Jestem miasto. Warszawa

Jestem miasto. Warszawa

Wpis z 1 grudnia 2012 roku:

Mam, tak samo jak Ty

Miasto moje, a w nim:

Najpiękniejszy mój świat,

Najpiękniejsze dni…

Lubię miejsca z tradycją, lubię wiedzieć, co było kiedyś w miejscu, które znam teraz. Co prawda tu, gdzie stoi teraz nasz dom, jeszcze pięćdziesiąt lat temu szumiał las, ale w całkiem bliskim pobliżu mamy miejsca z bardzo ciekawą tradycją.

Jestem warszawianką nietypową. Urodziłam się gdzie indziej (choć to akurat teraz jest wśród mieszkańców stolicy dość częste 😉 ), ale przez cztery co najmniej pokolenia wstecz moi antenaci związani byli z Warszawą. Prezentowali przy tym sporą ruchliwość i dlatego zarówno moja Mama, jak i ja urodziłyśmy się i pierwszą dekadę życia spędziłyśmy w Bydgoszczy. Każda z nas w swoim czasie oczywiście.

Po przeprowadzce do Warszawy trudno było mi wrosnąć w to miasto. Szczególnie, że zamieszkaliśmy na niezbyt sympatycznym blokowisku na jego peryferiach, a w centrum bywałam niezbyt często. Przełomem było rozpoczęcie nauki w liceum, już w Śródmieściu – zaczęłam wtedy sama poruszać się po całej Warszawie, oswajać ją i wydeptywać w niej swoje własne ścieżki.

Moje córki już są definitywnie tutejsze, choć z racji mieszkania na peryferiach też nie do końca identyfikowały się z Warszawą jako całością. Już dla dwóch z nich przełomem było także pójście do liceum w Śródmieściu. Teraz mają w Warszawie własne szlaki i miejsca mnie nie znane. Jednym z takich miejsc dla Najstarszej z nich jest Czuły Barbarzyńca – księgarnia, kawiarnia, a czasem także wydawnictwo (edit: wtedy jeszcze na Powiślu). To właśnie Czuły Barbarzyńca wydał niedawno autorską, obrazową książkę Marianny Oklejak, a Najstarsza nabyła ją tam dla mnie.

Książka, którą trzymasz w ręku opowiada o Warszawie. Na jej kartach ukryte są tajemnice, które poznasz, patrząc uważnie. Rozejrzyj się wśród zakamarków, tajnych ścieżek. Podążaj szlakami ulic, budynków i placów, a twoje spostrzegawcze oko wnet odnajdzie fascynujące historie, niezwykłych bohaterów , zapomniane czasy Warszawy. Odkryj tysiące tysięcy jej dni. Odgadnij jej przyszłość !

Sześć tablic, a na nich kłębi się życie. Od drewnianego grodu otoczonego lasem na pierwszej z nich (Praczasy czyli bardzo dawno temu) po metropolię początków XXI wieku (Wawa dzisiaj). I na każdej nieodmiennie Syrenka – towarzyszy miastu i dzieli jego los, zmieniając się razem z nim.

Czy to jest książka dla dzieci, jak sugeruje jej rozmiar, sztywne strony i obrazkowość ? Nie – to książka dla każdego, kto chce zagłębić się w historie, które opowiada. A opowiada bez słów – poza tytułami stron oraz nazwami ulic, budynków czy nazwiskami osób na nich występujących.

Ale dobrze byłoby, gdyby dzieciom w tej wędrówce przez dzieje miasta towarzyszył ktoś, kto potrafi im wyjaśnić, co dzieje się na poszczególnych obrazkach i pomoże skojarzyć to, co widzą w książce, z rzeczywistymi miejscami w dzisiejszej Warszawie.

I jeszcze dobrze byłoby, żeby ten ktoś nie był purystą kartograficznym 😉 Bo jeśli by był, to mogłaby mu trochę przeszkadzać swoboda, z jaką autorka wpasowuje rozwijające się miasto w format strony, oraz to że w zależności od potrzeb Wilanów raz zbliża się i mieści na niej, a innym razem wyjeżdża poza stronę 😉 Ale przecież nie ścisłe trzymanie się odległości jest tu najważniejsze ! Sednem tej książki jest genius loci, a ten został oddany po mistrzowsku.

Marianna Oklejak „Jestem miasto. Warszawa”, wyd.: Czuły Barbarzyńca, Warszawa 2012

Marianna Oklejak „Jestem miasto. Warszawa”, wyd.: Wilga, Warszawa 2014

Moje miasto Warszawa

Moje miasto Warszawa

1 sierpnia czuję się warszawianką w szczególny sposób. Przede wszystkim z powodu tej niezwykłej chwili, kiedy miasto staje na minutę…

Nie wiem, gdzie będę dziś w chwili, gdy zawyją syreny, ale wiem, jak spędzę wieczór – jak co roku na Placu Piłsudskiego, śpiewając (nie)zakazane piosenki. Tego dnia warszawiakami są wszyscy, którzy pamiętają, bo to Powstanie (jak powiedział niedawno dyrektor Jan Ołdakowski) było warszawskie tylko z nazwy. To była walka nie tylko o to miasto…Walczyli o wolność, o honor, o kraj…

Przypominam dziś wpis z 23 listopada 2018 roku – książka stała się wtedy pretekstem do refleksji na temat pomnika Małego Powstańca i mitów, którymi obrósł:

Zdjęcie książki pożyczyłam ze strony „Mosty z książek”, dzięki której dowiedziałam się o jej istnieniu. Dziękuję i za jedno, i za drugie 🙂

Pierwszy raz zdarza mi się, że piszę o książce, której nie miałam w ręku. Nie znaczy to jednak, że jej nie czytałam – jest dostępna tutaj, można ją dokładnie obejrzeć, przeczytać a nawet posłuchać, jak czyta te wiersze Krzysztof Tyniec. „Moje miasto Warszawa” to publikacja wydana przez Miasto Stołeczne Warszawę – nie można jej kupić, ale od zeszłego roku dostają ją wszystkie stołeczne przedszkolaki rozpoczynające ten etap edukacji.

Ta książka to spacer po Warszawie, przez którą prowadzą czytelnika wiersze Pawła Beręsewicza. Odwiedzamy w niej wszystko, co jest atrakcyjne dla małych spacerowiczów – od Pałacu Kultury przez Trakt Królewski po Centrum nauki Kopernik, a kończymy tę wycieczkę… oczywiście w domu 🙂 Bardzo podoba mi się ten pomysł. Przedszkolaki to dzieci, które większość czasu spędzają na swoim osiedlu czy w dzielnicy, między przedszkolem a domem, a zapracowani rodzice niewiele mają czasu na to, żeby z nimi zwiedzać miasto, w którym mieszkają.

Ze wszystkich zawartych w niej wierszy największe wrażenie zrobił na mnie ten poświęcony Pomnikowi Małego Powstańca. Pozwolę go sobie zacytować w całości, bo jest powodem, dla którego w ogóle piszę o tej książce:

Czemu tak, dziadku, na nim ubrania wisiały ?

Bo mały.

A czemu hełm na głowie i twarz niespokojna ?

Bo wojna.

I tak mu mama na wojnę iść dała ?

Nie chciała.

A co myślała, jak już poszedł bez zgody ?

Za młody.

Ale wrócił do mamy, na ciastka i dżemy ?

Nie wiemy.

Ech, szkoda, że mnie taka omija przygoda !

Nie szkoda.

Pomnik Małego Powstańca jest bodaj najbardziej kontrowersyjnym warszawskim pomnikiem. Kontrowersyjnym dlatego, że najczęściej bywa on rozumiany kompletnie opacznie – jako gloryfikacja walczących dzieci czy wręcz pochwała wysyłania ich na pierwszą linię. Tymczasem zamysł autora tej rzeźby Jerzego Jarnuszkiewicza był zupełnie inny. Przede wszystkim – ta rzeźba nie powstała z myślą o pomniku. Jarnuszkiewicz wyrzeźbił niewielką figurkę chłopca z karabinem, w za dużych butach i opadającym na oczy hełmie tuż po wojnie, jak sam mówił jako hołd oddany dzieciom poległym w walce. Nazwał ją wtedy „Dziecko – bohater” i przez ponad 30 lat funkcjonowała w obiegu nieoficjalnym, w którym przez większość tego czasu pozostawała także pamięć o Powstaniu Warszawskim.

Dopiero w latach osiemdziesiątych władze PRL zaczęły odwoływać się do niej w swojej narracji historycznej. W 1982 roku, w budynkach fabryki Norblina odbyła się wystawa, którą pamiętam bardzo dobrze. Byłam wtedy w klasie maturalnej, przygotowywałam się do egzaminów na historię, a tam miałam do czynienia, można powiedzieć, z żywą historią. Powstańcy, których dziś pozostało już niewielu i z każdym dniem ich ubywa, byli wtedy krzepkimi sześćdziesięciolatkami i chętnie rozmawiali z nami, a nasze zainteresowanie sprawiało im ogromną przyjemność.

Wtedy także rozpisano konkurs na pomnik Powstania (a nawet trzy kolejne konkursy), na czele komitetu jego budowy stanął legendarny pułkownik „Radosław” i po wielu problemach został od w końcu odsłonięty 1 sierpnia 1989 roku (czyli w 45 rocznicę wybuchu Powstania). Gdzieś obok całego związanego z nim zamieszania, nagle w 1983 roku na murach Starego Miasta pojawił się Pomnik Małego Powstańca. Podobno inicjatywa wyszła od warszawskich harcerzy, ale byłam wtedy harcerką Chorągwi Stołecznej i nie przypominam sobie niczego, co byłoby z takim pomysłem związane. Dlaczego zdecydowano się właśnie na powiększoną wersję rzeźby Jerzego Jarnuszkiewicza ? Kto podjął tę decyzję ? Nie wiem, nie udało mi się nigdzie znaleźć takiej informacji.

Pomnik stoi na Starym Mieście już 35 lat, wrósł w krajobraz Warszawy i coraz trudniej dyskutować z mitami, które wokół niego narosły. To co miało być obrazem dzieciństwa skażonego wojną, coraz częściej traktowane jest jako pochwała wysyłania dzieci do walki. Zdarza mi się też słyszeć, że jest on dowodem na to, że dowódcy Powstania wysyłali do walki dzieci, bo przecież ten pomnik nie wziął się znikąd, więc zapewne tak było. Trzeba powiedzieć wyraźnie – dzieci takie jak przedstawione na tym pomniku nie brały udziału w walkach i nikt im do ręki nie dawał takich pistoletów maszynowych (ani żadnych innych). Broni w Powstaniu brakowało dramatycznie, nie wystarczało jej dla dorosłych powstańców, więc tym bardziej nie miały jej dzieci. Owszem, najmłodsi jeńcy, którzy trafili do obozów jenieckich mieli 11 lat (było ich dwóch i sześciu dwunastolatków), ale nie znaczy to, że brali udział w walkach. Byli to harcerze – listonosze z Poczty Powstańczej, która powstała m.in. po to, żeby tych rwących się wszędzie tam, gdzie coś się działo, chłopców utrzymać jak najdalej od pola walki. Najmłodszy poległy żołnierz Powstania, Wojciech Zalewski „Orzeł Biały”, którego ciało niesione przez powstańca zostało uwiecznione przez kronikę filmową, też miał 11 lat i pełnił w swoim oddziale funkcję łącznika. Wśród nieletnich jeńców dominowali piętnasto- i szesnastolatkowie, ale pamiętajmy, że mieli oni za sobą dorastanie w czasach okupacji, więc trudno ich porównywać z rówieśnikami żyjącymi obecnie.

Warto też przy tej okazji przypomnieć, że piosenka „Warszawskie dzieci” także bywa rozumiana opacznie, bo przecież wcale nie mówi o dzieciach w sensie wieku (o czym dobitnie świadczy np. ten fragment: Od piły, dłuta, młota, kielni – stolico synów swoich sław…). Podobnie jak przedwojenny 21 Pułk Piechoty „Dzieci Warszawy” czy 6 Pułk Pancerny „Dzieci Lwowa” w II Korpusie, które przecież nie składały się z nieletnich żołnierzy.

Pomnik Małego Powstańca wrósł w warszawski krajobraz i obrósł całą masą „przetworzeń” w formie pamiątek – magnesów, breloczków, śnieżnych kul (że o torcie – koszmarze, który prezentowano na jakimś konkursie cukierniczym nie wspomnę). Na pierwszosierpniowych śpiewankach na placu Piłsudskiego zdarza mi się widzieć dzieci w wieku przedszkolnym i wczesnoszkolnym dumnie paradujące w hełmach z biało-czerwonymi opaskami. Myślę, że to przede wszystkim do nich i do ich rodziców adresowane są ostatnie wersy tego wiersza.

Nie ważne, czy w czasie wojny dzieci siedzą schowane w piwnicach (co było losem większości warszawskich dzieci podczas Powstania) czy biorą jakikolwiek udział w walce. Wojna to nigdy nie jest fajna przygoda.

Powtórzę więc za dziadkiem z tego wiersza: Nie szkoda !!!

Paweł Beręsewicz „Moje miasto Warszawa”, ilustr.: Monika Pollak, wyd.: Miasto Stołeczne Warszawa, Warszawa 2017

Bardzo głodna gąsienica

Bardzo głodna gąsienica

„Bardzo głodna gąsienica” obchodzi w tym roku pięćdziesiąte urodziny !!! Przypominam mój wpis sprzed 10 lat (czyli z 20 maja 2009 roku), uzupełniony o tegoroczną wypowiedź Erica Carle’a:

In the light of the moon a little egg lay on a leaf.

One Sunday morning the warm sun come up and – pop !- out of the egg came a tiny and very hungry caterpillar.

Bardzo głodna gąsienica” obchodzi w tym roku swoje czterdzieste urodziny. W tym czasie zaprzyjaźniła się z dziećmi na całym świecie. My znamy ją od kilku lat dzięki dwujęzycznemu wydaniu „Prodoksu”. Tamta książka służyła jednak przede wszystkim do nauki angielskiego.

Niedawno ukazała się jej kolejne wydanie – tym razem wydawnictwa„Tatarak”. Od poprzedniego różną go dwie rzeczy – brak tekstu angielskiego i sztywne kartki. Dzięki temu jest tym, czym była w zamyśle swojego autora – sympatyczną książeczką dla całkiem małych maluszków, która wygląda tak, jakby jej bohaterka przegryzła się przez nią.

He started to look for some food.

On Monday he ate trough one apple. But he was still hungry.

Z gąsienicą można się nauczyć wielu rzeczy – liczb, dni tygodnia, nazw owoców (i nie tylko owoców 😉 ). Można liczyć gruszki, śliwki czy truskawki i pokazywać je na obrazkach. Można wkładać paluszki w dziurki, przez które przegryzła sie gąsienica,a sztywne strony na pewno to wytrzymają 😉

poniedziałek – jedno jabłko, we wtorek – dwie gruszki i tak dalej. Z każdym dniem tygodnia apetyt gąsienicy rośnie. W sobotę osiąga apogeum – wielkie obżarstwo i oczywisty w takiej sytuacji ból brzuszka.

Now he wasn’t hungry any more – and he wasn’t a little caterpillar any more. He was a big, fat caterpillar.

Zajrzyjcie na stronę Erica Carle, który jest dwa razy starszy od swojej najbardziej znanej bohaterki i też obchodzi w tym roku okrągłe urodziny !  Można tam zobaczyć, jak robi swoje niezwykłe kolażowe ilustracje. A jeśli będziecie kiedyś w Massachusetts, odwiedźcie koniecznie  The Eric Carle Museum of Picture Book Art, które nie ogranicza się tylko do Jego twórczości !

He built a small house, called a cocoon, around himself. He stayed inside for more than two weeks. Then he nibbled a hole in the cocoon, pushed his way out and…

he was a beautiful butterfly !

P.S. Z okazji tegorocznych, pięćdziesiątych urodzin gąsienicy Eric Carle nagrał film dla je fanów – posłuchajcie do końca, jak mówi o tym, że „Bardzo głodna gąsienica” to książka o nadziei !!!

Eric Carle (tekst & ilustr.) „Bardzo głodna gąsienica”, przekł.: Monika Perzyna, wyd.: Tatarak, Warszawa 2009

Myszka

Myszka

Wpis z 21 kwietnia 2016 roku:

Oj, nie płacz już ! Przecież wcale nie boli…

Nie przesadzaj, nie ma się czego bać.

To bardzo brzydko tak się złościć. Grzeczne dzieci tak się nie zachowują.

Dorośli często usiłują bagatelizować uczucia dzieci. Są przekonani, że lepiej od nich wiedzą, co dzieci czują, a w ogóle ich problemy tak naprawdę są równie małe jak one, a więc nieważne. Nasze dorosłe natomiast są prawdziwe czyli dużo poważniejsze, a emocje z nimi związane uzasadnione.

Kiedy myszka się złości, patrzcie – złości się cała !

A złość myszki jest wielka, chociaż myszka jest mała.

Dla malucha każdy ból czy niemożność dostania tego, na co ma ochotę, jest tragedią, natomiast każda radość jest wielka. Niewielkie doświadczenie życiowe powoduje, że jeszcze nie nabrał do tego dystansu.

Kiedy myszka się cieszy, cieszy się do sufitu !

A jej radość jest złota lub w odcieniach błękitu.

„Myszka” to książeczka przedstawiająca pełen wachlarz emocji, które mogą owładnąć każdym nawet najmniejszym stworzeniem. Pomaga swoim czytelnikom (równie małym jak jej bohaterka) zrozumieć je i daje przyzwolenie na ich odczuwanie.

Kiedy myszka się boi, zmyka gubiąc kapciuszki.

Strach ma w brzuszku, w serduszku, w uszkach strachu okruszki.

Wiersze Doroty Gellner towarzyszyły wczesnemu dzieciństwu wszystkich trzech moich córek, ale było to zanim jeszcze zaczęłam pisać ten blog. Potem przez dłuższy czas nie interesowałam się jej twórczością. W zeszłym roku nakładem Wydawnictwa Bajka ukazało się „Sanatorium”, które jakoś niespecjalnie przypadło mi do gustu. Nie rozumiem, do kogo właściwie jest adresowane – do dzieci czy do dorosłych. Ten problem mam ostatnio coraz częściej.

Tym bardziej cieszy mnie „Myszka”, bo to jest Dorota Gellner jaką pamiętam. Niedawno, szukając na półkach białych kruków z lat dziewięćdziesiątych, znalazłam „Bajeczki” – zbiór historyjek napisanych prozą rytmiczną czy też rymowaną, wydany w 1997 roku przez nieodżałowane wydawnictwo Plac Słoneczny 4 i w dodatku z autgrafem Autorki ! 🙂

Jednak pierwsze w naszym domu były małe kwadratowe, sztywnostronicowe książeczki z pojedynczymi wierszami. Szczególnie ciepło wspominam „Piłkę” i do dziś mogę ją wyrecytować z pamięci niemal w całości. Teraz marzy mi się jej wznowienie. Ciekawa jestem, jak ten świat przez który skacze piłka wyglądałby, gdyby wyszedł spod ręki Dobrosławy Rurańskiej, która tak interesująco zilustrowała „Myszkę” ? Jakby jeszcze Bajka wydała to równie pięknie, z solidnymi sztywnymi kartkami… 🙂

Dorota Gellner „Myszka”, ilustr.: Dobrosława Rurańska , wyd.: Wydawnictwo Bajka, Warszawa 2016

Mały atlas motyli Ewy i Pawła Pawlaków

Mały atlas motyli Ewy i Pawła Pawlaków

oraz „Mały atlas ptaków Ewy i Pawła Pawlaków”

Wpis z 15 stycznia 2019 roku:

Dwie autorskie książki pary fantastycznych ilustratorów, które poświęcili stworzeniom odwiedzającym ich ogród. Wbrew temu, co sugerują ich sztywne strony, nie są one przeznaczona dla maluchów, ale dzięki tej formie są bardziej wytrzymałe i nadają się, żeby zabierać je na wyprawy przyrodoznawcze 😉

Na początku był dom. Dom w budowie, bez okien. Ale już wtedy miał mieszkańców.

Ptak, który nas przywitał, raz po raz się kłaniał, jakby mówił: „Witam państwa uprzejmie ! Proszę czuć się jak u siebie.”

Przeczytaliśmy w atlasie, że ten ptaszek nazywa się kopciuszek… i że najchętniej zasiedla ruiny.

No cóż, nie był to komplement dla naszego domu. Ale i tak zamieszkaliśmy w nim razem z kopciuszkiem…

Najpierw były ptaki sfotografowane i wyaplikowane z materiałów przez Ewę Kozyrę – Pawlak oraz malowane akwarelą przez Pawła Pawlaka (a także rysowane przez Hanię Cisło). Książka absolutnie cudowna, którą ma się ochotę oglądać i oglądać, wciąż i wciąż… Myślę, że najodpowiedniejszym miejscem dla niej powinien być parapet okna z widokiem na karmnik, aby można było na bieżąco sprawdzać, kto go odwiedza u nas.

W kolejnym atlasie – motyle uwiecznione tak samo dodatkowo jeszcze stworzone przez Pawła Pawlaka z patyczków, liści i sznurków – a wszystkie jak żywe ! Trzeba uważnie przyjrzeć się, żeby zobaczyć, z czego zostały one zrobiona, ale na pewno żaden motyl nie ucierpiał podczas powstawania tej książki, która przepięknie zachęca do obserwacji stworzeń fruwających dookoła nas, a także do własnoręcznego ich uwieczniania.

Ciekawa jestem bardzo, atlas jakich stworzeń powstanie w następnej kolejności ? Bo że powstanie jestem niemal pewna – tak samo jak tego, że też będzie przeuroczy 🙂

Ewa Kozyra – Pawlak, Paweł Pawlak „Mały atlas motyli Ewy i Pawła Pawlaków”, Nasza Księgarnia, Warszawa 2018

Ewa Kozyra – Pawlak, Paweł Pawlak „Mały atlas ptaków Ewy i Pawła Pawlaków”, Nasza Księgarnia, Warszawa 2017

Książka nominowana w kategorii OBRAZ w Plebiscycie Blogerów – Książka dla Niedorosłych – LOKOMOTYWA 2018