Okna Pałacu Saskiego

Okna Pałacu Saskiego

(to co w tle to oczywiście nie jest Pałac Saski, bo on nie istnieje, jednak boniowanie na elewacji tej odrestaurowanej warszawskiej kamienicy przy ulicy świętej Barbary wydało mi się podobne)

Stali bywalcy Małego Pokoju z Książkami wiedzą doskonale, że bardzo cenię twórczość Zuzanny Orlińskiej, a szczególnie to, jak pisze ona o historii. Potrafi połączyć interesującą, wciągającą czytelnika akcję z wiernością realiom historycznym. Z dużą odwagą wprowadza na karty swoich książek postaci historyczne i jeśli się one tam pojawiają, to możemy być pewni, że mogli się znaleźć akurat w tym miejscu i akurat w tym czasie.

„Okna Pałacu Saskiego” ukazały się cztery lata temu i od tego czasu bardzo chciałem tę książkę przeczytać. Nie można jej było kupić, a kanały dystrybucji były mocno niejasne, więc udało się to dopiero niedawno, kiedy dostałam ją od Autorki. Nie planowałam pisania o niej, bo skoro jest to kolejna publikacja nie do dostania, to w sumie po co?

Na tę książkę składa się pięć opowiadań. Akcja pierwszego rozgrywa się w połowie XVIII wieku, a ostatniego w czerwcu roku 1979, ale wszystko dzieje się w jednym miejscu – w Pałacu Saskim. Najpierw był rezydencją królewską, potem siedzibą Liceum Warszawskiego, a po przebudowie – budynkiem mieszkalnym. W latach 1918 -1939 miał w nim swoja siedzibę Sztab Generalny Wojska Polskiego, a pod jego kolumnadą umieszczono Grób Nieznanego Żołnierza. W piątym opowiadaniu pałacu już nie ma, ale na miejscu, gdzie był, gromadzą się ludzie, żeby wysłuchać pamiętnych słów Jana Pawła II…


Jej lektura stała się dla mnie przyczynkiem do zastanowienia się, jak ja sama widzę miejsce, o którym ona opowiada. W czasach mojego dzieciństwa i młodości Plac Zwycięstwa* był wielkim pustym wygonem rozciągającym się między hotelem Victoria a tyłem Teatru Wielkiego. Hulał po nim wiatr, a na skraju Ogrody Saskiego stała resztka kolumnady z Grobem Nieznanego Żołnierza i czasem równym krokiem maszerowała tamtędy zmiana warty. Na uroczystościach oficjalnych, które się przy nim odbywały, nie bywałam. Mszę papieską w 1979 roku oglądałam w telewizji. Przez długie lata było to dla mnie miejsce, przez które się przechodziło, a nie takie, które było celem. Zmieniło to się dopiero w pierwszej dekadzie XXI wieku. Najpierw powstał budynek Metropolitan projektu Normana Fostera i plac stał się nieco mniejszy. Potem zaczęliśmy tam przychodzić 1 sierpnia, żeby (z roku na rok w coraz liczniejszym towarzystwie) śpiewać piosenki powstańcze.
Niedawno zobaczyłam kronikę filmową z sierpnia 1957 roku. To była trzynasta rocznica wybuchu Powstania Warszawskiego, ale pierwsza obchodzona oficjalnie. Patrzyłam na stojących tam, własnie w tym miejscu powstańców i zastanawiałam się, co przeżyli przez te lata (niektórzy zapewne całkiem niedawno wyszli z więzień), co myśleli patrząc na tę pustkę dookoła (przecież pamiętali Warszawę przedwojenną) i co czuli słysząc podczas apelu poległych, że ich towarzysze broni zginęli, aby żyła Polska Rzeczpospolita Ludowa

Myślę sobie o tym, że obecne pierwszosierpniowe śpiewanki to część tego, o co oni w Powstaniu walczyli – żeby kolejne pokolenia mogły w swoim mieście tworzyć wspólnotę, na przykład po to, żeby razem śpiewać.

Po lekturze „Okien Pałacu Saskiego” odczuwam smutek – nie z powodu, tego co w niej przeczytałam i bynajmniej nie dlatego, że jest to książka kiepska. Wręcz przeciwnie – szkoda mi tego, że jest, a jakby jej nie było…

Szkoda wysiłku Autorki i Ilustratora, którzy stworzyli książkę piękną i ciekawą, która z jakichś niezrozumiałych dla mnie przyczyn nie może dotrzeć do czytelników. Szkoda funduszy, które wydano na to, żeby się ukazała, mimo że jej znaleźć nie można. I żal, że nie wydarzą się różne rzeczy, które mogłaby ona wywołać – wycieczki i spacery, rozmowy oraz opowieści także o innych sprawach, które się z tym miejscem wiążą. Warszawa jest jak palimpsest, a ta książka mogłaby pomóc odkryć niektóre jego warstwy.

*wcześniej: Saski, Marszałka Piłsudskiego, SachsenPlatz, Adolf HitlerPlatz, po wojnie znowu krótko Saski, a potem Zwycięstwa, a od 1990 roku – Piłsudskiego

Zuzanna Orlińska „Okna Pałacu Saskiego”, ilustr.: Mikołaj Kamler, wyd.: Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego, Warszawa 2022

Zośka i Rudy. O miłości, przyjaźni i Polsce

Zośka i Rudy. O miłości, przyjaźni i Polsce

Rzadko piszę tutaj o książkach, które są adresowane do dorosłych. Wyjątek robię dla tych, które tematycznie wiążą się z literaturą dla dzieci i młodzieży, a „Kamienie na szaniec” Aleksandra Kamińskiego od wielu lat są lekturą szkolną. Pisałam już o nich w 2014 roku, ale wtedy skupiałam się bardziej na ekranizacji, która właśnie pojawiła się w kinach i wywołała we mnie silną potrzebę dyskusji tamtą wersją historii Alka, Rudego i Zośki.

Teraz w podobny stan wprawiła mnie publikacja Kornelii Sobczak „Zośka i Rudy. O miłości, przyjaźni i Polsce”, która ukazała się nakładem Krytyki Politycznej. Zdecydowałam się napisać ten tekst, bo w dyskusjach o niej umyka to, co jest dla mnie najważniejsze – ahistoryczność myślenia i dość nonszalancki stosunek do źródeł historycznych.

„Zośka i Rudy. O miłości, przyjaźni i Polsce” to publikacja, na którą składa się pięć esejów, z których, jak możemy przeczytać we wstępie do niej, każdy stanowi odrębną całość, choć rozdziały czwarty i piąty są ze sobą powiązane ściślej niż trzy pozostałe. Nie trzeba jednak czytać ich w ustalonej kolejności. (s.12) Jednak wbrew tytułowi i zamieszaniu, jakie wywołała, w mniejszym stopniu opowiadają one o Tadeuszu Zawadzkim i Janie Bytnarze, a w większym – o Kornelii Sobczak. Nie znalazłam informacji o tym, ile ma lat, ale na podstawie biogramu i zdjęcia można domniemywać, że urodziła się co najmniej pół wieku po wydarzeniach opisywanych w „Kamieniach na szaniec”. W jednym z wywiadów mówi o sobie: Aleksander Kamiński, „Kamienie na szaniec” oraz ich bohaterowie byli i są dla mnie bardzo ważni, bliscy. Ta książka miała na mnie ogromny wpływ, jej lektura skłoniła mnie, żeby zapisać się do harcerstwa. Cały mój krytyczny namysł bierze się z tej miłości, która powoduje potrzebę szczerego przedyskutowania tej książki, przyjrzenia się temu, co w niej jest.


Paradoksalnie – można powiedzieć, że jej eseje to swoisty sukces Aleksandra Kamińskiego. Niewiele jest książek, które po tylu latach budzą w swoich czytelnikach takie emocje, potrzebę stawiania pytań i w ogóle – rozmawiania o nich. Zastrzegam – nie mam problemu z pytaniami, jakie Kornelia Sobczak stawia, natomiast mam go z odpowiedziami, które… No właśnie, trudno powiedzieć, że je znajduje, bo wszystkie jej eseje zbudowane są w taki sposób, że zadaje pytania, podaje możliwe wyjaśnienia, które jej jednak nie zadowalają. Ponawia więc pytania, mnoży wątpliwości i krąży wokół odpowiedzi, które chciałaby znaleźć. To, że nie znajduje dla nich potwierdzenia, nie przeszkadza jej jednak w ich udzieleniu.


Eseje, które składają się na tę książkę noszą tytuły: O miłości, O przyjaźni, O dziewczynach, O Polsce, O polityce. Najszerszym echem odbił się ten pierwszy, w którym Kornelia Sobczak analizuje relację między tytułowymi bohaterami czyli szuka odpowiedzi na pytanie „Byli czy nie byli? (gejami)”, które kilkanaście lat temu po raz pierwszy (chyba) postawiła w książce „Festung Warschau” Elżbieta Janicka. Szukając jej, Sobczak analizuje spisane kilka tygodni po akcji pod Arsenałem wspomnienia Zośki oraz tekst „Kamieni na szaniec”, które Aleksander Kamiński napisał na ich podstawie. Korzysta tu z edycji powojennej, a więc trzeciej jego wersji, po dwóch wydaniach okupacyjnych. Pierwsze, z lipca 1943 roku, było opowieścią tylko o nieżyjących już Alku i Rudym (występujących pod zmienionymi pseudonimami Wojtek i Czarny). Zośka pojawia się tam kilka razy na drugim planie jako Stach. Kamiński bardzo pilnował się, żeby nie zdradzić zbyt wielu tajemnic konspiracji i jak najmniej pisać o tych, którzy jeszcze żyli. Z tej przyczyny podał też bardzo niewiele szczegółów organizacyjnych samego odbicia Rudego. Po śmierci Zośki pod Sieczychami w sierpniu 1943 roku dopisał kolejne rozdziały i zmienił tekst wcześniejszy tak, aby szerzej wprowadzić tam Zośkę (w tej wersji – Staśkę).

„Kamienie na szaniec” na których wychowały się kolejne pokolenia i które nadal omawiane są w szkole podstawowej, to wersja tekstu, która ukazała się w 1956 roku i była potem wielokrotnie wznawiana. Wtedy po raz pierwszy wszyscy bohaterowie wystąpili pod swoimi autentycznymi nazwiskami i pseudonimami.

Szukając prawdy o relacji Zośki i Rudego Kornelia Sobczak nie dysponowała żadnym źródłami pochodzącymi od nich obu, a więc z czasu, kiedy żył Rudy. Nie zachowały się żadne ich listy, ani inne zapiski ich dotyczące. Zośka napisał swoje wspomnienia kilka tygodni po śmierci Rudego i Alka w celach, rzec można terapeutycznych. Namówił go do tego ojciec zaniepokojony jego stanem psychicznym. Poza tym Sobczak przywołuje w tym eseju relacje podkomendnych Zośki: Danuty Rossman i Stanisława Nowakowskiego spisane wiele lat po zakończeniu wojny oraz wydaną w 1983 roku autobiograficzną nowelę Jerzego Narbutta ”Fenomen: Zośka”. Co do tego ostatniego pisze co prawda: Nie udało mi się ustalić, w jakich okolicznościach poznał Tadeusza Zawadzkiego i na czym polegały ich kontakty (s.48), ale nie przeszkadza jej to w traktowaniu najzupełniej poważnie wszystkiego, co napisał. Podobnie jak biografii Rudego napisanej w końcu lat osiemdziesiątych przez harcmistrza Janusza Krężela* (urodzonego w 1936 roku, który w ogóle Rudego nie znał) w oparciu o materiały przekazane mu przez matkę Rudego. Mimo że jej zdaniem jest okropnie egzaltowana (s.50), cytuje ją na równi z relacjami świadków. Ponieważ jednak z tych wszystkich „źródeł” nie wynika prosta odpowiedź na pytanie „Byli czy nie byli?”, Kornelia Sobczak sięga w tym eseju po ostateczny argument, a jest nim jej osobisty gaydar, na który powołuje się trzykrotnie (s.40, 43 i 64). No cóż – przyznam, że z takim narzędziem badawczym spotykam się pierwszy raz, więc nie bardzo wiem, jak to rozumieć.

W cytowanym już tu wywiadzie powiedziała: Nawet, jeżeli przyjmiemy, że Rudy i Zośka byli homoseksualnymi mężczyznami, jest bardzo mało prawdopodobne, by zdawali sobie z tego sprawę. Jeszcze mniej prawdopodobne, by byli w stanie to sobie zakomunikować. I niekoniecznie mieliby zresztą taką potrzebę, bo homospołeczna rama przyjaźni dawała im dużo możliwości do bycia razem. Tej konkluzji nie znajdziemy w książce, ale skoro tak, to nasuwa się pytanie – po co w ogóle całe te rozważania rozpisane na 60 stron ???

Pozostałe problemy, jakie Kornelia Sobczak ma z „Kamieniami na szaniec” dotyczą głównie tego, czego Kamiński nie napisał, a czego jej tam brakuje – przede wszystkim dziewcząt oraz krytycznego spojrzenia na II RP, a szczególnie na problem antysemityzmu. Bardzo trudno jest polemizować ze zarzutami dotyczącymi tego, czego w książce nie ma. Warto jednak pamiętać o tym, że miała być ona wydana w podziemiu, co wymuszało jej niewielki rozmiar, ułatwiający zarówno druk, jak i późniejszy kolportaż. Autor skupiał się na swoich bohaterach i ich losach, ich poświęceniu, odwadze i służbie. Pisał dla czytelników, dla których realia okupacji były codziennością, więc niewiele miejsca poświęcał tłu wydarzeń. Nie opisywał szczegółów życia ani po jednej, ani po drugiej stronie dzielącego Warszawę muru. Równocześnie – jako redaktor naczelny „Biuletynu informacyjnego” zamieszczał tam informacje o wydarzeniach w getcie. Dzięki jego wsparciu Maria Kann mogła napisać broszurę „Na oczach świata” – wydane następnie w podziemiu unikalne świadectwo Zagłady i Powstania w Getcie.

Przypomnę – tekst „Kamieni na szaniec”, do którego się odwołuje się Kornelia Sobczak, został opracowany przez Kamińskiego w 1956 roku. Od opisywanych tam wydarzeń minęło 13 lat i był to czas w Polsce bardzo trudny. Tuż po ukazaniu się drugiego podziemnego wydania książki wybuchło Powstanie Warszawskie. Harcerski batalion „Zośka” (w składzie którego walczyła kompania „Rudy”, do której należał pluton „Alek”) poniósł w nim straty sięgające 70% stanu. Warszawa została niemal kompletnie zniszczona. Po zakończeniu wojny część z tych, którzy przeżyli, pozostała na Zachodzie (m.in. jeden z bohaterów „Kamieni na szaniec” Henryk Ostrowski „Heniek”), a tych, którzy byli w Polsce, spotykały represje ze strony aparatu bezpieczeństwa (m.in. jednego z uczestników Akcji pod Arsenałem Jana Rodowicza „Anodę”).

Aleksander Kamiński przez całe Powstanie wydawał (już jawnie) „Biuletyn Informacyjny”, a po wojnie rozpoczął pracę naukową na Uniwersytecie Łódzkim i włączył się w organizowanie harcerstwa. Nie trwało to jednak długo. Z ZHP został usunięty w 1949 roku, z uczelni – w następnym, a w kolejnym – jego książki znalazły się na liście zakazanych w bibliotekach. Nie został aresztowany, ale cały czas pozostawał pod obserwacją UB. Dopiero rok 1956 umożliwił mu powrót do pracy naukowej i harcerstwa. Wtedy też mogły się w końcu ukazać „Kamienie na szaniec”. Na stronie tytułowej widnieje jeszcze Stalinogród – książka została wydrukowana w ostatnim miesiącu, w którym Katowice tak się nazywały. W przedmowie autor zapowiedział kolejną – zawierająca dalsze losy opisywanego zespołu młodzieży i rzeczywiście – „Zośka i Parasol” ukazała się w następnym roku.

Obie te książki Kamiński adresował do czytelników żyjących w PRL, a nie do tych hipotetycznych, którzy być może sięgną po nie za 50 lat w zupełnie innej rzeczywistości. Wtedy, po wszystkim, co się wydarzyło przez te 13 lat, problemy II RP przestały być już aktualne i raczej nikogo nie interesowało ich rozliczanie. Szczególnie że w poprzednich latach robiła to z upodobaniem komunistyczna propaganda. Po Zagładzie słowa: antysemityzm i getto nabrały innego ciężaru gatunkowego, trudno więc dziwić się np. Annie Zawadzkiej, że po latach nader oględnie pisała o getcie ławkowym na Politechnice i roli, jaką w tej sprawie odegrał ich ojciec.

Esej O polityce poświęcony jest domniemanej licealnej przynależności Rudego do ONR. To domniemanie oparte jest wyłącznie na dwóch powojennych relacjach, w których jego nazwisko pojawia się w tym kontekście. Pierwsza to spisane w 1989 roku wspomnienia Gustawa Potworowskiego, szefa Grup Szkolnych ONR. Druga – kolegi z klasy Rudego, Kazimierza Sułkowskiego – zamieszczona została w wydanej w 1992 roku biografii Krzysztofa Kamila Baczyńskiego autorstwa Wiesława Budzyńskiego. Kornelia Sobczak pisze w przypisie: Problem w tym, że nie znamy dobrze okoliczności pozyskania tej relacji przez Budzyńskiego od Sułkowskiego. Czy była to relacja ustna, pisemna, a może parafraza relacji ustnej? Budzyński tego nie wyjaśnia, pisze tylko we wstępie do książki, że zbierał informacje na temat Baczyńskiego od 1979 roku.(s.319) Nie było jednak problemem, żeby na tych dwóch świadectwach stworzonych pół wieku po wydarzeniach, których dotyczą, zbudować całą narrację.

Esej O Polsce opowiada o przedwojennym antysemityzmie w Polsce i getcie ławkowym na uczelniach. Z „Kamieniami na szaniec” łączy się to wyłącznie osobą profesora Józefa Zawadzkiego, rektora Politechniki Warszawskiej. To właśnie on podpisał zarządzenie wprowadzające na tej uczelni getto ławkowe. Zośka chodził wtedy do liceum. Kornelia Sobczak zadaje w związku z tym pytania z gatunku: co by było, gdyby…

Co by było, gdyby wojna nie wybuchła, a Zośka i Rudy zaczęli studia na Politechnice, gdzie ojciec Zośki wprowadził getto ławkowe? Czy włączyliby się w bicie Żydów ?

Z różnych odpowiedzi, które nasuwają mi się w tym momencie, najodpowiedniejsza wydaje mi się ta:

gdyby wojna nie wybuchła we wrześniu 1939 roku, to wszystko potoczyłoby się inaczej. Być może nie byłoby Akcji pod Arsenałem, a Aleksander Kamiński nie napisałby „Kamieni na szaniec”.

Wtedy Kornelia Sobczak musiałaby swoją książkę poświęcić komuś innemu.

Na okładce „Zośki i Rudego” możemy przeczytać takie słowa: z antropologiczną biegłością dekonstruuje wszystkie przeinaczenia, idealizacje i uproszczenia, które od samego początku towarzyszyły utworowi Kamińskiego, a przez które zatracono prawdę o przeszłości. Kornelia Sobczak tę prawdę przywraca.

Moim zdaniem: nie – nie przywraca. Jedyną prawdą, do jakiej możemy dojść, jest ta, że nie wiemy.

I już się nie raczej nie dowiemy. No, chyba że pojawią się jakieś nieznane źródła z epoki, co oczywiście nie jest niemożliwe, choć bardzo mało prawdopodobne.

Kornelia Sobczak „Zośka i Rudy. O miłości, przyjaźni i Polsce”, wyd.: Krytyka Polityczna, Warszawa 2026

*tak to nazwisko jest odmieniane w książce – moim zdaniem powinno być: Krężla

U z dwiema kropkami / U mit zwei Punkten

U z dwiema kropkami / U mit zwei Punkten

Książka nominowana i WYRÓŻNIONA w konkursie KSIĄŻKA ROKU Polskiej Sekcji IBBY w kategorii graficznej !!!

Na stronie wydawnictwa Widnokrąg możemy przeczytać:

Książka znalazła się na liście Unpublished Picturebook Showcase pośród 88 (z 600 nadesłanych) projektów z całego świata wybranych przez międzynarodowe jury i była prezentowana podczas najważniejszych targów książki dziecięcej Bologna Children’s Book Fair. Autorka wykorzystała technikę kolażu połączoną z delikatną kreską ołówkiem.

Katarzyna Minasowicz stworzyła tę książkę w ramach stypendium artystycznego Miasta Wrocławia: WROCŁAW – MIASTO SPOTKAŃ. Książkę objął patronatem honorowym Konsul Generalny Republiki Federalnej Niemiec we Wrocławiu. Wydana w polskiej i niemieckiej wersji językowej.

O Domu zwykle się nie myśli.

Dom się po prostu ma.

Raptem 23 lapidarne zdania plus ascetyczne ilustracje, w których nic nie pojawiło się przypadkiem albo po nic.

Wydawać by się mogło, że to bardzo mało, a jednak wystarczyło, żeby (jak to się mówi) trafić w punkt. Dlatego pierwszym wrażeniem, jakie miałam po obejrzeniu tej książki, był zachwyt. Ta historia wpisała się w to, co wiem, czego dowiedziałam się nie tylko z opowieści rodzinnych, ale też z wielu przeczytanych wspomnień i obejrzanych filmów. Można powiedzieć, że wypełniłam puste miejsca na jej kartkach wiedzą, którą miałam skądinąd.

Historia, którą opowiada Kasia Minasowicz, w oczywisty sposób nawiązuje do tego, co działo się 80 lat temu, a co było efektem powojennego przesunięcia granic czyli masowych przesiedleń ludności polskiej z terenów, które miały znaleźć się w granicach ZSRR na tak zwane Ziemie Odzyskane oraz wysiedlaniu stamtąd ludności niemieckiej. I jedni, i drudzy nie z własnej woli musieli opuścić swoje domy i zacząć życie gdzie indziej…


Po pierwszym zachwycie pojawiły się jednak wątpliwości i pytania o adresatów tej publikacji. Często tak mam w przypadku takich operujących niedopowiedzeniami picturebooków. Wydawnictwo określa wiek czytelników na 6+. Trudno mi powiedzieć, czy jest on odpowiedni i czym będą oni ją w stanie wypełnić. Jestem jednak pewna, że nie można ich zostawić samych z tą historią, która ma walor nie tylko historyczny, ale także uniwersalny. Doświadczenia jej bohaterki stały się nie tak dawno udziałem tysięcy dzieci, które przyjechały do Polski z Ukrainy. „U z dwiema kropkami” może być znakomitym punktem wyjścia do rozmowy o tym – w domu, ale także na lekcji bibliotecznej albo wychowawczej, wszędzie tam, gdzie taka rozmowa jest potrzebna.

Kasia Minasowicz „U z dwiema kropkami / U mit zwei punkten”, wyd.: Widnokrąg, Piaseczno 2025

Skąd się wzięła Polska ?

Skąd się wzięła Polska ?

Zapowiadało się świetnie…

Duet autorski Boguś Janiszewski & Max Skorwider, których znałam już z ich wcześniejszych książek na niełatwe tematy, tym razem powiększył się do rozmiarów trio, dokooptowując do siebie Agnieszkę Jankowiak-Maik znaną jako Babka od histy. Czytałam wcześniej jej „Historię, której nie było” i bardzo spodobała mi się wtedy lekkość stylu i klarowność wywodu. Doceniłam również skrupulatność w konfrontowaniu tego, co przywykło się o wydarzeniach z przeszłości myśleć i mówić, z ustaleniami historyków.

Do tego jeszcze ze wszystkich stron słyszałam i czytałam o „Skąd się wzięła Polska?” bardzo pozytywne opinie*, więc przystąpiłam do lektury z dużymi nadziejami i… no cóż… jednak się nią rozczarowałam 😦

Zarówno w tym, co mogłam przeczytać na jej okładce, jak i w rozmaitych komentarzach w necie podkreślano humor i brak podręcznikowego nadęcia. Babka od histy na swoim facebookowym profilu określiła target tej książki na 9+, więc natychmiast skojarzyła mi się ona z serią „Strrraszna historia”, którą lata temu bardzo lubiły moje córki. Na ten cykl składały się przełożone z angielskiego części serii „Horrrible histories” oraz napisane przez polskich autorów tomiki poświęcone historii Polski. Lekkie, dowcipne, bez zadęcia, ale skupiające się raczej na ciekawostkach historycznych – bez ambicji, żeby stanowić kompendium wiedzy o danym temacie. Stanowiły dobry wstęp i zachętę do tego, żeby zainteresować się nim i sięgnąć po rzeczy poważniejsze.

Skoro tak mi się wtedy podobały i chętnie kupowałam córkom kolejne tomy tej serii – dlaczego rozczarowałam się czytając „Skąd się wzięła Polska?” ? Paradoksalnie – wydaje mi się, że problemem tej książki jest nadmiar humoru, który w takim stężeniu po prostu przestaje być śmieszny – przynajmniej dla mnie.

Nie znaczy to, że jestem przeciwna pisaniu o przeszłości z przymrużeniem oka, ale taki opis wydarzenia, które znajdziemy w każdym podręczniku historii, wydał mi się właśnie śmieszny trochę na siłę: Pod Cedynią to nie była jakaś wielka bitwa. Margrabia Hodon przekroczył Odrę, bo chciał trochę skubnąć Mieszkowej ziemi, a może tylko odebrać to, co uważał za swoje. Polscy wojowie udali, że uciekają, wciągnęli Niemców w pułapkę i urządzili im słowiańską masakrę piłą mechaniczną. Wojskami naszego księcia dowodził jego brat, Czcibor. Po tej aferze obaj panowie, Hodon i Mieszko, musieli tłumaczyć się na dywaniku u cesarza, który ostro się wkurzył. Niemcy zrobili dramę, że ich Polak bije...

Co dzieciakom 9+ mówią podkreślone przeze mnie sformułowania? Jak je zrozumieją?

Chyba właśnie przy bitwie pod Cedynią doszłam do wniosku, że trio autorskie bawiło się przy tworzeniu tej książki zbyt dobrze i w tej świetnej zabawie zapomnieli po prostu, dla kogo ją piszą. Obawiam się, że ten rodzaj humoru docenią dopiero ci, którzy przyswoili już te nudne i nadęte podręczniki. W dodatku w ferworze zabawy Autorzy pozwolili sobie na kilka niefortunnych skrótów myślowych czy też uproszczeń, zapewne zrozumiałych dla znających historię. Jednak dla czytelników z targetu mogą one być bardzo mylące – na przykład stwierdzenie, że w czasach Mieszka chrześcijaństwo było już podzielone – na wschodnie i zachodnie. Bo z jednej strony – faktycznie już tak było. Kościół na wschodzie i na zachodzie niemal od początku rozwijał się odmiennie. Jednak z drugiej – formalnie za datę schizmy wschodniej przyjmuje się rok 1054 czyli moment, kiedy papież Leon IX ekskomunikował Patriarchę Konstantynopola, a więc już zdecydowanie po czasach Mieszka.

Na samym początku książki rzucił mi się w oczy taki passus: Kiedy zaczęła powstawać Polska, dookoła były już inne państwa: na zachodzie Cesarstwo Niemieckie, na południu Czechy i Państwo Madziarów, a na wschodzie Wikingowie właśnie rozkręcali swoje państwo ruskie. Wystarczyłoby nie używać w podkreślonych przeze mnie nazwach wielkich liter i już nie mogłabym się przyczepić do tego, że Cesarstwo Niemieckie powstało dopiero w 1871 roku. Państwo, o które tutaj chodzi nazywane było Świętym Cesarstwem Rzymskim, a nieoficjalny dodatek: Narodu Niemieckiego pojawił się dopiero w XV wieku. Nie istniał również twór państwowy o nazwie: Państwo Madziarów, natomiast Madziarowie stworzyli państwo, które nosiło nazwę Księstwa, a potem Królestwa Węgier.

Na pojawiające się tu i ówdzie żarty nawiązujące do obecnej polityki, które śmieszyć będą czytelników raczej tylko z jednej bańki (z tych dwóch, na które jesteśmy podzieleni), spuśćmy zasłonę milczenia. Myślę, że w tym przypadku mają takie samo znaczenie, jak dowcipy bardziej dla dorosłych w filmach animowanych – młodsza część widowni (tu: czytelników) w ogóle ich nie zauważa.

Wśród uproszczeń, które zauważyłam w tekście, jedno wydaje mi się szczególnie ważne. Na osi czasu kończącej tę książkę, przy dacie 991 lub 992 możemy przeczytać: Mieszko wystawia specjalny dokument, w którym oddaje swoją krainę pod opiekę Stolicy Apostolskiej czyli Kościołowi. Dokument nazywa się „Dagome iudex” i Kościół wciąż ten dokument ma (podkreślenie moje). A przecież cały problem, jaki historycy mają z tym dokumentem, polega na tym że się NIE zachował !!! Agnieszka Jankowiak-Maik tak pisze o tym w „Historii, której nie było”: Jerzy Strzelczyk mówi nawet o „nieszczęsnym dokumencie”, gdyż niemal każde zapisane w nim słowo budzi spory. Brakuje oryginału, a data jego powstania jest niezweryfikowana. Znane są jedynie odpisy pochodzące z XI wieku. Powstało o nim wiele prac naukowych, a mediewiści nie zakończyli jeszcze dyskusji na jego temat. I nieprędko zakończą 😉

Szkoda, że nie miałam takich książek o historii, gdy chodziłam do szkoły! Żeby do kogoś trafić, trzeba mówić jego językiem. Ta ekipa wie, jak trafić do młodzieży – życiowo i bez nadęcia – napisała w blurbie na okładce Anna Stasiak, popularyzatorka wiedzy o słowiańszczyźnie. O ile zgadzam się z: życiowo i bez nadęcia, to jednak nie jestem pewna, czy język autorów jest naprawdę językiem, do którego mogą się przyznać współczesne nastolatki ? Pamiętam, że kiedy sama byłam w tym wieku, bardzo śmieszyli mnie i denerwowali dorośli, którzy próbowali mówić i zachowywać się jak my.

Poza tym – czy naprawdę trzeba mówić do nich ich językiem??? Bo co ? Bo nie zrozumieją inaczej? Dzieciaki w okresie największej chłonności umysłowej, uczące się nie tylko języka ojczystego, ale także obcych, naprawdę są w stanie wiele zrozumieć, jeśli tylko widzą tego sens. W jednej z wielu rozmów, które przeprowadziłam na temat tej publikacji, ktoś użył stwierdzenia, że taki styl pisania, to spuszczenie powietrza z poważnej historii i że ma to swoje zalety. Owszem – często ma, ale (trzymając się tego porównania) jak się tego powietrza spuści za dużo, to zostanie pusta dętka 😉 Dlatego zastanawiam się – co wyniosą z lektury tej książki jej nastoletni czytelnicy? Tylko kabaret czy także jakąś wiedzę oraz chęć, żeby ją poszerzać? Mam nadzieję, że jednak także trochę tego drugiego…

Reasumując: to fajna książka, ale raczej nie dla tej grupy wiekowej, dla której jest (że że użyję modnego obecnie anglicyzmu, mimo że go bardzo nie lubię) dedykowana 😉

* Trudno w tej chwili znaleźć w internecie wzmianki (informacje, recenzje itp.) o książkach wychodzące poza informacje z okładki czy strony wydawnictwa oraz obowiązkowy zachwyt. Staram się, żeby tutaj było inaczej, więc dzielę się wątpliwościami, jakie ta książka we mnie wzbudziła, mimo że… nie, nie mimo że, ale właśnie dlatego, że jest to egzemplarz recenzencki, który otrzymałam od Wydawnictwa Agora dla dzieci.

Dziękuję, bo był to dla mnie powód, żeby sięgnąć do wiedzy z dawno ukończonych studiów 😉

Boguś Janiszewski & Agnieszka Jankowiak-Maik (tekst), Max Skorwider (ilustr.) „Skąd się wzięła Polska?”, wyd.: Agora dla dzieci, Warszawa 2024

Agnieszka Jankowiak-Maik „Historia, której nie było”, wyd.: Wydawnictwo Otwarte, Kraków 2022

Cacko. Opowieść bożonarodzeniowa

Cacko. Opowieść bożonarodzeniowa

„Cacko. Opowieść bożonarodzeniowa” to książka z rodzaju tych, które bardzo lubię, bo znakomicie wpisują się w moje skrzywienie historyczne pokazując przeszłość poprzez życie zwykłych ludzi. Jej bohaterowie nie są postaciami z pierwszych stron gazet, nie uczestniczą w przełomowych wydarzeniach, a jednak w ich losach jak w lustrze odbijają się meandry ostatniego stulecia.

Rodzinę Jacynów poznajemy w 24 grudnia 1911 roku, kiedy mały Ambroży z mamą przyjeżdżają do Poznania, gdzie czekał na nich ojciec. Towarzyszymy im w ich pierwszej poznańskiej Wigilii, a potem odwiedzamy ich w kolejne Wigilie – w roku 1918, 1944, 1981 i wreszcie w 2014. Za każdym razem na ich choince wisi tytułowe cacko czyli bombka, która trafiła do nich przypadkiem (a może to nie był przypadek ?) zaraz po przyjeździe.

Sękate palce pana Ambrożego zacisnęły się na kartoniku. Ukryta w nim srebrna kula naprawdę towarzyszyła mu przez całe życie. Wisiała na każdej jego choince, nawet jeśli on nie mógł przy niej być. Odbijała w sobie wszystkich jego najbliższych, od dziadków, przez rodziców, po dzieci i wnuki. Pomyślał, że szklana bombka, niczym szczególna soczewka, skupiła w sobie wszystkie ich najszczęśliwsze chwile; była jakby naocznym świadkiem tego, co w jego życiu było najlepsze. Taka krucha, szklana bańka, tak, zdawałoby się, nietrwała i delikatna – a jednak przeżyła jedną i drugą wojnę, przeżyła rodziców, Hanię, a kto wie, może przeżyje i jego ? Była, przez niemal cały już wiek – ciągle była.

Jest w tej historii rodzinnej nie tylko odbicie wielkiej historii przetaczającej się przez Polskę – jest w niej także mała ojczyzna bohaterów czyli Poznań. Kiedy przybywają tam w 1911 roku na dworcu wita ich napis POSEN – BAHNSTIEG II, a dzielnica, w której czeka zamieszkają i która obecnie nazywa się Łazarz, wtedy nosiła nazwę Sankt Lazarus. Poznań to także mała ojczyzna Emilii Kiereś. Ostatnie dwie opisane tu Wigilie przeżyła osobiście, choć tę z 1981 roku zapewne zna wyłącznie z opowiadań, bo nie miała wtedy jeszcze roku. Ale to był taki czas i taka Wigilia, że na pewno nie raz ją wspominano.

Poprzez historię tej niezwykłej bombki poznajemy też zmieniające się świąteczne zwyczaje. W początkach XX wieku to, co dla nas obecnie jest oczywistym i istniejącym od zawsze zwyczajem świątecznym, czyli ubieranie choinki, było nowością, przyjmowaną z pewnymi oporami jako zwyczaj niemiecki. Także szklane bombki były za takie uważane i lansowano polską modę na ubieranie drzewka czyli papierowe ozdoby robione własnoręcznie.

Kiedy o tym czytałam, przypomniałam sobie rozmaite rzeczy, które na moich choinkach wisiały, ale niestety już ich nie mam. Łańcuchy, które moja Mama robiła ze słomy i cieniutkiej bibułki, a słomę, która była nam do tego potrzebna wyskubywałyśmy kiedyś razem z chochoła osłaniającego przed mrozem uliczną pompę. Zabawki z wydmuszek – pajaca i kucharza, którym Tata narysował oczy i usta. Gwiazdki, które nasz sąsiad matematyk robił z różowej dziurkowanej taśmy używanej do programowania maszyn cyfrowych ponad 50 lat temu…

Tych zabawek już nie ma, ale są ze mną bombki, które Rodzice kupili na moją pierwszą w życiu choinkę. Możecie je zobaczyć na zdjęciach.

Jest taki dzień, tylko jeden, raz do roku. // Dzień, zwykły dzień, który liczy się od zmroku… – nie wiem, w którym roku powstała ta piosenka Czerwonych Gitar, ale mam wrażenie, że znam ją od zawsze 😉

Wigilia to taki szczególny dzień, w którym wszystko musi być jak zwykle, jak co roku, jak zawsze, jak tradycja każe, bo tylko wtedy będzie to dzień niezwykły i niezapomniany.

Emilia Kiereś „Cacko. Opowieść bożonarodzeniowa” ilustr.: Edyta Danieluk, wyd.: Wydawnictwo BIS, Warszawa 2024

Stracony rok

Stracony rok

„Stracony rok” to druga wydana po polsku powieść Katherine Marsh. W poprzedniej czyli „Chłopcu znikąd”, która zwyciężyła w kategorii: tekst Plebiscytu LOKOMOTYWA, autorka łączyła dwa wątki i dwa plany czasowe – współczesny, z akcją związaną z początkiem kryzysu uchodźczego w Europie i historyczny, nawiązujący do problematyki Holokaustu. Pisząc „Stracony rok” zastosowała podobny zabieg. Tu też mamy dwa plany czasowe, ale wątki trzy…

Leonia, New Jersey, Stany Zjednoczone 2020

Trwa pandemia, trzynastolatek Matthew coraz trudniej znosi zamknięcie w domu razem z mamą i prababcią, z powodu której nie może się w ogóle spotykać z kolegami, nawet z zachowaniem dystansu, bo mama obawiała się nawet najmniejszego ryzyka kontaktu z wirusem. Zdalne lekcje, samotność w ogródku, a w dodatku mama odebrała mu konsolę do gier, bo grał prawie bez przerwy. Obiecała, że odda, ale warunkiem jest to, że Matthew zajmie się najpierw uporządkowaniem pudeł z rzeczami prababci…

Kijów, Ukraina, Związek Radziecki 1932

Mila ma dwanaście lat i jest córką wysoko postawionego działacza partii komunistycznej. Żyje, jak na sowieckie realia, w dobrobycie – mają wygodne mieszkanie, służącą, która po śmierci mamy dziewczynki prowadzi dom i zajmuje się nią. Nie brakuje jej jedzenia i słodyczy, mogą zaopatrywać się w specjalnych sklepach i Mila nawet nie wie, że całkiem niedaleko ludzie umierają z głodu. Wierzy we wszystko, co mówi jej tata, aż do dnia, kiedy ktoś podrzucił im pod drzwi pustą kopertę. To znaczy – niezupełnie pustą, bo były w niej wszy. Od tego wszystko się zaczęło…

Brooklyn, Nowy Jork, Stany Zjednoczone 1932

Helen, nazywana w domu Jeleną, urodziła się w Ameryce, ale jej rodzina pochodzi z Ukrainy. Jej tatko ciężko pracuje, aby ich utrzymać, a w dodatku od ich krewnych w Związku Radzieckim zaczynają przychodzić bardzo niepokojące wiadomości…

Co łączy Nadię, prababcię Matthew, z Milą i Helen ? Jaką tajemnicę skrywa od niemal dziewięćdziesięciu lat i dlaczego dotychczas jej nie wyjawiła ?

Katherine Marsh sięgnęła w tej powieści do historii własnej rodziny. Jak napisała w posłowiu: Przez całe moje dzieciństwo w latach osiemdziesiątych z zagranicy przychodziły listy – niebieskie koperty poczty lotniczej z niebiesko-różowymi brzeżkami i pieczątką AVIA, rosyjskim słowem oznaczającym „powietrze”. Przed epoką internetu i gdy telefony międzynarodowe były strasznie drogie, te listy stanowiły jedyny kontakt mojej babci z rodziną – dwiema siostrami i bratem – którą pozostawiła w Ukrainie, gdy wyemigrowała do Stanów Zjednoczonych w 1928 roku…

„Stracony rok” to powieść, która nie wiąże się wprost z obecną wojną, ale jednak zaliczam ją do kategorii: wokół wojny w Ukrainie. Hołodomor jest wydarzeniem, bez którego nie można zrozumieć nie tylko relacji ukraińsko – rosyjskich, ale w ogóle Ukrainy.

Jest czymś, co z trudem mieści się w głowie – i to, że można było zagłodzić trzy miliony ludzi w najżyźniejszej części Europy, i to, że znaleźli się ludzie, którzy to przeprowadzili (i nie mam tu na myśli tylko przedstawicieli najwyższych władz), ale także to, że można było utrzymać to w tajemnicy przed światem. Częścią opisanej w tej książce historii jest także właśnie zaprzeczanie temu co się zdarzyło i starania wielu osób (między innymi Garetha Jonesa, który był bohaterem filmu Agnieszki Holland „Obywatel Jones”), aby prawda dotarła do opinii publicznej na całym świecie.

Zastanawiam się nad tytułem tej książki. „Stracony rok” to ma być czas pandemii, zamknięcia w domach i odłożenia na później wielu spraw ? Dla Matthew ten czas nie był stracony. Odkrył, że mimo wszystko ma w sobie siłę, a także to, jak ważna w życiu jest pamięć i prawda. I że nigdy nie jest na nią za późno…

Katherine Marsh „Stracony rok”, przekł.: Sara Monasterska, Anna Klingofer- Szostakowska, wyd.: Widnokrąg, Piaseczno 2024

Atlas wysp odległych (okładka żółta)

Atlas wysp odległych (okładka żółta)

czyli wydanie rozszerzone tytułu, który 11 lat wcześniej ukazał się w okładce niebieskiej .

Czym, poza kolorem okładek, różnią się te dwa książki ? W wersji żółtej przybyło pięć wysp oraz wstęp o tytule „Isolario. Zmutowane myszy, milczące kanarki, nieznane wyspy”. Autorka rozpoczyna go następująco:

W pewien letni dzień roku 2009, dwa tygodnie po tym, jak w mogunckiej drukarni upewniłam się, że praca nad „Atlasem wysp odległych” – a w każdym razie nad jego pierwszym wydaniem – dobiegła końca, zauważyłam w bibliotece książkę o intrygującym tytule „Isolario”. Zajrzałam do środka i ze zdumieniem odkryłam, że gatunek, który, jak mi się wydawało, stworzyłam i zapoczątkowałam swoim atlasem, istnieje już od dawna: była to bowiem jedna z podręcznych encyklopedii wysp, zwanych po włosku właśnie isolario. Powstawały one w XV i XVI wieku zwłaszcza w Republice Weneckiej – ważnym ośrodku żeglugi morskiej, ale także wczesnego drukarstwa – i dotyczyły wyłącznie wysp: bliskich i dalekich, znanych i nowo odkrywanych, legendarnych i dziwnych, które przybliżano za pomocą map, widoków wybrzeża oraz opisów historycznych i literackich, w tym informacji o położeniu, wielkości, ewentualnych mieliznach i możliwościach lądowania.

Nie zdając sobie z tego sprawy, ożywiłam ten już niemal zapomniany, a przecież wspaniały gatunek literacki, sytuujący się gdzieś pomiędzy atlasem a dziennikiem podróży…

Kartografia powinna w końcu zostać uznana za rodzaj literatury, a sam atlas za gatunek poetycki, nie bez racji nazywano go przecież pierwotnie Theatrum orbis terrarum – „teatrem świata”…

„Atlas wysp odległych” to jedna z tych książek, które pozornie wyglądają jakby były przeznaczone dla dzieci (bo przecież mają dużo obrazków), ale są zdecydowanie dla dorosłych. Jakiś czas temu popełniłam na ich temat artykuł, który ukazał się w piśmie Kontakt. Joanna Rzyska z wydawnictwa „Dwie Siostry” powiedziała mi wtedy: Ciągle spotykamy się z pomyłkami – jednak ten stereotyp działa. Książka z obrazkami ? W wydawnictwie dziecięcym ? To na pewno dla dzieci. Zdarzyło nam się, że bibliotekarze proponowali nam poprowadzenie warsztatów dla dzieci na temat „Atlasu wysp odległych”, bo skoro poprzednio wydałyśmy „Mapy” i one są dla dzieci, to „Atlas” zapewne też.

Pięćdziesiąt (pięć) wysp, na których nigdy nie byłam i nigdy nie będę…

Judith Schalansky wykorzystała formę atlasu geograficznego, żeby opowiadając historie o niemal nikomu nieznanych wyspach stworzyć parabolę świata, zastanowić się nad człowiekiem i nad tym, co wnosi on do miejsca, w którym żyje.

Bo wyspy są przecież tylko małymi kontynentami, kontynenty zaś jedynie bardzo wielkimi wyspami…

„Atlas Wysp Odległych” to pięćdziesiąt pięć opowieści – przypowieści o odległych (przynajmniej z naszej perspektywy), odludnych i niegościnnych skrawkach lądu, z których wyraźnie wynika, że zdecydowanie lepiej jest im bez ludzi. Poprzedza je fascynującym wstęp – esej autorki. Zatytułowany jest „Raj jest wyspą. Piekło też” i opowiada o sensie i bezsensie podróży, iluzji odkrywania świata na jego antypodach oraz o tym, że mapy przy całym swoim obiektywizmie wcale nie oferują odbicia rzeczywistości, lecz jedynie jej śmiałą interpretację.

Odległe wyspy są nieosiągalne w dwojakim sensie. Trudno do nich dotrzeć, trudno do nich przybić (o ile jest to w ogóle możliwe) i nawet, gdy próby kończą się powodzeniem, wytęskniony kraj okazuje się – jakby nie było tego wiadomo wcześniej – pustynny i nieprzydatny.

Dla badaczy każda wyspa jest świętem, prawdziwym laboratorium natury; przedmiotów badań nie trzeba tutaj mozolnie wyszukiwać, rzeczywistość jest uchwytna i policzalna przynajmniej dopóty, dopóki fauna i flora nie zostaną zniszczone przez napływowe zwierzęta albo ludność nie wymrze na skutek przywleczonych chorób.

Na skraju niekończącej się kuli ziemskiej nie ma żadnego dziewiczego, rajskiego ogrodu. A przybywający z daleka ludzie sami stają się potworami, które z takim trudem przepędzili z map, gdy dokonywali odkryć.

Wyspa Samotności, Thule, Possesion, Napuka, Wyspa Zwodnicza czy Amsterdam…

Spośród pięćdziesięciu wysp wymienionych w tej książce znałam wcześniej (w sensie: wiedziałam, że istnieją i jeszcze coś więcej) tylko dwie – Św. Helenę i Wyspę Wielkanocną. Z zaskoczeniem odkryłam także trzecią, której nazwa brzmiała znajomo – Tristan da Cunha. Przypomniał mi się wiersz Mariana Hemara, pierwszy raz przeczytany niemal 30 lat temu w Londynie – podobnie jak wszystkie napisane na emigracji przesiąknięty bolesną tęsknotą do Polski. Poświęcony jest on wydarzeniu, które Judith Schalansky tylko zaznaczyła na osi czasu historii tej wyspy – ewakuacji jej całej, niezbyt licznej ludności z powodu wybuchu wulkanu w latach 1961 – 1963 i ich późniejszemu powrotowi do niewielkiej, skalistej ojczyzny. Podobnie jak dla urodzonej w nieistniejącym już NRD autorki „Atlasu”, także dla Hemara, tytułowa egzotyczna wyspa, której nazwę znał wcześniej ze znaczka pocztowego w klaserze, jest tylko pretekstem – do opowieści o jego własnych smutkach i tęsknotach.

Pamiętam znaczek pocztowy, // Duży błękitny prostokąt, // Kosztował dziesięć centów. // Marzyłem – którędy – dokąd // Droga na taką wyspę ? // Jaka ona szczęśliwa, // Że tak się pięknie nazywa, // Że tak się dźwięcznie nazywa – // „Tristan da Cunha” – jak gdyby // Dźwiękła harfa eolska. // Nie tak zwyczajnie jak u nas – // Galicja… czy Lwów… czy Polska…

W nowym, żółtym wydaniu przybyło jeszcze pięć wysp – Gough, Sentinel Północny, Agalega, Nukulaelae i Midway. Myślę, że nie tylko ja znałam ze słyszenia wyłącznie tę ostatnią, choć spodziewałam się przy jej okazji historii bardziej wojennej, a mniej… Zresztą, przeczytajcie sami. Największe wrażenie zrobiła na mnie opowieść o Sentinelu Północnym. Nie przypuszczałam, że nadal jest na Ziemi wyspa, której ludność konsekwentnie (i skutecznie) broni się przed kontaktem ze światem zewnętrznym. Wyspa, o której mieszkańcach nic nie wiadomo – ani o tym, ilu ich jest, ani jak żyją, ani jakim językiem ze sobą rozmawiają. A opisana przez Judith Schalansky historia misjonarza Johna A. Chau brzmi, jakby wydarzyła się w czasach filmu „Misja”, a nie w roku 2018. Może więc jednak jest tam ten ostatni na kuli ziemskiej dziewiczy rajski ogród ?

Mam nadzieję, że mieszkańcy tej wyspy nie będą więcej niepokojeni przez przedstawicieli zewnętrznych cywilizacji, bo nigdy jeszcze to się dobrze dla wyspiarzy nie skończyło. Ta książka pokazuje to dobitnie.

Judith Schalansky (tekst i ilustr.) „Atlas Wysp Odległych. Pięćdziesiąt pięć wysp, na których nigdy nie byłam i nigdy nie będę”, przekł.: Tomasz Ososiński, wyd.: Dwie Siostry, Warszawa 2024
Dziękuję Wydawnictwu Dwie Siostry za egzemplarz recenzencki tej książki 🙂

Judith Schalansky (tekst i ilustr.) „Atlas Wysp Odległych. Pięćdziesiąt wysp, na których nigdy nie byłam i nigdy nie będę”, przekł.: Tomasz Ososiński, wyd.: Dwie Siostry, Warszawa 2013

BAPU opowieść o dobrym maharadży

BAPU opowieść o dobrym maharadży

Długo czekałam na tę książkę, ale doczekałam się wreszcie. Jakoś tak mam ze wszystkimi niemal tytułami tej serii, że po ich przeczytaniu, zaraz przychodzi mi do głowy pomysł na kolejny temat. Niestety – w wojnach wywołanych przez dorosłych, dzieciom przydarza się wiele…

Dziesięć lat temu ukazały „Syberyjskie przygody Chmurki” i napisałam wtedy, że aż prosi się ona o uzupełnienie następną – o dziecku, które opuściło Rosję z Armią Andersa, a następnie trafiło do Indii adoptowane przez maharadżę Jam Saheba Digvijay Sinhji. To taka piękna historia – brzmi jak bajka, a jednak wydarzyła się naprawdę… Historia Chmurki długo pozostawała jedyną w tej serii opisującą losy dziecka – zesłańca, dopiero w 2022 roku ukazał się „Jurek Poleszuk. Tułaczka przez pół świata” Andrzeja Perepeczko. Jej bohater opuścił nieludzką ziemię z Armią Andersa, ale dalsze jego drogi prowadziły przez Persję do Afryki.

Bardzo czekałam na to, że powstanie wreszcie książka o Dobrym Maharadży. Uważam, że powinniśmy pamiętać nie tylko o tym, co w naszych dziejach było smutne, o krzywdach i martyrologii, ale także o tych sytuacjach, kiedy spotkaliśmy się z dobrem, kiedy ktoś nam pomógł. Ta historia jest właśnie o takim Człowieku, który korzystając ze swoich ogromnych możliwości pomógł potrzebującym tej pomocy.

Można powiedzieć, że zrobił to dwa razy. Pierwszy – kiedy sprowadził dzieci do Nawanagaru i stworzył im warunki do życia, nauki i odzyskania sił po koszmarnych przejściach, a drugi – po zakończeniu wojny, kiedy adoptował wszystkie niepełnoletnie sieroty, aby władza komunistyczna nie mogła ich zmusić do przyjazdu do Polski.

Mam też do tej historii stosunek osobisty, bo wśród Polaków, którzy trafili do Indii pod opiekę maharadży Jam Sabeha Digvijay Sinhji, była siostra mojego dziadka ze swoim synem, który potem był moim bardzo kochanym wujkiem. Po wojnie znaleźli się w Londynie i niewiele było okazji, żeby z nimi o ich wojennych przeżyciach porozmawiać, posłuchać wspomnień… Udało mi się to raz, byłam już studentką, ale bardziej umiałam wtedy pytać ciocię o jej życie na zesłaniu oraz o to późniejsze w Anglii niż o Indie. Jedyne, co od niej wtedy usłyszałam, to historia o tym, że wyhaftowała tam bluzeczkę dla córki maharadży, a on z wdzięczności dał jej pracę przy dzieciach…

Zrozumiałam to później, kiedy dowiedziałam się, że współprowadziła ośrodek w Panchgani, do którego trafiały dzieci chore na gruźlicę. Jej syn był na szczęście zdrowy i nie mógł tam mieszkać. Został więc umieszczony w szkole z internatem, a czesne za naukę jego i kilku innych polskich chłopców także opłacał maharadża. Jeszcze później oglądałam film dokumentalny o ośrodku w Balachadi, w którym pojawiła się także jego córka – księżniczka Hershad. Pokazała swoje zdjęcie w stroju krakowskim uszytym i wyhaftowanym dla niej przez polskiej kobiety. Myślę, że jakaś jego część była dziełem cioci Walerii.

zdjęcie pochodzi z książki „Druga ojczyzna. Polskie tułacze dzieci w Indiach” Anuradhy Bhattacharjee, która powstała na podstawie pracy doktorskiej autorki

O tym, że pani Monika Kowaleczko-Szumowska pracuje nad filmem polskich dzieciach w Indiach wiedziałam już od jakiegoś czasu. Kiedy rozmawiałam z nią o jej książkach i filmie o Powstaniu Warszawskiem, powiedziała mi, że bardzo chciałaby zrealizować jeszcze jeden. I tak, po „Fajnej frajnie” opartej na wspomnieniach osób, które w czasie Powstania były dziećmi, powstał film „Maharaja’s Children. Brave Bunch in India”. Punktem wyjścia były wspomnienia Wiesława Stypuły, jednego z ostatnich dzieci maharadży, który niestety zmarł w maju tego roku. Historię Wiesia opowiada także interaktywny dokument czyli tak zwany webdoc dostępny —>>> tutaj i przeznaczony dla użytkowników od lat 10.

A teraz wreszcie ukazała się książka „BAPU opowieść o dobrym maharadży”.

Bardzo ucieszyłam się, odnajdując w opowiedzianej tam historii także ślady po naszych rodzinnych wspomnieniach. Co prawda tematem tej książki jest przede wszystkim ośrodek w Balachadi, do którego trafiła większość polskich sierot. Jest tam jednak wzmianka o sanatorium w odległym o tysiąc kilometrów Panchgani, a księżniczka Hershad także tu wspomina swój krakowski strój, który dostała od nich w prezencie 🙂

Monika Kowaleczko-Szumowska nie ograniczyła się tylko do historii pobytu polskich dzieci w Indiach, bo nie można by jej zrozumieć nie wiedząc o tym, jak tam się znaleźli i jakie były ich losy na nieludzkiej ziemi. Pisze o tym bardzo oględnie, ale mimo wszystko są to opisy przejmujące. Również maharadżę i jego rodzinę poznajemy wcześniej, zanim jeszcze zaczęła się wojna.

Jest w tej książce także wątek współczesny, bo historię sprzed 80 lat poznajemy dzięki Kopal i Nehal, indyjskim dziewczynkom, które dowiadują się o niej spędzając z rodziną wakacje w Balachadi. Kiedy czytałam ją pierwszy raz, wydał mi się trochę sztuczny (a nawet zbędny), ale kiedy w końcowej scenie dziewczynki wzięły udział w spotkaniu po wielu latach rodzonych dzieci Maharadży z ich polskimi siostrami i braćmi, zrozumiałam czemu miało to służyć. Obecność współczesnych dzieci stanowi pomost między przeszłością a teraźniejszością.

Ta historia niesie nadzieję, że w najgorszych chwilach naszego życia, pozostawieni na łasce losu i historii, możemy liczyć na drugiego człowieka. Ten człowiek, mimo że mówi w innym języku, wyznaje inną religię czy ubiera się inaczej, przyjdzie nam z pomocą.

A jeśli my zobaczymy kogoś, kto potrzebuje pomocy, nie oglądajmy się na innych. Pomagajmy tak wytrwale, jak dobry maharadża pomagał polskim dzieciom.

Niech jego dobro nas inspiruje.

Monika Kowaleczko-Szumowska „BAPU opowieść o dobrym maharadży” (seria: Wojny dorosłych – historie dzieci”), ilustr.: Marcin Minor, wyd.: Literatura, Łódź 2024

Anuradha Bhattacharjee „Druga ojczyzna. Polskie dzieci tułacze w Indiach”, przekł.: Krzysztof Mazurek, wyd.: Wydawnictwo Poznańskie, Poznań 2014

Hajda. Beskid bez kitu

Hajda. Beskid bez kitu

Książka nagrodzona w konkursie „Książka Roku 2023” Polskiej Sekcji IBBY w kategorii literackiej (książka dla starszych) oraz wyróżniona w kategorii graficznej: książka obrazkowa / autorska !!!

Książka nagrodzona Nagrodą m. st. Warszawy w kategorii: literatura dziecięca (tekst i ilustracje) !!!

Oraz nominowana do Nagrody Literacka Podróż Hestii i wpisana na listę White Ravens 2025 !!!

Trzeci tom serii „Beskid bez kitu”, a zarazem czwarta z historii, które się na niego składają. (poprzednie opisałam —>>> tutaj ).

Oraz czwarta, ostatnia opisana w nim pora roku – wiosna.

„Hajda” to część, która ukazała się jako ostatnia, ale chronologicznie, biorąc pod uwagę czas akcji, jest druga. Nie wiem, czy to tylko moje skrzywienie historyczne, ale gdybym miała teraz zachęcać do lektury tego cyklu kogoś, kto go nie zna, zaproponowałabym właśnie taką kolejność – od zimy, przez wiosnę do lata i jesieni. Od czasów przedwojennych do współczesności. Myślę, że tak będzie najłatwiej zrozumieć te miejsca i to, co w nich zostało z przeszłości.

Ludzie w dolinie otoczonej wzgórzami rodzili się i umierali odcięci od reszty świata, ale to oddzielenie nie sprawiało im przykrości, obowiązki i święta gęsto wypełniały im czas. W gęstych i niedostępnych lasach mieszkały zwierzęta i biesy, które czasem dla żartu odwiedzały ludzkie osady, ale wystarczyło postawić kamienny krzyż czy kapliczkę i komunikat był dla nich jasny – nie przekraczały wyznaczonej granicy. Niestety świat pęczniał i grzmiał, i w końcu postanowił przyjść zza lasów do doliny. Przyszedł z wyciągniętą ręką, ale nie w geście powitania, tylko jak złodziej, po żywność, zwierzęta, a czasem nawet życie. Przyniósł wojnę, płacz i pogardę. Na wiele lat w dolinie zapanował strach…

Od wydarzeń opisanych tomie „Beskid bez kitu. Zima” minęło jakieś dwadzieścia lat i znów wracamy do tej samej wsi i tych samych rodzin tam mieszkających. To samo miejsce, ale zupełnie inny świat, przez który przetoczyła się, zakończona jakieś dwa lata temu wojna. Spotykamy znane z poprzedniej części, dorosłe już bohaterki – Nastkę oraz Teklę, która została nauczycielką. Trzecia z nich, Paraska wyjechała przed wojną do Ameryki, przysyła rodzinie listy i pieniądze. Chłopiec, którego widzimy na okładce to Kola, syn Nastki, a tytułowy Hajda to jego pies.

Dlaczego Kola nazwał swojego szczeniaczka akurat tak ? Tego już musicie dowiedzieć się z książki 😉

Kiedy wojna się skończyła i ludzie za górami i lasami świętowali jej odejście, mieszkańcy doliny nieśmiało zaczęli naprawiać zniszczone gospodarstwa. Okazało się jednak, że ta zawierucha, choć okrutna i długa, była jedynie wstępem do tego, co nastało później. Zwykłe reguły wojen, chociaż okrutne, są jednak przejrzyste. Zazwyczaj wiedziano, kim jest wróg i jaki nosi mundur. Teraz jednak było inaczej. Po tej wojnie ludzie, którzy nie wyrównali porachunków, zostali na miejscu. Przychodzili do wsi z różnych stron, mówili różnymi językami, kradli, oszukiwali, trudno było odróżnić człowieka od diabła. Jedni nosili mundury, inni wyglądali jak sąsiedzi. Jedni przychodzili nocą, inni za dnia – i szukali tych, którzy byli przed nimi.

Żadne krzyże i kapliczki nie mogły ich odstraszyć. Demonstrowali siłę jedni przed drugimi i walczyli ze sobą nad głowami mieszkańców. (…) Mimo zakończenia wojny spokój nie przyszedł. (…) Strach przybierał na sile i świat na zawsze przestał być mały i przytulny, Teraz już nikt, nawet dziecko, nie przestraszyłby się zwyczajnego diabła hasającego po beskidzkich łąkach. Ludzie okazali się od niego gorsi.

Temat tego, co działo się zaraz po wojnie w Bieszczadach i Beskidach, był dotąd właściwie nieobecny w literaturze dla młodszych czytelników. Pojawiał się z rzadka w książkach z czasów mojego dzieciństwa, ale wtedy widzieliśmy te wydarzenia raczej oczami żołnierzy walczących pod dowództwem generała Świerczewskiego z (jak to się wówczas określało) bandami UPA. Ludność miejscowa właściwie w tej narracji nie istniała. Dopiero Maria Strzelecka pokazała ten świat z perspektywy tych, którzy tam mieli swoje domy rodzinne i groby przodków.

Przeżywamy z nimi ostatnią wiosnę roku (jak podejrzewam) 1947, w której coroczny niepowstrzymany wybuch życia, pozimowe odrodzenie przyrody przytłumione są atmosferą schyłkowości. Wieś, do niedawna pełna życia, wyludniła się, a ci, którzy w niej jeszcze zostali, wiedzą, że będą zmuszeni do opuszczenia doliny, w której żyli od pokoleń, do pozostawienia nie tylko domów i ziemi, ale całego dobrze znanego im świata.

Autorka zadedykowała tę książkę: Dla wszystkich dzieci, które musiały opuścić swoich przyjaciół, oraz dla zwierząt, które zostały. Początkowo rozumiałam tę dedykację wyłącznie w kontekście historii Koli i Hajdy, która bardzo mnie poruszyła i skojarzyła się z gdyńskim pomnikiem poświęconym pamięci mieszkańców wysiedlonych stamtąd na początku okupacji.

Potem pomyślałam, że Hajda nie był jedynym zwierzęciem, które Autorka miała na myśli. We wszystkich częściach jej cyklu równorzędnymi bohaterami są zwierzęta żyjące dziko. Mają swoje przygody, swoje problemy, swoje uczucia i radości. Ich świat rządzi się własnymi bezlitosnymi prawami, a ścieżki, którymi wędrują, tylko czasem przecinają z ludzkimi.

Życie w górach nadal bardzo mocno związane jest z rytmem natury. Każda pora roku ma tam swoją specyfikę, swój nastrój, a Maria Strzelecka potrafi to niezwykle plastycznie opisać. To nie są oleodrukowe opisy przyrody, które się przeskakiwało czytając lektury szkolne 😉 Tu nie tylko widzimy to, co rośnie, ale także słyszymy wiatr czy deszcz i czujemy zapachy ziemi i roślin. Po prostu – jesteśmy tam.

Wydawnictwo Libra PL sprzedaje wszystkie tomy razem w ozdobnym pudełku – warto je mieć, bo dopiero razem tworzą klucz do zrozumienia Beskidów.

Maria Strzelecka „Hajda. Beskid bez kitu”, wyd.: Libra, Rzeszów 2023

Zbójeckie nasienie

Zbójeckie nasienie

czyli druga część powieści „Antosia w bezkresie”. O tomie pierwszym pisałam —>>> tutaj

Obie części cyklu „Antosi w bezkresie” zostały nominowane w Plebiscycie Blogerów LOKOMOTYWA w kategorii: tekst !!!

Obiecuję, że postaram się napisać o niej bez nadmiernego spoilerowania tego, co znajduje się w drugim tomie (choć bez małego zdradzenia tego, jak się on zaczyna, nie obejdzie się – uprzedzam !). Nie da się jednak zrobić tego także w stosunku do treści pierwszego, więc jeśli ktoś go nie czytał, powinien to najpierw zrobić 😉

Marcin Szczygielski sięga w tym cyklu do historii polskich dzieci (i ich rodzin) zesłanych w głąb Związku Sowieckiego w czasie, o którym potocznie mówi się: za pierwszego sowieta czyli podczas sowieckiej okupacji wschodnich terenów Rzeczpospolitej Polskiej w latach 1939 – 41. Tytułowa bohaterka Antosia Rossińska, została razem z mamą wywieziona do Kazachstanu wiosną 1940 roku, a pierwszy tom kończył się dwa lata później.

Wydaje mi się, że kiedy pisze się trylogię, najtrudniejszy jest drugi tom. W pierwszym autor zawiązuje akcję, umieszcza ją w czasie i miejscu, przedstawia bohaterów, a w trzecim – kończy, domykając wszystkie zaczęte wątki i żegnając wszystkich bohaterów. Natomiast drugi… tu jest problem. Trzeba posunąć akcję do przodu na tyle interesująco, żeby czytelnicy chcieli sięgnąć po kolejny, ale równocześnie zostawić coś jeszcze, czym zainteresuje ich w trzecim. Marcin Szczygielski zdecydował się na zabieg zaskakujący…

…można powiedzieć, że w drugim tomie dał swojej bohaterce urlop od sowieckiej rzeczywistości, w której zmuszona była sobie radzić prawie sama, po tym jak gdzieś zaginęła jej mama. Pierwsza część kończyła się tak, że dziewczynka kradła węgiel z pociągu razem z Dziadem Daniłą – wspięła się na wagon i wtedy pociąg ruszył, a ona upadła i nie mogła już z niego wyskoczyć. Z tym nas Autor zostawił, a w kolejnym tomie dowiadujemy się, że nieprzytomną, ranną w głowę dziewczynkę znaleźli przy torach wiele kilometrów dalej wędrujący Kazachowie. Zaopiekowali się nią, opatrzyli, wyleczyli i dalej wędrowała z nimi.

Akcja „Zbójeckiego nasienia” to jakieś dwa miesiące latem 1942 roku. Można powiedzieć, że Antosi przytrafił się wakacyjny obóz wędrowny – podróż wozami albo na piechotę, konie i wielbłądy, rozbijanie i zwijanie obozowiska, kąpiele w słonych jeziorach, spanie w jurcie. I ten bezkresny step, oszałamiająca przyroda, cudowne widoki z zachwytem opisywane przez Autora ! Wydawać by się mogło, że to wakacje marzeń, ale jednak dziewczynce nie jest łatwo, choć przynajmniej nie jest głodna. Musi zrozumieć prawidła rządzące tą rozgałęzioną rodziną, do której trafiła, a kiedy już nieco wydobrzała – znaleźć sposób, aby na swój pobyt u nich zasłużyć. Najsilniejsza relacja, może nawet przyjaźń zaczyna ją łączyć z Abajem (może dlatego, że jest tam najmłodszy), od którego zaczyna uczyć się polowania i zdobywania jedzenia w stepie. Choć oczywiście nie są w stanie upolować żadnego dużego zwierzęcia, ale ptaki, węże czy susły też się nadają. Trzeba tylko je zabić, a to nie jest dla dziewczynki łatwe.

Ale choć najadłam się, było mi ciepło i miękko na moim wojłoku; choć niebo pociemniało i zalśniły na nim gwiazdy, nie opuszczało mnie nieprzyjemne przekonanie, że tego dnia spotkało mnie coś złego. Poczucie, że uczestnicząc w odbieraniu susłom życia, sama też straciłam coś cennego. Coś, co już nigdy do mnie nie wróci. Uznałam jednak, że na takie żale byłam już stanowczo zbyt dorosła. W końcu miałam już te moje sędziwe jedenaście lat…

Opisy życia, które Antosia prowadzi razem z Kazachami w stepie, to dla Autora okazja, żeby wpleść w akcję książki sporo szczegółów etnograficznych – dowiadujemy się, jak ustawiano jurtę i jak ją w środku urządzano, poznajemy tradycyjne potrawy oraz szczegóły kazachskich strojów, a Abaj ma na każdą okazję jakąś tradycyjną baśń z morałem. Wiele takich szczegółów znajdziemy też na ilustracjach, które wykonał sam autor. W poprzednim tomie spod jego ręki wyszła wstrząsająca okładka oraz wyklejki, w tym mamy także otwierające poszczególne rozdziały portrety chyba wszystkich członków licznej rodziny Kunanbaja, a także zwierzęta żyjące w stepie oraz krajobrazy – wszystko utrzymane w stylistyce inspirowanej folklorem tamtych rejonów.

„Zbójeckie nasienie” to powieść, która unaocznia młodym czytelnikom, że Związek Sowiecki tworzyli nie tylko Rosjanie, ale także przedstawiciele wielu innych podbitych przez nich narodów, którzy wcale nie chcieli się podporządkować sowieckim porządkom. Choć byli przez nich traktowani jak gorsi i głupsi, to wcale tacy nie byli, a ich tradycyjne zwyczaje dużo lepiej nadawały się do życia w stepie niż to, co usiłowano im narzucić w kołchozach.

Mimo że czas spędzony z rodziną Kananbaja był dla Antosi rodzajem urlopu od realiów sowieckich, system, w którym wszyscy żyli (nawet pozostając na jego marginesie) cały czas nie dał o sobie zapomnieć. Po drodze zatrzymywali się w miasteczkach, a tam doganiała ich i wojna, i cały sowiecki (nie)porządek – handlowali na bazarach (i nie tylko handlowali), ale ta podróż musiała się kiedyś skończyć…

Nie, nie powiem, jak to się skończyło 😉 Znowu rozstajemy się z Antosią w takim momencie, że bardzo chciałoby się wiedzieć, co się wydarzy dalej. Mam nadzieję, że na kolejny tom nie będziemy długo czekać. I ciekawa jestem, czym nas Autor tym razem ilustratorsko zaskoczy !

Marcin Szczygielski (tekst i ilustr.) „Zbójeckie nasienie”, wyd.: Instytut Wydawniczy Latarnik, Warszawa 2023