Bajka o rozczarowanym rumaku Romualdzie

Bajka o rozczarowanym rumaku Romualdzie

Wpis z 2 stycznia 2017 roku:

To pierwotnie miała być recenzja „Bombki z gwiazdką” tych samych autorek – książki, która urzekła mnie wizualnie i ciut rozczarowała swoją treścią, ale wir remontu porwał mnie niczym tornado Dorotkę do krainy Oz i wypluł tuż przed Wigilią. Nie zdążyłam, a do następnych Świąt jeszcze sporo czasu. Przy okazji sięgnęłam także do innych książek Maliny Prześlugi i…

…„Bajka o rozczarowanym rumaku Romualdzie” zafascynowała mnie tytułem.

Dlaczego jestem rozczarowany ? Bo odbyłem już sto wypraw, wożąc stu różnych bohaterów z bajek (a musisz wiedzieć, że niektórzy są grubi i ciężcy), uratowałem dziewięćdziesiąt dziewięć królewien (bo jedna zakochała się w smoku i nie dała się uratować), a nikt nigdy o mnie nie pamięta ! Dlatego, choć żyję w świecie czarów, jestem bardzo rozczarowany.

Ta książka to bajka na opak, bo w jej centrum jest ktoś, kto w najlepszym razie bywa bohaterem drugiego planu, także wtedy, gdy jest na pierwszym. Natomiast Królewna, na ratunek której wyrusza, nawet jeśli się gdzieś pojawia, to jej obecność nie jest dla akcji kluczowa i na ogół wcale się się jej nie dostrzega.

Ilustracje Jagi Słowińskiej też są takie.. ciut jakby odjechane ;-), mocno szalone i trochę psychodeliczne

A jednak, mimo nietypowych bohaterów i zwariowanych ilustracji w tej bajce wszystko jest tak, jak trzeba – i królewna w opałach, i rycerz, który spieszy jej z pomocą, dokonując przy tym czynów niebywałych. W dodatku kończy się tak, jak każda porządna bajka kończyć się powinna, czyli…

[ UWAGA – SPOILER !!! ]

I żyli długo i szczęśliwie.

A to jest przecież w bajkach najważniejsze. 🙂

Malina Prześluga (tekst) & Jaga Słowińska (ilustr.) „Bajka o rozczarowanym rumaku Romualdzie”, wyd.: TASHKA, Warszawa 2016

Wszystko, tylko nie mięta; Diupa

Wszystko, tylko nie mięta; Diupa

czyli pierwsze dwa tomy cyklu książek Ewy Nowak, o których pisałam 16 maja 2007 roku. Od tego czasu cykl rozrósł się do 17 części (nie jestem pewna czy dobrze liczę ?), a obecnie wydawany jest przez wydawnictwo „Prószyński i spółka”. Zyskał też wspólną nazwę „serii miętowej” 🙂 Jedna z jego części – „Bardzo biała wrona” została Książką Roku IBBY w 2009 roku.

Po lekturze tych dwóch książek (a czytałam je, kiedy ukazały się po raz pierwszy nakładem wydawnictwa o uroczej nazwie „Pracownia Słów”) wpadłam w zachwyt. Miałam ogromną nadzieję, że staną się one niejako następcami „Jeżycjady” Małgorzaty Musierowicz (która zresztą pojawia się tam często jako ulubiona lektura bohaterek) w kategorii: współczesne, dobrze obsadzone w realiach i dowcipne książki dla nastolatków. Niestety następne tomy już takiego jednoznacznego zachwytu nie wzbudzały 😦 ale zdania o nich są wśród osób, które o to pytałam , podzielone i każda znajduje u kogoś uznanie. Książki należące do tego cyklu łączy to, że ich bohaterami są warszawscy licealiści (najczęściej zamieszkali po prawej stronie Wisły), a kolejne tomy opisują problemy osób, które w poprzednich pojawiały się gdzieś w tle (natomiast bohaterowie poprzednich przemykają się mniej lub bardziej dyskretnie gdzieś w następnych częściach).

Swoją drogą – przydałaby się jakaś wspólna dla tych książek nazwa. Coś jak „Jeżycjada”. Coś – co w świadomości społecznej łączyłoby je w całość (oprócz szaty graficznej). Przydałoby się to tym bardziej, że Ewa Nowak pisuje również książki adresowane do nieco młodszych czytelników, nie związane z tym cyklem.

Zbiorowym bohaterem „Wszystko, tylko nie mięta” i „Diupy” są rodziny Gwidoszów (w pierwszej) i Rybackich (w drugiej z tych książek). Rodziny fantastyczne, z gatunku takich, jakie każdy chciałby mieć na własność, albo przynajmniej przyjaźnić się z nimi. Rodziców z obu tych domów łączy przyjaźń jeszcze z lat studenckich, poza tym mieszkają po sąsiedzku na Bródnie. Obie rodziny mają po dwoje dzieci w liceum, po jednej arcysympatycznej Babci i po jednym fantastycznym kilkulatku (choć u Rybackich jest to siostrzeniec). Jest w tych domach mnóstwo miłości – zarówno między rodzicami (mimo blisko dwudziestoletniego stażu małżeńskiego), jak i rodziców do dzieci (i wzajemnie), a także (o co najtrudniej) między dziećmi.

W tych domach rozmowy nie ograniczają się do zdawkowych pytań o szkołę i oceny. Tematów nie brakuje, rodzice na ogół wyczuwają, kiedy dzieci mają jakieś problemy i potrafią znaleźć sposób, żeby o nich pogadać. Gwidoszowie lubują się w humorze absurdalnym, ale nie przeszkadza im to w przekazywaniu rzeczy naprawdę ważnych. Jest tam mój ukochany dialog ojca z synem o miłości: – Wal synu, co ci leży na wątrobie, zanim nam zamkną sklepy. – Czy ty kochasz mamę ? – Jezu przenajświętszy, a jakże inaczej bym z nią wytrzymał ? – wzniósł ręce do nieba ojciec. Czy można prościej wytłumaczyć, na czym polega miłość ?

Niedawno zdarzyło mi się obejrzeć w telewizji wywiad z Małgorzatą Niezabitowską. Na pytanie, czy kocha się za coś, czy pomimo czegoś, odpowiedziała, że ona kocha po prostu – ani za, ani pomimo. Rodziny w tych książkach też kochają się po prostu. W następnych tomach już takich fajnych rodzin nie spotykamy, a w ostatnim (edit: który wówczas czytałam) – „Kiedyś na pewno” mamy do czynienia z sytuacją odwrotną czyli rodziną w rozsypce, w której rodzice, zajęci międzynarodową karierą, w ogóle nie interesują się swoimi córkami. Czyżby autorka uznała, że tamte domy były zbyt idealne, a przez to nierealne ?

Jest jeszcze coś, co łączy wszystkie książki tego cyklu – we wszystkich znajdujemy nawiązania do poezji Jacka Kaczmarskiego, z którym (jak mogę przypuszczać) łączyła autorkę bliska znajomość, może przyjaźń.„Wszystko, tylko nie mięta” jest mu nawet dedykowana – z podziękowaniami. Ja osobistą znajomością pochwalić się nie mogę, ale piosenki Jacka Kaczmarskiego towarzyszyły mi i moim przyjaciołom od czasów licealnych, kształtowały nasze widzenie świata, uczyły historii.

Kaczmarski wielkim poetą był 😉 Coraz częściej przekonuję się, że nie ma takiej sytuacji, zjawiska czy wydarzenia, których nie dałoby się skomentować Kaczmarskim. Największą krzywdą, jaką można by wyrządzić jego poezji, byłoby wstawienie go do kanonu lektur i przerabianie w szkole. Ewa Nowak przemyca fragmenty jego piosenek do swoich książek, co sympatyczniejsi z ich bohaterów (zarówno z pokolenia rodziców, jak i obecnych nastolatków) okazują się być jego wielbicielami, a Jacek Kaczmarski pojawia się osobiście w „Krzywym 10” – bohaterowie tej książki udają się na jego koncert.

„A ty siej, a nuż coś wyrośnie”  – śpiewał. Ewa Nowak sieje i mam nadzieję, że na jej książkach wyrośnie kolejne pokolenie wsłuchane w jego piosenki i odnajdujące w nich coraz aktualniejsze treści.

Ewa Nowak „Wszystko, tylko nie mięta”, wyd. Egmont, Warszawa 2005 (I wyd.: Pracownia Słów, Warszawa 2002)

Ewa Nowak „Diupa”, wyd. Egmont, Warszawa 2005 (I wyd.: Pracownia Słów, Warszawa 2002)

Ewa Nowak „Kiedyś na pewno”, wyd. Egmont, Warszawa 2007

Atramentowe serce

Atramentowe serce

Edit. 10.01.2025: Wydawnictwo Kropka zapowiedziało na luty tego roku wznowienie „Atramentowego serca” oraz kolejnych tomów tego cyklu. I tu niespodzianka !!! Autorka po latach dopisała jeszcze tom czwarty – jego tytułu jeszcze nie znamy.

„Atramentowe serce” to pierwsza część „Atramentowej Trylogii”, której kolejnymi tomami są „Atramentowa krew” i „Atramentowa śmierć”. Było dla mnie pewnym rozczarowaniem, kiedy okazało się, że dwie ostatnie to po prostu typowe fantasy, ale pierwsza z cyklu zdecydowanie jest wymykającą się gatunkom książką inną niż wszystkie 🙂

Wpis z 17 września 2007 roku:

Tamtej nocy padał deszcz – drobny, szemrzący deszcz. Jeszcze wiele lat później wystarczyło, że Meggie zamknęła oczy, a znów go słyszała, jakby ktoś stukał w szybę delikatnymi paluszkami. Dziewczynka nie mogła zasnąć, więc wyciągnęła książkę, którą miała pod poduszką. Podeszła do okna, żeby zapalić świecę i wtedy usłyszała kroki na zewnątrz. Ujrzała postać, kryjącą się w mroku…

Kim był ten człowiek ? Po co przybył i dlaczego nazywał jej Ojca Czarodziejskim Językiem ???

Nic z tego, ode mnie się tego nie dowiecie – musicie przeczytać „Atramentowe serce”. Uchylając tu choć rąbka tajemnicy, odebrałabym Wam całą przyjemność lektury, a takiego świństwa nie potrafię zrobić nikomu. Nic na to nie poradzę 😦

Nie potrafię – i dlatego mam teraz spory problem. Jak, nie ujawniając nic z treści książki opisać jej niezwykły urok, który kryje się przede wszystkim w pomyśle fabuły ? Jednak spróbuję… Przede wszystkim jest to książka o książkach i o ludziach, którzy je tworzą. Książka o miłości do książek i o radościach, które się z nimi wiążą, ale także o niebezpieczeństwach, jakich mogą stać się przyczyną.

„Atramentowe serce” jest także próbą odpowiedzi na pytanie – czy pisarz, który opisuje na kartach swoich książek odrębny świat, tworzy go od nowa, czy jedynie ujawnia jego istnienie ? Czy świat ów istnieje tylko w tej części, którą znamy z książki, czy może autor opisał jedynie jego wycinek, a całość funkcjonuje gdzieś poza nią ? Kto ma decydujący wpływ na wydarzenia – pisarz czy postaci, które powołał do życia ?

Każdy rozdział zaczyna się cytatem z jakiejś klasycznej książki dziecięcej czy młodzieżowej, a cytat ów łączy się z tym, co wydarzy się w tym rozdziale. Dzięki temu zabiegowi uświadamiamy sobie, że w książkach właściwie wszystko już było. Mimo to autorce udało się stworzyć z tych znanych od dawna motywów opowieść zupełnie nową i zaskakującą.

Na drzwiach pracowni introligatorskiej Mo, ojca Meggie widniał  napis: Niektórych książek wystarczy skosztować, inne się połyka, a tylko nieliczne trzeba przeżuć i strawić do końca. „Atramentowe serce” należy do tych ostatnich. Obie z Najstarszą z córek czytałyśmy je niejeden raz, bo jest to jedna z tych książek dla młodzieży, po którą z przyjemnością sięgną również dorośli. Dla Środkowej z nich jest to jeszcze lektura zbyt trudna do samodzielnego przeczytania. Nie odważyłabym się jednak czytać jej tego na głos… 

Dlaczego ? Tego już musicie dowiedzieć się z książki…   😉

Cornelia Funke „Atramentowe serce” (z ilustracjami autorki), przekł.: Jan Koźbiał, wyd.: Egmont, Warszawa 2005

P.S. Książka została zekranizowana i ten film także był jednym z ulubionych przez moje córki 🙂

110 ulic i 220 linii

110 ulic i 220 linii

czyli dwie pierwsze książki Małgorzaty Gutowskiej – Adamczyk, które stanęły na półkach Małego Pokoju 23 maja 2008 roku:

Jolanta i Krzysztof Wierzbiccy mogli czuć się ludźmi sukcesu – prestiżowe stanowiska, wysokie zarobki, mieszkanie w ekskluzywnym apartamentowcu, nowiutkie Volwo, pani do pomocy w domu…

Ich synowie – licealista Michał i piątoklasista Mikołaj przyzwyczajeni byli do życia na wysokim poziomie – markowe stroje i sprzęt sportowy, płyty, wakacje w Portugalii, obóz językowy w Londynie…

Wszystko to kończy się z dnia na dzień, kiedy okazuje się, że Ojciec od kilku miesięcy ukrywa przed rodziną, że stracił pracę w międzynarodowej korporacji i nie może znaleźć innej. Jedynym wyjściem jest wyjazd z Warszawy i wzięcie w ajencję stacji benzynowej koło Grajewa. Dla Michała to niemal koniec świata. Zresztą przyznajcie się bez bicia – kto wie gdzie leży Grajewo ? No własnie 🙂 Chłopak nie wyobraża sobie życia tam i wstydzi się przyznać kolegom do takiej degradacji rodziny. Mówi więc, że wyjeżdżają do Finlandii…

„110 ulic” (podobnie jak „220 linii”, które dzieje się już po powrocie całej rodziny do Warszawy i dawnego życia) to trochę powieść inicjacyjna. Michał (w pierwszej z nich) i Mikołaj (w drugiej) dojrzewają gwałtownie w zetknięciu z prawdziwym życiem, z którym wcześniej mieli niewielki kontakt. Wyjazd do Grajewa stawia całą rodzinę wobec zupełnie nowych warunków i wyzwań oraz powoduje, ze zaczynają siebie nawzajem postrzegać zupełnie inaczej niż przedtem.

„220 linii” można też określić jako powieść drogi, bo dojrzewanie Mikołaja odbywa się m.in. przez pozornie bezcelowe jeżdżenie autobusami i zaliczanie kolejnych pętli. Chłopak eksploruje miasto, które oglądał dotychczas zza szyb samochodów rodziców. Ta książka osadzona jest mocno w realiach warszawskich (nie znam Grajewa, więc trudno mi to ocenić w przypadku „110 ulic”) – do niedawna mogła wręcz służyć z przewodnik po liniach autobusowych, teraz już się nieco zdezaktualizowała.

Podoba mi się sposób, w jaki Małgorzata Gutowska – Adamczyk opisuje rodzinę Wierzbickich. Podoba mi się nie tylko dlatego, że pokazuje męski świat, którego nie mam na co dzień. Wierzbickim daleko do ideałów – szczególnie Michał może być przez osoby postronne postrzegany jako klęska wychowawcza rodziców. Bracia kłócą się ze sobą, mają bałagan w pokojach (to akurat znam dobrze z autopsji 😉 ), a ich mama też niespecjalnie przepada za zajęciami domowymi. Nie jest to dom w którym wszyscy mówią „Kocham Cię”. Sytuacja musi otrzeć się niemal o ostateczność, żeby ojciec usłyszał takie wyznanie z ust syna. Jednak dom Wierzbickich to dom, w którym się ze sobą rozmawia naprawdę, a nie tylko wydaje dzieciom polecenia i odbiera komunikaty o ich realizacji. Rodzice od czasu do czasu wznoszą okrzyki typu: Nie, ja biorę od was urlop !, czasem być może dają swoim synom zbyt wiele swobody, ale wtedy, kiedy trzeba, potrafią stanąć za nimi murem.

Michał i Mikołaj nie mają młodszego rodzeństwa, więc zastanawiam się, czy czytelnicy mogą liczyć na ciąg dalszy tego cyklu. A jeśli tak, to jaki tytuł będzie mieć ewentualna trzecia część ? 330… czego ? Ot, ciekawostka… 😉

Małgorzata Gutowska – Adamczyk „110 ulic”, wyd.: Nasza Księgarnia, Warszawa 2007 (I wyd.: Akapit Press, Łódź 2002, kolejne: Nasza Księgarnia, Warszawa 2016)

Małgorzata Gutowska – Adamczyk „220 linii”, wyd.: Egmont, Warszawa 2006 (kolejne wydanie: Nasza Księgarnia, Warszawa 2016)

Amelia i Kuba

Amelia i Kuba

Napisałam tę recenzję 22 października 2014 roku, a teraz odkryłam, że wydawnictwo Powergraph własnie wydało DWUKSIĄŻKĘ razem, w jednym woluminie do czytania z dwóch stron 🙂

Co to właściwie jest ? Jedna książka w dwóch tomach ? Dwie książki o tym samym ? Czy może rodzaj eksperymentu literackiego, który sam autor określa mianem DWUKSIĄŻKI ???

Amelia myśli, że Kuba jej nie lubi. Kuba myśli, że Amelia go nie lubi. Oboje są w błędzie. Tak można by w ogromnym skrócie opisać fabułę mojej nowej powieści dla młodszej młodzieży – pisał Rafał Kosik na swoim blogu zanim jego DWUKSIĄŻKA trafiła do czytelników. Młodsza młodzież to znaczy młodzież przedfelixowa, że tak powiem, czyli 7-12 lat. Oczywiście czytelnicy Felixa, Neta i Niki, a nawet starsza młodzież (czyli właściwie już dorośli) też coś tam dla siebie znajdą.

Amelia i Kuba pojechali w tym roku z nami nad morze. Młodzieży w wieku przedfeliksowym z nami nie było, ale obie książki przeczytały (oprócz mnie 😉 ) czternastolatka i osiemnastolatka. Ta ostatnia raczej z braku innych lektur i ciekawszych zajęć, ale po przeczytaniu pierwszej całkowicie dobrowolnie sięgnęła po drugą część.

Pierwotnie powieść miała być zupełnie niefantastyczna, szybko jednak okazało się, że w przypadku literatury młodzieżowej aktualny jest wybór, przed jakim staje każdy autor: fantastyka albo nuda. Wbrew współczesnym trendom nie zdecydowałem się na przynudzanie. Tak więc elementy fantastyczne musiały się pojawić. W trakcie pisania okazało się, że wyszły one wręcz na pierwszy plan. (z bloga Autora)

Nie do końca zgodzę się z tym wyborem. Mnie tam fantastyka raczej nudzi , ale widocznie pan Kosik ma odwrotnie 😉 W tej warstwie dwuksiążka bardzo przypomina perypetie Felixa, Neta i Niki, tylko o nieco mniejszym stopniu skomplikowania.

„Godzina duchów” ma wszystkie charakterystyczne cechy powieści detektywistycznej dla młodzieży. W przeciwieństwie do dorosłych kryminałów, nie ma tu przestępstwa, jest za to TAJEMNICA do rozwikłania i to taka, z której istnienia dorośli niezupełnie zdają sobie sprawę. Mamy grupkę dziecięco – młodzieżową (część dziecięca tworzy młodsze rodzeństwo – siostra Kuby i brat Amelii, oboje absolutnie niestereotypowi dla swojego wieku) wolną nie tylko od uciążliwej kurateli rodziców zajętych pracą i przeprowadzką, ale także od obowiązków szkolnych, bo jest ostatni tydzień wakacji. To wszystko razem tworzy warunki do przeżycia przygody.

Zaraz jednak pojawił się drugi problem, kto mianowicie powinien być głównym bohaterem. Zwykle narracja automatycznie zaczyna ciążyć w stronę jednej z postaci. Ta postać wychodzi na pierwszy plan i czytelnik poznaje powieściowy świat głównie z jej punktu widzenia. W przypadku Felixa, Neta i Niki narrator przeskakuje, czy może lepiej powiedzieć – przepływa od postaci do postaci. W trakcie pisania Amelii i Kuby też tak się działo. Jednak po kilku rozdziałach uznałem, że to mi nie wystarcza. Żeby utrudnić sobie pracę, zdecydowałem się sprawę nieco skomplikować i poprowadzić równolegle dwie narracje. Dosłownie. Napisałem tę historię w dwóch wersjach: jedną z punktu widzenia Amelii, drugą z punktu widzenia Kuby. (…) Można przeczytać tylko jedną z nich, można obydwie w dowolnej kolejności. Można też czytać je naraz, rozdziałami. Jak kto chce. (z bloga Autora)

Jeśli zdecydujecie się na przeczytanie obu części, sugeruję rozpoczęcie lektury od „Amelii i Kuby” i to nie tylko dlatego, że dziewczynki mają pierwszeństwo 😉 Wydaje mi się, że w wersji Kuby dzieje się więcej obok historii zasadniczej. Amelia wraz z rodziną jest już zadomowiona w Zamku, a on tam się dopiero wprowadza. Same perypetie związane z urządzaniem się w nowym miejscu dostarczają czytelnikom wielu atrakcji. Takie drzwi na przykład – wydawało by się, że to taka prosta i nieskomplikowana rzecz… 😉

Przy czytaniu odwrotnym czytelnik może się nieco nudzić, choć warto jest uważnie czytać te fragmenty, które są zasadniczo takie same, bo może okazać się, że jednak nie są tak zupełnie jednakowe.

Bardzo spodobała mi się sama idea DWUKSIĄŻKI. Jedyne zastrzeżenie, jakie mam, dotyczy ceny. Jeśli chcemy nabyć komplet, to zgodnie z ceną okładkową zapłacimy prawie 60 zł. Trochę dużo 😦

A gdyby tak wydać DWUKSIĄŻKĘ jako jeden wolumin czytany z dwóch stron (tak jak Babcia Brygida z Czarownicą Doroty Terakowskiej) ?

Rafał Kosik (tekst & ilustr.) „Amelia i Kuba. Godzina duchów”, wyd.: Powergraph, Warszawa 2014

Rafał Kosik (tekst & ilustr.) „Kuba i Amelia. Godzina duchów”, wyd.: Powergraph, Warszawa 2014

Wpis z 5 lipca 2016 roku:

Między liśćmi coś się poruszyło. Pomarszczona skóra na wielkim odwłoku zaszeleściła o gałęzie, gdy tajemniczy stwór podkradał się bliżej bramy Zamku. Dobrze się maskował, zdawał się wręcz zmieniać kolor, by dostosować się do otoczenia. Gdyby ktoś przechodził obok, nie zauważyłby niczego podejrzanego.

Stwór zamarł na kilka chwil, gdy ulicą przejeżdżał samochód. Potem podpełzł jeszcze kawałek i przysiadł. Zza gałęzi głogu wystawały trzy chude odnóża. Wiele czarnych oczu na jego ciele poruszało się niezależnie od siebie, lustrując okolicę. Większość z nich wpatrywała się w bramę, jakby stwór kombinował, jak się przez nią przedostać…

„Stuoki potwór” to czwarty tom, ale trzecia część cyklu „Amelia i Kuba” ( a może czwarta część, ale trzecia historia ?), bo pierwsza ukazała się jako DWUKSIĄŻKA. W kolejnych Rafał Kosik zrezygnował już z pisania tej samej opowieści w wersjach opowiadanych z punktu widzenia różnych bohaterów. Jedna historia to jedna książka, ale w nie mamy w nich jednego, dominującego bohatera. Czasem widzimy wydarzenia w perspektywy Amelii, czasem Kuby, kiedy indziej – Alberta, Mi, a czasem jeszcze – ich rodziców lub innych mieszkańców Oak Residence (zwanej powszechnie Zamkiem).

Po „Godzinie duchów”, której podstawową zaletą była podwójność, pojedyncza „Nowa szkoła” jakoś mnie nie zachwyciła, wydała się napisana trochę na siłę. „Stuokiego potwora” czyta się zdecydowanie lepiej 🙂

Amelia jest zła na cały świat i ogniskuje swoją złość na Klementynie, wrzucając na forum szkoły jej złośliwe zdjęcie. Potem złość jej przechodzi i usuwa je, ale okazuje się, że rzecz wrzucona do internetu żyje już własnym życiem…

Mieszkańcy zamkniętej przed obcymi Oak Residence nadal nie czują się wystarczająco bezpieczni, więc decydują zwiększeniu ilości kamer, a do obrazu z nich mają mieć dostęp wszyscy mieszkańcy. Czy monitoring obywatelski to większe bezpieczeństwo, czy raczej totalna inwigilacja ?

„Stuoki potwór” to książka, która pokazuje, do czego może doprowadzić bezmyślne używanie najnowszych zdobyczy techniki, do których dostęp mają teraz także dzieci, czym grozi pochopne wrzucenie czegoś do sieci, albo nieostrożne udostępnienie światu swojej prywatności.

A tytułowy potwór ? Stuoki ? Istniał naprawdę czy był tylko wytworem wyobraźni ? Tego już musicie dowiedzieć się sami 😉

Rafał Kosik „Amelia i Kuba. Stuoki potwór”, ilustr.: Jakub Grochola, wyd.: Powergraph, Warszawa 2016

Skutki uboczne eliksiru miłości

Skutki uboczne eliksiru miłości

Wpis z 2 sierpnia 2017 roku, napisany dla portalu „Ryms”:

Tego niezwykłego dnia 13 grudnia 1981 roku, kiedy świat się zawalił…

„Skutki uboczne eliksiru miłości” to druga po „Teatrze niewidzialnych dzieci” Marcina Szczygielskiego książka, które dotyka tamtych czasów. Jej akcja zaczyna się w momencie, w którym akcja tamtej się kończy – czyli w dniu wprowadzenia stanu wojennego. To było 36 lat temu – dla dzieci żyjących teraz to taki dystans jaki nas wtedy dzielił od wojny.

To taki dzień, który chyba każdy, kto był na tyle duży, żeby choć trochę rozumieć to, co się działo, pamięta bardzo dobrze – nawet jeśli nie był świadkiem żadnych dramatycznych wydarzeń. Także wtedy, gdy przespał spokojnie noc, a o wprowadzeniu stanu wojennego poinformował go dziwny pan w okularach, który pojawił się w telewizorze zamiast Teleranka. Albo (tak jak to było w moim przypadku) jeśli włączył radio w oczekiwaniu na „60 minut na godzinę” i usłyszał najpierw Chopina (pierwsza myśl – ktoś umarł, ale kto ?), a potem hymn i słowa: Obywatelki i obywatele !

Ten dzień podzielił nam wszystkim czas czas na przed i po…

Trochę obawiałam się tego, w jakim tonie będzie o tym pisała Dorota Combrzyńska – Nogala. Znałam ją jednak wcześniej z „Bezsenności Jutki” i „Syberyjskich przygód Chmurki”, więc wiedziałam, że pisząc o niełatwych sprawach z przeszłości potrafi odpowiednie dać rzeczy słowo. I rzeczywiście – już pierwsza scena czyli poranek 13 grudnia jest i trochę tragiczna, i trochę komiczna, ale bez przesady w żadną ze stron. Opis tego poranka spowodował, że wybaczyłam autorce nawet pewne nieścisłości faktograficzne, które wyłapałam w książce. Na przykład to, że Jacek następnego dnia idzie do szkoły. Pamiętam przecież bardzo dokładnie, że przyspieszono nam ferie, co uratowało mnie przed niechybną dwójką z chemii następnego dnia.

Jak to w życiu – wielka historia miesza się z rzeczami małymi, codziennymi. Tak też jest i tutaj.

Wkrótce po ogłoszeniu stanu wojennego aresztowano tatę i dziadka Jacka. Jego mama obawiała się tego samego i nie chciała, żeby syn nawet na krótko trafił do Domu Dziecka. Dlatego wysłała go do swojej mamy, do niewielkiego miasteczka Warta.

Nagle zdał sobie sprawę ze swojej samotności. Znalazł się w nowym miejscu u obcej właściwie babci, a pojutrze pójdzie do obcej szkoły pełnej nieznanych ludzi. Czy będzie pasował do tego wszystkiego ? Czy miasteczko będzie pasowało do niego ?

„Skutki uboczne eliksiru miłości” to do pewnego stopnia powieść inicjacyjna, bo tych kilka miesięcy spędzonych u babci zmieni Jacka i nauczy wiele o życiu. Jest w tej książce też wiele innych ciekawych postaci i ich własne, czasem tragiczne historie. Babcia Majerankowa, Romka, Marcela, Hirek, ale nie tylko ludzie – jest tam niezwykły pies Mer, zwariowana, gadająca papuga Zenek, a nawet udomowiona świnia o wdzięcznym imieniu Buba.

Szukałam puenty mojej recenzji i nie znalazłam jej – podobnie jak właściwie nie ma jej ta książka. Nie chcę oczywiście zdradzać zakończenia, powiem tylko, że nie wszystkie wątki doczekały się zamknięcia, pojawiały się też nowe. Ktoś umarł, ktoś się urodził. Jak w życiu…

Dorota Combrzyńska – Nogala „Skutki uboczne eliksiru miłości”, wyd.: Literatura, Łódź 2017

Naciśnij mnie

Naciśnij mnie

Wpis z 20 stycznia 2012 roku. To była pierwsza książka Tulleta, którą miałam w ręku. Potem były kolejne, ale żadna już nie spodobała mi się tak bardzo. Nie wiem, czy to kwestia tego, że ta była pierwsza, czy jest ona najbardziej uniwersalna ?

… czyli książka, która nie służy do czytania ! 😉

Co więcej – nie służy ona również li i jedynie do oglądania. A do czego ?

Do naciskania, przekręcania potrząsania, klaskania…

A z resztą – co będę mówić ? Zobaczcie sami:

„Naciśnij mnie” to książka, którą można określić jako aplikację z iPada przeniesioną na papier. Tak właśnie napisał o niej w Merlinie niejaki MarcoPolo, dodając jeszcze: to jest genialne w swojej prostocie! Dziecko bawi się z książką, która – prawie jak tablet/komputer – odpowiada na jego klaskanie, wciskanie, chuchanie..

I nie tylko dziecko 😉 Fajnie jest patrzeć na dorosłych, którzy mając ją w ręku po raz pierwszy nie mogą się powstrzymać i także potrząsają nią i klaszczą. Dlatego bardzo zaskoczyła mnie reakcja moich nastoletnich córek. Obejrzały, pokiwały głową, powiedziały Fajne !, ale na moje zachęty do bardziej zaangażowanych działań popatrzyły z politowaniem i odpowiedziały: przecież to jest narysowane.

Wygląda na to, że one są w takim okresie życia, w którym już wyrasta się z bycia dzieckiem, a jeszcze nie dorosło do szukania go w głębi swojego jestestwa… Ale myślę, że wszystko przed nimi 😉

Herve Tullet „Naciśnij mnie”, wyd.: Babaryba, Warszawa 2011

Oro

Oro

Wpis z 13 września 2015 roku:

Marcel A. Marcel to pseudonim, pod którym ukryły się dwie (!) autorki tej książki – Dana Łukasińska i Olga Sawicka. Zastanawiam się, jak się pisze książkę w dwie osoby ? Zawsze miałam wrażenie, że pisanie to czynność bardzo intymna – ujawnianie światu czegoś bardzo własnego. Pisząc razem trzeba to własne uczynić wspólnym tak, aby książka stanowiła całość, nie robiła wrażenie czegoś sklejonego. Czy to właśnie fakt, że napisały tę książkę dwie osoby sprawił, że jest ona tak wyjątkowa ?

„Oro” to książka z gatunku tych, o których bardzo trudno pisać, bo ma się wrażenie, że ujawniając choć trochę z jej treści, odbierze się innym przyjemność z czytania. Dlatego nie będę Wam pisać, kim jest bohaterka tej książki, co się wydarzyło w jej życiu przed tym, kiedy ją poznacie, ani tym bardziej, co się będzie działo potem.

Nie powiem również, kim (a może czym ?) jest tytułowy (tytułowa, a może tytułowe ?) Oro ? Na to pytanie będziecie sobie musieli odpowiedzieć sami. Powiem jedynie, że jest to książka niezwykła, niepodobna do żadnej czytanej wcześniej – wciągająca i zaskakująca. Książka która czasem wzrusza, a czasem wręcz fizycznie boli…

Jak dojrzewanie. Jak świat, w którym żyjemy.

Zarówno okładka, jak i komiksowe ilustracje Krzysztofa Ostrowskiego, mogą sugerować, że jej adresatem są rówieśnicy Leny czyli nastolatki. Nic bardziej mylnego ! To książka nie tylko dla nich. Mogą, a nawet powinni czytać ją dorośli – szczególnie ci, którzy z problemami młodych ludzi mierzą się na co dzień.

Powiedzieć, że „Oro” ma zakończenie otwarte to mało 😉 Jest ono chyba najbardziej otwarte ze wszystkich znanych mi z innych książek. Na ogół w takich sytuacjach zostajemy z dwiema możliwościami ciągu dalszego i brakiem odpowiedzi na pytanie, czy będzie tak czy tak ? Tutaj na pytanie co będzie dalej? odpowiedzi jest tyle, ilu czytelników tej książki. Najmłodsza z moich córek opowiadała mi, że kiedy doczytała do ostatniej kropki, aż krzyknęła z żalu, że nie znalazła tam tego, na co czekała, choć (jak przyznała) nie jest to wykluczone…

Tytuł Książki Roku, który przyznała „Oro” Polska Sekcja IBBY w 2012 roku jest ze wszech miar zasłużony 🙂

Marcel A. Marcel „Oro”, ilustr.: Krzysztof Ostrowski, wyd.: Marginesy, Warszawa 2012

Leśne wędrówki

Leśne wędrówki

Książka nominowana w Plebiscycie Blogerów LOKOMOTYWA 2019 w kategorii OBRAZ

Po kilkuletniej przerwie wróciliśmy tego lata żeglować na Mazury. Nigdy nam się to nie znudzi, mimo że znamy te jeziora jak własną kieszeń. Przecież tam nigdy nie jest tak samo ! Za każdym razem wiatr wieje trochę inaczej, a woda i zieleń nad nią wyglądają przeróżnie w zależności od tego, jak pada na nie światło, które też codziennie się zmienia. Zatrzymać się tego nie da. Żadne zdjęcie robione telefonem nie odda tej cudownej gry światła, cienia i kolorów (mimo że przecież ograniczają się tylko do palety odcieni zieleni i niebieskiego).

Patrzyłam sobie na to przez tydzień, oczy mi odpoczywały i myślałam o tym, że jedyną osobą, która potrafiłaby namalować te światłocienie jest Elżbieta Wasiuczyńska. Wiedziałam, że to potrafi, już od dawna, odkąd zobaczyłam ilustrację do „Jasia i Małgosi” (w serii bajek „Dziecka”) na której szli sobie oni brzegiem jeziora, a cały las cudownie odbijał się w wodzie. Potem były kalendarze z Panem Kuleczką, a ostatnio na swoim blogu Ela demonstrowała proces powstawania nowej wersji „Leśnych wędrówek” Marii Dunin – Wąsowicz.

„Leśne wędrówki” wydane były pierwszy raz w latach sześćdziesiątych i wtedy ilustrowała je Hanna Czajkowska. Dla mnie pozostanie ona na zawsze autorką Bullerbyn mojego dzieciństwa, natomiast jej las w tej książce… no cóż… zdecydowanie nie umywa się do tego, który wyczarowała Ela. W tym wydaniu jest taki późnoletni, kiedy słońce jeszcze świeci całkiem mocno, ale wędruje niżej i daje długie cienie.

Skan okładki pożyczyłam ze strony „Chatka na sowich nóżkach”, a więcej ilustracji z tej książki znajdziecie tu -> http://chatkanasowichnozkach.blogspot.com/2015/09/lesne-wedrowki.html

Zamysł tej książki jest taki, że na ilustracjach mamy pusty las, a zwierzęta, o których opowiada autorka znajdziemy na dodatkowych kartach. Trzeba je wyciąć i wkleić w odpowiednie miejsca. Bardzo ucieszyłam się, kiedy stwierdziłam, że wyciąć oznacza tu naprawdę wyciąć nożyczkami, a nie wypchnąć z karty nadcięte elementy, jak w większości tego rodzaju publikacji teraz. Jak trudno jest znaleźć wycinanki, które naprawdę służą do wycinania, przekonałam się, kiedy kolejne z moich córek miały problemy z tak zwaną małą motoryką i powinny były ją ćwiczyć właśnie z nożyczkami w ręku. Tym większa jest moja wdzięczność dla twórców tej książki, że nie pozwalają czytelnikom pójść na wypychankową łatwiznę, choć pewnie tak przygotowane zwierzęta wyglądałyby w efekcie ładniej.

Czy lubisz chodzić po lesie ? A może chciałbyś dziś jeszcze , choćby zaraz, wybrać się na leśne wędrówki ? A więc w drogę !

Maria Dunin – Wąsowicz „Leśne wędrówki”, ilustr.: Elżbieta Wasiuczyńska, wyd.: Muchomor, Warszawa 2019

Spacerkiem przez rok

Spacerkiem przez rok

Wpis z 16 listopada 2016 roku – remont co prawda się dawno skończył, ale za oknem dziś niezbyt sympatycznie, więc może znów schować się w książce ?

Za oknami szaro, buro i ponuro, z nieba siąpi coś jakby deszcz ze śniegiem, a w domu szaleje tajfun remontu. Jedynym schronieniem w takich warunkach jest książka.

Rok dwanaście ma miesięcy // oraz cztery pory roku, // więc odwiedźmy je spacerkiem, // pomalutku, krok po kroku…

„Spacerkiem przez rok” Małgorzaty Strzałkowskiej znakomicie się to takiego eskapizmu nadaje – głównie z powodu cudownych ilustracji Elżbiety Wasiuczyńskiej, na których nawet szary listopad jest zdecydowanie przyjemniejszy niż w realu. Oglądając je, odnosi się wrażenie, że Ela użyła do nich (wydobytych z jakiegoś tajemnego schowka) specjalnych farb : miodowej, nocnej, deszczowej, szronowej czy fajerwerkowej 😉

Większość polskich nazw miesięcy – // poza marcem oraz majem – // to są stare polskie nazwy, // zgodne z dawnym obyczajem.

Od słów często zapomnianych // swój rodowód długi wiodą // i od niepamiętnych czasów // powiązane są z przyrodą.

To nie jest pierwsza tego typu książka, która miałam w ręku. Jak zawsze są w niej wiersze opisujące pory roku i kolejne miesiące, jest też kilka ekstra – o wiosennych zapachach czy nocy wigilijnej. Dużą niespodzianką były dla mnie te, które wyjaśniały znaczenie polskich nazw miesięcy. Nie jest rzeczą prostą zrobić to w sposób zrozumiały dla kilkulatka i w dodatku wierszem, ale Małgorzacie Strzałkowskiej udało się to wspaniale.

Małgorzata Strzałkowska „Spacerkiem przez rok”, ilustr.: Elżbieta Wasiuczyńska, wyd.: Media Rodzina, Poznań 2016