam głos samej Annie Salamon 🙂

Alicja Krzanik (tekst), Anna Salamon (ilustr.) „Cyferkowa książka”, wyd.: Nasza Księgarnia, Warszawa 2021

Logopedyczne prztyczki

Logopedyczne prztyczki

Ćwierć wieku temu, kiedy moje starsze córki był jeszcze małe (Najmłodszej z nich jeszcze nawet nie było w planach), a ja dopiero zaczynałam swoja dorosłą przygodę z literaturą dla dzieci, istniało w Warszawie wydawnictwo Plac Słoneczny 4. Istniało niezbyt długo, ale należało do ekskluzywnego grona małych wydawnictw, które rozpoczęły w Polsce tak zwaną lilipucią rewolucję i doprowadziły do odrodzenia się w naszym kraju rynku książek dla niedorosłych czytelników po zapaści początku lat dziewięćdziesiątych.

Wspominam je, bo to właśnie ono wydało nasze ukochane „Wierszyki łamiące języki” Małgorzaty Strzałkowskiej zilustrowane fantastycznie przez Elżbietę Wasiuczyńską. Był to nasz pierwszy kontakt z twórczością obu Pań, ale zdecydowanie nie ostatni. Obie mają już swoje własne pokaźne półki w Małym Pokoju z Książkami. Zapraszam —>>>> tutaj do Małgorzaty Strzałkowskiej, a —>>> tutaj do Elżbiety Wasiuczyńskiej – są tam jeszcze dwa ich wspólne tytuły 🙂

Z wierszyków zawartych w tym zbiorze najbardziej utkwił mi w pamięci ten muszce spod Łopuszki, a pochodzące stamtąd wezwanie Ruszże móżdżkiem a nie różdżką ! okazało się mieć zastosowanie wszechstronne 🙂

Kiedy Wydawnictwo Plac Słoneczny 4 przestało istnieć, „Wierszyki łamiące języki” ukazały się nakładem Wydawnictwa Media Rodzina i tym razem zilustrowała je kolażami sama Autorka.

Ta książka przypomniała mi się teraz z dwóch powodów. Po pierwsze dlatego, że jakiś czas temu dowiedziałam się o tym, że inne wydawnictwo wydało niedawno zbiór wierszy innej, nieżyjącej już poetki i opatrzyło go tym samym tytułem. Na list otwarty, w którym Małgorzata Strzałkowska zaprotestowała przeciw takim praktykom, odpowiedziało: Naszą intencją nie było wykorzystanie „czyjegoś pomysłu”, ale nawiązanie do istniejącego od wielu lat w języku polskim połączenia wyrazowego: „wierszyki łamiące języki”.

Nie ulega wątpliwości, że wiele powiedzeń, haseł reklamowych, tytułów audycji czy filmów z czasem wchodzi do współczesnej polszczyzny i żyje własnym życiem. Warto przytoczyć takie połączenia wyrazowe, jak: dialogi na cztery nogi, powtórka z rozrywki, biegam, bo lubię, mieć jasność w temacie, z pewną taką nieśmiałością… Przeglądając strony internetowe oraz analizując liczne publikacje opatrzone tytułem „Wierszyki łamiące języki” (zawierające rymowanki ćwiczące wymowę), uznaliśmy, że po 24 latach to połączenie wyrazowe funkcjonuje na prawach związku frazeologicznego i jego użycie nie narusza praw autorskich Pani Małgorzaty Strzałkowskiej. Tytuł ten potraktowaliśmy jako synonim określenia „rymowanki do ćwiczeń wymowy” – chcieliśmy też, by określał on rodzaj publikacji, tak jak: „Baśnie i legendy”, „Atlas zwierząt”, „Opowieści biblijne”, „Łamigłówki”.

No cóż – mimo, że od pierwszego wydania tych wierszy minęło już tyle czasu, dla mnie (i myślę, że nie tylko dla mnie) ten tytuł nierozerwalnie wiąże się z nazwiskiem Małgorzaty Strzałkowskiej. Podobnie mam z paroma innymi tytułami, często starszymi od tego.

Powód drugi natomiast jest taki, że właśnie ukazały się bardzo podobne do nich „Logopedyczne prztyczki”. Tym razem zilustrował je Piotr Rychel i zrobił to równie brawurowo jak przed laty Elżbieta Wasiuczyńska. Nie mogło być inaczej, bo te wierszyki nie tylko łamią języki – one je wyginają, pętlą i supłają w węzły bez mała gordyjskie.

Jest ich w tym zbiorze równo pięćdziesiąt i stanowią właśnie tyle absurdalnych asumptów do fantastycznej zabawy dla małych i dużych. Przyda się to każdemu niezależnie od wieku – także tym z dobrą dykcją. Spotkacie tam i gang wikingów, i Anastazego Długaśnego z Wierzchosławiczek, i dzierzby w wierzbach, i trzyszcza Teofila, że o czyżyku ze strzyżykiem nie wspomnę. W takim towarzystwie nie sposób się nudzić !!!

A mnie po tej lekturze przyszło do głowy, że Małgorzata Strzałkowska jest jedyną poetką, która potrafiłaby znaleźć w wierszu miejsce dla mojego ulubionego zamku Tropsztyn, który znajduje się w miejscowości Wytrzyszczka. Mam nadzieję, ze kiedyś to nastąpi.

(Edit: moje marzenie spełniło się szybciej, niż mogłam to sobie wyobrazić !!! Jeszcze tego samego dnia otrzymałam od pani Małgorzaty Strzałkowskiej taki wiersz:

W lasach Wytrzyszczki w pobliżu Czchowa
uroczy zamek Tropsztyn się chowa.
Uroczy zamek Tropsztyn w Wytrzyszczce
brzmi szeleszcząco oraz prześlicznie,
a więc zobaczyć go nie omieszkam,
po czym w Tropsztynie sobie zamieszkam
i z wieży zamku będę wrzeszczała:
– W zamku w Wytrzyszczce mieszka M. Strzała!

To jest dowodem na to, że nie ma rzeczy, osoby ani miejsca, o których pani Małgorzata nie byłaby w stanie stworzyć wiersza 🙂 )

P.S. Wydawnictwo dodaje do tej książki trzy piękne zakładki – oto jedna z nich 😉

Małgorzata Strzałkowska „Logopedyczne prztyczki” ilustr.: Piotr Rychel, Wyd.: Bajka, Warszawa 2021

Była raz starsza pani

Była raz starsza pani

Książka nominowana w Plebiscycie Blogerów LOKOMOTYWA – książka dla niedorosłych w kategorii – przekład !!!

Była raz starsza pani, która połknęła muchę.

Chaps ! Jednym ruchem muchę pożarła.

Dziwne, że nie umarła.

Poezja dla dzieci stanowi sporą część tego, co się obecnie na naszym rynku wydawniczym ukazuje, ale do rzadkości należą tu przekłady z języków obcych. Jeżeli już się pojawiają, to są to pozycje z absolutnej klasyki literatury. Tak było w przypadku wydanej dwa lata temu przez Wydawnictwo Bajka „Mamy Gęsi”, w której Małgorzata Strzałkowska udostępniła polskim czytelnikom tradycyjne nursery rhymes, i taka również jest ta książka.

Była raz starsza pani, która połknęła pająka.

A ten się wiercił i kręcił, i po jej wnętrzu się błąkał.

Połknęła tego pająka, by upolował muchę.

Bo jednym ruchem muchę pożarła.

Dziwne, że nie umarła.

„Była raz starsza pani” to dokonane przez Emilię Kiereś spolszczenie tradycyjnej angielskiej rymowanki „There was an Old Lady Who Swallowed the Fly” (ewentualnie: I knew an Old Lady, bo, jak to z takim tekstami bywa, krąży on w różnych wersjach). Wydawnictwo Kropka wydało ten wiersz z ilustracjami Abnera Graboffa – też już niemal klasycznymi, bo pochodzącymi sprzed pół wieku, a jednak robiącymi wrażenie bardzo nowoczesnych. Ich rozmach, swoboda w operowaniu plamami i pewna niedbałość kreski dobrze korespondują z absurdalną, aczkolwiek tragikomiczną treścią. Szczególnie zachwyciła mnie ilustracja z koniem 😉

Struktura „Była raz starsza pani” kojarzyć się nam może z „Rzepką” Juliana Tuwima. Zabieg powtarzania coraz dłuższej wyliczanki (tu – kolejnych zwierząt połkniętych przez bohaterkę) fantastycznie sprawdza się w głośnym czytaniu z dziećmi, które szybko zaczynają się do tego wymieniania włączać. Kiedy czytałam z moimi córkami „Rzepkę”, naszą tradycją stało się to, że razem z jej końcowymi słowami wszyscy na siebie poupadali my także się przewracałyśmy. Zakończenie tej książki też daje pole do stworzenia własnych czytelniczych zwyczajów.

Emilia Kiereś jest doświadczoną tłumaczką (oraz autorką), ale wydaje mi się, że ta książka jest jej debiutem w dziedzinie poezji. Mimo to znakomicie poradziła sobie z rytmem tego wiersza. Oczywiście w tej sytuacji nie sposób jest uciec od skojarzeń rodzinnych, bo jest ona w końcu siostrzenicą absolutnego mistrza przekładu Stanisława Barańczaka. Można by powiedzieć, że ma to w genach, ale myślę, ze takie sformułowanie jest trochę krzywdzące, bo odbiera tłumaczce osobistą zasługę niewątpliwej ciężkiej i sumiennej pracy. Chciałam jednak skorzystać z tej rodzinnej koneksji, żeby zachęcić do sięgnięcia po bardzo ciekawy tekst mistrza Barańczaka na temat specyfiki przekładu poezji dla dzieci „Rice pudding” i kaszka manna —–>>>> tutaj

W tym momencie przechodzę do działu Podziękowania, bo ja sama trafiłam na niego dzięki recenzji tej książki na blogu Mała czcionka, mojej koleżanki i jurorki Lokomotywy —->>> tutaj . Wielu ciekawych rzeczy, także o Abnerze Graboffie dowiedziałam się też z recenzji drugiej jurorki Lokomotywy na blogu Maki w Giverny —–>>> tutaj oraz trzeciej – na blogu W Nieparyżu —->>> tutaj

I tak to się ta nasza sieć blogerska plecie… 😉

„Była raz starsza pani” ilustr.: Abner Graboff, przekł.: Emilia Kiereś, wyd.: Kropka, Warszawa 2020

Lokomotywa; Rzepka

Lokomotywa; Rzepka

Wpis z 22 lutego 2016 roku – nie tylko o „Lokomotywie” z ilustracjami Katarzyny Boguckiej i „Rzepce” zilustrowanej przez Emilię Dziubak, ale także o wystawie „Tu czy tam ?” w Zachęcie i księgarni „Dwa Koty” na warszawskiej Saskiej Kępie.

Uświadomiłam sobie przy tej okazji, że minęły już cztery lata od tamtej wystawy i przez ten czas nie było w Warszawie kolejnej, równie spektakularnej i poświeconej książkom dla dzieci. Natomiast kameralna księgarnia „Dwa Koty” trwa niewzruszenie na Saskiej Kępie i mam nadzieję, że mimo pandemii będzie trwać nadal 🙂

Od soboty w warszawskiej „Zachęcie” można zwiedzać wystawę „Tu czy tam. Współczesna polska ilustracja dla dzieci”. Wydarzenie w ostatnich latach bez precedensu, bo (o ile dobrze pamiętam) ostatnią wystawą adresowaną do dzieci była wilkoniowa Arka – ile to lat temu ? Co najmniej 10. Kilka lat wcześniej córki moje starsze (bo najmłodsza była jeszcze za mała) bawiły się świetnie na „Zachęcie dzieciom”, ale potem już nic podobnego nie było. Łapbakcylowe wystawy w Stu Pociechach to też chyba mniej więcej wtedy. Ależ ten czas leci…

Na sobotnie otwarcie przybyły do Zachęty tłumy dorosłych (z dziećmi i bez nich), więc niestety niewiele można było zobaczyć i jedynym wrażeniem, jakie wyniosłam stamtąd, jest pewność, że koniecznie muszę tam wrócić. Czasu jest sporo, wystawa potrwa do 8 maja. Na pewno zdążę i jeszcze córki, choć najmłodsza już kończy gimnazjum, zabiorę 🙂

Okazuje się jednak, że byli tacy, którzy przyszli wcześniej i nie tylko spokojnie wszystko zobaczyli, ale jeszcze złapali się na pokaz ilustracji na żywo w wykonaniu Katarzyny Boguckiej. Wszystko potem pięknie opisali na blogu „Maki w Giverny” ilustrując licznymi zdjęciami, więc kto ciekaw, niech tam zajrzy >>> tutaj proszę 🙂

Wystawa pozostawia pewien niedosyt, bo nie jest (wbrew temu, co sugeruje tytuł) panoramą tego, co się obecnie w polskiej ilustracji dzieje – a dzieje się dużo. Określiłabym ją jako przyczynek – obraz gustu i zainteresowań jej kuratorek: Magdy Kłos – Podsiadło i Ewy Solarz – czyli wydawnictwa „Wytwórnia”, choć książki tam prezentowane nie pochodzą tylko z tego wydawnictwa.

W sali trzeciej można obejrzeć m.in. tuwimową „Lokomotywę” Katarzyny Boguckiej wydaną przez Visart. Kiedy pierwszy raz wzięłam ją do ręki, zadałam sobie pytanie: po co ? Po Szancerze, po Lenicy – wydaniach na których wychowały się pokolenia – po co robić to kolejny raz ? A jednak warto – choćby po to, żeby dziecięcy czytelnicy zobaczyli, jak różnie można postrzegać i przedstawiać to samo. Taka jest także rola ilustracji w książkach dla dzieci – przyzwyczajać do rozmaitych stylów i konwencji, uczyć, że to samo można widzieć bardzo rozmaicie.

„Lokomotywie” Katarzyny Boguckiej towarzyszą puzzle, z których można ułożyć narysowany przez nią pociąg. Wszystkie elementy pasują do siebie i tylko od decyzji i fantazji układającego zależy, czy umieści wagony tak, jak to opisał Tuwim czy w zupełnie innej kolejności.

Wydawnictwo Visart wydało także „Rzepkę” zilustrowaną przez Emilię Dziubak, którą także zaproszono do udziału w wystawie „Tu czy tam”. Jej wersja jest zupełnie inna niż ta, która narysował Mistrz Szancer, inna niż ta, która wyszła spod igły Ewy Kozyry Pawlak – to jest dopiero zabawa konwencją !!! Na ilustracjach Emilii Dziubak widzimy dzieci, które wystawiają „Rzepkę” na scenie, przebrane za wszystkich jej bohaterów – od tytułowej rzepki począwszy, a kawce skończywszy (i nie tylko – bo mamy jeszcze żywe dekoracje – drzewa, krzaczki czy chmurki).

Obie te książki można kupić m.in. w warszawskiej księgarni „Dwa Koty”. Mieści się ona na Saskiej Kępie, w niewielkim lokalu wypełnionym książkami po brzegi. To jedno z tych miejsc, o które warto dbać, żeby nie przepadły w konkurencji z pewną sieciówką, której nazwy nie muszę wymieniać 😉 Nie znajdziecie tam wszystkiego, co jest rynku, ale możecie być pewni, że wszystko, co tam znajdziecie, warte jest przeczytania 🙂

Edit 2020: oba tytuły można nadal nabyć w „Dwóch Kotach” – także w sprzedaży wysyłkowej 🙂

Julian Tuwim „Lokomotywa”, ilustr.: Katarzyna Bogucka, wyd.: Visart, Warszawa 2013

Julian Tuwim „Rzepka ”, ilustr.: Emilia Dziubak, wyd.: Visart, Warszawa 2015

Rzepka

Rzepka

To była pierwsza książka zilustrowana przez Ewę Kozyrę-Pawlak, która stanęła na półce Małego Pokoju z Książkami, a zdarzyło się to 2 czerwca 2008 roku. Ciekawa jestem, ile kolejnych wersji „Rzepki” ukazało się od tego czasu ? 😉

Julian Tuwim i Jan Brzechwa to bodaj jedyni twórcy literatury dziecięcej, których nazwiska znane są w Polsce powszechnie. Muszę przyznać, że sama zdecydowanie preferuję twórczość pierwszego z nich. Wiersze Brzechwy jakoś do mnie nie trafiały – ani teraz, ani kiedy sama byłam dzieckiem. „Rzepka” jest jednym najczęściej z wydawanych wierszy Tuwima. W naszym domu można by znaleźć co najmniej 5 jej egzemplarzy w różnych wydaniach – jeden zapewne kupiłam sama, a pozostałe to prezenty i spadki po innych dzieciach.

Czytałam moim córkom „Rzepkę” tyle razy, że znam ją już na pamięć po wsze czasy. Jeszcze za czasów Najstarszej z nich nabrałyśmy zwyczaju odgrywania przy tym pantomimy polegającej na tym, że ciągnęłyśmy naszą wyimaginowaną rzepkę wtedy, kiedy oni ciągnęli swoją w książce, a na końcu przewracałyśmy się razem z nimi. Potem tak samo czytałam z córkami Środkową i Najmłodszą. Nie wiem, czy potrafiłabym już nie przewrócić się przy: Aż wstyd powiedzieć, co było dalej – wszyscy na siebie poupadali ! 😉

Teraz, kiedy (jak mi się wydaje) prawa autorskie do twórczości Tuwima już wygasły, mamy lawinowy wysyp wydań jego wierszy na rynku. Ten autor to pewniak: zawsze się sprzeda, w przeciwieństwie do dużo mniej znanych twórców współczesnych, a w dodatku nie trzeba nikomu płacić za prawo do druku… Ostatnio naliczyłam pięć różnych wydań „Rzepki” leżących obok siebie w księgarni. Ich ilustracje można z grubsza podzielić na: kiepskie i haniebne, a na ich tle „Rzepka” zilustrowana  krawiecko  przez Ewę Kozyrę – Pawlak jawi się niemal jak cud świata.

Mój podziw dla twórczości Ewy Kozyry – Pawlak jest tym większy, że sama stanowię przykład osoby kompletnie pozbawionej zdolności manualnych, ze szczególnym uwzględnieniem talentów krawieckich. Takie cudeńka znajdują się zdecydowanie poza zasięgiem moich możliwości. Babcia ma fartuch zawiązany na porządną kokardkę (widoczną na każdym obrazku), Dziadek – brodę i wąsy, kotek – sympatyczny wyraz pyszczka, ale to wszystko jeszcze nic. W szczególny zachwyt wprawiły mnie delikatne, koronkowe chmurki na niebie. Ta dbałość o szczególiki detalicznie wyhaftowane czy też wyaplikowane zachwyciła mnie już wcześniej – kiedy wpadła w moje ręce książeczka „Jedzie pociąg z daleka” .

Jedyną rzeczą, która mi się w „Rzepce” nie podobała to oczowaliste (że użyję ulubionego określenia Najstarszej z moich córek) logo wydawnictwa (czy też serii) na okładce. Dziarski krasnal na jadowicie niebieskim tle rzeczywiście daje po oczach i pasuje do wysmakowanej całości jak… Pomińmy to milczeniem. Szkoda że wydawnictwo nie poprosiło ilustratorki, żeby wyszyła również jego 😦

Julian Tuwim „Rzepka”, ilustr.: Ewa Kozyra – Pawlak, wyd.: Publicat, Poznań 2008

„Jedzie pociąg z daleka”, ilustr.: Ewa Kozyra – Pawlak, wyd.: Muchomor, Warszawa 2004

Literkowa książka

Literkowa książka

Książka nominowana w Plebiscycie Blogerów LOKOMOTYWA – książka dla niedorosłych w kategorii – obraz !!!

Rosną z nich wiersze, teksty w piosence,

baśnie, krzyżówki i list w butelce.

Kiedy je poznasz – podróż się zacznie,

więc poprzyglądaj im się dziś bacznie.

Książek o literach i alfabecie jest w księgarniach sporo, ale rzadko można znaleźć wśród nich takie, które miałyby jakiś oryginalny pomysł na ich przedstawienie. Tymczasem niespodzianka – rok 2020 oprócz pandemii przyniósł nam także aż dwie zachwycające, oryginalnie i pomysłowo ilustrowane. Pierwszą jest „Wrocławski abecadlik” adresowany do czytelników do tego stopnia młodych, że młodszych już nie ma 🙂 „Literkowa książka” przeznaczona jest dla dzieci nieco starszych – takich, które już naprawdę zaczynają świadomie poznawać litery i łączyć je w słowa.

animacja – Mikołaj Kamler

Jej premiera przypadła pechowo akurat na początek epidemii w Polsce. Ja trafiłam na nią przypadkiem (nie do końca, bo doskonale wiedziałam, że ma się ukazać i czekałam na to z zainteresowaniem !) przy okazji ostatniej wizyty w księgarni przed ich zamknięciem.

Jedyne w swoim rodzaju kolorowe litery wydziergała szydełkiem i na drutach Anna Salamon. Każda jest tak sprytnie zrobiona, że kojarzy się z jakąś rzeczą, której nazwa właśnie od niej się zaczyna. Po każdych kolejnych czterech literach mamy stronę z nieco zwariowanym wierszykiem dedykowanym właśnie im oraz z równie odjechaną ilustrującą go ilustracją 😉

Przeczytałam ostatnie zdanie, wiem jak ono brzmi, ale przepraszam – nie potrafię inaczej. Po prostu udzielił mi się nastrój tej książki 🙂 Ja najbardziej lubię osę moczącą nogi w misce oraz wiersz (i ilustrację) o śnie babci Feli.

Na sztywnych kartach tej książki każdy znajdzie coś dla siebie, a dzieci dzięki niej przekonają się, że czytanie to może być naprawdę fajna przygoda !!!

Niech cię wiedzie wyobraźnia,

niech uskrzydla i rozjaśnia.

Do jej wrót zaklęcie masz,

wszak litery wszystkie znasz !

Alicja Krzanik (tekst), Anna Salamon (ilustr.) „Literkowa książka”, wyd.: Nasza Księgarnia 2020

Dopóki niebo nie płacze

Dopóki niebo nie płacze

Można powiedzieć, że jest to aneks do „Dwojga drzwi i dziewięciorga dzieci”, a równocześnie trzecia na półkach Małego Pokoju z Książkami publikacja, w której wydaniu uczestniczył lubelski Ośrodek „Brama Grodzka – Teatr NN”. W przeciwieństwie do „Czarodziejów wyobraźni”, którzy byli niestety wypadkiem przy pracy, „Dopóki niebo nie płacze” jest dopracowane w najdrobniejszych szczegółach – jak to zwykle bywa z książkami Iwony Chmielewskiej.

Najpierw zobaczyłam setki portretów – cudem odnaleziony w Lublinie skarb.

Mieszkańcy żydowskiej dzielnicy, przez tyle lat ukryci, darowali nam współczesnym swoje spojrzenia z czasów, gdy nie przeczuwali jeszcze losu, który ich czekał.

Te spojrzenia czegoś się domagały, nie dawały mi spokoju. Jeszcze bezpieczni, otoczeni bliskimi, pełni szlachetnego skupienia ludzie, prosili, by ich ożywić i dodać im barw. Domagali się szczególnej czułości i opowieści, która niosłaby pamięć dalej.

Ale nie chcieli słów pełnych grozy, woleli opowieść o życiu.

Znalazłam więc dla nich wiersze, proste i pełne ciepła. Napisał je ich sąsiad, poeta i nauczyciel Józef Czechowicz, zanim zginął w 1939 roku – w jednym z pierwszych bombardowań Lublina.

Na moich ilustracjach bohaterowie fotografii ożywają w uroczystym teatrze, w przyjaznym otoczeniu, wśród zwierząt i roślin. Na tej scenie pamięci od zimy do późnej jesieni każdy z nich odgrywa ważną, pełną godności rolę. – napisała Iwona Chmielewska na stronie wydawnictwa i w ten sposób powiedziała o tej książce wszystko, co najważniejsze.

Na okładce widzimy nazwiska trojki autorów, ale jedno z nich opatrzone jest gwiazdką, która prowadzi do takiej informacji: Archiwalne zdjęcia zamieszczone w tej książce pochodzą z kolekcji szklanych negatywów odnalezionej w 2010 roku w Lublinie, w kamienicy przy Rynku 4. W 2012 roku zostały przekazane Ośrodkowi „Brama Grodzka – Teatr NN”. Według aktualnych ustaleń prawdopodobnym autorem zdjęć jest Abram Zylberberg. (więcej informacji na ten temat można znaleźć >>> tutaj )

Cała kolekcja składała się z 2700 negatywów. Udało się na nich rozpoznać 15 osób. Być może wśród tych pozostałych jest ktoś z bohaterów „Dwojga drzwi i dziewięciorga dzieci”, ale tego już się nie dowiemy. Na ilustracjach Iwony Chmielewskiej ludzie sfotografowani przed wojną w Lublinie pojawiają się w anturażu związanym z wierszami innego lublinianina – Józefa Czechowicza. Ani w jego wierszach, ani w ilustracjach nie ma cienia Zagłady rzucanego wstecz, mimo że możemy przypuszczać, jaki był los większości z tych ludzi. Jest świat, w którym żyli, a którego już nie ma…

Dokoła listki, dokoła, dopóki jesień wesoła.

Dopóki niebo nie płacze, niech każdy w słonku poskacze.

Iwona Chmielewska, Józef Czechowicz, Abram Zylberberg „Dopóki niebo nie płacze”, wyd.: Ośrodek „Brama Grodzka – Teatr NN’, Lublin 2016

Tippi i ja

Tippi i ja

Książka nominowana w Plebiscycie Blogerów LOKOMOTYWA 2019 w kategorii PRZEKŁAD

Grace i Tippi mają 16 lat i są siostrami.

Więcej – są bliźniczkami, a nawet jeszcze więcej – bo siostrami syjamskimi.

Są dwie, ale równocześnie są jednością, nie mogą się rozstać ani na chwilę. Są jednością, ale równocześnie są odrębnymi osobami, które oddzielnie myślą i czują.

„Tippi i ja” to druga powieść gatunku verse novel, która ukazała się po polsku. To bardzo trudny gatunek, nie tylko dla autora, ale także później dla tłumacza – ascetyczny, zmuszający do lapidarności i bardzo starannego doboru słów, bo każde jest ważne. To nie są książki, które mogą być przegadane. Wręcz przeciwnie – wydawać by się mogło, że da się je przeczytać szybko, ale ta pusta przestrzeń na ich kartkach też jest treścią, zmusza do namysłu, otwiera pole do własnych refleksji. W tych utworach niebagatelną rolę gra także układ słów i wersów względem siebie – niestety format, w którym powstaje mój blog, nie pozwala na odtworzenie tego, więc więcej cytatów nie będzie.

Historia opisana w tej książce porusza i zostaje w pamięci, nie da się jej przeczytać bez wzruszenia. Nie jest tylko historią dziewczynek, ale całej ich rodziny – rodziców, siostry i babci, a także innych ludzi, którzy są dla nich ważni i dla których one są ważne. Choć wiedza pozaksiążkowa podpowiada niestety, że w przypadku takich rodzeństw trudno liczyć na: żyły długo i szczęśliwie, ale jednak chciałoby się dla nich dobrego zakończenia…

„Tippi i ja” to trzecia po „Kasieńce” i „My dwie, my trzy, my cztery” książka irlandzkiej pisarki Sarah Crossan wydana przez Wydawnictwo Dwie Siostry. Druga po „Kasieńce” z gatunku verse novel i druga po „My dwie, my trzy, my cztery” przetłumaczona znakomicie przez Małgorzatę Glassenapp. W polskim wydaniu zachwyciła mnie też okładka autorstwa Zosi Frankowskiej, ale trzeba przeczytać tę książkę, żeby zrozumieć, dlaczego taka jest i że nic w niej nie jest przypadkowe.

Każda z tych trzech książek Sarah Crossan była inna i każda zaskakująca i fascynująca. Z ciekawością czekam na kolejne.

Sarah Crossan „Tippi i ja”, przekł.: Małgorzata Glasenapp, wyd.: Dwie Siostry, Warszawa 2019

Franciszka

Franciszka

Wpis z 4 sierpnia 2015 roku:

„Franciszka” przyszła do mnie trochę jak wiersz. – powiedziała Anna Piwkowska w rozmowie z Jerzym Illgiem (Nowe książki 3/2015) – Pojawiła się dziewczynka i domagała się, żebym napisała o niej opowieść. Jest to oczywiście w dużym stopniu proza autobiograficzna, bo mówi o trzynastolatce, która pisze swój pierwszy wiersz i odkrywa pierwsze poetki. Odkrywa, że w poezji jest magia i że doskonałym sposobem na kontaktowanie się ze światem, na tłumaczenie sobie rozmaitych rzeczy, a także może na pocieszenie w trudnych chwilach jest właśnie poezja.

„Franciszka” to książka tyleż urzekająca, co kontrowersyjna – szczególnie w świetle tytułu Książki Roku IBBY, którym została uhonorowana. To książka która albo zachwyci swoją niezwykłą atmosferą, wciągnie i uwiedzie albo… solidnie zdenerwuje 😉

Ja należę raczej do tych pierwszych, mimo że czytając zauważałam także rzeczy, które mogły razić bardziej zdystansowanego czytelnika. Choćby sztuczność sytuacji, która niejako zawiązuje akcję – naprawdę trudno uwierzyć, że oczytana i bywająca w teatrze trzynastolatka, uczennica niezłego gimnazjum, może nie wiedzieć, że także kobiety piszą wiersze ! Nie słyszała nigdy o Marii Konopnickiej, nie czytano jej w dzieciństwie wierszy Wandy Chotomskiej ? Jest tam jeszcze trochę takich mniejszych zgrzytów, z których mnie najbardziej uderzało to, że wszyscy bez wyjątku (także rówieśnicy) zwracają się do bohaterki jej pełnym imieniem i to zawsze w wołaczu. No i taki być może drobiazg, że Babsko mieszka zdecydowanie na Bielanach, a cały czas mówi się o tym miejscu Żoliborz 😉

Mimo wszystko nie żałuję jednak, że sięgnęłam po tę książkę, o której Joanna Olech napisała, że jest o szlachetnych odmieńcach. Jako nastolatka byłam inna niż Franciszka, ale znalazłam w niej prawdę o tym, co się czuje i jak widzi świat w tym wieku – kiedy jest się pomiędzy dzieciństwem a dorosłością. Kiedy oglądam swoje zdjęcia z tego czasu, nie widzę tam siebie, tylko dziewczynkę, którą kiedyś byłam, a którą teraz nie do końca rozumiem i nie zawsze lubię.

Franciszka nie chciała być Franciszką. W zależności od nastroju – mniej lub bardziej. Owszem, chciała być Anią z Zielonego Wzgórza, Rebeką de Winter albo Scarlett O’Harą. Ale tego dnia, kiedy pogotowie zabrało mamę do szpitala, Franciszka czuła, że nie chce być ani Anią, ani Rebeką, ani Scarlett. Po prostu najbardziej ze wszystkiego na świecie nie chciała być Franciszką.

W tej rozmowie z Jerzym Illgiem Anna Piwkowska powiedziała jeszcze: Franciszka zadaje sobie to najważniejsze pytanie trzynastolatki: kim ostatecznie jestem ? (…) To powieść dedykowana moim rodzicom, bo bardzo dużo jest tam ze mnie trzynastoletniej. A z drugiej strony są tam oczywiście moje uczennice, które zaczynają pisać swoje pierwsze poezje i czasem do mnie z nimi przychodzą. Anna Piwkowska jest nauczycielką polskiego w jednym z warszawskich społecznych gimnazjów i tę szkołę można bez trudu rozpoznać na kartach książki. Autorka podzieliła się z Franciszką także Nieborowem – miejscem, w którym dorastała, które wywarło na nią ogromny wpływ i które kocha. Tę miłość czuje się na kartkach tej książki.

Kiedy (…) Franciszka po raz pierwszy zobaczyła biały pałac z dwiema wysokimi, zielonymi wieżami i czerwony dach kryty gontem, ośnieżony podjazd i dwa kamienne lwy strzegące wejścia do pałacu, poczuła ten sam dreszcz, który towarzyszył jej, gdy spotykała którąś ze swoich kolejnych poetek. Dobrze znała ten dreszcz. Oto znów w jej życiu miało nastąpić wyjątkowe spotkanie. Bo kiedy Franciszka rozejrzała się po ogromnym holu, spojrzała na biało-czarną posadzkę i dębowy stół, kiedy weszła na drugie piętro pałacową klatką schodową do gościnnego pokoju i wyjrzała na ośnieżony park przez trzy okna wychodzące na trzy strony świata, wiedziała, ze ona również pokocha to miejsce…

Zapewne nie trafiłabym na „Franciszkę”, gdyby nie zeszłoroczna nagroda Polskiej Sekcji IBBY, bo dość trudno ją spotkać na półkach księgarni. A nawet gdybym trafiła, to pewnie zniechęciłby mnie do niej krzykliwy (żeby nie powiedzieć – oczowalisty 😉 ) kolor okładki, kojarzący się z używanymi często markerami do podkreślania. Po przeczytaniu uznałam, że i okładka , i ilustracje, które także łączą czarną kreską z markerowymi maziajami, nie pasują do atmosfery tej książki. Trudno mi sobie wyobrazić Franciszkę używającą takich pisaków. Zmieniłam jednak trochę zdanie, kiedy w jednej z recenzji znalazłam taką opinię nastolatki: Po „Franciszkę” sięgnęłam z powodu okładki. Jej jaskrawy kolor szybko przyciągnął moją uwagę, jak się okazało na dłużej. Czyli że to działa właśnie na tych, do których adresowana jest ta książka.

Mam nadzieję, że nastolatki, które sięgną po „Franciszkę” poszukają potem wierszy samej Anny Piwkowskiej, do których ja także wróciłam po wielu latach, a potem trafią być może na jej wspaniałą, wydaną w tym roku książkę „Achmatowa, czyli Rosja”.

I właśnie za tę Achmatową jestem najbardziej wdzięczna Franciszce…

Anna Piwkowska „Franciszka” (seria: małe zeszyty), ilustr.: Emilka Bojańczyk, wyd.: Fundacja Zeszytów Literackich, Warszawa 2014

Anna Piwkowska „Achmatowa, czyli Rosja” (Biblioteka „Więzi”, tom 308), wyd.: Więź, Kraków 2015