Rodzina Pederwicków.

Rodzina Pederwicków.

Książka z podtytułem: Wakacyjna opowieść o czterech siostrach, dwóch królikach i pewnym interesującym chłopcu. Pisałam o niej 17 września 2007 roku.

Kiedy wybiera się miejsce na wakacje na ostatnią chwilę i w dodatku na niewidzianego, można się potem bardzo zdziwić. Zdarzyło nam się już kiedyś w podobnej sytuacji, trafić do pensjonatu położonego tuż obok torów kolejowych i z podjazdem tak stromym, że w zimie nie udawało tam się dotrzeć bez łańcuchów na koła (oczywiście nie było o tym mowy w ogłoszeniu 😉 ). Bywa też inaczej i, jeśli komuś szczęście sprzyja,może trafić… na przykład do pięknej posiadłości z ogromnym parkiem. To właśnie przydarzyło się pewnemu tacie i jego czterem córkom. 

Tytuł tej książki nieprzypadkowo brzmi tak, jak brzmi, choć na podstawie pobieżnego streszczenia spodziewać by się można innego. O – na przykład takiego: „Niezwykle wakacje w Arundel”. Chociaż opowiada ona o wakacjach, a były one naprawdę niezwykłe, to jednak tym, co jest w niej najważniejsze jest właśnie rodzina, a nawet dwie rodziny, krańcowo różniące się od siebie.

Tytułowa rodzina Pederwicków składa się z Taty i czterech córek: dwunastoletniej Rosalindy, jedenastoletniej Sky (o oczach niebieskich jak niebo), dziesięcioletniej Jane i czteroletniej Batty. Jest jeszcze Psisko (jak mogłabym pominąć ?) – równorzędny członek rodziny. Mama dziewczynek umarła wkrótce po urodzeniu Batty, ale, mimo że jej zabrakło, Penderwickowie nie są rodziną w rozsypce, jak w  ”Świecie do góry nogami”. Są zwartym i dobrze zorganizowanym organizmem, w którym każdy dobrze zna swoje miejsce i zasady w niej panujące. Na przykład – pilnowanie Batty jest zawsze obowiązkiem NOSP czyli Najstarszej Obecnej Siostry Penderwick i dzięki temu nigdy nie ma wątpliwości, na kim spoczywa odpowiedzialność za najmłodszą. Nie jest to może do końca sprawiedliwe wobec najstarszej z sióstr, ale w końcu nie od dziś wiadomo, że nie ma sprawiedliwości na tym najpiękniejszym ze światów 😉 Wszystkie decyzje Penderwickówny podejmują demokratycznie, zwołując SSP – czyli Spotkania Sióstr Penderwick, choć czasem są to SSSP, gdzie drugie S oznacza Starsze (czyli z wyłączeniem najmłodszej). Rytuał tych spotkań wymaga, aby rozpoczynać je od złożenia przysięgi na Honor Rodziny Penderwick. Dla nas może to brzmieć nieco górnolotnie, nawet śmiesznie, ale one traktują to ze śmiertelną powagą.

Honor… to pojęcie odchodzące już w zapomnienie, kojarzące się raczej z Rycerzami Okrągłego Stołu czy pojedynkami na pistolety niż ze współczesnymi dziewczynkami. Honor Rodziny… czy ktoś używa jeszcze tego sformułowania ? Ostatni raz w tym kontekście słyszałam chyba o Honorze Prizzich, ale jest to skojarzenie ze wszech miar nieprawidłowe 😉 Honor Rodziny Penderwick… jest czymś, co dotyczy wszystkich jej członków i za co wszyscy są w jednakowym stopniu odpowiedzialni. Jeśli jednej z sióstr zdarzy się coś, co rzuca cień na jej honor (i na Honor Rodziny także) – to cala rodzina działa na rzecz zmazania tej plamy.

Wszyscy razem, wspólnie – to słowa, które tworzą styl rodzinny Penderwicków. Zupełnie inaczej jest w rodzinie owego pewnego interesującego chłopca, o którym jest mowa w tytule. Jego rodzina też jest niepełna – składa się tylko z Jeffreya i jego Mamy, właścicielki Arundel. Jest ich tylko dwoje, a żyją zupełnie oddzielnie i niewiele o sobie wiedzą. Trzeba było dopiero pojawienia sie Penderwicków, żeby Mama dowiedziała się, czego naprawdę pragnie jej syn. Wcześniej brakowało mu odwagi, żeby przeciwstawić się planom, jakie miała wobec niego.

„Rodzina Pederwicków” bywa porównywana z „Tajemniczym ogrodem”. Tu także mamy wielki, pusty pałac oraz samotnego chłopca, cierpiącego z powodu braku zrozumienia u jedynego z rodziców, jakiego ma i… na tym właściwie podobieństwa się kończą. Zamiast jednej nieznośnej Mary mamy aż cztery wesołe dziewczynki i psa, a chłopiec jest zupełnie zdrowy. Atmosfera tej książki jest zupełnie inna – pogodniejsza, pełna słońca. Wszystko dobrze się kończy i to jest jeszcze jedno podobieństwo.

Ta książka jest uroczo staroświecka – nie tylko z powodu niedzisiejszego podejścia do pojęcia honoru. Akcja rozgrywa się w bliżej nieokreślonej przeszłości, co możemy poznać wyłącznie po tym, że bohaterowie nie używają telefonów komórkowych i piszą zwykłe papierowe listy, choć jakieś wzmianki o komputerach chyba też tam są. Poza tym nie znajdziemy tam żadnych odniesień do czasu zewnętrznego – tak jakby Arundel znajdowało się poza nim. Dzięki temu „Rodzina Penderwicków” jest książką ponadczasową i myślę, ze nie zestarzeje się szybko. Świat się może zmieniać, ale rodzina będzie zawsze – przynajmniej taką mam nadzieję.

P.S.   Pierwotnie ten wpis, kończył się pełną zdziwienia konkluzją: jak to się mogło stać, że w tym samym wydawnictwie, w tym samym czasie ukazały się  książki o Ammerlo, tak odmiennie traktujące sprawy honoru i uczciwości ? Zwrócono mi jednak uwagę, że tamte akurat wydało wydawnictwo Egmont (co można przeczytać także i tutaj, tylko trochę niżej). Mogę się tylko zarumienić ze wstydu za własne gapiostwo, a całą puentę niestety diabli mi wzieli 😦

Jeanne Birdsall „Rodzina Pederwicków. Wakacyjna opowieść o czterech siostrach, dwóch królikach i pewnym interesującym chłopcu”, przekł.: Hanna Baltyn, wyd.: Nasza Księgarnia, Warszawa 2007

Jeanne Birdsall napisała do dziś pięć części cyklu o Penderwickach – w Polsce ukazał się jeszcze tylko tom drugi:

Jeanne Birdsall „Rodzina Penderwicków na Gardam Street”, przekł.: Hanna Baltyn, wyd.: Nasza Księgarnia, Warszawa 2008

Klasa pani Czajki; LO-teria; Licencja na dorosłość

Klasa pani Czajki; LO-teria; Licencja na dorosłość

czyli cykl Małgorzaty Karoliny Piekarskiej, w którym przeprowadza ona swoich bohaterów od pierwszej klasy w saskokępskim gimnazjum, przez licea i studia do dorosłości 🙂

Co prawda między wydaniem części pierwszej i ostatniej minęło piętnaście lat, a w tak zwanym międzyczasie nastąpiła reforma likwidująca gimnazja, więc można się zastanawiać, czy te książki się nie zdezaktualizowały, ale problemy, jakie się ma w tym wieku są ponadczasowe i niezależne od tego, jak się nazywa szkoła, w której się je przeżywa. O „Klasie pani Czajki” pisałam 29 kwietnia 2006 roku, to była dwunasta książka, która stanęła na ówczesnych półkach Małego Pokoju z Książkami 🙂

Znowu piszesz o książkach ? Napisz o „Klasie pani Czajki” ! – mówiła często Najstarsza z moich córek, widząc mnie przy komputerze. Dlaczego akurat o niej ? – pytałam. Bo jest fajna – taka prawdziwa i życiowa. No, skoro tak, to proszę bardzo… 🙂

„Klasa pani Czajki” opowiada trzy lata życia uczniów pewnego gimnazjum na warszawskiej Saskiej Kępie – poznajemy ich w dniu rozpoczęcia roku w pierwszej klasie, a żegnamy, gdy kończą szkołę i rozchodzą się do różnych liceów. Małgosia, Kamila, Maciek, Kaśka, Kinga, dwóch Michałów, Aleks, Wojtek i inni – ich kłopoty szkolne i problemy domowe, radości i smutki, pierwsze miłości i rozczarowania, sympatie i antypatie… Zwyczajna klasa, przeciętne dzieciaki, normalne życie.

Czas gimnazjum to taki trudny i głupi wiek – z podstawówki przychodzą dzieci (z pretensjami do bycia młodzieżą), a po trzech latach szkołę opuszcza młodzież (z pretensjami do dorosłości). Na pierwszy rzut oka wyglądają już niemal jak dorośli, ale w głowach mają groch z kapustą, a głęboko w środku siedzą w nich jeszcze małe dzieciaki, które bardzo potrzebują czułości i oparcia w dorosłych.

Bohaterowie tej książki są w sumie dość grzeczni – nie mają większych konfliktów z rodzicami (którzy, z małymi wyjątkami, też wyglądają rozsądnie i sympatycznie), uczą się, nie rozrabiają, nawet wagary niespecjalnie im wychodzą 😉

W klasie pani Czajki chyba nikt nie pali i (poza jednym klasowym „wyrzutkiem”) nikogo nie ciągnie do alkoholu. Z narkotykami i ich dealerami uczniowie nie spotykają nawet przypadkiem i to jest moje podstawowe zastrzeżenie do rzetelności kronikarskiej tej książki. Trudno mi uwierzyć, że przez całe trzy lata nikt z klasy nie ma najmniejszego kontaktu z narkotykami w żadnej postaci, nikt nie jest namawiany na spróbowanie, nie widzi nikogo „zaćpanego”. Szkoda – bo byłaby to niezła okazja, żeby pokazać, jak odmawiać, nie tracąc przy tym twarzy.

Szkoła, do której chodzą bohaterowie – normalna, państwowa i rejonowa, w niczym nie przypomina piekła opisywanego przez panią Musierowicz w Jeżycjadzie, a nauczyciele (z tytułową wychowawczynią klasy na czele) też mają ludzkie oblicza. Pani Barbara Czajka jest zresztą postacią autentyczną – była ukochaną polonistką autorki, choć w rzeczywistości nie uczy w gimnazjum. W książce jest dość surową, ale sprawiedliwą wychowawczynią klasy i wymagającą, ale uczącą w sposób interesujący polonistką. Najstarsza zauważyła kiedyś, że w kilku czytanych przez nią współczesnych książkach młodzieżowych bohaterki (lub autorki) bardzo lubią swoje nauczycielki polskiego. Zapytała mnie, czy jest to warunek sine qua non zostania pisarką, bo jeśli tak, to ona na razie chyba nie ma szans. Teraz już ma, bo polubiła swoją polonistkę 😉

Ta książka nie jest powieścią – składają się na nią felietony, które przez trzy lata ukazywały się w piśmie „Victor. Gimnazjalista”. Z tego wynika brak jednolitej akcji i trochę denerwujące powtórzenia – przypomnienia, bo każdy rozdział zajmuje się inną sprawą, sygnalizuje inny problem.

„Klasa pani Czajki” była przebojem wśród koleżanek Najstarszej pod koniec piątej i na początku szóstej klasy mimo, że (a może właśnie dlatego, że… 😉 ) opowiada o gimnazjalistach. W tym wieku chętniej czyta się o perypetiach osób trochę starszych od siebie i problemach, do których się dopiero pretenduje. Sama wtedy zaczytywałam się Siesicką i wydawało mi się, że jej bohaterowie są okropnie dorośli i mają bardzo dorosłe problemy 😉

Małgorzata Karolina Piekarska „Klasa Pani Czajki”, ilustr. Paweł Włodarczyk, wyd.: Agencja Wydawnicza AGA-PRESS, Warszawa 2004

Małgorzata Karolina Piekarska „Klasa Pani Czajki”,  wyd.: Nasza Księgarnia, Warszawa 2016

Klasa pani Czajki skończyła gimnazjum i rozeszła się do szkół średnich. Część z nich trafiła do (również saskokępskiego) liceum imienia Bolesława Prusa i grono bohaterów kolejnej części cyklu powiększy się ich koleżanki i kolegów z klasy pani Janeckiej, ale nie tylko… Nowi coraz starsi bohaterowie, nowe problemy, które stawia przed nimi życie… Nieuchronne wchodzenie w dorosłość – dla jednych łagodniejsze, dla innych trudniejsze, bo nie zawsze mogą liczyć na wsparcie rodziców, a czasem sami muszą wejść w ich rolę.

Jakiś czas temu na jednym z książkowy forów w sieci zadano pytanie o książki opisujące życie młodzieży 18+ czyli takie rzeczywiste wchodzenie w dorosłość już pod skończeniu szkoły. Okazało się, że prawie nie ma takich 😦 Ja sama kojarzę tylko owocowy cykl Izabeli Sowy oraz „Przyjaciół” i „Ślimaki z ogródka” Marty Madery, ale są to pozycje sprzed kilkunastu lat. Z nowości – przez chwilę miałam nadzieję, że taką powieścią będzie „Hodowla” Katarzyny Ryrych, jednak tam bohater co prawda jest już po studiach, ale powraca do miasteczka, w którym chodził do liceum, żeby się wewnętrznie rozliczyć z tamtym czasem.

Wynika z tego, że „Licencja na dorosłość” jest w kategorii literatury Young Adult zdecydowanym wyjątkiem, bo jej bohaterowie rzeczywiście mierzą się z problemami dorosłości. Niektórzy z nich mogą jeszcze funkcjonować w rodzinnych domach na prawach dzieci, nie troszcząc się specjalnie o materialną stronę życia, ale są też tacy, którzy studiują w innych miastach i tam (na przykład w konfrontacji z osobami, od których wynajmują miejsce do mieszkania) są zdani głównie na siebie. Ich związki to już nie są pierwsze nastoletnie miłości, konflikty z prawem też już grożą dorosłymi konsekwencjami – robi się coraz poważniej, ale też coraz ciekawiej.

Żegnamy się z bohaterami tego cyklu, kiedy obie klasy – i ta pani Czajki, i ta pani Janeckiej spotykają się w parku Skaryszewskim. Być może to ich ostatnie spotkanie w takim gronie, choć już kilku osób zabrakło. Część z nich za chwilę będzie pisało licencjat, ale czy to znaczy, że mają już tytułową licencję na dorosłość ?

Co to jest ten licencjat ? Maciek wiedział, że nie dla wszystkich oznacza koniec studiów. Nie jest też żadnym patentem na to, jak żyć, ani co robić ze swoim życiem. Jest etapem w podróży. Jednym z wielu takich, które nie rozwiązują niczego. Jest jak stacja przesiadkowa. Tylko który pociąg teraz wybrać ? Dokąd ? I jaki ? Nie dla wszystkich jazda ekspresem jest korzystna. Można przegapić jakieś ważne stacje.

Małgorzata Karolina Piekarska „LO-teria”,  wyd.: Nasza Księgarnia, Warszawa 2017

Małgorzata Karolina Piekarska „Licencja na dorosłość”,  wyd.: Nasza Księgarnia, Warszawa 2019

Tippi i ja

Tippi i ja

Książka nominowana w Plebiscycie Blogerów LOKOMOTYWA 2019 w kategorii PRZEKŁAD

Grace i Tippi mają 16 lat i są siostrami.

Więcej – są bliźniczkami, a nawet jeszcze więcej – bo siostrami syjamskimi.

Są dwie, ale równocześnie są jednością, nie mogą się rozstać ani na chwilę. Są jednością, ale równocześnie są odrębnymi osobami, które oddzielnie myślą i czują.

„Tippi i ja” to druga powieść gatunku verse novel, która ukazała się po polsku. To bardzo trudny gatunek, nie tylko dla autora, ale także później dla tłumacza – ascetyczny, zmuszający do lapidarności i bardzo starannego doboru słów, bo każde jest ważne. To nie są książki, które mogą być przegadane. Wręcz przeciwnie – wydawać by się mogło, że da się je przeczytać szybko, ale ta pusta przestrzeń na ich kartkach też jest treścią, zmusza do namysłu, otwiera pole do własnych refleksji. W tych utworach niebagatelną rolę gra także układ słów i wersów względem siebie – niestety format, w którym powstaje mój blog, nie pozwala na odtworzenie tego, więc więcej cytatów nie będzie.

Historia opisana w tej książce porusza i zostaje w pamięci, nie da się jej przeczytać bez wzruszenia. Nie jest tylko historią dziewczynek, ale całej ich rodziny – rodziców, siostry i babci, a także innych ludzi, którzy są dla nich ważni i dla których one są ważne. Choć wiedza pozaksiążkowa podpowiada niestety, że w przypadku takich rodzeństw trudno liczyć na: żyły długo i szczęśliwie, ale jednak chciałoby się dla nich dobrego zakończenia…

„Tippi i ja” to trzecia po „Kasieńce” i „My dwie, my trzy, my cztery” książka irlandzkiej pisarki Sarah Crossan wydana przez Wydawnictwo Dwie Siostry. Druga po „Kasieńce” z gatunku verse novel i druga po „My dwie, my trzy, my cztery” przetłumaczona znakomicie przez Małgorzatę Glassenapp. W polskim wydaniu zachwyciła mnie też okładka autorstwa Zosi Frankowskiej, ale trzeba przeczytać tę książkę, żeby zrozumieć, dlaczego taka jest i że nic w niej nie jest przypadkowe.

Każda z tych trzech książek Sarah Crossan była inna i każda zaskakująca i fascynująca. Z ciekawością czekam na kolejne.

Sarah Crossan „Tippi i ja”, przekł.: Małgorzata Glasenapp, wyd.: Dwie Siostry, Warszawa 2019

Podwójna rola

Podwójna rola

Wpis z 27 czerwca 2007 roku :

Kiedy buszowałyśmy z Najstarszą z córek po jednej z londyńskich księgarni wpadła mi w ręce książka „The Twins at St. Clare’s” Enid Blython. Nazwisko autorki z niczym mi się nie kojarzyło (a jej imię na okładce odczytałam początkowo jako Guid 😉 ), ale tytuł – „Bliźniaczki od Św. Klary” brzmiał dziwnie znajomo. Nagle olśnienie – to przecież jest ta książka, w ekranizacji której chciały zagrać Ruby i Garet z „Podwójnej roli” !!! No, może chciały to za dużo powiedziane – chciała Ruby, a Garet jak zawsze jej się podporządkowała.

Jak to jest – być jednym z bliźniąt ? Jak to jest, kiedy przez całe życie towarzyszy Ci Twoja wierna kopia, Twoje lustrzane odbicie ? Czy być bliźniaczkami to tak, jakby się było jedną osobą, tylko dwa razy lepszą od innych ? A może jednak ma to swoje złe strony ? Na przykład: czasami chciałoby się mieć spokój w samotności. Nie musieć stale rozmawiać, wymyślać zabaw i słuchać sekretów. Po prostu być sobą. A nie częścią kogoś innego. Sobą.

Z zewnątrz wyglądają tak samo, ale w środku są jednak różne. Przez dziesięć lat Ruby i Garet tworzyły podwójną jedność – były samowystarczalne, miały własny język na własne potrzeby, a do osób trzecich mówiły jednym głosem. Teraz w ich życiu wiele się zmieniło – Tata po kilku latach wdowieństwa związał się z Rose. Potem stracił dotychczasową pracę w biurze i zdecydował się na wyjazd do małej miejscowości, aby tam prowadzić księgarnię – oczywiście z Rose, Ruby i Garet. Babcia (mama Mamy), która dotychczas mieszkała z nimi i opiekowała się dziewczynkami, przeniosła się do domu spokojnej starości.

Nagle okazało się, że wobec tych zmian dziewczynki przestały zachowywać się jednakowo. Garet z coraz większymi oporami zgadzała się na pomysły starszej o 20 minut Ruby, choć przecież tak było dotychczas zawsze. Czy będą potrafiły zachować tę specyficzną więź, jaka je łączy, jeśli każda z nich zacznie szukać swojej własnej drogi w życiu ?

„Podwójna rola” była chyba pierwszą z książek Jacqueline Wilson, jaka pojawiła się w naszym domu. Napisana jest w formie wspólnego pamiętnika – dwugłosu obu dziewczynek, a czarno- białe ilustracje Nicka Sharratta i Sue Heap robią wrażenie rysuneczków nabazgranych przez nie na marginesach. Czytałyśmy ją ze Środkową z córek najpierw w systemie trochę Ty, trochę ja – tzn. zaczęłam i przeczytałam jej pierwszy wpis Ruby, a ona (po cichu) to, co dopisała Garet i tak na zmianę 😉 Z czasem Garet zaczęła się rozpisywać coraz szerzej i Środkowa trochę się buntowała, ale perypetie obu dziewczynek wciągnęły ją. Teraz mogę powiedzieć, że była jedna z pierwszych książek przeczytanych przez nią z przyjemnością (choć tylko połowicznie 😉 ).

Jacqueline Wilson „Podwójna rola”, przekł.: Jolanta Kozak, ilustr.: Nick Sharratt, Sue Heap, wyd.: Media Rodzina, Poznań 2002

Śnieżna siostra

Śnieżna siostra

Książka nominowana w Plebiscycie Blogerów LOKOMOTYWA 2019 w kategorii OBRAZ

Ta książka nazywana jest kalendarzem adwentowym, ale mam z nią podobny problem jak ten, o którym pisałam, kiedy przypominałam tu „Prezent dla Cebulki”. Na moim profilu na FB wywołało to małą dyskusję o tym, jaką książkę można takim kalendarzem nazwać ? Napisałam wtedy: czym innym jest „historia, którą można przeczytać w Adwencie”, a czym innym książka, która ma być kalendarzem adwentowym. Od tej drugiej oczekuję jednak jakiegoś związku z religijnym wymiarem Bożego Narodzenia (a w każdym razie – nie pomijania go) oraz takiej konstrukcji akcji, która wprowadzi czytelnika w nastój świąteczny płynnie, stopniując go z dnia na dzień. Być może chcę zbyt wiele, bo na razie nie spotkałam książki, która by te moje oczekiwania spełniła. Uprzedzając – nie spełniła ich także „Tajemnica Bożego Narodzenia” Gaardera, choć wydaje mi się, że była najbliżej.

Doświadczenie ostatnich lat uczy, że nie powinnam się tego spodziewać po książce skandynawskiej, więc nie miałam takich oczekiwań wobec „Śnieżnej siostry”. I słusznie, bo dzięki temu się nie rozczarowałam, za to odkryłam przepiękną historię, którą na pewno warto przeczytać – nie tylko w Adwencie. I naprawdę to, że jest ona podzielona na 24 rozdziały nie robi jeszcze z niej kalendarza adwentowego. Jest tak interesująca i wciągająca, że trudno mi sobie wyobrazić rozkładanie czytania na tyle wieczorów, bo kolejne części kończą się tak, że nie można jej tak po prostu odłożyć. Ja pochłonęłam ją na jeden raz, od pewnego momentu czytałam przez łzy, ale nie potrafiłam się od niej oderwać.

Jestem pewny, że dokładnie wiecie, jak powinny wyglądać święta. Z kim chcecie je spędzić, czym powinny pachnieć i co powinno wisieć na choince. I pewnie chcecie, żeby tak było co roku. Ja też tego chciałem…

W tym roku święta w domu Juliana, narratora tej historii, rzeczywiście stanęły pod znakiem zapytania. Kilka miesięcy wcześniej umarła jego siostra Juni i rodzice pogrążyli się w żałobie, kompletnie nie zwracając uwagi ani na niego, ani na jego młodszą siostrę Augustę. Miałem wrażenie, że przy stole siedzą kopie moich rodziców, które nie do końca wiedzą, jak się kiedyś zachowywali. (…) Nie byli sobą, tylko siebie przypominali. (…) Ale najbardziej brakowało mi Juni, mojej starszej siostry, Wszystkim nam jej brakowało, wiedziałem o tym. Chętnie wybrałbym się z rodziną na cmentarz, żeby ją odwiedzić, ale mama i tata nigdy tego nie chcieli. Nie wiedziałem dlaczego. Raz poszedłem tam sam. Grób był ciemny i pusty, bez żadnych ozdób czy zniczy. Juni leżała tam na dole. Podobno. Nie mogłem tego pojąć…

„Śnieżna siostra” to przepiękna, magiczna i wzruszająca opowieść o stracie, żałobie i pamięci, znakomicie wpisująca się w ten przedświąteczny czas. Czytając ją, cały czas miałam gdzieś w tyle głowy „Kolędę dla nieobecnych”: A nadzieja znów wstąpi w nas, nieobecnych pojawią się cienie…

W jej nastrój i smutny, i świąteczny wpisują się też znakomicie miejscami mroczne, ale także urokliwe, a przy tym zdecydowanie nieprzesłodzone ilustracje Lisy Aisato.

To książka wymykająca się kategoriom, także wiekowym 😉 Myślę, że nie ma górnej granicy wieku czytelników. Dolną tez trudno mi określić – to zależy od osobistych możliwości udźwignięcia tej historii i smutku, który niesie. Nie bójmy się go! Łzy wypłakane nad książką oczyszczają, pomagają uporać się z tym, co siedzi gdzieś głęboko i co czasem trudno nawet przed sobą nazwać…

Maja Lunde „Śnieżna siostra. Opowieść świąteczna” ilustr.: Lisa Aisato, przekł.: Milena Skoczko, wyd.: Wydawnictwo Literackie, Kraków 2019

Madika z Czerwcowego Wzgórza

Madika z Czerwcowego Wzgórza

Wpis z 18 lutego 2008 roku:

Mała Madika – chluba panien z Czerwcowego Wzgórza o złotym sercu, jak ją nazywał wujek Nilsson. Taka sympatyczna, choć uparta dziewczynka – trochę jak  Lotta (tylko starsza) albo jak  Emil, bo podobnie jak on ma masę pomysłów i łatwo przechodzi od słów do czynów. Dlaczego tak trudno było nam się z nią zaprzyjaźnić ???

Chyba dlatego, że w porównaniu ze znanymi nam wcześniej książkami Astrid Lindgren z jej nurtu realistycznego (do których zaliczam „Dzieci z Bullerbyn”, cykl o  dzieciach z ulicy Awanturników,  ”Emila ze Smalandii” czy ”My na wyspie Saltkrakan”) – te madikowe są zdecydowanie mniej sielankowe. Tamte rozgrywają się w beztroskim, dziecięcym świecie swoich bohaterów, a dorośli, którzy się w nich pojawiają są (z małymi wyjątkami) dobrzy i życzliwi.

Madika i jej siostra Lisabet też mają spokojny i dostatni dom (nawet bardziej dostatni niż w innych książkach), ale świat wokół nich nie jest już tak pastelowy. Tuż za płotem, po sąsiedzku mieszka Abbe – najserdeczniejszy przyjaciel Madiki, który w swoim domu jest jedyną osobą dorosłą, mimo że ma kilkanaście lat. Ojciec alkoholik i bezradna wobec jego nałogu Mama nie poradziliby sobie w życiu, gdyby ich syn się nimi nie opiekował. Poza tym są jeszcze: psychicznie chory Lindkvist, który porywa małą Lisabet; pijak Andersson, który zostawia ją w lesie, kiedy wskoczyła na jego sanie; Mia, koleżanka z klasy Madiki, która jest biedna, ma wszy i tak rozpaczliwie walczy o akceptację rówieśników, ze posuwa się aż do kradzieży; samotna i uboga Lindus Ida… W takim otoczeniu trudno o beztroskę.

Dzięki zakamarkowym  ”Przygodom Astrid – zanim została Astrid Lindgren”  wiemy, że pisarka zawarła w tym cyklu wiele swoich wspomnień z dzieciństwa – tych zdecydowanie smutniejszych. Pierwowzorem tytułowej bohaterki była jej serdeczna i dozgonna przyjaciółka Anne-Marie Ingerstom, którą w domu nazywano Madiką. Jej dom rodzinny czyli willa dyrektora miejscowego banku został tam opisany jako Czerwcowe Wzgórze. Za to w postaci Lisabet Astrid sportretowała własną młodszą siostrę – Stinę.

Te książki nie są jednak tylko smutne i zaangażowane społecznie 😉 Jest w nich wiele zdarzeń wesołych i jest też pięknie opisana więź między siostrami. Choć czasem się kłócą i robią sobie na złość, to wieczorem Lisabet przychodzi do łóżka starszej siostry, żeby się do niej przytulić. Scena kończąca „Patrz Madika pada śnieg”, kiedy rodzice wracają do domu po bezowocnych poszukiwaniach swojej zaginionej córeczki i odnajdują ją w łóżku starszej siostry, wzrusza mnie za każdym razem, gdy ją czytam.

Z tych książek pochodzi też określenie fąflu jeden, które z radością przyjęłam do naszego domowego języka – lubię obdarzać tym epitetem moje córki, kiedy mi podpadną (w zastępstwie zdecydowanie mniej cenzuralnych określeń, które mi się wtedy cisną na usta 😉 )

P.S. Nasza Księgarnia wydała niedawno obie zasadnicze części „Madiki” w jednym tomie w ramach tzw. Serii luksusowej. Edit: a jeszcze potem razem jako „Przygody Madiki z Czerwcowego Wzgórza”

Astrid Lindgen „Madika z Czerwcowego Wzgórza”, przekł: Anna Węgleńska, ilustr.: Ilon Wikland, wyd.: Nasza Księgarnia, Warszawa 1994

Astrid Lindgen „Madika i berbeć z Czerwcowego Wzgórza”, przekł: Anna Węgleńska, ilustr.: Ilon Wikland, wyd.: Nasza Księgarnia, Warszawa 1994

Astrid Lindgen „Madika z Czerwcowego Wzgórza” (Seria Luksusowa), przekł: Anna Węgleńska, ilustr.: Ilon Wikland, wyd.: Nasza Księgarnia, Warszawa 2007

Astrid Lindgen „Przygody Madiki z Czerwcowego Wzgórza” , przekł: Anna Węgleńska, ilustr.: Ilon Wikland, wyd.: Nasza Księgarnia, Warszawa 2015

Astrid Lindgen „Patrz Madika, pada śnieg !”, przekł: Anna Węgleńska, ilustr.: Ilon Wikland, wyd.: Zakamarki, Poznań 2007

Zła dziewczyna

Zła dziewczyna

Kolejna książka Beaty Ostrowickiej, którą pierwotnie wydało Ossolineum w serii „Nasza biblioteka”, a niedawno wznowiło ją Wydawnictwo Literatura.

Wpis z 21 stycznia 2008 roku:

Marcyśka ma osiemnaście lat i bardzo dobrze wie, czego chce. Chce studiować. Chce wyrwać się z rodzinnej wsi, od ojca alkoholika, mamy i dwójki rodzeństwa. Nie chce żyć tak, jak jej rówieśnice tam.

Dostała swoją szansę – uczy się w liceum w Krakowie i mieszka u ciotki w zamian za opiekę nad nią. Nie jest łatwo, ale zaciska zęby i odlicza dni do matury. Kiedy ciotka umiera, wszystko się komplikuje. Kiedy w dodatku okazuje się, że zapisała jej swoje mieszkanie, wszystko komplikuje się jeszcze bardziej. Ojciec chce je sprzedać i założyć sklep na wsi, ale Marcyśka wie, że wtedy może pożegnać się z marzeniami o studiach. Jest już jednak pełnoletnia i mieszkanie należy do niej. Decyzja o tym, by się na jego sprzedaż nie zgodzić – również.

Czy Marcyśka miała prawo tak postąpić ? Co jest ważniejsze – jej plany i marzenia czy poprawa bytu reszty rodziny (iluzoryczna – jeśli pamiętać o pociągu ojca do kieliszka) ? Czy naprawdę jest złą dziewczyną ? Gdzie jest granica miedzy asertywnością a egoizmem ?

Ta książka, podobnie jak  ”Świat do góry nogami” tej samej autorki stawia pytanie o istotę więzi rodzinnych. Marcyśka ma poczucie, że jest w rodzinie tą gorszą córką – obarczaną większymi obowiązkami, za to mniej dopieszczaną (i w sensie uczuciowym, i materialnym). Ojciec alkoholik i bezwolna, współuzależniona Mama to jedno. Oni są dorośli i w pewnym sensie żyją tak na własne życzenie. Jakie są jednak jej zobowiązania wobec rodzeństwa ? Czy w ogóle ma wobec nich jakieś obowiązki – wynikające tylko z tego, że urodzili się tym samym rodzicom ?

Czytając tę książkę zaczęłam myśleć o jej bohaterce z macierzyńską troską. Niby jest już formalnie dorosła, ale… czy zdoła udźwignąć ciężar tej samodzielności ? Czy wyzwolona z gorsetu ograniczeń, jakie narzucała jej opieka nad Ciotką, będzie potrafiła narzucić sobie dyscyplinę niezbędną, żeby zdać maturę i zrealizować marzenia o studiach ? Czy, pozbawiona w domu rodzinnym takich wzorców, będzie potrafiła pokochać i stworzyć dobry związek ?

Zostawiamy ją w takim momencie, że wszystko się może zdarzyć. Trzymam za nią kciuki – nich jej się uda. Życzę jej tego z całego serca.

Beata Ostrowicka „Zła dziewczyna” , wyd.: Ossolineum, Wrocław 2005

Beata Ostrowicka „Zła dziewczyna” , wyd.: Literatura, Łódź 2014

Świat do góry nogami

Świat do góry nogami

Skoro już zaczęłam wstawiać na nowe półki Małego Pokoju książki Beaty Ostrowickiej, przypomnę kolejną – tym razem dla zdecydowanie starszych czytelników.

Wpis z 9 lipca 2007 roku:

Nasz czas rodzinny zatrzymał się. Nagle. Bezpowrotnie. Nieodwołalnie. Tata, Kuka, Szymek i ja jesteśmy uwięzieni wewnątrz zepsutego mechanizmu. Zabrakło jednego elementu i… trach ! Pozostałe nie potrafią prawidłowo funkcjonować. Jeden element. Serce całego rodzinnego organizmu.

Na śmierć Mamy nie ma w życiu odpowiedniego momentu. Ola ma siedemnaście lat, jej siostra – dwanaście, a brat siedem. Spadło to na nich zupełnie niespodziewanie. Zwykły dzień, zwykłe wyjście z domu… Wystarczyło 2,8 promila alkoholu we krwi kierowcy samochodu dostawczego.

Czytałam tę książkę w samolocie. Wydarzenia w niej opisane plus oddalenie nie tylko od rodziny, ale też od twardej ziemi pod stopami spowodowały, że zaczęłam z niepokojem myśleć o kruchości życia. Mama Oli była dokładnie w moim wieku. Co stałoby się z moją rodziną, gdyby mnie zabrakło ?

Czy moje córki potrafiłyby być dla siebie oparciem ? Żyjemy pod tym samym dachem, mamy wspólnych rodziców, ale patrzymy na świat całkowicie różnie. Jak to możliwe ?– zastanawia się Ola. Co stanowi istotę więzi rodzinnych ? Kiedy zabrakło Mamy, każdy w ich domu został sam. Oddzielnie próbowali znaleźć odpowiedź na pytanie dlaczego ? W pojedynkę przeżywali swój lęk przed tym, co przyniesie przyszłość i żal, że w żadnym z ważnych momentów życia nie będzie im już towarzyszyła Mama.

Tata, bezradny wobec codzienności, która dotychczas była domeną żony, przerzucił większość obowiązków na najstarszą córkę, z rzadka zauważając, że ją to przerasta. Młoda i Mały to była tylko fizyczność. Do nakarmienia, ubrania, zadbania o czyste uszy i kolana. Nie zastanawiało mnie, co myślą, czują. Nie znałam ich marzeń, planów. Bardzo długo żyłam w przekonaniu, że to umarła moja Mama. Że tylko ja nie wiem, jak poradzić sobie z dalszym życiem.

Jakiś czas temu napisałam o innej książceDorosłość nie przychodzi ot tak w dniu osiemnastych urodzin. Stajemy się dorośli wtedy, kiedy życie postawi przed nami dorosłe wyzwania, a my je podejmiemy i poniesiemy konsekwencje. Ola potrzebowała czasu i kilku dramatycznych wydarzeń, żeby zrozumieć i przyjąć do wiadomości, że życie musi toczyć się dalej, choć ich świat stanął na głowie. Jej świat to odtąd Tata, Kuka, Szymek i… ktoś jeszcze. Ktoś odtąd bardzo ważny…

Kiedy ich Mama wychodziła z domu ostatni (jak się okazało) raz, jedna z córek nie pożegnała się z nią. Była obrażona. Ot, normalna scysja mamy z dorastającą córką o domowe obowiązki, ostrzejsza wymiana zdań, jaka zdarza się niemal codziennie. Tym razem nie było już okazji, żeby się pogodzić. Spieszmy się kochać…

Seria ”Nasza biblioteka” wydawnictwa Ossolineum adresowana jest do dorastającej młodzieży. Składają się na nią książki poruszające trudne problemy związane z okresem dojrzewania.  Beatę Ostrowicką znałam dotąd jako autorkę  sympatycznych książeczek dla przedszkolaków, których problemy mają jednak nieco mniejszy ciężar gatunkowy„Świat do góry nogami” był dla mnie sporym zaskoczeniem, ale jeszcze większym była (również wydana w tej serii) „Zła dziewczyna”. O niej jednak innym razem…

Edit: obecnie obie te książki wznowiło Wydawnictwo Literatura w serii „Plus minus 16”.

Beata Ostrowicka „Świat do góry nogami”, wyd. Zakład Narodowy im. Ossolińskich – Wydawnictwo, Wrocław 2002

Beata Ostrowicka „Świat do góry nogami”, wyd.: Literatura, Łódź 2014

My dwie, my trzy, my cztery

My dwie, my trzy, my cztery

Oryginalny tytuł tej książki brzmi „Apple and Rain”. Apple naprawdę nazywa się Apollinia Apostolopoulou, ale jak sama mówi: nikt nie potrafi tego wymówić. Dlatego od razu mówię, że jestem Apple. Ma trzynaście lat, mieszka z babcią, jej tata ma nową żonę, a mama zniknęła z jej życia jedenaście lat temu. Apple cały czas ma nadzieję, że wróci. Natomiast Rain

Rain pojawia się dopiero mniej więcej w połowie książki, więc każde wyjaśnienie jej obecności będzie spoilerem. Powiem tylko, że jest mocno specyficzna, a reszty musicie dowiedzieć się z książki.

W okładkowych blurbach można przeczytać, że jest to książka o dorastaniu do miłości i odpowiedzialności oraz o sile miłości i przebaczaniu. Dla mnie jest ona przede wszystkim o dorosłych, którzy nie zasługują na własne dzieci, bo to właśnie dzieci znajdują w sobie odpowiedzialność i siłę do przebaczania mimo wszystko. Trochę podobnie było w „Kasieńce”, ale ten problem pojawiał się też w innych angielskich książkach, które czytałam. Na przykład u Jacqueline Wilson, która była kiedyś ulubioną pisarką córki Środkowej, a obecnie już nie jest chyba chętnie czytana. Problem rodziców, którzy nie potrafią stworzyć swoim dzieciom domu dającego im poczucie bezpieczeństwa i stabilizacji, nie jest oczywiście tylko problemem brytyjskim, choć w polskiej literaturze rzadko się pojawia, a jeżeli już – to raczej w książkach dla starszych nastolatków.

Kasieńka”, pierwsza książka tej autorki, była utworem z gatunku verse novel czyli zbiorem białych wierszy. Spodziewałam się, że ta będzie podobna, ale tym razem jest to klasyczna powieść – choć poezja pełni w niej ważną rolę. W ramach lekcji angielskiego klasa Apple zapoznaje się z poezją i próbuje tworzyć własne wiersza. To właśnie poezja pomaga dziewczynce zrozumieć i uporządkować swoje uczucia oraz nabrać wiary w siebie. Czytając o tych jej lekcjach, o tym jak pan Gaydon, nauczyciel rozmawia z nimi o wierszach – i tych autorstwa znanych poetów, które przynosi na lekcje, i tych, które uczniowie piszą sami, poczułam zazdrość. Można tak ? Bez sprawdzianów ze znajomości lektury i jedynie słusznej interpretacji tego, co autor chciał przez to powiedzieć ? Pozostawiając uczniom pole dla ich własnej wyobraźni ? Moja wyobraźnia nie sięga tak daleko 😉

(Tutaj powinny rozbrzmieć oklaski dla tłumaczki za to, jak przełożyła wiersze Apple, a szczególnie za ten, który powstał po lekturze „Dżabbersmoka” Lewisa Carolla. Chapeau bas !!! 🙂 )

„My dwie, my trzy, my cztery” to także książka o pierwszym zakochaniu (a nawet dwóch 😉 ), pierwszym pocałunku (a nawet dwóch 😉 ), przyjaźni i problemach, jakie mają wszyscy, którzy dorastają. Jak napisał o niej „The Guardian” to powieść inna niż większość książek dla młodzieży. Nie ma w niej seksu ani przemocy, wątek miłosny pojawia się dopiero pod koniec – a jednak wzrusza i trzyma w napięciu.

Sarah Crossan „My dwie, my trzy, my cztery”, przekł.: Małgorzata Glasenapp, wyd.: Dwie Siostry, Warszawa 2018

Ja też chcę mieć rodzeństwo

Ja też chcę mieć rodzeństwo

Wpis z 23 marca 2006 roku:

Kiedy urodziłam córkę Środkową, pierwszą moja myślą na widok trzyletniej Najstarszej było: Ona chyba urosła. Nie było mnie w domu tylko jeden dzień – kontrast z noworodkiem sprawił, że wydała mi się dużo większa niż rano. Od tego dnia zawsze już miała być większa i starsza, choć nadal przecież miała tylko trzy lata.

Przepoczwarzenie się jedynaka w starszego brata (lub siostrę) to jedno z najtrudniejszych zadań jakie czekają pierworodnego w dzieciństwie. Narodziny drugiego dziecka, na które rodzice czekają z radością – dla niego oznaczają rewolucję i wywrócenie do góry nogami całego świata. Nawet jeśli początkowo cieszy go perspektywa posiadania rodzeństwa, nie jest w stanie wyobrazić sobie i bezboleśnie zaakceptować wszystkich zmian. Przychodzi mu to tym trudniej, im dłużej był jedynakiem.

Staraliśmy się przygotować do tego Najstarszą jak najlepiej – często rozmawialiśmy z nią o Maluszku, który na razie jest w brzuszku mamusi, ale niedługo wyjdzie stamtąd i będzie spał w łóżeczku i jeździł wózkiem. Oglądałyśmy zdjęcia z czasu, kiedy to ona była w brzuszku i późniejsze, kiedy już się urodziła i była malutka. Po wielu tygodniach takich rozmów, na parę dni przed narodzinami Środkowej Najstarsza zaskoczyła mnie pytaniem: Mamusiu, czy kiedy będą święta i przyjdzie do nas Święty Mikołaj, to Maluszek jeszcze z nami będzie ? Nie umiała mi powiedzieć, co miało by się z nim stać – chyba po prostu zbyt wiele mówiliśmy o tym, że się urodzi, a zbyt mało o tym, że będzie już zawsze.

Peterowi, bohaterowi książki “Ja też chcę mieć rodzeństwo”, również rodzi się siostrzyczka – Lena. Peter wprawdzie chciał mieć rodzeństwo, ale Lena, która nie umie ani mówić, ani chodzić, potrafi tylko krzyczeć, nie jest tym, o czym marzył. W dodatku wydaje się, że rodzice kochają ją bardziej niż Petera. W tej sytuacji lepiej chyba byłoby ją sprzedać i kupić rower. Tylko czy ktoś ją kupi ?

Ta książka bardzo nam pomogła w tym pierwszym okresie. Słuchając o złości i żalu Petera, Najstarsza zaczęła rozumieć własną złość i żal, a mnie łatwiej było z nią o tym rozmawiać. Nie spotkałam drugiej książki, która w tak prosty i zrozumiały dla kilkulatka sposób opowiadałaby o tych problemach. Autorka doskonale rozumie małego Petera i nie oczekuje od czytelników surowego potępienia dla jego niegrzecznych zachowań – nawet wtedy, gdy tłucze on dzbanuszek czy uderza malutką siostrzyczkę. Opowiada o tym, jak o czymś najzupełniej zrozumiałym, co przychodzi i z czego się wyrasta.

Nie jest to książka tylko dla jedynaków spodziewających się rodzeństwa. Bardzo lubiły ją również moje młodsze córki w wieku 3-5 lat, mimo, że problem ich bezpośrednio nie dotyczył.

Astrid Lindgren “Ja też chcę mieć rodzeństwo”, ilustr. Ilon Wikland, przekł.: Anna Węgleńska, wyd.: “Nasza Księgarnia”, Warszawa 1992

P.S. My czytałyśmy książkę wydaną przez Naszą Księgarnię, a po latach wznowiło ją wydawnictwo „Zakamarki”. Wydało ono także drugą książkę Astrid Lindgren o Peterze i Lenie – „Ja też chcę chodzić do szkoły”. Można też kupić obie te historie w jednym tomie

Astrid Lindgren “Peter i Lena. Dwa opowiadania”, ilustr. Ilon Wikland, przekł.: Anna Węgleńska, wyd.: Zakamarki, Poznań 2017