O małym krecie, który chciał wiedzieć, kto mu narobił na głowę

O małym krecie, który chciał wiedzieć, kto mu narobił na głowę

Wpis z 6 kwietnia 2006 roku. Niebawem minie 15 lat od wydania historii o tym krecie – ktoś jeszcze pamięta burzę, jaką wtedy ta książka wywołała ?

Taki malutki kret, a tyle zamieszania narobił … 🙂

Nie przypominam sobie książeczki dla dzieci, która wzbudziła by tyle kontrowersji wśród rodziców i wywołała taki zamęt w mediach. Doczekała się kilku bardzo krytycznych artykułów w prasie i programu w telewizji. Burza przeszła też przez internetowe fora dla rodziców – obok słów zachwytu padały tam sformułowania o obrzydzeniu i pragnieniu umycia rąk po jej przejrzeniu.

Wszystko to razem – moim zdaniem – wiele hałasu o nic. Mała książeczka dla małych dzieci – można ją przeczytać, ale nie jest to lektura obowiązkowa.

My, dorośli mamy głęboko zakodowane przekonanie, że fizjologia stanowi temat tabu. Jest jednak w życiu dziecka taki okres, kiedy niemal cały jego świat kreci się właśnie wokół kupy i wtedy to, co maluch zrobi, jest przez dorosłych poddawane gruntownej analizie (i jakoś nie jest to tabu 😉 ), a to – gdzie zrobi, staje się tematem akcji wychowawczej pod kryptonimem „NOCNIK”. Równocześnie jest to czas bardzo intensywnego poznawania świata, także od d… strony (że pozwolę sobie użyć popularnego ostatnio kolokwializmu 😉 ). My dorośli nie obdarzamy szczególną uwagą psich kup czy krowich placków (dopóki nie wdepniemy 😉 ) – dla malucha jest to rzecz tak samo intrygująca jak kwiatek czy samochód. Właśnie dla dzieci na tym etapie przeznaczona jest książeczka o krecie z kupą.

Przyzwyczajeni jesteśmy do książek dla dzieci, w których morał jest ewidentny i przekazany wprost. Ta jest inna – pozostawia dorosłym wybór tematu, na jaki będziemy w związku z nią rozmawiali z dzieckiem. Paradoksalnie – rozmowa o krecie z kupą na głowie może nas doprowadzić do konkluzji, że w przeciwieństwie do wszystkich wymienianych tam zwierząt, człowiek NIE ROBI tego publicznie i gdzie popadnie (można też przy tej okazji wyjaśnić konieczność sprzątania po własnym psie).

Sporo kontrowersji wzbudziło zakończenie tej historii – podobno uczy dzieci zemsty. Moim zdaniem, proporcja między rozmiarem głowy psa a dziełem kreta spuszczonym na nią, nakazuje wziąć ową zemstę w potężny cudzysłów. Warto jednak przy tej okazji zastanowić się z dzieckiem nad słusznością postępowania kreta – przecież pies nie działał złośliwie, nie narobił mu na głowę specjalnie. Ot, przypadek – pies robił (bo akurat miał taką potrzebę) tam, gdzie go ta potrzeba dopadła, a kret pechowo wystawił łepek właśnie w tym momencie i miejscu.

Jestem w stanie zrozumieć zaskoczenie dorosłych, że ktoś mógł napisać książkę na taki temat. Dziwi mnie natomiast zdziwienie osób, które nabyły ją, nie wiedząc, o czym jest. „O małym krecie…” to książka, która już dzięki tytułowi i obrazkowi na okładce, nie pozostawia wątpliwości co do swojej zawartości. Ilustracje w środku są hiperrealistyczne, a rozmiar całości pozwala na przejrzenie jej w pół minuty (dokładna lektura zajmuje minut… może trzy). Należy po prostu nieco uważniej oglądać książki, zanim się je kupi swoim dzieciom – można wtedy uniknąć dużo poważniejszych zaskoczeń, przy których kret i to, co ma on na głowie, to naprawdę drobiazg. Na przykład kamasutra dla przedszkolaków w pewnej  bardzo chwalonej książeczce, która na pierwszy rzut oka wygląda, jakby była dla trzylatków…

Werner Holzwarth / Wolf Erlbruch „O małym krecie, który chciał wiedzieć, kto mu narobił na głowę”, przekł.: Łukasz Żebrowski, wyd.: Hokus-Pokus, Warszawa 2005

P.S. Nieodmiennie uwielbiam tę historię w wersji czeskiej. W tym języku jest podwójnie urocza 🙂

A ja czekam

A ja czekam

Na pierwszy dzień adwentu (który w tym roku trwa 24 dni czyli akurat tyle, ile jest czekoladek w sklepowym kalendarzu adwentowym 😉 ) wpis z 19 grudnia 2007 roku.

Adwent. Czas oczekiwania.

Wszyscy na coś czekamy. Na Święta, na prezenty, na spotkanie z kimś rzadko widywanym, na potrawy jedzone tylko raz w roku. Na śnieg. Potem będziemy czekać na Nowy rok, na ferie zimowe, na wakacje… Dzieci czekają na kolejne etapy dorastania, dorośli – na kolejne etapy doroślenia dzieci. Na tym czekaniu upływa nam życie.

Czy w tej pogoni za tym, co przed nami, nie gubimy tego, co dzieje się teraz ? Czy potrafimy dostrzec i uszanować tę jedną chwilę, która lśni (jak śpiewa w mojej ulubionej piosence zespół „Pod Budą”) ? Czy nie przegapiamy gdzieś tych momentów, w których chciałoby się zawołać jak Faust: Trwaj chwilo ! Chwilo, jesteś piękna !

„A ja czekam…” to książka (książeczka raczej 😉 ) podobna do opisywanej już przeze mnie wcześniej  ”Kiedyś”. Ascetyczne ilustracje plus aptekarska ilość tekstu dają razem materiał do myślenia na długo. Przemawia i do siedmiolatki (Najmłodsza nawet przeczytała ją sama ! 😉 ), i do jedenastolatki, która ten prezent na Mikołajki zrecenzowała jako bardzo dobrą książkę. Osoby dorosłe może też zadumają się chwilę nad życiem i tym, co z niego zostaje.

Carpe diem ! – drogi czytelniku. Szkoda czasu na czekanie – nie wiemy przecież, ile go nam dano.

Davide Cali, Serge Bloch „A ja czekam…”, przekł.: Julian Kutyła, wyd.: Hokus – Pokus, Warszawa 2007 (wznowienie – 2013)

Stworzenie

Stworzenie

Tegorocznym laureatem Astrid Lingdren Memorial Award (ALMA) czyli drugiej (obok przyznawanego przez IBBY Medalu Hansa Christiana Andersena) najważniejszej nagrody w dziedzinie literatury dla dzieci i młodzieży na świecie został Bart Moeyaert. W Polsce dotychczas ukazała się tylko jedna jego książka, ale napisał ich wiele i mam nadzieję, że niebawem zostaną wydane także u nas.

W oczekiwaniu na nie przypomnę, co pisałam o „Stworzeniu” 15 lutego 2007 roku. Teraz może byłabym wobec niej trochę mniej krytyczna, ale nadal nie do końca rozumiem, po co to było ?

.. czyli książka, której lektura najpierw mnie zachwyciła, a potem solidnie wkurzyła. Po prostu – książka kontrowersyjna.

Dawno temu, kiedy sama nie miałam jeszcze dzieci, opiekowałam się pewnym rodzeństwem. Pewnego dnia, podczas długiego spaceru opowiadałam ośmiolatkowi o jakimś wydarzeniu z historii stosunkowo niedawnej. Kiedy skończyłam, zapytał: a co było wcześniej ? Opowiedziałam, a wtedy on: a co było wcześniej ? Tak, cofając sie w głąb dziejów, doszliśmy do czasów, kiedy ludzie żyli w jaskiniach i uczyli się krzesać ogień. Na kolejne: a co było wcześniej ?, odpowiedziałam pochopnie:  Wiesz – na początku Bóg stworzył niebo i ziemię. I wtedy padło nieuchronne: a co było wcześniej ?

Od tej rozmowy minęło kilkanaście lat, ów chłopiec jest już dorosłym facetem, a ja nadal mam problem z odpowiedzią na to pytanie. Kiedy w moje ręce trafiło „Stworzenie”, myślałam, że wreszcie ją znajdę.

Zaczęło się rewelacyjnie: Na początku nie było nic. Trudno to sobie wyobrazić. Trzeba, by wszystko, co teraz jest, jeszcze nie powstało. Trzeba wyłączyć światło, samemu nie być i jeszcze zapomnieć o ciemności, bo na początku nie było nic, ciemności też nie. Jeśli chce się zobaczyć początek wszystkiego, trzeba zapomnieć bardzo wiele. Zachwyciłam się, bo wreszcie ktoś ubrał w odpowiednie słowa to, czego sama nie potrafiłam sformułować.

Potem przeczytałam: Zachowaj tylko Boga i mnie. Boga rozumiem – On był zawsze. Ale kim jest ten typek w kapelusiku, który siedzi obok ? Narrator ? Bez niego by się nie dało opowiedzieć tej historii ? I koniecznie z krzesełkiem ?

„Przełknęłam” narratora z jego cylinderkiem i krzesełkiem. Akceptowałam go do momentu, gdy Bóg w szale twórczym doszedł do Dnia Szóstego. Oto stworzył zwierzęta i przyszedł moment w którym, jak rzecze Pismo: Stworzył więc Bóg człowieka na swój obraz, na obraz Boży go stworzył: stworzył mężczyznę i niewiastę. Tu niespodzianka – okazuje się, że do stworzenia pozostała Mu tylko kobieta, bo mężczyzna przecież już jest. Siedzi na krzesełku w swoim cylinderku   😉

Czyli że co ? Nie było nic, ale był facet, cylinderek i krzesełko ? A kobieta na końcu ? Taki obraz stworzenia świata mam przedstawić moim córkom ? Niedoczekanie.

Szkoda 😦 Zapowiadało się tak fajnie i nie wyszło. Jak zwykle przez faceta 😉

Bart Moeyaert „Stworzenie”, przekł.: Jadwiga Jędryas, Łukasz Żebrowski, ilustr.: Wolf Erlbruch, wyd.: Hokus Pokus, Warszawa 2005