Śnieżna siostra

Śnieżna siostra

Książka nominowana w Plebiscycie Blogerów LOKOMOTYWA 2019 w kategorii OBRAZ

Ta książka nazywana jest kalendarzem adwentowym, ale mam z nią podobny problem jak ten, o którym pisałam, kiedy przypominałam tu „Prezent dla Cebulki”. Na moim profilu na FB wywołało to małą dyskusję o tym, jaką książkę można takim kalendarzem nazwać ? Napisałam wtedy: czym innym jest „historia, którą można przeczytać w Adwencie”, a czym innym książka, która ma być kalendarzem adwentowym. Od tej drugiej oczekuję jednak jakiegoś związku z religijnym wymiarem Bożego Narodzenia (a w każdym razie – nie pomijania go) oraz takiej konstrukcji akcji, która wprowadzi czytelnika w nastój świąteczny płynnie, stopniując go z dnia na dzień. Być może chcę zbyt wiele, bo na razie nie spotkałam książki, która by te moje oczekiwania spełniła. Uprzedzając – nie spełniła ich także „Tajemnica Bożego Narodzenia” Gaardera, choć wydaje mi się, że była najbliżej.

Doświadczenie ostatnich lat uczy, że nie powinnam się tego spodziewać po książce skandynawskiej, więc nie miałam takich oczekiwań wobec „Śnieżnej siostry”. I słusznie, bo dzięki temu się nie rozczarowałam, za to odkryłam przepiękną historię, którą na pewno warto przeczytać – nie tylko w Adwencie. I naprawdę to, że jest ona podzielona na 24 rozdziały, nie robi jeszcze z niej kalendarza adwentowego. Jest tak interesująca i wciągająca, że trudno mi sobie wyobrazić rozkładanie czytania na tyle wieczorów, bo kolejne części kończą się tak, że nie można jej tak po prostu odłożyć. Ja pochłonęłam ją na jeden raz, od pewnego momentu czytałam przez łzy, ale nie potrafiłam się od niej oderwać.

Jestem pewny, że dokładnie wiecie, jak powinny wyglądać święta. Z kim chcecie je spędzić, czym powinny pachnieć i co powinno wisieć na choince. I pewnie chcecie, żeby tak było co roku. Ja też tego chciałem…

W tym roku święta w domu Juliana, narratora tej historii, rzeczywiście stanęły pod znakiem zapytania. Kilka miesięcy wcześniej umarła jego siostra Juni i rodzice pogrążyli się w żałobie, kompletnie nie zwracając uwagi ani na niego, ani na jego młodszą siostrę Augustę. Miałem wrażenie, że przy stole siedzą kopie moich rodziców, które nie do końca wiedzą, jak się kiedyś zachowywali. (…) Nie byli sobą, tylko siebie przypominali. (…) Ale najbardziej brakowało mi Juni, mojej starszej siostry, Wszystkim nam jej brakowało, wiedziałem o tym. Chętnie wybrałbym się z rodziną na cmentarz, żeby ją odwiedzić, ale mama i tata nigdy tego nie chcieli. Nie wiedziałem dlaczego. Raz poszedłem tam sam. Grób był ciemny i pusty, bez żadnych ozdób czy zniczy. Juni leżała tam na dole. Podobno. Nie mogłem tego pojąć…

„Śnieżna siostra” to przepiękna, magiczna i wzruszająca opowieść o stracie, żałobie i pamięci, znakomicie wpisująca się w ten przedświąteczny czas. Czytając ją, cały czas miałam gdzieś w tyle głowy „Kolędę dla nieobecnych”: A nadzieja znów wstąpi w nas, nieobecnych pojawią się cienie…

W jej nastrój i smutny, i świąteczny wpisują się też znakomicie miejscami mroczne, ale także urokliwe, a przy tym zdecydowanie nieprzesłodzone ilustracje Lisy Aisato.

To książka wymykająca się kategoriom, także wiekowym 😉 Myślę, że nie ma górnej granicy wieku czytelników. Dolną tez trudno mi określić – to zależy od osobistych możliwości udźwignięcia tej historii i smutku, który niesie. Nie bójmy się go! Łzy wypłakane nad książką oczyszczają, pomagają uporać się z tym, co siedzi gdzieś głęboko i co czasem trudno nawet przed sobą nazwać…

Edit 2024: Książka została bardzo wiernie zekranizowana i można już ją oglądać na platformie Netflix

Maja Lunde „Śnieżna siostra. Opowieść świąteczna” ilustr.: Lisa Aisato, przekł.: Milena Skoczko, wyd.: Wydawnictwo Literackie, Kraków 2019

Siedmiu wspaniałych i sześć innych nie całkiem nieznanych historii

Siedmiu wspaniałych i sześć innych nie całkiem nieznanych historii

Wpis z 18 stycznia 2015 roku, ale okładka powyżej pochodzi z wydania najnowszego. Pierwsza była taka:

Jakiś czas temu pewna moja znajoma wyznała, że wzruszyło ja ogromnie tytułowe opowiadanie z „Siedmiu wspaniałych” Roksany Jędrzejewskiej – Wróbel. Ponieważ znałam ją dotychczas jako osobę raczej nieskorą do wzruszeń, a już na pewno nie do publicznego przyznawania się do nich, natychmiast sięgnęłam po tę książkę, aby sprawdzić, co też takiego ona w sobie ma 🙂 Opowiadanie tytułowe nie zrobiło na mnie aż takiego wrażenia, ale całość spodobała mi się bardzo.

Moje córki były już wtedy zdecydowanie zbyt posunięte w latach na tę lekturę. Na szczęście, kiedy jak na zamówienie ukazało się nowe wydanie z ilustracjami Marianny Oklejak, w naszej rodzinie pojawiły się kolejne dzieci, które mogłam nią obdarować.

Księgarnie pełne są teraz baśni w najrozmaitszych wersjach – od kanonicznych (czyli z grubsza takich jak je Grimmowie czy Andersen napisali) począwszy, przez rozmaite skróty po mniej lub bardziej udane przeróbki, bawiące się ich postaciami i schematami. Roksana Jędrzejewska – Wróbel dokonała zabiegu oryginalnego. Sięgnęła po znanych skądinąd bohaterów, ale umieściła ich w sytuacjach na wskroś współczesnych, takich, jakie na pewno nie mogły im się przydarzyć dawno dawno temu za górami za lasami….

Tamten świat nie miał przecież celebrytów znanych z tego, że są znani. Nie było w nim nachalnych akwizytorów, którzy potrafią wmówić niemal każdemu, że absolutnie i natychmiast potrzebuje czegoś, o istnieniu czego jeszcze wczoraj nie miał pojęcia. O przemocy szkolnej też chyba nikt nie słyszał, a i z rozwodami było trochę inaczej niż teraz.

Mnie najbardziej urzekło pierwsze opowiadanie. W roli Kopciuszka obsadzona w nim została pewna mama, która wcześniej poświęciła całe swoje życie, plany i ambicje wychowaniu córek, natomiast jako złe siostry wystąpiły jej własne dzieci. Historia, która raczej nie mogła się wydarzyć w poprzednich wiekach, poruszyła czułą strunę – może dlatego, że skojarzyła mi się z moim własnym życiem ? Tym bardziej ucieszyło mnie jej szczęśliwe zakończenie 🙂

Roksana Jędrzejewska – Wróbel „Siedmiu wspaniałych i sześć innych, nie całkiem nieznanych historii”, ilustr.: Joanna Olechnowicz – Czernichowska, wyd.: Bajka, Warszawa 2010

Roksana Jędrzejewska – Wróbel „Siedmiu wspaniałych i sześć innych, nie całkiem nieznanych historii”, ilustr.: Marianna Oklejak, wyd.: Bajka, Warszawa 2014

Roksana Jędrzejewska – Wróbel „Siedmiu wspaniałych i sześć innych, nie całkiem nieznanych historii”, ilustr.: Marianna Oklejak, wyd.: Bajka, Warszawa 2018

Tato !

Tato !

Wpis z 1 listopada 2008 roku, a książka przypomniała mi się teraz przy okazji „Prezentu dla Cebulki”.

Pełna ciepła książka obrazkowa przeznaczona dla tych wszystkich, który tęsknią za swoim tatą. (z okładki)

„Tato !” to książka, która strasznie mnie zasmuciła i długo nie mogłam się z tego stanu otrząsnąć. Jej bohaterem jest mały chłopiec, który siedzi w łóżeczku i myśli o swoim tacie. – Ciekawe, gdzie one teraz jest ? No właśnie – gdzie ? Mały Tomek wyobraża sobie wiele spraw związanych z tatą, ale to ciągle jest tylko jego wyobraźnia, w której tata jest oczywiście najwspanialszy, najdzielniejszy i ma piękny samochód.

Za to moja wyobraźnia zaczęła tworzyć najrozmaitsze scenariusze sytuacji rodzinnej Tomka. Czy ma pełna rodzinę, tylko tata wyjechał gdzieś daleko za chlebem ? Czy jego rodzice rozwiedli się, chłopiec mieszka z mamą, a tatę widuje od czasu do czasu ? A może w ogóle nie zna swojego taty ? Czy tata wie, że jest jego tatą ? Czy mama w ogóle wie, kto nim jest ? To ostatnie – to skutek niedawnego obejrzenia filmu „Mamma mia” 😉

Tak strasznie mi się było żal tego malca siedzącego samotnie w łóżeczku i przytulającego do siebie małpkę…

Długo zastanawiałam się, dla kogo jest ta książka ? Wydawało mi się, że ten smutek, który ja odczuwałam, dziecku tęskniącego do nieobecnego taty może tylko zaszkodzić. Nie bardzo wiedziałam też, czy eksperymentować z nią na własnych dzieciach, więc sobie leżała.

Długo jednak nie poleżała, bo Najmłodsza z córek (edit: wówczas ośmioletnia) wzięła sprawy (a raczej książkę) w swoje ręce, wygrzebała ją spod innych zaintrygowana ilustracjami* i przeczytała. Zapytana o wrażenia, mówiła głównie o czerwonym samochodzie (niezła fura, Mamusiu !). Smutku nie odczuwała, a na pytanie, gdzie jest ten tata, odpowiedziała bez wahania: „W pracy !” (co stanowi również odpowiedź na pytanie, gdzie najczęściej jest jej własny tata, kiedy go nie ma w domu 😉 ).

* Ilustracje w tej książce są rzeczywiście niezwykłe – takie niedzisiejsze. Kojarzą mi się ze starymi, przedwojennymi komiksami i reklamami (troche przypominają też rzeźby Gustava Vigelanda w Parku Frogner w Oslo). Nawet z początku myślalam, że „Tato !” to książka z tego okresu, ale nie – jest całkiem współczesna.

Svein Nyhus (tekst i ilustracje) „Tato !”, przekł.: Helena Garczyńska, wyd.: Ene Due Rabe, Gdańsk 2008

Prezent dla Cebulki

Prezent dla Cebulki

Wpis z 17 listopada 2015 roku:

Oto Cebulka. Cebulka nie jest rzecz jasna prawdziwą cebulką. Jest chłopcem. I to wcale nie takim małym, jesienią zaczął chodzić do szkoły. Jednak kiedyś był mały, nowiutki i okrągły. Właśnie wtedy mama zaczęła nazywać go Cebulką. Choć tak naprawdę ma na imię Stig.

Mam problem z tą książką…

Właściwie nie z samą książką, ale z rolą, w której jest obsadzana, bo często pisze się o niej jako o kalendarzu adwentowym, a samo wydawnictwo tak to określa na okładce: Wzruszająca opowieść w 25 rozdziałach do czytania w każdy wieczór aż do Bożego Narodzenia, ale też o każdej innej porze roku.

Od kalendarza adwentowego oczekuję, że będzie nas dzień po dniu wprowadzał w atmosferę Świąt Bożego Narodzenia i zbliżał do zrozumienia ich sensu. Tymczasem akcja tej książka co prawda umieszczona jest w tym czasie, ale trudno znaleźć tam to, co zazwyczaj określamy jako świąteczną atmosferę. Święta pojawiają się tam tylko jako powód do zastanowienia się nad prezentem oraz do ubrania choinki. Kontekstu religijnego nie ma tam nawet w dalekim tle, bo trudno za takowy uznać koncert w dniu św. Łucji, który co prawda odbywa się w kościele, ale potraktowanym raczej jak sala koncertowa.

Jeśli przestaniemy patrzeć na „Prezent dla Cebulki” jak na książkę świąteczną, zostanie nam całkiem poważna i smutna historia małego chłopca, który marzy o tym, żeby mieć własny rower i własnego tatę. Na rower jego mamy nie stać, a tata…

Kiedyś, jak mama miała dwadzieścia sześć lat, pojechała do Sztokholmu na koncert. I spotkała na tym koncercie mężczyznę, z którym poszła do domu, a potem zaczął jej rosnąć brzuch. Tylko że wtedy mama zdążyła już wyrzucić kartkę z numerem telefonu tego mężczyzny i właśnie przez to Cebulka nie ma teraz taty. Mama pamięta tylko, że miał na imię Joppe i mieszkał na jakiejś długiej ulicy.

Kiedy to czytałam, Cebulka wydał mi się nieco podrośniętym bohaterem książki „Tato” Sveina Nyhusa, która kilka lat temu bardzo mnie poruszyła. Tamten mały chłopczyk siedząc wieczorem w łóżeczku zastanawia się nad tym, gdzie jest i robi jego tato. Cebulka marzy o tym, że kiedyś pojadą z mamą do Sztokholmu i na jakiejś ulicy spotkają mężczyznę, który rozpozna w nim swojego syna. Mama nie chce, wie, że to nie byłoby takie proste i tłumaczy mu: Poznałam go po prostu w tamten weekend w Sztokholmie. A gdy się pożegnaliśmy wyrzuciłam do kosza karteczkę z numerem, bo… bo on właściwie wcale tak bardzo mi się nie podobał. (…) Ale gdy zrozumiałam, że mam ciebie w brzuchu, to bardzo się ucieszyłam. O niczym innym nie potrafiłam myśleć, tylko o tobie, tobie, tobie ! Tak bardzo chciałam cię mieć. Tylko że nie chciałam mieć tamtego mężczyzny. (…) Zupełnie nie zdawałam sobie sprawy, jak bardzo t y będziesz go chciał. Sądziłam, że je wystarczę. Wybacz mi, Cebulko. Myślałam tylko o sobie.

„Prezent dla Cebulki” to książka, która w szczególnie mocny sposób uzmysławia nam dorosłym naszą odpowiedzialność za to, do jakiego życia powołujemy na świat dzieci. Historia Cebulki kończy się szczęśliwie – chłopiec staje się posiadaczem roweru i znajduje sobie tatę, ale ten happy end podszyty jest goryczą. To książka, która pokazuje dzieciom życie bez retuszu i różowego filtru, tylko czy właśnie tego oczekujemy od lektur świątecznych ?

Frida Nilsson „Prezent dla Cebulki”, przekł.: Agnieszka Stróżyk, ilustr.: Maria Nilsson Thore, wyd.: Zakamarki, Poznań 2014

Kiedy Święty Mikołaj spadł z nieba

Kiedy Święty Mikołaj spadł z nieba

Wpis z 9 grudnia 2009 roku:

… czyli kolejna historia z cyklu: zasadniczo nie lubię takich książek, ale…  😉

Nie przypominam sobie, żeby Święty Mikołaj odegrał jakąś szczególną rolę w moim dzieciństwie. Prezenty (zarówno drobiazgi mikołajkowe, jak i te większe pod choinką) pojawiały się same i chyba od zawsze wiedziałam, że podkładają je Rodzice 😉 Z przebierańcem rozdającym prezenty spotkałam się pewnie kilka razy na zabawach choinkowo karnawałowych w pracy u rodziców i w szkole, ale (ponieważ wychowywałam się w Bydgoszczy) ten przebieraniec był raczej Gwiazdorem niż Świętym Mikołajem. Nie widywałam go także zbyt często na pocztówkach i opakowaniach, bo tych w siermiężnych czasach PRL raczej nie było. O reklamach w ogóle nikt nawet nie śnił 😉

W czasach dzieciństwa moich córek wszystko jest inaczej. Znanego mi wcześniej Mikołaja – biskupa i świętego Kościoła zastąpił rubaszny grubas w stroju krasnoludka rodem z reklamy Coca-coli. Święty od miłości i dzielenia się ustąpił pola bożkowi zakupów, patronowi supermarketów, a ten pojawia się jeszcze przed Adwentem i nie ma przed nim ucieczki.

Mikołajowy Uzurpator rozpanoszył się również w książkach dla dzieci i sprowadza sens Świąt Bożego (przecież !) Narodzenia li i jedynie do prezentów, których powinno być jak najwięcej i które należą się każdemu jak nie przymierzając psu micha. Dlatego książki świętomikołajowe to kategoria książek świątecznych, której nie lubię najbardziej, bo wszystko w nich obraca się wokół prezentów, a ich brak (a raczej taka groźba, bo przecież wszystko zawsze kończy się dobrze) równoznaczny jest z brakiem Świąt.

Historia, którą opowiada Cornelia Funke jest inna..

W nocy z dziewiątego na dziesiątego grudnia nadciągnęła z północy straszna burza. Niezliczone błyskawice przewiercały ciemności, a grzmot piorunów przetaczał się po czarnym niebie niczym łoskot wykolejonego pociągu towarowego.

Właśnie ta burza była przyczyną, dla której wóz Niklasa Julebukka wylądował na ulicy Mgielnej. Wóz trochę dziwny, jakby cyrkowy, a Niklas Julebukk był… no właśnie – tu się zaczynają problemy translatorskie 😦

Tłumaczka określiła go jako zawodowego Świętego Mikołaja i używała tej nazwy konsekwentnie w całej książce, łącznie z jej tytułem. Tymczasem w oryginale był to Weihnachtsmann czyli po naszemu Gwiazdor, znany dobrze mieszkańcom Wielkopolski i okolic. Nie jest on bynajmniej synonimem Świętego Mikołaja, ma swoje własne miejsce w bożonarodzeniowej tradycji, choć i jego pomału wypiera Uzurpator.

Niklas Julebukk jest ostatnim prawdziwym Weihnachtsmannem. Ostatnim, bo władzę w tej branży przejął (przy pomocy Dziadków do orzechów) niejaki Waldemar Dzieciosrogi, który dąży do absolutnej komercjalizacji Świąt.

Tak, ten Waldemar to oślizgły obrzydliwiec. (…) Świętym Mikołajom rozkazał podróżować na saniach motorowych, a z renów zrobił salami. Przekonał innych Mikołajów, aby listy z życzeniami i prośbami od dzieci wyrzucali do kosza, a zamówienia tak naprawdę przyjmowali tylko od rodziców – za zaliczką rozumie się. No i kiedy przyjdzie wieczór wigilijny, zamówienia są hurtem dostarczane do domów. Masówka.

Waldemar D. wygląda wypisz wymaluj jak Santa Claus czyli dobrze nam znany Uzurpator. Ta książka to protest – song przeciwko utożsamianiu Świąt z górą prezentów i to koniecznie bardzo drogich.

Dzięki spotkaniu z Niklasem Ben przekonał się, że najpiękniejsze prezenty, to wcale nie te które można kupić w sklepie.  „Kiedy Święty Mikołaj spadł z nieba” to książka o przyjaźni, miłości, życzliwości, bo to jest najważniejsze podczas Świat.

No i oczywiście jeszcze żeby padał śnieg 😉

I okazuje się, ze wcale nie są potrzebne kolorowe i błyszczące ilustracje. Te, które stworzył Paul Howard – ołówkowe, w różnych odcieniach szarości, zupełnie jak świat w początkach grudnia, w zupełności wystarczają, aby oddać nastrój ciepłej opowieści Cornelii Funke.

Cornelia Funke „Kiedy Święty Mikołaj spadł z nieba”, przekł.: Anna Wziątek, ilustr.: Paul Howard, wyd.: Nasza Księgarnia, Warszawa 2007

P.S. Niedawno odkryłam, że również i ta książka Cornelii Funke została zekranizowana. Nie miałam czasu, żeby obejrzeć cały film, ale robi niezłe wrażenie 🙂

Edit. 2024: filmu nie ma już na YouTube, zobaczyć można tylko zwiastun

Opowiadania wigilijne. Pod choinkę od polskich pisarzy

Opowiadania wigilijne. Pod choinkę od polskich pisarzy

Wpis z 28 grudnia 2007 roku czyli kolejna książka na półkę świąteczną. Nasza miała inną okładkę, ale tę, którą widać, można kupić nadal 🙂

Hej, kolęda, hejże ho ! Święta, święta i już po…

Tegoroczne Święta w naszym domu upłynęły pod znakiem lektury„Opowiadań wigilijnych”, które Najmłodsza z córek znalazła pod choinką. Unikam zazwyczaj podobnych okazjonalnych składanek – szczególnie tych dla dorosłych, bo zawsze coś mi w nich zgrzyta. Kiedy jednak przeczytałam listę autorów „Opowiadań wigilijnych”, nie zdołałam się oprzeć tej książce. Ludwik Jerzy Kern,  Grzegorz Kasdepke, Anna Onichimowska,  Beata Ostrowicka , Wanda Chotomska,  Joanna Papuzińska,  Roksana Jędrzejewska – Wróbel, Barbara Gawryluk, Ewa Chotomska, Joanna Olech, Barbara Kosmowska, Agnieszka Frączek, Paweł Beręsewicz i inni czyli plejada polskich twórców literatury dziecięcej, zilustrowana przez równie znamienite ilustratorki – Iwonę Całą i Ewę Poklewską – Koziełło.

Według stworzonej przeze mnie w zeszłym roku  systematyki książek okołoświątecznych 😉 – tę zaliczyć można do kategorii choinkowych, bo zajmuje się zwyczajami świątecznymi w oderwaniu od ich religijnego kontekstu. Są to jednak obyczaje polskie i na tym polega jej główna zaleta. Nie znajdziecie tu wzmianek o pończochach wieszanych na kominku czy świątecznym puddingu. Jest za to opłatek, barszcz z uszkami, karp i puste miejsce przy stole, które czeka na zbłąkanego wędrowca czyli wszystko to, co odróżnia Święta w Polsce, od obchodzonych w innych miejscach świata.

Czytając kolejne opowiadania, patrzymy na Święta z perspektywy anioła odwiedzającego Ziemię, psa oraz pudła z choinkowymi ozdobami ;-), ale przede wszystkim widzimy je oczami dzieci (czasem całkiem sporych, jak pewien Januszek 😉 ). Wszystkie te historie próbują odpowiedzieć na pytanie – na czym polegają prawdziwe Święta ? Receptą na nie, jak się okazuje, nie jest ani masa pieniędzy wydanych na prezenty, ozdoby i catering, ani nerwowa krzątanina Mamy wokół porządków i odpowiedniej ilości dań.

Paradoksalnie – odpowiedź na to pytanie znajdujemy w opowiadaniu, które rozgrywa się w środku lata, ale gromadka dzieci właśnie wtedy urządza święta – aby spełnić marzenie chorego przyjaciela. Okazuje się wtedy, że Święta wcale nie potrzebują kalendarza. Bo one są w nas samych, kiedy myślimy o innych.

P.S. Żeby nie było za słodko – jednak coś mi w tej książce zazgrzytało. W wierszu „Rozmowa przy tarciu chrzanu” dwa karpie pływające w wannie deliberują na temat tego, do którego z ich pośmiertnych wcieleń bardziej pasuje chrzan… Jakoś mnie raził ten z lekka frywolny ton ich dyskursu… Zwłaszcza, że czytałyśmy to niedługo po spożyciu karpia w galarecie, który udał się z tym roku mojej Mamie nadzwyczajnie. Z chrzanem, ma się rozumieć 😉

„Opowiadania wigilijne. Pod choinkę od polskich autorów”, ilustr.: Iwona Cała, Ewa Poklewska – Koziełło, wyd. Literatura, Łódź 2007

Z Wojciechem Widłakiem nie tylko o Panu Kuleczce…

Z Wojciechem Widłakiem nie tylko o Panu Kuleczce…

… Kaczce Katastrofie, psie Pypciu i muszce Bzyk – Bzyk rozmawiałam w grudniu 2008 roku. Bardzo miło wspominam to spotkanie. Mimo że od naszej rozmowy minęło już prawie 11 lat, myślę że warto ją przypomnieć 🙂

zdjęcie z Wikipedii

Leży przed nami książka niezwykła – książka, która wygląda tak, jakby była starym zeszytem znalezionym gdzieś na strychu, książka o niezwykłej atmosferze, książka, która ma w sobie tajemnicę. Ta książka to „Sekretne życie Krasnali w Wielkich Kapeluszach”.

Jest ona tym bardziej zaskakująca, że w niczym nie przypomina żadnej z wcześniejszych książek, które stworzyli Wojciech Widłak i Paweł Pawlak…

Tak. Jest to nietypowa książka Widłaka, z nietypowymi ilustracjami Pawlaka i raczej nie dla dzieci. Od jakiegoś czasu myśleliśmy z Pawłem o wspólnej książce, ale jakoś nic z tego nie wychodziło. Aż kiedyś, gdy byłem we Wrocławiu, Paweł pokazał mi swoją fontannę…

Czyli najpierw była fontanna ?

Najpierw były krasnale. W książkach, które Paweł ilustrował, od czasu do czasu pojawiały się osobniki w wielkich kapeluszach, których obecność nie do końca była uzasadniona treścią książki.

Potem Paweł, jako uznany ilustrator, dostał od Urzędu Miasta propozycję zaprojektowania fontanny na placu przed Teatrem Lalek. Na tej fontannie pojawiły się Krasnale w Wielkich Kapeluszach. Każdy z krasnali jest inny i każdy kapelusz jest inny.

zdjęcie autorstwa Pawła Pawlaka

Zobaczyłem tę fontannę jeszcze przed jej uruchomieniem i zrozumiałem, że każdy z tych krasnali jest osobą, każdy z nich ma swoją historię. A ja poczułem, że muszę te historie spisać.

Tak jak umiałem, opisałem osobników w kapeluszach oraz wierzbę i kota, po czym wysłałem tekst do Pawła. Po jakimś czasie Paweł przysłał mi coś, co uważał za szkice ilustracji, natomiast ja od razu miałem poczucie, że to są już niemal gotowe ilustracje. Paweł dał się przekonać, wycyzelował je oczywiście, dodał smaczków, pokropił złotem i szkice w końcu znalazły się w książce. Moje opowieści też są właściwie szkicami – w tym sensie, że zapraszają czytelnika do dopowiedzenia sobie różnych różności. Może poza opowiadaniem o Niewidzialniku, które chyba lubię najbardziej.

Niezwykłe w „Krasnalach” jest to, że bohaterowie istnieją fizycznie. Każdy, kto przyjedzie do Wrocławia, może przyjść pod fontannę i ich dotknąć.

zdjęcie autorstwa Pawła Pawlaka

Zadebiutował Pan dość późno. Czy pisarstwo było Pana marzeniem od zawsze czy też przydarzyło się przypadkiem?

Właściwie przez całe dorosłe życie jestem redaktorem. Zaraz po studiach byłem dziennikarzem w tygodniku „Służba Zdrowia”. Potem między innymi pracowałem jako handlowiec – sprzedawałem części do cukrowni w Iranie i komputery do kraju, który nazywał się ZSRR. Równocześnie jednak redagowałem podziemne pismo „Karta”. To był bardzo istotny okres w moim życiu. Ludziom, których wtedy spotkałem, a zwłaszcza twórcy „Karty” Zbigniewowi Gluzie, zawdzięczam poczucie, że słowo jest bardzo ważne, szczególnie słowo zapisane, które gdzieś tam pozostaje.

Kiedy byłem bardzo młody, oczywiście jak wszyscy pisałem wiersze. Na szczęście nikt ich nie czytał. Potem, podczas studiów w Moskwie, pisywałem do naszej odbijanej na powielaczu gazetki polskich studentów, coś, co się nazywało „Bajeczki z tamtej strony”. Niestety, nie mam ani jednego egzemplarza tych pisemek.

Chyba w 1985 roku w piśmie „Karta” ukazało się moje opowiadanie „Łowca jeleni”. Jego akcja rozgrywała się w moskiewskim metrze, a bohaterem był mężczyzna opowiadający swoje przeżycia z wojny w Afganistanie. Do końca nie było wiadomo, czy mówił prawdę czy rzeczywiście szukał jeleni, którzy by uwierzyli w tę jego historię…

I to był koniec, jeśli chodzi o moje związki z literaturą przez nieduże „L”…

…do czasu, kiedy pojawił się Pan Kuleczka…

Można by powiedzieć, że to się zdarzyło przypadkiem, ale ja nie wierzę w przypadki. Myślę, ze wszystko, co nas spotyka, jest darem i taki dar właśnie dostałem.

Pracowałem wtedy w miesięczniku „Dziecko” i, z grubsza rzecz biorąc, prowadziłem tam wspólnie z krakowską artystką Elżbietą Wasiuczyńską dział dla dzieci.

Kiedyś Ela przysłała mi małą karteczkę, którą pokazuję teraz dzieciom na spotkaniach. Był na niej narysowany osobnik, a właściwie tylko jego głowa, w meloniku i w muszce i słowa: Wojtku, to jest Pan Kuleczka, może Cię natchnie. Potem Ela mi przysłała kolorowy obrazek, na którym oprócz tego pana, był pies, kaczka, mucha i motyl. Wszyscy stali na kolorowych piłkach i mieli parasole. Kiedy spojrzałem na tę ilustrację, wiedziałem od razu, kto jak się nazywa – że kaczka to Katastrofa, pies to Pypeć, a mucha – Bzyk-Bzyk. Motyl nie miał imienia i odfrunął; może jeszcze kiedyś wróci, ale na razie jakoś nie chce.

Pan Kuleczka nosi muszkę. Pan również. Który z Was był pierwszy ?

To zagadkowa historia. Ela mieszka w Krakowie, a ja w Warszawie. Nie znaliśmy się osobiście, widzieliśmy się kiedyś raz przelotnie. Ja noszę muszki, a wtedy nosiłem też melonik. Kiedy zobaczyłem, że Pan Kuleczka jest w muszce i meloniku, wydało mi się to niesamowite.

Potem była druga ilustracja i trzecia… Pierwsze trzy opowiadania miały trochę inny charakter niż następne. To było trochę tak, jakby świat Pana Kuleczki i jego podopiecznych powoli mi się odsłaniał. Zaczynałem widzieć, kim oni są – w ogóle i dla siebie wzajemnie, jakie mają charaktery. Potem było mi coraz łatwiej o nich pisać.

A więc to nie Pan ich wymyśla ?

Nie jestem ich stwórcą – raczej obserwatorem.

Kiedyś pisząc zimowe opowiadanie, miałem taki pomysł, że wyjdą sobie na dwór i tam się będzie coś działo. Pisałem, pisałem… a oni dochodzili do przedpokoju i po prostu nie mogli wyjść. Wreszcie zostali w domu. To było niezwykłe doświadczenie, bo wtedy poczułem, że oni się mnie nie słuchają. Dzięki temu, że nie narzucałem im tego, co mi się wydawało, że powinni robić, mogłem zobaczyć, co robią naprawdę.

Pękaty jegomość w meloniku, pies, kaczka i mucha – to nietypowa kompania, a jednak te opowiadania stanowią piękny opis życia rodzinnego…

Cóż, szyfr nie jest zbyt skomplikowany. Nawet całkiem małe dzieci wyczuwają, że to historie o czymś dobrze im znanym, czyli o rodzinie. Skoro tak, to w naturalny sposób rodzi się pytanie, kto kryje się za poszczególnymi postaciami, prawda? Najprostsza sprawa jest z Pypciem i Katastrofą, bo oni są jak starszy brat i młodsza siostra. Natomiast dalej rzecz się nieco komplikuje. Kim jest muszka Bzyk-Bzyk? Ja sam myślałem, że to malutkie dziecko, które kiedyś urośnie i zacznie mówić coś więcej niż bzyk, bzyk i nie. Tymczasem Bzyk-Bzyk się nie zmienia. Spotkałem się kiedyś z interpretacja, która mnie wzruszyła – że to dziecko chore, niepełnosprawne, które już nic więcej poza tym bzyk, bzyk nie powie.

Ale jest i jest ważne.

Jest ważne i kochane, i uczestniczy w ich życiu. Trudno sobie wyobrazić tę rodzinę bez Bzyk-Bzyk, chociaż wydawać by się mogło, że ona pozostaje w cieniu.

A Pan Kuleczka – czy jest samotnym ojcem ?

No właśnie, to jest największa tajemnica: Kim jest Pan Kuleczka? Najprostsza odpowiedź jest taka, że to idealny tata. Tylko wtedy pojawia się pytanie, które dzieci kilka razy zadały mi na spotkaniach: Dlaczego Pan Kuleczka nie ma żony?

Czasem mówię, że może kiedyś ją miał, ale tak naprawdę to nie wiem. Całkiem niedawno przyszło mi do głowy, że Pan Kuleczka jest idealnym małżeństwem – takim, które stanowi idealną jedność.

I samotnemu ojcu, i samotnej mamie jest strasznie trudno. Dlatego Pan Bóg wymyślił małżeństwo, żebyśmy się jakoś wspierali i uzupełniali się wzajemnie w tych cechach, które są bardziej przypisane do kobiecości i do męskości. Mówi się trochę żartobliwie moja druga połowa, a dwie połowy stanowią całość. Całość, która łatwiej sobie może radzić z wyzwaniami, jakie się wiążą z wychowaniem psa, kaczki i muchy.

Pan Kuleczka nie powstałby bez Eli Wasiuczyńskiej, krasnale – bez Pawła Pawlaka, a kolejną Pana książkę „Opowieści do poduszki” zilustrowała Agnieszka Żelewska.

Uważam się za człowieka hojnie obdarowywanego przez los. Dzięki Panu Kuleczce zaprzyjaźniliśmy się z Elą, a dzięki Eli poznałem kwiat ilustratorstwa polskiego – Agnieszkę Żelewską, Ewę i Pawła Pawlaków i jeszcze wielu bardzo fajnych i niesamowicie zdolnych ludzi.

Kiedy Pan Kuleczka wywędrował z „Dziecka” do książek, jego miejsce zajął król Jęzorek z żoną i bliźniakami. Te opowiadania ilustrowała Agnieszka Żelewska.

Potem się pojawił (i jest do dziś) osobnik, który się nazywa Wesoły Ryjek. Bardzo lubię Wesołego Ryjka, bo z pogodą przyjmuje to, co niesie każdy dzień, a w dodatku codziennie czegoś się dowiaduje. Mam nadzieję granicząca z pewnością, że opowiadania o nim, również ilustrowane przez Agnieszkę Żelewską, ukażą się w wersji książkowej.

Poduszka narodziła się z zabawy słowem. Pomyślałem sobie: opowieści do poduszki i zobaczyłem poduszkę, która domaga się bajek na dobranoc, a potem dziewczynkę, której trafiła się taka marudna poduszka. A potem je opisałem, i już.

Jak to się stało, że opowiadania o Panu Kuleczce ukazały się w wersji książkowej ?

Opowiadania ukazywały się w „Dziecku” przez pięć lat. Kiedyś podzieliłem się z redaktor naczelną tego pisma Justyną Dąbrowską moim marzeniem o ujrzeniu Pana Kuleczki w książce. Justyna złapała mnie za słowo i za rękę i pojechaliśmy do Poznania, do wydawnictwa Media Rodzina. Tam przedstawiła sprawę tak, że oto jest gotowa książka – jest tekst, są ilustracje i jest grono sympatyków – czytelników „Dziecka”, którzy polubili Pana Kuleczkę i całe to towarzystwo. Wydawca, pan Bronisław Kledzik zdecydował się i dał szansę dość leciwemu debiutantowi.

Książka się ukazała i było to dla mnie ogromną radością. Do dziś, choć ukazało się już pięć tomów Pana Kuleczki oraz dwie książki niekuleczkowe, wciąż tak do końca nie mogę uwierzyć, że to ja je napisałem. Może dlatego, ze tak późno zadebiutowałem i jeszcze nie zdążyłem się do tego przyzwyczaić?

P.S. Długo by wymieniać książki Wojciecha Widłaka, które powstały od czasu naszej rozmowy. Wspomnę tylko najnowszą – znów w duecie z Elżbietą Wasiuczyńską 🙂

Madika z Czerwcowego Wzgórza

Madika z Czerwcowego Wzgórza

Wpis z 18 lutego 2008 roku:

Mała Madika – chluba panien z Czerwcowego Wzgórza o złotym sercu, jak ją nazywał wujek Nilsson. Taka sympatyczna, choć uparta dziewczynka – trochę jak  Lotta (tylko starsza) albo jak  Emil, bo podobnie jak on ma masę pomysłów i łatwo przechodzi od słów do czynów. Dlaczego tak trudno było nam się z nią zaprzyjaźnić ???

Chyba dlatego, że w porównaniu ze znanymi nam wcześniej książkami Astrid Lindgren z jej nurtu realistycznego (do których zaliczam „Dzieci z Bullerbyn”, cykl o  dzieciach z ulicy Awanturników,  ”Emila ze Smalandii” czy ”My na wyspie Saltkrakan”) – te madikowe są zdecydowanie mniej sielankowe. Tamte rozgrywają się w beztroskim, dziecięcym świecie swoich bohaterów, a dorośli, którzy się w nich pojawiają są (z małymi wyjątkami) dobrzy i życzliwi.

Madika i jej siostra Lisabet też mają spokojny i dostatni dom (nawet bardziej dostatni niż w innych książkach), ale świat wokół nich nie jest już tak pastelowy. Tuż za płotem, po sąsiedzku mieszka Abbe – najserdeczniejszy przyjaciel Madiki, który w swoim domu jest jedyną osobą dorosłą, mimo że ma kilkanaście lat. Ojciec alkoholik i bezradna wobec jego nałogu Mama nie poradziliby sobie w życiu, gdyby ich syn się nimi nie opiekował. Poza tym są jeszcze: psychicznie chory Lindkvist, który porywa małą Lisabet; pijak Andersson, który zostawia ją w lesie, kiedy wskoczyła na jego sanie; Mia, koleżanka z klasy Madiki, która jest biedna, ma wszy i tak rozpaczliwie walczy o akceptację rówieśników, ze posuwa się aż do kradzieży; samotna i uboga Lindus Ida… W takim otoczeniu trudno o beztroskę.

Dzięki zakamarkowym  ”Przygodom Astrid – zanim została Astrid Lindgren”  wiemy, że pisarka zawarła w tym cyklu wiele swoich wspomnień z dzieciństwa – tych zdecydowanie smutniejszych. Pierwowzorem tytułowej bohaterki była jej serdeczna i dozgonna przyjaciółka Anne-Marie Ingerstom, którą w domu nazywano Madiką. Jej dom rodzinny czyli willa dyrektora miejscowego banku został tam opisany jako Czerwcowe Wzgórze. Za to w postaci Lisabet Astrid sportretowała własną młodszą siostrę – Stinę.

Te książki nie są jednak tylko smutne i zaangażowane społecznie 😉 Jest w nich wiele zdarzeń wesołych i jest też pięknie opisana więź między siostrami. Choć czasem się kłócą i robią sobie na złość, to wieczorem Lisabet przychodzi do łóżka starszej siostry, żeby się do niej przytulić. Scena kończąca „Patrz Madika pada śnieg”, kiedy rodzice wracają do domu po bezowocnych poszukiwaniach swojej zaginionej córeczki i odnajdują ją w łóżku starszej siostry, wzrusza mnie za każdym razem, gdy ją czytam.

Z tych książek pochodzi też określenie fąflu jeden, które z radością przyjęłam do naszego domowego języka – lubię obdarzać tym epitetem moje córki, kiedy mi podpadną (w zastępstwie zdecydowanie mniej cenzuralnych określeń, które mi się wtedy cisną na usta 😉 )

P.S. Nasza Księgarnia wydała niedawno obie zasadnicze części „Madiki” w jednym tomie w ramach tzw. Serii luksusowej. Edit: a jeszcze potem razem jako „Przygody Madiki z Czerwcowego Wzgórza”

Astrid Lindgen „Madika z Czerwcowego Wzgórza”, przekł: Anna Węgleńska, ilustr.: Ilon Wikland, wyd.: Nasza Księgarnia, Warszawa 1994

Astrid Lindgen „Madika i berbeć z Czerwcowego Wzgórza”, przekł: Anna Węgleńska, ilustr.: Ilon Wikland, wyd.: Nasza Księgarnia, Warszawa 1994

Astrid Lindgen „Madika z Czerwcowego Wzgórza” (Seria Luksusowa), przekł: Anna Węgleńska, ilustr.: Ilon Wikland, wyd.: Nasza Księgarnia, Warszawa 2007

Astrid Lindgen „Przygody Madiki z Czerwcowego Wzgórza” , przekł: Anna Węgleńska, ilustr.: Ilon Wikland, wyd.: Nasza Księgarnia, Warszawa 2015

Astrid Lindgen „Patrz Madika, pada śnieg !”, przekł: Anna Węgleńska, ilustr.: Ilon Wikland, wyd.: Zakamarki, Poznań 2007

Przygody Emila ze Smalandii

Przygody Emila ze Smalandii

Kolejna pozycja na półce z książkami Astrid Lindgren – wpis z 4 stycznia 2007 roku:

Znacie Emila ??? Sądzę, że tak, bo przecież pierwsze wydanie pierwszej części jego przygód ukazało się w Polsce ponad 30 lat temu i miało wiele wznowień. W latach osiemdziesiątych mogliśmy obejrzeć w telewizji uroczy serial o tym sympatycznym chłopaczku. Pamiętam z niego przede wszystkim Tatę Emila i jego niosący się nad sielskim krajobrazem krzyk „EEEEEEEEEEmil !!!!!!!”, podczas gdy Emil pędem udawał się do stolarni, aby odbyć tam zasłużoną karę za swoje psoty.

Jeśli jednak nie udało wam się dotychczas zawrzeć z nim znajomości, teraz macie wspaniałą okazję. Nakładem „Naszej Księgarni” ukazało się pierwsze pełne (no, prawie pełne 😉 wydanie jego przygód. Najmłodsza z moich córek znalazła je pod choinką, a słuchają z przyjemnością również starsze siostry. Dorosłym też się podoba.

W latach sześćdziesiątych, kiedy powstała, była to książka niemal rewolucyjna – prawie jak Pippi. Pokazywała rodzinę, w której wychowuje się dzieci miłością i nie stosuje kar fizycznych. Było to jeszcze przed sukcesem wielkiej ogólnoszwedzkiej akcji przeciwko biciu dzieci. Jedyna karą, jaką stosowano w Katthult na psoty Emila, było zamknięcie delikwenta w stolarni, gdzie zresztą nigdy się nie nudził, gdyż strugał kolejne drewniane ludziki. Emil wiedział, że wkrótce zostanie wypuszczony. Nigdy nie siedział zbyt długo w stolarni. -Tylko tyle, żebyś porządnie przemyślał swój wybryk i żebyś go nie powtórzy – zwykł mawiać jego tatuś. Pod tym względem Emil był wzorowy i nigdy nie powtarzał tego samego wybryku po raz drugi, stale wymyślał cos nowego. Można więc powiedzieć, że Tacie udawało się osiągnąć pełen sukces wychowawczy 😉

Czytając tę książkę byłam pod ogromnym wrażeniem atmosfery panującej w rodzinie Svenssonów z Katthult w Loeneberdze w prowincji Smalandia. Alma i Anton to prości, ciężko pracujący ludzie, którzy dawali swoim dzieciom mnóstwo miłości i akceptacji. Wychowanie takiego małego urwisa jak Emil nie jest rzeczą prostą, a jednak żadne z nich nigdy nie podniosło ręki na niesfornego syna. Dzieciństwo małych Svenssonów w porównaniu z życiem współczesnych dzieci wydawać się może ubogie w dobra materialne i atrakcje. Oni jednak nie odczuwali żadnych braków, mieli wszystko, co było im potrzebne do szczęścia. Jest w tej książce echo dzieciństwa samej autorki.

Według standardów wychowawczych obowiązujących w tamtych czasach Emil był dzieckiem niegrzecznym i nieposłusznym, a więc godnym największego potępienia. Patrząc na niego z perspektywy współczesnej widzimy energicznego i ciekawego świata chłopca, którego wszystko interesuje, ma masę pomysłów i nie zastanawia się zbyt długo zanim uderzy w czynów stal. Przecież, jak sam mówił, jak inaczej można by się czegokolwiek na tym świecie dowiedzieć ? Rodzice, zajęci domem i gospodarstwem, nie mieli możliwości, aby nad nim stale czuwać. Emil nie był złym dzieckiem, które świadomie chce zrobić komuś przykrość czy wyrządzić szkodę. Motorem jego działania była na ogół chęć pomocy czy uszczęśliwienia kogoś. Niestety czasem wychodziło to trochę na opak. Najczęściej wtedy, kiedy bardzo chciał zrobić przyjemność Tatusiowi 😉

Cieszę się, że po latach mogłam dowiedzieć się, jakie były dalsze losy Emila. Wbrew najczarniejszym przewidywaniom sąsiadów, którzy tak współczuli jego rodzicom, że aż złożyli się dla niego na bilet do Ameryki, nie było z nim wcale tak źle. Świetnie radził sobie w szkole, uratował życie Alfredowi, a kiedy dorósł został przewodniczącym Rady Gminnej. Patrzcie, wygląda na to, ze z najbardziej nieznośnych dzieci mogą wyrosnąć z czasem naprawdę porządni ludzie, sądzę, że to wspaniałe, gdy się o tym pomyśli. Po prostu – to co u dziecka jest niegrzecznością i nieposłuszeństwem, u dorosłego nazywa się przedsiębiorczością i siłą charakteru 😉

Szkoda tylko, że w tym pięknie wydanym tomie przygód Emila zabrakło miejsca dla uroczej historyjki o jego siostrzyczce czyli „Jak mała Ida chciała psocić”. Ida pozazdrościła Emilowi czasu, który spędzał w stolarni i zapragnęła sama tam trafić. Niestety, mimo że tym razem napsociła ona, Tata znów wykrzyknął „EEEEEEEEEmil !!!”. Tak to już jest, gdy rodzice zbytnio przyzwyczają się do ról, które pełnią w rodzinie ich dzieci 😉

Edit: kiedy pisałam tę recenzję, nie było jeszcze Wydawnictwa Zakamarki, które wkrótce potem wydało też historyjkę pod tytułem „Mała Ida też chce psocić” oraz trzy inne historie o Emilu, których nie ma w zbiorze Naszej Księgarni 🙂

Astrid Lindgren „Przygody Emila ze Smalandii” , przekł.: Irena Szuch – Wyszomirska, Anna Węgleńska, ilustr.: Bjoern Berg , wyd.: Nasza Księgarnia, Warszawa 2005

Astrid Lindgren „Jak mała Ida chciała psocić” , przekł.: Danuta Rechowicz – Głowacka, ilustr.: Bjoern Berg wyd.: Bajka, Sztokholm 1985

Astrid Lindgren „Mała Ida też chce psocić” , przekł.: Anna Węgleńska, ilustr.: Bjoern Berg wyd.: Zakamarki, Poznań 2009

Urodziny Daisy

Urodziny Daisy

Wpis z 6 lipca 2006 roku:

Festiwal książek Jacqueline Wilson w naszym domu trwa 🙂

Po  ”Dziewczynce z walizkami  i ”Na krawędzi” (opisanymi juz tutaj) oraz „Podwójnej roli” (o której innym razem) przyszła kolej na „Urodziny Daisy”, a jeszcze sporo przed nami. Środkowa z córek dostała tę książkę na dziesiąte urodziny i błyskawicznie ją połknęła, natomiast ja, czytając, miałam wrażenie, jakby to było o niej i jej koleżankach.

Okazuje się, że dziewczynki w tym wieku są do siebie podobne, niezależnie od tego, czy żyją w Anglii, w Polsce, czy jeszcze gdzieś indziej. Na zebraniach w początkowych klasach szkoły podstawowej dużo uwagi poświęca się zazwyczaj problemom z zachowaniem chłopców, bo to oni robią więcej zamieszania. Przypominają małe niedźwiadki, które bez przerwy się ze sobą mocują i poszturchują. Dziewczynki w tym wieku przywodzą mi raczej na myśl kłębowisko żmij 😉 Tu nie ma otwartych walk – są szepty za plecami, zmowy milczenia i szantaże: jak się będziesz z NIĄ przyjaźnić, to JA CIEBIE nie będę lubić.

Amy, Bella, Chloe, Daisy i Emily – koleżanki z klasy tworzą tajny Klub Alfabetek, bo ich imiona zaczynają się na kolejne litery alfabetu. Wszystkie po kolei zapraszają resztę na urodzinowe przyjęcie z nocowaniem. Daisy obawia się swoich urodzin – nie wie, jak przyjaciółki zareagują na jej starszą, niepełnosprawną siostrę Lily, która jeździ na wózku i nie mówi…

W każdym domu może zdarzyć się ktoś lub coś, z jakiegoś powodu zaskakujący postronnych – jakieś rodzinne zwyczaje, wystrój mieszkania, fryzura Mamy czy specyficznej urody pies 😉 Czy stanie się to tematem do kpin, czy nie, zależy w dużym stopniu od stosunku samego dziecka do własnego domu i od jego poczucia własnej wartości. Jeśli sami uważamy, że coś jest powodem do wstydu, to również nasze otoczenie będzie tak traktować ten problem. Daisy kocha siostrę, mimo że nie jest podobna do innych starszych sióstr i dlatego wbrew jej obawom koleżanki (w większości) reagują na Lily normalnie.

Wszystko to znamy z własnego podwórka – zarówno rywalizację na przyjęcia urodzinowe (a to w ZOO, a to w kręgielni czy na basenie), jak i ciągły stres, że najlepsza (jeszcze wczoraj) przyjaciółka dziś już może przyjaźni się z kimś innym. Jest wśród koleżanek Środkowej taka dziewczynka, która (zupełnie jak Chloe) zawsze i w każdych okolicznościach rządzi pozostałymi, a one się jej poddają. Trwa to już kilka lat. Ani ja, ani inni rodzice nie rozumiemy  – co w niej jest takiego i skąd się bierze ta jej Moc, bo nie jest to nic, co mogliby zrozumieć dorośli: ani nadzwyczajna uroda, ani mądrość, ani możliwość imponowania gadżetami. Może jest trochę tak, jak w książce powiedziała Emily: lepiej być z nią w przyjaźni, niż mieć w niej śmiertelnego wroga.  Brzmi to niemal jak rozważania kardynała Richelieu… Z wcześniejszego doświadczenia z Najstarszą wiem jednak, że z tego wieku się po prostu wyrasta i to pomaga mi przetrwać 😉

Jacqueline Wilson „Urodziny Daisy” , przekł.: Renata Kopczewska., ilustr.: Nick Sharratt, wyd.: Media Rodzina, Poznań 2006