„Dziura w płocie” i „Pomarańczowe kalosze w lwy” czyli dwie pierwsze części nowego cyklu, w którym życie bohaterki o sympatycznym imieniu Felusia opisuje Katarzyna Wasilkowska, a wizualizuje je Jona Jung.
To zdjęcie zrobiłam sama na własnym płocie (choć bez dziury), wszystkie pozostałe pochodzą ze strony Wydawnictwa Bajka.
Na ogół podoba mi się to, co pisze Katarzyna Wasilkowska i dlatego posiada ona w moim Małym Pokoju swoją własną półkę z książkami całkiem słusznych rozmiarów. Niewiele jest dłuższych 😉 Stoją na niej i tytuły dla nastolatków, i dla młodszych czytelników – takich 6+. Teraz stawiam tam cykl z bohaterką jeszcze młodszą – książki o Felusi przeznaczone są dla jej rówieśników, a więc dzieci zaczynających dopiero karierę przedszkolną.
Przyznam, że na początku miałam pewien problem związany z jej imieniem. Wśród bohaterek opisywanych tu przeze mnie książek jest już jej imienniczka, tylko używająca innego zdrobnienia – to Felcia z autorskiej książki Pawła Pawlaka. Choć nadal zdarza mi się je pomylić i nazwać Felusię Felcią, cieszę się, bo może dzięki tym bohaterkom to imię stanie się znów modne? Ma przecież taki piękny źródłosłów – pochodzi od łacińskiego słowa felix czyli szczęśliwy, a mody związane z imionami zmieniają się często i zaskakująco.
Ten cykl to proste historie z codziennego życia trzylatki. Nie dzieje się tam nic nadzwyczajnego – ot, po prostu zwykłe zakupy, spacer przez park, zabawy w ogródku czy poznanie nowej sąsiadki zza płota (z dziurą)
W historyjkach o Felusi dziecko odnajduje swój świat, a w małej bohaterce rozpoznaje własne zachowania i emocje: radość, ciekawość, fantazję, ale też nieśmiałość, złość, frustrację czy strach. Czytanie o Felusi wycisza, łagodzi stres i napięcie – czytamy na okładce.
No właśnie – napięcie. Bardzo dużo jest go w naszym życiu, szczególnie kiedy mamy małe dzieci. Tymczasem tutaj go wcale nie ma – dzięki Mamie dziewczynki (Taty na razie nie poznaliśmy). W obu tych historiach jest potencjalna przestrzeń na stres i napięcie, ale jakoś udaje jej się ich uniknąć.
W historii poznania nowej sąsiadki bardzo podoba mi się brak presji wywieranej na dziewczynki. Nie ma tam namawiania ich, żeby się przywitały, bawiły razem czy… cokolwiek 😉 Po prostu mają czas, żeby pomału przełamać swoją nieśmiałość.
Historia z kaloszami przypomniała mi pewne rodzinne spotkanie wiele lat temu, kiedy byłam mała. Przyjechał wtedy z Australii dawno niewidziany kuzyn Mamy z żoną i córeczką w moim wieku. Kiedy o umówionej porze stanęli w drzwiach, wujek trzymał na ręku dziewczynkę… ubraną w płaszcz kąpielowy (dodam, że pogoda była podobna jak teraz 😉 ). Na zdziwienie mojej Mamy: dlaczego ona jest w szlafroku?, Wujek odpowiedział spokojnie: bo nie chciała się ubrać. Mając w perspektywie awanturę z dzieckiem, jego histerię oraz prawdopodobne spóźnienie, wybrali szlafrok. A Georgina, widząc, że ja jestem w sukience, bez problemu dała się ubrać w swoją i spędziłyśmy potem miły czas, mimo braku wspólnego języka. Jakoś sobie poradziłyśmy na migi 😉
Z podobnych powodów mama Felusi nie protestuje, kiedy córeczka chce iść na spacer w kaloszach, mimo że pogoda sugerowałaby raczej sandałki. Rozumie, dlaczego ona tak woli i kompletnie jej nie przeszkadzają komentarze przechodzących pań. Nie znaczy to jednak, że pozwala Felusi na wszystko, widzimy to w sklepie…
Ten cykl to nie tylko historie dla przedszkolaków, jest w nich, można powiedzieć, drugie dno. Myślę, że rodzice, czytając je z dziećmi, mogą się wiele nauczyć od mamy Felusi. Znajdziemy tam lekcje o tym, że nie warto się przejmować tym, co ludzie powiedzą, natomiast bardzo ważne jest, żeby rozumieć swoje dziecko. Oraz – żeby dać mu czas i przestrzeń na to, aby samo zrozumiało swoje potrzeby. A potem wystarczy już tylko porozumiewawczy uśmiech 🙂
Czekam z nadzieją i niecierpliwością na kolejne tomy tego cyklu !!!
Dziękuję Wydawnictwu Bajka za egzemplarze recenzenckie oraz zgodę na wykorzystanie zdjęć pochodzących z ich strony!!!
Felusię na tych zdjęciach (wraz z kaloszami w lwy) wykonała Kasia Budyś czyli —>>>budka24.pl 🙂 Potrafi ona zrobić absolutnie wszystko!!! Dziełem jej rąk (i szydełka) jest także moja ukochana Bromba, którą możecie zobaczyć —>>>tutaj
Katarzyna Wasilkowska „Felusia. Pomarańczowe kalosze w lwy”, ilustr.: Jona Jung, wyd.: Bajka, Warszawa 2026
Katarzyna Wasilkowska „Felusia. Dziura w płocie”, ilustr.: Jona Jung, wyd.: Bajka, Warszawa 2026
wydarzyło się wszystko, o czym tu będę pisać, a więc:
nagroda PLANETA IZABELIN (o jej poprzedniej edycji pisałam—>>>tutaj) została poświęcona wyłącznie książkom dla młodych czytelników;
miałam zaszczyt i przyjemność uczestniczyć w pracach jej jury i ponownie zostałam wybrana jego przewodniczącą;
przy Strefie Zaczytania (czyli bibliotece szkolnej w Izabelinie) powstało także jury dziecięco-młodzieżowe, które całkowicie niezależnie od nas przyznało własną nagrodę;
jury dziecięco-młodzieżowe wybrało jedną z książek nagrodzonych także przez nas !!! Oto one:
Oto one:
Agnieszka Elbanowska„Raz, dwa, psy cztery”, ilustr.: Nika Jaworowska-Duchlińska, wyd.: Wydawnictwo BIS, Warszawa 2025
Aleksandra Struska-Musiał „Bury i Bary. Wilk z lasu i pies ze schroniska”, ilustr.: Marta Rydz-Domańska, wyd.: Wydawnictwo BIS, Warszawa 2025
oraz podwójnie !!!
Wit Szostak„Wylinka”, ilustr.: Aleksandra Krzanowska, wyd.: Powergraph, Warszawa 2025
Już drugi raz dochodzę także do wniosku, że najfajniejszą częścią tego konkursu jest właśnie jury dziecięco-młodzieżowe, mimo że nagroda, którą przyznają, jest pozaregulaminowa. Mam nadzieję, że także w przyszłym roku uda się zebrać grono osób chętnych do do pracy w nim.
Z radością patrzyłam na ich entuzjazm, podziwiałam zapał, z jakim czytali zgłoszone do konkursu książki oraz zaangażowanie, z jakim o nich dyskutowali (a raczej – dyskutowały, bo w tym roku do pracy w jury zgłosiły się same dziewczęta). Mimo że oba gremia jurorskie obradowały i podejmowały decyzje zupełnie autonomicznie, przyznam, że z ciekawością nasłuchiwaliśmy wieści o tym, co czytają najchętniej i co mówią o przeczytanych książkach.
Już drugi raz werdykt młodego jury był dla nas zaskoczeniem, ale takim pozytywnym – dającym do myślenia i zmuszającym do zweryfikowania opinii. W zeszłym roku ich (i nasz) wybór padł na „Puszczę. Opowieści karpackich buków” Joli Richter-Magnuszewskiej. Napisałam wtedy: Ich werdykt świadczy nie tylko o tym, że dobrze wybraliśmy, ale przede wszystkim o tym, że warto tworzyć rzeczy mniej oczywiste, mniej krzykliwe, ale za to piękne, bo czytelnicy potrafią to docenić.
W tym roku jurorki wybrały„Wylinkę” Wita Szostaka – książkę, co do której miałam wątpliwości, czy może podobać się czytelnikom niedorosłym. Wiadomość o werdykcie młodego jury oraz spotkanie z nimi na uroczystości ogłoszenia wyników zmusiły mnie do zmiany opinii. Niekłamany entuzjazm, z jakim opowiadały to tym, jak bardzo podobała im się ta książka, robił wrażenie 🙂 Szczególnie podobała im się atmosfera tej historii, powolne odkrywanie zawartej w niej tajemnicy oraz to, że (cytuję z pamięci:) trzeba się było samodzielnie domyślić, o co w tym wszystkim chodzi, nie było to wyjaśnione za szybko, tak kawa na ławę… Muszę w związku z tym przyznać, że się pomyliłam i jest to historia także dla dzieci (a raczej nastolatków).
Bardzo jestem ciekawa, jaki będzie ich wybór w przyszłym roku !!!
P.S. Pozostałe dwie nagrodzone w tym roku książki niebawem staną na półkach Małego Pokoju z Książkami – obiecuję !!! Na razie mówiłam o nich w radiowej audycji „Literatura na weekend” —>>>tutaj
Dziś spróbuję napisać o tym, jaki mam problem z ostatnią edycją akcji „Mała książka – wielki człowiek” organizowanej przez Instytut Książki i zrobię to na przykładzie jednej z trzech nagrodzonych w niej książek.
„Mała książka – wielki człowiek” to program bookstartowy, który organizowany jest od ośmiu lat (a wcześniej w nieco innej formule) na trzech poziomach wiekowych – dla noworodków (książki rozdawane na oddziałach położniczych), dla przedszkolaków (program realizowany przez biblioteki publiczne) i dla pierwszoklasistów (przez szkoły). W poprzednich latach były to zamawiane specjalnie na potrzeby tej akcji książki znanych i uznanych twórców, na przykład Wojciecha Widłaka, Ewy i Pawła Pawlakow, Elżbiety Wasiuczyńskiej czy Iwony Chmielewskiej. W zeszłym roku zmieniono zasady, na jakich się ona odbywa – zorganizowano konkurs dla wydawnictw i wybrano po trzy książki na poziomach drugim i trzecim
Te dla przedszkolaków już od kilku miesięcy są w bibliotekach publicznych, które biorą udział w tym programie. Żadna z nich nie wywołała mojego zachwytu, a najbardziej in minus zaskoczyła mnie autorska książka Marty Kopyt „Rita i koń” (Wydawnictwo Muchomor).
Pierwszym, co zwróciło moją uwagę, kiedy wzięłam ją do ręki i zaczęłam przeglądać, było uderzające podobieństwo do powieści Sylwii Stano „Chłopiec z ulicy Niepoprawnej i czarny kucyk” wydanej w 2024 roku przez wydawnictwo Hokus Pokus (druga część ukazała się rok później). Obie te książki mają tytuły zbudowane według schematu: główny bohater – i – zwierzę kopytne (kucyk i koń).W obu tytułowe zwierzęta są czarne z jednym białym dodatkiem. U kucyka jest to łatka na czole, a u konia – białe futerko nad jedną nogą (…) jakby nosił skarpetkę albo bandaż (pomińmy kwestię, że ta łatka znajduje się nie nad nogą, ale nad kopytem 😉 ). Obie historie zaczynają się w ten sposób, że rano w domu bohatera/ki i narratora/ki pojawia się owo tytułowe zwierzę kopytne, co nie budzi specjalnego zdziwienia innych domowników. Następnie razem jedzą śniadanie i idą do placówki edukacyjnej (w pierwszej – do szkoły, a w drugiej do przedszkola).
Silne wrażenie podobieństwa obu tych historii wzmacnia też kompatybilność pierwszych ilustracji w obu książkach, ale tu już pozostawiam ocenę czytelnikom. Na kolejnych też jest wiele elementów wspólnych.
Niezależnie od tych podobieństw, „Rita i koń” jest utworem literacko zdecydowanie słabszym niż powieści Sylwii Stano. Czytając ją, odniosłam wrażenie pewnej nieporadności w konstruowaniu akcji, która jest po prostu relacją z całego dnia – od wstania z łóżka do zaśnięcia, takim wyliczeniem po kolei wszystkiego co bohaterka i koń robili. Poza tym nie ma w tej historii nic więcej. Zbyt często środkiem posuwającym akcję do przodu jest słowo potem – w całej książce naliczyłam je 15 razy, pojawia się niemal na co drugiej stronie (z tych, na których jest tekst), a rekord pobiła strona 31, gdzie zostało użyte trzy razy.
Przypomniał mi się ten fragment z „Ziela na kraterze” Wańkowicza, w którym King udzielał Tili lekcji pisania reportażu po ich powrocie z Mazur. Posłuchajcie:
Ale co to – „potem pojechaliśmy, a potem przyjechaliśmy”, a potem znowu pojechaliśmy, a wreszcie nie dopisaliśmy i felieton w koszu umieściliśmy – woła impetycznie King, mnąc pisanie i wrzucając je do kosza. A widząc, że się małej zbiera na płacz: – Przecież nie idziesz na referenta Urzędu Podatkowego, żebyś miała wszystko po kolei opisywać. Cóż to – lekcja, aby zbyć, czy pisanie? Natęż się, panna: nie masz prawa pisać, nim nie wywołasz obrazu. Masz opisywać, a nie referować.
To jest lekcja, której, jak sądzę, zabrakło autorce „Rity i konia”. Samej książce zabrakło także uważnej redakcji, mimo że w stopce redakcyjnej podpisane są pod nią dwie osoby.
Ponieważ jestem w nastroju czepialskim, pozwolę sobie wytknąć jeszcze użycie określenia boksy z kibelkami w kontekście przedszkolnych toalet, bo bardzo mnie ono w oko zakłuło. Przede wszystkim dlatego, że słowo kibel kojarzy mi się więziennie i nawet w wersji zdrobniałej nie bardzo pasuje w książce dla dzieci. Ale nawet jeśli pasuje, to przecież nie trzy razy w jednym akapicie!!! To urządzenie sanitarne można opisać kilkoma synonimami, język polski jest bogaty. Podobnie mam ze słowem sikać, użytym w różnych formach pięć razy w dwóch następujących po sobie akapitach.
Po przeczytaniu wszystkich trzech nagrodzonych w tym konkursie książek, z których żadna mnie nie zachwyciła, zastanawiałam się, jak to się mogło stać, że grono jurorskie składające się z osób, które naprawę są znawcami tematyki literatury dla dzieci, nagrodziło utwory tak słabe i (jak widać na przykładzie „Rity i konia”) niedopracowane??? Co się stało???
Po zapoznaniu się z regulaminem konkursu zrozumiałam, że oni tych książek w ogóle nie widzieli !!! A nie widzieli dlatego, że one wtedy jeszcze nie istniały.
Paragraf 2 regulaminu głosi: Celem konkursu (zwanego dalej także: naborem) jest wyłonienie przez Instytut Książki trzech najlepszych koncepcji książki skierowanej do dzieci w wieku od 4 do 6 lat oraz ich rodziców i opiekunów. Stworzone w ramach naboru koncepcje książki powinny być wzorcowymi propozycjami (pod względem treści i formy) wprowadzającymi dziecko w świat literatury i zachęcającymi rodziców do czytania, pokazując że wspólna lektura może być okazją do wzajemnej bliskości i lepszego zrozumienia się.
Komisja dokonywała wyboru (nieistniejącej jeszcze) książki, która miała być opublikowana w ogromnym nakładzie za pieniądze publiczne, na podstawie ogólnej koncepcji tekstu literackiego (skryptu), którego objętość nie powinna przekraczać 1800 znaków ze spacjami oraz portfolio ilustratora, który ma zostać zaangażowany do zilustrowania tekstu (par. 3 pkt 1 regulaminu). Dla osób, które nie zajmują się na co dzień pisaniem, wyjaśniam – 1800 znaków to jest jedna strona tekstu (w czasach, w których zaczynałam działalność redakcyjną nazywało się to stroną znormalizowanego maszynopisu). Sam tekst do publikacji miał liczyć 18 tysięcy znaków, więc na jednej stronie mógł się znaleźć tylko bardzo ogólny zarys przyszłej książki.
Regulamin mówi dalej, że: Komisja dokona oceny projektów, kierując się celami niniejszego regulaminu i następującymi kryteriami: 1) adekwatnością projektu do wieku odbiorcy, 2) jakością artystyczną, 3) oryginalnością koncepcji, 4) walorami artystycznymi ilustracji i ich doborem do tekstu literackiego, 5) komunikatywnością założeń projektu. (par.5 pkt.11)
Ocenianie czegoś, co jeszcze nie istnieje, na takich podstawach, ma walory wróżenia z fusów albo rzucania kostką. Naprawdę trudno jest przewidzieć efekt końcowy współpracy nawet doświadczonych twórców, a jednak w tym przypadku musi się on skończyć publikacją. I to publikacją w ogromnym (jak na realia polskiego rynku książki) nakładzie sfinansowanym ze środków publicznych.
Nasuwa się pytanie – czy pisząc tego blurba dyrektor Instytutu Książki opierał się na tekście „Rity i konia” czy jedynie na jego ogólnej koncepcji?
Im dłużej myślę o założeniach tej akcji, tym więcej mam wątpliwości. Kolejną budzi punkt regulaminu mówiący o tym, że tekst konkursowy powinien być tekstem premierowym, do tej pory nigdzie nie publikowanym.Agnieszka Rasińska-Bóbr, wicedyrektor Instytutu Książki ds. programowych tak to wyjaśniała w wywiadzie, którego udzieliła Bibliotece Analiz: Zgodnie z założeniami, celami i regulaminem stawialiśmy na książki premierowe z nowymi bohaterami, licząc, że konkurs odegra także rolę kulturotwórczą, że w jego wyniku powstaną książki, które być może bez takiego wsparcia by się nie ukazały.
Wydaje mi się, że konkurs powinien skupić się na swoim podstawowym celu, jakim jest dostarczenie dzieciom i ich opiekunom książek, które będą zachętą i wprowadzeniem w świat literatury.W warunkach ogromnej nadprodukcji nowych tytułów na rynku księgarskim (nie tylko dziecięcych i nie tylko w Polsce) naprawdę nie trzeba wspierać powstawania kolejnych, których główną wartością jest to, że są nowe. Dla kilkulatka nie ma większego znaczenia, czy książka jest nowością, czy już się kiedyś ukazała. Podobnie dla jego rodziców, których przygoda z tym segmentem literatury zakończyła się ponad 20 lat temu. Dlatego ważne jest przede wszystkim to, żeby wybrać naprawdę wartościowe utwory, a nie kupować kota w worku.
Zastanowiłabym się nad taką zmianą regulaminu, żeby dopuścić do konkursu tytuły, które już się kiedyś ukazały, ale nie udało im się, mówiąc kolokwialnie, przebić na trudnym rynku księgarskim, mimo że na sukces zasłużyły swoją wartością. Sięgnęłam na półki mojego regału, na którym stoją książki, o których tu pisałam i mam taki zestaw propozycji:
Zastrzegam, że jest to moja luźna propozycja. Nie wiem, ani jak wyglądają kwestie praw autorskich w przypadku tych tytułów, ani tym bardziej – czy ich autorzy byliby zainteresowani wznowieniem. Kluczem mojego wyboru było to, że chętnie ofiarowałabym te książki znajomym dzieciom, ale niestety nie da się ich już kupić. Te, które są na zdjęciu, czekają na moją wnuczkę 😉 Wszystkie mają piękne teksty i znakomite ilustracje, a ukazały się dość dawno i w tak niewielkich nakładach, że szansa na to, że znają je obecne przedszkolaki, jest minimalna.
To oczywiście nie wyklucza też szukania nowych propozycji, ale dobrze byłoby, gdyby jury mogło oceniać efekt końcowy czyli gotowy projekt książki, a nie jednostronicową koncepcję oraz zgodność nieistniejącego tekstu z nieistniejącymi ilustracjami. Zbyt ważny jest cel tej akcji i zbyt duże publiczne pieniądze są w nią angażowane, żeby można było sobie pozwolić na taką niestaranność na etapie wyboru.
P.S. Dziękuję Bibliotece Publicznej w Ożarowie Mazowieckim za umożliwienie mi przejrzenia i sfotografowania książek!!!
Marta Kopyt (tekst & ilustr.) „Rita i koń”, wyd.: Instytut Książki, Kraków 2025
Sylwia Stano „Chłopiec z ulicy Niepoprawnej i czarny kucyk” ilustr.: Patricija Bliuj-Stodulska, wyd.: Hokus-Pokus, Warszawa 2024
Melchior Wańkowicz „Ziele na kraterze”, wyd.: Instytut Wydawniczy PAX, Warszawa 1971 (s.148)
Wpis poniekąd okolicznościowy, ponieważ dziś mamy Dzień Dziecka, jednak nosiłam się z nim od dłuższego czasu. A dokładnie mówiąc – odkąd na na targach Mały Koneser spotkałam Krystynę Lipkę-Sztarbałło, a ona dała mi tę książkę, którą wymyśliła i opracowała od początku do końca.
To publikacja, którą mogę zaliczyć do książek innych niż wszystkie oraz do takich, które wbrew pozorom nie są dla dzieci (tylko dla dorosłych, którzy będą z dziećmi o niej rozmawiać). Gdybyśmy dalej organizowały Plebiscyt Blogerów LOKOMOTYWA, widziałabym dla niej miejsce w kategorii: Od A do Z, w której umieszczałyśmy książki szczególne, wyjątkowo przemyślane i dopracowane – bo właśnie taka jest.
Dziecko ma prawo? Tytuł między pytaniem a zdziwieniem otwiera temat relacji dziecko/dorosły we współczesnym świecie. Książka pozornie traktuje o przywilejach grupy społecznej między pierwszym a osiemnastym rokiem życia (Konwencja o prawach dziecka 1991). W istocie stanowi inspirację do rozmowy o wzajemnych powinnościach rozumianych jako odpowiedzialność.
Konstrukcja książki oparta na zakładkach ma ułatwić rozmowy z dzieckiem w każdym wieku i na każdym etapie edukacji. Pozwala dawkować temat, ograniczając go lub rozbudowując według indywidualnych kreacji opiekuna (negatyw/pozytyw, hasła proste i złożone). O ile obrazy są dedykowane dziecku (dla młodszego będące zagadką, dla starszego metaforą), o tyle teksty mają wesprzeć osobę dorosłą i dorastającą w sytuacjach zarówno indywidualnych, jak i zbiorowych (psycholog, lekcja). Stąd kolejne odsłony treści (zakładki) od formy prostego hasła po streszczenia poszczególnych paragrafów wraz ze wskazaniem źródła – tak o koncepcji tej książki pisze sama Autorka.
Największą jej wartością jest jej niezwykła otwartość i to, że nie narzuca żadnego sposobu rozmawiania z dziećmi. Ona podsuwa możliwości i daje wolność tego, jak się je wykorzysta. Jest potencjalnym punktem wyjścia do nieskończonej ilości rozmów – takich, jakie akurat temu dziecku (albo tym dzieciom) i temu dorosłemu potrzebne są akurat w tym momencie.
Mimo że dotyczy dzieci, nie można powiedzieć, że jest infantylna. Traktuje swoich czytelników (niezależnie od ich wieku) poważnie i z szacunkiem. Tak jak traktował dzieci Janusz Korczak, a cytaty z jego pism, wybrane przez Krystynę Lipkę-Sztabałło towarzyszą jej ilustracjom i wchodzą z nimi w dialog.
Na okładce tej książki nie ma ceny. Nie można jej nigdzie kupić. Niebawem powstaną także scenariusze zajęć, które można w oparciu o nią prowadzić. Wydał ją i dystrybuuje Instytut Książki i choć na jego stronie trudno jest znaleźć informacje o niej, to właśnie tam powinni się zwracać zainteresowani pracą z nią. Mam nadzieję, że znajdzie się ich wiele i „Dziecko ma prawo?” rozejdzie się po Polsce szerokim echem, bo i książka, i temat na to zasługują nie tylko 1 czerwca.
Niestety równocześnie Instytut Książki informuje, że nie zamierza rozprowadzać jej w wersji papierowej. To wielka szkoda, bo ma ona bardzo oryginalną formę, której walorów nie oddaje pdf No i zupełnie czym innym jest praca z dziećmi przy pomocy książki papierowej, a czym innym – z prezentacją na ekranie.
Krystyna Lipka-Sztarbałło (koncepcja, teksty, ilustracje) „Dziecko ma prawo?”, wyd.: Instytut Książki, Kraków 2026