Zła dziewczyna

Zła dziewczyna

Kolejna książka Beaty Ostrowickiej, którą pierwotnie wydało Ossolineum w serii „Nasza biblioteka”, a niedawno wznowiło ją Wydawnictwo Literatura.

Wpis z 21 stycznia 2008 roku:

Marcyśka ma osiemnaście lat i bardzo dobrze wie, czego chce. Chce studiować. Chce wyrwać się z rodzinnej wsi, od ojca alkoholika, mamy i dwójki rodzeństwa. Nie chce żyć tak, jak jej rówieśnice tam.

Dostała swoją szansę – uczy się w liceum w Krakowie i mieszka u ciotki w zamian za opiekę nad nią. Nie jest łatwo, ale zaciska zęby i odlicza dni do matury. Kiedy ciotka umiera, wszystko się komplikuje. Kiedy w dodatku okazuje się, że zapisała jej swoje mieszkanie, wszystko komplikuje się jeszcze bardziej. Ojciec chce je sprzedać i założyć sklep na wsi, ale Marcyśka wie, że wtedy może pożegnać się z marzeniami o studiach. Jest już jednak pełnoletnia i mieszkanie należy do niej. Decyzja o tym, by się na jego sprzedaż nie zgodzić – również.

Czy Marcyśka miała prawo tak postąpić ? Co jest ważniejsze – jej plany i marzenia czy poprawa bytu reszty rodziny (iluzoryczna – jeśli pamiętać o pociągu ojca do kieliszka) ? Czy naprawdę jest złą dziewczyną ? Gdzie jest granica miedzy asertywnością a egoizmem ?

Ta książka, podobnie jak  ”Świat do góry nogami” tej samej autorki stawia pytanie o istotę więzi rodzinnych. Marcyśka ma poczucie, że jest w rodzinie tą gorszą córką – obarczaną większymi obowiązkami, za to mniej dopieszczaną (i w sensie uczuciowym, i materialnym). Ojciec alkoholik i bezwolna, współuzależniona Mama to jedno. Oni są dorośli i w pewnym sensie żyją tak na własne życzenie. Jakie są jednak jej zobowiązania wobec rodzeństwa ? Czy w ogóle ma wobec nich jakieś obowiązki – wynikające tylko z tego, że urodzili się tym samym rodzicom ?

Czytając tę książkę zaczęłam myśleć o jej bohaterce z macierzyńską troską. Niby jest już formalnie dorosła, ale… czy zdoła udźwignąć ciężar tej samodzielności ? Czy wyzwolona z gorsetu ograniczeń, jakie narzucała jej opieka nad Ciotką, będzie potrafiła narzucić sobie dyscyplinę niezbędną, żeby zdać maturę i zrealizować marzenia o studiach ? Czy, pozbawiona w domu rodzinnym takich wzorców, będzie potrafiła pokochać i stworzyć dobry związek ?

Zostawiamy ją w takim momencie, że wszystko się może zdarzyć. Trzymam za nią kciuki – nich jej się uda. Życzę jej tego z całego serca.

Beata Ostrowicka „Zła dziewczyna” , wyd.: Ossolineum, Wrocław 2005

Beata Ostrowicka „Zła dziewczyna” , wyd.: Literatura, Łódź 2014

Świat do góry nogami

Świat do góry nogami

Skoro już zaczęłam wstawiać na nowe półki Małego Pokoju książki Beaty Ostrowickiej, przypomnę kolejną – tym razem dla zdecydowanie starszych czytelników.

Wpis z 9 lipca 2007 roku:

Nasz czas rodzinny zatrzymał się. Nagle. Bezpowrotnie. Nieodwołalnie. Tata, Kuka, Szymek i ja jesteśmy uwięzieni wewnątrz zepsutego mechanizmu. Zabrakło jednego elementu i… trach ! Pozostałe nie potrafią prawidłowo funkcjonować. Jeden element. Serce całego rodzinnego organizmu.

Na śmierć Mamy nie ma w życiu odpowiedniego momentu. Ola ma siedemnaście lat, jej siostra – dwanaście, a brat siedem. Spadło to na nich zupełnie niespodziewanie. Zwykły dzień, zwykłe wyjście z domu… Wystarczyło 2,8 promila alkoholu we krwi kierowcy samochodu dostawczego.

Czytałam tę książkę w samolocie. Wydarzenia w niej opisane plus oddalenie nie tylko od rodziny, ale też od twardej ziemi pod stopami spowodowały, że zaczęłam z niepokojem myśleć o kruchości życia. Mama Oli była dokładnie w moim wieku. Co stałoby się z moją rodziną, gdyby mnie zabrakło ?

Czy moje córki potrafiłyby być dla siebie oparciem ? Żyjemy pod tym samym dachem, mamy wspólnych rodziców, ale patrzymy na świat całkowicie różnie. Jak to możliwe ?– zastanawia się Ola. Co stanowi istotę więzi rodzinnych ? Kiedy zabrakło Mamy, każdy w ich domu został sam. Oddzielnie próbowali znaleźć odpowiedź na pytanie dlaczego ? W pojedynkę przeżywali swój lęk przed tym, co przyniesie przyszłość i żal, że w żadnym z ważnych momentów życia nie będzie im już towarzyszyła Mama.

Tata, bezradny wobec codzienności, która dotychczas była domeną żony, przerzucił większość obowiązków na najstarszą córkę, z rzadka zauważając, że ją to przerasta. Młoda i Mały to była tylko fizyczność. Do nakarmienia, ubrania, zadbania o czyste uszy i kolana. Nie zastanawiało mnie, co myślą, czują. Nie znałam ich marzeń, planów. Bardzo długo żyłam w przekonaniu, że to umarła moja Mama. Że tylko ja nie wiem, jak poradzić sobie z dalszym życiem.

Jakiś czas temu napisałam o innej książce: Dorosłość nie przychodzi ot tak w dniu osiemnastych urodzin. Stajemy się dorośli wtedy, kiedy życie postawi przed nami dorosłe wyzwania, a my je podejmiemy i poniesiemy konsekwencje. Ola potrzebowała czasu i kilku dramatycznych wydarzeń, żeby zrozumieć i przyjąć do wiadomości, że życie musi toczyć się dalej, choć ich świat stanął na głowie. Jej świat to odtąd Tata, Kuka, Szymek i… ktoś jeszcze. Ktoś odtąd bardzo ważny…

Kiedy ich Mama wychodziła z domu ostatni (jak się okazało) raz, jedna z córek nie pożegnała się z nią. Była obrażona. Ot, normalna scysja mamy z dorastającą córką o domowe obowiązki, ostrzejsza wymiana zdań, jaka zdarza się niemal codziennie. Tym razem nie było już okazji, żeby się pogodzić. Spieszmy się kochać…

Seria ”Nasza biblioteka” wydawnictwa Ossolineum adresowana jest do dorastającej młodzieży. Składają się na nią książki poruszające trudne problemy związane z okresem dojrzewania.  Beatę Ostrowicką znałam dotąd jako autorkę  sympatycznych książeczek dla przedszkolaków, których problemy mają jednak nieco mniejszy ciężar gatunkowy. „Świat do góry nogami” był dla mnie sporym zaskoczeniem, ale jeszcze większym była (również wydana w tej serii) „Zła dziewczyna”. O niej jednak innym razem…

Edit: obecnie obie te książki wznowiło Wydawnictwo Literatura w serii „Plus minus 16”.

Beata Ostrowicka „Świat do góry nogami”, wyd. Zakład Narodowy im. Ossolińskich – Wydawnictwo, Wrocław 2002

Beata Ostrowicka „Świat do góry nogami”, wyd.: Literatura, Łódź 2014

Lulaki, Pan Czekoladka i przedszkole; Bobek, wyprawa i rzeczy w sam raz

Lulaki, Pan Czekoladka i przedszkole; Bobek, wyprawa i rzeczy w sam raz

czyli ważne sprawy małych ludzi

Dwie historie o Huberciku i jego rodzinie – bardzo dobra lektura dla początkujących przedszkolaków 🙂 Wcześniej wydane oddzielnie, teraz także razem.

Wpis z 15 marca 2006 roku:

Trzylatek z całego świata zna tylko swoją rodzinę i zasady w niej panujące. Przedszkole to jakaś obca planeta, a życie na niej jest niezwykle trudne do wyobrażenia. Dlatego debiut przedszkolny to w jego życiu zmiana tak wielka i przeżycie tak ogromne, że często pamięta się je przez całe życie.

Najpierw nie wiadomo nic – jest tylko to groźne słowo: przedszkole (kiedy będziesz juz chodzić do przedszkola, to…) Potem okazuje się, że jest to taki dom otoczony płotem i są tam też zjeżdżalnie i piaskownice , ale gdy wchodzi się do środka, to dalej nic nie wiadomo. Maluch wie tylko, że nie będzie Mamy, Taty, ani Babci – są za to jakieś obce Panie, które nie zajmują się tylko nim, ale też całą gromadą obcych dzieci.

Nie ma ukochanego Misia i czerwonej koparki – są obce zabawki, chociaż niektóre całkiem fajne. Nie ma talerzyka z Teletubisiami i znajomej podkładki na stole – są nowe smaki jedzenia i łyżka, którą trzeba zjeść kotlet. Nie ma własnego łóżeczka z kołderką – jest dziwny leżak i duży koc w obcej poszwie. Trzeba się przebrać w piżamkę i położyć spać… Zaraz, jak to spać ??? Śpi się w domu !!! A może ja już w ogóle nie wrócę do domu ??? MAMO, TATO, BABCIU RATUNKU !!!

“Lulaki, Pan Czekoladka i przedszkole czyli ważne sprawy małych ludzi” to książka, która może pomóc zmniejszyć ten stres. Opisuje krok po kroku jeden dzień z życia przedszkolaka.

Najpierw Mama budzi rano i trzeba trochę pomarudzić: Ja nie chcę iść do przedszkola !!!. To bardzo ważne, bo rodzice lubią się tak bawić. Potem jednak się wstaje i idzie, no bo jak tu nie pójść. Trzeba tylko jeszcze w szatni upewnić się, że rodzice na pewno przyjdą po południu. W przedszkolu wszystko idzie ustalonym rytmem – posiłki, zabawy, leżakowanie, potem powrót do domu – zabawy, kolacja, kąpiel i Lulaki, które lulają do snu. Trzeba sie wyspać, bo jutro znowu wstajemy do przedszkola. Tylko, żeby nie zapomnieć pomarudzić: Ja nie chcę iść do przedszkola !!!

Ta książeczka pomoże maluchowi oswoić się z przedszkolem, jeszcze zanim przestąpi jego progi (oczywiście nie zastąpi to wcześniejszej wizyty w przedszkolu, czy zajęć integracyjnych, jeśli są organizowane).

Czytana początkującemu przedszkolakowi może być dobrym wstępem do rozmowy o jego doświadczeniach tych pierwszych dni. Taki maluch nie potrafi jeszcze ubrać w słowa swoich przeżyć, a zapytany: jak było w przedszkolu ? odpowie: dobrze. Można jednak w rozmowie wyjść od Hubercika i Pana Czekoladki, a wtedy może dowiemy się, że na podwieczorek wcale nie dali ciastek tylko wstrętną kaszę, ulubiony od wczoraj kolega nie chciał się dziś wcale bawić i w ogóle nie było żadnego teatrzyku !!!

O tym ostatnim warto uprzedzić debiutanta w przedszkolu. Synek mojej koleżanki świetnie przygotowany przy pomocy „Lulaków” do nowej roli, zgłosił tylko jedno zastrzeżenie do swojego przedszkola – pierwszy teatrzyk pojawił sie u nich dopiero w listopadzie i w dodatku on był waśnie wtedy chory. Teatrzyk to w “Lulakach” jedyne niecodzienne wydarzenie w ciągu zdarzeń codziennych.

Beata Ostrowicka “Lulaki, Pan Czekoladka i przedszkole czyli ważne sprawy małych ludzi”, ilustr. Aneta Krella – Moch, wyd. Literatura, Łódź 2003

Wpis z 20 czerwca 2007 roku:

Ze wszystkich dni tygodnia najfajniejsza jest sobota. Można długo spać, można długo chodzić po domu w piżamie. Nie trzeba się nigdzie spieszyć. I po niej jest jeszcze jeden wolny dzień !!!

Oj tak, tak. Ja w sobocie też najbardziej lubię perspektywę niedzieli z jej niespiesznym porankiem.

Hubercika i jego rodzinę po raz pierwszy spotkaliśmy w książeczce o Lulakach, Panu Czekoladce i przedszkolu. Wtedy towarzyszyliśmy mu w jego dniu powszednim – od porannych grymasów przy wstawaniu, przez wszystko, co działo się w przedszkolu, aż do wieczornego zasypiania z Lulakami. Sobota jest zupełnie inna – z Mamą, Tatą, starszym bratem – Kubą i Bobkiem (ukochaną przytulanką – wężem), za to bez pośpiechu i bez przedszkola. Dziś cała rodzina wyrusza do lasu na grzyby, a Królem Grzybobrania zostaje ogłoszony Hubercik, któremu udało się znaleźć największe prawdziwki.

A owe tytułowe rzeczy w sam raz ? No właśnie – Hubercik co chwilę dowiaduje się, że jest na coś za mały, albo za duży. Jak to jest możliwe ? Tatuś mu to wytłumaczył: Są rzeczy, na które jesteś za duży, są rzeczy na które jesteś za mały i takie, które są dla ciebie w sam raz.Nie zdradzę Wam jednak, na co Hubercik jest w sam raz, bo nie cierpię odbierać książkom puenty. Nie tylko wtedy, gdy chodzi o to – kto zabił. 😉

Ta książeczka, podobnie jak „Lulaki” ukazała się w serii„Poduszkowce” . Obie znakomicie nadają się właśnie na wieczorne czytanie do poduszki – czytanie, które zamyka i podsumowuje dzień.

Beata Ostrowicka „Bobek, wyprawa i rzeczy w sam raz czyli ważne sprawy małych ludzi”, ilustr.: Aneta Krella – Moch, wyd.: Literatura, Łódź 2007

Przygody Astrid – zanim została Astrid Lindgren

Przygody Astrid – zanim została Astrid Lindgren

Wydawnictwo Zakamarki świętuje jutro w swoim rodzinnym Poznaniu 12 urodziny 🙂 a ja do najlepszych urodzinowych życzeń dołączam przypomnienie pierwszego wpisu na ich temat, jaki znalazł się w Małym Pokoju z Książkami 5 września 2007 roku (plus parę aktualizacji z roku 2019 🙂 ):

Poznańskie wydawnictwo „Zakamarki” pojawiło się na naszym rynku wydawniczym jakby w odpowiedzi na moje narzekania (edit: dotyczące polityki wydawniczej Naszej Księgarni w stosunku do książek Astrid Lindgren – vide: cykl o Katie) i od razu zabrało się za realizację moich życzeń. Wygląda na to, że jeszcze w tym roku możemy się spodziewać książeczek Astrid Lindgren: o tym, jak Lotta uczyła się jeździć na rowerze, o Madice i śniegu oraz o Bożym Narodzeniu w Bullerbyn. Książki innych skandynawskich autorów zapowiadane w najbliższym czasie również wyglądają bardzo smakowicie 😉 A potem… cóż szkodzi pomarzyć… może będziemy mogli poznać Kajsę… może doczekam się się też wreszcie baśni o grającej lipce (nie mylić ze „Śpiewającą lipką”, z którą Astrid nie miała nic wspólnego)…. a może  książki o Peterze i Lenie  ???

(edit: książki o Peterze i Lenie rzeczywiście wydały wkrótce potem Zakamarki, natomiast historię o dzielnej Kajsie – Nasza Księgarnia w zbiorze pod takim samym tytułem, a baśń o grającej lipce znalazła się w „Południowej łące”).

Na początek wydano „Przygody Astrid – zanim została Astrid Lindgren” i jest to zdecydowanie dobry początek 🙂

Jakaż to urocza książka !!! Począwszy od okładki z dziewczynką beztrosko bujającą się na gałęzi, przez wyklejkę, która wygląda wypisz wymaluj tak, jak owe prześliczne tapety z małych, malutkich bukiecików kwiatów, jakie miała Lisa w swoim pokoiku w Bullerbyn, a skończywszy na treści. Jej tematem, zgodnie z tytułem, jest dzieciństwo Astrid i jej rodzeństwa, uzupełnione swoistymi przypisami – czyli wskazówkami, w której z jej książek możemy znaleźć odniesienia  opisywanych tam zdarzeń.

Zastanawiam się, dla kogo bardziej jest ta książka – dla mnie czy dla moich córek ? Książki Astrid były moimi ukochanymi lekturami od zawsze. Mam do nich ogromny sentyment i dlatego towarzyszą również dzieciństwu moich córek. Wieczorne czytanie „Przygód Astrid” Najmłodszej z córek (w towarzystwie córki Środkowej) przerodziło się w rodzinną zgaduj zgadulę – kto szybciej powie, z jakiej to książki ? Stało też się dla nas zachętą, by sięgnąć do tych z książek Astrid, które dotychczas mniej lubiłyśmy. Na pierwszy ogień poszła Madika z Czerwcowego Wzgórza.

Ta książka to prosty przepis na szczęśliwe dzieciństwo – kontakt z naturą, dużo swobody i jeszcze więcej miłości. Proste prawda ? Astrid i jej rodzeństwo prawie nie mieli zabawek, nie znali też telewizji i komputerów, a jednak nie brakowało im pomysłów na wspaniałe zabawy. Dziwne, ze nie zabawiliśmy się na śmierć ! – mówiła potem. Książki dostawali tylko na Boże Narodzenie, nikt im nie czytał od niemowlęctwa 20 minut dziennie, a mimo to wyrośli na ludzi obdarzonych wspaniałą wyobraźnią (nie znaczy to oczywiście, ze mam coś przeciwko czytaniu dzieciom książek !!! 😉 ). W ich domu rodzinnym żyło się skromnie i pracowicie, ale jednego nigdy im nie brakowało – miłości i akceptacji rodziców.

Oprócz opowieści o Astrid i jej rodzeństwie, znajdziemy tam również przewodnik po miejscach, w których żyli – Vimmerby, Nas i Sevedstorp, które było pierwowzorem Bullerbyn. W Vimmerby można również odwiedzić „Świat Astrid Lindgren” – bajkowe miasteczko poświęcone jej książkom. Nasza wakacyjna podróż marzeń czyli tour de Bałtyk zyskała w ten sposób kolejny punkt programu. (edit: i rzeczywiście byliśmy tam w następnym roku 🙂 )

Autorka „Przygód Astrid” – Christina Bjork popełniła jeszcze kilka innych książek opowiadających dzieciom o świecie sztuki. „Linneę w ogrodzie Moneta” pożyczałyśmy z biblioteki, ale chętnie miałybyśmy ją na własność. „Vendela w Wenecji” i „Alicja w rzeczywistości” budzą moje żywe zainteresowanie – pierwsza ze względu na Wenecję, a druga… ze względu na Alicję 😉 A może… cóż szkodzi pomarzyć…wydawnictwo „Zakamarki” uwzględni w swoich planach… kiedyś tam, w przyszłości… może „Linneę”… i jeszcze może „Vendelę”… i jeszcze „Alicję” ;-)))  Ech, rozmarzyłam się…

(edit: Linneę rzeczywiście Zakamarki wydały niebawem, na pozostałe wciąż czekamy 😉 )

Christina Bjork „Przygody Astrid – zanim została Astrid Lindgren”,przekł.: Hanna Dymel – Trzebiatowska, ilustr.: Eva Eriksson, wyd.: Zakamarki, Poznań 2007

Dziewczynka z walizkami

Dziewczynka z walizkami

Książki Jacqueline Wilson należały kiedyś do ulubionych lektur Środkowej z moich z córek. „Dziewczynka z walizkami” była pierwszą, którą opisałam, a teraz jest drugą (po „Na krawędzi”), którą tu przypominam.

Wpis z 16 maja 2006 roku, Środkowa z córek była wtedy rówieśniczką bohaterki tej książki:

Andrea ma 10 lat. Jeszcze do niedawna jej życie było proste – mieszkała razem z rodzicami i Rzodkiewką (ukochanym pluszowym króliczkiem) w Morwowej Chatce. Teraz z tamtego życia pozostała jej tylko Rzodkiewka. W tamtym domu mieszka już ktoś inny, a rodzice rozwiedli się i zamieszkali razem z nowymi partnerami i ich dziećmi. Andy spędza tydzień u Mamy i tydzień u Taty, ale nigdzie nie jest tak naprawdę u siebie. W obu tych domach mieszkają dzieci, które są tam domownikami, a Andy jest wiecznym gościem. U Mamy i Petera mieszka w pokoju Kathy, u Taty i Carrie – razem z jej bliźniętami i nie ma tam nawet swojego łóżka, tylko śpi na podłodze w śpiworze. Całe życie była jedynaczką, a teraz musi ułożyć sobie stosunki z pięciorgiem przybranego rodzeństwa. Niedługo urodzi jej się jeszcze przyrodnia siostra. Krąży między tymi dwoma domami, z obu ma daleko do szkoły, a nade wszystko nie lubi piątków. Piątek to DZIEŃ WYMIANY.

Każde z rodziców chciałoby, żeby mieszkała tylko u niego (kłócą się o to także w jej obecności), a największym marzeniem Andy jest, żeby znów było jak dawniej i żeby mogła wrócić do Morwowej Chatki razem z rodzicami.

W „Dziewczynce z walizkami” nie ma happy endu – marzenie Andy o powrocie dawnych czasów nie może się spełnić. Nie kończy się jednak źle – pomału wszystko się układa, dziewczynka odnajduje swoje miejsce w obu domach i godzi się z całą sytuacją. Ta książka pokazuje jednak dobitnie, jak wielką tragedią dla dziecka jest rozwód rodziców, bo to właśnie oni RAZEM stanowią podstawowy filar jego świata. Rozstanie rodziców Andy i ich nowe związki to układ, w który uwikłana jest czwórka dorosłych i sześcioro dzieci. Na razie chyba nikt z nich nie jest szczęśliwy

Mieszkanie z Mamą i Tatą na zmianę to rozwiązanie niemal salomonowe – sprawiedliwe, ale dla kogo ? Andy sama tak zdecydowała, bo tylko w taki sposób mogła uciec od konieczności wyboru jednego z nich. Dwa domy tak naprawdę oznaczają jego brak, szczególnie w takiej wersji, jaką zafundowali jej rodzice. Każdy człowiek potrzebuje kawałka podłogi, o którym może powiedzieć MÓJ i gdzie stoi JEGO łóżko, miejsca gdzie może trzymać SWOJE rzeczy (okazuje się, że wystarczy nawet pół parapetu). To jest minimum, bez którego trudno jest mieć poczucie bezpieczeństwa.

Można w tej książce dostrzec także przesłanie ciut optymistyczne – mianowicie takie, że nawet najbardziej wywrócony do góry nogami świat po jakimś czasie znów się uładza. Mimo, że wszystko jest zupełnie inaczej, niż chcieliśmy, to i tak da się żyć i znaleźć w tym życiu dobre strony. Taką naukę mogą wynieść z lektury tej książki także te dzieci, których rodzice nie zamierzają się rozwodzić. W ich życiu też zdarzają się momenty, po których nic już nie jest tak, jak było.

Jacqueline Wilson „Dziewczynka z walizkami”, przekł.: Ewa Rajewska, ilustr.: Nick Sharratt, wyd. Media Rodzina, Poznań 2003

Cukiernia pod Pierożkiem z Wiśniami

Cukiernia pod Pierożkiem z Wiśniami

Wpis z 1 listopada 2007 roku:

To była ukochana książka mojego dzieciństwa. No, może niezupełnie dzieciństwa, bo miałam już wtedy jedenaście lat, ale pozostała ze mną na długo i była niezawodną lekturą na wszystkie smutki.

Najpierw utraciła uroczą kolorową obwolutę, a z czasem zaczęła się coraz bardziej rozsypywać. Kiedy zorientowałam się, że raczej nie można spodziewać się jej wznowienia, udałam się do introligatora, zabierając także, równie zaczytane  ”Dlaczego kąpiesz się w spodniach wujku ?”. Książki zostały ładnie oprawione  („Cukiernia” oczywiście w okładkę wiśniową) i służą nam nadal znakomicie. Obie należą teraz do ulubionych lektur moich córek.

„Cukiernia pod Pierożkiem z Wiśniami” to historia jedenastoletniej Ani, która wraz z młodszą siostrzyczką Kicią przyjeżdża do Londynu, aby tam zamieszkać na czas półrocznej nieobecności Taty. Ich Mama nie żyje i dziewczynki zostają pod opieką swojej ciotecznej babki Zofii, której nigdy wcześniej nie widziały. Ania bardzo boi się tego, co je czeka, ale okazuje się to wspaniałą przygodą. Zofia (mimo groźnie brzmiącego tytułu Ciotecznej Babki) jest bardzo miła, a w dodatku prowadzi tytułową cukiernię, w której tak miło pachnie świeżo upieczonym ciastem.

Czy to ten zapach, który wręcz unosi się z jej kartek, sprawił, że tak ją polubiłyśmy ? Po zamknięciu książki ma sie ochotę pobiec do kuchni i samodzielnie coś upiec – można skorzystać z zamieszczonych tam przepisów na słodycze, które robiła sama Ania. W końcu (jak mówiła Zofia): Nic tak łatwo nie pozwala zapomnieć o troskach, jak spokojna godzina spędzona w kuchni.

W porównaniu z moimi córkami, standardy zachowania których wyznaczane są raczej przez bohaterów Astrid Lindgren, książkowa Ania jest wręcz obrzydliwie grzeczna. Jeśli nawet (choć bardzo rzadko) zdarzy jej się dać upust negatywnym emocjom, to zaraz mityguje się i przeprasza. W tej książce od początku do końca pojawiają się wyłącznie ludzie życzliwi i dobrzy. Od Zofii i Kloci, pod których opieką pozostają dziewczynki, przez kelnerki w cukierni, poznanego na ulicy chłopca – Larry’ego aż po wielkich aktorów, u boku których Ania wystąpi w teatrze. W tym niedzisiejszym świecie opisanym w „Cukierni” – w którym dorośli zawsze mają rację, a dzieci są posłuszne – jest ład, który daje poczucie bezpieczeństwa.

Dodajcie do tego jeszcze ilustracje  Marii Orłowskiej – Gabryś – również sympatyczne, spokojne i trochę staroświeckie – i już wiecie, jaka jest „Cukiernia pod Pierożkiem z Wiśniami” 🙂

Piszę o niej teraz nie tylko dlatego, że właśnie wykurowałam się z wyjątkowo zjadliwej grypy, a pierwszą książką, po którą sięgnęłam, gdy już mogłam czytać była właśnie „Cukiernia”. Piszę o niej teraz – ponieważ już całkiem niedługo ukaże się jej wznowienie !!! Ukaże się w serii „Mistrzowie ilustracji”, do której należy już między innymi „Babcia na jabłoni” Miry Lobe z ilustracjami Mirosława Pokory i „Gałka z łóżka” Mary Norton z ilustracjami Jana Marcina Szancera.

P.S. Zajrzałam ostatnio na stronę wydawnictwa i ze zdziwieniem zauważyłam tam swoją własną wypowiedź o „Cukierni” z jakiegoś forum. Chyba, że jest jeszcze ktoś, kto ma te książkę w wiśniowej okładce ?

Clare Compton „Cukiernia pod Pierożkiem z Wiśniami”, przekł.: Krystyna Tarnowska, ilustr.: Maria Orłowska – Gabryś, wyd.: Nasza Księgarnia, Warszawa 1976

Wznowienie ukazało się wkrótce po tym, jak napisałam tę recenzję, ale moje córki jednak nadal wolały tę książkę w naszej wiśniowej oprawie. Nowa natomiast znakomicie nadawała się (i nadaje nadal) na prezenty. Nie znam dziewczynki, której by się ona nie spodobała 🙂

I zupełnie nie przeszkadza mi to, że tytułowy Cherry Pie zdecydowanie nie jest pierożkiem 🙂

Clare Compton „Cukiernia pod Pierożkiem z Wiśniami”, przekł.: Krystyna Tarnowska, ilustr.: Maria Orłowska – Gabryś, wyd.: Dwie Siostry, Warszawa 2007

Gdybym nie pomyliła psów

Gdybym nie pomyliła psów

i kolejne części cyklu o Tildzie 🙂

Wpis z 23 września 2008 roku:

Jak można pomylić psy ? Nie zauważyć, że się odchodzi spod sklepu z zupełnie innym zwierzakiem niż ten, którego się tam zostawiło ?

I nie chodzi tu bynajmniej o dwa psy tej samej rasy, tylko o różniące się zdecydowanie rozmiarem (i całą resztą zresztą też 😉 ) chihuahuę i labradora. Wydaje się to niemożliwe, ale nie ma rzeczy niemożliwych, jeśli się ma dziewięć lat, bujną wyobraźnię i spotkało się chłopca, do którego się wzdycha od jakiegoś czasu. A Tilda właśnie ma dziewięć lat, bujną wyobraźnię i spotkała pod sklepem Axela (czy może Axla ? – jak to się odmienia ?)

Gdybym nie pomyliła psów, mama nie dostałaby ataku alergii. Gdyby mama nie dostała ataku alergii, nie ukradziono by mi roweru. Gdyby nie ukradziono mi roweru, tobym się nie zgubiła. Gdybym się nie zgubiła, nie spotkałabym Sary i jej babci. Gdybym nie spotkała Sary i jej babci… i tak dalej, i tak dalej. Wszystko co nas spotyka ma swoje przyczyny i skutki – czasem bywają przyjemne, a czasem opłakane. W przypadku Tildy jednak wszystko kończy się dobrze.

Babcia nazywa to przeznaczeniem. Mama – przypadkiem. Ja sama nie wiem, co o tym myśleć i jak to nazwać. Przeznaczenie brzmi, według mnie, troche podniośle i wydumanie, za to przypadek nie brzmi wcale. Jakby się nic nie wydarzyło… A przecież się wydarzyło !

„Gdybym nie pomyliła psów” to bardzo sympatyczna książka dla rówieśników Tildy. Była pierwszą lekturą Najmłodszej z moich córek po wakacjach – osadzona w realiach roku szkolnego, ale trochę jeszcze wakacyjnie zwariowana. Tak jak jej bohaterka, z którą spotkamy się niebawem w kolejnej części cyklu.

Dowiemy się wtedy, czy udało jej się dotrzymać obietnicy: I już nigdy nie będę kłamać. Promise !

Ingelin Angerborn „Gdybym nie pomyliła psów”, przekł.: Katarzyna Ottoson, ilustr.: Magda Chodorowska, wyd.: Zakamarki, Poznań 2008

Wpis z 13 marca 2012 roku:

Ponad trzy lata temu pisałam tu o książce „Gdybym nie pomyliła psów”, która rozpoczynała cykl o ciut zwariowanej dziewczynce imieniem Tilda. Potem ukazała się druga część – „Gdybym nie zrobiła z taty astronauty”, a niedawno trzecia – „Gdybym nie powiedziała prawdy”.

Gdybym nie zrobiła z taty astronauty, nic by się nie wydarzyło. Nie ukradłabym gazety, nie zdarzyłby się cud, nie zniszczyłoby się zdjęcie pani Doris, nie zginąłby kask pana od wuefu, a przede wszystkim nie musiałybyśmy się przeprowadzać.

Wiem, że to brzmi dziwnie. Ale ze mną już tak jest – dziwnie !

Wyplątawszy się z perypetii spowodowanych pomyleniem psów Tilda obiecała sobie (i czytelnikom tych książek), że już nigdy nie będzie kłamać. Niestety długo nie wytrwała w swoim postanowieniu, a wszystko przez tatę, a może raczej przez ojców innych dzieci…

Nagle wszyscy jeden przez drugiego zaczęli opowiadać o swoich ojcach. (…) Możliwe, że parę osób wcale sie nie odezwało. Sama już nie wiem. Ale akurat wtedy wydawało mi się, że wszyscy przechwalają się swoimi tatusiami. Jeden tatuś był lepszy od drugiego. I najwyraźniej wszyscy ci tatusiowie mieszkali razem ze swoimi dziećmi. A Tilda mieszkała tylko z mamą i nie bardzo mogła pochwalić się swoim tatą urwipołciem. Dlatego powiedziała, ze jej tata jest astronautą, co jak to zwykle u niej bywa, stało się początkiem serii zwariowanych zdarzeń. Bo z Tildą tak już jest – najpierw działa, a potem (ewentualnie) myśli o skutkach. 😉

Wplątawszy się z perypetii spowodowanych zrobieniem z taty astronauty, Tilda znów obiecała sobie (i nam), że będzie mówić tylko prawdę. I powiedziała – że jej tata jest na wyprawie na Kilimandżaro. Tylko jakoś nikt w tę prawdę nie chciał uwierzyć…

Gdybym nie powiedziała prawdy, nic by się nie wydarzyło. Nie utknęłabym na balkonie Axla, nie zapodziałabym Kilimandżaro, nie pomyliłabym łazienek i nie wsadziłabym łokcia w kupę słonia… ale przede wszystkim nie zdobyłabym głównej nagrody !

Wiem, że to brzmi dziwnie. Ale ze mną już tak jest – dziwnie ! Zupełne szaleństwo ! Jakbym się nie starała, zawsze coś namotam.

Przedostatni z pięciu tomów cyklu o Tildzie nosić będzie tytuł „Gdybym nie kupiła świnki morskiej” i bardzo ciekawa jestem co też ona tym razem (razem z tą świnką) nawyczynia 🙂

Edit: Najmłodsza z córek była już wtedy w wieku, w którym się sięga po inne lektury, więc się tą serią potem nie interesowałam. Widzę jednak, że kolejne części jednak się już po polsku nie ukazały. Szkoda 😦

Ingelin Angerborn „Gdybym nie zrobiła z taty astronauty”, przekł.:Katarzyna Ottosson, ilustr.: Magda Chodorowska, wyd.: Zakamarki, Poznań 2011

Ingelin Angerborn „Gdybym nie powiedziała prawdy”, przekł.:Katarzyna Ottosson, ilustr.: Magda Chodorowska, wyd.: Zakamarki, Poznań 2012

Na krawędzi

Na krawędzi

Skoro o książkach wakacyjnych mowa, przypomniała mi się ta – opisywałam ją dawno temu, na samym początku istnienia Małego Pokoju z Książkami. Jacqueline Wilson była wówczas ulubioną pisarką Środkowej z moich córek i jej rówieśnic. Teraz, mam wrażenie, jej książki nie cieszą się taką popularnością, a trochę szkoda.

Przy okazji tej książki naszła mnie dziś refleksja o tym, jak szybko biegnie czas – ani się obejrzeliśmy, a nie tylko Najmłodsza zaczęła wyjeżdżać sama, ale w ogóle powstał problem, żeby któraś z naszych córek znalazła czas i ochotę na spędzenie kawałka wakacji z rodzicami 😉

Wpis z 26 czerwca 2006 roku:

Nareszcie wakacje !!! Najstarsza i Środkowa z moich córek szykują się do obozu harcerskiego. Już nie mogą się doczekać – to nie będzie pierwszy taki ich wyjazd, więc dobrze wiedzą, czego się spodziewać. Trochę inaczej wyglądało, kiedy każda z nich wyjeżdżała pierwszy raz – wtedy obawiały się nieco, mimo że jechały w gronie osób dobrze znanych ze szkoły i zbiórek w czasie roku szkolnego.

Timowi, bohaterowi książki „Na krawędzi” było dużo trudniej. Rodzice wysłali go na obóz sportowy wbrew jego woli – on nie jest typem sportowca, najbardziej lubi siedzieć przed telewizorem i komputerem, czytać książki i rozwiązywać łamigłówki. W dodatku bał się pierwszego samodzielnego wyjazdu z domu w obce miejsce, gdzie z obcymi dziećmi miał robić coś, za czym nie przepada. Jego Tata natomiast był w dzieciństwie mistrzem sportów wszelakich (a przynajmniej ON tak mówi 😉 ) i chciałby uformować syna na wzór i podobieństwo swoje.

Tim jechał na obóz pełen obaw, w dodatku bez ukochanego misia Waltera, bo Tata uważał, że zabranie go byłoby dowodem na mięczakowatość syna. Na miejscu przekonał się, że tak naprawdę nic nie jest takie, jak na pierwszy rzut oka wygląda. Ci, którzy robią wrażenie największych twardzieli, przed zaśnięciem przytulają się do ukochanych pluszaków. Najfajniejszym kumplem okazuje się największy grubas i żarłok, a ci na pozór najbardziej fajtłapowaci w sytuacjach trudnych potrafią myśleć logicznie i to właśnie im drużyna zawdzięczała ostateczne zwycięstwo.

Ta nieduża książeczka została (w jednej z dyskusji na forum o książkach dla dzieci) zaliczona do Książek, Które Pomagają Uwierzyć w Siebie. Warto podsunąć ją dziecku, które pierwszy raz wyjeżdża samo i na pewno trochę się boi, choć stara się być dzielne. Nawet dla siedmiolatka nie powinna to być lektura zbyt trudna. Warto również, żeby przeczytali ją rodzice, którzy pierwszy raz wysyłają gdzieś swoje dziecko i też się boją 😉 ) Może łatwiej im będzie zrozumieć jego obawy i potrzebę zabrania ukochanego pluszaka. Nabiorą też może dystansu do płynących od dziecka rozpaczliwych komunikatów: TU JEST OKROPNIE, ZABIERZCIE MNIE STĄD !!!. W dobie telefonów komórkowych łatwiej jest o natychmiastowy kontakt z domem przy najmniejszych problemach, ale też trudniej o dystans do nich. Sama wysyłałam do rodziców takie rozpaczliwe listy (teraz śmieję się, kiedy je czytam), a kiedy przyjechali po mnie, wcale nie chciałam wracać do domu.

Pierwszy wyjazd zawsze jest trudny – i dla dziecka, i dla rodziców. Z każdym kolejnym problemów jest mniej. Kiedy za kilka lat Najmłodsza osiągnie odpowiednią samodzielność, będziemy mogli radośnie zanucić za Kazikiem: Wyjechali na wakacje wszyscy nasi podopieczni – gdy nie ma dzieci w domu, to jesteśmy niegrzeczni 😉

Jacqueline Wilson „Na krawędzi”, przekł.: Ewa Rajewska, ilustr.: Nick Sharratt, wyd.: Media Rodzina, Poznań 2004

Lato Stiny

Lato Stiny

Wpis z 3 lipca 2013 roku:

„Lato Stiny” to książka, która pachnie wakacjami i to jakimi wakacjami !!!

Wystarczy spojrzeć na okładkę – mały domek nad samym morzem, przed nim stół nakryty staroświeckim obrusem w czerwoną kratkę, a na stole – świeżo złowiony okoń. Usmażony na maśle, z koperkiem i młodymi ziemniaczkami. Takie wakacje to ja rozumiem 🙂

Stina tak na oko ma jakieś pięć lat i spędza lato u swojego dziadka, który mieszka na niewielkiej, skalistej wysepce gdzieś u wybrzeży Szwecji – czyli szkierze. Zastanawiam się, czy to przypadek, czy świadome nawiązanie do „My na wyspie Saltkrakan” Astrid Lindgren ? Tam też była Stina, która przyjeżdżała do dziadka…

Czytałam „Lato Stiny” siedząc na plaży na przeciwległym brzegu Bałtyku. Wokół mnie bawili się jej rówieśnicy i mogłam obserwować, jak bardzo różnią się ich wakacje.

Stina nie jest przywalona stosem zabawek – wiaderek, łopatek, foremek, dmuchanych krokodyli, delfinów, materacyków, latawców, piłek etc. W tej książce jak w „Fali” Suzy Lee – jest tylko dziewczynka i morze, fascynujące niezależnie od pogody. Dziadek nazywa ją czasem poszukiwaczką skarbów. Bo Stina bez przerwy szuka rzeczy, które wyrzuciło morze, albo takich, które po prostu leżą gdzieś i czekają, żeby je znaleźć. Piórka, patyki, dziwne słoiczki… Na wyspie można znaleźć naprawdę wszystko.

Nie ma też obok siebie nikogo dorosłego, kto przeszkadzałby jej w zabawie przebieraniem, smarowaniem kremem i namawianiem, żeby koniecznie coś zjadła. Dziś z rozbawieniem obserwowałam takiego upartego tatę, który biegał z bananem od jednego dziecka do drugiego (a miał ich trójkę) – bez powodzenia i w końcu zjadł go sam 😉

Stina ma Dziadka, który zabiera ja łódką na ryby, smaży je potem na obiad, milcząco towarzyszy jej zabawom, a wszystkie szalone pomysły wnuczki kwituje słowami: Co ty powiesz…

Tak samo reaguje także na zwariowane opowieści swojego przyjaciela Axla (Axela ?), nie bez powodu nazywanego Bujdą, który nie potrzebuje rumu szumiącego w głowie, żeby snuć niebywałe morskie opowieści. Wystarczą zwykłe kanapki z miodem, aby przypomniał sobie Wielki Medal Plastra Miodu, którym został odznaczony, a który to medal zatonął podczas piekielnego sztormu przy przylądku Horn… Kto chce, ten niechaj wierzy, kto nie chce, niech nie wierzy… a na Stinie te historie robią większe wrażenie niż zapewne niejeden film, których z resztą nie ma gdzie oglądać, bo w domku Dziadka nie widać telewizora.

Oj, marzą mi się takie wakacje z dala od cywilizacji, choć to, że w tym roku campingowe Wi-fi dociera nawet do naszej przyczepy, ma też swoje dobre strony 😉

Lena Anderson (tekst & ilustr.) „Lato Stiny”, przekł.: Agnieszka Stróżyk, wyd.: Zakamarki, Poznań 2013

My dwie, my trzy, my cztery

My dwie, my trzy, my cztery

Aktualizacja 24 czerwca 2021 roku – „Kasieńka” i „My dwie, my trzy, my cztery” zostały wznowione z nowymi okładkami autorstwa Zosi Frankowskiej 🙂

Oryginalny tytuł tej książki brzmi „Apple and Rain”. Apple naprawdę nazywa się Apollinia Apostolopoulou, ale jak sama mówi: nikt nie potrafi tego wymówić. Dlatego od razu mówię, że jestem Apple. Ma trzynaście lat, mieszka z babcią, jej tata ma nową żonę, a mama zniknęła z jej życia jedenaście lat temu. Apple cały czas ma nadzieję, że wróci. Natomiast Rain…

Rain pojawia się dopiero mniej więcej w połowie książki, więc każde wyjaśnienie jej obecności będzie spoilerem. Powiem tylko, że jest mocno specyficzna, a reszty musicie dowiedzieć się z książki.

W okładkowych blurbach można przeczytać, że jest to książka o dorastaniu do miłości i odpowiedzialności oraz o sile miłości i przebaczaniu. Dla mnie jest ona przede wszystkim o dorosłych, którzy nie zasługują na własne dzieci, bo to właśnie dzieci znajdują w sobie odpowiedzialność i siłę do przebaczania mimo wszystko. Trochę podobnie było w „Kasieńce”, ale ten problem pojawiał się też w innych angielskich książkach, które czytałam. Na przykład u Jacqueline Wilson, która była kiedyś ulubioną pisarką córki Środkowej, a obecnie już nie jest chyba chętnie czytana. Problem rodziców, którzy nie potrafią stworzyć swoim dzieciom domu dającego im poczucie bezpieczeństwa i stabilizacji, nie jest oczywiście tylko problemem brytyjskim, choć w polskiej literaturze rzadko się pojawia, a jeżeli już – to raczej w książkach dla starszych nastolatków.

„Kasieńka”, pierwsza książka tej autorki, była utworem z gatunku verse novel czyli zbiorem białych wierszy. Spodziewałam się, że ta będzie podobna, ale tym razem jest to klasyczna powieść – choć poezja pełni w niej ważną rolę. W ramach lekcji angielskiego klasa Apple zapoznaje się z poezją i próbuje tworzyć własne wiersze. To właśnie poezja pomaga dziewczynce zrozumieć i uporządkować swoje uczucia oraz nabrać wiary w siebie. Czytając o tych jej lekcjach, o tym jak pan Gaydon, nauczyciel rozmawia z nimi o wierszach – i tych autorstwa znanych poetów, które przynosi na lekcje, i tych, które uczniowie piszą sami, poczułam zazdrość. Można tak ? Bez sprawdzianów ze znajomości lektury i jedynie słusznej interpretacji tego, co autor chciał przez to powiedzieć ? Pozostawiając uczniom pole dla ich własnej wyobraźni ? Moja wyobraźnia nie sięga tak daleko 😉

(Tutaj powinny rozbrzmieć oklaski dla tłumaczki za to, jak przełożyła wiersze Apple, a szczególnie za ten, który powstał po lekturze „Dżabbersmoka” Lewisa Carolla. Chapeau bas !!! 🙂 )

„My dwie, my trzy, my cztery” to także książka o pierwszym zakochaniu (a nawet dwóch 😉 ), pierwszym pocałunku (a nawet dwóch 😉 ), przyjaźni i problemach, jakie mają wszyscy, którzy dorastają. Jak napisał o niej „The Guardian” – to powieść inna niż większość książek dla młodzieży. Nie ma w niej seksu ani przemocy, wątek miłosny pojawia się dopiero pod koniec – a jednak wzrusza i trzyma w napięciu.

Sarah Crossan „My dwie, my trzy, my cztery”, przekł.: Małgorzata Glasenapp, wyd.: Dwie Siostry, Warszawa 2018