Wieczór pełen cudów

Wieczór pełen cudów

„Wieczór pełen cudów” to książka, która trochę kojarzyła mi się ze świątecznymi filmami, jakich wiele można zobaczyć na platformach steramingowych. Ich oglądanie to taka moja adwentowa guilty pleasure, a najbardziej lubię wyłapywać w nich stałe punkty, choć czasem są wciśnięte w akcję na siłę i, jak to się mówi, zupełnie od czapki 😉 Ale muszą być, bo bez nich nie byłoby świątecznej atmosfery.

Kiedy zaczęłam czytać tę, drugą już w tym roku świąteczną książkę Joanny Jagiełło, początkowo czułam się trochę, jakby oglądała taki film. Podobnie jak Zwierz Popkulturalny w tym zestawieniu odhaczałam kolejne punkty: czy ktoś nie żyje/ odszedł ? Tak, choć początkowo nie jest dla nas jasne, co stało się z mamą Marcela i Irenki. Czy jest urocze rezolutne dziecię ? Tak, młodsza siostra bohatera. Czy pada śnieg ? Oczywiście. Czy bohaterowie najpierw darzą się niechęcią/ dystansem ? Tak, ale tutaj chodzi o starszą panią z sąsiedztwa. Mamy też Mikołaja z saniami i reniferami, narodziny w wigilijny wieczór oraz całą serię świątecznych cudów…

Jednak im dalej zagłębiałam się w lekturę, tym bardziej poruszała mnie ta historia. Docierało do mnie, że mimo tych wszystkich elementów, nie jest to cukierkowa bajeczka o idealnych świętach, tylko całkiem poważna opowieść o życiu po stracie i o tym, co jest w nim naprawdę ważne. Bolała mnie samotność jej bohatera, który tak nieustępliwie stara się, aby mimo straty Mamy i psychicznej nieobecności Ojca jego mała siostra miała Święta, o jakich marzy. Bardzo mu w tym kibicowałam i zupełnie nie przeszkadzało mi to, że w pewnym momencie zaczęły się tam dziać rzeczy nie do końca prawdopodobne. Należało mu się to !

Nie zawsze możemy mieć dokładnie to, co byśmy chcieli. Ale zawsze możemy znaleźć sobie coś, czym możemy się cieszyć. I sami zadbać o to, by świat był piękniejszy…

Joanna Jagiełło „Wieczór pełen cudów”, ilustr.: Joanna Kolibaj, wyd.: Zielona Sowa, Warszawa 2022

7 dni

7 dni

Wpis z 14 października 2015 roku:

Tydzień to tylko 7 dni, jednak w ciągu nich może wydarzyć się bardzo wiele dobrych i złych rzeczy.

Jest to 168 godzin, podczas których każdy z bohaterów – a także każdy z czytelników – może znaleźć czas, by podjąć tę jedną, być może najważniejszą decyzję, która zmieni całe jego życie.

Jessica i Keren mają po 14 lat, mieszkają niedaleko od siebie i chodzą do tej samej szkoły. Obie mają też (mówiąc eufemistycznie) pokręconą sytuację rodzinną. Pozornie wiele je łączy, pozornie również wiele je dzieli. Dzieli je (i łączy) przede wszystkim to, że jedna z nich jest ofiarą przemocy szkolnej, a druga – jej prześladowczynią.

Jess i Kez są równoległymi narratorkami tej książki, której akcja zamyka się w tytułowych siedmiu dniach, a każdy z tych dni poznajemy z dwóch perspektyw.

„7 dni” to kolejna po „Grze Bailey’a” i „Dziewiętnastu minutach” książka o przemocy szkolnej, które mną wstrząsnęła. Stawia pytania – przede wszystkim o to, co powoduje, że ktoś staje się prześladowcą, a ktoś ofiarą ? Co o tym decyduje ? Przeznaczenie czy wybór ? Czy to kwestia charakteru ? A może przypadek i w innej sytuacji byłoby odwrotnie ?

Przykład Jess i Kez pokazuje zresztą, że paradoksalnie to rola ofiary wymaga większej odwagi, siły charakteru i nonkonformizmu. Im więcej o nich wiemy, tym wyraźniej widzimy, że w tym układzie nikt nie jest górą i trudno powiedzieć, kto płaci wyższą cenę.

„7 dni” to także książka o rodzinie, bo chociaż jedna jej bohaterek żyje w teoretycznie pełnym domu, to obie nie mają w swoich najbliższych oparcia. Są rozpaczliwie samotne, a świat, w którym żyją, jest smutny, nie tylko dlatego, że ciągle pada deszcz (jak to w Anglii jesienią). Dorośli, którzy powinni być ich oparciem, sami nie radzą sobie ze swoją dorosłością, z odpowiedzialnością, którą ona ze sobą niesie. Szkoła również nie potrafi im pomóc, mogą to zrobić tylko one same…

Eve Ainsworth „7 dni”, przekł.: Marcin Mortka, wyd.: Zielona Sowa, Warszawa 2015

Mirabelka

Mirabelka

Mam problem z tą książką i przez długi czas nie wiedziałam, jak się zabrać do napisania o niej , bo podoba mi się i złości równocześnie, mniej więcej w jednakowym stopniu. Jest w niej pewien dysonans, który powoduje, że nie bardzo potrafię określić, do kogo jest adresowana. Ten dysonans wywołany jest przez splot dwóch wątków.

Pierwszy z nich – znakomity, interesujący i można powiedzieć, że w polskiej literaturze dla młodego czytelnika pionierski – to wątek żydowski. O tym, jak dotychczas przedstawiano tę kwestię, tak pisała Małgorzata Wójcik – Dudek: Żydowskiemu bohaterowi zwykle odmawia się prawa do kontekstu. Zostaje umieszczony w getcie i czytelnik poznaje go jedynie przez pryzmat sytuacji ekstremalnej. A przecież zawsze było jakieś „przed”, a czasem również – „po”.*

„Mirabelka” to pierwsza polska książka dla niedorosłego czytelnika (uwierzcie mi, wiem, co piszę – sprawdziłam to naprawdę dokładnie), która umieszcza swoich żydowskich bohaterów w szerokim kontekście tradycji, religii, kultury, miejsca w którym żyli czyli warszawskiego Muranowa i ich normalnego życia w czasach przed Zagładą. Oni nie musieli przeprowadzać się do getta – to getto utworzono tam, gdzie mieszkali. Nalewki, przy której stała kamienica Friedmana to ulica topiczna, która jest pierwszym skojarzeniem, kiedy myślimy o żydowskiej Warszawie, ale praktycznie nie istnieje w świadomości dzisiejszych mieszkańców miasta.

Bohaterów tej historii poznajemy na długo przed wojną, która zmiotła cały ich świat. Towarzyszymy im w codziennym życiu, radościach, troskach, świętach, uczestniczymy w ślubie pod hupą i weselu Dorki i Chaima, witamy narodziny małego Noama.

Jest w „Mirabelce” czas Zagłady, którą przeżyje tylko Noam, wyprowadzony z getta przez Irenę Sendlerową, ale jest też życie po niej aż do czasów współczesnych, o którym autor pisze już opierając się na własnych wspomnieniach. Na gruzach Muranowa powstają nowe domy, wprowadzają się do nich nowi lokatorzy, rodzą się dzieci. Nie ma już Nalewek, jest ulica Nowotki (jej mieszkańcy mówią, że mieszkają na Nowotkach), a ocalony z Zagłady Noam, który teraz ma na imię Maciej, poślubi mieszkającą tam Dorotkę, której rodzice byli budowniczymi nowego Muranowa. Cezary Harasimowicz opisuje życie w PRL z jego trudnymi momentami jak marzec 1968 czy stan wojenny, ale też z sentymentem przywołuje takie szczegóły jak sklepy, które się w muranowskich blokach mieściły, bar „Pokusa”, pierwsze Maluchy i teksty piosenek.

Ta warstwa książki podoba mi się bardzo, problem mam za to z drugą czyli z wątkiem tytułowej mirabelki. To drzewko stanowi zawiązanie i klamrę akcji, jego obecność jest uzasadniona, ale wydaje mi się, że niepotrzebne było uczynienie z niej narratorki całej książki. Myślę, że wystarczyłoby gdyby tytułowa mirabelka była milczącą towarzyszką wszystkich opisywanych tu wydarzeń. A tak zamiast Wszechwiedzącego (ale przezroczystego dla czytelnika) Narratora mamy wszechwiedzące drzewo, które w dodatku czuje się w obowiązku, żeby za każdym razem wyjaśnić źródła swojej wiedzy. To zinfantylizowało przekaz całości, a poza tym zmuszało autora do (często nieco karkołomnych) zabiegów mających na celu uzasadnienie tego, że mirabelka wie o rzeczach i sprawach, o których wiedzieć nie powinna, skoro jest zakorzeniona na podwórku, a one dotyczą miejsc od niego odległych.

Odnalazłam w tej książce (a autor potwierdził to w posłowiu) inspiracje twórczością Hanny Krall, ale u niej to wszystko jest mniej dopowiedziane i tak jest zdecydowanie lepiej.

„Mirabelka” otrzymała wyróżnienie literackie w konkursie Książka Roku IBBY 2018, jest także laureatką innych nagród. Została też nominowana do Nagrody Literackiej m.st. Warszawy w kategorii „literatura dla dzieci” i uważam, że bardzo na tę nagrodę zasługuje. To książka warszawska jak mało która – tak mocno osadzona w topografii i historii miasta. Mam nadzieję, że jury nagrody to zauważy i doceni !!!

Cezary Harasimowicz „Mirabelka” ilustr.: Marta Kurczewska, wyd.: Zielona Sowa, Warszawa 2018

* Małgorzata Wójcik – Dudek „W(y)czytać Zagładę. Praktyki postpamięci w polskiej literaturze XXI wieku dla dzieci i młodzieży”, Katowice 2016 s. 292