Pięć choinek w tym jedna kradziona. Opowieść świąteczna

Pięć choinek w tym jedna kradziona. Opowieść świąteczna

Książka wpisana na pokonkursową Listę BIS Polskiej Sekcji IBBY

Gdzie Dobroć, Miłość, Litość mieszka, tam Bóg ma swe mieszkanie…

Ten wiersz Wiliama Blake’a w przekładzie Stanisława Barańczaka, który znam dzięki „Noelce” Małgorzaty Musierowicz, przypomniał mi się, kiedy czytałam „Pięć choinek w tym jedną kradzioną”. Nie ma w tej książce żadnych odwołań religijnych w sensie, nazwijmy to, kościelnym, ale są tam właśnie Dobroć i Miłość, i Litość w dużych ilościach. Blake napisał tam jeszcze, a Barańczak nam to spolszczył, że żadnej zbłąkanej ludzkiej duszy te cnoty nie zawiodły i bohaterowie Barbary Kosmowskiej są tego przykładem.

Mam jeszcze jedno intertekstualne skojarzenie – konstrukcja tej książki przypomina mi film „Love actually”, którego akcja także umieszczona jest w okresie przedświątecznym. Podobnie jak w tym filmie, tu także nie ma jednego głównego bohatera i dominującego wątku. Mamy grupę pozornie przypadkowo dobranych ludzi żyjących w kilku miejscach w Polsce oraz w Nowym Jorku, których ścieżki życiowe krzyżują się w różnym sytuacjach, a w dodatku okazują się oni w rozmaity sposób powiązani więzami pokrewieństwa, przyjaźni czy dawnej znajomości. W ich codziennym zabieganiu nie dzieją się rzeczy niezwykłe, ale rozwiązując codzienne, zwyczajne problemy odruchowo czynią Dobro, kierując się Miłością i Litością. Nawet tytułowa kradzież choinki, z jakiej perspektywy by na nią nie spojrzeć, okazuje się wszechstronnie dobrym uczynkiem 😉

Bardzo podobają mi się ilustracje Joanny Rusinek, które towarzyszą tekstowi. Są takie miło świąteczne, ale nie przesłodzone i absolutnie nie kiczowate. Sympatyczna wyklejka ze świątecznymi akcesoriami, czerwona wstążka jakby z rozpakowanego (albo dopiero pakowanego ?) prezentu, która wije się dołem kolejnych stron, małe obrazki na początku każdego rozdziału (a każdy inny !) i sześć (a z okładkową – siedem) dużych, całostronicowych ilustracji – to wszystko tworzy atmosferę tej książki.

Ze wszystkich bohaterów, którzy się na jej kartach pojawili, najbliższa jest mi chyba Magda, zagoniona przedświątecznie mama trójki dzieci. Zobaczyłam w niej siebie sprzed lat, kiedy moje córki były młodsze, a ja tak bardzo chciałam, żeby Święta w naszym domu były może nie perfekcyjne, ale fantastyczne, choć czasem mi na to sił nie starczało. Potem córki dorosły i włączyły się w te przygotowania, a teraz przed nami pierwsze Święta, na których wszystkie trzy będą gośćmi, bo już z nami nie mieszkają. I choć jakoś tam się w te przygotowania włączą, to trochę mi szkoda, że w tym roku już nie uda nam się razem posiekać składników sałatki miło przy tym plotkując, każda nad swoją deską…

P.S. Z radością stwierdzam, że jest to kolejna publikacja świąteczna, w której prezenty nie stanowią sedna Świąt 🙂

Barbara Kosmowska „Pięć choinek w tym jedna kradziona. Opowieść świąteczna”, ilustr.: Joanna Rusinek, wyd.: Literatura, Łódź 2021

Jak ratowaliśmy Wigilię

Jak ratowaliśmy Wigilię

Od ośmiu lat Wydawnictwo Zakamarki wydaje co roku kolejny książkowy kalendarz adwentowy. Nie wszystkie przypadły mi do gustu, większość odbiegała od moich oczekiwań związanych z takimi książkami. „Jak ratowaliśmy Wigilię” ukazało się w zeszłym roku, ale w pandemicznym zamieszaniu dotarło do mnie już za późno, żebym go przed świętami umieściła na półce Małego Pokoju z Książkami. A szkoda, bo akurat ten podoba mi się bardzo.

Dziś jest pierwszy grudnia!

Czekałem, czekałem i w końcu jest. Pierwszy dzień świątecznego miesiąca ! Nareszcie zaczynają się światełka, przyjemności, tajemnice, pieczenie, dekorowanie.

Mnóstwo ludzi lubi Boże Narodzenie, jednak nikt nie kocha tych świąt tak bardzo jak ja. Bo ja uwielbiam wszystko, co się z nimi wiąże !

W zerówce Tima od pierwszego grudnia codziennie będzie losowane dziecko, które zerwie z magicznego kalendarza kolejną kartkę. Chłopiec bardzo chciałby, żeby na niego wypadła kartka wigilijna, która ma być zerwana ostatniego dnia przed feriami. Pani powiedziała, że ten, komu przypadnie Wigilia, będzie musiał bardzo pilnować swojej kartki aż do momentu, kiedy Boże Narodzenie zostanie porządnie odświętowane. A co jeśli kartka się zgubi ? Pani powiedziała ze śmiechem, że wtedy nie będzie Wigilii.

Warto czasem zastanowić się nad żartami, które mówimy w obecności dzieci i do nich, bo nie zawsze rozumieją przenośnie czy humor absurdalny. Od tego (w przekonaniu ich wychowawczyni Ammi – niewinnego) żartu, który dzieci potraktowały absolutnie poważnie, bierze się wszystko, co wydarzy się potem. Tim postanawia zaopiekować się wigilijną kartką, a kiedy ją traci, zaczyna razem ze swoją przyjaciółką Esme zastanawiać się, co mogą zrobić, żeby uratować Święta…

Mam na ogół opory przed sięganiem po książki i filmy, które mają w tytule ratowanie świąt. Na ogół chodzi w nich o jakieś problemy z dostarczeniem prezentów na czas, tak jakby tylko o nie chodziło w tych świętach. A tutaj w ogóle nie ma mowy o prezentach, ani o tym, kto je przynosi ! Dla Tima najważniejsze w czasie Świąt jest to, że jest to jedyny moment w roku, kiedy jego rodzina jest razem, bo przyjeżdża wtedy jego starsza, mieszkająca na stałe w Australii siostra Ewa. Tymczasem zaraz po tym, jak zginęła wigilijna kartka z kalendarza, Ewa zadzwoniła, żeby powiedzieć, że nie przyjedzie, bo nie dostała urlopu.

Czy Timowi i Esme uda się mimo wszystko uratować Święta ???

„Jak ratowaliśmy Wigilię” zostało przetłumaczone przez Annę Czernow – zwróćcie uwagę na jej przeróbkę kolędy, dopasowaną do znanych polskim czytelnikom realiów ! Ta książka skojarzyła mi się z obejrzanym parę dni temu na Netflixie nowym polskim filmem „Dawid i elfy”, który bardzo mile mnie zaskoczył. Jest równie dowcipny co wzruszający, a w dodatku (mimo że akcja toczy się wokół Świętego Mikołaja i jego elfów) też nie chodzi tam o prezenty, a o miłość i spotkanie z najbliższymi. To dobry pomysł na adwentowy albo świąteczny rodzinny wspólny seans filmowy 🙂

Ellen Karlsson (tekst), Cecilia Heikkila (ilustr.) „Jak ratowaliśmy Wigilię”, przekł.: Anna Czernow, wyd.: Zakamarki, Poznań 2020

Święta na świecie

Święta na świecie

„Święta na świecie” to książka bardzo podobna do „Wszyscy świętują” zarówno w pomyśle, jak i w układzie. Różni je tylko jeden szczegół. We „Wszyscy świętują” mamy opis rozmaitych świąt z całego świata i z całego roku, ale z wyjątkiem Bożego Narodzenia, natomiast „Święta na świecie” opowiadają wyłącznie o zwyczajach bożonarodzeniowych. No, niezupełnie wyłącznie, bo na końcu są jeszcze strony poświęcone przypadającym w tym samym czasie świętom innych religii.

24 kraje z całego świata ułożone alfabetycznie – od Anglii po Włochy (i Polskę na końcu) przez Australię, Etiopię, Filipiny czy Islandię. Z każdego rozdziału dowiadujemy się, jak w tym kraju obchodzone jest Boże Narodzenie. Co się wtedy je i którego dnia ? Kto przynosi tam prezenty i jakim sposobem przybywa ? Czy ubiera się choinkę, czy może stawia w domu szopkę ? I wreszcie – jak w różnych językach mówi się Wesołych Świąt ?

„Święta na świecie” to nie jest lektura od jednorazowego przeczytania i odstawienia na półkę. To kompendium świątecznej wiedzy, do którego będzie się wracać co roku, jeśli tylko będzie pod ręką. Może też być kalendarzem adwentowym – taką przedświąteczną podróżą dookoła świata niekoniecznie w kolejności alfabetycznej, unaoczniającą, jak pięknie możemy się różnić świętując to samo.

Sofie Maria Brand „Święta na świecie”, ilustr.: Rasmus Juul, przekł.: Edyta Stępkowska, wyd.: Znak Emotikon, Kraków 2021

W grudniu po południu czyli trochę inny kalendarz adwentowy

W grudniu po południu czyli trochę inny kalendarz adwentowy

To nie będzie zwykła historia o świętach, ozdobach, jednorożcach, zakupach, królikach ani o zimie. A może jednak będzie ? Mama powiedziała, że wszystko da się połączyć. Tylko jak ?

„W grudniu po południu” to rzeczywiście książka nietypowa, bo proponująca trochę inne, niż powszechnie przyjęte, podejście do kalendarzy adwentowych. Przyzwyczailiśmy się, że takie adwentowe publikacje to historie z akcją w okolicy świąt i podzielone na odpowiednią ilość rozdziałów. Kalendarze innego rodzaju zawierają w sobie 24 czekoladki lub torebki herbaty, lub jakieś inne materialne drobiazgi. A tutaj mamy zupełnie inny pomysł – ta książka to kalendarz adwentowy z pomysłami na rozmaite przedświąteczne aktywności, kalendarz zawierający w sobie zadania do wykonania całą rodziną. I to właśnie podoba mi się w niej najbardziej !!!

Kiedy przeczytałam ją po raz pierwszy, pomyślałam: no tak, dwoje rodziców i jedno dziecko w przedszkolu – to jest jeszcze czas, kiedy można sobie na takie wspólne spędzanie grudniowych popołudni i wieczorów pozwolić 😉 Dla mnie do niedawna grudzień to był czas bardzo męczący, wypełniony jazdą samochodem w korkach, żeby odebrać dzieci z placówek, odstawić je na zajęcia pozalekcyjne, zrobić zakupy (i te bieżące, i przedświąteczne) i załatwić rozmaite inne sprawy, które jak na złość pojawiają się zawsze wtedy, kiedy marzy nam się trochę spokoju. Tak, pierwszym moim uczuciem po lekturze „W grudniu po południu” była zazdrość, ale zaraz potem przyszła myśl, że może być ona właśnie inspiracją do zmiany.

Ogromną wartością tej książki jest to, że pokazuje rodzinę, która spędza ten czas RAZEM. WSPÓLNIE szykują karmnik dla ptaków, WSPÓLNIE sprzątają dom, WSPÓLNIE bawią się w świąteczne kalambury, RAZEM idą do planetarium i na świąteczny jarmark. Pomyślałam sobie, że jej lektura może być impulsem do tego, żeby przygotować taki kalendarz dla swojej rodziny, dopasowany do ilości czasu, którym dysponujemy oraz do własnych zwyczajów i ulubionych zajęć. Wystarczy kawałek sznurka, klamerki i stosowna ilość woreczków (albo po prostu kopert). Mogą tam się znaleźć bilety na jakieś wspólne wyjście, ale można także razem obejrzeć jakiś film na jednej licznych platform, do których mamy dostęp. Może też to być propozycja wspólnej lektury na wieczór. Na te dni, w których rodzice będą w absolutnym niedoczasie, dobrym pomysłem zadania jest porozmawianie z babcią albo dziadkiem o rodzinnych świątecznych zwyczajach lub o jakichś szczególnych wspomnieniach świątecznych. Da to zrobić także przez zestaw głośnomówiący w czasie mozolnego przedzierania się przez korki 😉

Bardzo podoba mi się pomysł na tytuł tej książki. Jest on z prawdziwy i zgodny z tym, co znajduje się w środku, a równocześnie – na przekór temu, jak można by go zrozumieć. Bo przecież, jak wyjaśniają to na początku rodzice bohaterki: „W grudniu po południu” oznacza odkładnie czegoś w nieskończoność, na przykład na kolejny dzień i na kolejny, i na jeszcze następny, a tutaj chodzi właśnie o to, żeby żadnego zadania nie odkładać na później.

Podobają mi się także ilustracje Magdaleny Kwapińskiej – realistyczne, pełne ciepła, ale nieprzesłodzone. To nie są tylko obrazki towarzyszące tekstowi, bez nich ta książka nie miałaby atmosfery, one ją w znaczącym stopniu tworzą. Spod jej ręki wyszły także znajdujące się w środku karty do kalamburów do wycięcia. Dlatego nie rozumiem, dlaczego nazwiska ilustratorki nie ma nie tylko na okładce, ale także na stronie tytułowej ? Znajdziemy je dopiero w stopce redakcyjnej na końcu, ale nie każdy przecież tam zagląda. Szkoda, bo to jedyny zgrzyt, jaki odczułam podczas lektury tej bardzo sympatycznej książki.

Ewelina Włodarczyk „W grudniu po południu czyli trochę inny kalendarz adwentowy”, ilustr.: Magdalena Kwapińska, wyd.: Dwukropek, Warszawa 2021

O kolędach. Gawęda

O kolędach. Gawęda

Książka nominowana w Plebiscycie Blogerów LOKOMOTYWA – książka dla niedorosłych w kategorii – Od A do Z !!!

Oraz wpisana na pokonkursową Listę BIS Polskiej Sekcji IBBY

Nie doceniłam Emilii Kiereś – stwierdzam to z ogromnym zadowoleniem, a nawet z radością 😉

Zainteresowałam się tą książką ze względu na ilustracje Marianny Oklejak, ale poza tym spodziewałam się, że będzie to coś w rodzaju świątecznego śpiewnika jakich wiele już widziałam – czyli teksty kolęd, nuty oraz krótki tekst informujący o historii każdej z nich. Tymczasem „O kolędach. Gawęda” okazała się publikacją nie tylko piękną wizualnie (co mnie absolutnie nie zaskoczyło), ale także zaskakująco interesującą 😉

Gdybym Was zapytała, o czym zwykle śpiewamy pod choinką, odparlibyście na pewno, że o narodzinach Jezusa. To prawda – większość kolęd mówi właśnie o tym. Ale na ile różnych sposobów ! Czy zauważyliście kiedyś, że każda kolęda ma inny nastrój, a betlejemska stajenka bywa opisywana z bardzo różnych punktów widzenia ? Zwykle nie zwracamy na to uwagi, bo przecież kolęd się nie czyta – tylko się je śpiewa. A kiedy śpiewamy, nie zastanawiamy się nad każdym słowem.

Ta książka służy właśnie temu, żebyśmy się nad nimi zastanowili. Oprócz nut, chwytów gitarowych i tekstów kolęd, zawierających także zwrotki obecnie już zapomniane, znajdziemy w niej również wyjaśnienie słów, które w nich występują, a które mogą być dla współczesnych czytelników nie do końca zrozumiałe. Opowieść, którą Emilia Kiereś snuje wokół tych dwudziestu kolęd, nie jest wykładem, a właśnie gawędą dotykającą wielu związanych z nimi tematów. Znajdziemy więc tam nie tylko wyjaśnienie tego, o czym każda z kolęd opowiada, z odwołaniem zarówno do realiów Palestyny z czasów narodzin Jezusa, jak też tego, w jaki sposób odbiły się w niej czasy, w których powstała. Znajdziemy również historię kolędowania oraz obchodzenia świąt Bożego Narodzenia w Polsce przez wieki, z nawiązaniami do tego, co w tej tradycji pozostało jeszcze z czasów przedchrześcijańskich. Wszystkie te wątki przeplatają się ze sobą, łączą z tekstami pieśni i z ilustracjami Marianny Oklejak jak w najstaranniej utkanej materii. „O kolędach. Gawęda” nie jest książką do przeczytania na jeden raz. Podobnie jak kolędy, które przecież towarzyszą nam nie tylko wigilijny wieczór, ale śpiewa się je w kościołach do 2 lutego, ona także może być lekturą na niejeden świąteczny i poświąteczny wieczór.

Jest to także (druga już w tym roku!) książka osadzająca te święta w ich pierwotnym, religijnym kontekście, który coraz bardziej zagłuszany jest przez donośne pohukiwanie Uzurpatora, nazywającego siebie Świętym Mikołajem. Tymczasem żaden prezent wyjęty spod choinki nie może się równać z magią tej jednej w roku chwili, kiedy wszyscy stoimy wokół stołu, na którym leży opłatek, a jedna z córek czyta W owym czasie wyszło rozporządzenie Cezara Augusta, żeby przeprowadzić spis ludności w całym państwie. Pierwszy ten spis odbył się wówczas, gdy wielkorządcą Syrii był Kwiryniusz… (oraz z tym momentem o północy, kiedy w ciemnym kościele nagle zapalają się światła, rozlegają organy i śpiewamy Bóg się rodzi, moc truchleje !).

I takich wzruszeń życzę wszystkim także w tym trudnym i dość smutnym roku !

Emilia Kiereś „O kolędach. Gawęda”, ilustr.: Marianna Oklejak, wyd.: Kropka, Warszawa 2020

Cud Bożego Narodzenia

Cud Bożego Narodzenia

„Cud Bożego Narodzenia” to kolejna tegoroczna nowość w kategorii książek świątecznych, ale jest ona wśród nich nietypowa. Należy do tych najrzadszych, które nazywam bożonarodzeniowymi i które wpisują te święta w ich kontekst religijny. To paradoks, ale wśród dominujących na rynku książek świętomikołajowych (takich jak „Prezent gwiazdkowy dla Kornelusza Klopsa” czy „Milion miliardów świętych mikołajów”) i choinkowych (jak „Bombka z gwiazdką”) trudno jest znaleźć takie, które wyjaśniałyby dzieciom, skąd się w ogóle te święta wzięły i dlaczego je obchodzimy. Może dlatego, że coraz więcej osób stara się o tym nie pamiętać ? Jeśli już się jednak znajdą, to na ogół są… mówiąc najoględniej – takie sobie (perełki w rodzaju „Wigilijnej opowieści” zdarzają się bardzo rzadko), więc „Cud Bożego Narodzenia” jest tutaj wyjątkowy podwójnie 🙂

Tę książkę autorka wydała samodzielnie, rozpisując wcześniej zrzutkę w internecie, a przy tej okazji wyjaśniając, jak do tego doszło:

Trzy lata temu, obserwując dziecięcy zachwyt nad szopkami bożonarodzeniowymi, napisałam książkę. Początkowo było to opowiadanie przeznaczone dla mojej rodziny i znajomych. W ubiegłym roku udostępniłam tekst bezpłatnie w Internecie. Odnotowaliśmy blisko 900 pobrań. Otrzymałam wiele bardzo pozytywnych wiadomości z życzeniami wydania książki w tradycyjny sposób. Dzisiaj, z pewną obawą, ale i radością, uruchamiam przedsprzedaż!

Być może przeoczyłabym tę książkę (a szkoda by było !), ale do sięgnięcia po nią zachęciła mnie okładkowa rekomendacja Wojciecha Widłaka. Warto było zaufać takiemu autorytetowi 🙂

Pod granatowym niebem powoli pustoszały ulice. Okna domów, bloków i kamienic rozpalały się ciepłym światłem. Migotały w nich kolorowe lampki, gdzieniegdzie płonęły świece. Przypominały małe latarnie, przywołujące ostatnich zbłąkanych przechodniów. I rzeczywiście, raz po raz ktoś znikał w bramie, by po chwili pojawić się w ciepłym, jasnym mieszkaniu. Miasto trwało w uroczystym oczekiwaniu.

Jak można się tego było spodziewać po tytule, akcja „Cudu Bożego Narodzenia” rozpoczyna się wieczorem 24 grudnia, a kończy następnego dnia. Anielka i jej Babcia nakrywają stół do wieczerzy wigilijnej i czekają na przybycie rodziców dziewczynki, którzy na co dzień pracują za granicą. Niestety, okazuje się, że nie dotrą oni na czas. Rozżalona dziewczynka wybiega z domu. Najpierw błąka się po opustoszałym (bo wszyscy siedzą już przy stołach i choinkach) mieście, a następnie chowa się przed wiatrem i śnieżycą w pustym kościele. I tam właśnie przydarza jej się coś niezwykłego…

Czy to był sen czy tytułowy cud ? Czy Anielka naprawdę przeniosła się w czasie do Betlejem w noc Narodzenia Pańskiego czy tylko przyśniło jej się to, kiedy zmęczona, zmarznięta i rozżalona zasnęła koło ruchomej szopki ?

„Cud Bożego Narodzenia” to książka, która przypomina nam o tym, dlaczego w ogóle obchodzimy te Święta. Pokazuje ich sens widziany z perspektywy rzadko obecnej w tego rodzaju książkach – perspektywy osób, dla których kościół, to nie tylko zabytek i atrakcja turystyczna w zwiedzanym mieście, osób, dla których modlitwa jest potrzebą serca, a Pasterka najważniejszym przeżyciem tych świąt.

Dobrze, że ta książka, tak pięknie i niecukierkowo zilustrowana przez Sarę Tchorek, powstała. Dobrze, że możemy sięgnąć po nią w tym tak trudnym i nietypowym roku, w którym nadzieja jest na wagę złota.

Julianna Wołek „Cud Bożego Narodzenia”, ilustr.: Sara Tchorek, wyd.: Wołek i osiołek 2020

Prezent gwiazdkowy dla Korneliusza Klopsa

Prezent gwiazdkowy dla Korneliusza Klopsa

Koronawirus koronawirusem, ale kalendarz nie próżnuje i oto znowu przyszedł ten czas, kiedy na rynku pojawiają się nowe książki świąteczne. Dziś pierwsza z tegorocznych nowości – w mojej autorskiej systematyzacji tej kategorii zalicza się ona do rodzaju: świętomikołajowe czyli takie, w których sens Świąt sprowadza się głównie do prezentów.

Zbliżało się Boże Narodzenie. Święty Mikołaj i renifery właśnie wrócili do domu. Byli okropnie zmęczeni, bo objechali cały świat, rozwożąc prezenty dla dzieci.

Zaczyna się ona tak, jak większość książek tego rodzaju – Święty Mikołaj w wersji: pękaty przerośnięty krasnal w przyciasnym wdzianku, sanie, renifery… Dlatego podeszłam do tej publikacji z pewną ostrożnością, a ona mnie miło zaskoczyła. To nie jest typowa historia o tym, że (o rety rety !!!) Świąt nie będzie, bo coś się z prezentami lub ich dostawą wydarzyło, jest w niej coś więcej…

W nogach łóżka leżał jego worek. A w worku najwyraźniej została jedna paczka. Okazało się, że to prezent dla Korneliusza Klopsa.

Święty Mikołaj dobrze znał Korneliusza Klopsa. Wiedział, że jego rodzice nie mają pieniędzy, żeby kupić mu coś na Gwiazdkę. Wiedział, że zawsze dostaje tylko jeden prezent – ten od Świętego Mikołaja.

Zwróćcie, proszę, uwagę na ostatnie zdanie. Ta książka, podobnie jak zeszłoroczne „Milion miliardów świętych mikołajów” tego samego wydawnictwa, daje dorosłym szansę na wybrnięcie ze świętomikołajowej ściemy z twarzą i bez brutalnego rozwiewania dziecięcych złudzeń co do tego, skąd się biorą ich prezenty 😉

I wiedział, że Korneliusz Klops mieszka w małym domku, który stoi na szczycie Marmoladowej Góry, a Marmoladowa Góra jest bardzo daleko stąd.

Święty Mikołaj był naprawdę zmęczony. Renifery spały, a jeden z nich źle się czuł. Ale przecież Korneliusz Klops musi dostać swój prezent !

Tak rozpoczyna się samotna, ciut szalona wyprawa Mikołaja na Marmoladową Górę, która trochę skojarzyła mi się z tegoroczną reklamą Coca-Coli. Najpierw leciał samolotem spotkanego przypadkiem pilota, ale zrobiła się zamieć i samolot nie mógł dalej lecieć. Potem przesiadł się do dżipa, który niestety wpadł w poślizg i ten etap podróży zakończył się na drzewie. Następnie podwiózł do motocyklista i narciarka, a na ostatnim podejściu na Marmoladową Górę pomógł mu wspinacz. Wydawać by się mogło, że ta podróż trwała bardzo długo, a jednak Mikołajowi udało się zdążyć z prezentem zanim Korneliusz się obudził…

W domku na szczycie Marmoladowej Góry, bardzo daleko stąd, mały chłopiec, który nazywał się Korneliusz Klops, zajrzał do skarpety wiszącej w nogach łóżka i wyjął swój prezent.

Ciekawe, co dostał.

Kiedy już do dotarłam do ostatniej kropki w tej opowieści, zdziwiłam się trochę, że nie jest ona znakiem zapytania. Zrozumiałam jednak, że nie jest on potrzebny, bo nie o to, co było w tej paczce, tak naprawdę w niej chodzi.

Sensem tej historii jest staranie i wysiłek wielu ludzi, którzy podjęli go po to, żeby zrobić przyjemność innej osobie. I właśnie w tym staraniu, w tej trosce o czyjąś radość mieści się sens prezentów, które sobie przy okazji Świąt robimy. Ich ilość, wielkość i wartość materialna nie mają tutaj zupełnie znaczenia.

John Burnigham „Prezent gwiazdkowy dla Korneliusza Klopsa”, przekł.: Dominika Cieśla – Szymańska, wyd.: Dwie Siostry, Warszawa 2020

P.S. A dla tych, co nie widzieli, wspomniana tegoroczna reklama Coca-Coli 🙂

Bombka z gwiazdką

Bombka z gwiazdką

Pierwszy raz sięgnęłam po tę książkę dwa lata temu, ale to nie był na nią odpowiedni moment. Walczyliśmy wtedy z remontem domu, w którym równocześnie mieszkaliśmy (jest to rozwiązanie, którego nikomu nie rekomenduję 😉 ) i w dodatku oczywiście trwał on dłużej, niż było to pierwotnie planowane. W tym szaleństwie z trudem ogarniałam przygotowania do Świąt, a na pewno nie miałam głowy do świątecznych książek. Już po Nowym Roku opisałam „Bajkę o rozczarowanym rumaku Romualdzie” – drugą książkę tej samej spółki autorskiej, natomiast „Bombka z gwiazdką” czekała na swój czas aż do dziś, bo miałam pewien problem z jej odbiorem.

Pierwsze wrażenie jakie ma się w kontakcie z nią to „WOW !!!” (wiem – amerykanizm czy też anglicyzm, ale żadne polskie „O rany !” nie ma tego efektu 😉 ). Jest po prostu piękna !!! Granatowe jak zimowa noc karty i cudowne dekoracje, które wyszły spod ręki Jagi Słowińskiej, zachwycają i samo jej przeglądanie jest fantastyczną przyjemnością, natomiast treść…

Po pierwszej lekturze nie bardzo wiedziałam, co o tym myśleć – czegoś mi tam brakowało, ale nie bardzo wiedziałam, czego. Teraz przeczytałam ją ponownie, już spokojniej i zrozumiałam, że to są święta, jakie zapewne obchodzi się w wielu domach w Polsce czyli Boże Narodzenie ze wszystkim świątecznymi zwyczajami, ale bez religijnego kontekstu. Pierwsza gwiazdka musi pojawić się na niebie, żeby dzieci mogły dostać prezenty przynoszone przez Mikołaja. Jest tam też Mikołajowa, która dba o dietę Mikołaja, bo jak on zanadto utyje, to się w kominie nie zmieści. W wannie pływa karp (choć to akurat już chyba się coraz rzadziej zdarza), na stole stają tradycyjne, jedzone tylko raz do roku potrawy, pod obrusem leży sianko, przy stole zostaje puste krzesło, ale po co to wszystko ? Dlaczego ?

Spotkałam się gdzieś ze zdaniem, że ta książka to Święta widziane oczami dziecka. Takie, w których dorośli w ferworze przygotowań nie bardzo mają czas i ochotę na wyjaśnienia. Trochę zwariowane – z potworem, który bardzo chce być choinką i psem, którym można porozmawiać… po angielsku. Znów przypomniał mi się stary czechosłowacki świąteczny film o Panu Tau, w którym zwierzęta z szopki ożyły i biegały po mieszkaniu, a karp w wannie protestował na próby wyłowienia go, twierdząc, że ma łaskotki 😉

„Bombka z gwiazdką” to lektura, w której chodzi przede wszystkim o świąteczną ATMOSFERĘ i znakomicie się w nią wpisuje. A kontekst ? No cóż – trzeba go poszukać w innych książkach 🙂

Malina Prześluga (tekst) & Jaga Słowińska (ilustr.) „Bombka z gwiazdką”, wyd.: Tashka, Warszawa 2016

Śnieżna siostra

Śnieżna siostra

Książka nominowana w Plebiscycie Blogerów LOKOMOTYWA 2019 w kategorii OBRAZ

Ta książka nazywana jest kalendarzem adwentowym, ale mam z nią podobny problem jak ten, o którym pisałam, kiedy przypominałam tu „Prezent dla Cebulki”. Na moim profilu na FB wywołało to małą dyskusję o tym, jaką książkę można takim kalendarzem nazwać ? Napisałam wtedy: czym innym jest „historia, którą można przeczytać w Adwencie”, a czym innym książka, która ma być kalendarzem adwentowym. Od tej drugiej oczekuję jednak jakiegoś związku z religijnym wymiarem Bożego Narodzenia (a w każdym razie – nie pomijania go) oraz takiej konstrukcji akcji, która wprowadzi czytelnika w nastój świąteczny płynnie, stopniując go z dnia na dzień. Być może chcę zbyt wiele, bo na razie nie spotkałam książki, która by te moje oczekiwania spełniła. Uprzedzając – nie spełniła ich także „Tajemnica Bożego Narodzenia” Gaardera, choć wydaje mi się, że była najbliżej.

Doświadczenie ostatnich lat uczy, że nie powinnam się tego spodziewać po książce skandynawskiej, więc nie miałam takich oczekiwań wobec „Śnieżnej siostry”. I słusznie, bo dzięki temu się nie rozczarowałam, za to odkryłam przepiękną historię, którą na pewno warto przeczytać – nie tylko w Adwencie. I naprawdę to, że jest ona podzielona na 24 rozdziały nie robi jeszcze z niej kalendarza adwentowego. Jest tak interesująca i wciągająca, że trudno mi sobie wyobrazić rozkładanie czytania na tyle wieczorów, bo kolejne części kończą się tak, że nie można jej tak po prostu odłożyć. Ja pochłonęłam ją na jeden raz, od pewnego momentu czytałam przez łzy, ale nie potrafiłam się od niej oderwać.

Jestem pewny, że dokładnie wiecie, jak powinny wyglądać święta. Z kim chcecie je spędzić, czym powinny pachnieć i co powinno wisieć na choince. I pewnie chcecie, żeby tak było co roku. Ja też tego chciałem…

W tym roku święta w domu Juliana, narratora tej historii, rzeczywiście stanęły pod znakiem zapytania. Kilka miesięcy wcześniej umarła jego siostra Juni i rodzice pogrążyli się w żałobie, kompletnie nie zwracając uwagi ani na niego, ani na jego młodszą siostrę Augustę. Miałem wrażenie, że przy stole siedzą kopie moich rodziców, które nie do końca wiedzą, jak się kiedyś zachowywali. (…) Nie byli sobą, tylko siebie przypominali. (…) Ale najbardziej brakowało mi Juni, mojej starszej siostry, Wszystkim nam jej brakowało, wiedziałem o tym. Chętnie wybrałbym się z rodziną na cmentarz, żeby ją odwiedzić, ale mama i tata nigdy tego nie chcieli. Nie wiedziałem dlaczego. Raz poszedłem tam sam. Grób był ciemny i pusty, bez żadnych ozdób czy zniczy. Juni leżała tam na dole. Podobno. Nie mogłem tego pojąć…

„Śnieżna siostra” to przepiękna, magiczna i wzruszająca opowieść o stracie, żałobie i pamięci, znakomicie wpisująca się w ten przedświąteczny czas. Czytając ją, cały czas miałam gdzieś w tyle głowy „Kolędę dla nieobecnych”: A nadzieja znów wstąpi w nas, nieobecnych pojawią się cienie…

W jej nastrój i smutny, i świąteczny wpisują się też znakomicie miejscami mroczne, ale także urokliwe, a przy tym zdecydowanie nieprzesłodzone ilustracje Lisy Aisato.

To książka wymykająca się kategoriom, także wiekowym 😉 Myślę, że nie ma górnej granicy wieku czytelników. Dolną tez trudno mi określić – to zależy od osobistych możliwości udźwignięcia tej historii i smutku, który niesie. Nie bójmy się go! Łzy wypłakane nad książką oczyszczają, pomagają uporać się z tym, co siedzi gdzieś głęboko i co czasem trudno nawet przed sobą nazwać…

Maja Lunde „Śnieżna siostra. Opowieść świąteczna” ilustr.: Lisa Aisato, przekł.: Milena Skoczko, wyd.: Wydawnictwo Literackie, Kraków 2019

Milion miliardów świętych mikołajów

Milion miliardów świętych mikołajów

O tym, jak bardzo świat się zglobalizował, najdobitniej świadczy to, co stało się z naszymi prezentami pod choinkę – a konkretnie z tym, kto je przynosi 😉 Kiedy ja byłam dzieckiem, święty Mikołaj odpowiadał jedynie za drobiazgi, które 6 grudnia znajdowałam w (specjalnie na tę okazję porządnie wyczyszczonych) butach. Pojawiał się on też (zamiennie z Gwiazdorem) na rozmaitych choinkowych imprezach – w przedszkolu, szkole czy zakładzie pracy rodziców. O tym, że moje prezenty pod choinką w Wigilię kładli tam rodzice, wiedziałam chyba od samego początku. Innym dzieciom przynosił je wtedy, w zależności od tego gdzie mieszkały (lub skąd pochodziła ich rodzina), Gwiazdor, Aniołek, Dzieciątko, Gwiazdka albo krasnoludki. W innych krajach (np. w Hiszpanii) prezenty były dopiero po świętach, bo przynosili je (zgodnie z ewangeliczną tradycją) Trzej Królowie.

Świętego Mikołaja w wersji: rubaszny, brzuchaty, przerośnięty krasnal z czerwonym nosem, w opiętym wdzianku i czapce z pomponem, podróżujący latającymi saniami zaprzężonymi w renifery, poznałam… nawet nie wiem kiedy. Pierwszy raz chyba musiałam go zobaczyć na plastikowej torbie – reklamówce, które wtedy można było kupić od osób handlujących nimi na ulicy. Przypominam sobie, jak dbałam o tę moją torbę, w której nosiłam do szkoły cymbałki, a kiedy urwały jej się uszy, obcięłam je i przez długi czas była workiem do pakowania różnych drobiazgów na wyjazdy 😉

Dzieciństwo moich córek przypadło już na czasy wszechobecności tego gościa, którego w przypływie złości nazwałam kiedyś Uzurpatorem i niestety, nie ma już przed nim (oraz jego reniferami z Rudolfem na czele) ucieczki. Myślące dzieci, karmione historyjką o facecie, który latając tym swoim zaprzęgiem, jest w stanie w jeden wieczór podrzucić prezenty pod wszystkie choinki świata, muszą zadać sobie pytanie: jak to jest możliwe ? Moje córki też o to pytały i miałam spory problem z takim sformułowaniem odpowiedzi, żeby z jednej strony nie odbierać im zbyt szybko atmosfery magii, a z drugiej – znaleźć tam jakieś miejsce na prawdziwego świętego Mikołaja. Łatwo nie było i przyznam, że ulżyło mi kiedy Najmłodsza z córek też już przestała w tę świętomikołajową ściemę wierzyć 😉

„Milion miliardów świętych mikołajów” to książka, która w całości (zarówno jej tekst, jak i ilustracje, jak i wreszcie tytuł, który brzmi, jakby ktoś nieduży i nieumiejący jeszcze dobrze liczyć chciał powiedzieć: bardzo, bardzo dużo) – robi wrażenie, jakby wyszła spod ręki dziecka, które usiłuje odnaleźć w tym wszystkim jakiś sens i stara się wyjaśnić (sobie, a może jeszcze komuś ?) skąd się te wszystkie prezenty biorą ? Całkiem nieźle mu to wychodzi, podoba mi się ta wersja. Szkoda, że nie było tej książki wtedy, kiedy pytały mnie o to moje córki, ale, jak widać, potrzebna do tego była autorska koprodukcja japońsko – fińska 😉

Choć oczywiście nie byłabym sobą, gdybym tego wpisu nie zakończyła apelem o to, żebyśmy jednak nie zapominali, czyje urodziny obchodzimy w Boże Narodzenie !!!

P.S. Jeśli kogoś dziwią małe litery w tytule – wyjaśniam za Wikipedią, w której jest bardzo ciekawe hasło poświęcone Świętemu Mikołajowi w kulturze masowej, co następuje: 5 maja 2004 Rada Języka Polskiego zaleciła, że pomimo iż nazwę imienia (Mikołaj) lub świętego (św. Mikołaj) piszemy wielką literą, to w znaczeniu postaci przynoszącej prezenty z okazji Bożego Narodzenia należy ją pisać małą literą: święty mikołaj (np. Tata przebrał się za świętego mikołaja).

Hiroki Motai (tekst), Marika Maijala (ilustr.) „Milion miliardów świętych mikołajów”, przekł.: Karolina Iwaszkiewicz, wyd.: Dwie Siostry, Warszawa 2019