U babci jest słodko, świat pachnie szarlotką… – śpiewają przedszkolaki na obchodach Dnia Babci i wtedy jeszcze naprawdę kochają swoje babcie i dziadków miłością szczerą i bezkrytyczną.
Ben – bohater tej książki nie jest już przedszkolakiem. Patrzy na świat bezlitośnie, krytycznym spojrzeniem nastolatka i w domu swojej babci czuje przede wszystkim smród kapusty.
Powoli uniosła się z krzesła i ruszyła do kuchni, Przy każdym kroku spomiędzy jej obwisłych pośladków wydobywało się nieco powietrza. Brzmiało to jak kwakanie. Babcia albo nie zdawała sobie z tego sprawy, albo naprawdę dobrze udawała, że nie zdaje sobie z tego sprawy.
Ta
Babcia ponadto kłapie sztuczną szczęką, chrapie, niedowidzi,
niedosłyszy i jest taaaka nuuuuudna (a dowiadujemy się tego już w
pierwszej linijce).
Zastanawiam się: dlaczego 8 lat temu broniłam przed oburzonymi krytykami kreta, który chciał wiedzieć, kto mu narobił na głowę, a dziś czytając „Babcię rabuś” mam uczucia mocno mieszane? Zestarzałam się czy co ? A może chodzi o to, że w „Krecie” była lekkość i przymrużenie oka, których u Walliamsa mi brakuje ?
Na pierwszy rzut oka „Babcia rabuś” kojarzyć się może z książkami Roalda Dahla – szczególnie z „Matyldą”, gdzie rodzina bohaterki była opisana w podobnie krytyczny sposób. Podobnie – ale jednak inaczej, bo Dahl nigdy nie przekroczył tej cienkiej linii, która oddziela żart śmieszny od chamskiego. Podobieństwo kryje się też w ilustracjach – kreska Tony’ego Rossa przypomina styl Quentine’a Blake’a, który był nadwornym ilustratorem Dahla, ale jednak czegoś mi tam brakuje.
W „Babci rabusiu” (podobnie jak w „BFG”) pojawia się we własnej osobie i dworskim anturage’u brytyjska królowa Elżbieta. To wszystko powoduje, że odbieram tę książkę jako nie do końca udolne naśladownictwo Dahla (żeby nie użyć słowa popłuczyny, które uporczywie pcha mi się pod palce… 😉 ).
Rozumiem intencje autora, który nie chce zaprzeczać odczuciom swojego bohatera i pragnie dać jego rówieśnikom prawo do tego, aby widzieli i czuli podobnie, ale mam wrażenie, że jednak trochę się w tym zapale zagalopował. W pewnym sensie nobilituje on ten rodzaju poczucia humoru, który za moich czasów ( a nie były one znowu tak odległe 😉 ) zarezerwowany był dla męskiej szatni przed lekcją wf, gdzieś w końcu szkoły podstawowej czyli na obecnym poziomie gimnazjum. Tyko że wówczas było ono trochę jak trądzik czyli mijało z wiekiem, a przynajmniej nie wypadało się do niego przyznawać 😉 . Teraz już jest inaczej, wystarczy obejrzeć jakikolwiek kabaret, a wprowadzenie na kartki książki nadaje mu znaczenie, na które IMO nie zasługuje.
I
dlaczego, aby zyskać miłość wnuka babcia musiała posunąć się
do kłamstwa ???
Jednak z drugiej strony – grupa wiekowa, do której jest ona adresowana, to ten okres w życiu, w którym sporo nastolatków (a szczególnie chłopców) przestaje czytać. Czy w związku z tym powinniśmy uznać, że cel uświęca środki i że każdy rodzaj lektury jest wartością ?
Mimo wszystko – osoba czytająca cokolwiek (niech to będzie nawet taki koszarowy rodzaj humoru) ma większą szansę na to, że (choćby przypadkiem) sięgnie kiedyś po coś wartościowego, niż ten, kto książek programowo do rąk nie bierze. Więc może warto dać „Babci rabuś” i jej czytelnikom szansę ?
Ot – kolejna książka kontrowersyjna 😉
David Walliams „Babcia rabuś”, przekł.: Karolina Zaremba, ilustr.: Tony Ross, wyd.: Dom Wydawniczy MAŁA KURKA, Piastów 2013
i kolejne części krakowsko – szwedzko – lwowskiego cyklu Barbary Gawryluk
Edit 3.09.2026 r. – wznowione niedawno w dwóch tomach przez Wydawnictwo Literatura (więcej o tej edycji na końcu wpisu)
Wpis z 11 listopada 2010 roku:
Zrobili to ! Nie mogłam uwierzyć, że to zrobili ! Jeszcze niedawno wydawało mi się to niemożliwe. (…) W środku wakacji dowiedziałam się, ze nie wrócę już do nowej szkoły. Że nowy rok szkolny zacznę w nowej szkole, w nowym mieście i… w nowym kraju !
Natalka ma
9 lat, dwóch młodszych braci – bliźniaków i rodziców, którzy
są lekarzami. Odział szpitalny, na którym pracowali, ma zostać
zlikwidowany, a oni zdecydowali się wyjechać na dwa lata do
Szwecji. Z dziećmi oczywiście, choć Natalka wolałaby zostać z
babcią i dziadkiem w Krakowie, w swojej szkole i na swoich zajęciach
tanecznych …
W
nowej, szwedzkiej szkole dziewczynka spotyka dzieci z Ukrainy,
Australii, Boliwii i… Polski. Jej krakowski kolega wrócił
niedawno z Irlandii, a drugi – wyjechał z mamą do Londynu. Takich
dzieci jest i będzie coraz więcej, bo coraz więcej ludzi decyduje
się na życie za granicą, czasem z konieczności, a czasem z
wyboru.
„Moje Bullerbyn” to książka polsko (czy też dokładniej: krakowsko) – szwedzka i… trochę lwowska. Jak to jest możliwe i co wyszło z takiej mieszanki ? Wyszła po prostu świetna książka. I mimo że nie sprawdziłam jej jeszcze na żywym materiale, czyli na Najmłodszej, nie mogłam się powstrzymać, żeby się nie podzielić z Wami radością z jej odkrycia 🙂
Barbara Gawryluk jest pisarką, dziennikarką i skandynawistką. Napisała m.in. „Dżoka”, „W zielonej dolinie”, cykl o świstaku Gwizdku (który nota bene powiększył się o dwie kolejne pozycje, więc są już książki o każdej porze roku w Tatrach). Tłumaczy ze szwedzkiego książki dla wydawnictwa „Zakamarki” – cykl o Lassem i Mai oraz o chłopcu imieniem Tsatsiki. Prowadzi w Radiu Kraków niedzielny „Alfabet” i jest to (poprawcie mnie jeśli się mylę !) bodaj jedyna cykliczna audycja radiowa poświęcona literaturze dziecięcej.
W „Moim Bullerbyn” też nie zapomina o literaturze szwedzkiej, a jeden z rozdziałów w całości poświęcony jest wizycie rodziny Majewskich w Junibacken w Sztokholmie. Teraz jeszcze bardziej chciałabym tam pojechać !
Chociaż
miejscowość, w której zamieszkała rodzina Natalki oczywiście nie
nazywa się Bullerbyn,
jest w tej książce coś z tamtej atmosfery. Wszyscy są dobrzy i
sympatyczni (nawet jeśli z początku robią inne wrażenie),
problemy (jeśli się pojawiają) dają się rozwiązać i oczywiście
wszystko zawsze dobrze się kończy.
Kiedy tu przyjechałam, wszystko było źle. I tak bardzo tęskniłam za moimi przyjaciółkami, za babcią i dziadkiem, za tańcem, za Krakowem, za moim pokojem, nawet za szkołą. I dalej tęsknię. Ale minęło kilka miesięcy i nie wyobrażam sobie, co by było, gdybym nie poznała ciebie, Matsa czy Selmy. W szkole dalej jest ciężko, ale w Rabarbarze – super. (…) „Będzie dobrze, Natalko” – tak mi wszyscy mówili. I chyba już jest dobrze !
Barbara Gawryluk „Moje Bullerbyn”, wyd.: Akapit Press, Łódź 2010
Wpis z 26 lutego 2012 roku:
Tak się jakoś ostatnimi czasy porobiło, że wszystko co dobre, musi mieć koniecznie ciąg dalszy…
Spędziłam niedawno dłuższą chwilę przed półką z literaturą młodzieżową w Empiku – książki „pojedyncze”, nie będące częścią żadnej serii, sagi, cyklu występowały tam w charakterze rzadkich rodzynków. Moja dwunastoletnia Najmłodsza w ciągu ostatnich kilku miesięcy przeczytała tylko jedną książkę nie będącą częścią większej całości i to tylko dlatego, że „Sposób na Alcybiadesa” był jej lekturą szkolną. Następną była już „Ania z Zielonego Wzgórza” 😉
Jeśli
jakiś film odniesie sukces, natychmiast kręci się jego sequel.
Seriale mają swoje kolejne sezony i każdy z nich kończy się tak,
żeby zostawić jego twórcom furtkę do realizacji następnego. W
sklepach mamy nie tylko serie kosmetyków, ale też zabawek czy sosów
do potraw. Nawet reklamy są już najczęściej serialami…
Wśród książek na jednym biegunie tego zjawiska mamy rozpisane na kilka tomów historie, które jednakowoż konsekwentnie od początku zmierzają do definitywnego końca, a na drugim – cykle oddzielnych historii powiązanych ze sobą wyłącznie osobą głównego bohatera (bohaterów), a kolejność czytania nie ma najmniejszego znaczenia. Gdzieś pośrodku plasują się serie opowieści typu neverending story 😉 , w których kolejny tom jest kontynuacją poprzedniego i odwołuje się do wydarzeń tam opisanych, a więc należy je czytać w odpowiedniej kolejności. A jak się już przeczyta, należy czekać na kolejny. Do tej kategorii należy cykl rozpoczęty książką „Moje Bullerbyn”. Potem były „Kolczyki Selmy” a niedawno ukazała się kolejna (i z całą pewnością nie ostatnia 😉 część – „Dziewczynka z fotografii”
Te trzy niepozorne książeczki obejmują trochę ponad rok z życia Natalki, która wraz z rodzicami i dwójką młodszych braci przeprowadziła się z Krakowa do niewielkiego szwedzkiego miasteczka. Tylko rok, a tyle się w tym czasie wydarzyło… Nowy dom, nowy język, nowa szkoła, nowi znajomi z różnych stron świata, nowa grupa taneczna, a równocześnie odwiedziny u Dziadków w Krakowie i przyjazd do Szwecji jej krakowskich przyjaciółek… Jeżdżąca na wózku Karina i jej powrót do sprawności… I wreszcie – znajomość z Selmą – samotną staruszką, która kiedyś była światowej sławy tancerką, jej śmierć i niespodziewany spadek po niej, a w ostatniej części – wyprawa do Lwowa, w którym Selma spędziła dzieciństwo i młodość.
Czytając „Dziewczynkę z fotografii” uświadomiłam sobie, że jest to wśród książek dla dzieci i młodzieży pierwsza, w której pojawia się problem dawnych Kresów Rzeczpospolitej – współcześnie. To trudny temat, ale Barbara Gawryluk jak zawsze zdołała znaleźć właściwy ton, aby pisać o tym w sposób odpowiedni dla wczesnych nastolatków, a równocześnie pokazała współczesny Lwów jako miasto ukraińskie, w którym Natalka i Karina odwiedzają swoją serdeczną przyjaciółkę Elenę, poznaną w Szwecji i serdecznie kibicują w jej meczu piłki ręcznej. Nie zapomina jednak o tym, że przed wojną Lwów był trzecim miastem Rzeczpospolitej i że nadal mieszkają tam Polacy, a na Cmentarzu Łyczakowskim są groby wielu sławnych polskich artystów, profesorów i znanych osobistości. Może ta książka będzie dobrym wstępem do zainteresowania się tą częścią naszej historii ?
A kiedy już ją przeczytacie, zaczniecie czekać na kolejny tom tej serii… 😉
Barbara Gawryluk „Kolczyki Selmy”, wyd.: Akapit Press, Łódź 2011
Barbara Gawryluk „Dziewczynka z fotografii”, wyd.: Akapit Press, Łódź 2012
Wpis z 17 listopada 2013 roku:
Kiedy zobaczyłam okładkę tej książki (jeszcze w zapowiedziach) przestraszyłam się – naprawdę! Obawiałam się, że ten rozdarty na dwoje dom na okładce może oznaczać rozwód rodziców Natalki, a zdążyłam już polubić całą jej rodzinę. Z drugiej strony wydawało mi się to nierealne, bo jej rodzice robiła wrażenie stabilnego związku.
Ale
na szczęście nie o to chodziło…
…
choć może sformułowanie na szczęście nie jest tu na miejscu.
Rodzina Natalki musi stawić czoła innemu poważnemu problemowi –
chorobie Dziadka, nieuleczalnej i postępującej. Dlatego właśnie
jej rodzice zdecydowali się na powrót do Krakowa, co szczęśliwie
zbiegło się z propozycją pracy w ich dawnym szpitalu.
I znów, jak przed rokiem, Natalka postawiona została przed faktem dokonanym – wtedy dowiedziała się, że wyjeżdżają do Szwecji, teraz – że wracają do Polski. Z jednej strony cieszy się, bo przecież tęskniła do swojej poprzedniej klasy, przyjaciółek i Ósemki, ale w Szwecji też ma już przyjaciół: Karinę, Maję, Matsa, radzi sobie z językiem i odnalazła swoje miejsce w Rabarbarze. Choć rozumie, że tak musi być, że są potrzebni Dziadkom w Krakowie, jednak jest jej ciężko…
Ten wątek wydaje mi się bardzo ważny. Zarówno rodzice Natalki jak i ona sama ani przez chwilę nie dopuszczają do siebie myśli, że mogliby zostawić Babcię samą z tym problemem w Polsce, wspierając ją na odległość wyłącznie finansowo, bo w Szwecji żyje im się wygodniej. Są takie momenty w życiu, kiedy rodzina powinna trzymać razem. Teraz, kiedy trendy jest raczej hedonistyczny egoizm, taki przykład odpowiedzialności ma ogromną wartość.
„Dwa domy” to ostatni tom cyklu, którego początkiem było „Moje Bullerbyn”. Cztery pozornie niepozorne książki, a znalazło się w nich miejsce dla tylu ważnych spraw !!! Problemy związane z przeprowadzką do innego kraju i powrotem na Ojczyzny łono nie dotyczą tylko naszej bohaterki. Elena wróciła ze Szwecji do Lwowa, a do klasy w Krakowie przybył nowy kolega – repatriant z Hiszpanii. Znajdziemy tam także przyjaźń, pierwsze nieśmiałe zakochanie, tajemnicza historię z przeszłości, Kraków, Sztokholm, Lwów, Tatry, Wieliczkę, TOPR, psy, granie w filmie, hip – hop… aż się w głowie mąci 😉
Miałyśmy niestety z tym cyklem problem 😦 Co prawda miedzy pierwszym a ostatnim tomem w życiu Natalki minął tylko rok, ale w realu trwało to ponad trzy lata. Moja Najmłodsza, która na początku była tylko trochę starsza od niej, z zainteresowaniem przeczytała jedynie pierwsze dwie części. Potem już uznała, że są dla niej za dziecinne. Szkoda 😦
Barbara Gawryluk „Dwa domy”, wyd.: Akapit Press, Łódź 2013
Wydawnictwo Literatura wznowiło w 2026 ten cykl w dwóch tomach – każdy zawiera po dwie części:
Tom pierwszy nosi tytuł „Moje Bullerbyn” czyli taki sam, jak pierwsza część cyklu. Tom drugi zatytułowany jest „Do widzenia, Bullerbyn!” co może być mylące. Widząc go, ucieszyłam się, że pojawił się nowy, piąty tom cyklu. Myślę, że nie tylko ja tak się pomyliłam – szczególnie, że ani na okładce, ani na stronie wydawnictwa nie ma informacji o tym, że jest to wznowienie zawierające w sobie dwie części o innych tytułach
Dawno, dawno temu to było, ale wcale nie w bajce, tylko w prawdziwym świecie.
Co prawda tamten świat może się dziś wydawać trochę bajkowy, bo na przykład nie było w nim komputerów ani telewizji, ani supermarketów, ani nawet komórkowych telefonów.A babcie i dziadkowie dzisiejsi byli małymi dziećmi. Ja na przykład byłam małą dziewczynką, a dziadek Stasiulka – mój brat Tomek, jeszcze mniejszym ode mnie chłopcem.Ale niektóre rzeczy były takie same jak dziś, na przykład to, ze w niedzielę tato zabierał nas, dzieci na spacer. (…)
A każdego roku pierwszego sierpnia – jeśli akurat jesteśmy w Warszawie – a jeśli nie, to później na przykład w jakąś wrześniową niedzielę idziemy z naszym tatą na spacer na Stare Miasto, żeby wspominać wojnę i powstanie. Musimy przychodzić, żeby się wszystkiego dowiedzieć i zapamiętać, bo nas tu nie było podczas powstania. Wyjechaliśmy z babcią na wakacje pod Warszawę, do Anina. Tam co prawda też była wojna, ale w porównaniu z Warszawą i powstaniem, to było nic.
A wojny już nie ma, skończyła się. Została po niej smutna pamięć o umarłych i dużo zburzonych domów, gruzów usypanych wysoko, w wielkie pagóry. W kolejnych latach gruzów jest coraz mniej, bo albo ludziom udaje się je posprzątać, albo wyrasta na nich trawa, mech i różne chwasty, a nawet drzewka.
Każdego roku nasza droga jest troszeczkę inna, inna jest Warszawa dookoła i inna jest tatowa opowieść…
„Mój tato szczęściarz” to dopełnienie tamtej historii – opowieść o tym, co przeżył ich tata w walczącej Warszawie. Okazuje się, że wbrew temu, co wydawało się małemu Tomkowi, który jak każdy chłopiec marzył o tacie – bohaterskim żołnierzu, tata nie strzelał z armaty i nie zabił ze stu Niemców. Był natomiast takim żołnierzem pokojowym, który opiekował się cywilami, zwykłymi ludźmi, którzy nie walczyli w powstaniu i także było im bardzo ciężko i niebezpiecznie. I jak przez większość życia, szczególnie zajmował się dziećmi.
To że nie walczył z
bronią w ręku, nie oznacza, że nie przeżył w powstaniu rzeczy
trudnych i niebezpiecznych. Był ranny, ewakuował się kanałami, a
potem został zasypany pod gruzami trafionej bombą kamienicy.
Ta książka pokazuje Powstanie Warszawskie w perspektywy cywila, opowiada o trudnej codzienności z tylu za linią. To także swego rodzaju przewodnik, który pozwala na powtórzenie tego spaceru w dzisiejszej Warszawie.
„Mój tato szczęściarz” to książka z której bije niezwykła duma i miłość dzieci do ojca.
Jeśli ktoś porówna perypetie mojego taty do zwykłego bezpiecznego życia warszawiaków w czasach pokoju, to na pewno może tatę nazwać pechowcem. Ale jeśli porównamy jego życie z tymi wszystkimi zwykłymi ludźmi, którzy zginęli w Powstaniu Warszawskim – a przecież było ich tak wielu – to możemy powiedzieć, że był jednak szczęściarzem, bo udało mu się przeżyć i odnaleźć swoich najbliższych. A choć był już inwalidą – żył jeszcze długie lata po wojnie, opiekował się dziećmi własnymi i cudzymi i pracował dla nich. Za ratowanie dzieci żydowskich, które hitlerowcy mordowali i prześladowali, otrzymał po wojnie z Izraela medal Sprawiedliwy wśród Narodów Świata, a my, dzieci z jego rodziny, zawsze wspominamy go z miłością. No i oczywiście pamiętamy te jesienne spacery, podczas których słuchaliśmy o Powstaniu Warszawskim. Takie spacery były ważnym zwyczajem wielu warszawskich rodzin w czasach, kiedy nie wolno było w Polsce świętować rocznicy powstania, wywieszać w tym dniu narodowych flag ani składać wieńców. To dzięki nim dzieci dowiadywały się od rodziców o historii swojego miasta.
Uświadomiłam sobie niedawno, że to właśnie pamięć i tradycja Powstania Warszawskiego pogodziły mnie z moim miastem, w które wrastałam opornie, mimo silnych warszawskich korzeni. Pierwszego sierpnia czuję się warszawianką w szczególny sposób. Staram się wtedy być tutaj – przede wszystkim dla tej niezwykłej chwili, kiedy o 17 zaczynają wyć syreny i miasto staje w zadumie. A od niedawna także dla magicznych pierwszosierpniowych wieczorów spędzanych na placu Piłsudskiego na wspólnym z tysiącami warszawiaków (i nie tylko) śpiewaniu piosenek z tamtych czasów. Te koncerty maja niezwykłą atmosferę – daleką od sztywności oficjalnych obchodów z udziałem władz – taki urok spontaniczności. Niektóre z tych piosenek wzruszają mnie bardzo, a jeszcze bardziej poruszające jest poczucie, że to wzruszenie dzieli ze mną kilka (czy wręcz kilkanaście) tysięcy ludzi wokół. Inne – dziarskie i radosne łączą nas w wspólnym śpiewie, który w ten ciepły wieczór niesie się het, pod chmury.
W tym roku 1 sierpnia towarzyszyła mi tylko Najmłodsza z moich córek, starsze były poza Warszawą. Przed godzina „W” wsiadłyśmy do samochodu i udałyśmy się z naszych ciut odludnych peryferii w stronę centrum. I jakoś tak się złożyło, że kiedy zaczęły wyć syreny stanęłyśmy niemal dokładnie w miejscu, gdzie stał dom, w który mieszkał wówczas jej Dziadek. Wieczorem, kiedy wracaliśmy po koncercie, Dziadek opowiedział nam o tym, co przeżył w czasie powstania. A przeżył wiele, mimo że miał wtedy 5 lat tak jak Asiunia. Najmłodsza i jej brat cioteczny mieli okazje słyszeć tę historię nie raz, ale pierwszy raz słuchali jej tak uważnie.
Joanna Papuzińska „Mój tato szczęściarz” (seria: Rodzinnie o historii), ilustr.: Maciej Szymanowicz, wyd. Literatura, Łódź 2013
Kontynuując autobiograficzne książki Joanny Papuzińskiej – wpis z 31 maja 2011 roku:
Na skraju miasta stal sobie taki nieduży blok, w tym bloku było mieszkanie, a w tym mieszkaniu mieszkała moja rodzina. Było w niej bardzo dużo dzieci, dużo książek, bajek i piosenek, a wszystkim tym zarządzała moja mama. Na podwórku rosła wierzba płacząca, pod którą bardzo dobrze było bawić się w chowanego.Nie byłam wtedy jeszcze panią Joanną, tylko Asiunią, małą dziewczynką w szpiczastym kapturku.
Na tegoroczne Targi Książki poszłam właściwie tylko po „Asiunię”, która miała tam swoją premierę. No i oczywiście po to, żeby przy okazji spotkać parę miłych osób 🙂
Kibicuję gorąco serii „Muzeum Powstania Warszawskiego dla dzieci”. Po dwóch książkach wydanych wspólnie z Wydawnictwem Muchomor, po długiej przerwie ukazuje się już druga, będąca owocem współpracy z Literaturą. Mam nadzieję, że na tym się nie skończy. (Edit: seria przekształciła się potem w serię „Wojny dorosłych – historie dzieci” i ma się świetnie, co mnie nadal bardzo cieszy)
W dodatku – byłam bardzo ciekawa, jak można napisać drugą książkę o tym samym. Historię dzieciństwa Joanny Papuzińskiej znałam już z „Darowanych kresek”. Moja Najstarsza czytała je chyba z 10 razy. „Darowane kreski” to książka o nietypowym domu i nietypowej rodzinie, w której wychowywała się autorka. „Asiunia” natomiast – to adresowana do nieco młodszych czytelników – opowieść o wojnie widzianej z perspektywy małej dziewczynki.
Trudno powiedzieć, że wojna zmieniła życie Asiuni. Urodzona w styczniu 1939 roku nie pamiętała życia przed wojną i to rzeczywistość okupacyjna była dla niej normalna.
– O, przed wojną… – mówiła babcia – to było inne życie.
Ale ja nie znałam żadnej przedwojny, ani tego innego życia, bo jeszcze mnie wtedy nie było na świecie. Ale tak naprawdę nie znałam też wojny, była sobie gdzieś daleko, „na froncie” – jak się mówiło, była też na ulicach, w postaci żołnierzy, którzy chodzili, tupali nogami i mogli do ludzi strzelać i łapać ich do samochodów. Ale do domu dotychczas nie wchodziła.
Ta
książka opisuje właściwie tylko ostatni rok wojny, bo właśnie
wtedy, tuz po piątych urodzinach Asiuni, rozpadł się jej
dotychczasowy świat. Mama została aresztowana, dom przestał
istnieć, a dzieci rozdzielili między siebie dobrzy ludzie.
Teraz okazało się, ze wojna może nie tylko przyjść do domu, ale nawet go zabrać. Nie ma domu, nie ma twojego łóżka, poduszki ani kołderki. Musisz iść spać do innego, cudzego domu, gdzie zamiast mamy jest jakaś obca pani, obce meble, i musisz pić mleko z cudzego kubeczka, zamiast z tego, co zawsze. I jeszcze zamiast własnej piżamy dają ci do spania jakieś okropne, porozciągane koszulisko do ziemi.
Można
powiedzieć, że Asiunia miała szczęście. Nie znalazla się z mamą
w więzieniu i obozie, łańcuszek dobrych ludzi, którzy robili
wszystko, aby było jej jak najlepiej, przekazywał ją sobie z rąk
do rąk, aż w końcu znalazła się znów z Babcią i rodzeństwem.
To jeszcze nie było koniec przygód, bo w Warszawie wybuchło
Powstanie i cała ich gromadka została odcięta od Taty w drewnianym
domku na podwarszawskim letnisku. Potem nadciągnął front, a kiedy
przeszedł zaczęła się bodaj najtrudniejsza dla nich zima…
Asiunia
miała szczęście, bo to nie ona musiała się troszczyć o to, jak
przeżyć i co zjeść, to o nią się troszczono, a odpowiedzialność
za to spadała na jej babcię i braci.
Tak, najtrudniejsze było życie chłopców, moich starszych braci. To oni wystawali na zimnie, sprzedawali bułki i papierosy na stacji, mieli poodmrażane ręce, dziurawe buty, które uszczelniali papierem i szmatami, podarte i wyrośnięte kurtki z za krótkimi rękawami. Pracowali jak dorośli, a przecież byli zwykłymi nastolatkami, jakich dziś uważa się za dzieci, a co najwyżej za młodzież. Żeby rosnąć, potrzebowali więcej jedzenia i nowych ubrań, a nie mieli ani jednego, ani drugiego.
Na
szczęście wkrótce skończyła się wojna, odnalazł się Tata
i….
… jeśli chcecie wiedzieć, co było dalej, sięgnijcie koniecznie po „Darowane kreski”.
Ta właśnie książka, z pięknymi malarskimi ilustracjami, pozwoli rodzicom poważnie porozmawiać z dziećmi o wojnie, nie wykraczając poza bezpieczne obrazy i emocje, i tym samym nie narazi dzieci na traumatyczne doświadczenia. Jeśli jednak po przeczytaniu książki dzieci zapytają, dlaczego nie wróciła mama Asiuni, spokojnie powiedzmy im prawdę. Bo przecież taka była ta wojna… (dr Anna Piekarska, psycholog, Wydział Psychologii UW – o „Asiuni” na okładce tej książki)
Joanna Papuzińska „Asiunia” (seria: Muzeum Powstania Warszawskiego dla dzieci, t.2), ilustr.:Maciej Szymanowicz, wyd.: Muzeum Powstania Warszawskiego, Warszawa 2011, Literatura, Łódź 2011
Aktualizacja z 22 stycznia 2020 roku – „Darowane kreski” zostały wznowione przez Wydawnictwo Literatura w serii „Wojny dorosłych – historie dzieci” !!!
Dziś przypominam wpis z samego początku Małego Pokoju ( z 2 maja 2006 roku). To była jedna z ukochanych książek Najstarszej z moich córek i, jak sądzę, jedna z tych, które doprowadziły ją do studiów historycznych 🙂
Bardzo lubię słuchać opowiadań starszych o tym, co było dawniej – lubiłam to odkąd pamiętam i miałam tej przyjemności zawsze pod dostatkiem. Szczególnie miło wspominam te momenty, kiedy Tata wyjeżdżał i zostawałyśmy w domu w babskim gronie – we trzy z Mamą i Babcią. Bywało wtedy tak, że poobiednia herbatka przeciągała się aż do kolacji okraszana wspominkami 😉 Lubiłam słuchać o dzieciństwie Babci, które zahaczało jeszcze o końcówkę XIX wieku i o przedwojennym i okupacyjnym dzieciństwie moich rodziców. Z tego lubienia wzięło się zapewne moje późniejsze studiowanie historii, a ulubionymi źródłami historycznymi były dla mnie zawsze wspomnienia i prasa, bo były one najbliższe normalnemu życiu. Nie zajmuję się historią zawodowo, ale nadal z przyjemnością czytam taką literaturę, szczególnie gdy opowiada o zwykłym życiu zwykłych ludzi.
„Darowane
kreski” to książka, którą czyta się tak, jak opowieść babci
lub cioci snutą wieczorem zamiast bajki na dobranoc.
Dzieciństwo Joanny Papuzińskiej przypadło na czas okupacji i trudne lata tużpowojenne. Autorka urodziła się w 1939 r. i nie pamięta, jak było przed wojną. Dla niej jej okupacyjny dom – dom z nieobecnym, bo ukrywającym się Tatą; dom z mnóstwem tajemnic, których musiały dochować także małe dzieci; dom, który dawał schronienie wszystkim, którzy tego potrzebowali – był domem normalnym. Jej powojenna rodzina – nietypowa nawet na tamte nietypowe czasy, bo bez Mamy, ale za to z Tatą, Babcią i Ciocią oraz licznym rodzeństwem o różnych stopniach pokrewieństwa – też była normalna, bo własna. Muszę jednak powiedzieć, że jeszcze gdy chodziłam do szkoły, postanowiłam sobie, że kiedy będę już duża i będę miała, tak jak ojciec, własną maszynę do pisania, wtedy opiszę dokładnie cały nasz dom. Żeby już nikt się nie dziwił: „Taak ? To tak jest u ciebie ?” lecz żeby każdy mógł sobie wziąć książkę i spokojnie przeczytać o tym. Teraz od dawna mam już maszynę, więc wypada dotrzymać postanowienia.
Oczywiście w jej dzieciństwie były też chwile trudne i tragiczne – aresztowanie Mamy i późniejsza samotna wędrówka po zaprzyjaźnionych domach, popowstaniowa niepewność co do losów Taty, powojenne niedostatki. Nie trzeba by się specjalnie starać, żeby to wszystko opowiedzieć w sposób smutny i martyrologiczny, a jednak „Darowane kreski” są książką wesołą. Czy sprawił to zawadiacki duch obowiązujący w jej rodzinie czy też to, że mimo wszystko cały czas otoczona była troskliwością starszych – trudno powiedzieć.
Udało
się zachować w tych wspomnieniach perspektywę małej Joasi z
tamtych czasów mimo, że duża Joanna teraz zapewne opowiedziałaby
o tych sprawach inaczej. Nie znajdziemy tam żadnych niepotrzebnych
dzieciom szczegółów, żadnych dat, ani nazwisk, które nie mają
dla nich żadnego znaczenia. Nie dowiemy sie nawet, kto z licznej
gromady rodzeństwa autorki był jej rodzonym bratem i siostrą –
to również było bez znaczenia, byli po prostu rodziną.
My, dorośli czytelnicy możemy się tylko domyślać, jaka to
doniosła uroczystość odbywała się w odbudowanym gmachu
Politechniki – tak doniosła, że uświęciły ją ognie sztuczne,
pierwszy raz widziane przez małą Joasię.
Co
było ważne ? Tramwaj widoczny nocą przez dziurkę w rolecie,
jabłko zostawione przez św. Mikołaja w ostatnie wojenne Boże
Narodzenie – całe dla niej (na co dzień jabłuszko było tylko dla
najmłodszego braciszka, starszej Joasi przysługiwał wyłącznie
duży ogryzek), a później po wojnie: zabawki na choinkę, klejone z
mozołem przez cały grudzień, słodycze, kupowane na spółkę z
przyjaciółkami w sklepiku koło szkoły i mur okalający Filtry, po
którym chodziły wracając do domu po lekcjach oraz wiele
innych rzeczy, często niezauważanych przez dorosłych.
Nasz dom pełen był książek i piosenek. I z jednych i z drugich płynęły słowa, a ja słuchałam i z tego wszystkiego sama zaczynałam bawić się w słowa. Bo słowa, to były takie dobre zabawki, które zawsze miało się ze sobą i do ich noszenia niepotrzebne były ani kieszenie, ani żadne torebki. Słowa można było rozbierać i ubierać jak lalki, ustawiać i przestawiać jak klocki i tworzyć z nich różne budowle.
Czy można się dziwić, że w takim domu wyrosła znakomita pisarka ?
P.S. Potem tę samą (choć kończącą się nieco wcześniej) historię Joanna Papuzińska opowiedziała w „Asiuni” w wersji dla młodszych dzieci.
Dzisiaj pozdrowienia dla czytelników z Nowej Huty, a szczególnie dla Kuby, który ma poważny problem. Otóż ów Kuba z jednej strony chciałby wiedzieć, skąd wzięła się tytułowa blizna na twarzy taty bohatera mojej książki, a z drugiej strony nie cierpi czytać. Jest w tym dylemacie okrutnie zapętlony. Podejrzewam, że może próbować podstępem wydobyć z kogoś tę informację, bez konieczności czytania. Mam w związku z tym apel do wszystkich czytelników: bądźcie czujni i nie dajcie się podejść! Nieczytanie jest dobrowolnym wyborem każdego i każdy musi ponieść tego konsekwencje. – napisał Autor tej książki na swoim fanpage’u na Facebooku i ja się z nim w pełni zgadzam.
Spokojnie, panie Pawle, ja na pewno nie zdradzę tajemnicy ! Daję słowo !
Kiedy
ma się lat dwanaście, to wszystko to, co wydarzyło się przed
naszym narodzeniem – nieważne czy dziesięć, czy pięćdziesiąt,
czy dwieście lat temu – było po prostu DAWNO TEMU. Czy to
Powstanie Warszawskie, czy Powstanie Styczniowe, czy stan wojenny –
to wszystko zlewa się w jedną, odległą przeszłość.
Pierwszy kontakt z historią mamy wtedy, kiedy słuchamy opowieści rodziców i dziadków o tym, jak było wtedy, kiedy oni sami byli mali. O ludziach, których już nie ma, a kiedyś byli bardzo ważni dla naszych najbliższych, o miejscach, których nie znamy, o domach, których też już nie ma, albo przeciwnie – są, tylko wyglądają inaczej i mieszka w nich ktoś inny… I o wydarzeniach, o których potem będziemy uczyć się w szkole, ale wtedy nie będą już dla nas tylko pustymi zdaniami z podręcznika.
Janek, bohater „Tajemnicy człowieka z blizną”, jest mniej więcej rówieśnikiem mojej Najmłodszej, jego rodzice są ciut młodsi od nas, a jego dziadkowie – od jej dziadków, ale wydarzenia, do których sięga ta książka często są wspominane również w naszym domu. W dodatku jej Tata też od zawsze nosi brodę ! Tylko, że jego broda nie kryje w sobie żadnej tajemnicy – w przeciwieństwie do brody Taty Janka.
Kiedy w wyniku przegranego zakładu Tata brodę zgolił, okazało się, że ukrywał pod nią bliznę. Ale skąd ją miał ? Tego nie chciał powiedzieć, a nikt z rodziny tego nie wiedział. A może też nie chcieli powiedzieć ? Pewne było tylko to, że zdarzyć się to musiało DAWNO TEMU, po przecież dla Janka Tata ZAWSZE miał brodę. Chłopiec rozpoczął więc śledztwo…
… i tu zaczyna się to, co dla mnie w tej książce jest najfajniejsze – zderzenie wyobrażeń o świecie dziecka wychowanego tu i teraz (z telewizją o wielu kanałach, internetem i grami komputerowymi) z realiami życia w czasach naszego dzieciństwa. Na podstawie jakichś zasłyszanych urywków Janek tworzy swoje historie – usłyszawszy, że Tatę goniło ZOMO, najpierw stworzył sobie historię o zombie rodem w horrorów oglądanych w telewizji. Potem, kiedy dowiedział się już, czym było ZOMO, uznał, że aby uciekać przed policją, jego Tata musiał popełnić najpierw jakieś przestępstwo. To w sumie świetnie, że nasze dzieci mogą nie dopuszczać do siebie myśli o tym, że policja mogłaby mieć powody, aby gonić uczciwego człowieka.
W
jego pomysłach na rozwikłanie tajemnicy pojawiają sie też Uma
Thurman i Steven Spielberg…
No dobrze – ale co z tą blizną w końcu ? – zapytacie.
O nie, nie, nie !!! Nie powiem. Dałam słowo ! 🙂
Paweł Beręsewicz „Tajemnica człowieka z blizną”, ilustr.: Olga Reszelska, wyd.: Literatura, Łódź 2010
Z okazji dzisiejszego Dnia Taty wszystkim ojcom – wszystkiego najlepszego !!! Niech pokazywanie (wszech)świata Waszym dzieciom będzie dla Was nieustającą przygodą 🙂
Wpis z 27 sierpnia 2008 roku:
Pewnego dnia tata powiedział, że pokaże mi wszechświat. Bo, jak twierdził, byłem już dostatecznie duży…
Wbrew temu, co mogłyby sugerować i tytuł, i pierwsze zdania tej książki, nie jest to Propedeutyka Astronomii dla Dzieci 😉
Książka Ulfa
Starka to
pełna uroku opowieść
o Ojcu i Synu (który
nieprzypadkowo ma na imię tak samo jak jej autor). Opowieść o tym,
czym różnią się sposoby postrzegania świata przez dorosłych i
przez dzieci.
Dorośli (a zwłaszcza osobliwie faceci 😉 ) maja tendencję do skupiania się w życiu na rzeczach wielkich. W tej książce Tata chce pokazać synowi gwiazdy w nocy i tylko to dla niego się liczy. Patrzy w niebo i nie dostrzega tak wielu rzeczy, które są dookoła. Rzeczy zwyczajnych – dla nas. Z perspektywy dziecka ślimak, trawa czy oset są równie fascynujące jak gwiazdy.
Chciałem
pokazać ci coś pięknego. Coś, co zapamiętasz na całe życie –
mówi do syna rozżalony, kiedy juz wracają do domu. W tych słowach
zawiera się sens tej książki. Mały Ulf zapamiętał, choć może
niezupełnie to, co chciał Tata. Na
całe życie został mu w pamięci czas spędzony z Ojcem…
…
oraz nauczka, że patrząc w gwiazdy nie należy tracić z pola
widzenia tego, w co można wdepnąć na ziemi 😉
Ulf Stark (tekst) Eva Eriksson (ilustracje) „Jak tata pokazał mi wszechświat”, przekł.: Katarzyna Skalska, wyd.: Zakamarki, Poznań 2008
Tytuł tej książki brzmi jak oksymoron, a jednak jej bohaterowie być może kiedyś tak o tym czasie powiedzą. W całym koszmarze życia w ruinach i ciągłej obawy przed nalotami, Jasmina i jej bracia Nabil i Tarik mają dom – trochę zrujnowany, ale to i tak bardzo dużo, bo 1/3 ludności Syrii musiała swoje domy opuścić. Mają też co jeść i w co się ubrać, ale przede wszystkim mają rodziców, którzy robią wszystko, aby ich chronić, nie tylko w sensie fizycznym. Na spotkaniu promującym tę książkę Tomasz Raczek powiedział, że skojarzyła mu się ona z filmem „Życie jest piękne”. Ja odebrałam ją podobnie – tu także jest ojciec, który robi wszystko, żeby nie dopuścić do świadomości dzieci okropieństw świata, w którym zmuszone są żyć.
Dorośli są naiwni. Wydaje im się, że jak rozmawiają szeptem, dzieci nic nie usłyszą. Jest dokładnie na odwrót. Kiedy rodzice, patrząc porozumiewawczo na siebie, przy rozmowie zasłaniają dłonią usta, jakby zamierzali kichnąć, wtedy cała zamieniam się w słuch – i najczęściej udaje mi się parę słów wychwycić.
Tak naprawdę nie chodzi o to, żeby poznać ich najskrytsze tajemnice. Po prostu czasem mają problemy, z którymi sami nie potrafią sobie poradzić.
Ta książka to powieść dla dzieci, którą powinien przeczytać każdy dorosły – jak można przeczytać na okładce. Grzegorz Gortat nie chroni swoich czytelników przed prawdą o wojnie. Pokazuje życie w oblężonym i bombardowanym mieście w całym jego koszmarze, nie wyłączając śmierci osób bliskich, ale nie epatuje okrucieństwami. Wiele rzeczy pozostawia niedopowiedzianych, a każdy czytelnik zrozumie je na swoim poziomie. My dorośli, wypełnimy te niedopowiedzenia swoją wiedzą o świecie, a jeśli będziemy towarzyszyć w lekturze dzieciom, możemy odpowiedzieć na pytania, które być może będą chciały zadać.
Historii dzieci z Aleppo towarzyszą przepiękne ilustracje Marianny Sztymy. Są poważne, nie infantylne i funkcjonują trochę obok tekstu. Jednak kiedy obejrzymy je uważnie, okaże się, że opowiadają pewną historię, która się w tekście książki zawiera.
Nie dowiemy się z niej, jakie są przyczyny wojny w Syrii i kto tak konkretnie zrzuca bomby na Aleppo. Najważniejsi są w niej bezbronni ludzie, o których pan Safik powiedział: jesteśmy tylko pionkami w grze możnych tego świata. A świata nie interesuje, co się z nami stanie.
„Moje cudowne dzieciństwo w Aleppo” nie ma happy endu – właściwie trudno powiedzieć, że ma koniec, bo przecież wiemy, że wojna w Aleppo trwa nadal…
Katarzyna Szantyr – Królikowska, szefowa Wydawnictwa Bajka, powiedziała na spotkaniu promującym książkę, że kiedy przeczytała ten tekst pierwszy raz, zrozumiała dwie rzeczy: że musi ją wydać oraz że rzeczą niemoralną byłoby na niej zarabiać. Cały dochód ze sprzedaży „Mojego cudownego dzieciństwa w Aleppo” zostanie przekazany Polskiej Akcji Humanitarnej na pomoc Syrii. Może dzięki temu choć jedno dzieciństwo w Aleppo stanie się trochę lepsze…
Grzegorz Gortat „Moje cudowne dzieciństwo w Aleppo”, ilustr.: Marianna Sztyma, wyd.: Wydawnictwo Bajka, Warszawa 2017
Dziś Dzień Dziecka, więc dookoła szaleństwo promocji na wszystko, co potencjalnie mogłoby być prezentem z tej okazji oraz festyny, okolicznościowe festyny gdzie tylko spojrzeć. Moje dzieci już są za duże i na jedno (z resztą – nigdy nie było u nas tradycji rozbuchanych prezentów tego dnia), i na drugie (też nie chadzaliśmy – z wrodzonej idiosynkrazji do tłoku i hałasu). Myślę jednak, że dla wszystkich dzieci największą wartość ma czas spędzany wspólnie z rodzicami – tak jak w tej rodzinie:
Wpis z 30 marca 2009 roku:
Oszczędna w słowach, za to pełna kolorów i dźwięków – napisano o tej książce na stronie wydawnictwa i to w zasadzie wyczerpuje jej temat 😉 Niewiele jest tu do czytania – pojedyncze słowa (Mama, Tata , Dom), krótkie zdania (Ajsza goni Babo, Mama czesze Lalo) i fascynujące onomatopeje np.:
Bombelli – Bombelli – Bom 😉
Dorośli byc może wzruszą ramionami nad taką książką, w której jest tak niewiele tekstu, ale maluchy bardzo polubiły Bintę i jej rodzinę, na którą składają się: ciemnoskóry Tata, jasnowłosa i piegowata Mama, Ajsza i Binta podobne do Mamy, Lalo i malutki Babo – podobni do Taty. Bardzo podoba mi się Mama Binty – zdecydowanie wolna od kompleksów związanych z rozmiarem pupy. I słusznie – w tańcu spora pupa kręci się bardziej wyraziście 😉 A tańca w tej książce jest bardzo dużo.
Bembedi – Bembedi – Bem 😉
Ich
domek wygląda tak, jak zawsze rysują dzieci – czerwony dach,
drzwi, okno, komin. Archetyp domu, jego kwintesencja. Pies, kury…
Żadnej pracy, do której trzeba się spieszyć, żadnych problemów,
obowiązków. Muzyka. Taniec.
Ta książka leżała u nas w domu już od jakiegoś czasu, ale tak naprawdę zrozumiałam ją niedawno, kiedy zainteresowałam się Bintą na potrzeby czwartkowego „Czytania na dywanie” w Fundacji „Sto Pociech”. Przeczytałam tę książeczkę kilka razy i wiecie co ? Zaczęłam im zazdrościć. Tego beztroskiego spokoju. Luzu. Umiejętności bycia razem. Radości z wspólnie przeżywanych chwil. Tego wszystkiego, co ginie nam w naszej codzienności.
Pimperi – Pimperi – Pim 😉
Czy tylko mi rodzina Binty kojarzy się z jeżycjadową rodziną Oracabessa ? Dzieci mają trochę więcej, ale atmosfera podobna 😉
Eva
Susso (tekst), Benjamin Chaud (ilustr.) „Binta
tańczy”, przekł.:
Katarzyna Skalska , wyd.: Zakamarki, Poznań 2008
Wpis z 26 października 2009 roku:
Mama śpi, Tata śpi, Ajsza śpi, Binta spi, Babo puszcza bąki, ale gdzie jest Lalo ?
Lalo już
wstał – gra na bębenku z deszczem, całuje kwiatki, cieszy się z
wschodzącego słońca… Cieszy się tak bardzo, ze budzi całą
rodzinę.
Jego rodzinę mieliśmy już okazję poznać w książeczce „Binta tańczy”. W tej jest bardzo podobnie – z jedną różnicą, że jest rano, a nie wieczór. Ten sam luz, to samo niespieszne cieszenie się swoim towarzystwem. Wspólne nakrywanie do stołu. Spokojne śniadanie, podczas którego mały Babo może paćkać do woli.
Znacie wiersz Danuty Wawiłow „Szybko” ?
Szybko,
zbudź się, szybko, wstawaj, szybko, szybko, stygnie kawa ! Szybko,
zęby myj i ręce ! Szybko, światło gaś w łazience !
Nawet jeśli go nie znacie, to na pewno znacie takie poranki. Znacie, ale czy lubicie (że tak się retorycznie zapytam 😉 ) ? Jeśli nie, to zajrzyjcie do Lalo, Binty i ich rodziny…
A
tam…
Tata gra na bębnie PAM PIDI PAMPAM POMPOM ! Jaki miły poranek !
Eva Susso (tekst), Benjamin Chaud (ilustr.) „Lalo gra na bębnie”,przekł.: Katarzyna Skalska, wyd.: Zakamarki, Poznań 2009
P.S. Jest jeszcze trzecia część – „Babo chce”, ale ta nie wzbudziła aż takiego mojego entuzjazmu. Te dzieci wędrujące samopas po lesie i spotykające dziki, to już, jak na mnie, zbyt dużo swobody…
Eva Susso (tekst), Benjamin Chaud (ilustr.) „Babo chce”,przekł.: Katarzyna Skalska, wyd.: Zakamarki, Poznań 2010
W ostatnią sobotę, podczas Warszawskich Targów Książki ogłoszono wyniki V Konkursu Literackiego im. Astrid Lindgren organizowanego przez Fundację ABCXXI Cała Polska Czyta Dzieciom. To jedyny taki konkurs w Polsce – odbywa się co trzy lata i biorą w nim udział utwory jeszcze nie opublikowane, napisane zarówno przez debiutantów, jak i autorów z uznanym dorobkiem. Prace oznaczone są godłem, nazwiska autorów jurorzy poznają dopiero po uzgodnieniu werdyktu.
Wyniki tegorocznej edycji można znaleźć tutaj, a ja pomyślałam, że jest to dobra okazja, żeby przypomnieć książki nagrodzone w tym konkursie wcześniej.
Wpis z 13 czerwca 2011 roku:
Tytuł tej książki brzmi trochę jak dziecięca rymowanka – dokuczanka, coś jak: Jurek, ogórek, kiełbasa i sznurek. Na okładce – kolorowy pasiasty kot, jakby zrobiony na drutach. Na pierwszy rzut oka trudno jest podejrzewać, że mamy do czynienia z pierwszą, ukazującą się po polsku książką, która dotyka tematu wojny na Bałkanach.
Dla nastolatków, do których jest adresowana, ta wojna to temat równie odległy jak II Wojna Światowa. Kiedy trwała, nie było ich jeszcze na świecie, albo byli zbyt mali, żeby do ich świadomości dotarły koszmarne wiadomości dochodzące z Bałkanów. Minęło kilkanaście lat, świat zaczął powoli zapominać o Sarajewie i Srebrenicy, ale teraz znów sobie przypomina, bo dopiero teraz udało się aresztować i postawić przed sądem Ratko Mladica.
„Ela – Sanela” nie jest książką o wojnie, która trwa. Opowiada natomiast o tym, jak wojna bezlitośnie plącze ludzkie losy i jak trudno je potem rozplątać.
Ela ma prawie 13 lat, właśnie rozpoczęła naukę w pierwszej klasie gimnazjum w małym miasteczku gdzieś na południu Polski. Mieszka w starym domu na obrzeżach tego miasteczka z osobą, którą nazywa Babcią i którą kocha jak Babcię, ale doskonale wie, że nie jest jej prawdziwą krewną. Od dawna już nie pyta o swoich rodziców. Chodzi do szkoły, czyta książki, bierze udział w próbach spektaklu według „Małego księcia”…
Sanela Hasani urodzona 13 listopada 1993 roku w Bośni – tyle wiedziała o niej Babcia, kiedy zabierała ją niespełna roczną z ośrodka dla uchodźców. Teraz, po dwunastu latach udało się wreszcie odnaleźć kogoś z jej rodziny i Ela nagle dowiedziała się, że ma siostrę, która mieszka w Londynie. Podczas ucieczki z Sarajewa zaginęli gdzieś ich rodzice i brat, ale dziewczynki mają też dziadków w Sarajewie i kuzynki w Niemczech.. Jak wychowana przez Babcię na katoliczkę dziewczynka odnajdzie się w muzułmańskiej rodzinie ?
„Ela – Sanela” to książka niezwykła… Niespieszna – trochę jak życie w małym miasteczku. Zanim dowiemy się, kim naprawdę jest Ela, musimy spędzić trochę czasu w jej świecie, poznać ją. A kiedy już ja poznamy, przychodzi czas na pożegnanie. Nie wiemy, jak dalej potoczą się jej losy, możemy mieć tylko nadzieję, że teraz już na pewno wszystko będzie dobrze.
A
kot ? Ten z okładki ? Ten kot jest bardzo ważną postacią w tej
książce, ale, jak to często z kotami bywa, zupełnie odrębną,
tajemniczą i zaskakującą.
Katarzyna Pranić „Ela – Sanela”, wyd.: Wydawnictwo Piotra Marciszczuka STENTOR, Warszawa 2011