Jestem życie. Jestem śmierć

Jestem życie. Jestem śmierć

Książka nominowana w Plebiscycie Blogerów Lokomotywa 2021 w kategorii: Od A do Z

Dwie, można powiedzieć – bliźniacze, książki, które sprzedawane są oddzielnie, a powinny razem. Dopiero razem mogą wybrzmieć, bo uświadamiają ścisły, nierozerwalny związek między ich tytułowymi bohaterami.

Jestem Życie. Tak jak śmierć to śmierć, ja jestem życiem.

To ja wprawiam wszystko w ruch.

Jestem Śmierć. Tak jak życie to życie, ja jestem śmiercią.

Życie to coś normalnego i oczywistego. Wszyscy żyjemy i na ogół jest nam z tym dobrze. Gorzej jest ze śmiercią, a jest to temat, którego nie da się uniknąć w rozmowach z dziećmi. Dorośli mają z tym często ogromny problem, bo sami sobie ze śmiercią nie radzą. Boją się, więc od tematu uciekają, także z obawy, że przeniosą swój strach na dzieci. Uciekają również dlatego, że na ogół mamy podświadomy opór przed konfrontowaniem dzieci ze smutkiem, tragediami i wszystkim tym, czego mogły by się przestraszyć. Wydaje nam się, że dzieciństwo to powinien być czas wyłącznie beztroski i szczęśliwy, ale w rzeczywistości rzadko taki bywa.

Uciekamy od tematu, bo nie potrafimy o nim mówić, bo obawiamy się własnych emocji z nim związanych. Myślę, że te książki mogą pomóc w takiej rozmowie, a sposób, w jaki o tych sprawach opowiadają, daje się pogodzić i z religijnym, i z ateistycznym oglądem świata.

Uważam, że powinny być nie tylko sprzedawane razem, jako zestaw, ale także w taki sam sposób wypożyczane w bibliotekach. Obawiam się sytuacji, w której z powodów opisanych powyżej dorośli mogą ograniczyć się do przeczytania z dzieckiem tylko pierwszej z nich. Jestem też w stanie wyobrazić sobie sytuację odwrotną a żadna z nich nie byłaby korzystna dla czytelników. Spodziewam się teraz pytania, dla dzieci w jakim wieku jest to lektura, ale nie ma na to jednoznacznej odpowiedzi. Wszystko zależy od dziecka, a także od jego sytuacji życiowej. Dobrze byłoby mieć ją na podorędziu, gdy ten temat, jak to niestety bywa, sam się w jego życiu pojawi.

We wszystkich książkach dla dzieci, które dotyczą tych spraw i które znam, śmierć poznajemy poprzez to, że dotyka jakiegoś bohatera. Te są inne, bo ich jedynymi bohaterami są właśnie życie i śmierć.

Elisabeth Helland Larsen prostymi zdaniami snuje opowieść, w której są one cały czas obok siebie. Kiedy zaczyna się życie, pojawia się także śmierć – kiedyś, w przyszłości, nie wiadomo kiedy, ale na pewno…

Pewna moja książkowa znajoma, której zdanie bardzo cenię, odpowiedziała na moje zachwyty po pierwszej lekturze, że ma z tym książkami problem, bo niektóre strony są dla niej znaczeniowo, estetycznie i emocjonalnie puste. Dało mi to trochę do myślenia, ale kiedy wróciłam do nich po jakimś czasie doszłam do wniosku, że jest to częsty problem, jaki mają dorośli czytając książki dla dzieci. Niedorośli czytelnicy potrzebują często, żeby im powiedzieć coś, co dla dorosłych jest oczywiste i wręcz oklepane, ale nie było takie, kiedy to usłyszeliśmy (czy przeczytaliśmy) po raz pierwszy. Myślę, że autorce udało się tak to wyważyć, że także dorośli znajdą w nich coś, co będzie dla nich odkrywcze.

Przyzwyczailiśmy się, że śmierć przedstawiana jest na ogół jako tak zwany kościotrup (często jeszcze z kosą), więc nie sposób się jej nie bać. Marine Schneider znalazła inny sposób na jej sportretowanie. I życie, i śmierć są w jej opowieści bytami bliżej nieokreślonymi, mającymi trochę z człowieka, trochę ze zwierząt, trochę z ptaków, a równocześnie stanowiącymi własne przeciwieństwa.

„Jestem życie” i „Jestem śmierć” to książki, o których bardzo trudno się pisze. Mają w sobie tyle poezji, znaczeń ukrytych w ilustracjach, że wszelkie próby opowiedzenia o nich, mogą tylko odebrać przyjemność z późniejszej lektury. Trzeba je po prostu przeczytać i przeżyć.

Elisabeth Helland Larsen (tekst) & Marine Schneider (ilustracje) „Jestem życie”, przekł.: Katarzyna Tunkiel, wyd.: Kultura Gniewu, Warszawa 2021

Elisabeth Helland Larsen (tekst) & Marine Schneider (ilustracje) „Jestem śmierć”, przekł.: Katarzyna Tunkiel, wyd.: Kultura Gniewu, Warszawa 2021

Zabójstwo Brangwina Kąkola

Zabójstwo Brangwina Kąkola

Książka nominowana w Plebiscycie Blogerów LOKOMOTYWA – książka dla niedorosłych w kategorii – Od A do Z !!!

oraz wpisana na Listę Skarbów Muzeum Książki Dziecięcej za rok 2020

Skądże możemy wiedzieć, jak naprawdę wygląda świat ?

W mglisty dzień nawet wzgórza Elfilandu są szare i posępne. A jeśli spojrzysz przez pryzmat klejnotu, najzwyklejsza ulica będzie skrzyć się blaskiem.

Gobliny wyłupiły mi oboje oczu, toteż dla mnie świat jest dogłębnie mroczny.

(Lemuel z Chartibrande „O elfiej nauce i sztukach magicznych”)

Od takiego motta rozpoczyna się ta książka, a dalej jest jeszcze ciekawiej, bo potem zaczyna się nie tekst tylko ciąg ilustracji opowiadający początek historii misji tytułowego bohatera w odległej i groźnej krainie Goblinów. Misji trudnej i niebezpiecznej (począwszy od wyboru środka lokomocji, a na kwestii tego, czy w ogóle uda mu się stamtąd wrócić, skończywszy), której celem jest…

… no właśnie, z czasem okaże się, że nawet sam Brangwin Kąkol nie został poinformowany, po co tam został naprawdę wysłany. Przewrotność tej historii polega właśnie na tym, że wszystko okazuje się być inne, niż mogło się na początku bohaterom (oraz czytelnikom) wydawać.

Cieszę się, że mamy w Plebiscycie Blogerów Lokomotywa kategorię „Od A do Z”, bo inaczej trudno byłoby nam znaleźć dla „Zabójstwa Brangwina Kąkola” miejsce wśród nominowanych książek. Nie pasuje ona do kategorii tekst, bo gdyby skupić się tylko na tej części narracji, która opowiedziana jest przy pomocy liter, to historia byłaby dalece niepełna. W tej książce ilustracje opowiadają rzeczy, których w tekście nie znajdziemy, tworząc razem z nim nierozerwalną całość. Pisząc to, uświadomiłam sobie, że nie da się jej przerobić na audiobook, bo nie może ona istnieć bez wątku, który jest opowiedziany obrazami. Świat, stworzony w nich przez rosyjskiego rysownika Eugene’a Yelchina jest niezwykły, pełno tam szczegółów, których nie da się tak po prostu opowiedzieć słowami.

Jak doszło do powstania tak niezwykłej książki, możemy dowiedzieć się z zamieszczonej na końcu rozmowy autorów:

Misję elfickiego historyka Brangwina Kąkola śledzimy z trzech perspektyw – tekst opowiada o niej z punktu widzenia Werfla, historyka goblińskiego, który od swoich władz otrzymał zadanie ugoszczenia we własnym domu tego szczególnego gościa. Gość ów natomiast systematycznie transmituje w formie ciągu obrazów swoje wrażenia do ojczyzny, a konkretnie do tych, którzy go wysłali, czyli tajemniczego Zakonu Czystej Ręki. Oni wreszcie komentują to, co zobaczyli, w tajnej korespondencji, która również jest częścią tekstu. Mając do dyspozycji te trzy punkty widzenia możemy uzmysłowić sobie, jak różnie można widzieć i rozumieć te same rzeczy.

I o tym tak naprawdę jest ta książka.

Elfy i gobliny, cały ten fantastyczny anturaż jest tylko kostiumem, przy pomocy którego autorzy opowiadają nam o świecie, w którym żyjemy obecnie, świecie, który coraz bardziej dzieli się na szczelnie od siebie oddzielone bańki.

Lewactwo i naziole, tęczowa zaraza i katotaliban, komuchy, platfusy i pisiory, wykształciuchy, patologia… Długo można ciągnąć litanię szyldów, za którym nie widzimy już ludzi tylko figurki pasujące do tych etykietek. Sami też je sobie chętnie przyczepiamy, choćby przy pomocy nakładek na zdjęcia na FB. Coraz bardziej zamykamy się w bańkach, których granice często są trudniejsze do przebycia niż Góry Kościokrótne oddzielające od siebie krainy Elfów i Goblinów. Ale jeśli wyjdziemy ze strefy, w której wszystko jest oczywiste, świat prosty i zrozumiały, a inni ludzie łatwi do zdefiniowania, jeśli wykonamy wysiłek zajrzenia pod te etykietki, to okaże się, że ludzie, którzy się za nimi kryją są do nas zadziwiająco podobni. Jak elf Brangwin i goblin Werfel…

P.S. Czytając ilustracje Eugene’a Yelchina miałam silne skojarzenie z „Przybyszem” Shauna Tana (którego wznowienie, notabene, zapowiadane jest niebawem !!!) i to nie tylko z powodu ich monochromatyczności. Myślę, że pokazując to, jak zmieniało się postrzeganie świata goblinów przez bohatera, wykorzystał on własne doświadczenia z początku emigracji do USA.

Szukając informacji o nim trafiłam także na jego autorską książkę „Breaking Stalin’s Nose” wydaną w 2012 roku i przetłumaczoną na wiele języków. Niestety nie ukazała się w Polsce. Mam nadzieję, że to nastąpi, bo uświadomiłam sobie, że młodzi polscy czytelnicy wiedzą o tym, co działo się (i dzieje) za naszą wschodnią granicą, jeszcze mniej niż młodzież elficka o życiu goblinów i odwrotnie…

M.T. Anderson (tekst) i Eugene Yelchin (ilustr.) „Zabójstwo Brangwina Kąkola”, przekł.: Rafał Lisowski, wyd.: Dwie Siostry, Warszawa 2020

Kocur mruży ślepia złote

Kocur mruży ślepia złote

Wpis z 5 kwietnia 2009 roku:

Książka nagrodzona tytułem „Najpiękniejsza książka roku” w 2008 r. i wyróżniona w konkursie Książka Roku IBBY 2008 roku

Tytuł sugeruje, że jest to książka o kocie, pobieżny rzut oka na okładkę – również. Jednak już przyjrzawszy się jej dokładniej, zauważymy, że znajdujący się tam czarny właściciel uszu i ogona raczej kotem nie jest. A kiedy ją w końcu przeczytamy i obejrzymy, okaże się, że jest zupełnie o czym innym.

O czym ?

Może o kolorach… ?

Przypomniało mi się, że, kiedy byłam mała, bazując na własnych doświadczeniach malarskich uznałam, że biel to brak koloru – tak jak biała kartka zanim się zacznie malować. Czerń natomiast to wszystkie kolory wymieszane razem, co przydarzało się nieraz, jeśli malowałam ze zbyt wielkim zapałem. Bardzo byłam zdziwiona, kiedy później dowiedziałam się, że z fizycznego punktu widzenia jest dokładnie odwrotnie 😉

Trochę podobnie jest w tej książce, ale interpretacja fizyczno – optyczna jest tylko jedną z wielu możliwości. Przy odrobinie fantazji można ją odczytać nawet jako mini traktat teologiczny 😉 Ale to już pozostawię Waszej wyobraźni…

„Kocur mruży ślepia złote” to autorska książka Marii Ekier, którą dotychczas znaliśmy jedynie jako znakomitą ilustratorkę. Nie powstała by ona gdyby nie wydawnictwo „Hokus Pokus” w osobie Marty Lipczyńskiej, która tak mi o tym opowiadała:

Bardzo się cieszę, że w ogóle udało mi się namówić panią Marię do tej książki. Kocham jej ilustracje, ale dotychczas zawsze uzupełniały one cudzy tekst. Miałam wrażenie, że zaistniałyby pełniej, gdyby stworzyła książkę autorską. Powstała śliczna rymowanka, która świetnie wpada w ucho i po prostu płynie przez całą książkę. Niby prosta, ale finezyjna i dająca się odczytywać na różnych poziomach. A ilustracje są po prostu piękne. Jestem przekonana, że obcowanie od najmłodszych lat z taką ilustracją, która jest dziełem sztuki, kształtuje gust od najmłodszych lat i zaprocentuje w przyszłości.

Maria Ekier (tekst i ilustracje) „Kocur mruży ślepia złote”, wyd.: Hokus – Pokus, Warszawa 2008

Co robią uczucia ?

Co robią uczucia ?

Książka nominowana i NAGRODZONA w Plebiscycie Blogerów LOKOMOTYWA – książka dla niedorosłych w kategorii – Od A do Z !!!

Oraz wpisana na Listę Skarbów Muzeum Książki Dziecięcej za rok 2020

i nagrodzona w Konkursie Przecinek i Kropka w kategorii 0 – 5 lat !

Radość, duma, zachwyt, niepokój, lęk… Wszyscy znamy te uczucia – i wiele innych. Ale czy wiemy, co robią, kiedy mają wolne ?

Tina Oziewicz znalazła na opisanie uczuć pomysł genialny w swojej prostocie. Każdemu z nich przypisała tylko jedną, ale za to najlepiej je oddającą czynność, taki moment, który najtrafniej je definiuje. I tak na przykład:

Ciekawość zawsze wspina się najwyżej jak może – na czubek drzewa, na dach lub na komin.

Wyobraźnia wędruje niewydeptaną ścieżką.

Kompleksy budują klatki.

Przeglądając tę książkę po raz pierwszy nie raz zachwycałam się trafnością skojarzeń Autorki, myśląc sobie: Tak ! To właśnie tak jest ! Znakomicie zobrazowała je Ilustratorka – Aleksandra Zając, pokazując uczucia jako małe, czasem sympatyczne, a czasem trochę mniej, stworki.

W Plebiscycie Blogerów Lokomotywa nominowaliśmy tę książkę w kategorii Od A do Z, bo tekst i ilustracje stanowią w niej nierozłączną całość. Oddzielnie mówią zdecydowanie mniej i nie robią takiego wrażenia. Za to razem…

„Co robią uczucia ?” to książka, do której się wraca, o której się myśli i której się nie zapomina. Książka, która nie tylko dzieciom może pomóc w zrozumieniu własnych uczuć. Myślę, że każdy znajdzie w niej to jedno uczucie, które pasuje do niego w tym momencie najbardziej. Ja też znalazłam. Czy kogoś dziwi, że jest to właśnie to ?

Zachwyt biegnie do kolegi z nowo odkrytą książką.

Zupełnie tak jak ja 🙂

Tina Oziewicz „Co robią uczucia ?”, ilustr.: Aleksandra Zając, wyd.: Dwie Siostry, Warszawa 2020

P.S. Jak już poznacie tę książkę, to pamiętajcie, że na niej się nie kończy. Zapraszam —>>> tutaj 🙂

Dziura

Dziura

Książka nominowana w Plebiscycie Blogerów LOKOMOTYWA – książka dla niedorosłych w kategorii – Od A do Z !!!

Kiedy pierwszy raz zobaczyłam „Dziurę”, przypomniała mi się historia, którą kiedyś gdzieś czytałam. Pamiętam tylko, że było to dawno i że generalnie chodziło w niej o zastosowanie filozofii w normalnym życiu. Była to opowieść o kłopotach z produkowaniem na większą skalę rurek kapilarnych, zdaje się, że na potrzeby lotów kosmicznych. Nie będę wyjaśniać, czym jest taka rurka – jak ktoś nie wie, może zrobić użytek z wyszukiwarki 😉 W największym skrócie – bardzo cienka rurka z jeszcze cieńszą dziurką w środku. Ponieważ były z tym problemy, zorganizowano konferencję naukową, na którą zaproszono naukowców różnych specjalności technicznych oraz kilku filozofów, bo zostały wolne miejsca.

W czasie tych obrad, kiedy inżynierowie bez większych efektów głowili się nad technicznym aspektami dziurki w rurce, o głos poprosił jeden z filozofów. Powiedział tak: z punktu widzenia logiki formalnej są dwa sposoby zrobienia rurki z dziurką. Pierwszy to taki, że się bierze rurkę i robi w niej dziurkę i drugi odwrotny – trzeba wziąć dziurkę i owinąć ją rurką. Część słuchających parsknęła śmiechem, ale jeden z inżynierów stwierdził, że już wie, jak to zrobić. Trzeba puścić promień lasera i na nim zrobić rurkę. I po problemie.

Bardzo lubię tę historię, choć nie znam się na technologii produkcji rurek kapilarnych. Nie wiem więc, czy jest ona prawdziwa, ale jeśli nie, to dobrze wymyślona 😉

Przypomniała mi się, bo „Dziura” robi wrażenie, jak tak właśnie powstała. Najpierw była dziura, a potem wokół niej powstała książka. Jej bohater wprowadza się do nowego mieszkania i nagle zauważa, że w ścianie jest… dziura właśnie. W dodatku ta dziura zmienia położenie. Szuka więc pomocy…

Cała fabuła jest przede wszystkim pretekstem uruchomienia wyobraźni i zabawy formą. Mimo że tytułowa dziura dziurawi książkę od pierwszej strony okładki do ostatniej i na każdej stronie jest w tym samym miejscu, to równocześnie zmienia położenie 😉 Raz jest na ścianie, innym razem na podłodze, raz w środku pomieszczenia, innym razem gdzieś w kącie. Kiedy bohater wychodzi z domu, jest dziurą w ulicy, światłem samochodu albo dziurką w nosie przypadkowego przechodnia. Ta zabawa wciąga, przekładając kartkę z ciekawością oczekujemy tego, czym będzie dziura na kolejnej stronie.

„Dziura” to książka bardzo starannie dopracowana i wydana, mimo że na to nie wygląda. I tak ma być. Robi wrażenie, jakby była zeszytem – szkicownikiem, którym autor bawi się, bo go przypadkiem czymś przedziurawił. Ma grubą tekturową okładkę z żółtym naklejonym grzbietem, w środku szorstkie kartki, a na nich pozornie niestaranne ilustracje i bardzo niewiele kolorów.

Kiedy wydaje nam się, że jej sensem jest li i jedynie zabawa dziurą, docieramy do końca i… zostajemy z pytaniem, że może jednak chodzi w niej o coś więcej ?

Oywind Torseter „Dziura”, przekł.: Justyna Czechowska, wyd.: Format, Wrocław 2020

O kolędach. Gawęda

O kolędach. Gawęda

Książka nominowana w Plebiscycie Blogerów LOKOMOTYWA – książka dla niedorosłych w kategorii – Od A do Z !!!

Oraz wpisana na pokonkursową Listę BIS Polskiej Sekcji IBBY

Nie doceniłam Emilii Kiereś – stwierdzam to z ogromnym zadowoleniem, a nawet z radością 😉

Zainteresowałam się tą książką ze względu na ilustracje Marianny Oklejak, ale poza tym spodziewałam się, że będzie to coś w rodzaju świątecznego śpiewnika jakich wiele już widziałam – czyli teksty kolęd, nuty oraz krótki tekst informujący o historii każdej z nich. Tymczasem „O kolędach. Gawęda” okazała się publikacją nie tylko piękną wizualnie (co mnie absolutnie nie zaskoczyło), ale także zaskakująco interesującą 😉

Gdybym Was zapytała, o czym zwykle śpiewamy pod choinką, odparlibyście na pewno, że o narodzinach Jezusa. To prawda – większość kolęd mówi właśnie o tym. Ale na ile różnych sposobów ! Czy zauważyliście kiedyś, że każda kolęda ma inny nastrój, a betlejemska stajenka bywa opisywana z bardzo różnych punktów widzenia ? Zwykle nie zwracamy na to uwagi, bo przecież kolęd się nie czyta – tylko się je śpiewa. A kiedy śpiewamy, nie zastanawiamy się nad każdym słowem.

Ta książka służy właśnie temu, żebyśmy się nad nimi zastanowili. Oprócz nut, chwytów gitarowych i tekstów kolęd, zawierających także zwrotki obecnie już zapomniane, znajdziemy w niej również wyjaśnienie słów, które w nich występują, a które mogą być dla współczesnych czytelników nie do końca zrozumiałe. Opowieść, którą Emilia Kiereś snuje wokół tych dwudziestu kolęd, nie jest wykładem, a właśnie gawędą dotykającą wielu związanych z nimi tematów. Znajdziemy więc tam nie tylko wyjaśnienie tego, o czym każda z kolęd opowiada, z odwołaniem zarówno do realiów Palestyny z czasów narodzin Jezusa, jak też tego, w jaki sposób odbiły się w niej czasy, w których powstała. Znajdziemy również historię kolędowania oraz obchodzenia świąt Bożego Narodzenia w Polsce przez wieki, z nawiązaniami do tego, co w tej tradycji pozostało jeszcze z czasów przedchrześcijańskich. Wszystkie te wątki przeplatają się ze sobą, łączą z tekstami pieśni i z ilustracjami Marianny Oklejak jak w najstaranniej utkanej materii.

„O kolędach. Gawęda” nie jest książką do przeczytania na jeden raz. Podobnie jak kolędy, które przecież towarzyszą nam nie tylko wigilijny wieczór, ale śpiewa się je w kościołach do 2 lutego, ona także może być lekturą na niejeden świąteczny i poświąteczny wieczór.

Jest to także (druga już w tym roku!) książka osadzająca te święta w ich pierwotnym, religijnym kontekście, który coraz bardziej zagłuszany jest przez donośne pohukiwanie Uzurpatora, nazywającego siebie Świętym Mikołajem. Tymczasem żaden prezent wyjęty spod choinki nie może się równać z magią tej jednej w roku chwili, kiedy wszyscy stoimy wokół stołu, na którym leży opłatek, a jedna z córek czyta W owym czasie wyszło rozporządzenie Cezara Augusta, żeby przeprowadzić spis ludności w całym państwie. Pierwszy ten spis odbył się wówczas, gdy wielkorządcą Syrii był Kwiryniusz… (oraz z tym momentem o północy, kiedy w ciemnym kościele nagle zapalają się światła, rozlegają organy i śpiewamy Bóg się rodzi, moc truchleje !).

I takich wzruszeń życzę wszystkim także w tym trudnym i dość smutnym roku !

Emilia Kiereś „O kolędach. Gawęda”, ilustr.: Marianna Oklejak, wyd.: Kropka, Warszawa 2020

Cud Bożego Narodzenia

Cud Bożego Narodzenia

„Cud Bożego Narodzenia” to kolejna tegoroczna nowość w kategorii książek świątecznych, ale jest ona wśród nich nietypowa. Należy do tych najrzadszych, które nazywam bożonarodzeniowymi i które wpisują te święta w ich kontekst religijny. To paradoks, ale wśród dominujących na rynku książek świętomikołajowych (takich jak „Prezent gwiazdkowy dla Kornelusza Klopsa” czy „Milion miliardów świętych mikołajów”) i choinkowych (jak „Bombka z gwiazdką”) trudno jest znaleźć takie, które wyjaśniałyby dzieciom, skąd się w ogóle te święta wzięły i dlaczego je obchodzimy. Może dlatego, że coraz więcej osób stara się o tym nie pamiętać ? Jeśli już się jednak znajdą, to na ogół są… mówiąc najoględniej – takie sobie. Perełki w rodzaju „Wigilijnej opowieści” zdarzają się bardzo rzadko, więc „Cud Bożego Narodzenia” jest tutaj wyjątkowy podwójnie 🙂

Tę książkę autorka wydała samodzielnie, rozpisując wcześniej zrzutkę w internecie, a przy tej okazji wyjaśniając, jak do tego doszło:

Trzy lata temu, obserwując dziecięcy zachwyt nad szopkami bożonarodzeniowymi, napisałam książkę. Początkowo było to opowiadanie przeznaczone dla mojej rodziny i znajomych. W ubiegłym roku udostępniłam tekst bezpłatnie w Internecie. Odnotowaliśmy blisko 900 pobrań. Otrzymałam wiele bardzo pozytywnych wiadomości z życzeniami wydania książki w tradycyjny sposób. Dzisiaj, z pewną obawą, ale i radością, uruchamiam przedsprzedaż!

Być może przeoczyłabym tę książkę (a szkoda by było !), ale do sięgnięcia po nią zachęciła mnie okładkowa rekomendacja Wojciecha Widłaka. Warto było zaufać takiemu autorytetowi 🙂

Pod granatowym niebem powoli pustoszały ulice. Okna domów, bloków i kamienic rozpalały się ciepłym światłem. Migotały w nich kolorowe lampki, gdzieniegdzie płonęły świece. Przypominały małe latarnie, przywołujące ostatnich zbłąkanych przechodniów. I rzeczywiście, raz po raz ktoś znikał w bramie, by po chwili pojawić się w ciepłym, jasnym mieszkaniu. Miasto trwało w uroczystym oczekiwaniu.

Jak można się tego było spodziewać po tytule, akcja „Cudu Bożego Narodzenia” rozpoczyna się wieczorem 24 grudnia, a kończy następnego dnia. Anielka i jej Babcia nakrywają stół do wieczerzy wigilijnej i czekają na przybycie rodziców dziewczynki, którzy na co dzień pracują za granicą. Niestety, okazuje się, że nie dotrą oni na czas. Rozżalona dziewczynka wybiega z domu. Najpierw błąka się po opustoszałym (bo wszyscy siedzą już przy stołach i choinkach) mieście, a następnie chowa się przed wiatrem i śnieżycą w pustym kościele. I tam właśnie przydarza jej się coś niezwykłego…

Czy to był sen czy tytułowy cud ? Czy Anielka naprawdę przeniosła się w czasie do Betlejem w noc Narodzenia Pańskiego czy tylko przyśniło jej się to, kiedy zmęczona, zmarznięta i rozżalona zasnęła koło ruchomej szopki ?

„Cud Bożego Narodzenia” to książka, która przypomina nam o tym, dlaczego w ogóle obchodzimy te Święta. Pokazuje ich sens widziany z perspektywy rzadko obecnej w tego rodzaju książkach – perspektywy osób, dla których kościół to nie tylko zabytek i atrakcja turystyczna w zwiedzanym mieście, osób, dla których modlitwa jest potrzebą serca, a Pasterka najważniejszym przeżyciem tych świąt.

Dobrze, że ta książka, tak pięknie i niecukierkowo zilustrowana przez Sarę Tchorek, powstała. Dobrze, że możemy sięgnąć po nią w tym tak trudnym i nietypowym roku, w którym nadzieja jest na wagę złota.

Julianna Wołek „Cud Bożego Narodzenia”, ilustr.: Sara Tchorek, wyd.: Wołek i osiołek 2020

Wszyscy się liczą

Wszyscy się liczą

Książka nominowana w Plebiscycie Blogerów LOKOMOTYWA – książka dla niedorosłych w kategorii – Od A do Z !!!

oraz wpisana na Listę Skarbów Muzeum Książki Dziecięcej za rok 2020

Tytuł tej książki może wywołać skojarzenie z wszystkim, co dzieje się obecnie nie tylko w USA wokół hasła Black Lives Matter oraz wymyślonemu w odpowiedzi na nie: All Lives Matter. Powstała ona jednak w Norwegii kilka lat przed tymi wydarzeniami i jest publikacją uniwersalną, ponadczasową oraz inną niż wszystkie 🙂

„Wszyscy się liczą” to książka, która służy nie tylko do czytania, bo tekstu jest w niej na kilka minut, a zajmować się nią można bez końca. Co jeszcze można z nią robić ? Mnóstwo rzeczy – można liczyć i sprawdzać, czy na pewno na ilustracji jest tyle osób, ile trzeba, można wyszukiwać rozmaite osoby i wymyślać ich historie, można też ją kolorować, bo całe tło jest tylko konturami.

Pole do wymyślania historii jest tu praktycznie nieograniczone.

Dwie osoby na wycieczce w lesie. Jedna z nich mówi coś, co ta druga zapamięta do końca życia.

Na polance w środku lasu siedzą mężczyzna i chłopiec. Mają plecak i koszyk z jedzeniem, siedzą na kamieniach nad stawem, piją coś z kubeczków i rozmawiają. Czy to tata z synem ? Może nie ? O czym rozmawiają ? Który z nich mówi właśnie to coś, co drugi zapamięta ?

Dwanaście osób na przyjęciu urodzinowym. Dwie z nich uważają, ze czas płynie zbyt szybko. Jedna nie może się doczekać własnych urodzin.

Czworo dzieci i ośmioro dorosłych w różnym wieku siedzi na kanapie, fotelach i na podłodze, a dookoła leżą prezenty. Troje dzieci, kobieta i mężczyzna otaczają jedną z paczek, która właśnie jest rozpakowywana. Czyje to urodziny ? Jakie więzy łączą osoby na obrazku ? Dlaczego jedna z dziewczynek siedzi z dorosłymi na kanapie ? Kto jest na zdjęciach, które wiszą na ścianie ? Kto nie może się doczekać własnych urodzin i dlaczego, a komu czas biegnie zbyt prędko ?

Sto trzydzieści pięć osób na lotnisku. Dziewiętnaście z nich tęskni za domem. Jedna nie zdąży na samolot. Jedna z nich po raz pierwszy spotka się ze swoją rodziną. Jedna podróżuje wbrew własnej woli i nigdy nie wróci.

Kto z tych osób, które widzimy na ilustracji odlatuje i dokąd ? Kto odprowadza i kogo ? Kto przyszedł powitać kogoś przylatującego ? Czy któraś z tych osób, która biegnie, to ta, która się spóźni ? Czy może tą, która nie zdąży, jest jakaś inna ? Kto podróżuje wbrew własnej woli ? Czy jest to któreś z dzieci ? A może to ta kobieta w czadorze, która już siedzi w samolocie ?

Możliwości jest mnóstwo, za każdym razem można wymyślać nowe historie. A jak już zabraknie na nie pomysłów, można zajrzeć na koniec, na stronę na której autorka podsuwa rozmaite pomysły wyszukiwanek i zadaje czytelnikom pytania.

Ta książka wyróżnia się w swoim gatunku. Można czytać ją wiele razy i za każdym razem odkrywać coś nowego. Można zobaczyć w niej myśli innych ludzi – a może nawet rozpoznać samego siebie w którymś z bohaterów. – napisało w swoim werdykcie jury Nagrody Literackiej Rady Nordyckiej. Została także wpisana na listę White Ravens.

Ja odkryłam, że jest to najbardziej demokratyczna książka jaką znam. Nie ma w niej jednego najważniejszego bohatera. Nie ma ich nawet kilku najważniejszych. Wszyscy są jednakowo ważni. Wszyscy się liczą.

Kristin Roskifte „Wszyscy się liczą”, przekł.: Milena Skoczko, wyd.: Dwie Siostry, Warszawa 2020

Dzielny Despero

Dzielny Despero

Książka, którą poznałyśmy jako „Opowieść o Despero”, bo pod takim właśnie tytułem ukazała się w Polsce najpierw. Potem jednak pojawiła się jej ekranizacja – wtedy wydawnictwo zmieniło tytuł na filmowy i wznowiło ją z filmową okładką. Od tego czasu minęło już ponad 10 lat i książki w żadnej z tych wersji nie można kupić, ale na pewno jest w bibliotekach, które są znowu czynne !!!

Wpis z 14 listopada 2007 roku:

Ostatnie miesiące roku to dla mnie okres wytężonej logistyki 😉 Mając przed sobą perspektywę grudniowych mikołajek, Bożego Narodzenia i urodzin Najmłodszej z córek, które przypadają na początku stycznia, muszę bardzo skrupulatnie zaplanować prezenty – tak, żeby spełnić przynajmniej część marzeń moich córek i żeby każdą z tych okazji uczcić prezentami adekwatnymi do rangi zdarzenia. Oczywiście nie może wśród nich zabraknąć książek.

Działo się to dwa lata temu, więc nie pamiętam dokładnie… Jaki był powód przetasowania na mojej ściśle tajnej liście i co spowodowało, że „Opowieść o Despero” musiała znaleźć się już wśród prezentów mikołajkowych ? Grunt, że nie zdążyłam jej zawczasu przeczytać. Gdybym przeczytała, pewnie wstrzymałabym się z nią jeszcze jakiś czas. Może uznałabym, że nie jest odpowiednia dla Najmłodszej ? Może nie dałabym jej żadnej z moich córek ?

Kupiłam ją, bo nazwisko autorki kojarzyło mi się z jedną z ulubionych książek córki Środkowej – „Dzięki Tobie Winn Dixi” – pogodną historią o przyjaźni dziewczynki i psa – znajdy. Kupiłam ją również dlatego, że zaintrygowały mnie jej ilustracje – skromne, ołówkowe, ale było w nich coś fascynującego.

Nie przypominam sobie książki, której lektura zaskoczyłaby mnie tak bardzo. Wiele razy chciałam przestać ją czytać Najmłodszej, ale ona mi na to nie pozwalała i codziennie domagała się ciągu dalszego. Niedawno wróciłyśmy do niej i, mimo że wiedziałam już czego się spodziewać, znów byłam poruszona.

Jest tam wszystko, czego, jak się uważa, nie powinno być w książce dla dzieci – smutek, strach, okrucieństwo, brzydota, ciemność, cierpienie. Jest również odwaga i miłość – to dzięki nim ta historia jest piękna.

„Opowieść o Despero” to lektura trudna. Dlatego nie namawiam nikogo do niej i nie potrafię powiedzieć, dla dzieci w jakim wieku jest odpowiednia. To kwestia bardzo indywidualna – kiedy dojrzewa się do takich historii ? Warto jednak się z nią zmierzyć, bo jest to lektura fascynująca, a poza tym wszystko kończy się w niej dobrze – dobro i odwaga zostają nagrodzone, czyny podłe wybaczone i wszystko wraca na swoje miejsce.

Chyba więc dobrze się stało, że jej wcześniej nie przeczytałam…

Kate DiCamillo „Opowieść o Despero czyli Historia myszki, księżniczki, zupy i szpulki nici”, przekł.: Agnieszka Cioch, ilustr.: Timothy Basil Ering, wyd.: Philip Wilson, Warszawa 2005

Mama zawsze wraca

Mama zawsze wraca

Zosię poznałam dawno. Podczas pierwszego, a może drugiego przyjazdu do Izraela, chyba w połowie lat dziewięćdziesiątych – napisała w posłowiu do tej książki Agata Tuszyńska. (…) Dotykałam losu okupacyjnych dzieci – wychowanków sierocińców, klasztorów, ulicy. Mierzyłam się z ich lękiem.

Wysłuchałam wielu dramatycznych historii. Z pokorą i rozpaczą. (…) Na ich tle historia Zosi była szczególna. Nie tylko dlatego, że jej bohaterka urodziła się w maju 1939 roku i tak wyraziście zapamiętała swoje przeżycia, ale także z uwagi na sposób, w jaki o nich opowiadała

Połączenie języka i wrażliwości dziecka z okrucieństwem tej relacji sprawiło, że wówczas przerosła mnie ta opowieść. Zamknęłam ją na długo na dnie pamięci. Otworzyłam po latach, silniejsza…

„Mama zawsze wraca” to historia, która kojarzy mi się z przejmującym filmem „Życie jest piękne” Roberto Benigniego. Podobnie jak ten film, ta książka nie jest przeznaczona dla dzieci, mimo że może budzić skojarzenia z serią Wojny dorosłych – historie dzieci Wydawnictwa Literatura. Podobnie jak ojciec w tym filmie, mama Zosi stworzyła dla niej w piwnicy świat zupełnie odrębny od koszmarnej rzeczywistości poza kryjówką, świat utkany z wyobraźni. Podobnie jak ojciec w tym filmie, mama Zosi zrobiła wszystko, co w jej mocy, aby jej dziecko nie tylko przeżyło, ale także aby jak najdłużej nie musiało się zetknąć z koszmarem tamtych czasów.

Ta historia wydarzyła się naprawdę, mimo że nam, współczesnym rodzicom może nie mieścić się w głowie pozostawienie dwu czy trzyletniego dziecka samego w takich warunkach nawet na parę godzin. Zosia spędziła tam całe miesiące sama, bo Mama, jak opowiada: Czasem zostawała ze mną na noc, ale zwykle tylko na godzinę lub dwie. Schowała mnie i wychodziła. Opowiadała o świecie na zewnątrz, którego jej córeczka nie znała, czasem coś przynosiła – jesienne liście czy wełnę, którą Zosia potem bawiła się w haftowanie – czasem coś jej rysowała w kurzu na podłodze, ale zostać nie mogła, jeśli chciała, żeby przeżyły. Niebezpieczeństwo czyhało i na zewnątrz, bo, wbrew zapewnieniom, mogła któregoś razu jednak nie wrócić, albo ktoś mógł odkryć kryjówkę, i wewnątrz, bo mała dziewczynka sama w piwnicy mogła sobie przecież zrobić jakąś krzywdę. Nam, współczesnym rodzicom może nie mieścić się w głowie pozostawianie dziecka bez opieki tak długo, podobnie, jak trudno nam wyobrazić sobie noszenie go w worku pod węglem, a jednak takie to był czasy…

Opowieści Zosi Zajczyk, która w Izraelu nazywa się Yael Rosner, spisanej przez Agatę Tuszyńską towarzyszą ilustracje Iwony Chmielewskiej. Tak o nich napisała na stronie Wydawnictwa:

Moim zadaniem było dopełnić ten wstrząsający i zachwycający tekst obrazami, które (to jedyne, czego byłam pewna) nie będą ilustrowały go w tradycyjnie pojmowany sposób. Jak to zrobić, żeby książka symbolicznie otwierała się i zamykała przed odbiorcą, jak tamta ciemna piwnica ? Jak zachować i pokazać sakralny wymiar tego miejsca ? Jak je oświetlić, wydobyć z tamtych czasów i przenieść jak najdelikatniej do dzisiejszego świata ? I pamiętać, żeby swoją zbyt narzucającą się wizją nie przeszkadzać odbiorcy w osobistym, intymnym przeżyciu ? Przecież każdy ma na swój sposób obcować z tą tajemnicą. Obraz ma tu milczeć, ma być w pewnym sensie niewidzialny, a jednak ważny i dotkliwy.

Te ilustracje właśnie takie są, ale zanim je zobaczymy, książka trafia w ręce czytelnika zamknięta opaską. Mimo że nie ma na niej Gwiazdy Dawida, oczywiste jest tu skojarzenie z opaskami noszonymi przez Żydów w czasie okupacji. Są na niej wyhaftowane kwiaty, bo właśnie haftowania Zosia nauczyła się siedząc w kryjówce, a największym jej skarbem były przyniesione przez Mamę kłębuszki kolorowej wełny. Haftowanie pozostało jej ulubionym zajęciem także po wojnie.

Odwrotnie niż opaski noszone wtedy przez Żydów, które miały ich wyróżniać i piętnować, ta stworzona przez Iwonę Chmielewską chroni tę historię przed przypadkowym wzrokiem, zamyka ją, ukrywa. Żeby ją poznać, trzeba opaskę zdjąć, co nie jest takie proste. Raz zdjętej nie da się już założyć z powrotem, podobnie jak nie da się tej historii już poznanej zapomnieć, odsunąć od siebie.

Przeglądam się w lustrze tej historii – napisała Agata Tuszyńska. Historii miłości i nadziei. Historii, która pozwala wierzyć w moc słowa.

Agata Tuszyńska (tekst), Iwona Chmielewska (ilustr.) „Mama zawsze wraca”, wyd.: Dwie Siostry, Warszawa 2020