Niedokończona opowieść Pepe

Niedokończona opowieść Pepe

Na Wołyniu druga wojna światowa dała o sobie znać wcale nie hukiem strzałów i bombardowaniem, ale tym, że nagle cała droga zaroiła się od uchodźców – obywateli polskich uciekających przed Niemcami na wschód. Nawet na jarmarku nie było takiego tłoku. Uciekinierzy mieli ze sobą walizki, tobołki, zawiniątka i wyglądali jak siedem nieszczęść. Opowiadali straszne rzeczy…

„Niedokończona opowieść Pepe” to czwarta książka Doroty Combrzyńskiej – Nogali wydana w serii „Wojny dorosłych – historie dzieci”, którą śledzę bardzo uważnie, a zarazem trzecia, która oddaje głos świadkom historii do niedawna słabo w przekazie pamięci o wojnie słyszanym – mieszkańcom wschodnich terenów II RP. W „Syberyjskich przygodach Chmurki” poznaliśmy losy dziewczynki zesłanej wraz z rodziną na Syberię, a w „Wysiedlonych” – historię rodziny, która po wojnie została przesiedlona na tak zwane Ziemie Odzyskane i tam budowała swoje życie od nowa. Rodzina Lali, bohaterki „Niedokończonej opowieści Pepe” także musiała po wojnie opuścić swój dom na Wołyniu, ale nie to jest głównym tematem tej książki.

Głównym jej tematem jest czas wojny i dwóch okupacji na tych terenach, czas trudny i dotychczas właściwie nieobecny w literaturze dla niedorosłych czytelników, więc zdecydowanie dobrze się stało, że taka książka się ukazała. Jako że mam tendencje do (nadmiernego zdaniem niektórych 😉 ) historykowania, pozwolę sobie zgłosić do niej parę uwag. Jednak zanim to zrobię, napiszę o tym, co mi się w niej podobało.

Tytułowa Pepe to żydowska dziewczynka, którą ukrywa rodzina Lali, jednak to nie Holokaust jest moim zdaniem w tej książce najważniejszy, mimo że historia z nią zwiążana też jest bardzo ciekawa. Po raz pierwszy w literaturze dla niedorosłych poruszony jest tu temat rzezi wołyńskiej. Były to wydarzenia tak trudne, pełne brutalności i przemocy, że dotychczas nie potrafiłam sobie wyobrazić, jak można o nich opowiedzieć, w sposób takich czyelników odpowiedni. Doświadczenie poprzedniej publikacji, która ukazała się w tej samej serii – „Dzieci, których nie ma”, pokazuje, że jednak jest taki poziom okrucieństwa, którego nie można i nie należy infantylizować. Rodziny, którą tutaj opisała Dorota Combrzyńska – Nogala, wydarzenia rzezi na szczęście nie dotknęły w sposób bezpośredni. Mimo że stracili kilka bliskich osób, to nikt z nich nie był świadkiem ich śmierci, nie wiadomo nawet jak i kiedy zginęli. Początkowo Lala z mamą i Pepe spędzały noce w lesie w obawie przed nadejściem banderowców, ale potem w ich wsi zorganizowała się samoobrona i już mogły poczuć się bezpieczniej. Autorka uniknęła czarno-białego widzenia wołyńskiej rzeczywistości i pokazała także przypadki ukraińskich sąsiadów, którzy pomagali Polakom (lub przynajmniej ich nie wydawali).

O ile podoba mi się sposób, w jaki Autorka pisze o sprawach polsko – ukraińskich, to moje duże wątpliwości budzi obraz okupacji sowieckiej, jaki widzimy w tej książce. Już na pierwszej jej stronie uciekinierzy, którzy dotarli na Wołyń, mówią Uciekamy do Związku Radzieckiego przed Niemcami. Mowa jest o pierwszych tygodniach wojny – wtedy zdecydowana ich większość po prostu szukała schronienia na terenach Rzeczpospolitej jeszcze przez najeźdźców nie zajętych, w nadziei, że wojska polskie oraz nasi sojusznicy zdołają odwrócić losy wojny. Potem (ale też jeszcze przed 17 września) do Rosji wyrusza brat bohaterki, co każe mi przypuszczać, że był komunistą, bo w tym czasie kierunkiem, w którym udawali się młodzi ludzi chcący walczyć z Niemcami, była raczej Rumunia i Węgry.

Przekroczenie przez Armię Czerwoną granic Polski 17 września bohaterowie przyjmują bez większych emocji, a dwuletni okres sowieckiej okupacji skwitowany zostaje kilkoma zdaniami: Chociaż weszli Rosjanie, w życiu wsi nic się specjalnie nie zmieniło. Lala miała ciągle mnóstwo koleżanek polskich, trochę ukraińskich i jedną żydowską Leę. Wszyscy byli równi. Nikt wtedy nie przypuszczał, że pochodzenie będzie decydowało o życiu i śmierci, ale w 1941 roku żołnierze radzieccy zaczęli wycofywać się z tych terenów.(…)

Rano okazało się, że nastąpiła zmiana i teraz znajdują się pod okupacją sowiecką. Niemcy zaczęli mówić o ludziach lepszych i gorszych, że niby oni – Aryjczycy, są tymi najlepszymi, Polacy i Ukraińcy gorszymi, a Żydzi najgorszymi. Mama mówiła, że to się nazywa nacjonalizm…

Sporo w tym uproszczeń. Tak jakby poza Holokaustem nie działy się na tych skrwawionych ziemiach (tak je nazwał w swojej książce amerykański historyk Timothy Snyder) rzeczy straszne. Trudno mi uwierzyć, że okupacja sowiecka przeszła w tej rodzinie właściwie niezauważona, skoro mama bohaterki wraz z rodziną osiedliła się na Wołyniu zaledwie 10 lat wcześniej (a przybyli z okolic Łowicza) i początkowo pracowała tam jako nauczycielka polskiego. Jej siostra była kierowniczką szkoły. W przypadku takich rodzin już w czasie pierwszej okupacji pochodzenie mogło decydować o życiu lub śmierci – na Syberii lub w Kazachstanie. O tym, że dotyczyło to nawet dzieci młodszych od Lali, czytelnicy tej serii mogli przekonać się z historii Chmurki opisanej wcześniej przez tę samą autorkę.

Mimo wszystko cieszę się, że doświadczenie mieszkańców wschodnich terenów Rzeczpospolitej, na które składają się dwie okupacje oraz repatriacja na ziemie, które przypadły Polsce w wyniku powojennego przesunięcia granic, przedostaje się pomału do pamięci zbiorowej, a ta książka właśnie temu służy. Więc już nie historykuję więcej, dodam tylko, że bardzo podobają mi się w niej ilustracje autorstwa Magdaleny Pilch, której kreskę znałam już wcześniej z „Jędrusia chłopaka ze Lwowa” oraz z nowej edycji „Darowanych kresek”, ale to nie są jedyne owoce jej współpracy z Wydawnictwem Literatura.

Dorota Combrzyńska – Nogala „Niedokończona opowieść Pepe”, ilustr.: Magdalena Pilch, wyd.: Literatura, Łódź 2020

Mały Powstaniec

Mały Powstaniec

oraz „Powstaniec Halicz” czyli seria „Warszawa 1944”

To były dwie pierwsze książki o bohaterach Powstania Warszawskiego dla młodych czytelników, jakie ukazały się po 1989 roku. Dopiero w 2006 roku wydało je Wydawnictwo Muchomor pod patronatem świeżo powstałego Muzeum Powstania Warszawskiego.

Przypominam wpis o nich z 11 września 2006 roku. Obie zostały jakiś czas temu wznowione i nadal można je kupić.

W sierpniu – miesiącu, w którym szczególnie dużo mówi się o Powstaniu Warszawskim, ukazały się dwie pierwsze (i mam nadzieję nie ostatnie) książki z nowej serii wydawnictwa „Muchomor” – „Warszawa 1944”. Książki szczególne, bo napisane na podstawie autentycznych losów uczestników Powstania. Ta tematyka zawsze mnie interesowała i chciałabym zainteresować nią moje córki, więc bardzo się cieszę, że je odkryłam.

Seria ma dwa „poziomy wiekowe” – dla dzieci w wieku 7-10 lat przeznaczony jest „Mały Powstaniec”

Tymoteusz Duchowski „Motek”, harcerz Szarych Szeregów,  w czasie Powstania był łącznikiem kanałowym między Żoliborzem a Starym Miastem. Służba Szczura kanałowego była bardzo niebezpieczna i trudna, a pełnili ją nastoletni chłopcy o wzroście do 150 cm, bo tylko oni mogli się poruszać w miarę wygodnie po niskich kanałach.

Do starszych (w wieku 10 – 14 lat) adresowany jest „Halicz”

Henryk Kończykowski „Halicz” był harcerzem „Szarych Szeregów” i żołnierzem batalionu „Zośka” – przeszedł cały szlak bojowy tego oddziału. Walczył na Woli i Starym Mieście, potem kanałami przeszedł do Śródmieścia i stamtąd na Czerniaków. Po wojnie najpierw musiał ukrywać się przed UB, a następnie spędził kilka lat w stalinowskim więzieniu

Co jest wartością tych książek ? Znakomicie (dla potrzeb czytelników w tym wieku) dobrani bohaterowie. Obaj mieli to szczęście, że udało im się pozostać w Powstaniu do samego końca i do niewoli niemieckiej dostali się wtedy, kiedy już Powstańcy traktowani byli zgodnie z konwencją genewską. Wspomnienia ich rówieśników z Woli czy Starego Miasta nie byłyby niestety materiałem na takie książki. W „Małym Powstańcu” tragiczny aspekt Powstania znajduje się niejako na marginesie opowieści, wyraźniej widać go dopiero w „Haliczu”, choć i tu nie znajdziemy żadnych bardzo krwawych opisów. Ważne jest też to, że obaj bohaterowie nie biorą się znikąd – dowiadujemy się o ich rodzinach i drodze do konspiracji, a także o późniejszych losach. Podoba mi się sposób, w jaki opowiedziano ich historie – spokojny, rzeczowy, bez egzaltacji.

Obie książki wydane zostały niezwykle starannie i „stylowo” – na zżółkłym papierze, z ilustracjami w nieco staroświeckiej manierze oraz wieloma oryginalnymi zdjęciami. Najważniejsze pojęcia (pseudonim, łączniczka, „szafa”, „kasza pluj” itp) są dodatkowo wyjaśnione, a na końcu „Małego powstańca” jest krzyżówka, przy pomocy której można sprawdzić ich znajomość.

Mam nadzieję, że na tym seria się nie skończy *. Prosi się teraz jeszcze o portret harcerza – listonosza poczty powstańczej, o historię łączniczki i sanitariuszki (to już zdecydowanie dla starszych) oraz może wspomnienia kogoś, kto był jeszcze za mały, by walczyć i oglądał te wydarzenia z perspektywy piwnicy. Przypomniała mi się przy tej okazji opowieść Jarosława Abramowa Newerlego (zamieszczona w „Lwach mojego podwórka”) o tym, jak to razem z kolegami zgłosili sie do oddziału stacjonującego w ich domu, dodając sobie na te okazję po trzy lata. Ich służba jednak nie potrwała długo, bo Mamy sprowadziły szybko swoich wojaków z powrotem do piwnicy.

Kiedy byłam w wieku moich córek, czytałam zachłannie wszystko, co znalazłam na ten temat. Utożsamiałam się oczywiście z młodymi powstańcami – łączniczkami czy sanitariuszkami. Po latach, będąc już mamą, zaczęłam przy okazji takich lektur myśleć więcej o kobietach siedzących z dziećmi w piwnicach jak Babcia mojego Męża i zaczęłam zastanawiać się, jak doszłabym do Pruszkowa z moimi dziewczynami. Teraz, czytając te książki, zastanawiałam się co czuły Matki tych chłopców, a także Mama mojego Wujka – listonosza poczty powstańczej, która z Grochowa obserwowała łunę nad Warszawą i przez wiele miesięcy nie wiedziała, czy jej syn żyje. Bohaterami tego Powstania byli nie tylko ci, którzy walczyli z bronią w ręku.

P.S. Do pierwszej z tych książek mam stosunek szczególny, bo jej bohatera miałam przyjemność poznać osobiście. Jeździłam na obozy harcerskie i żeglarskie razem z Jego córką, a On sam (czyli dla mnie – kapitan Duchowski) szkolił mnie na Mazurach na stopień sternika jachtowego. Bardzo miło wspominam ten obóz 🙂 Z tym większą przyjemnością w 2014 roku wzięłam wraz z Najmłodszą z moich córek udział w grze miejskiej organizowanej przez Muzeum Powstania i opartej właśnie na historii „Motka” i innych Szczurów kanałowych z Żoliborza.

* Współpraca Muzeum Powstania Warszawskiego z Wydawnictwem Muchomor ograniczyła się do tych dwóch tytułów. W pewnym sensie ich kontynuacją jest seria Wojny dorosłych – historie dzieci, którą wydaje (częściowo pod patronatem Muzeum) łódzkie Wydawnictwo Literatura.

Szymon Sławiński „Mały powstaniec. Na podstawie wspomnień Tymoteusza Duchowskiego.” (seria „Warszawa 1944”), ilustr.: Dorota Łoskot – Cichocka, wyd.: Muchomor Warszawa 2006

Roksana Jędrzejewska – Wróbel „Halicz. Na podstawie wspomnień Henryka Kończykowskiego” (seria „Warszawa 1944”), ilustr.: Ewa Poklewska – Koziełło, wyd.: Muchomor, Warszawa 2006 wznowiona pod tytułem „Powstaniec Halicz”

Dzieci, których nie ma

Dzieci, których nie ma

Polen-Jugendverwahrlager der Sicherheitspolizei in Litzmanstadt – prewencyjny obóz policji bezpieczeństwa dla młodzieży polskiej w Łodzi. Nazwa to powstała na użytek zewnętrzny, miała stwarzać pozory, że obóz ma charakter zaradczy i będzie pomocny w należytym wychowaniu polskich dzieci… Zachowaniu pozorów służyło też funkcjonujące w obozie stanowisko „wychowawcy”. Ten prewencyjny z nazwy obóz nosił wszelkie znamiona obozu koncentracyjnego. Nie był tak rozbudowany, jak obóz w Oświęcimiu, nie miał komór gazowych i pieców krematoryjnych, ale nie bez powodu jest nazywany Małym Oświęcimiem… – napisała we wstępie do tej książki jej autorka.

„Dzieci, których nie ma” to próba zmierzenia się z tematem niezwykle trudnym – w sposób odpowiedni dla czytelnika niedorosłego. Próba nie do końca udana, ale ważna, bo pokazująca, że jednak są tematy, których nie da się w taki sposób opisać.

„Dzieci, których nie ma” to książka, której lektura boli. Doczytanie jej do końca sprawiło mi problem, a przecież mam już za sobą wiele trudnych lektur i wiedziałam wcześniej, czym był obóz przy ulicy Przemysłowej. Bardzo długo zbierałam się też do napisania o niej, bo nie byłam w stanie sięgnąć po nią kolejny raz.

Ten obóz, który kojarzyć się może z ostatnim kręgiem piekła, Niemcy umieścili w samym środku innego piekła – łódzkiego getta. Dlatego jego historia słabo zapisała się w pamięci zbiorowej o tych czasach. I właśnie o pamięć chodzi twórcom tej książki. Na jej okładce możemy przeczytać słowa: Nie wolno nam dopuścić, by to, co się wydarzyło w obozie dla polskich dzieci w Łodzi, poszło w zapomnienie.

By Ignacy Płażewski – Muzeum Miasta Łodzi, CC BY-SA 3.0 pl, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=64013274

„Dzieci, których nie ma” to książka przejmująco smutna, ale w taki szczególnie mocny sposób. Jest tam tłum bezimiennych dzieci i nie ma żadnego, które miałoby imię, twarz, któremu moglibyśmy towarzyszyć, współczuć i mieć nadzieję, że uda mu się przeżyć. Twarzy nie ma również na ilustracjach Macieja Szymanowicza, które towarzyszą tekstowi Renaty Piątkowskiej.

Bohaterami tej książki są CIERPIENIE i OKRUCIEŃSTWO.

Jej wygląd zewnętrzny sugeruje zupełnie co innego, niż możemy znaleźć w środku – dlatego mam z nią problem i chyba miało go też wydawnictwo. Seria „Wojny dorosłych – historie dzieci”, w ramach której się ukazała, zawiera książki adresowane do niedorosłych czytelników w różnym wieku – od najmłodszych (jak w przypadku „Asiuni”) po nastolatków. W przypadku „Dzieci, których nie ma” granicę wieku określono jako 15+. Wydaje mi się jednak, że młodzież w tym wieku raczej po nią nie sięgnie, bo jej rozmiar i wygląd sugerują, że jednak jest dla młodszych. Poza tym – młodzi ludzie w wieku licealnym, jeśli tylko są tą tematyką zainteresowani, mogą już czytać książki historyczne z półki dla dorosłych, które ten temat opisują bardziej wyczerpująco.

Renata Piątkowska „Dzieci, których nie ma”, ilustr.: Maciej Szymanowicz, wyd.: Literatura, Łódź 2020

Jędruś chłopak ze Lwowa

Jędruś chłopak ze Lwowa

„Jędruś chłopak ze Lwowa” to w serii Wojny dorosłych – historie dzieci trzecia po „Asiuni” Joanny Papuzińskiej i „Ostatnim piętrze” Ireny Landau książka autobiograficzna. Jej bohater Andrzej Perepeczko był marynarzem i wykładowcą Akademii Morskiej w Gdyni. Jest także autorem popularnego w czasach PRL (i wznowionego niedawno) cyklu przygodowo – podróżniczych książek dla młodzieży o Dzikiej Mrówce.

Jak sobie z niejakim już trudem przypominam, urodziłem się dość dawno w jednym z najpiękniejszych, a na pewno najweselszych miast przedwojennej Polski, a mianowicie we Lwowie. Między innymi z tego powodu moje życie zapowiadało się wesoło i szczęśliwie…

Tytuł tej książki jest trochę mylący. Sięgając po nią spodziewałam się historii kogoś, kto we Lwowie spędził czas wojny i okupacji. Tymczasem jej bohater co prawda urodził się tam i mieszkał we wczesnym dzieciństwie, ale w kiedy miał 5 lat jego rodzina przeprowadziła się do Modlina. Tata Jędrusia był oficerem i otrzymał przydział do tamtejszego Centrum Wyszkolenia Broni Pancernej. Rodzina Perepeczków zamieszkała wtedy w twierdzy modlińskiej, a Jędrek i jego o rok starsza siostra Krysia rozpoczęli naukę w tamtejszej Szkole Rodzin Wojskowych.

Niestety gdy byłem jeszcze dzieckiem, wybuchła wojna, która jest najtragiczniejszym i… najgłupszym pomysłem, na jaki mogła wpaść ludzkość.

Potem była wrześniowa tułaczka zakończona we wsi Luszawa pod Kockiem, okupacja spędzona w Warszawie (choć Jędrek na jeden rok wyjechał do swojej matki chrzestnej, do leśniczówki na Huculszczyźnie) i wreszcie wakacje w Stobiecku Szlacheckim koło Radomska, gdzie spędził lipiec 1944 roku. Do Warszawy miał wrócić 1 sierpnia…

Tytuł tej książki jest może mylący, ale prawdziwy i trudno mieć do autora pretensje, że jego okupacyjne losy zaprowadziły go do Lwowa tylko na kilka dni, kiedy jechał z babcią na Huculszczyznę. Szkoda jednak, że temat wojny w tej części Polski, której dane było przeżyć dwie okupacje, nadal nie znalazł odbicia w literaturze dla młodych czytelników. Mogło być na to miejsce już w „Wysiedlonych”, ale autorka prześlizgnęła się tam nad okupacją sowiecką, kwitując ją jednym zdaniem.

W czasach PRL oprócz serii o Dzikiej Mrówce Andrzej Perepeczko napisał też „Wojtka Warszawiaka” – powieść z akcją umieszczoną podczas wojny. Teraz, czytając jego autobiografię, zrozumiałam, że nieprzypadkowo na kartach tamtej książki pojawiają się Jędrek i Krysia, rodzeństwo z Modlina, których Wojtek poznaje, kiedy we wrześniu 1939 roku dociera z mamą do Luszawy koło Kocka. Okupacyjne losy Wojtka, syna kolejarza z Warszawy, były inne niż autora, ale widać, że zawarł on w tej historii swoje niespełnione marzenia o przyłączeniu się do oddziału partyzanckiego i o udziale w Powstaniu Warszawskim, marzenia nastolatka, który był trochę za młody, żeby walczyć i bardzo tego zazdrościł starszym od siebie.

W rzeczywistości udało mu się (tylko ???) należeć do Szarych Szeregów i wziąć udział w działalności Małego Sabotażu w ostatnich miesiącach wojny w Radomsku. To wystarczyło, żeby za karę zamiast do normalnego wojska trafił po maturze do Batalionu Górniczego, gdzie takie jak on elementy niepewne wydobywały węgiel. Udało mu się jednak potem zostać marynarzem i zrealizować chłopięce marzenie o dalekich podróżach.

Było bardzo różnie i częścią moich wspomnień chcę się z Wami, Drogie Czytelniczki i Drodzy Czytelnicy, podzielić, życząc jednocześnie, aby w życiu nic złego Was nie spotkało i żebyście zawsze mieli się do kogo uśmiechać.

Andrzej Perepeczko „Jędruś chłopak ze Lwowa”, ilustr.: Magdalena Pilch, wyd.: Literatura, Łódź 2019

Andrzej Perepeczko „Wojtek Warszawiak”, ilustr.: Stanisław Rozwadowski, wyd.: Młodzieżowa Agencja Wydawnicza, Warszawa 1984

Z Bożej łaski Jadwiga, król

Z Bożej łaski Jadwiga, król

Jadwiga Andegaweńska była pierwszą postacią historyczną, którą poznałam bliżej, a stało się to za sprawą powieści „Jadwiga i Jagienka” Czesławy Niemyskiej – Rączaszkowej, jednej z ukochanych książek mojego dzieciństwa. Dzięki niej dowiedziałam się najpierw ja, a potem Najstarsza z moich córek o tym, co wiedzą teraz już wszyscy, którzy choćby zobaczyli okładkę książki Zuzanny Orlińskiej – że Jadwiga nie była królową, tylko królem Polski. Pamiętam rozpaczliwy telefon Najstarszej z wycieczki szkolnej do Krakowa i jej żądanie, żebym natychmiast wyjaśniła to pani przewodniczce, która nie uznała w jakimś konkursie jej odpowiedzi na pytanie o królów właśnie 😉

Sięgnęłam po „Z Bożej łaski Jadwiga, król” z pewnymi obawami, choć znając twórczość Zuzanny Orlińskiej mogłam przypuszczać (a nawet być pewna), że uda jej się sprostać tej konkurencji. Te obawy wzrosły nieco, kiedy stwierdziłam, że zaczęła swoją opowieść w tym samym momencie co Niemyska – Rączaszkowa czyli w czasie podróży Jadwigi do Polski. Poczułam się jednak trochę swojsko spotykając w jej orszaku dobrze znane osoby – jak Spytka z Melsztyna czy biskupa Radlicę. I też, podobnie jak w tamtej powieści, do orszaku Jadwigi ktoś w tej podróży dołączył. Tym razem jednak nie była to Jaga, córka Jamroża Króla z Lipnicy Małej, tylko Formoza – nieznająca swojego pochodzenia akrobatka z wędrownej trupy. Jak wspomina w przedmowie autorka, natknęła się w dokumentach na taką postać wymienioną jako: Formoza de Wanszwoja, niegdyś panna dworska przy boku naszym, teraz zaś narzeczona Stanisława Gamrata, której Jadwiga ufundowała posag. Na tej podstawie wymyśliła jej historię. Panna Formoza z fraucymeru królowej pojawiła się także w „Jadwidze i Jagience”, ale była tam tylko postacią w tle. Tytuł powieści Niemyskiej – Rączaszkowej pokazuje, jak ważny jest tam, opierający się na Jagience wątek ludowy. Czytając ją teraz, po latach i z moją obecną wiedzą, dostrzegłam wyraźnie, jak bardzo naznaczona jest przez czasy, w których powstała.

Jest w tych książkach więcej podobieństw, wynikających przede wszystkim z tego, że opisują te same wydarzenia. Zuzanna Orlińska poszerzyła akcję o wątek litewski, dzięki któremu czytelnicy wiedzą trochę więcej o kraju, z którego przybywa Jagiełło. Bardzo polubiłam jej Skirgiełłę, główną postać tego wątku, który trochę kojarzy mi się z panem Zagłobą 😉

Jest też tam wątek zupełnie nowy, drugi plan czasowy, w którym pojawia się postać prawie nieznana – Anna Cylejska, druga żona Jagiełły, którą ponoć sama Jadwiga do tej roli wskazała. Uważny czytelnik zauważy zresztą na kartach tej książki także jego trzecią żonę, ale ona pojawia się tylko na dalszym planie. Losy tych dwóch dziewczynek, kuzynek – Jadwigi i Anny, (wydawać by się mogło – księżniczek z bajki) uświadamiają nam, w jak niewielkim, mimo swego urodzenia, stopniu miały one wpływ na własne życie i jak bardzo było ono zależne od decyzji opiekujących się nimi mężczyzn.

Jadwiga jest także jedną z dam, dziewuch, dziewczyn w wydanej niedawno książce Anny Dziewit – Meller, do której miałam trochę zarzutów o ahistoryczność (oraz o opowiadanie o królu Polski per Jadźka 😉 ). Zuzanna Orlińska nie spoufala się ze swoją bohaterką, starannie odtwarza natomiast średniowieczny obyczaj, sposób myślenia i życie na dworze. Doceniła to także dr hab. Bożena Czwojdak – mediewistka i konsultantka historyczna tej książki pisząc: Autorka ukazała Jadwigę nie tylko jako poważną królową i świętą, ale jako zagubioną w zupełnie nowym świecie dziewczynkę, która dorasta do powierzonej jej roli. Zuzanna Orlińska odkryła przed nami ludzką twarz Jadwigi.

Z niecierpliwością czekam teraz na jej kolejną historyczną powieść, bo wiem, że powstaje, że także poprzedzona została solidną kwerendą i że zaprowadzi nas w czasy, w których jeszcze z tą autorką nie byliśmy 🙂

Zuzanna Orlińska „Z Bożej łaski Jadwiga, król” (seria: A to Historia), wyd.: Literatura, Łódź 2017

Czesława Niemyska – Rączaszkowa „Jadwiga i Jagienka”, ilustr.: Leonia Janecka, wyd.: Nasza Księgarnia, Warszawa 1967

Polska. Na tropie historii

Polska. Na tropie historii

Ubocznym skutkiem koronawirusa jest to, że po raz kolejny odczuwam niekłamaną radość z faktu, że wszystkie moje córki od Najstarszej przez Środkową po Najmłodszą zdążyły już zakończyć swoje (i moje przy okazji też) przygody z polskim systemem oświatowym.

Chcę równocześnie przekazać wyrazy współczucia dla tych rodziców, którzy muszą teraz stawić czoła zdalnemu nauczaniu swoich dzieci w czasie przymusowych korona-nie-ferii, szczególnie jeśli mają tych dzieci więcej niż jedno, a sami też muszą pracować zdalnie. Z tego, co z różnych stron słyszę, łatwo nie jest.

Może w tej walce przyda się taka pomoc naukowa ? Można jej używać analogowo, oglądając pełne szczegółów ilustracje oraz czytając zamieszczone tam teksty i wykonując polecenia. Można też ściągnąć z sieci pliki audio (kod dostępu podany jest w książce) i już offline wysłuchać komentarza historycznego.

12 rozkładówek wypełniają kipiące szczegółami ilustracje Zuzy Wollny, której kreskę miałam okazję poznać, kiedy ilustrowała książki swojego ojca Mariusza Wollnego (m.in. smoczy przewodnik po Krakowie), ukazujące życie codzienne w różnych okresach historii od czasów wczesnopiastowskich po okres PRL-u. Nie zobaczycie tam znanych postaci, ani ważnych wydarzeń historycznych tylko codzienne życie zwyczajnych ludzi, to czym się zajmowali, jakich przedmiotów używali i jak się ubierali.

I choć na ogół piszę tu o książkach, które służą do czytania, tym razem, w wyjątkowej sytuacji robię wyjątek, bo naprawdę warto sięgnąć po tę publikację 🙂

Dr Sebastian Adamkiewicz (tekst), Zuza Wollny (ilustr.) „Polska. Na tropie historii” (seria: Kapitan Nauka”), wyd.: Edgard, Warszawa 2020

Dzieje się je. Mała historia kuchni

Dzieje się je. Mała historia kuchni

Czytaj duszkiem albo smakuj z wyrafinowaniem !

Takim hasłem Wydawnictwo Bajka zachęca do lektury swojej nowej książki „Dzieje się je. Mała historia kuchni” Łukasza Modelskiego. Autor jest historykiem i dziennikarzem, w radiowej Dwójce prowadzi audycje kulinarno – literackie, a niedawno ukazała się także ich książkowa wersja – „Droga przez mąkę czyli literatura dla kucharek”. Przeczytałam ją z ogromną przyjemnością – to przegląd kulinarnych wątków w dziełach literatury światowej od starożytności do współczesności. Odkąd Wydawnictwo Bajka zapowiedziało jego książkę dla młodych czytelników, czekałam na nią z zainteresowaniem.

I nie zawiodłam się ! Kiedy trafiła w moje ręce, zgodnie z hasłem przywołanym na początku, najpierw (duszkiem 😉 ) przejrzałam ją od deski do deski, aby potem już na spokojnie oddać się smakowaniu szczegółów 😉 Ta książka to przegląd historii kuchni od starożytnego Egiptu po współczesność. Można powiedzieć, że jest to zbiór arcyciekawych ciekawostek kulinarnych, ale razem tworzą one kompendium wiedzy o tym, co i jak jadano na przestrzeni wieków i jak to się zmieniało w czasie. Plus przewidywanie na przyszłość czyli Siedem dań, które na pewno będziemy jedli. Z tym ostatnim rozdziałem mam najwięcej problemu, pocieszam się jednak, że może już tych zmian nie dożyję 😉

„Drogę przez mąkę” zilustrowała bardzo finezyjnie Zofia Różycka, natomiast ta książka nie istniałaby bez ilustracji Adama Pękalskiego, które są równie erudycyjne jak tekst 🙂 Podobnie jak w poprzednich ilustrowanych przez Niego publikacjach Wydawnictwa Bajka („Dawniej czyli drzewiej” czy „Mamie Gęsi”) zachwyca mnie z jednej strony staranność w doborze najdrobniejszych szczegółów, aby nic nie zgrzytało historycznie, a z drugiej – rozmach i swoboda kreski.

„Dzieje się je” to lektura na długo, tak wypełniona szczegółami i ciekawostkami, że nie da się poprzestać na jej jednorazowym przeczytaniu. Szkoda, że skutkiem ubocznym koronawirusa są także problemy z dotarciem do nowowydanych książek, bo ten czas przymusowych nieferii sprzyjałby zapewne niespiesznemu delektowaniu się nią. Ale także potem, kiedy już (mam nadzieję !) wrócimy do normalności, zdecydowanie warto po nią sięgnąć. Jest po prostu ponadczasowa 🙂

Łukasz Modelski „Dzieje się je. Mała historia kuchni”, ilustr.: Adam Pękalski, wyd.: Bajka, Warszawa 2020

Łukasz Modelski „Droga przez mąkę czyli literatura dla kucharek”, ilustr.: Zofia Różycka, wyd.: Znak, Kraków 2019

Dopóki niebo nie płacze

Dopóki niebo nie płacze

Można powiedzieć, że jest to aneks do „Dwojga drzwi i dziewięciorga dzieci”, a równocześnie trzecia na półkach Małego Pokoju z Książkami publikacja, w której wydaniu uczestniczył lubelski Ośrodek „Brama Grodzka – Teatr NN”. W przeciwieństwie do „Czarodziejów wyobraźni”, którzy byli niestety wypadkiem przy pracy, „Dopóki niebo nie płacze” jest dopracowane w najdrobniejszych szczegółach – jak to zwykle bywa z książkami Iwony Chmielewskiej.

Najpierw zobaczyłam setki portretów – cudem odnaleziony w Lublinie skarb.

Mieszkańcy żydowskiej dzielnicy, przez tyle lat ukryci, darowali nam współczesnym swoje spojrzenia z czasów, gdy nie przeczuwali jeszcze losu, który ich czekał.

Te spojrzenia czegoś się domagały, nie dawały mi spokoju. Jeszcze bezpieczni, otoczeni bliskimi, pełni szlachetnego skupienia ludzie, prosili, by ich ożywić i dodać im barw. Domagali się szczególnej czułości i opowieści, która niosłaby pamięć dalej.

Ale nie chcieli słów pełnych grozy, woleli opowieść o życiu.

Znalazłam więc dla nich wiersze, proste i pełne ciepła. Napisał je ich sąsiad, poeta i nauczyciel Józef Czechowicz, zanim zginął w 1939 roku – w jednym z pierwszych bombardowań Lublina.

Na moich ilustracjach bohaterowie fotografii ożywają w uroczystym teatrze, w przyjaznym otoczeniu, wśród zwierząt i roślin. Na tej scenie pamięci od zimy do późnej jesieni każdy z nich odgrywa ważną, pełną godności rolę. – napisała Iwona Chmielewska na stronie wydawnictwa i w ten sposób powiedziała o tej książce wszystko, co najważniejsze.

Na okładce widzimy nazwiska trojki autorów, ale jedno z nich opatrzone jest gwiazdką, która prowadzi do takiej informacji: Archiwalne zdjęcia zamieszczone w tej książce pochodzą z kolekcji szklanych negatywów odnalezionej w 2010 roku w Lublinie, w kamienicy przy Rynku 4. W 2012 roku zostały przekazane Ośrodkowi „Brama Grodzka – Teatr NN”. Według aktualnych ustaleń prawdopodobnym autorem zdjęć jest Abram Zylberberg. (więcej informacji na ten temat można znaleźć >>> tutaj )

Cała kolekcja składała się z 2700 negatywów. Udało się na nich rozpoznać 15 osób. Być może wśród tych pozostałych jest ktoś z bohaterów „Dwojga drzwi i dziewięciorga dzieci”, ale tego już się nie dowiemy. Na ilustracjach Iwony Chmielewskiej ludzie sfotografowani przed wojną w Lublinie pojawiają się w anturażu związanym z wierszami innego lublinianina – Józefa Czechowicza. Ani w jego wierszach, ani w ilustracjach nie ma cienia Zagłady rzucanego wstecz, mimo że możemy przypuszczać, jaki był los większości z tych ludzi. Jest świat, w którym żyli, a którego już nie ma…

Dokoła listki, dokoła, dopóki jesień wesoła.

Dopóki niebo nie płacze, niech każdy w słonku poskacze.

Iwona Chmielewska, Józef Czechowicz, Abram Zylberberg „Dopóki niebo nie płacze”, wyd.: Ośrodek „Brama Grodzka – Teatr NN’, Lublin 2016

Dwoje drzwi i dziewięcioro dzieci

Dwoje drzwi i dziewięcioro dzieci

Rabinowiczowie mieli dziewięcioro dzieci. Najstarszy z nich, Aaron, miał siedemnaście lat, ale jego być może w ogóle nie powinniśmy liczyć, bo był żonaty i już nie mieszkał w rodzinnym domu. Druga po Aaronie była Adina, a po niej kolejno Miriam, Szlomo, Estera, Noemi, Jakub i Debora; ostatnia dziewczynka była jeszcze zupełnie malutka i miała na imię Bluma. Mieszkali wszyscy w Lublinie, w domu przy ulicy Lubartowskiej, na drugim piętrze kamienicy, a do ich mieszkania prowadziło dwoje drzwi wejściowych – niebieskie i brązowe. Tak naprawdę bowiem były to dwa mieszkania, bo w jednym po prostu by się nie pomieścili.

Papa Rabinowicz był rabinem w domu modlitewnym – zwanym sztyblem – który znajdował się na parterze. Codziennie przed śniadaniem schodził na dół, żeby odprawić modlitwę. A codziennie po śniadaniu pracował w swoim biurze, czytając książki* i przyjmując odwiedzających, który przychodzili do niego po radę…

Choć mogłoby się to wydawać niemożliwe – „Dwoje drzwi i dziewięcioro dzieci” jest książką równocześnie fascynującą i rozczarowującą, a miejscami niestety nudną 😦

Fascynująca jest jej tematyka. To pierwsza taka książka od… nie wiem kiedy, na pewno od końca wojny, a i wcześniej trudno mi ją sobie taką wyobrazić – książka, która pokazuje normalne życie rodziny ortodoksyjnych Żydów żyjących w przedwojennej Polsce. Konkretnie: w Lublinie, ale ponieważ praktycznie cała akcja umieszczona jest w dzielnicy zamieszkałej przez ludność żydowską, może to być niemal każde inne ówczesne polskie miasto lub miasteczko dawnego zaboru rosyjskiego lub austriackiego. Anna Ciddor, pisarka mieszkająca w Australii, na podstawie tego, co opowiedziała jej babcia Noemi, odtworzyła codzienne (i niecodzienne) życie jej rodziny w najdrobniejszych szczegółach. W dodatku, co moim zdaniem jest najważniejsze, zrobiła to kompletnie poza kontekstem Holokaustu, w którym współcześnie umieszczamy wszystko, co jest z Żydami w Polsce związane. Dariusz Stola, dyrektor Muzeum Polin, nazwał to sytuacją , w którym Zagłada rzuca cień także wstecz. Opowiadając o swoim muzeum, powiedział: Wydobywanie czegoś z cienia Zagłady polega m.in. na tym, żeby zwiedzający, który ogląda synagogę z XVII wieku, na chwilę zawiesił swoją wiedzę o tym, że potomkowie Żydów, którzy ją zbudowali, zostali wymordowani. Ci, którzy budowali synagogę, nie wiedzieli, że ich potomkowie zostaną wymordowani. Rzutowanie Zagłady wstecz oddziela nas od ludzi, którzy żyli przed nią.

Tak ja my teraz nie wiemy, co się zdarzy w przyszłości, tak samo Rabinowiczowie żyli w przedwojennym Lublinie nie przeczuwając nadchodzącego Holokaustu. Jedyna wzmianka o nim pojawia się w posłowiu. Obchodzili święta, wychowywali dzieci, żenili je i wydawali za mąż. Akcja tej książki osnuta jest właśnie wokół zamążpójścia najstarszej z ich córek Adiny, której męża zgodnie z tradycją wybierają dla niej rodzice, a ona pierwszy raz zobaczy go dopiero w dniu ślubu. Zanim jednak to nastąpi, czytelnicy towarzyszą rodzinie w przygotowaniach do szabasu…

„Dwoje drzwi i dziewięcioro dzieci” mogłabym określić mianem powieści etnograficznej 😉 Zasady i zwyczaje regulujące życie w ortodoksyjnej rodzinie żydowskiej opisane są tam szczegółowo i ta drobiazgowość, dla mnie interesująca, może być nużąca dla jej współczesnych odbiorców. Czytając opis przygotowywania gefilte fisz miałam wrażenie, że śledzę je w czasie rzeczywistym 😉 Warto jednak zauważyć, że przy całej tej staranności, autorka w jednym miejscu nagięła zwyczaj do potrzeb akcji, tak aby zakończyć ją ślubem. Tymczasem golenie głowy panny młodej miało miejsce już po nim i nie zostawiano jej wtedy na głowie żadnych loczków.

Równocześnie zabrakło mi w tej opowieści jakiejś podbudowy psychologicznej, która pozwoliłaby żyjącemu w XXI wieku czytelnikowi zrozumieć sytuację aranżowanego małżeństwa, bo cała ta sprawa opisana jest tam niemal kompletnie bez emocji. Adina i inne dzieci Rabinowiczów oswajały się z taką sytuacją od dziecka, dookoła miały same pary, które pobrały się w ten sposób (z rodzicami i bratem włącznie), więc zapewne nie budziło to ich zdziwienia. Jednak przez sto lat, które minęły od czasu, w którym żyli, świat zmienił się bardzo – także (czego sobie często nie uświadamiamy) w kwestii tego, na jakich fundamentach tworzymy obecnie związki (nie zawsze) małżeńskie 😉 Przydałaby się tam choćby jedna scena na przykład rozmowy Adiny z mamą czy szwagierką, która zapewne sama niedawno była panną młodą, o obawach, jakie miały przed ujrzeniem przyszłego męża i o początkach życia z kompletnie nieznanym człowiekiem.

Akcja tej książki umieszczona jest, jak wspomniałam, w Lublinie, w bliżej nieokreślonym momencie dwudziestolecia międzywojennego. Rabinowiczowie żyją tam w zamkniętym, żydowskim świecie, w którym mówi się w jidysz nawet z polską służącą Lidią i często nie zna się w ogóle języka polskiego. Dla australijskich czytelników, do których pierwotnie była adresowana „Family with Two Front Doors”, to świat odległej przeszłości gdzieś na antypodach, równie daleki jak opisywani przez tę samą autorkę w innych książkach Wikingowie czy mieszkańcy starożytnego Rzymu. Dla polskich odbiorców ani czasy, ani miejsce akcji nie są jednak tak odległe i chyba szkoda , że to wydanie nie zostało uzupełnione o jakiś wstęp czy posłowie rozszerzające nieco ich wiedzę.

* wydaje mi się , że bardziej odpowiednim określeniem byłoby tu studiując księgiczytanie książek brzmi jednak trochę niepoważnie

Anna Ciddor „Dwoje drzwi i dziewięcioro dzieci”, przekł.: Grażyna Chamielec, wyd.: Mamania, Warszawa 2019

Banany z cukru pudru

Banany z cukru pudru

Wpis z 16 marca 2016 roku. Potem ta sama spółka autorska wydała jeszcze dwie książki – podtarzańską „Na Giewont się patrzy” i morską „Marsz, marsz Batory” oraz serię zeszytów, które zachęcają dzieci do poznawania rodzinnej i lokalnej przeszłości.

Czy wyobrażaliście sobie kiedykolwiek swoją prababcię, jak robi fikołki na trzepaku, albo dziadka, który gra aniołka w jasełkach ? A babcię, jak łapie żaby ?

„Banany z cukru pudru” to bezpretensjonalna opowieść o dzieciństwie z historią w tle, o zwykłym życiu na podwarszawskiej (wówczas) Sadybie. Jej autorki – Barbara Caillot Dubus i Aleksandra Karkowska – nazywające siebie sadybiankami z wyboru, zaprosiły swoich wiekowych już sąsiadów do rozmowy o ich dzieciństwie i o tym, jak żyło się w Mieście Ogrodzie, którym wtedy była Sadyba przed wojną, podczas okupacji i w trudnych powojennych latach. Z ich wypowiedzi i zdjęć wydobytych z rodzinnych albumów powstała książka. W zamierzchłych czasach, kiedy studiowałam historię, nazywało się to wywoływaniem źródła, teraz w powszechnym użyciu jest określenie historia mówiona.

Wtedy było inaczej. Nikt nie grymasił. Jedzenie się dostawało i jadło. Mój talerz zawsze był z obwódką łusek z owsianki. Dziadek groźnym okiem patrzył. Trzeba było zjeść wszystko, siedzieć prosto z rękami na stole.

Dziewczyny lubiły się czesać, najbardziej w kotlety, to znaczy dwa warkocze zwinięte w ślimaki, albo na zająca czyli w kitkę. Było też uczesanie za karę, czyli w kupkę, to taki rozpłaszczony kok na czubku głowy.

Podobnie jak w książkach Joanny Papuzińskiej, w których wraca ona do czasów swojego dzieciństwa (od „Darowanych kresek” przez „Asiunię” po najnowsze spacerowniki warszawskie) oglądamy przeszłość z perspektywy jednostek – i to jednostek całkiem małych, przyjmujących to, co się wokół nich dzieje w sposób naturalny, bezrefleksyjny.

Tatuś zabrał mnie do domu towarowego Braci Jabłkowskich, a tam w holu zabawki od podłogi do sufitu. Ogrom zabawek. Osłupiałam. Ojciec mówi: „Wybieraj”. Długo stałam i myślałam, upatrzyłam sobie lalkę w niebieskiej jedwabnej sukience z białym kołnierzykiem i halką. Miała czarne włosy i niebieskie otwierane oczy. Mówiła „Mama”. Dwa tygodnie później wybuchła wojna.

Kiedy wróciłyśmy do domu po Powstaniu, dom był spalony, tylko piwnica została. A w niej materace i dwie świnki. Przecież trzeba był coś jeść.

Bawiliśmy się też w chowanego w pałacu w Wilanowie. Niektóre okna były zakryte deskami. Można było taką deskę odgiąć i wejść do środka. Sale były puste.

Dorosły czytelnik poświęci być może w tym miejscu chwilę refleksji losom przedwojennych mieszkańców Wilanowa, którzy wówczas byli na zesłaniu koło Krasnogorska, tudzież dziełom sztuki wywiezionym z pałacu przez Niemców, ale dla dzieci te puste sale były po prostu przestrzenią zabaw.

Znajdziemy w tej książce zarówno życie codzienne – odmienne od dzisiejszego…

Prawdziwy telefon, czarny z tarczą i słuchawką na widełkach, miał tylko jeden sąsiad na ulicy. Chodziliśmy do niego, jak trzeba było zadzwonić.

Przed wojną ubrania zamawiało się u krawcowej. Nosiliśmy pończochy na guziki. Chłopcy też. Strasznie tego nie lubiłam, więc jak tylko wychodziłam z domu, to szybko zwijałam je w skarpetki.

Przychodził ostrzyciel. Wołał: „Noże ostrzę, nożyczki !”. Cała ulica się zbierała. Sąsiadki plotkowały stojąc w kolejce.

… świat dziecięcych zabaw, na które współczesne dzieci już nie mają szansy…

Starszy kolega zabierał mnie do kazamat w forcie obok szkoły. Ciemno tam strasznie było, łaziliśmy tam godzinami. Trudno było się potem wydostać przez wąskie przejścia.

Bawiliśmy się w ślady wojny, podchody na gruzach domów. Tu było dużo miejsca, było gdzie ganiać. Jak się wyszło z rana, to się wracało wieczorem

Wchodziliśmy też na słup. Z nudów.

… szkołę zupełnie inną niż teraz…

Na początku roku szkolnego każdy uczeń musiał przynieść do szkoły trzy cegły i gazetę. Siedzieliśmy na nich. U nas w szkole, zaraz po wojnie, nie było nic, żadnych mebli.

… i Wielką Historię, która czasem wkraczała także na Sadybę.

W czasie Powstania w naszym domu był szpital. Jako 12-letnia dziewczynka pomagałam sanitariuszkom, zwijałam bandaże i cerowałam skarpetki. W piwnicach w pralni gotowano dla powstańców, ja obierałam ziemniaki. Miałam opaskę AK, byłam harcerką.

„Banany z cukru pudru” to książka z jednej strony lokalna, a z drugiej – uniwersalna, bo przecież podobne opowieści można usłyszeć z ust wielu osób, które żyją pośród nas. Trzeba tylko chcieć ich posłuchać.

Kiedy spotkasz starszą osobę na ulicy, pamiętaj, że ona też kiedyś była dzieckiem…

Barbara Caillot Dubus, Aleksandra Karkowska „Banany z cukru pudru”, wyd.: Oficyna Wydawnicza Oryginały, Warszawa 2015